WPIS GOŚCINNY: Opony w Polsce czyli historia krajowego rynku oponiarskiego

Ogłoszenie parafialne: niedługo, przez pewien czas, będę OOO (tak w języku korporacyjnym określa się czyjąś niedostępność, od wyrażenia Out Of Office). Dlatego też nie będę mógł odpowiadać na komentarze w normalnym trybie, tylko co najwyżej hurtowo, raz za czas. Jednak jak zawsze, artykuły na okres nieobecności – a nawet wyraźnie dłuższy – są już przygotowane. Dziś będzie wpis gościnny – historia polskiego przemysłu oponiarskiego w epoce międzywojennej, o której napisali profesjonaliści z firmy OPONEO.PL. W następnej kolejności – przejażdżka samochodem bardzo bliskim mojemu sercu, a potem dwie części przekrojowego tekstu o Epoce Chromu.

Na razie jednak zapraszam do poczytania o przemyśle oponiarskim.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w WPIS GOŚCINNY Tagi:

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: RZEŹBA W RUCHU

Dziś będzie o pomniku, ale takim trochę mniej znanym, przynajmniej wśród przeciętnych spalaczy LPG. Jednak mimo że nie każdy o nim słyszał, pomnikiem jest ci on pełnokrwistym. W przeciwieństwie do przedstawianego niedawno, argentyńskiego Torino w zaliczeniu w poczet legend nie musi pomagać mu polityczna poprawność.

Dzisiejszy bohater nigdy nie został obiektem westchnień – ani dla napalonych nastolatków, ani statecznych ojców rodzin. Nie zdobył wielkiej popularności, nie miażdżył konkurencji na torach wyścigowych (chociaż fakt, pewne sukcesy odnosił) i nie stanowił tematu barowych dyskusji samochodziarzy. Mimo to, znajduje się w każdym zestawieniu najważniejszych modeli w dziejach, czy też, stosując nielubianą przez mnie, ale trafną kalkę z amerykańskiej angielszczyzny – „motoryzacyjnych kamieni milowych”. To pojazd, który jako pierwszy w dziejach trafił na stałą ekspozycję prestiżowego muzeum sztuki – nie samochodów, nie techniki albo historii czegośtam, ale właśnie czystej Sztuki – takiej przez duże „S”. W ten sposób wytwór Giovanniego Battisty „Pinin” Fariny – to właśnie mój ulubiony stylista zaprojektował karoserię przedstawianego dziś auta – został zrównany w swej wielkości z obrazami Vincenta van Gogha, Pabla Picassa i Salvadora Dalego, udostępnionymi do podziwiania w tym samym miejscu, czyli w nowojorskim Museum of Modern Art (modern – bo w 1928r., kiedy instytucja została założona, artyści owi reprezentowali sztukę jak najbardziej nowoczesną).

Sculpture in Movement” – „rzeźba w ruchu”. Tak podpisany jest ów szczególny eksponat – z całą pewnością wyróżniający się na tle otoczenia, ale, w przeciwieństwie do nader wielu dzisiejszych dzieł sztuki, niemożliwy do pomylenia z hydrantem przeciwpożarowym, wylotem klimatyzacji sali wystawowej lub wyjściem ewakuacyjnym z budynku galerii. Bo kiedyś, inaczej niż obecnie, nawet największy ignorant na pierwszy rzut oka odróżniał Sztukę od nie-Sztuki. Mógł nie mieć zielonego pojęcia o żadnej z artystycznych dyscyplin, przyjmować najwspanialsze dzieła z niewzruszoną obojętnością, a nawet pogardą czy odrazą – ale ani przez sekundę nie miał wątpliwości, że to, na co patrzy, jest Sztuką. Dziś zdarza się, że nie są tego pewni nawet eksperci.

Czym wyjątkowym charakteryzuje się mało poza tym znana, włoska Cisitalia 202, że spotkał ją taki zaszczyt…? Czy jest ona naprawdę aż tak piękna i przełomowa? A może po prostu – wszak taka sytuacja zdarza się co poniektórym, powszechnie podziwianym dziełom artystów – zachwycił się nią kiedyś jakiś autorytet, któremu nikt nie ośmieli się przeciwstawić…? Spróbujmy ocenić sami.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU Tagi: , , ,

TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: NOWOCZESNY KUCYK

Ostatnio pojawiła się prośba o Koreę, a że tego tematu praktycznie jeszcze nie było, to postanowiłem wziąć się za niego od razu.

Dlaczego do tej pory nie było Korei? To proste: jeśli przeglądnąć na przykład blogi żywieniowe, znajdzie się każdą ilość recenzji eleganckich restauracji, zachwytów nad kuchnią fusion, przepisów na chateaubriand albo sushi, czy też raportów z degustacji 3o-letniej whisky, nikt zaś nie rozwodzi się nad walorami smakowymi parówek, ziemniaków albo płatków owsianych. To, co na co dzień napełnia nasze żołądki, towarzyszy nam od dziecka i nie kosztuje drogo, nie wzbudza w nas emocji, nie stanowi więc wdzięcznego tematu do czytania, a co za tym idzie – również do pisania. Dokładnie tak samo wygląda to w motoryzacji: większość woli czytać o Ferrari, albo przynajmniej BMW niż o Škodach i Kiach. No, może poza tymi, co właśnie są na kupnie auta i zastanawiają się pomiędzy Škodą i Kią.

Z samochodami jest jednak trochę inaczej niż z jedzeniem, bo one ewoluują. Oznacza to, że mają jakąś historię i są osadzone w konkretnym kontekście kulturowym. Kiszone ogórki, jajecznicę czy zupę pomidorową jemy przez całe życie, jedli je też nasi rodzice i dziadkowie, a wcześniej, nawet jeśli taka czy inna potrawa wyglądała i smakowała inaczej, to zazwyczaj nie ma nam o tym kto opowiedzieć, bo żywność nie jest trwała, a kronik na temat obyczajów pospólstwa raczej nie spisywano. Własny samochód – to już zupełnie coś innego: choćby był najbanalniejszy, to składa się w dużej części z emocji, a do tego bardzo namacalnie uosabia pewien wycinek czasoprzestrzeni, a więc kawałek naszego życia.

Reasumując: o samochodach z górnych półek nietrudno napisać coś ciekawego, te z dolnych zaś bywają wdzięcznym tematem tylko wtedy, kiedy są stare. Dokładnie tak odpowiadam na pytania o to, jakie samochody nadają się do „PRZEJAŻDŻEK PO GODZINACH”: te wyższej klasy – prawie wszystkie, te popularniejsze zaś muszą do tego dojrzeć. Osiągnąć odpowiedni wiek. Bez tego nie umiałbym nagryzmolić o nich niczego wartego Waszego czasu.

Czy teraz wiecie już, czemu na Automobilowni nie było dotąd samochodów z Korei…? One mogą świetnie wypełniać swoją rolę, a nawet dorabiać się z wolna grupy oddanych fanów, ale niestety, należą do grupy niestarych i niedrogich. Jako takie mogą być co najwyżej przedmiotem testu konsumenckiego, a nie blogowego wpisu.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ Tagi: ,

TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: FARBOWANY NIEMIEC

Pamiętacie tą okropną reklamę Citroëna C5, z muzyką Wagnera, gipsowymi krasnalami, bawarskimi kelnerkami i Bramą Brandenburską…? Nie wiem, czy trudniej mi zrozumieć człowieka, który ją wymyślił, czy tego, co za nią zapłacił. Być może nie znam się na ludzkich motywach, ale na mój głupi rozum, jeśli ktoś chce kupić auto niemieckie, to idzie chyba do salonu niemieckiej marki…? Ewentualnie, w pewnych specyficznych przypadkach, może też zdecydować się na Opla – w tym również będzie jakiś cień logiki, mimo że ta firma już od prawie 90 lat nie jest niemiecka. Ale Citroën…? To przecież antyteza niemieckości, do której można przekonać prawie każdego, poza fanami golonki w piwie.

Co ciekawe, to nie pierwszy taki pomysł w dziejach. Już w początkach XX wieku istniała w Stanach marka Kissel, założona przez potomków niejakiego Herr Kissela, który wyemigrował z Niemiec jeszcze przed wojną secesyjną. Żeby podkreślić swoje korzenie sięgające kraju Karla Benza i Rudolfa Diesla nazwę firmy pisali oni KISSEL KARS i mieli nadzieję, że to poprawi im zbyt. Żeby była jasność: w tamtym czasie w USA jakiekolwiek importowane samochody – bez różnicy, niemieckie czy inne – notowały śladową sprzedaż. Eksperyment zakończył wybuch I wojny światowej – litera „K” została wówczas natychmiast zamieniona na „C”, a kwestii narodowościowych więcej nie poruszano. Do kolejnej wojny marka Kissel już nie dotrwała – w 1931r. wykończył ją Wielki Kryzys.

Dziś jednak chciałem napisać o innym przypadku udawania Greka – pardon, Niemca. Również w wykonaniu Amerykanów (konkretnie – koncernu Forda), i to w zupełnie niedawnych czasach. W każdym razie w takich, które sam jako-tako pamiętam – w drugiej połowie lat 80-tych.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ Tagi: , ,

AUTO-VALHALLA: SZTUKA INŻYNIERII

Każda marka samochodowa posiada swoich fanów i fanbojów. Nie tylko Porsche i Jaguar, nie tylko Subaru i Saab, ale nawet Škoda i Kia mają własne, nieskończenie oddane grona ludzi, którzy za swe ulubione logo daliby się pokroić. Z drugiej jednak strony istnieją jeszcze licznejsze chyba kręgi, które wymienione tu marki mają w najwyższej pogardzie, a każdy kontakt z nimi uważają wręcz za dyshonor. Niezależnie od tego, ilu osób na świecie o takim „poniżeniu” marzy.

Jedynie trzem producentom aut w historii udało się tego uniknąć. W całych, z górą 130-letniech dziejach tej najwspanialszej w świecie zabawki tylko trzy marki uznaje się za nieskończenie czcigodne: choć nie każdy samochodziarz śni o nich po nocach, to żaden nie wypowie się o nich lekceważąco ani nie popatrzy z góry. Owszem, wielu powie, że ich samochody nie mają sensu, ale chodzi tu wyłącznie o to, że dałoby się taniej, a nie – że można by lepiej. Zupełnie jak z pięknym brylantem: jasne, że nie jest on najracjonalniejszą ani najpotrzebniejszą rzeczą pod słońcem, ale nikt nie poddaje w wątpliwość jego doskonałości.

Owe trzy pomnikowe marki, których postrzeganie graniczy czasem z religijną czcią, to Rolls-Royce, Bugatti i Ferrari. Wszystkie istnieją do dziś, choć żadna nie utrzymała samodzielności, a tylko ta ostatnia zachowała pełną ciągłość tożsamości. Wszystkie też dzielą pewną ważną cechę: zostały założone przez pojedyncze, niezwykle charyzmatyczne postacie, obdarzone niełatwymi dla otoczenia charakterami, ale też nieprzeciętnymi pokładami talentu i determinacji w realizowania swoich wizji. Dziś bliżej poznamy jedną z nich, nazwiskiem Ettore Arco Isidoro Bugatti.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w AUTO-VALHALLA Tagi: , ,