Były kiedyś czasy, że wszystkie terenowe samochody nazywano w Polsce „dżipami” lub „gazikami”. Ten zwyczaj na pewno przetrwał poza okres komunizmu, bo pamiętam takie humorystyczne sformułowanie jak „jakiś japoński gazik” – a takie wehikuły nie występowały w Polsce przed 1990r.

„Japońskie gaziki” już wtedy były synonimami luksusu i szpanerstwa. Jasne, że w tamtym okresie każde auto spoza RWPG wywoływało ślinotok i zazdrość, nawet jeśli nazywało się Opel Corsa i miało dziurawą podłogę, ale ludzkie odczucia dają się stopniować i występują w różnych odcieniach. 30 lat temu nie dysponowaliśmy w tym względzie rozbudowanym aparatem pojęciowym, nie znaliśmy więc takich wyrażeń jak „hipster” ani „młody, dynamiczny profesjonalista aktywnie spędzający czas i usilnie pragnący podkreślić swą indywidualność„. Same zjawiska jak najbardziej jednak istniały, ludzkie charaktery są bowiem uniwersalne – zmieniają się tylko zewnętrzne sposoby ich manifestowania (albo też niemanifestowania), no i podążająca za nimi terminologia.

Nasz kraj włączył się w prąd światowej motoryzacji w momencie, kiedy na rynku funkcjonowało już wiele samochodów wywodzących się z terenówek, ale pełniących raczej rolę bardziej efektownej alternatywy dla sedana, a japońskie pochodzenie oznaczało zaawansowanie techniczne, precyzję wykonania i ekskluzywność. To prawdziwy paradoks i dowód ogromnego tempa rozwoju Kraju Kwitnącej Wiśni, który na globalnym rynku samochodowym zaistniał zaledwie kilkanaście lat wcześniej, i to z wyrobami o całkowicie przeciwnym charakterze: prostymi, tanimi i oszczędnymi, celującymi w osoby niezamożne i przede wszystkim intensywnie liczące pieniądze, a kompletnie niezainteresowane stylem czy też robieniem wrażenia na kimkolwiek. Przykładem niech będą właśnie wczesne generacje jednego z popularniejszych „japońskich gazików”.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

 

To była moja pierwsza „poważna” samochodowa gra na pececie. I dla wielu z Was być może też.

Saga „The Need For Speed” to legenda. Taki komputerowy odpowiednik filmowej serii o Agencie 007 – bo ciągnie się już od 25 lat, podczas których wypuszczono 24 oficjalne części gry, a do tego trzy poboczne. Wszystkie one sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 150 mln egzemplarzy, co w roku wydania „jedynki” (1994) brzmiałoby pewnie równie abstrakcyjnie jak – nie wiem, może elektryczny SUV marki Porsche…?

Co ciekawe, pomysł na grę wcale nie był nowy: pierwszy NFS bardzo przypominał opisywanego tu już, 5 lat starszego „Test Drive’a II – i nic dziwnego, bo oba programy tworzyli ci sami ludzie, pracujący w studiu Distinctive Software z Vancouver. Ta nazwa niewiele pewnie mówi większości graczy, bo jak to często w tej branży bywa, popularność zdobywają raczej wydawcy niż programiści. Na ekranie startowym TD2 nie pojawia się napis DISTINCTIVE SOFTWARE, tylko ACCOLADE PRESENTS, z kolei NFS-a kojarzymy z Electronic Arts. Przy czym w tym drugim przypadku jesteśmy usprawiedliwieni, bo Electronic Arts jeszcze przed wypuszczeniem pierwszej części wykupiło Distinctive Software i przemianowało je na EA Studios. Nie zmienia to jednak faktu, że twórca i wydawca oprogramowania to najczęściej dwa różne podmioty – trochę jak jak zespół filmowy i producent.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

 

Tak, wiem – kiedyś już była o tym dyskusja. A nawet cały wpis: inspirowany przejażdżką Mazdą MX-5, chociaż nie pomyślany jako test, a raczej refleksja nad istotą samochodu sportowego (i krótki, bo stworzony w czasie, kiedy gryzmoliłem wyłącznie na Facebooku). Wracam do tej kwestii, bo dyskusja powróciła pod artykułem o Fordzie Capri. Otóż, według niektórych z Was, Capri tylko udaje auto sportowe.

Ja oczywiście szanuję każde zdanie, zwłaszcza w sprawach gustu i subiektywnego postrzegania świata. Zżera mnie jednak ciekawość, co ogólnie sądzicie na ten temat – również w kontekście drugiej z przejażdżek, na jaką w swej uprzejmości zaprosił mnie pan Krzysztof z Gliwic, bezpośrednio po zgaszeniu silnika żółtego Forda. Chodzi o przejażdżkę granatowym Fiatem 850 Sport Coupé z 1968r.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

 

Kim chciałbyś zostać, kiedy dorośniesz?” – to pytanie wszyscy słyszeliśmy w życiu setki razy. Decyzja wcale nie jest łatwa: mam kolegę, rocznik ’79, który cały czas powtarza, że jeszcze nie wie, co chciałby robić kiedy dorośnie (żeby nie było – on prowadzi dwa rodzaje działalności gospodarczej, oba bardzo profesjonalnie).

Ja w dzieciństwie nie miałem wątpliwości: chciałem być mechanikiem samochodowym. Niestety, w wieku 39 lat ledwie potrafię zmienić koło – nie mam pojęcia, jak to się stało i w którym momencie zrobiłem błąd 🙂 . Moi znajomi mieli więcej ambicji: wielu planowało zostać sportowcami, lotnikami, płetwonurkami, albo przynajmniej strażakami. Przy czym, o ile mi wiadomo, powychodziło im to mniej więcej tak, jak mnie ta mechanika.

Dzisiejsza młodzież mocno się zmieniła. Przynajmniej w naszej części świata. W Internecie furorę robi ostatnio porównanie odpowiedzi, jakich na pytanie o wymarzony zawód udzielają obecnie dzieci w Chinach i Wielkiej Brytanii: w tym pierwszym kraju na czele listy znajduje się kosmonauta, w tym drugim – youtuber i bloger. Aż chciałoby się retorycznie zapytać – który naród będzie rządził światem za 30 lat…?

Zmiany dotyczą zresztą wszystkich rodzajów marzeń. Przykładowo, w moim pokoleniu praktycznie każdy chłopak śnił, że jak dorośnie, kupi sobie sportowe auto. Na nudnych lekcjach namiętnie rysowaliśmy w zeszytach sylwetki bolidów naśladujących stereotypowe Ferrari czy Porsche.

Nie podejmuję się zgadywać, o jakich środkach transportu marzy dzisiejsza młodzież, ani w jakim stopniu owe marzenia rodzą się spontanicznie, a w jakim wynikają z ideologiczno-marketingowego przekazu. Wiem za to, dlaczego niegdysiejszej młodzieży na widok sportowych aut zaświecały się oczy – a to dzięki panu Krzysztofowi z Gliwic, który w zeszłym tygodniu był uprzejmy udostępnić mi do „PRZEJAŻDŻKI PO GODZINACH” swojego jadowicie żółtego Forda Capri.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , ,

Dawno, dawno temu w słonecznej Italii – a dokładnie, to w trochę mniej słonecznym od tamtejszej średniej Turynie – żył sobie pan Giorgio Ambrosini, który amatorsko ścigał się samochodami, a ponadto bardzo chciał produkować własne. Takich marzycieli było w XX wieku wielu, jednak akurat jemu powiodło się stosunkowo dobrze, bo do 1970r. jego firma zdołała wypuścić 13 tysięcy samochodów (gdzieniegdzie można przeczytać, że wykończył ją kryzys naftowy, ale to nieprawda – w momencie jego wybuchu nie istniała już od trzech lat). W dodatku w przeważającej części chodziło o ulubione przez entuzjastów auta sportowe, chociaż wcale nie tylko.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,