VENI, VIDI: NIEZŁY MEKSYK!!

Meksyk jest znany każdemu krakusowi. Nawet przyjezdnemu. Na studiach miałem np. przyjezdnego kolegę, który wracając z imprezy (w stanie mocno wskazującym) przysnął sobie w tramwaju. Gdy się ocknął, przez okno zobaczył nazwę przystanku MEKSYK. Nigdy w życiu nie był tak zszokowany…

Wpis będzie jednak o Meksyku prawdziwym – nie nowohuckim, ochrzczonym tak z powodu wyjątkowego bandytyzmu panującego tam w początkach istnienia kombinatu. Tam naprawdę był niezły Meksyk.

Nowa Huta, mimo złej sławy, jest dziś jedną z bezpieczniejszych dzielnic Krakowa. A jak to jest z prawdziwym Meksykiem, który nawet robotnicy sprzed trzech pokoleń kojarzyli z bezprawiem…? Czy tam da się pojechać samodzielnie i cało wrócić? No i najważniejsze: jak wyglądają tamtejsze drogi i motoryzacyjny krajobraz?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: GIOIA DI GUIDARE

Z motoryzacyjnymi pomnikami jest trochę jak z zabytkami na żółtych tablicach: nie da się wymyślić jasnych, nie budzących wątpliwości kryteriów kwalifikacyjnych. Jeden za dobro kultury uzna wyłącznie samochody przedwojenne, inny – tylko te chromowane, a jeszcze inny wyznaczy granicę wieku, która, siłą rzeczy, każdego dnia obejmuje coraz to nowe okazy. Z „pomnikami” jeszcze gorzej, bo to nie jest pojęcie urzędowe, tylko nazwa serii wpisów, wymyślona przeze mnie ad hoc.

W owej serii występowały dotychczas zarówno pojazdy superekskluzywne (Bugatti 41 Royale), jak i masowe (Fiat 500). Byli rekordziści popularności (Ford T) i modele w ogóle nieprodukowane seryjnie (Tucker Torpedo). Globalne supergwiazdy (Citroën DS) i okazy pamiętane wyłącznie w pojedynczym kraju na krańcach świata (Torino). Wielkie przełomy techniczne (Lancia Lambda) i stylistyczne (Cisitalia), oraz uosobienia sztampowości (Ford Falcon). Marzenia nastolatków (Subaru Impreza) i wozidła drobnomieszczańskich kapeluszników (Peugeot 404). Czy widzicie jakieś wspólne punkty…?

Pomnikami nazywam te samochody, które w jakiś sposób odcisnęły się w ludzkiej pamięci. O każdym z nich można snuć opowieści wykraczające poza suchy opis budowy, podstawowe dane techniczne i chronologię produkcji. Drogie czy tanie, szybkie czy praktyczne – one wszystkie swego czasu wstrząsnęły automobilowym światem. A czasami nawet całym światem.

A jak to było z Fiatem Uno?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: BRAWO, PANIE VAN DOORNE !!

To, co widzicie na zdjęciu, to pogodny, listopadowy wieczór na warszawskiej Sadybie. Tajemnicza postać z prawej to niejaki Basista Za Kierownicą, przybierający pozę celtyckiego druida otoczonego magicznym, świetlnym łukiem. Łuk ów obejmuje też najnowszy nabytek Basisty, który dzięki inwencji jego Drugiej Połówki wabi się DAFuq, a na powyższej fotografii zajmuje jeden z tak zwanych mocnych punktów.

To był szczególny wieczór – nie tak po prostu listopadowy, ale pierwszolistopadowy. Stąd skojarzenia z magią, wzmocnione przez kolejne 16 dni, które spędziłem w kraju o przedziwnych i wyjątkowo bogatych tradycjach związanych ze Świętem Zmarłych, trwającym tam nie jeden czy dwa dni, ale całe tygodnie. Przez większość listopada całą tamtejszą przestrzeń, publiczną i prywatną, opanowują czaszki i szkielety, traktowane bardziej jako symbol nieprzerwanego następstwa pokoleń i niekończącego się kręgu życia niż ponury znak śmierci. Ale o wyjeździe będzie kiedy indziej (o ile zechcecie – w tej sprawie przygotowałem bowiem ankietę). Dziś natomiast przeczytacie o kilku godzinach dzielących pierwszolistopadowy zachód słońca od nocnego wylotu na nasze kilkakrotnie odkładane wakacje. Wieczór ów spędziliśmy jako goście Basisty i jego Drugiej Połówki, odbywając w międzyczasie przejażdżkę DAFuqiem po niemalże pustych, warszawskich arteriach.

DAFuq – co być może łatwo przeoczyć w bladożółtym świetle ulicznych latarni – stanowi urzędowo uznane dobro polskiej kultury. Innymi słowy – jest zarejestrowany jako zabytek. W niektórych ludziach wielki niesmak, wręcz oburzenie rodzi takie traktowanie samochodów w wieku Golfa II, ale po pierwsze, ja mam na ten temat inne zdanie, a po drugie – przyrównywanie DAFuqa do Golfa jest wielkim nietaktem, bo wehikuł to zaiste wyjątkowy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , , ,

SEKCJA GOSPODARCZA: ŚWIADOME RYZYKO

Nie ma życia bez ryzyka. Niepewność jest wbudowana w fundamenty naszego świata w sposób całkowicie nieusuwalny.

Ryzyko można redukować, ale tylko kosztem zmniejszenia potencjalnych korzyści. Po angielsku nazywa się to trade-off: zwiększając jeden parametr (np. bezpieczeństwo inwestycji) zmniejszamy równocześnie drugi (np. spodziewany zysk). To my wybieramy żądany punkt wzdłuż krzywej, tyle że niestety, zwykle nie znamy jej kształtu. W przytłaczającej większości sytuacji nie mamy ani dokładnego wzoru ani danych do podstawienia, dlatego znalezienie optymalnej strategii jest sprawą piekielnie trudną i całkowicie indywidualną, bardziej przypominającą sztukę niż matematykę czy inżynierię. Dlatego też być mądrym jest łatwo, ale dopiero po szkodzie.

Wysokie ryzyko w jednych budzi podniecenie, w innych – panikę. Niestety, jego nieusuwalność oznacza, że nawet postępując hiper-ostrożnie nie będziemy stuprocentowo bezpieczni. Ryzyko, choćby ograniczone do minimum, zawsze może się zrealizować.

This was a calculated risk” („to było świadome ryzyko”) – mówi przy grze w karty główny bohater amerykańskiej komedii „Hoopers” z 1978r. „So was the Edsel” („tak samo jak Edsel„) – odpowiada jego partner, grany zresztą przez zmarłego niedawno Burta Reynoldsa, znanego między innymi z trylogii „Mistrz kierownicy ucieka„. W istocie, historia efemerycznej marki samochodów Edsel – oddziału koncernu Forda działającego w sezonach 1958-60 – jest idealnym przykładem sytuacji, w której kilkuletnie przygotowania, miliardowe inwestycje i zmasowana akcja marketingowa  w wykonaniu jednego z największych światowych potentatów przynoszą całkowitą klęskę. Klęskę tak spektakularną, że i dziś, po 60 latach, słowo „Edsel” wciąż służy Amerykanom jako potoczny synonim totalnej katastrofy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

KONFRONTACJE: KRAJ NIEOGRANICZONYCH MOŻLIWOŚCI

 

Kilka razy dyskutowaliśmy już na temat różnic pomiędzy motoryzacją po obu stronach Atlantyku: rozmiarów samochodów, ich mocy, wyposażenia, poziomu cen i wielkości produkcji. Obrazowo przedstawiłem to w relacji z przejażdżki Oldsmobile’em z 1972r., który kosztując ośmiomiesięczny zarobek przeciętnego Amerykanina zasadniczo nie odbiegał od współczesnego sobie Rolls-Royce’a, a w pewnych aspektach wręcz go przewyższał (wobec czego może dziwić, że największym rynkiem zbytu angielskich limuzyn były właśnie Stany Zjednoczone, ale wyjaśnienie, któremu na imię „prestiż marki”, wszyscy znamy i rozumiemy).

By szerzej ukazać te różnice, opowiem dziś o amerykańskim rynku samochodowym z roku 1939-ego. Poziom zmotoryzowania USA zbliżał się wtedy do Polski z… początku XXI wieku. Poziom rozwoju infrastruktury i natężenie ruchu dobrze pokazuje zdjęcie tytułowe (z 1937r.). A ówczesną ofertę rynkową przedstawię na przykładzie General Motors, którego sześć marek pokrywało wszystkie segmenty. To znaczy wszystkie popularne – równolegle istniały bowiem zarówno auta tańsze, jak i droższe, ale jedne i drugie pozostawały marginesem.

Zaczniemy od kontekstu ekonomicznego, to jest wartości ówczesnego pieniądza. Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , , , ,