AUTO-VALHALLA: UPROŚĆ, A POTEM DODAJ LEKKOŚCI

Firmy Lotus nie było do tej pory na Automobilowni (z wyjątkiem artykułu o serii trzech gier komputerowych z początku lat 90-tych), najwyższy więc czas opowiedzieć coś o niej, a najlepiej – o postaci jej założyciela, Colina Chapmana.

Lotus to marka ogromnie wyrazista, a wyrazistość marki bierze się zwykle z konkretnej wizji jej założyciela. Wizję należy oczywiście poprzeć talentem, uporem i latami ciężkiej pracy, ale to ona, konsekwentnie realizowana, jest tutaj fundamentem. Wielu było producentów samochodów w północnych Włoszech w czasach Giovanniego Agnellego, ale to on miał sprecyzowaną wizję – produkować to, czego chce masowy klient. Każdy przedsiębiorca uważa, że idzie za potrzebami rynku, jednak Agnelli uczynił z tego swoje credo, które realizował na tyle skutecznie, że z czasem jego firma przejęła prawie wszystkich konkurentów i stała się niemal monopolistą we własnym kraju. Zupełnie inne, lecz równie metodycznie realizowane założenia miał jego rodak, Enzo Ferrari. Oraz Ettore Bugatti, Henry Royce, André Citroën, Soichiro Honda… To oni stworzyli samochodowe marki o najsilniejszej tożsamości. Inaczej niż np. Armand Peugeot, bracia Opel, Kim-Woo-Choong albo japoński klan Toso, którzy w branżę motoryzacyjną wchodzili jak w wiele innych przedtem i potem – bo był interes do zrobienia. Oczywiście, że oni też zatrudniali czasem dobrych konstruktorów i strategów, którzy budowali i sprzedawali fajne auta, ale ich logo rzadko wieszają sobie na ścianach nastolatkowie – można je spotkać głównie tam, gdzie firma za to zapłaciła.

Colinowi Chapmanowi zdecydowanie bliżej do Ferrariego i Royce’a niż do braci Opel. Jak brzmiała jego dewiza? „Simplify, then add lightness”. Uprość, a potem dodaj lekkości. „Moc czyni cię szybszym na prostych, lekkość czyni cię szybszym wszędzie” – tak zwykł był mawiać.

 

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

WPIS GOŚCINNY: NIBY NIC, A CIESZY. KLĘKAJCIE NARODY!!

 

Dziś będzie wpis gościnny, autorstwa Fabrykanta z Fotodinozy. Niewiele mam tutaj do dodania, poza tym, że kiedyś, w 2006r., przez jeden dzień poruszałem się opisywanym tu modelem – Renault Twingo. To było na Krecie, auto wzięliśmy z wypożyczalni kilka dni po tym, jak inną wycieczkę odbyliśmy Matizem. To było jak przesiadka z Poloneza na Toyotę, mniej więcej. Poza brakiem drugiej pary drzwi (trochę zaskakującym w samochodzie francuskim), ale nie samymi drzwiami żyje automobilista. Zresztą, sami poczytajcie – oddaję głos Fabrykantowi.

***

Już prawie-że-kiedyś-miałem takie auto. Co lepsza – dzisiaj po piętnastu latach nadal się zastanawiam nad zakupem. Znaczy się moja fascynacja jest ponadczasowa, a jej obiekt nie osłabia swego sex-appealu mimo upływu czasu.

Boż jest to auto godne pomnika, chyba. Trwalszego niż ze spiżu, zdaje się. Co Państwo Szanowni na to? Wart?

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

PERŁY COACHBUILDINGU: KORSYKAŃSKI BOCIAN

Nie tak dawno temu opisywałem historię ulicznego toru wyścigowego w Monaco, okraszając wpis różnymi dykteryjkami z dziejów samego księstwa. Tymczasem całkiem niedaleko ociekającego arystokratycznym blichtrem Lazurowego Wybrzeża, na samym środku Morza Liguryjskiego, leży jeszcze piękniejszy kawałek ziemi – wyspa zwana Korsyką. Przechodziła ona podobne koleje losu jak monakijska Skała: najpierw osiedlili się tam ludzie prehistoryczni, potem starożytni Grecy (którzy – to tylko na marginesie – właśnie Korsykę uznawali za najpiękniejsze miejsce na świecie), Rzymianie, a wreszcie Genueńczycy. Na wyspie do dziś mówi się osobliwym dialektem wywodzącym się ze średniowiecznego narzecza genueńskiego (dokładnie jak w Monaco, choć sam dialekt jest inny). Lokalna ludność buntowała się przeciwko władzy Genui urządzając zbrojne powstania, które w 1755r. doprowadziły nawet do krótkotrwałej fazy niepodległości. Dotychczasowi panowie wycofali się z wyspy, a w 1768r. postanowili… odstąpić ją Francuzom, w zamian za umorzenie długów. Lepiej zorganizowana i silniejsza armia francuska spacyfikowała wyspiarzy i pozostaje tam do dziś, choć wielu tubylców uważa ją za nielegalnego okupanta: umowa z Genuą – brzmi ich argumentacja – nie może być uznana za ważną, bo nie wolno sprzedawać czegoś, czego się nie posiada, a w tamtym czasie genueńskie wojska nie sprawowały kontroli nad Korsyką – zostały z niej wyparte znacznie wcześniej. Spór trwa do dziś, lecz mało kto wspomina historyczny epizod korsykańskiej niezawisłości i ogłoszoną wtedy, demokratyczną konstytucję – pierwszą taką w świecie (francuscy filozofowie Oświecenia – Voltaire i Rousseau – ubolewali nad gwałtem zadanym przez Francję niepodległemu, demokratycznemu narodowi, jednak nie od dziś wiadomo, że na opłacanie kronikarzy i pisanie podręczników stać zazwyczaj jedynie zwycięzców).

Obecnie Korsyka pozostaje najbiedniejszą, lecz w dalszym ciągu najpiękniejszą częścią Francji. Samochodziarzom bardzo polecam wizytę w tamtych stronach, bo korsykańskie drogi i krajobrazy są po prostu bajeczne (i to w zasadzie na całej wyspie), a dodatkową zaletą jest jedynie śladowy ruch turystyczny i drogowy. Amatorzy imprezowania i pięciogwiazdkowych pakietów all-inclusive nie mają tam czego szukać, ale miłośnicy górsko-nadmorskich widoków, przyklejonych do stromych klifów wiosek i niekończących się, zupełnie pustych serpentyn o alpejskim charakterze, lecz położonych na samym środku lazurowego Morza Śródziemnego, odnajdą na Korsyce prawdziwy raj (skądinąd całkiem spora część przemierzających wyspę samochodów to „Pagody”, Alfy DuettoMGB i Karmann-Ghie na zabytkowych tablicach z północy Europy). Dziś jednak chciałem opowiedzieć nie o turystycznych eskapadach, a o wspaniałych, luksusowych samochodach, jakie w okresie międzywojennym budowali dwaj pochodzący z Korsyki bracia – Angelo i Paul-Albert Bucciali.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DROBNOMIESZCZANIN EKSPORTOWY

Volkswagen Typ 1 to najpopularniejszy samochód w dziejach.

Do opisania go w serii o pomnikach zbieram się od niepamiętnych czasów. Zadanie to karkołomne, dlatego ogromnie się cieszę, że dzięki uprzejmości pana Krzysztofa z Gliwic (który posiada również m. in. opisywanego ostatnio Fiata X1/9), miałem okazję przejechać się tym modelem. Dzięki temu liznąłem odrobinę charakteru „Garbusa” i łatwiej będzie mi ogarnąć temat całościowo.

Tak naprawdę, to „Chrabąszczem” już kiedyś jeździłem. To było ponad 20 lat temu, na przełomie podstawówki i liceum. Ojciec kolegi, autentyczny milioner i właściciel znanej w Krakowie firmy sprzedającej wyposażenie łazienek (powożący w owym czasie sprowadzoną ze Stanów Acurą Legend oraz równocześnie kupionym w polskim salonie Audi A8 pierwszej generacji) sprawił swojemu synowi żółtego „Garbusa”. Syn miał wtedy bodajże 13 albo 14 lat (ja – o rok więcej), nie mógł więc marzyć o prawie jazdy, ale rozciągające się za rodzinnym domem pola pozwalały na dowolnie długie harcowanie „w celach edukacyjnych”. Kilka razy zostałem zaszczycony zaproszeniem do takiej zabawy, które oczywiście każdorazowo przyjmowałem z ogromną radością. Szaleliśmy wtedy na zmianę po miedzach i łąkach, a jeden raz zdarzyło się nawet wrócić… powiedzmy, że naokoło terenu prywatnego, lecz po drodze, która bynajmniej prywatna nie była. Oczywiście bardzo ostrożnie, z prędkością prawie że rowerową (bo taka też jest tam dozwolona), ale bez większych oporów psychicznych, jako że okolicę znałem od lat na pamięć, natężenie ruchu było znikome, a policjanta nie widziano tam chyba nigdy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: IL FERRARINO

Krwistoczerwona, dwuosobowa karoseria ze zdejmowanym dachem typu targa poprowadzonym poniżej linii wzroku ośmioletniego dziecka. Klinowata sylwetka, chowane reflektory, dwa osobne bagażniki – z przodu i z tyłu. Niezależne zawieszenie i tarczowe hamulce wszystkich kół, dwunastocentymetrowy prześwit. Sportowa, czteroramienna kierownica, wcinająca się do wnętrza, silnie pochylona konsola centralna z dwoma rzędami klawiszy, włoskie podpisy pełnego zestawu wskaźników, a ponadto – wybitnie krótkoskokowy, wysokoobrotowy silnik o fantastycznie spontanicznych reakcjach, umieszczony poprzecznie za plecami kierowcy.

Czy to opis klasycznego Ferrari…? Nie – tylko ledwie półtoralitrowego Fiata. Fiata pomyślanego, wyglądającego i jeżdżącego jak małe Ferrari. Po włosku – il Ferrarino.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,