PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: (SKANS)SEN O WARSZAWIE

 

Nader często zdarza mi się nie spełniać ludzkich oczekiwań.

Przykładowo, jestem samochodziarzem – i to w stopniu graniczącym z zaburzeniem osobowości. Ludzie spodziewają się więc, że nie będę uznawał komunikacji publicznej, podczas gdy ja po mieście rzadko poruszam się inaczej niż tramwajem i piechotą. Pracuję jako finansista w wielkiej korporacji – czyli, w opinii wielu, powinienem przedkładać karierę nad wszystko inne – a prawda jest taka, że ja otwarcie mówię, że nie zabiegam o awanse, bo o wiele bardziej pasuje mi robota analityka dłubiącego spokojnie w danych i przedkładającego wyniki innym, którzy potrafią i chcą podjąć na tej podstawie decyzje. Jestem chrześcijaninem – nie brakuje więc bliźnich sądzących, że ja na pewno chciałbym spalić na stosie wszystkich innowierców, a już na pewno ateistów – a tymczasem ja bardzo szanuję ich wszystkich (powiem więcej – o wielu z nich mam lepsze mniemanie niż o sobie samym). Urodziłem się i mieszkam w Krakowie – w powszechnym mniemaniu nie ma więc możliwości, żebym żywił choć cień sympatii do stołecznego miasta Warszawy. A jednak – ja żywię.

Wśród krakusów normą jest opowiadanie dowcipów o królu Zygmuncie, który przeniósł (a raczej, jak się to u nas mówi, spławił) stolicę 300 km w dół Wisły, bo lekarz zalecił mu świeże, wiejskie powietrze. Jako lokalny patriota i wielki miłośnik Krakowa jak najbardziej idę z tym prądem, ale z mocnym przymrużeniem oka i wyłącznie wśród ludzi, którzy to dostrzegają i rozumieją. Bo tak naprawdę, to w Polsce mamy tylko jedną prawdziwą metropolię – cała reszta miast, z moim na czele, może być piękna i niezwykle szacowna, ale jako centra gospodarcze, kulturalne czy naukowe pozostają one w tyle. Sorry, taki mamy klimat – a dokładniej, taki model rozwoju. Niemcy, Włosi albo Amerykanie rozwijają w swych krajach wiele równorzędnych ośrodków cywilizacji, my zaś – podobnie jak np. Francja, Austria albo większość Europy Wschodniej – mamy stolicę i resztę kraju.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH Tagi: ,

AUTOMOBILOWA CZASOPRZESTRZEŃ: SUPLEMENT AUDIO-VIDEO

Dziś jestem zmuszony rozczarować miłośników czytania, bo nie zaoferuję im nowej porcji strawy, w zamian jednak przygotowałem coś dla wielbicieli multimediów, a także historii naszej staruszki – cywilizacji zachodniej. Chodzi o serię opisującą kolejne automobilowe epoki, którą postanowiłem wzbogacić o materiały audio-wizualne: w ten sposób, mam nadzieję, pomogę Wam głębiej zanurzyć się w klimacie danych czasów.

Kiedyś, dawno temu, będąc jeszcze pacholęciem – fizycznie może już niekoniecznie, ale intelektualnie jeszcze tak – kolekcjonowałem z raczkujących wtedy internetów zdjęcia samochodów (bardzo różnorodnych – starych i nowych, z rozmaitych krajów i segmentów), a równolegle też i muzykę (bardzo różnorodną, starą i nową, z rozmaitych krajów i gatunków). W ten sposób, oprócz budowania zbiorów, systematyzowałem sobie wiedzę, a że obie dziedziny są dla mnie czymś ważnym, silnie pobudzającym mój umysł i emocje, postanowiłem sobie je połączyć i przygotować kilkuminutowe pokazy slajdów z samochodami i odpowiednią muzyką w tle. Wszystko uporządkowałem oczywiście tematycznie – po epokach, stylach, markach, itp. Pokazywałem to wtedy w zasadzie tylko kilku osobom z otoczenia, bo na więcej nie było prawnych możliwości, ale niedawno dowiedziałem się, że portal YouTube bardzo rozsądnie rozwiązał kwestię praw autorskich: teraz właściciele muzyki sami decydują, na co pozwalają użytkownikom, przy czym większość z nich umożliwia korzystanie ze swych zasobów pod pewnymi warunkami (zazwyczaj sprowadzającymi się do zrzeczenia się dochodu z reklam na ich rzecz). Co ważne, każdy YouTuber może zawczasu sprawdzić, po wykonawcy i tytule, czy i na jakich zasadach może używać danego utworu. Ponieważ ogromna większość powszechnie znanego dziedzictwa muzycznego jest bez problemu dostępna, postanowiłem odkurzyć swoje dawne pokazy slajdów, doszlifować je nieco i wrzucić na kanał YouTube Automobilowni.

W czasie oglądania mogą się Wam pojawiać reklamy – to nie jest moja sprawka, tylko rzeczone wymaganie właścicieli praw autorskich, którzy mają prawo zarabiać na użytej przeze mnie muzyce (ale przynajmniej nie zabraniają mi już jej wykorzystywać i nie grożą banem). Niektóre klipy są wybiórczo zablokowane dla adresów IP z Belgii i Luksemburga (tamtejsze firmy fonograficzne wyznają widocznie filozofię psa ogrodnika), oraz na „pewnych typach urządzeń„. Nie wiem, co to dokładnie oznacza – sprawdzałem na komputerach stacjonarnych, swoim telefonie i tablecie żony – wszędzie działało bez problemu, ale wolę uprzedzić, że taki dostałem komunikat.

Klipów jest na razie jedenaście: jeden z Epoki Powozów Bez Koni, po trzy z Epok Mosiądzu i Niklu oraz cztery z Epoki Chromu. Wszystkie osadziłem tutaj poniżej, a poza tym – w odpowiednich miejscach znanych Wam już artykułów opowiadających o poszczególnych czasach. Jeśli więc chcielibyście odświeżyć sobie wiedzę o każdej z epok, to teraz jest okazja, by wrócić do tamtych tekstów i lepiej poczuć ich klimat.

Klipy poukładałem oczywiście chronologicznie, ale domyślam się, że dla większości z Was ciekawsze będą te młodsze epoki, być może więc zechcecie obejrzeć sobie całą serię od końca.

Jeśli wyrazicie zainteresowanie, w przyszłości mogę spróbować dorobić więcej takich pokazów, prezentujących węższe wycinki Automobilowej Czasoprzestrzeni (np. luksusowe międzywojenne auta z Francji, amerykańskie muscle-cars, Perły PRL-u, itp.). Odpowiednia ankieta jest już przygotowana.

A teraz – zapraszam na klipy, solo lub jako elementy wzbogacające znane Wam już wpisy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w AUTOMOBILOWA CZASOPRZESTRZEŃ Tagi: , ,

PERŁY COACHBUILDINGU: PURPURA I BIEL

Purpura i biel – chyba żadne inne zestawienie kolorów nie kojarzy się tak silnie z bogactwem i władzą.

Te konotacje wywodzą się jeszcze ze starożytności. Purpurowy barwnik od tysięcy lat pozyskiwano z wydzieliny pewnych gatunków ślimaków morskich zamieszkujących wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego. Specjalizowali się w tym zwłaszcza Fenicjanie – od jednego z najważniejszych ośrodków ich cywilizacji barwnik ów nazywano purpurą tyryjską. Do uzyskania jednego grama substancji potrzeba było około dziesięciu tysięcy ślimaków – łatwo więc wyobrazić sobie, ile musiały kosztować purpurowe szaty. Nosili je rzymscy generałowie w czasie triumfalnych powrotów z wypraw wojennych, a także, oczywiście, cesarze: niektórzy z nich – np. Neron – przyznawali sobie wyłączne prawo używania tego koloru, kojarzonego z wyschniętą krwią (w domyśle – pokonanych wrogów). A także z trwałością: tkaniny farbowane purpurą nie blakły od słońca i wilgoci, a w owych czasach patyna tylko dodawała powagi. Nie nowe, a właśnie stare przedmioty, przekazywane z pokolenia na pokolenie, świadczyły o szlachectwie i wielkości danego rodu oraz poszczególnych jego członków. Z tego powodu horrendalnie drogą purpurę fałszowali często antyczni oszuści, używający do tego celu zwykłego indygo – a nic nie potwierdza prestiżu dobitniej niż fabrykowanie podróbek.

Biel symbolizowała z kolei czystość i wierność, również w służbie. Białe szaty wkładały kapłanki Westy, także ludzie ubiegający się o ważne urzędy podkreślali swoją uczciwość i oddanie społeczeństwu poprzez bielenie swych tóg kredą (od łacińskiego słowa „candidatus„, oznaczającego „wybielony”, wywodzi się dzisiejszy „kandydat”). Wczesnochrześcijańscy kapłani odprawiali msze w białych strojach – dopiero w późniejszych wiekach wyższe duchowieństwo zaczęło się ubierać w cesarską purpurę, co można postrzegać jako nader wymowne.

Symbolika tych dwóch barw przetrwała upadek świata starożytnego: szczególnie jednoznaczna była zwłaszcza w Bizancjum, gdzie cesarze wciąż nosili się na purpurowo, biel zaś kojarzono z boskością i nadprzyrodzonością. By może nie jest więc przypadkiem, że oba te kolory zostały użyte na jednym z ostatnich dzieł najbardziej bizantyjskiego z coachbuilderów – urodzonego w białoruskim Mińsku Jakuba Sawczuka, działającego w Paryżu pod nazwiskiem Jacques Saoutchik.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w PERŁY COACHBUILDINGU Tagi: , , ,

STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: W POSZUKIWANIU STRACONYCH CZASÓW

No i stało się. Zostałem youngtimerowcem.

Przez bardzo długi czas nie miałem takiego zamiaru. Po pierwsze, z braku miejsca – jeszcze kilka lat temu nie miałem garażu nawet na swoje codzienne auto, a co dopiero na zabawkę. Po drugie – z braku czasu: od wielu lat bardzo mało jeżdżę autem (7-12 tys. km rocznie, w zależności od planów urlopowych), więc dzielenie tego na dwa pojazdy ma niewielki sens. Po trzecie wreszcie – z braku zdolności i umiejętności manualnych: ktoś, kto nie potrafi samodzielnie wymienić klocków hamulcowych ani paska klinowego nie jest dobrym materiałem na właściciela klasyka. Skąd więc taka decyzja?

Kiedyś napomykałem już o tym, że moim zdaniem motoryzacja indywidualna zdążyła osiągnąć punkt, w którym przeszłość stała się ciekawsza od przyszłości. Kiedy najbardziej interesującą częścią każdej wystawy motoryzacyjnej okazuje się ekspozycja zabytków. Kiedy liczba czasopism o oldtimerach dogania z wolna liczbę tych mainstreamowych. Kiedy technika do tego stopnia się odhumanizowuje i zaczyna być na tyle nieznośna, że coraz większej ilości kierowców odechciewa się wymieniać samochód na nowszy. To godne podziwu osiągnięcie producentów: sprawić, by duża część auto-maniaków przestała przebierać nogami w oczekiwaniu na kolejne premiery, a zaczęła bronić się przed przesiadką na nowszy sprzęt. W wielu krajach do wymiany auta ludzi trzeba wręcz zmuszać środkami administracyjno-fiskalnymi, z pogwałceniem podstawowych zasad prawa (np. że prawo nie działa wstecz i że praw nabytych nie można odbierać).

Tak, ja wiem, że w tym względzie często dramatyzuję, bo przecież nie dzieje się jeszcze żadna tragedia, ale to wszystko przez to, że ja myślę długofalowo. W latach 90-tych wszyscy zachłystywaliśmy się tak zwanym Zachodem i tamtejszymi autami, które zaczynały do nas przyjeżdżać. Były milion razy lepsze od naszych, PRL-owskich, a w gazetach i telewizji oglądaliśmy jeszcze wspanialsze. Ekstrapolując ten trend oczyma wyobraźni widzieliśmy cuda-cudeńka, którymi już za kilka lat… Od tego czasu lat minęło już jednak dwadzieścia i oto okazało się, że tendencja się odwróciła. Że owszem, jeździmy efektywniej, bezpieczniej, pod pewnymi względami również wygodniej, ale niewątpliwie drożej, a przede wszystkim – mniej przyjemnie. Nie tylko z powodu wszechobecnych korków i parkomatów – te są tylko logiczną konsekwencją sukcesu masowej motoryzacji – a z powodu wspomnianego wyżej odhumanizowania techniki, która w zamyśle ma służyć izolowaniu nas od niebezpieczeństw, a izoluje przede wszystkim od radości. Coraz więcej aspektów naszego życia bardziej niż realne działanie przypomina grę komputerową, albo zabawę przedszkolaków wyobrażających sobie, że wykonują poważne, dorosłe czynności na niby. Dzisiejsze pojazdy dają nam coraz mniej satysfakcji, z którą kiedyś kojarzyliśmy wydawanie rozkazów za pomocą kierownicy i trzech (lub dwóch) pedałów. Ba, od jakiegoś czasu wprost mówi się nawet o całkowitym odebraniu nam tego cudownego przywileju!! I jakkolwiek moment ów jest, jak mniemam, jeszcze odległy, to kierunek zmian – zupełnie jasny. Jak już wspomniałem, mentalnie jestem nastawiony na długi okres, a tutaj wątpliwości raczej nie ma: bez całkowitej zmiany klimatu politycznego (na którą się raczej nie zanosi) nie mamy co liczyć na powrót Epoki Chromu i ówczesnego poziomu radości z jazdy. Na szczęście jednak do dawnych czasów możemy spróbować wrócić w inny sposób.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI Tagi: , ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: SKĄD SIĘ BIORĄ (WŁOSKIE) DZIECI…?

W prawie każdym artykule na temat Fiata 500 znaleźć można zdanie, że „połowa ludności Italii została poczęta w tym samochodzie„.

Zastanówmy się. Model ukazał się w 1957r. i pozostawał na rynku przez 18 lat. W tym czasie bramy fabryk opuściło 3.702.078 egzemplarzy. Oczywiście, one nie zniknęły z ulic w momencie zaprzestania produkcji, a dzięki łagodnemu klimatowi śródziemnomorskiemu do dziś pozostają nieodłączną częścią krajobrazu włoskiej prowincji, mimo że nawet najmłodsze egzemplarze dawno już ukończyły 40 lat (co prawda w większości wożą na sobie naklejki klubów miłośników oldtimerów, ale są normalnie eksploatowane). Okres prawdziwej popularności 500-tki trwał mniej więcej do końca XX wieku, pod uwagę weźmiemy więc lata 1959-2000. W tym czasie we Włoszech miało miejsce 30.495.784 narodzin. Jeśli połowę tej liczby podzielimy przez 3.702.078, okaże się, że na każdą wyprodukowaną 500-tkę musiałoby przypaść 4,12 poczętego w nim dziecka. W praktyce więcej, bo niewiadoma mi część produkcji trafiła na eksport.

Czy to możliwe…? To jasne, że owej „połowy populacji” nie powinniśmy rozumieć dosłownie, ale jakieś ziarnko prawdy zapewne w tym jest. A może nawet więcej niż ziarnko – wszak Fiat 500 to gatunek wyjątkowo długowieczny, a większość okazów wielokrotnie zmieniała właścicieli.

Drugie powtarzane jak mantra zdanie na temat tego modelu mówi, że on „zmotoryzował Włochy„. Jeśli podzielimy liczbę ludności kraju w 1975r. (55 milionów) na 3,7 miliona autek łatwo obliczymy, że jedno przypadało na 14,8 obywatela (tutaj również, z braku danych, pomijamy eksport). Czy wobec tego możemy powiedzieć, że najsłynniejszy i najsympatyczniejszy z Fiatów faktycznie podarował Włochom mobilność? Nasz”Maluch” powstał w liczbie 3.128.313 sztuk (znów nie odliczamy eksportu), co podzielone przez 38.254 tys. obywateli Polski z 2000r. daje 12,2 osoby/sztukę. W tym wypadku właściwsze wydaje się jednak poprzestanie na produkcji z okresu PRL-u, bo po upadku komunizmu Fiat 126p zdecydowanie stracił monopol jako środek transportu dla mniej zamożnych. Do 1990r. powstało 2.435.989 samochodów, w kraju mieszkało zaś 38.183 tys. ludzi – wskaźnik wyniesie więc 15,7.

Jak to zinterpretować? Oczywiście, jak kto chce. Można postawić tezę, że misja „zmotoryzowania ojczyzny” obu modelom udała się w dość podobnym stopniu – różnica między 14,8 i i 15,7 osoby na samochód nie jest porażająca. Można też wysnuć wniosek, że dostępność małych aut była w obu krajach podobna. Z tym że musimy podkreślić, że porównujemy zupełnie różne okresy (odpowiednio 1957-75 i 1974-90) – co z kolei oznaczałoby, że PRL był wobec Włoch zapóźniony o kilkanaście do 20 lat. Jak to mawiał towarzysz Stalin, dane statystyczne są jak więźniowie: jeśli będziemy je wystarczająco długo torturować, przyznają się do wszystkiego, co tylko zechcemy udowodnić.

Czytaj więcej ›

Share Button
Napisano w POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU Tagi: , , ,