TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: FRANCUSKA GWIAZDA

Po dwóch artykułach dotyczących współczesności (bo pierwsze Volvo S80 to przecież współczesność, prawda?) wracamy do prawdziwej Historii, takiej przez wielkie „H”.

W nazwie przedstawianej dziś firmy nie ma „H”, a nawet gdyby było, to tylko nieme, bo firma pochodziła z Francji. Wielkich liter jest za to aż pięć, i ani jednej małej do tego. Nic w tym jednak dziwnego, bo firma produkowała auta wielkie. Dokładnie Wielko-Turystyczne. Po francusku – Grand Tourisme.

Patrząc na zdjęcie tytułowe mało kto zgadłby, że chodzi o Francję, a szczególnie o czasy niedługo po II wojnie światowej. Tam i wtedy prawo bardzo silnie dyskryminowało duże samochody, przede wszystkim przez zaporowe opodatkowanie, ale nie tylko: ich producentom obcinano przydziały deficytowych surowców (w tym stali) oraz dewiz, koniecznych do zaopatrywania się za granicą. O ile przejściową reglamentację strategicznych materiałów stosowano wtedy prawie wszędzie, to restrykcji walutowych zrozumieć nie sposób – branża aut luksusowych to przecież najlepsza lokomotywa eksportu i duszenie jej w rzekomej trosce o bilans handlowy to czysty absurd. Do połowy lat 50-tych ofiarą między innymi tej polityki padły dokładnie wszystkie francuskie Grandes Marques („wielkie marki” – Bugatti, Delage, Delahaye, Talbot-Lago), kilka pomniejszych (Hotchkiss, Salmson), zaś najstarszy w śweicie producent automobili, Panhard, przedłużył swoje istnienie tylko dzięki zaprezentowaniu bardzo nowoczesnych, małych modeli Dyna X z karoseriami z niereglamentowanego aluminium .

A jednak – nawet w takich warunkach znalazł się człowiek, który postanowił, wbrew wszelkiej politycznej poprawności, produkować samochody z najwyższej półki, kontynuujące tradycje Grandes Marques. No bo jak to tak: żeby elity Paryża nie mogły przejechać się po ChampsÉlysées wytworną limuzyną, coupè albo roadsterem…? Albo też, co gorsza, żeby były zmuszone uciekać się do produktów niemieckich, angielskich lub amerykańskich, bo w kraju dostępne są tylko miejskie toczydełka…? Prędzej by piekło zamarzło!!

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: POLAR EXPRESS

Jak jest zima to musi być zimno, tak…? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury!!

Zimy ostatnimi latami nie należą do ciężkich, ale śródziemnomorskich bynajmniej nie przypominają. Przynajmniej w moim mieście, gdzie śnieg i sól pojawiają na ulicach co chwilę (w chwili, kiedy to piszę, za oknem widzę obrazek rodem ze starych, amerykańskich filmów bożonarodzeniowych). Na szczęście zdarzają się też przerwy, które można wykorzystać na „PRZEJAŻDŻKĘ PO GODZINACH”.

Takie właśnie okno pogodowe wystąpiło w ostatnią sobotę. W ciągu tygodnia nie tylko stopniał śnieg, ale też asfalt został ładnie umyty deszczem, a potem nawet w dużej części wysuszony przez mocny wiatr. Co prawda temperatury nie wzrosły ponad poziom pozwalający zgasnąć kontrolce ostrzegającej o niebezpieczeństwie gołoledzi, ale dzięki suchemu powietrzu drogi były zupełnie czyste. Jako że prognozy przewidywały rychły powrót mrozu i śniegu (co właśnie widzę za oknem), trzeba było się spieszyć. Dlatego też z dnia na dzień umówiliśmy się z Marcinem z Myślenic – właścicielem pierwszej generacji Volva S80.

Marcin proponował mi przejażdżkę już ubiegłej zimy, z zastrzeżeniem, żeby poczekać na założenie letnich opon. Tak się jednak poukładało, że spotkaliśmy się dopiero teraz, kiedy auto znów jeździ na zimówkach. Jak dla mnie w przejażdżce to w ogóle nie przeszkadza, a do pojazdu z Dalekiej Północy wydaje się wręcz odpowiedniejsze.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

C’EST LA VIE: MIESZANE UCZUCIA

Wiecie co to są mieszane uczucia? Otóż jest to stan ducha faceta, którego teściowa spada w przepaść w jego nowym Ferrari.

Suchar oczywiście stary i taki sobie, ale mieszane uczucia – prawie współczesne. We mnie wywołuje je bowiem samochód ze zdjęcia – Peugeot RCZ.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

DZIEDZICTWO INŻYNIERII: CVCC

Nie wiem, czy wszyscy zdajecie sobie z tego sprawę, ale pierwsze dyskusje o wpływie spalin samochodowych na przyrodę i zdrowie ludzkie rozpoczęły się już przed II wojną światową. Pionierami byli oczywiście Amerykanie, bo w tamtym czasie tylko u nich natężenie ruchu drogowego przekraczało próg środowiskowej istotności: zwłaszcza na kalifornijskim wybrzeżu Pacyfiku, gdzie godziny porannego szczytu komunikacyjnego pokrywają się z kondensacją gęstych mgieł, ludziom ogromnie dokuczało zjawisko smogu (był to tzw. smog typu Los Angeles, złożony z tlenków węgla, azotu i węglowodorów, czyli substancji znajdujących się w spalinach aut. Drugi z podstawowych typów smogu, londyński, zawiera prócz tego dwutlenek siarki i sadzę, a powoduje go głównie spalanie w domowych piecach paliw stałych).

Pierwszy środek zaradczy wymyślił żyjący w Stanach Francuz, inżynier Eugene Houdry: w 1956r. uzyskał on patent na urządzenie zwane dziś reaktorem katalitycznym (potocznie – katalizatorem spalin), pomagające dokończyć niekompletny proces spalania już w układzie wydechowym i zamienić w ten sposób tlenek węgla, sadzę i związki węglowodorowe w dwutlenek węgla i wodę. Niestety, wdrożenie patentu uniemożliwiała powszechność benzyn z dodatkiem czteroetylku ołowiu, błyskawicznie „unieszkodliwiającego” urządzenie. Wynalazek został zastosowany jedynie w ograniczonym zakresie – w wózkach widłowych poruszających się po zamkniętych magazynach i napędzanych niewysilonymi silnikami, mogącymi spalać czystą benzynę ekstrakcyjną. Do samochodów katalizatory trafiły dopiero w latach 70-tych, kiedy pojawiło się paliwo bezołowiowe.

Katalizatory sprawiały jednak kilka problemów: ograniczały przepływ spalin przez układ wydechowy (co dławiło moc silnika), łatwo uszkadzały się od występujących w czasie jazdy drgań, ale przede wszystkim drogo kosztowały. Pojawiło się pytanie: czy wprowadzane właśnie w USA normy emisji spalin dałoby się spełnić bez użycia katalizatora? Udało się to tylko jednemu producentowi – Hondzie i jej silnikowi nazwanemu CVCC.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,

PERSPEKTYWA INSIDERSKA: RAMBO-LAMBO

Foto: © Automobili Lamborghini S.p.A.

Na pewno słyszeliście kiedyś kawały o angielskim deszczu. Tam przecież pada bez przerwy. Lądujemy na Heathrow i leje. „Wiadomo – przecież to Londyn, sami się o to prosiliśmy” – i już lecą docinki. Co innego, gdy wybieramy się np. do Rosji. Tam – jasna sprawa, klimat kontynentalny, a więc ekstremalne temperatury, ale sucho. Jeśli w Moskwie pada, to trudno, zdarza się, co tu drążyć temat.

Czasami warto jednak sprawdzić fakty: Londyn – statystycznie 109 deszczowych dni w roku i 559 mm opadu. Moskwa – 121 dni i 689 mm. Szok, prawda…? Wilgotniejsze od Londynu są nie tylko Paryż, Amsterdam i rekordowa Bruksela (200 dni deszczu w roku), ale też większość miast niemieckich, Bratysława, Mińsk, a nawet Prisztina i Andora. Mało tego: w Neapolu rocznie spada z nieba ponad metr wody – dwa razy więcej niż w Londynie (a także porównywalnej z nim Warszawie), a w Monaco – 733 mm (prawie połowę więcej)!! Ale to Anglię mamy za skrajnie dżdżystą, prawda? Taka jest właśnie siła stereotypu.

(oczywiście, nad Morzem Śródziemnym występuje bardzo nierówny rozkład opadów: w lecie, kiedy najczęściej tam jeździmy, nie pada wcale, za to w zimie  – dużo i często. Jednak arytmetyczna suma roczna jest, jaka jest).

Podobnie w motoryzacji. Patrząc na klasycznego Hummera nie sposób nie zauważyć, że taka szkarada musi pochodzić z Ameryki. Gargantuiczne rozmiary i masa, wdzięk niedźwiedzia grizzly i takiż apetyt, a do tego osiągi furgonetki przy sześciolitrowym silniku.

Jak to dobrze, że nie jesteśmy Amerykanami i mamy włoskich stylistów, prawda? Bo jak Włosi coś zaprojektują… Każdy europejski samochodziarz wie, o co chodzi. Tyle tylko, że każdy europejski samochodziarz słyszał też o Lamborghini LM002, które w dodatku narodziło się przed Hummerem. Ono nie pasuje do stereotypów dokładnie tak samo, jak neapolitańskie i moskiewskie deszcze. Wywołuje przy tym to samo niedowierzanie: czy to w ogóle możliwe…?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,