C’EST LA VIE: SAYONARA NA PING-PONGACH, CZYLI CZEGO CHCĄ OD NAS POLITYCY

Dziś będzie opowieść z morałem. Opowieść z życia wzięta, choć pozmieniałem w niej pewne szczegóły (imiona, miejscowości, nieliczne fakty), żeby nikt nikogo nie rozpoznał i nikomu nie było przykro. Użyłem też fikcyjnych nazw firm i marek, ot tak, dla pewności, bo nigdy nic nie wiadomo. Wymienione tu postacie istnieją jednak naprawdę, a wymowa całości jest zupełnie niezaburzona.

 

Czytelnicy Złomnika pamiętają zapewne historię pana Sławka, który spełnił swe marzenie o BMW E61, lecz okrutnie się rozczarował. Tamta opowieść ukazywała tok myślenia pewnej części naszego narodu, od wieków rozmiłowanego w życiu ponad stan. Bohater mojej opowieści, Łukasz (bez formy "pan", której jego środowisko prawie nie używa), mocno pana Sławka przypomina – on również na własnej skórze odczuł bolesne skutki aspiracji przekraczających możliwości finansowe. Jednak wniosek wypływający z jego przypadków wykracza daleko poza zwykłe naśmiewanie się z tzw. "cebuli".

Ja sam z pana Sławka się nie śmiałem. Jako 80-procentowy liberał uważam, że każdy z nas jest panem własnego życia i portfela. Jeśli chcesz zostawić całą pensję w monopolowym, kasynie, albo warsztacie samochodowym – twoja sprawa. Dopóki nie żądasz od innych, by odpowiadali za twoje własne decyzje i ze swojej krwawicy zwracali ci to, co sam zmarnowałeś, jest to twój prywatny problem (ewentualnie twojej rodziny, jeśli takową posiadasz). Pan Sławek nie zwalał winy na otoczenie, miał co najwyżej trudności w zrozumieniu swojego błędu. Naciął się, to się naciął, po co drążyć temat (choć oczywiście historia ma dużą wartość dydaktyczną). Historia Łukasza może natomiast dotyczyć wielu z nas, ale o tym na końcu.

Łukasz urodził się w jednym z większych miast województwa łódzkiego. To znaczy dziś to jest łódzkie, wtedy było inne. W rodzinie nazwano go dzieckiem Czarnobyla, bo przyszedł na świat w 1986r., kilka dni po tamtej katastrofie, ale na szczęście pozostał zdrowy. Oboje jego rodzice pracowali w jednej fabryce – podobnie jak połowa populacji miasta, bo wtedy tak bywało, że całe miejscowości żywił jeden, wielki zakład. Zmieniło się to kilka lat po urodzeniu Łukasza, kiedy czasy się zmieniły, a zakład upadł.

Ojciec Łukasza miał dużo zimnej krwi i szczęścia: w krótkim czasie zrobił papiery na wózek widłowy i dostał pracę w nowo otwieranej, prywatnej fabryce ceramiki. Podczas gdy kilku jego bezrobotnych sąsiadów szybko się stoczyło, on zrozumiał, że w nowej rzeczywistości trzeba dać z siebie znacznie więcej. Dlatego, mimo marnej pensji, postanowił zorganizować jedynemu synowi tak dobry start, jak to tylko możliwe.

Łukasz jako pierwszy rocznik zdawał nową maturę. Dostał się na bardzo przyszłościowy kierunek – europeistykę. Był rok 2005, Polska triumfalnie wchodziła do Unii, więc zapotrzebowanie na tę specjalność po prostu musiało się pojawić. Łukasz wyjechał do dużego miasta wojewódzkiego i zaczął pilnie się uczyć.

Uczył się nie tylko do egzaminów. Świetnie rozumiał, że  Europa to nie kontynent, ale stan świadomości. Stawał więc na głowie, by stać się prawdziwym Europejczykiem i pewnego dnia z podniesioną głową pracować nad epokowymi projektami w Brukseli albo Strasburgu. Nie było mu łatwo: niezamożni rodzice nie byli w stanie zapewnić mu, jak niektórym jego kolegom, beztroskich studiów. Wieczorami podejmował dorywcze prace. Gdy jego kumple chodzili do pubów, on często stał za barem i nalewał im piwo. Nie miał jednak żalu do nikogo – po prostu starał się najlepiej jak mógł. 

W trzy lata Łukasz zdobył upragniony dyplom licencjata, dużo wiedzy o eurobiurokracji, przyzwoitą znajomość angielskiego, no i europejską świadomość. Czytał europejskie gazety i europejskie portale informacyjne. Bardzo zżymał się na polską zaściankowość, zwłaszcza kiedy zderzał się z nią w rodzinnych stronach.

Tylko jednej rzeczy nie udało się Łukaszowi osiągnąć – wciąż nie miał dziewczyny. W czasie studiów wieczory i weekendy spędzał ciężko pracując. Zresztą, czym on by mógł zaimponować ambitnej studentce? Zazdrościł kolegom, którzy zabierali swoje wybranki do klubów, stawiali im drinki, bilety na koncerty, a nieraz nawet przywozili na zajęcia samochodami.

Samochody studentów były stare i świeżo sprowadzone z Niemiec. Niektóre trzymały się na lakierze, inne były trochę lepsze, ale praktycznie wszystkie pamiętały czasy kanclerza Kohla. Ich marki były dość prestiżowe, ale na Łukaszu nie robiły wrażenia. Mimo że w ogóle nie znał się na technice, jako świadomy Europejczyk czytający regularnie postępowe media wiedział, że to jeżdżące trumny, których eksploatacji należałoby bezwzględnie zabronić, albo przynajmniej obłożyć zaporowymi podatkami – dla naszego wspólnego dobra. Bo jakkolwiek dumni posiadacze E30-tek, Calibr i Civików V mieli się za królów życia, w istocie narażali siebie i swoje dziewczyny na wielkie niebezpieczeństwo. W dodatku niemożebnie truli planetę, za którą wszyscy jesteśmy solidarni odpowiedzialni przed przyszłymi pokoleniami.

Napełniony przedziwną mieszanką kompleksów i dumy Łukasz nigdy nie zniżyłby się do ich poziomu. Oczywiście był świadomy, że 19-letnia, (niegdyś) turkusowa Felicia jego ojca była w nielepszym stanie, a jako diesel przy rozruchu dymiła znacznie intensywniej niż zasilane LPG bolidy studentów, ale ciężko pracującemu również dla niego ojcu nie śmiał zwrócić uwagi. Zresztą rodziciel i tak należał do straconego pokolenia. Co innego on sam: młody Europejczyk-europeista, przedstawiciel generacji, w której rękach leżała przemiana pozostałości PRL-u – również tych mentalnych – w podwaliny nowoczesnego państwa aktywnie uczestniczącego w wiekopomnym projekcie integracji narodów. Łukasz jak najbardziej chciał kupić samochód, ale, jak na światowca przystało, wyłącznie nowy. Wtedy z łatwością znalazłby sobie fajną dziewczynę.

Z pracą nie było łatwo. Miasto było co prawda wojewódzkie, ale nie przypominało Brukseli czy Strasburga, więc etatów dla europeisty oferowało niedużo. Był na kilku rozmowach: startował m. in. do działu kadr sporej masarni, do obsługi klienta w biurze podróży i na przedstawiciela handlowego w hurtowni damskich rajstop. Szybko jednak zorientował się, że przy proponowanych mu pensjach i konieczności opłacenia mieszkania nie będzie miał żadnych szans na własny samochód, a do służbowego, białego Seicento Van oklejonego reklamami czerwonych rajstop wstydziłby się zaprosić jakąkolwiek koleżankę. Nawet jeśli byłoby prawie nowe.

Łukaszowi pozostał tylko jeden sposób na zdobycie własnego, pachnącego nowością auta, które licowałoby z jego ambicjami światowca i pozwoliło przy tym znaleźć drugą połówkę.

Plan był tyleż błyskotliwy, co prosty. Zakładał powrót do rodzinnego miasta, zamieszkanie z rodzicami i znalezienie pracy najprawdopodobniej równie słabo płatnej, ale, przy założeniu darmowego mieszkania, pozwalającej na wzięcie samochodowego kredytu.

Choć celem opowieści nie jest wyśmiewanie planu Łukasza, nie od rzeczy będzie go tutaj podsumować: oto nasz bohater zakładał, że znajdzie młodą kobietę, dla której kluczową cechą potencjalnego partnera będzie posiadanie błyszczącej nowością fury (nienajwyższego siłą rzeczy segmentu) i która jednocześnie nie zwróci uwagi na jego pochodzenie, pozycję społeczną, poziom dochodów, ani nawet zamieszkanie od ćwierci stulecia we własnym pokoju dziecięcym. Założył również, że istota mająca taki pomysł na swą przyszłość wniesie do ich wspólnego budżetu udział własny pozwalający na sfinansowanie własnego lokum i usamodzielnienie się, bez przerywania spłaty kredytu samochodowego.

Rodzice nie komentowali planu. Uważali, że dorosły człowiek wie co robi, a ponieważ chodziło o ich jedyne dziecko, postanowili pomóc jak potrafili. Posada dla naszego europeisty znalazła się w fabryce, gdzie pracował ojciec: jej dyrektor, zachęcony referencjami sumiennego operatora wózka widłowego, przyjął Łukasza na swego sekretarza. Ponieważ część produkcji eksportował, uradował go anglojęzyczny asystent: w końcu w tamtym mieście niemal każdy potrafiący sklecić parę zdań w mowie Szekspira natychmiast wyjeżdżał do UK, albo co najmniej do Warszawy.

Praca nie była łatwa. Wymagała tłumaczenia dokumentów pisanych językiem technicznym, organizację spotkań z zagranicznymi partnerami, a nierzadko nawet sprzątanie biura, jeśli zatrudniona do tego pani była akurat na urlopie albo chorobowym. To wszystko zajmowało znacznie więcej niż 40 godzin tygodniowo, ale szef był na tyle dobry, że nie kazał Łukaszowi płacić za dodatkowy prąd zużywany w biurze wieczorami, a perspektywa otrzymania już po sześciu miesiącach stałej umowy, dającej upragnioną zdolność kredytową, działała bardzo motywująco.

Szef dotrzymał słowa. Łukasz nie posiadał się z radości podpisując dokument zapewniający wszystkie przywileje przewidziane kodeksem pracy oraz pensję netto z dwójką z przodu, w dodatku mógł teraz powiedzieć, że pracuje w handlu zagranicznym i robi interesy z Europą!! Po raz pierwszy od otrzymania dyplomu licencjata poczuł się członkiem elity. Trzyletnie studia i ojcowskie znajomości opłaciły się.

W najbliższą sobotę Łukasz pojechał z tatą do stolicy województwa, by zrobić rozeznanie w salonach samochodowych. Decyzję podjął szybko, ale rozsądnie: wybrał znaną z niezawodności markę japońską, nazwijmy ją umownie Sayonara.

Przyzwoite zarobki Łukasza, siedmioletni okres spłaty i sprezentowany przez babcię, 20-procentowy wkład własny ("do grobu tych pieniędzy nie zabiorę!!") pozwoliły kupić nie byle jaki model: bardzo nowocześnie wyglądającego hatchbacka segmentu C z pięciorgiem drzwi (trzeba myśleć perspektywicznie!!), a nawet z ponadstandardowym silnikiem i pakietem sportowym. Osiągi nie były priorytetem, ale akurat taki egzemplarz dealer miał na stanie, a czekać Łukasz nie miał zamiaru. Z takim sprzętem mógł teraz śmiać się w twarz uczelnianym kolegom od zagazowanych wraków trzymających się kupy jedynie siłą szpachli i woli właściciela. Coś takiego prokurator powinien kwalifikować jako sprowadzanie zagrożenia w ruchu lądowym.

W poniedziałek Łukasz pojechał do pracy samochodem. Co prawda mieszkał zaledwie 1800 metrów od fabryki i do tej pory chodził tam piechotą, ale po pierwsze, nie po to płacił 50% pensji na spłatę kredytu, by auto stało pod blokiem, a po drugie, jego nowy nabytek musiał być na mieście widoczny, by zauważyła go jakaś dobra partia. Na firmowym parkingu postawił nowiutką Sayonarę tuż obok samochodu szefa. Srebrne W211 miało aż siedem lat. Przy każdym odpalaniu puszczało z rury chmurkę rakotwórczej sadzy, a pod jego tablicą rejestracyjną widniał napis "Autohandel BÖLÜKBAŞI Duisburg", jakże kontrastujący z logo Sayonary i łódzkim adresem dealera na Łukaszowym pojeździe.

Droga do pracy zajmowała europeiście cztery minuty, w dwie strony osiem. Tyle samo, ile słoneczny promień leci na Ziemię – tak tłumaczył sobie Łukasz. To było najszczęśliwsze osiem minut z całego jego dnia. Nie mógł jednak zrozumieć dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że zużycie paliwa nie miało nic wspólnego z obiecywanym przez producenta. Po drugie zaś i ważniejsze, nie zauważał żadnych dziewczyn, które oglądałyby się za nim i jego samochodem.

Za otrzymaną we wrześniu premię roczną Łukasz postanowił kupić opony na zimę. Co prawda pieniędzy nie wystarczyło na wyrób markowy, ale w Internecie pisali, że na śniegu najtańsze zimówki są lepsze niż najdroższe letnie. Po opony zadzwonił oczywiście do salonu Sayonary – wszak tylko części od autoryzowanego dealera gwarantują bezpieczeństwo na drodze.

Sprzedawca, pan Krzysztof, odnalazł w katalogu opon najtańszą pozycję – chiński wyrób marki, którą nazwiemy sobie Ping-Pong. Prawdziwa okazja: 690 zł brutto za komplet 17-tek.

"Poważna kwota" – pomyślał Łukasz i na wszelki wypadek spytał sprzedawcę, czy do jazdy wyłącznie do pracy – 1,8 km po zawsze posolonej, głównej ulicy miasta – zimówki na pewno są potrzebne. "Wie Pan", odparł pan Krzysztof, "w zasadzie powiedziałbym, że niekoniecznie, ale jak nie daj Boże coś się stanie, to będzie Pan zły i na siebie i na mnie, więc dla spokoju sumienia radzę zainwestować".

Gdy hurtownik zobaczył w swym systemie zamówienie, był przekonany, że to pomyłka. Zadzwonił do salonu: "To naprawdę Wy chcecie te Ping-Pongi…? Aha… Znaczy się… Będziecie je na auto zakładać, tak…?". Lojalnie ostrzegł stałego klienta, że jeszcze nikomu nie udało się wyważyć czterech kół z Ping-Pongami na raz, i on potem musi reklamacje pisać. Ale co zrobić, taka fucha.

Opony odebrał Łukasz dopiero po miesiącu, bo jego babcia miała wtedy wizytę u łódzkiego okulisty, a w takich razach zawsze tankowała mu do pełna. Był dumny ze swej decyzji, bo nowe auto na nowych oponach zawsze będzie nieporównanie bezpieczniejsze niż powypadkowy złom od Turka. Nie mógł nadziwić się szefowi, że będąc tak bogaty, kupił niewiadomego pochodzenia staroć. Co prawda E-Klasa jeździła na zimówkach topowej marki, ale kupionych u lokalnego wulkanizatora, więc kto wie, czy to nie jakaś chińska podróbka.

Do zimy opony miały poczekać w piwnicy. Niestety, ku rozpaczy naszego europeisty, już po miesiącu padły łupem lokalnych meneli.

Łukasz miał niebywałe szczęście: jeszcze przed zimą przestępcza szajka została aresztowana. Policja, wśród wielu różnych fantów, znalazła w dziupli sporo opon, ale tylko jeden komplet Ping-Pongów, nie było więc problemu z odszukaniem właściciela.

Gdy przyszedł czas wymiany kół, okazało się, że tylko dwa z nich dały się wyważyć. Wniosek był oczywisty: złodzieje zniszczyli nowiuteńkie opony prosto z salonu. Nawet nie było sensu pisać reklamacji, bo co tutaj winny producent…? Co pech, to pech.

Łukasz nie miał za co kupić drugich gum, postanowił więc przejeździć zimę na letnich, parkując przy samej głównej ulicy (tej solonej) i jeżdżąc bardzo ostrożnie. Udało się, bo śniegu ostatnimi laty nie pada dużo.

Kolejny rok minął Łukaszowi bezproblemowo, jedynie na odnowienie wymaganego przez bank Auto-Casco (wartego 70% jego wypłaty) musiał wziąć tzw. chwilówkę, którą spłacił potem z odsetkami z kolejnej premii rocznej. Opony zimowe odpuścił sobie na dobre, bo raz już przecież dał radę, poza tym wszędzie trąbią o globalnym ociepleniu. Co prawda te same media ganią kierowców niezmieniających kół na zimę, ale, jak tłumaczył sobie Łukasz, na pewno chodzi o górali z Bieszczad i jeżdżących w dalekie trasy. Z niepokojem myślał tylko o końcu trzyletniego okresu preferencyjnych stawek ubezpieczeniowych dla nowych aut, ale przecież nie było szans, żeby do tego czasu nie dysponował już co miesiąc dwiema pensjami.

A jednak, na początku trzeciego roku swej przygody z nowym samochodem Łukasz wciąż był singlem. Ale nawet nie to było najgorsze: oto na naszego europeistę jak grom z jasnego nieba spadła wieść o nowym kompakcie marki Sayonara, jaki od lutego miał pojawić się w sprzedaży. Przecież to niemożliwe!! "Już trzeci rok oddaję połowę każdej wypłaty bankowcom tylko po to, by jeździć najnowszym modelem, a on teraz robi się stary…?!?! Jak oni mogli mi to zrobić…?!?!" – lamentował. Tamtej nocy nie zmrużył oka.

Nie było rady. W sobotę pojechał do Łodzi nie czekając nawet na babciną wizytę u lekarza. Po dłuższej rozmowie z panem Krzysztofem, który był równocześnie przedstawicielem banku i agentem ubezpieczeniowym, Łukasz zadecydował: zwiększył kredyt, przedłużając go przy tym do 9 lat, i wymienił stary, znienawidzony od kilku dni samochód na jego następcę. W bazowej wersji, z najsłabszym silnikiem i bez żadnych ekstrasów. Było mu wszystko jedno, bo pierwsze dostawy i tak planowano dopiero na kwiecień. Kredyt zaczął biec od nowa.

Nie żeby sprzedawca go nakręcał. Wręcz przeciwnie: on usiłował wyperswadować Łukaszowi, że sprzedaż trzyletniego auta z przebiegiem 9 tys. km (w który i tak nikt nie uwierzy) to ekonomiczny absurd, zwłaszcza dla osoby o umiarkowanych dochodach. Z symulacji wynikało, że Łukasz w sumie za oba auta spłaci bankowi prawie 140 tys. złotych w ciągu 12 lat. Od kredytu uwolni się w wieku 35 lat, mieszkając wciąż u mamusi. O ile wcześniej nie postanowi znów wymienić auta.

Sprzedawca naprawdę odradzał ten samobójczy krok. Autosalony mają bardzo niskie marże na sprzedaży, zarabiają głównie na serwisie. Z tego względu zależy im na długoterminowej, przyjaznej relacji z klientem. Znacznie bardziej dochodowy jest dlań człowiek zadowolony z korzystnego zakupu i z przyjemnością powracający do warsztatu niż taki, który jednorazowo spłukał się do cna, a potem stuknął w głowę i zaczął szerokim łukiem omijać dealera-zdziercę, a co gorsza, opowiadać o nim całemu miastu. Łukasz nie dał się jednak przekonać, a że chcącemu nie dzieje się krzywda…

Dziś pod blokiem Łukasza znów stoi najnowszy model Sayonary. Wersja to ubożuchna, ale dla niego nieważne są konie mechaniczne i wyposażenie, ba, nawet zimowe opony nie są konieczne. Jedyne, co się liczy, to posiadanie "najnowszego modelu". W końcu dla prawdziwego Europejczyka najważniejsze są bezpieczeństwo i ochrona środowiska, a dodatkowy bonus w postaci wrażenia na płci przeciwnej jest nie do pogardzenia.

Drugiej połówki, jak dotąd, nie odnalazł.

***

Jeśli czekacie niecierpliwie na morał oraz wyjaśnienie, czym Łukasz różni się od pana Sławka, to spieszę przypomnieć o planie wprowadzenia ograniczeń w ruchu starszych pojazdów w centrach miast. Dziś łatwo nam natrząsać się z czyjegoś skrzywionego systemu wartości, ale na razie to jest prywatny problem Łukasza. W niedalekiej przyszłości zaś, kto wie, czy politycy nie postawią nas przed dylematem: chodzić piechotą, czy iść w ślady europeisty, który zamiast wziąć kredyt na mieszkanie i rozpocząć samodzielne życie, od sześciu lat spłaca drugi już samochód, który w trzy lata stracił na wartości 25 tys. złotych – kwotę odpowiadającą prawie dwuletnim zarobkom właściciela. Nie licząc polisy AC, za którą za rok trzeba będzie zapłacić pełną kwotę.

Za PRL-u krążył ponury dowcip: "Cześć stary, właśnie kupiłem samochód, nie pożyczyłbyś mi dwóch chlebów do pierwszego?".

Wygląda więc na to, że niektórzy politycy chcą cofnąć nas w tamte czasy. Widocznie mają podobną wizję bycia Europejczykiem jak Łukasz. Kto wie, może nawet studiowali europeistykę z tych samych podręczników…?

Share Button
Tagi:
35 comments on “C’EST LA VIE: SAYONARA NA PING-PONGACH, CZYLI CZEGO CHCĄ OD NAS POLITYCY
  1. Cubino napisał(a):

    Nie wierzę, że ta historia oparta jest na tzw. faktach autentycznych. NO NIE WIERZE PO PROSTU. Takie przypadki występują w przyrodzie naprawdę?

    • SzK napisał(a):

      Tę historię sprzedał mi pan Krzysztof z łódzkiego salonu. To znaczy on nie ma na imię Krzysztof, a salon nie jest w Łodzi, ale historia jest autentyczna. Znam nawet prawdziwe imię i nazwisko Łukasza, choć nigdy go nie widziałem.

  2. Marecki napisał(a):

    Od zawsze wiedziałem, że ze studentami europeistyki jest coś nie tak.

     

  3. Yossarian napisał(a):

    "Dostał się na bardzo przyszłościowy kierunek – europeistykę"

    Się uśmiałem 😉 Dobry żart 🙂

    • SzK napisał(a):

      Szkoda tylko, że ta opowieść nie jest żartem…

      Jak się człowiek zastanowi, to jest przerażająca… Tzn. nie sam główny bohater, ale to, że niedługo wielu z nas może być zmuszonym do upodobnienia się do niego.

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        Wiesz, podejrzewam, że bycie zbyt często zmuszanym do czegoś w końcu może spowodować, że ludzie zbiorowo wstaną do kogoś.

      • SzK napisał(a):

        W dzisiejszych czasach nie jest łatwo zmobilizować ludzi, bo po pierwsze każdy sobie rzepkę skrobie, po drugie, większość ludzi ma jednak więcej do stracenia dziś niż, dajmy na to, w 1980r. Po trzecie wreszcie, przykręcanie śruby dokonuje się małymi kroczkami, a to nie wywołuje aż takiej reakcji jak nagły szok.

        Mimo to sądzę, że jak ktoś naprawdę spróbuje zdelegalizować 1,9-tki TDI, to reakcja może być gwałtowna, bo to już nie jest mały kroczek. ACTA nie przeszło bez odzewu, a to jest podobna, o ile nie większa skala.

  4. Fabrykant napisał(a):

    Jednak sieje pan lekką demagogią, Panie Szczepanie. Zakaz wjazdu starych aut do miast, choć kompletnie idiotyczny nie spowoduje wg mnie u rozsądnych osób chęci zmiany na nowe auto z salonu, tylko zmusi do przesiadania się na komunikację publiczną i na rowery. Swoje stare samochody będą trzymać na rogatkach miasta, w razie chęci dalszego wyjazdu. Nierozsądni- zmienią auto na nowe, przekraczając stan posiadania. Ale oni i tak przekroczą swój stan posiadania, niezależnie od zakazu wjazdu do miast- z wymienionej przyczyny- są nierozsądni.

    Jeżeli koszta życia wzrastają- należy się zastanowić co zrobić, zanim przekroczy się progi banku kredytodawczego- alternatyw jest trochę: ograniczyć wydatki i swoje żądze posiadania, zmienić miejsce zamieszkania (Irlandia?), albo najprostsza- nie głosować na tych, którzy powoduja wzrost tych kosztów.

    Mam nadzieję jednak, że protesty jakie teraz rozlegają się w tej sprawie zniosą naszą nierozsądną władzę szybciej niż uchwali to prawo. (jedyny problem, że nie wiem na kogo głosować)

    Pomysł na życie ponad stan nie jest w naszym kraju nowy. Właśnie czytam "Szkice piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, który opisuje ten syndrom jako powszechnie panujacy u nas przed wojną, cytuję "Pamiętam, że nie mając pieniędzy nawet na zakup roweru, w ogóle o rowerze nie myślałem: marzyłem od razu o samochodzie (..) Było to chodzenie nago w cylindrze, z białym motylkiem przypiętym do rodowej (ale bez herbu) brodawiki i wiecznym snem o reszcie garderoby. I tak właściwie wyglądała cała nasza gospodarka państwowa: Gdynia, COP, BGK, wspaniałe gmachy, rozmach, STATYSTYKA, wiecznie dodatni bilans handlowy kosztem eksportu tego, CO było najkonieczniejsze; kosztem wywozu broni, której zabrakło na własną obronę, wysoki kurs złotego, a przeciętny obywatel nie miał pieniędzy, jeżeli od kogoś nie pożyczył, jeżeli nie kupwał na raty i nie brał ciągle zaliczek. I gdy pożyczył pieniądze, to wydawał je często nie na przedmioty konieczne, ale na jakieś luksusy. Było to szczególnie widoczne wśród inteligencji. Nie miał na rolkę papieru klozetowego, ale kupował rolki filmu do aparatu Leica, koniecznie Leica, i używał "pożyczonego Kurierka". W takim człowieku działo się wszystko tak jak jak w kamienicy bez schodów, bez mieszkań na piętrach. Suteryny i szóste piętro połączone windą. Jeżdżenie windą między suterynami i szóstym piętrem. Guzik przyciskało się palcem w łososiowej rękawiczce, w takiej, co to "byłaby doskonała do kierownicy". Nie forda, Boże broń, od razu delage'a, bugatti, buicka, minerwy."

    1940 rok, a jak niewiele się zmieniliśmy…

    Swoją drogą, zabezpieczając tyły można się zacząć zastanawiać jakie najtańsze używane auto spełnia kryteria normy Euro…- może jakiś wpis na ten temat?
     

    • Cubino napisał(a):

      No więc wlasnie. Pożądanie prestiżu i obowiązkowa norma Euro5 to jednak dwie rożne rzeczy. Niewielkie auto spełniające normę da radę kupić za 5-7 KPLN (punto na przykład). Czy to dużo czy mało, to zależy od indywidualnej perspektywy, ale na pewno nie jest to kwota poza zasięgiem Lukasza, skoro ma zdolność kredytową na obywatelską sayonarę. I na pewno wydanie takiej kwoty nie gwarantuje prestiżu na mieście. 

      Ciekawszy dla mnie jest wątek szukania dziewczyny-blachary przy pensji koło średniej krajowej i braku tak mieszkania, jak i perspektyw. To dopiero pokazuje mizerię umysłową bohatera. 

       

      • Cubino napisał(a):

        Wróć, jednak nie. Za tyle dostaniemy auto spełniające Euro3 lub 4, czyli przy silniku benzynowym ciagle załapujemy się na niemiecką zieloną plakietkę, ale jak u nas bedą świętsi od papieża i konieczne będzie Euro5, to nic z tego. Inna sprawa, że cieżko mi to sobie wyobrazić, ludzie by się wkurzyli 10x bardziej niż przy acta.

      • SzK napisał(a):

        Dzisiejsze ceny to jedno, a ich zmiany po wprowadzeniu ograniczeń to drugie.

        Czytałem ostatnio na lokalnym Onecie krakowskim że z ponad pół miliona pojazdów zarejestrowanych w moim zacnym mieście tylko 170 tys. spełnia normę EURO4 (takie ma być minimum), więc w razie zakazu wjazdu reszty rynek zwariuje.

        Jeszcze śmieszniejsze było to, że normy nie spełnia duża część autobusów miejskich (nie podali jak duża) , a polskie prawo nie przewiduje zmiany normy emisji spalin w dowodzie, nawet jakbyś (teoretycznie oczywiście) wymienił motor na elektryczny. Inaczej niż w Niemczech, gdzie przez prawie 20 lat obowiązywały podatki drogowe zależne od norm, przy czym można było sobie założyć lepszy katalizator i oszczędzić na podatku. I to była właśnie ekologia, a nie złomowanie dobrych aut. Ponoć nawet z dwusuwa dało się zrobić EURO1 za rozsądną kwotę i koszt się zwracał w drugim roku, na samym podatku.

      • Cubino napisał(a):

        Zdrożeją,to lawety ruszą na zachód i podaż wzrośnie. O to bym się nie obawiał.

  5. SzK napisał(a):

    Normy EURO to głównie kwestia rocznika, choć niektóre modele były przystosowywane do kolejnych norm na zapas, kilka lat przed ich wejściem w życie.

    Zgadzam się, że historia jest jaskrawa, ale w 100% autentyczna.

    Oczywiście Łukasza nic nie zmusza do jeżdżenia do pracy autem, ale wielu innych ludzi, wcale nie lepiej zarabiających, owszem. Nie brakuje mieszkańców miejscowości pozbawionych odpowiednich połączeń, a także takich, którzy muszą załatwiać wiele spraw w ciągu dnia, czego nie ma możliwości zrobić bez auta. Naprawdę nie każdy spędza całą dniówkę w tych samych czterech ścianach. Niemcy przerabiali w 2009r. sprawę starszych diesli służących rzemieślnikom do pracy, u nas takich ludzi jest zdecydowanie więcej.

    Dziękuję za cytat z książki, bardzo daje do myślenia!!

    • Fabrykant napisał(a):

      Przepraszam za literówki. Jedną ręką pisałem posta, a drugą wychodziłem w pośpiechu do pracy. Zupełnie jak Sabała z pomnika w Zakopanem- jedną ręką trzyma krzypecki, a drugą ręką gawędzi…

  6. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Przerażające. Po prostu przerażające.

    Najgorsze jest to, że wkrótce mej Wybrance kończy się macierzyński, już wiemy, że na żłobek nie ma szans, z jednej pensji nie ma szans opłacić wszystkich rachunków, sprawę ratuje moje zarobkowe granie, ale… no właśnie. Jeśli moją 17-letnią (wkrótce 18-letnią) Mazdą nie będę mógł dotrzeć na miejsce wykonu, nie będę mógł dotrzeć w ogóle. Ja to ja, ale sprzęt, który na rower nie wejdzie, nocnymi (bo wraca się po północy) nie chcę go targać ze wzgl. na bezpieczeństwo (i czas dojazdu – 2 godziny mniej snu to dla człowieka, który i bez tego za dnia podpiera się powiekami, ogromna różnica) a taksówki kosztowałyby dużo więcej niż eksploatacja niewielkiego, dość niezawodnego autka.

    Jest słabo.

    • Wojtek napisał(a):

      Dziecko do prywatnego żłobka a wybranka do pracy. Ja wiem, ze cala jej pensja pójdzie na ten żłobek, ale za dwa lata dziecko pójdzie do przedszkola a ona będzie miała prace i pensje. Jak dwa lata posiedzi w domu to juz nigdzie pracy nie znajdzie.

    • Cubino napisał(a):

      A to Wybranka nie zakładała firmy import-export? Coś mi sie tak kołacze w głowie…

  7. Grzesiek napisał(a):

    Widzę, że bohater opowieści "słabował na umyśle" już od średniej szkoły. W roku 2005 było już w naszym pięknym kraju powszechnie jasne, że europeistyka jako kierunek studiów to głęboka wtopa. Wiem co mówię, kończyłem w 2002 roku równie przyszłościowo-prestiżowy kierunek – politologię, wiedząc, że poza magistrem da mi to dokładnie nic. 

    W opowieść wierzę, wszak najdziksze scenariusze pisze samo życie. Mam nadzieję, że nie zostaniemy zmuszeni do pójścia drogą Łukasza przez polityków, ochoczo słuchających podszeptów lobbystów.

    Forma bardzo dobra, wg mnie świetna, ktoś ostatnio tu pisał, że brakuje mu "pier….cia", jak się raczył kiedyś Złomnik wyrazić i tą opowieścią Autor zadaje temu kłam 🙂 Pozdrawiam!

    • SzK napisał(a):

      Tak jak mówisz, ta opowieść to nie moja twórczość, to życie. Ono potrafi mieć pierdolniecie, o jakim samemu Złomnikowi się nie śniło.

      • Grzesiek napisał(a):

        Ale w formę, w jakiej to się ukazało, ubrałeś Ty i ta forma jest bardzo OK – ciekawa i bez prób silenia się na luzackie snucie historyjki, by np. trafić koniecznie na wykop.

  8. SMKA napisał(a):

    Będę szczery. Jak dla mnie ta historia to może być tak zwana "urban legend". Ja zdaję sobie sprawę z tego że ludzie są różni i różniści, można znaleźć bez problemu osoby które mają w moich oczach głupie podejście do motoryzacji, ale nie znam ŻADNEJ osoby która będąc w sytuacji Łukasza, kupiła by nowy samochód. Wszystkie znane mi osoby które kupiły nowy samochód segmentu A, B, czy C, to osoby które może nie zarabiają kososów, ale zarabiają całkiem nieźle, a i kupując nowy samochód, mają zamiar nim jeździć dość długo. No i te osoby nie kupują samochodu do "wyrywania lachonów". Natomiast znani mi młodzy ludzie którzy chcą samochodu do "wyrywania lachonów", kupują stare niemickie "wynalazki" tak zwanych "prestiżowych" marek

    No, ale na prawie 40 milionów Polaków (i kilka milionów w wieku Łukasza) może i się taki trafił. Jednak skoro nawet nie znasz Szczepanie tego człowieka, to ta historia może być po prostu zmyślona

    Swoją drogą, ciekawe czy jakieś "blachary" lecą na BXy. Choć na na niego ro lecą pewnie "plastiki" 😉

    • SzK napisał(a):

      Znam imię, nazwisko i pracę tego człowieka, widziałem też jego konto na FB. A opowieść jest z samego salonu, z którym jestem bardzo blisko związany i w którym „Łukasz” bywa regularnie, więc nie wątpię w ani jedno słowo.

      Oczywiście nikomu nie narzucam tej wiary, ale to nie jest historia z gatunku „szwagier teścia miał kumpla z pracy, który gdzieś słyszał, że…”.

      EDIT: Będą też inne opowieści z owego salonu i od innych ludzi z branży, z którymi mam kontakt. Może nie tak szokujące i bez morału społecznego, ale naprawdę ani Ty ani ja ani żaden bloger nie wymyśliłby rzeczy, do jakich niektórzy ludzie są zdolni. Mnie nic już nie zdziwi.

      • SMKA napisał(a):

        Cóż, ja tam nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej sytucji, nawet znani mi ludzie mający pieniądze (może nie milionerzy, ale ludzie którzy jak na nasze warunki nie mają na co narzekać) często kupują używane samochody. No, ale dla mnie samochód zawsze był używany, a i uważam że lepiej pieniądze wydać na coś zupełnie innego niż nowy samochód

        Choć jak napisałem, na prawie 40 milionów ludzi muszą zdarzać się ludzie… hmmm… wyjątkowi 😉

  9. Antek napisał(a):

    Znam człwoieka ktory uzywanego mercedesa zamienił na nowa skodę z salonu, sfinasowaną przez teścia; a sam pracuje na dwóch etatach żeby utrzymać rodzinę.  Więc i w tą historię wierzę.
     

    • Grzesiek napisał(a):

      Wbrew pozorom, zamiana MB na Skodę w odrobinę dłuższej perspektywie może być dobrym pomysłem, zwłaszcza jeśli ktoś (jak np. ja) nie lubi serwisować auta, stosując używane części. Myślę, że nietrudno sobie wyobrazić, że nowe części do Skody będą zdecydowanie tańsze niż nowe do Mercedesa. Zależy też, jaka to Skoda i jaki Mercedes.

  10. benny_pl napisał(a):

    hmm ceramika to pewnie opoczno albo cersanit krasnystaw? 😉

    sam gosciu ma faktycznie siano w glowie, ale zastanowmy sie czy nie dzieki tej „szkole” ktora zrobila z niego idiote i to za nasze wspolne pieniadze, czy cos takiego nie powinno byc zabronione?? w normalnym systemie tak, ale w takim, w ktorym totalitarnymi metodami stara sie zmusic do czegos obywateli, to im sa glupsi tym dla wladzy lepiej… niestety (dla wladzy) to dziala na niezbyt dluga mete…

    a co do samochodow starszych niz ilestam lat to ja juz mowilem ze jesli to ma chodzic o jaka kolwiek „ekologie” to wyznacznikiem powinien byc wynik analizatora spalin a nie jakis rok produkcji, jakie to wogole ma znaczenie ?! malo to jezdzi jakis „wypasionych nowoczesnych prestizow” za ktorymi sa chmury czarnego/szarego/niebieskawego dymu?!

    ja juz mowie jak to bedzie wygladalo w naszych warunkach:
    po 1 w kosmos pojda ceny chocby cwiartek z numerem VIN i dokumentacja z samochodow max paroletnich, bedzie to wspawywane w jakies rozbitki niewiadomego pochodzenia (kradzione/sprowadzane), tak zeby taki ulep wyszedl jak najtaniej a sprzedac go jak najdrozej
    po 2 co wieksze sknery/biedniejsi ludzie/ zaradniejsi ludzie beda kupowac tez jakies spalone/rozbite/itp max paroletnie male autka np Panda z VINem i dokumentacja, po to zeby to sobie wspawac w swoj samochod, ktory nagle stal sie za stary. warunek – musi to byc ten sam producent i model, kto tam bedzie zwracac uwage na generacje, jedna – dwie w tyl zauwaza tylko milosnicy danej marki/modelu…

    ogolnie podrozeja tez sporo te spelniajace jeszcze limit samochody, a gwaltownie potanieja te niespelniajace.

    jesli to tylko ograniczyc ma sie do centrum miasta, to mi to w sumie obojetne, ja tam jezdze tylko poto zeby przerejestrowac samochod, najwyzej nie bede przerejestrowywal, oc moge sobie wykupic w stoisku w centrum handlowym, i jezdzic az sie dowod skonczy, a potem z kartkami z przegladu, mnustwo ludzi tak jezdzi

    do autobusu ani roweru nikt mnie nigdy nie zmusi!!! nie powiem, rower kiedys lubialem nawet, ale odkad zaczeli robic z tego jakas niemalze religie, to mi zbrzydl do reszty

  11. Mikaell napisał(a):

    Ten teks to jakaś PiSowska prowokacja! Nie można tak brzydko wyśmiewać się z młodych wykształconych z wielkich miast!
    🙂

  12. Demon75 napisał(a):

    Oj wierzę, że taki Łukasz naprawde istnieje, wystarczająco w życiu widziałem, tym bardziej jak sie większość życia w obsłudze klienta (szeroko rozumianej) pracuje.

  13. Cham w Audi napisał(a):

    Będzie więcej opowieści? Dobrze że nie jestem klientem  żadnego salonu 🙂

    • SzK napisał(a):

      Te pozostałe to głównie krótkie scenki rodzajowe, które chcę zebrać w jeden wpis.

      Chyba że znowu ktoś z branży sprzeda mi jakąś historię grubszego kalibru, ale takie rzadko się zdarzają.

      Oczywiście realia geograficzno-społeczne, imiona, nazwy firm i całe tło zawsze będę zmieniał, tutaj też było całkowicie zmienione, choć sedno opowieści (zdarzenia i decyzje stricte samochodowe) pozostało nietknięte.

  14. Dr.Benz napisał(a):

    W ciągu 7 lat pracy w salonie pewnej niemieckiej marki widziałem nie takich asów jak nasz bohater. Ludzie nie potrafią liczyć pieniędzy. Historia mimo że podkoloryzowana, jest dla mnie jak najbardziej wiarygodna. Nie wiem co kieruje takimi ludźmi, ale mogę się podzielić wieloma ciekawymi historiami. Zabrako mi watku o reakcji bohatera na spadek wartosci auta po pierwszym roku. Raz mnie klient mało nie pobił, jak się dowiedział przy kontynuacji AC, że wtopił lekko licząc 40 kPLN. Kupowanie wszystkiego w ASO, łącznie z płynem do spryskiwaczy i akumulatorem, bo oryginalny to też norma.

  15. kot pandur napisał(a):

    Gość nie ma kobiety, to kupuje auto, o coś musi dbać. Z czasem, po 30 pan Łukasz będzie  atrakcyjnym towarem, bo obudzą się wybrzydzające dotąd stare panny i pojawią się pierwsze rozwódki, także taki gość z etatem i autem to niezła partia, szkoda, że bez mieszkania, ale coś się wymyśli. Macie tam chyba w Łodzi jakieś fajne krzaki dla zmotoryzowanych na początek. Chociaż budżetem zarządza słabo, ale wybranka może będzie miała głowę na karku.

  16. Lordessex napisał(a):

    Ta historia może być jak najbardziej prawdziwa. Takich oszołomów jest niestety pełno, którym się wydaje że są tacy "zeuropeizowani" "światowi i nowoczesni", chcący na siłe udowodnić że są lepsi od "reszty". Nawet nie jest mi żal takich ludzi, sami sobie życie zatruwają na własne życzenie.