CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: BOMBOWY POMYSŁ

Ostatnio na facebook’owy fanpage wrzuciłem scenkę rodzajową z pierwszym Thunderbirdem. Obok stała odpowiednio ubrana parka, a w tle – tekturowy domek na amerykańskim przedmieściu, żywcem wyjęty z „Cudownych lat„. Ludzie patrzyli sobie na lśniące chromy i cieszyli się nowego samochodu.

Poza mężczyzny wyglądała przy tym zupełnie tak, jakby w jego ręce tkwił pilot centralnego zamka, ale to przypadek, bo centralnych zamków na podczerwień w latach 50-tych nie było. O ile dobrze pamiętam, to nawet w kreskówkach o Jetsonach wszystkie guziki były umieszczane na samych urządzeniach. W sumie dziwne, że scenarzyści bajki nie wymyślili zdalnego sterowania, bo w całej przedstawionej przez nich technice najbardziej rzucała się w oczy funkcja wyręczania człowieka w każdym, najmniejszym nawet wysiłku fizycznym.

Rzeczony post doczekał się dwóch komentarzy i oba mówiły o tym, że tamten czas i miejsce były niesamowite. Zgadzam się z tym w stu procentach. Ameryka okresu Zimnej Wojny – poza chaotycznymi latami 70-tymi, o których pisałem TUTAJ – była najbardziej szalonym i fascynującym punktem całej historii ludzkości. Nie chodzi tu nawet o rzeczy, które się tam dokonywały, ale przede wszystkim o nastawienie ludzi do przyszłości: praktycznie każdy święcie wierzył, że jutro może być tylko lepsze, że postęp nie ma granic i że każdy, nawet najbardziej zwariowany pomysł będzie do zrealizowania już całkiem niedługo – wystarczy tylko chwilkę poczekać na opracowanie odpowiedniej technologii i zebranie kapitału. Bo to, że zasoby technologiczne i kapitałowe przyrastają w postępie geometrycznym, było czymś równie oczywistym jak następstwo pór dnia albo roku.

Na początku lat 50-tych dla większości Europejczyków codziennością była reglamentacja żywności, a kanalizacja i bieżąca woda były dalekie od oczywistości. O lodówce czy najprostszej pralce większość ludzi mogła co najwyżej pomarzyć. Naszybszym medium było radio, a muzyki słuchało się z dźwiękowych pocztówek odtwarzanych na ogromnych gramofonach. Wciąż nie dało się zatelefonować na drugą stronę Atlantyku (działał jedynie telegraf), a cały ruch pasażerski na tej trasie odbywał się wyłącznie statkami. Ba, nawet zimowy przejazd samochodem przez Alpy był wykonalny jedynie w trzech miejscach!! (przez przełęcze Tenda, Julier-Maloja i Brenner).

Równocześnie jednak w Ameryce zaczynały się pojawiać wspomniane wyżej, niesamowite osiągnięcia techniki. Spróbujmy sobie wyobrazić, czym dla ludzi, którzy ledwie zakończyli drugą wojnę światową, mogły być pasażerskie odrzutowce. Naddżwiękowe myśliwce. Sztuczny satelita Ziemi (notabene wystrzelony zaledwie rok po pierwszej transatlantyckiej rozmowie telefonicznej!!). A także energia nuklearna.

Rozszczepienie jądra atomu kojarzyło się wtedy przede wszystkim z dwoma japońskimi miastami, które w w ciągu kilku sekund praktycznie przestały istnieć, ale właśnie rozpoczynało się bardziej konstruktywne wykorzystywanie tego zjawiska. Energia jądrowa znalazła zastosowanie w elektrowniach, na statkach, łodziach podwodnych. Obie strony Zimnej Wojny całkiem poważnie myślały o atomowych samolotach – w ten sposób bombowce strategiczne mogłyby się utrzymywać w powietrzu całymi miesiącami, trzymając w szachu przeciwnika.

Z postępu technicznego w najpełniejszy sposób mogli korzystać Amerykanie, bo ich kraj był nie tylko najbogatszy i niezniszczony, ale inwestował też najwięcej pieniędzy w rozwój technologii. Te służyły co prawda przede wszystkim wojsku, ale bardzo szybko trafiały też do zastosowań cywilnych, bo opracowywały je wielkie korporacje, które chciały je normalnie sprzedawać na rynku konsumenckim. Tempo innowacji oraz wzrostu poziomu życia było niesamowite. Stąd właśnie wzięły się kreskówki o Jetsonach – ludzie naprawdę wierzyli, że lada chwila zaczną latać do biur kosmolotami, a we wszystkich pracach zastąpią ich roboty. Na razie jednak musieli zadowolić się samochodami, które już od dawna były śmiesznie tanie (przypominam, mówimy o USA) i w tamtym czasie prawie całkowicie wyparły już były wszystkie inne środki lokomocji.

Producenci aut doskonale znali ludzkie nastroje, emocje i oczekiwania wobec przyszłości. Liderem było tu General Motors, które co roku urządzało wystawę concept carów (wtedy – dream carów), która nazywała się Motorama i objeżdżała cały kraj zachwycając gawiedź, sondując jej reakcje na poszczególne pomysły oraz nakręcając ekscytację chromem i skrzydlatymi błotnikami.

No właśnie – chrom i skrzydlate błotniki. A także coraz niższe i szersze nadwozia. To wszystko wzięło się z fascynacji odrzutowcami, do których designerzy maksymalnie upodabniali samochody. Rekordowo wielkie stateczniki miał Cadillac z 1959r. – model, w którym początkowo planowano umieszczenie rur wydechowych pośrodku okrągłych, czerwonych lamp pozycyjnych, któe miały w ten sposób zyskać wygląd dysz wylotowych odrzutowca z włączonym dopalaczem (pomysł zarzucono, bo światła błyskawicznie pokrywały się grubą warstwą sadzy).

Reszta Wielkiej Trójki pozostawała w tyle. Co prawda seryjne modele Forda i Chryslera nie odbiegały zbytnio od produktów GM, ale ich prototypy wyglądały co najwyżej jak odrzuty z pracowni stylistów arcyrywala. I tutaj dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu.

Ford Nucleon z 1957r. nie był nawet dream carem – istniał jedynie jako makieta. I całe szczęście, bo był chyba najbardziej szalonym i niedorzecznym pomysłem w całej historii motoryzacji. Ponieważ General Motors niejako zawłaszczyło wszelkie skojarzenia samochodów z odrzutowcami, Ford postanowił sięgnąć po inny ówcesny symbol nowoczesności: Nucleon, jak sama nazwa wskazuje, miał mieć napęd… jądrowy.

Dzisiaj z takiej idei możemy się co najwyżej śmiać, ale ja zawsze staram się oceniać idee z perspektywy czasów, w których powstawały. Staram się – i sam nie wiem. Z jednej strony inżynierom nie powinno być obce pojęcie promieniowania jonizującego, którego zatrzymanie wymaga tak masywnych osłon reaktora, że samochód osobowy musiałby mieć masę czołgu. Również pojęcie kolizji drogowej powinno coś im mówić – skutki cięższego wypadku takiego pojazdu nie są trudne do przewidzenia. Z drugiej jednak strony optymizm panujący w tamtych czasach był naprawdę nieograniczony, a tempo rozwoju wielu dziedzin techniki zdawało się go uzasadniać. Konstruktorzy Forda przewidywali, że odpowiednio lekkie reaktory – o masie nie przekraczającej półtorej tony – będą dostępne już około roku 1970, choć te działające w ich czasach były kilkadziesiąt razy cięższe. Nawet jeśli masa auta osobowego na poziomie 3-4 ton wyglądała na bardzo wysoką, to wydajność energetyczna reakcji łańcuchowej miała to nadrobić z nawiązką. Wszak komercyjna energia jądrowa miała już wkrótce stać się tak tania, że mierzenie jej zużycia byłoby nieopłacalne…

Zresztą, prototypy bombowców o napędzie jądrowym naprawdę latały (najbardziej znanym był Convair NB-36H), a że w Ameryce wojskowe technologie stosunkowo szybko trafiały do supermarketów… Być może ktoś w taki pomysł naprawdę wierzył.

Tym razem nie podam wielu szczegółów technicznych, bo takowych po prostu nie było – podobnie jak inne dream cars, Nucleon miał być jedynie wizją dalekiej przyszłości. Przygotowano dwie makiety w skali 3:8, jedną ze skrzydlatymi błotnikami, drugą z normalnymi. Kabinę przesunięto w nich daleko do przodu, a przedni zwis maksymalnie przedłużono w celu zrównoważenia masy reaktora. By zmniejszyć ciężar zrezygnowano z tak charakterystycznych dla epoki ozdób karoserii. Napęd miał działać tak samo, jak wytwarzanie prądu w elektrowniach jądrowych: ciepło reaktora podgrzewałoby wodę zamieniając ją w parę, która z kolei napędzałaby turbiny połączone z kołami za pomocą zwykłego, ciernego sprzęgła. Jedno „tankowanie” (wymienny rdzeń reaktora) miało starczać na 5.000 mil, choć to byłoby zależne od wybranej przez klienta wersji mocy. Za inne zalety uważano całkowitą bezgłośność i brak spalin, a także samą możliwość zastąpienia zużywającego zasoby nieodnawialne silnika spalinowego, który inżynierowie zawsze postrzegali jako rozwiązanie tymczasowe, nawet w Ameryce lat 50-tych. Dziwnym trafem nikt nie wspominał o odpadach raidioaktywnych, ani też o tym, że uran jest zasobem nie bardziej odnawialnym niż ropa…

4104337295_37fd8236f6_bFoto: James Vaughan, Licencja CC

4105103228_971469ae02_bFoto: James Vaughan, Licencja CC

 

Reakcje prasy i publiczności były entuzjastyczne – w latach 50-tych ludzie naprawdę wierzyli w taką przyszłość. Niektóre źródła podają nawet, że Ford dostawał rządowe dotacje na rozwój technologii atomowej. Niestety, szybko okazało się to, co dzisiaj jest dla nas oczywiste. Działające prototypy samolotów o napędzie jądrowym szybko powędrowały do lamusa: w USA głównym argumentem była niemożność zapewnienia załodze należytej ochrony przed promieniowaniem, zaś w ZSRR, gdzie zdrowie żołnierzy, najoględniej mówiąc, nie było pierwszym priorytetem, obawiano się o skutki katastrof, które w ówczesnym lotnictwie wojskowym były na porządku dziennym.

A Ford Nucleon, choć wydaje się jedynie plastikową zabawką, w istocie jest czymś znacznie więcej: pomnikiem epoki, w której kreskówki o Jetsonach odzwierciedlały nie tyle dziecięce fantazje, co powszechnie wyznawaną wizję przyszłości. Kiedy ludzie jak nigdy wcześniej ani nigdy później brali sobie do serca słowa Księgi Rodzaju: „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”. To była naprawdę, nomen omen, bombowa epoka.

 

Foto tytułowe: James Vaughan, Licencja CC

Share Button
Tagi: , , , ,
24 comments on “CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: BOMBOWY POMYSŁ
  1. Yossarian napisał(a):

    Mała uwaga:

    "Zresztą, prototypy bombowców o napędzie jądrowym naprawdę latały (najbardziej znanym był Convair NB-36H"

    Za wikipedią:

    "…the three-megawatt air-cooled reactor in the NB-36H did not power any of the aircraft's systems, nor did it provide propulsion, but was placed on the NB-36H to measure the effectiveness of the shielding"

    Podobnie było w przypadku Tupolewa od "konkurencji". Te samoloty miały zamontowane reaktory, ale tylko w celu sprawdzenia, czy da się zrobić ochronę przed promieniowaniem na tyle lekką, że całość jeszcze będzie latała. Napędzane zaś były konwencjonalnymi silnikami.

  2. hooligan. napisał(a):

    Z tymi podróżami przez Atlantyk szanowny autor trochę mija się z prawdą. Już w latach 40 funckjonowały z powodzeniem transatlantyckie regularne połączenia lotnicze. Obsługiwane przez Douglasy DC-6 i Lockheedy Constellation. Tłokowe silniki z powodzeniem dawały radę; wysoka sprawność zapewniana między innymi dzięki technologii turbo compound dawała odpowiedni zasięg. Sytacja taka trwała dosyć długo, ponieważ pierwsze wprowadzone do słuzby modele turbośmigłowe miały stosunkowo niewielki zasięg (vickers viscount) ew. przez problemy techniczne ich wejście na rynek przedłużyło się i ostatecznie przegrały z rewelacyjnym Boeingiem 707 (Bristol Britannia). co ciekawe ten samoloty (Bristole) do końca lat 80 latały w barwach kubańskiej Cubany – zamówiune przed samą rewolucją, dostarczone już po niej. Anglicy zachowali się cokolwiek elegancko. Jeden z tych samolotów w 1962 roku wypozyczyły czechosłowackie CSA uruchamiając regularne transatlantyckie połączenie z Hawaną. To, że w tym samym czasie stał jeszcze w Pradze największy na świecie pomnik Stalina nie przeszkadzał im być w absolutnej czołowce państw komunistycznych pod względem nowoczesności i rozwoju – motoryzacji też to zresztą dotyczyło.

    • SzK napisał(a):

      Ja znalazłem informacje, że pierwsze komercyjne loty to rok 1953 (rozmowa telefoniczna – 1956), ale ekspertem nie jestem, więc nie umiem tego zweryfikować.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      http://en.wikipedia.org/wiki/Transatlantic_flight – zgodnie z wiki, faktycznie loty pasażerskie były już przed wojną. Może chodziło o loty bezpośrednie, bez zatrzymania na tankowanie?

      • hooligan. napisał(a):

        Owszem, były międzylądowania w Shannon i Gander (LOT-owi na Iłach-62 z silnikami Kuzniecowa zdarzało się to jeszcze w latach 80), jednak nie zmiania to faktu, że praktycznie rok po wojnie praktycznie każdego dnia kilka dało się dolecieć z Londynu czy Paryża do NY samolotem. Mając kilka linii do wyboru. A że podróż trwała w sumie 15 godzin? To tylko dwa razy dłużej niz dziś. A i tak o wiele szybciej niz statkiem. Do którego przecież trzeba było z takiego Londynu (o Paryżu nawet nie wspominam) dotrzeć, do jakiegoś Southampton czy gdzieś, co też zabierało czas. W ogóle chyba wydaje się, że swiat (w tym takze Europa, przynajmniej ta zachodnia) po wojnie wracał do normalności szybciej niż się obecnie wydaje. Problemy z kanalizacją owszem były, ale raczej nie powszechnie. W takim  Paryżu, praktycznie nie zniszczonym żyło się normalnie. Poza tym lata 50 to czas wielkiego prosperity. Oglądałem kiedys taki serial dokumentalny "Stulecie zwykłych ludzi", i wszyscy kategorycznie stwierdzali, że owszem pracowało się wtedy ciężko, ale dosłownie z miesiąca na miesiąc dało się odczuć poprawę. Co dawało wielkiego psychicznego kopa naprzód. Wola życia, wola poprawy, pragnienie lepszego  po wojennym kataklizmie były wielkie.

  3. hurgot sztancy napisał(a):

    Pomysł faktycznie radykalny, w osobówkach amerykańskich mógł się sprawdzić (długie szerokie proste drogi). Co ciekawe nie tylko Amerykanie kombinowali z napędem jądrowym w samochodach, ale także Francuzi (Simca i Arbel). No to nie mogło się udać 🙂

    Ale dziwi mnie, że nikt nie wpadł na pomysł zbudowania ciężarówki. Przecież tu masa osłony nie byłaby kluczowa. 2-3 tony nie robiłyby większej różnicy, gdyby paliwo było wyraźnie tańsze. 

    Co mnie jeszcze ciekawi, to dość ograniczony zasięg. Jak się ma 5000 mil do bombowców latających całymi miesiącami bez lądowania? 

    • SzK napisał(a):

      Zasięg zależał zapewne od masy reaktora – te lotnicze ważyły po kilkadziesiąt ton. Poza tym sądzę, że liczba mogła być mocno szacunkowa, bo przecież mini-reaktory jeszcze w ogóle nie istniały.

      A co do ciężarówek, to myślę, że przeważyły względy bezpieczeństwa i składowania odpadów. Nie wyobrażam sobie sensownego rozwiązania tych kwestii.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        jasna sprawa z tymi odpadami – bardziej mnie zastanawia, że nie było żadnych planów takich ciężarówek, dla których wymienione problemy byłyby latwiejsze do ogarnięcia (poza oczywiście odapdami itd.)

        no i nuklearne pociągi – to też ciekawy pomysł!
        http://atomictoasters.com/2012/12/nuclear-rails/

         

  4. SMKA napisał(a):

    W sumie mam wątpliwości czy w przypadku samochodów o napędzie jądrowym można mówić o czymś takim jak prace nad tym rozwiązaniem. Ot, wyobrażenia, które może za jakiś czas się spełnią. Zresztą, nie tylko w USA tak to sobie wyobrażano, z tego co kojarzę w jakiejś starej radzieckiej encyklopedii techniki też było wyobrażenie samochodu o napędzie jądrowym

  5. cubino napisał(a):

    Co by nie mówić o samolotach napędzanych energią jądrową – fakt, że w Stanach zbudowano samolot z reaktorem jądrowym na pokładzie i kabiną ekranowaną ołowiem tylko po to, żeby sobie pomierzyć poziom promieniowania dużo mówi o ich rozmachu i optymizmie. Prawie jak u prezydenta Dutkiewicza we Wrocławiu, tam też postęp ma rozwiązać wszystkie problemy 🙂

     

    Zaskoczyło mnie info o rozmowach transatlantyckich, myślałem, że po tych podmorskich kablach dało się rozmawiać wcześniej.

  6. SMKA napisał(a):

    Aha, jeszcze jedno

    "ziałające prototypy samolotów o napędzie jądrowym szybko powędrowały do lamusa: w USA głównym argumentem była niemożność zapewnienia załodze należytej ochrony przed promieniowaniem, zaś w ZSRR, gdzie zdrowie żołnierzy, najoględniej mówiąc, nie było pierwszym priorytetem, obawia się o skutki (również ekologiczne) katastrof, które w ówczesnym lotnictwie wojskowym były na porządku dziennym"

    Jak dla mnie najpewniej w ZSRR powody zarzucenia prac nad samolotami o napędzie jądrowym były takie same jak w USA, mimo tego że ZSRR mogło pozwolić sobie na mniejszy szacunek wobec życia żołnierzy. W końcu w ZSRR raczej zdawano sobie sprawę że masowo chorujący na choroby popromienne piloci to problem, którego lepiej uniknąć (choćby z tego względu, że szkolenie pilota kosztuje)

  7. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Nie napiszę nic odkrywczego, ale po prostu uwielbiam retrofuturyzm. To, jak x lat temu wyobrażano sobie przyszłość, jest fascynujące. A i niejednokrotnie estetycznie świetne.

    • SzK napisał(a):

      Dla mnie retrofuturyzm to doskonały dowód na to, że próby przewidzenia przyszłości są niewyobrażalną stratą czasu. Chyba, że tak bardzo cenimy ów aspekt estetyczny.

      • Mikaell napisał(a):

        Zdaje się, że już M.Twain mawiał, że przewidywanie jest trudne. Zwłaszcza gdy dotyczy przyszłości. Hmmm… A tu Internety mówio mi, że autorem był N. Bohr. Cóż, ktoby nie był. Rację miał!

      • SzK napisał(a):

        Nie znałem tego, ale zdecydowanie pachnie mi Twainem 🙂

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        Właśnie ten aspekt estetyczny uwielbiam. Uczta dla oczu. Warto tu dodać, że jestem ogromnym fanem steampunku, choć on akurat zasadza się na erze mosiądzu 🙂

  8. benny_pl napisał(a):

    na „wielkich gramofonach” czyli patefonach, sluchalo sie plyt szelakowych. pocztowki dzwiekowe to wymysl duuuuzo pozniejszy, w erze zwyklych gramofonow (lata 60)
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Patefon
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Nietypowe_płyty_gramofonowe

    poza tym artykul bardzo fajny, ale dobrze ze jednak niema atomowych samochodow… z francuska elektryka lub naprawianych przez nasze cytrynogumiagowe warsztaty 😉
    a sam retrofuturyzm jest genialny, polecam film BRAZIL

    • SzK napisał(a):

      Dzięki za uzupełnienie, jak zwykle fachowe.

      P.S. Przepraszam za filtr antyspamowy, on z automatu odrzuca wszystkie komentarze zawierające więcej niż jeden link. Ja oczywiście to wyłapuję i akceptuję ręcznie, ale czasem może to trwać wiele godzin.

      • benny_pl napisał(a):

        niema problemu 🙂 moglbys dac link do tego obrazka wspomnianej scenki bez pilota ?
        Ameryka tamtych lat to na prawde musial byc raj na ziemi.
        w sumie jeszcze do nie tak dawna (lat 90tych) na wszelkie nowinki techniczne o ktorych sie slyszalo ze sa w ameryce bralo sie poprawke „u nas moze za 10 lat to bedzie”

      • SzK napisał(a):

        Na FB codziennie wieczorem wrzucam jakieś zdjęcie z krotkim komentarzem, jedno- lub kilkuzdaniowym. Żadnych sensacji tam nie ma, ale to jedyna promocja bloga, jaką robię. Jeśli nie masz FB, to wyślę Ci to zdjęcie po pracy, ale nie różni się ono zbytnio od moich innych postów.

      • benny_pl napisał(a):

        nie mam fb,

        nie trzeba go wysylac, otworz na swoim komputerze to na tym fb, kliknij na zdjecie zeby bylo duze, drugim guzikiem myszy "kopiuj adres obrazu" i masz bezposredni link do pliku, ktory mozesz sobie tu wkleic 😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        nie musisz mieć FB, żeby oglądać wpisy Klasycznie.eu – nie możesz tylko komentować. Tu masz linka do zdjecia Thunderbirda: 

        https://www.facebook.com/klasycznie.eu/photos/a.375260879228265.93824.375250805895939/801026929984989/?type=1&theater