PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: EKO-TRYPTYK, cz. I

 

Niemal dokładnie rok temu przedstawiłem tutaj elektrycznego Fiata 500e, udostępnionego mi przez firmę GO+ EAuto. Od tego czasu zaszło trochę zmian: polityczny klimat zmierzający do elektryfikacji indywidualnego transportu wciąż się nasila, w moim rodzinnym Krakowie powstała już tzw. strefa czystego transportu (gdzie tradycyjnym samochodem wjeżdżać nie wolno), a kolejne zachodnioeuropejskie kraje przedstawiają propozycje terminów zakazania rejestracji nowych aut spalinowych. Oczywiście, nie oznacza to, że z naszego słownika lada moment zniknie słowo „stacja benzynowa”, jednak jako piewca automobilowej różnorodności nie mogę tych trendów zignorować. Stąd pomysł bliższego przyjrzenia się kolejnym modelom elektrycznym, których na rynku tylko przybywa.

Tak się złożyło, że w ubiegłym tygodniu byłem zmuszony wziąć trzy dni urlopu niezupełnie wypoczynkowego, z intensywną bieganiną po mieście w godzinach szczytu. Pomyślałem sobie, że to idealna okazja do testowania elektryków, które, jak wiadomo, właśnie w takich okolicznościach sprawują się najlepiej. Postanowiłem więc upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i połączyć załatwianie stresogennych spraw z czymś przyjemniejszym, to jest wypróbowywaniem nietypowych samochodów.

Udało się rewelacyjnie: dzięki uprzejmości firmy GO+ EAuto wspomniane trzy dni spędziłem za kierownicą trzech różnych modeli napędzanych energią elektryczną. Dzięki temu mogłem je bezpośrednio porównać i poczynić ciekawe obserwacje, które niniejszym przedstawiam. Zapraszam na pierwszą część EKO-TRYPTYKU!!

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

VENI, VIDI: NIEZŁY MEKSYK!!

Meksyk jest znany każdemu krakusowi. Nawet przyjezdnemu. Na studiach miałem np. przyjezdnego kolegę, który wracając z imprezy (w stanie mocno wskazującym) przysnął sobie w tramwaju. Gdy się ocknął, przez okno zobaczył nazwę przystanku MEKSYK. Nigdy w życiu nie był tak zszokowany…

Wpis będzie jednak o Meksyku prawdziwym – nie nowohuckim, ochrzczonym tak z powodu wyjątkowego bandytyzmu panującego tam w początkach istnienia kombinatu. Tam naprawdę był niezły Meksyk.

Nowa Huta, mimo złej sławy, jest dziś jedną z bezpieczniejszych dzielnic Krakowa. A jak to jest z prawdziwym Meksykiem, który nawet robotnicy sprzed trzech pokoleń kojarzyli z bezprawiem…? Czy tam da się pojechać samodzielnie i cało wrócić? No i najważniejsze: jak wyglądają tamtejsze drogi i motoryzacyjny krajobraz?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: GIOIA DI GUIDARE

Z motoryzacyjnymi pomnikami jest trochę jak z zabytkami na żółtych tablicach: nie da się wymyślić jasnych, nie budzących wątpliwości kryteriów kwalifikacyjnych. Jeden za dobro kultury uzna wyłącznie samochody przedwojenne, inny – tylko te chromowane, a jeszcze inny wyznaczy granicę wieku, która, siłą rzeczy, każdego dnia obejmuje coraz to nowe okazy. Z „pomnikami” jeszcze gorzej, bo to nie jest pojęcie urzędowe, tylko nazwa serii wpisów, wymyślona przeze mnie ad hoc.

W owej serii występowały dotychczas zarówno pojazdy superekskluzywne (Bugatti 41 Royale), jak i masowe (Fiat 500). Byli rekordziści popularności (Ford T) i modele w ogóle nieprodukowane seryjnie (Tucker Torpedo). Globalne supergwiazdy (Citroën DS) i okazy pamiętane wyłącznie w pojedynczym kraju na krańcach świata (Torino). Wielkie przełomy techniczne (Lancia Lambda) i stylistyczne (Cisitalia), oraz uosobienia sztampowości (Ford Falcon). Marzenia nastolatków (Subaru Impreza) i wozidła drobnomieszczańskich kapeluszników (Peugeot 404). Czy widzicie jakieś wspólne punkty…?

Pomnikami nazywam te samochody, które w jakiś sposób odcisnęły się w ludzkiej pamięci. O każdym z nich można snuć opowieści wykraczające poza suchy opis budowy, podstawowe dane techniczne i chronologię produkcji. Drogie czy tanie, szybkie czy praktyczne – one wszystkie swego czasu wstrząsnęły automobilowym światem. A czasami nawet całym światem.

A jak to było z Fiatem Uno?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: BRAWO, PANIE VAN DOORNE !!

To, co widzicie na zdjęciu, to pogodny, listopadowy wieczór na warszawskiej Sadybie. Tajemnicza postać z prawej to niejaki Basista Za Kierownicą, przybierający pozę celtyckiego druida otoczonego magicznym, świetlnym łukiem. Łuk ów obejmuje też najnowszy nabytek Basisty, który dzięki inwencji jego Drugiej Połówki wabi się DAFuq, a na powyższej fotografii zajmuje jeden z tak zwanych mocnych punktów.

To był szczególny wieczór – nie tak po prostu listopadowy, ale pierwszolistopadowy. Stąd skojarzenia z magią, wzmocnione przez kolejne 16 dni, które spędziłem w kraju o przedziwnych i wyjątkowo bogatych tradycjach związanych ze Świętem Zmarłych, trwającym tam nie jeden czy dwa dni, ale całe tygodnie. Przez większość listopada całą tamtejszą przestrzeń, publiczną i prywatną, opanowują czaszki i szkielety, traktowane bardziej jako symbol nieprzerwanego następstwa pokoleń i niekończącego się kręgu życia niż ponury znak śmierci. Ale o wyjeździe będzie kiedy indziej (o ile zechcecie – w tej sprawie przygotowałem bowiem ankietę). Dziś natomiast przeczytacie o kilku godzinach dzielących pierwszolistopadowy zachód słońca od nocnego wylotu na nasze kilkakrotnie odkładane wakacje. Wieczór ów spędziliśmy jako goście Basisty i jego Drugiej Połówki, odbywając w międzyczasie przejażdżkę DAFuqiem po niemalże pustych, warszawskich arteriach.

DAFuq – co być może łatwo przeoczyć w bladożółtym świetle ulicznych latarni – stanowi urzędowo uznane dobro polskiej kultury. Innymi słowy – jest zarejestrowany jako zabytek. W niektórych ludziach wielki niesmak, wręcz oburzenie rodzi takie traktowanie samochodów w wieku Golfa II, ale po pierwsze, ja mam na ten temat inne zdanie, a po drugie – przyrównywanie DAFuqa do Golfa jest wielkim nietaktem, bo wehikuł to zaiste wyjątkowy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , , ,

SEKCJA GOSPODARCZA: ŚWIADOME RYZYKO

Nie ma życia bez ryzyka. Niepewność jest wbudowana w fundamenty naszego świata w sposób całkowicie nieusuwalny.

Ryzyko można redukować, ale tylko kosztem zmniejszenia potencjalnych korzyści. Po angielsku nazywa się to trade-off: zwiększając jeden parametr (np. bezpieczeństwo inwestycji) zmniejszamy równocześnie drugi (np. spodziewany zysk). To my wybieramy żądany punkt wzdłuż krzywej, tyle że niestety, zwykle nie znamy jej kształtu. W przytłaczającej większości sytuacji nie mamy ani dokładnego wzoru ani danych do podstawienia, dlatego znalezienie optymalnej strategii jest sprawą piekielnie trudną i całkowicie indywidualną, bardziej przypominającą sztukę niż matematykę czy inżynierię. Dlatego też być mądrym jest łatwo, ale dopiero po szkodzie.

Wysokie ryzyko w jednych budzi podniecenie, w innych – panikę. Niestety, jego nieusuwalność oznacza, że nawet postępując hiper-ostrożnie nie będziemy stuprocentowo bezpieczni. Ryzyko, choćby ograniczone do minimum, zawsze może się zrealizować.

This was a calculated risk” („to było świadome ryzyko”) – mówi przy grze w karty główny bohater amerykańskiej komedii „Hoopers” z 1978r. „So was the Edsel” („tak samo jak Edsel„) – odpowiada jego partner, grany zresztą przez zmarłego niedawno Burta Reynoldsa, znanego między innymi z trylogii „Mistrz kierownicy ucieka„. W istocie, historia efemerycznej marki samochodów Edsel – oddziału koncernu Forda działającego w sezonach 1958-60 – jest idealnym przykładem sytuacji, w której kilkuletnie przygotowania, miliardowe inwestycje i zmasowana akcja marketingowa  w wykonaniu jednego z największych światowych potentatów przynoszą całkowitą klęskę. Klęskę tak spektakularną, że i dziś, po 60 latach, słowo „Edsel” wciąż służy Amerykanom jako potoczny synonim totalnej katastrofy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,