STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: DZIEŃ DZIECKA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobno mężczyźni dojrzewają tylko do piątego roku życia – potem już tylko rosną, a wraz z nimi rośnie cena ich zabawek. Jako że ja nie mam problemów z przyznaniem, że tkwi we mnie dziecko, w tym roku, na 1 czerwca, postanowiłem wziąć w pracy urlop i zrobić sobie prawdziwy Dzień Dziecka. Taki, jakiego jeszcze nigdy nie miałem przez całe 36 lat dotychczasowego życia.

Wszystko zaczęło się w maju 2015r., kiedy zmieniłem pracę. W nowej firmie dostaję co miesiąc pewną kwotę do wykorzystania na, jak to ujmuje ustawa, rozrywkę i kulturę. To oczywiście kolejna, bezsensowna ingerencja urzędasów w nasze życie: kasa, o której mówimy, jest normalnym kosztem mojej pracy. Pracodawca musi ponieść go w 100% i jeszcze odprowadzić podatek, a mimo to, ja nie mogę tych pieniędzy wydać na co chcę, tylko na to, na co łaskawie zezwoli mi ustawa. Znaczy się: ktoś wyciąga z kieszeni prawdziwą forsę, a ja dostaję nieprawdziwą, i nikt nie potrafi mi wytłumaczyć, jaka w tym jest myśl przewodnia. No ale jeśli już muszę przeznaczyć te środki na z góry określone rzeczy, to pasuje przynajmniej dobrze wybrać z dostępnego katalogu. Wśród oferowanych mi możliwości znalazły się m. in. kupony do firmy ŻYCIE TO PRZYGODA. Z początku ta opcja nie przyciągnęła mojej uwagi, bo nazwa kojarzyła mi się raczej ze sportami ekstremalnymi i różnymi ekscesami, od których zasadniczo trzymam się z daleka. Gdy jednak zajrzałem na ich stronę internetową, w oczy natychmiast rzuciła mi się jedna zakładka: SUPERSAMOCHODY.

Raz miałem już możliwość podobnej przejażdżki: w lecie 2012, przy okazji bytności w muzeum w Maranello zostałem zaatakowany przez lokalnych nagabywaczy proponujących „jedyną w życiu” okazję wypróbowania Ferrari. Gdy jednak zacząłem ich wypytywać o szczegóły, okazało się, że wyjazd miał nastąpić spod samego muzeum, w ciasnym centrum włoskiego miasteczka, skąd w ustalonym, 10-minutowym czasie „testu” na pewno nie zdążyłbym wyjechać poza obszar zabudowany i wrócić. Ponieważ płacenie trzycyfrowej sumy w euro za pokręcenie się 30 km/h po wąskiej uliczce nie bardzo mnie przekonywało, a wydłużenie imprezy do 20 lub 30 minut kosztowało tyle, co jeżdżące Polo z OC w komisie, postanowiłem zrezygnować (ku szczeremu zdziwieniu małżonki). Gdybym mógł pojeździć sobie po torze, to czemu nie, ale w ten sposób…

Wtedy takiej opcji nie miałem, ale teraz – owszem. Bo ze wspomnianym wyżej funduszem socjalnym sprawa wygląda tak, że jestem wprawdzie pozbawiony kontroli nad własnymi pieniędzmi, ale z drugiej strony nie żal mi ich wydać na rzeczy, które w innym przypadku wzbudziłyby we mnie wyrzuty sumienia. To znaczy owe wyrzuty pewnie i tak by mnie nie powstrzymały, ale by mnie gryzły, a nikt nie lubi być gryziony.

Jak by nie było, po roku mozolnego ciułania kuponów udało mi się spełnić odwieczne marzenie każdego automobilisty i przejechać się nie jednym, ale aż dwoma pojazdami zaliczanymi przez organizatora do supersamochodów,  a w istocie będących autami sportowymi. BARDZO sportowymi: Ferrari 458 Italia oraz Lamborghini Huracán.

 ***

Muszę się przyznać, że do Kielc pojechałem uprzedzony. Aha, bo tego chyba jeszcze nie mówiłem – cała zabawa miała miejsce na torze Kielce, który, jak sama nazwa wskazuje, jest położony w Miedzianej Górze. Dla mnie to zawsze lepiej niż w Ułężu, gdzie podobną przyjemność, również za nasze osławione kupony na przygody, sprawił był sobie w zeszłym roku mój kumpel z pracy, też zapalony samochodziarz. Z uwagi na odległość z Krakowa musiał na tor zabrać żonę, dwie córki i zafundować im cały weekend w Kazimierzu nad Wisłą. Ja miałem łatwiej: nie dość, że mogłem na miejsce dotrzeć w zaledwie dwie godziny, to w dodatku moja druga połówka była wtedy w delegacji, więc nie było mi nawet głupio, że ją zostawiam samą.

Tor Kielce jest czasem zwany „małym Spa” – dowiedziałem się tego od instruktora w czasie odprawy przed przejażdżką. Przyznaję, że coś w tym jest. Pełna pętla, otwarta w 1977r., liczy 4,16 km i 16 zakrętów, a różnica wysokości wynosi aż 60 metrów. Za linią startu znajduje się szeroki, prawy zakręt pod kątem prostym, a następnie – długi i szeroki odcinek przez las, prowadzący łagodnymi łukami ostro pod górę. Czyli zupełnie jak na prawdziwym Spa-Francorchamps, które opisywałem kiedyś TUTAJ. Niestety, na pełnej pętli nie mogłem jeździć, bo rzeczony, leśny podjazd jest fragmentem drogi publicznej, w dodatku nie byle jakiej, bo krajowej (nr 74). Z tego powodu wykorzystanie toru w całości wymaga skierowania ruchu, nieraz międzynarodowego, na wąskie objazdy, na co nieczęsto udaje się uzyskać zgodę. A wielka szkoda, bo przebieg i położenie obiektu są naprawdę piękne. Na co dzień można więc jeździć tylko po małej pętli, czyli owalu o długości 1.100 metrów, oraz po torze kartingowym, mierzącym metrów 880. Na mnie czekała ta ostatnia opcja.

Przez tę dygresję nie napisałem jeszcze, dlaczego byłem uprzedzony. Nie, nie do toru, a do samochodów, które miałem wypróbować. Nie oszukujmy się – nikt z nas nie jest w pełni obiektywny. Ja czasem denerwuję się, gdy ludzie zarzucają mi taką czy inną -filię, bo w tym przypadku po prostu nie mają racji, ale nie twierdzę, że jestem zupełnie obiektywny, bo swoje słabości mam. Jak zresztą każdy. W większości świętych wojen, jakie od lat prowadzą rywalizujący z sobą producenci aut, posiadam osobistych faworytów, i zazwyczaj nie ma to wiele wspólnego z żadnymi mierzalnymi cechami ich produktów, a jedynie sferą emocjonalno-wizerunkową. FordChevrolet, VolkswagenOpel, ToyotaHondaMercedesBMW, CadillacLincoln… A także, oczywiście, Ferrari-Lamborghini.

Po czyjej stronie byłem przed 1 czerwca 2016r.? Sądzę, że 215 opublikowanych dotychczas na Automobilowni wpisów aż nadto jednoznacznie pozwala odgadnąć, do czego wsiadłbym, mając wybór pomiędzy granatową 456-tką z jasną skórą, a purpurowym Countachem na poszerzanej feldze i z gigantycznym skrzydłem z tyłu. Mnie od zawsze pociągała opera, a organicznie odrzucał heavy-metal. Wieczory ze znajomymi spędzam przy pizzy z lampką wina, nie w klubach i dyskotekach (tak, również od zawsze – to nie jest kwestia starczego sflaczenia). Urzeka mnie klasyczna elegancja, a odpycha negująca ją awangarda. Siła i świadomość własnej wartości – jak najbardziej, ale krzykliwość i bezczelna pretensjonalność – w żadnym wypadku. Innymi słowy: Ferrari to dla mnie niedoścignione marzenie, zaś Lamborghini – no cóż, to fajnie, że istnieje (automobilowa różnorodność ponad wszystko!!), ale ja podziękuję. Countacha zostawiłbym więc hard-rockowcom, by mieli czym pojechać na koncert AC/DC, a sam wsiadłbym do 456, włączył płytę Placido Domingo i udał się do włoskiej restauracji. Najchętniej – znajdującej się po przeciwnej stronie Passo Stelvio.

***

Okolice Kielc nie przypominają raczej Alp, a i kawiarnia przy torze, gdzie na godzinę 18.00-tą byłem umówiony z instruktorem, nie ma wiele wspólnego z włoską restauracją, ale emocje, jakie tam czułem, były silniejsze od fundowanych przez jakąkolwiek knajpę w górach. Na miejscu byłem 45 minut przed czasem (na wszelki wypadek wolałem wyjechać wcześniej, bo S7-mka przypomina obecnie plac budowy, a tymczasem akurat jechało się dobrze). Zamówiłem zieloną herbatę i pozostały czas spędziłem na studiowaniu danych technicznych obu aut oraz obserwowaniu, jak hasają sobie po torze wydając przy tym z wydechów prawdziwą muzykę – oczywiście w dwóch różnych gatunkach. Cały czas chodziła za mną myśl, że już za parę chwil…

Tak wyglądało to z balkonu kawiarni

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Instruktor przyszedł kilka minut przed 18-tą. Obejrzał moje prawo jazdy, zabrał voucher i kazał podpisać cyrograf. Potem zeszliśmy na dół i wyszli z budynku prosto na aleję serwisową, gdzie stały dwa supersportowe bolidy: wściekle zielony Huracán oraz jaskrawo żółte 458 Italia. Drżącą ręką wyjąłem z teczki aparat… i właśnie w tym momencie, dokładnie o 18.00, z nieba lunął deszcz…

To się nazywa mieć pecha: od rana prażyło słońce i dopiero w momencie, kiedy miałem wsiąść do najbardziej wściekłej fury w moim dotychczasowym życiu, niebo wymyśliło sobie, że się otworzy. Mało tego: kiedy kończyłem już całą zabawę i odbierałem od instruktora pamiątkowy certyfikat, na asfalcie widać już było wyraźnie zarysowane granice cieni – w drodze powrotnej od samego początku jechałem po suchym. Szkoda tylko, że już wyłącznie własnym autem…

Na pierwszym zdjęciu widać pierwsze krople opadu, na kolejnych jest już całkiem mokro. Swoją drogą nie przypuszczałem, że w podpisie fotek pierwszego Lambo, jakim będzie mi dane jechać, skoncentruję się na wilgotności asfaltu, ale co zrobić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobrze, o samym aucie też się wypowiem. W owym momencie wrażenia zgadzały się ze stereotypami: jest tu jadowita zieleń lakieru, są ostre kontury większości elementów (w tym wlotu powietrza umieszczonego przed tylnym kołem), ale i kontrastowy akcent w postaci dziwacznie przebiegającej, dolnej krawędzi okien. Wszak Lamborghini nie może być harmonijne – to rozdrażniony byk, który wygląda, jakby każdego przejeżdżającego obok kierowcę pytał, czy ma jakiś problem. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Proporcje nadwozia wyraźnie wskazują, że silnik musi siedzieć za kierowcą: zwis tylny jest bardzo krótki, a pod przednią maską zmieściłaby się co najwyżej jakaś zdownsize’owana szlifierka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tej perspektywy widzę w Lambo coś w rodzaju odrzutowca, który przygotowuje się do startu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Felgi dwudziestki. Z przodu opony 245/30, z tyłu – 305/30. Respekt budzą sześciotłoczkowe zaciski przednich hamulców. Średnicy tarcz nie znam, ale takiego rozmiaru pizzy na pewno nie zjadłbym na jedno posiedzenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lamborghini Huracán LP610-4 – tak nazywa się to cudo (dla formalności przypomnę, że „gh” czytamy po włosku jak „g”, a nie „dż”: jeśli ktoś mówi przy mnie „LAMBORDŻINI”, w odpowiedzi zawsze pytam, czy nie ma przypadkiem ochoty na talerz SPADŻETTI – w końcu tam też jest „gh”). Zarówno konstrukcja jak i poszycie są tu wykonane z aluminium i włókien węglowych. Długość auta i rozstaw osi  – 4.459 i 2.620 mm – można porównać z przeciętnym kompaktem, ale szerokość i wysokość są już trochę inne (1.924 i 1.165 mm).

Za plecami kierowcy znajduje się odrobina miejsca na drobiazgi, a dalej – widlasta dziesięciocylindrówka z suchą miską olejową, znana ze starszego Gallardo, a także różnych modeli Audi. Ma równocześnie pośredni i bezpośredni wtrysk paliwa, cztery zawory na cylinder, pojemność 5,2 litra i moc – uwaga!! – 610 KM przy 8.250 obr/min, do tego moment obrotowy 560 Nm przy 6.500. Ma też system start-stop, bo wiecie, dzisiejsi milionerzy bardzo dbają o zasoby naturalne i los misiów polarnych. Każdy mechaniczny rumak ciągnie tutaj zaledwie 2,33 kg, co według danych katalogowych powinno dawać 325 km/h, 3,2 sekundy do stu i 9,9 do dwustu.

Najszybszy samochód, jakim do tej pory jechałem, to aktualna Honda Civic Type-R, generująca 310 KM i 400 Nm (niby był jeszcze Lexus RC-F, 470 KM, ale tylko przez moment i w ulewie, więc się nie liczy). Do setki przyspiesza ona w 5,7 sekundy i po daniu pełnego ognia sprawia wrażenie, jak gdyby miała stanąć dęba, jak jakiś ścigacz. A tymczasem tutaj mamy trzy przecinek dwie sekundy: w stosunku to Civika to taka sama proporcja, jak 10 sekund i 17,8 sekundy. Gdyby tylko nie ten przeklęty deszcz…

Dość narzekania, czas wsiadać. Lamborghini, jak każde rasowe coupé, nie ma ramek szyb bocznych – zapewne dla zaoszczędzenia masy ;-). Z chwilą trzaśnięcia drzwiami od środka stereotypy trzeba jednak zostawić na zewnątrz.

Do Huracána wsiada się całkiem wygodnie, mimo niskiej pozycji za kierownicą. Miejsca jest sporo, a fotel zapewnia nie tylko trzymanie boczne, ale też pełny komfort. Wnętrze bardzo przypomina kokpit samolotu: mamy tu wyświetlane wskaźniki oraz masywną konsolę z szeregiem lotniczo wyglądających przełączników. Spłaszczoną u dołu kierownicę musimy trzymać prawidłowo, za piętnaście trzecia – inaczej nie będziemy w stanie zmienić biegu znajdującymi się pod nią łopatkami. Pasy bezpieczeństwa są najzwyklejsze, trzypunktowe.

Nie wiem, na ile to autosugestia, ale język włoski jest chyba ostatnim, w jakim miałbym ochotę myśleć i mówić w tej kabinie. Ona naprawdę przypomina mi Audi, no ale cóż, pisałem, że jestem uprzedzony (niestety, w dwumiejscowych autach niełatwo o fajne zdjęcia kokpitu, bo one zazwyczaj najlepiej wychodzą z tylnej kanapy).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cała ta kosmicznie wyglądająca aparatura nie robi nic szczególnego: to tylko panel klimatyzacji, systemu multimedialnego z nawigacją (zwanego LIS = Lamborghini Infotainment System, a będącego lekko zmodyfikowaną wersją patentu z Audi), zabezpieczony czerwoną blokadką guzik START ENGINE, drugi od elektrycznego hamulca postojowego oraz sterowanie skrzynią biegów, które wygląda jak dźwignia przepustnicy w samolocie (czy już mówiłem, że tu w ogóle wygląda jak w samolocie…?). Trzy małe wskaźniczki na konsoli – temperatura wody oraz ciśnienie i temperatura oleju – to również tylko wyświetlacz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zestaw wskaźników to nic wielkiego, przewijajcie dalej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Dwusprzęgłowa przekładnia Lamborghini nazywa się Doppia Frizione, ale chyba już wspominałem, że ten język tu nie pasuje (inaczej niż np. w Maserati Cambiocorsa – mimo że to słowo znaczy po prostu „zmiana biegu”, według mnie jest jedną z najfajniejszych nazw samochodów w ogóle). Ma siedem przełożeń, ale przełącznik na konsoli daje do dyspozycji tylko cztery pozycje: Parking, Manual i jazdę do tyłu oraz do przodu w trybie automatycznym. Ja oczywiście zostaję przy automacie, bo przy dzisiejszej technice żonglowanie łopatkami jest trochę jak przecinanie kabelków ABS-u praktykowane niegdyś przez taksówkarzy, co to hamowali lepiej od komputera.

Jeśli chodzi o samą jazdę, to powiem tak: dopiero po jej zakończeniu (a raczej – ich zakończeniu, bo jazdy były dwie) zdałem sobie sprawę z tego, że słabo przypominam sobie jakiekolwiek wrażenia. Nie chodzi tu nawet o motylki w brzuchu i tego typu rzeczy, ale o to, że w czasie jazdy torowej, inaczej niż przy moich zwyczajowych „PRZEJAŻDŻKACH PO GODZINACH”, byłem tak skoncentrowany na próbach trzymania się tzw. linii wyścigowej i dobieraniu punktów hamowania/przyspieszania (z wydatną pomocą instruktora), że na nic innego nie starczyło już czasu pracy śródczaszkowego procesora. W każdym razie mogę powiedzieć, że Lamborghini fenomenalnie leży w ręku, jest, jak to mówią, przedłużeniem kończyn kierowcy – w ogóle nie czuje się, że kierujemy czymś ważącym 1,4 tony, bo bezwładność auta jest bliska zeru, a reakcje na ruchy kierownicą i pedałami – tak bezpośrednie, jakby koła samochodu były naszymi własnymi mięśniami. Paradoksalnie, deszcz pomógł tutaj bardziej niż przeszkodził, bo w większości zakrętów mogłem jechać lekkim poślizgiem. Na suchym nie miałbym szans zbliżyć się do granicy przyczepności, a tak – nie stanowiło to żadnego problemu (nawet, jeśli niekoniecnzie było zamierzone 😉 ). Rzecz jasna, cały czas czuwał nade mną system kontroli trakcji, ale w czteronapędowym Lambo, nawet na maksymalnie łagodnych ustawieniach, pozwala on na znacznie więcej niż choćby w moim CLK. Oczywiście i tutaj elektronika co chwilę łapała mnie za włosy i pokazywała, gdzie moje miejsce, ale nie zdarzało się to za każdym razem – czasami auto faktycznie jechało takim torem, jaki sobie zaplanowałem, z uwzględnieniem poprawki na lekki uślizg przodu (bo Huracán wydał mi się wyraźnie podsterowny). Pod koniec instruktor powiedział mi nawet, że cytuję, „jeśli pojawiał się poślizg, to ręka szła za nim„, co poczytałem sobie jako wielki komplement, choć wypowiedziany chyba trochę na wyrost, biorąc pod uwagę częstotliwość interwencji krzemowych scalaków w czasie całego mojego przejazdu. Chociaż generalnie jeżdżę jak ostatni patałach i mam tego pełną świadomość (bezlitośnie wzmacnianą przez wspomniane układy kontroli trakcji), to przypuszczam, że jazda po suchym torze nie byłaby tak ciekawa i pouczająca jak po mokrym. Z jednym wyjątkiem: przyspieszania na prostej.

Pod koniec najdłuższej prostej – według szacunkowego pomiaru z Google Earth liczącej około 250 metrów – Lamborghini osiągało pod 160 km/h. Przed nią, na ostatnim łuku, wyznaczona jest tzw. niebieska strefa, gdzie instruktor nakazuje wyhamowanie prawie do zera, uspokojenie samochodu i staranne wycelowanie przodem w kierunku zgodnym z przebiegiem rzeczonej prostej – tak, by na niej móc trzymać kierownicę nieruchomo na wprost, a gaz w podłodze. Wtedy mózg dostaje kilka sekund wytchnienia pozwalających zwrócić uwagę np. na nieprawdopodobnie szybkie, samoczynne zmiany biegów. Na samo przyspieszenie oczywiście też, ale ono, za sprawą tego nieszczęsnego deszczu, nie było pewnie ani w połowie tak emocjonujące, jak mogłoby być w innych warunkach.

Cztery kółka minęły w mgnieniu oka. Ani się nie obejrzałem, jak instruktor wydał polecenie zjechania do alei serwisowej, gdzie przesiadłem się z bolidu zielonego do żółtego.

Nie ukrywam, że po Ferrari spodziewałem się więcej – w końcu to ono było i jest moim faworytem. Swoją drogą jest to ciekawe, że o ile sama postać Ferruccio Lamborghiniego budzi we mnie znacznie więcej sympatii niż despotyczny i napuszony Il Commendatore, to z produktami ich firm jest dokładnie odwrotnie. No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że najwybitniejsi ludzie nie zawsze są tymi najsympatyczniejszymi i najłatwiejszymi we współpracy.

Linia Ferrari jest znacznie płynniejsza i subtelniejsza od sylwetki Huracána, co w stu procentach odpowiada stereotypowi oraz moim własnym wyobrażeniom. Popatrzcie tylko na krzywiznę szyby czołowej. Na wybrzuszone ku górze błotniki i równie kunsztownie wyrzeźbione przejście drzwi w tylny błotnik. Jedynie ekstremalnie wydłużone, LED-owe reflektory wyglądają nieco zbyt agresywnie – takich właśnie spodziewałbym się w Lambo – ale kimże ja jestem, żebym czepiał się stylistów mojej ukochanej Pininfariny…?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod tylną szybą znajduje się oczywiście silnik.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tej perspektywy nie widać większej różnicy stylu między oboma bolidami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oryginalny cavallino rampante!! A ja za chwilę usiądę za kierownicą!!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Ferrari, inaczej niż Lamborghini, nie przestaje odpowiadać oczekiwaniom również po zajęciu miejsca w środku. Tam wygląd zewnętrzny zapowiada fontannę testosteronu, ta jednak traci na intensywności, gdy tylko zasiądziemy w wygodnie otulającym nas wnętrzu, nieodparcie kojarzącym się z czterodrzwiowymi superekspresami w kolorze Mythos-Schwarz Metallic. Tutaj zaś, po zapięciu pasów (również trzypunktowych), w głowie wcale nie przestała mi rozbrzmiewać jedna z moich ulubionych arii operowych Pucciniego, która „włączyła się” podświadomie w czasie zapoznawczego obchodzenia auta.

Tutaj język włoski jest już jedynym właściwym. To nie jest Audi na sterydach, tylko prawdziwie purystyczny samochód sportowy, bez żadnych kompromisów i zapożyczeń. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niech mi kto powie, że to nie jest dzieło sztuki. Owszem, nowoczesnej – ale to właśnie dzięki takim jej przejawom jestem skłonny w ogóle uznać, że istnieje coś takiego, jak nowoczesna sztuka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za fotelami Ferrari ledwie zmieściła się moja służbowa teczka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prawdziwej konsoli nie ma w ogóle, chociaż wymagania dzisiejszych czasów kazały wbić się tu klimatyzacji, systemowi multimedialnemu, przyciskowi układu launch control itp. Również dźwignia zmiany biegów zniknęła bez śladu – to jest szczególnie bolesne, bo tradycyjny, kulisowy lewarek Ferrari był mistrzostwem świata.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest!! Słynne MANETTINO !! W MOJEJ RĘCE!! Owszem, Lambo też ma trzy ustawienia elektroniki (drogowe, sportowe i wyścigowe), ale to jednak nie to samo co czerwony wihajsterek wybierający jeden z pięciu stopni dzikości samochodu. Pod kierownicą mamy łopatki zmiany biegów, a co na niej – tego chyba nie muszę objaśnia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

458 jest odrobinę słabsze od swojego arcyrywala: silnik ma układ V8, 4,5 litra pojemności, 570 KM mocy (przy 9.000 obrotów, czyli dokładnie przy odcięciu) i 540 Nm (to przy 6000 obrotów). Jako pierwsze z drogowych pojazdów marki dysponuje bezpośrednim wtryskiem paliwa, a jako pierwsze z podstawowych modeli „sportowych” (klasyfikację modeli Ferrari opisywałem niedawno) – dwusprzęgłową skrzynię Getrag o siedmiu przełożeniach (wcześniej trzeciego pedału były pozbawione jedynie Enzo, Challenge Stradale i 430 Scuderia). Mimo niższych parametrów silnika katalogowe osiągi są lepsze niż w Lamborghini: 340 km/h i szokujące 2,9 sekundy do setki.

A jak to wyszło w praktyce? Moje beznadziejne umiejętności nie upoważniają mnie do wymądrzania się na temat tej klasy bolidów, ale na pewno mogę powiedzieć, że wielką różnicę robi napęd 4×4 Huracána: po pierwsze, Ferrari pod koniec polanej deszczem prostej dochodziło ledwie do 120 km/h (zamiast do 160, mimo że teoretycznie powinno przyspieszać lepiej), po drugie zaś – w zakrętach ślizgało się chętniej i zawsze tyłem. Tzn. nie twierdzę, że ono jest naturalnie nadsterowne – dzisiaj takich aut w zasadzie już nie ma – ale po prostu taki był efekt mojego lamerskiego dawkowania gazu w zakrętach (który nie występował w czteronapędowym Huracánie). Poza tym 458 ładniej brzmi: dźwięk jest wyższy, bardziej soczysty i zdecydowanie lepiej działa na emocje. Oczywiście te moje, od zawsze uprzedzone i jeszcze wzmocnione opisywanymi wcześniej wrażeniami wzrokowymi.

Pamiątkowy certyfikat, jaki dostałem od instruktora, mówi, że teraz powinienem już umieć odpowiedzieć na pytanie „”Ferrari czy Lamborghini?” (pomijam to, że wspomina o Gallardo, podczas gdy ja jeździłem Huracánem, ale trudno, pewnie zamówili kiedyś w drukarni milion blankietów na zapas i szkoda im ich teraz wyrzucić). No więc jak to jest?

20160601_183533

 

Co do meritum, to znaczy zdolności szybkiej jazdy po torze, wypowiadać się nie mogę, bo najpierw musiałbym się nauczyć samochodami jeździć, a nie tylko jechać. A jeśli chodzi o emocje, Ameryki chyba nie odkryję: Huracán to zagęszczony syrop z adrenaliny i testosteronu. Jest w nim sporo teutońskiej, dziesięciocylindrowej brutalności, ale też i genów bezwzględnego pogromcy Autobahnów (również zresztą teutońskiego). Ja, wielki miłośnik Włoch, włoszczyzny w nim nie odnalazłem – ani okiem, ani uchem, ani duszą. Co innego Ferrari: optycznie lżejsze (choć fizycznie cięższe, i to o 140 kg), no i o niebo bardziej finezyjne. Ono nie pozostawia wątpliwości co do swojego charakteru, pochodzenia i przeznaczenia. To czysty artyzm, który mógłby być jeszcze wspanialszy, gdyby był wyposażony w tradycyjną, ręczną skrzynię (nie, nie jeździłoby się lepiej, ale ta chromowana kulisa…). Nie ma co się dziwić: wszak to auto nawet nazywa się Italia

Wszystkie fotografie w artykule są pracami własnymi

Share Button
Tagi: , , ,
64 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: DZIEŃ DZIECKA
  1. Fabrykant napisał(a):

    Gratulacje! Czuję się po przeczytaniu, jakbym sam się tymi bolidami przejechał. Szkoda tego deszczu…

    • SzK napisał(a):

      Przyspieszenie było słabsze niż na suchym, ale za to zabawa na zakrętach – przednia!!

  2. Yossarian napisał(a):

    Jako miłośnik AC/DC i tego typu brzmień też zawsze wolałem Ferrari. Więc proszę mi tu nie wciskać Lambo ;). A z resztą, przejechałbym się chętnie oboma, ale jakbym miał mega dużo pieniędzy wydać na auto, to bym kupił… Skodę Fabię. W wersji R5 oczywiście 😉

    • SzK napisał(a):

      Lambo, Skoda, co za różnica… I to VAG, i to VAG… 😉

    • hurgot sztancy napisał(a):

      dlaczego się ograniczać do R5 – to już od razu trzeba kupić WRC i najlepiej Hyundaia, bo ładny i żeby nie było, że znowu VAG…

      • Yossarian napisał(a):

        W RSMP i ERC nie pojeździsz WRC, bo regulamin zabrania – max R5. WRC mogą rywalizować tylko w WRC (i chyba na Słowacji są jeszcze dopuszczone – to już jest w gestii lokalnego odpowiednika PZM-u). Już pomijając fakt, że tylko Fiesta jest normalnie dostępna dla „prywaciarzy”

      • hurgot sztancy napisał(a):

        myślałem, że chodzi o samochód do jazdy na co dzień 😉

      • Yossarian napisał(a):

        Przełażenie na co dzień przez klatkę i zapinanie się w szelkowe pasy nie jest najwygodniejszą czynnością świata. Sprawdzone ;). No ale skoro takie Lambo i Ferrari też na co dzień jest średnio fajne (widoczność, łatwość parkowania koszt serwisu), to ja preferuję auto totalnie nienadające się na co dzień, ale za to bardzo nadające się do sportu :).

        A teraz wracam do szukania części do swojej Astry, wartej ułamek ceny aut, o których rozważamy :P.

  3. benny_pl napisał(a):

    bylem niedawno na torze „Kielce”, bo bylem u kolegi w Kielcach, ale nie jezdzilem po nim tylko chodzilem, bo to gielda byla, i kupilem plazme Samsunga za 50zl i juz ja naprawilem 🙂
    swoja droga na tym torze w trakcie gieldy mozna zobaczyc niezlego unikata – woz transmisyjny TVP Mielec na podwoziu Skody przerobiony na bar:
    http://mreq.republika.pl/1/mielec1.jpg
    http://mreq.republika.pl/1/mielec2.jpg
    w tym tygodniu tez bylem w Kielcach od wtorku do czwartku, tylko sluzbowo, szkoda ze nie ciut wczesniej, to bysmy sie nawet spotkac mogli 😉
    co do samych samochodow to nie wiem, mi tam zaden sie nie podoba, oba za nowoczesne, co innego taki Lamborghini Countach – ten wyglada bardzo fajnie, kanciasto, czyli tak jak lubie 🙂 ale Ferrari tez sa takie kanciaste fajne, tylko nie wiem ktore, bo raczej wogole wyscigowe samochody mnie niezbyt interesuja, ale Countacha znam z Need for speed III 🙂
    tak czy inaczej strasznie nielubie uciekajacego tylu na zakretach, w zwiazku z tym wolal bym Lambo 😉 zdreszta muzyke rockowa jak najbardziej lubie, choc nie wiem co to ma do rzeczy, bo takie auto raczej mi sie kojazy z jakims techno na pelny regulator, a ja czegos takiego napewno bym nie wlaczyl 😉

    a co do samej muzyki to w trasie lublin-kielce sluchalismy sobie z kolega „Twoje Radio Lipsko” na 963kHz – bo to jedna z ostatnich Polskich stacji, ktora nadaje na falach srednich, niestety z dosc slabego nadajnika, tak ze w Lublinie jest juz bardzo slabo odbieralne, podobnie zreszta jak w Kielcach, a bardzo szkoda, to takie „Zlote przeboje” z taka roznica ze na prawde zlote a nie „pozlacane przeboje” jakie ostatnio w coraz wiekszej ilosci sa nadawane w tym zlote przeboje… a przy okazji Lipsko nadaje tez jeszcze starsze, z lat 60, ogolnie bardzo fajne radio, jak ktos ma blisko do Lipska (tak do 50km jest bardzo dobry odbior) to polecam! najlepiej do sluchania nadaje sie jakies stare Unitrowskie radio „na galke”, bo cyfrowe wogole kiepsko odbieraja zakresy inne niz UKF
    duzym zdziwieniem bylo jednak ze w naszym sluzbowym SsangYoungu Actyon pickup, orginalne radio na prawde ladnie odbiera fale srednie i dlugie, az dziw!

    • SzK napisał(a):

      Tego mi właśnie brakowało: naprawiania plazm za 50 zł i radiów na gałkę 😉 Jak ja Ci tego zazdroszczę, że Ty tak potrafisz.

      Co do uciekania tyłu, to bardziej zależy od umiejętności kierowcy niż od samochodu, może poza ekstremalnymi przypadkami (np. w pierwszej 911-tce nie jest chyba łatwo wylecieć z zakrętu przodem, ale jeśli ktoś naprawdę umie, to kto wie, może się i da). A ja akurat lubię sprowokowana nasterowność – to naprawdę nie jest trudne do opanowania i daje mnóstwo frajdy. Chociaż oczywiście pewniej się czuje, kiedy czuwa nade mna elektroniczny anioł stróż, który w razie W coś poprawi.

      • benny_pl napisał(a):

        eetam, wszystko co ma tylny naped moze tylem uciekac, mi tam nieraz tyl uciekal w DFie, mimo ze na suchym asfalcie nawet sie kolami zapiszczec nie dalo przy ruszaniu z gazem w ziemie i strzalu ze sprzegla – po prostu gasl wtedy 😉 ale juz pare razy obrocic sie nim w zimie na zakrecie dalo bez problemu, dobrze ze nic z naprzeciwka nie jechalo, a czasem wrecz przeciwnie, skrecales, a on sobie w sumie prosto jedzie, takze ja za takie atrakcje podziekuje, odkad odkrylem Cinquecento i to ze tym na prawde mozna bez strachu co sie stanie na zakrecie zachrzaniac i przy przegieciu co najwyzej bedzie lekko znosilo przod tak jakby sie skrecalo troche za malo, to docenilem przedni naped tak bardzo, ze nigdy w zyciu nie chce nic tylnonapedowego, choc raz to zlamalem, bo mialem Frontere, szybko sobie przypomnialem dla czego nie chce tylnonapedowego, i od razu sie tego pozbylem 😉

      • benny_pl napisał(a):

        a co do plazm, to nie zawsze sie udaje, glownie sie nie udaje jak to jest LG bo tam zdychaja „hybrydy” i zestaw naprawczy kosztuje 250zl, czyli sie nie oplaca, ale w Samsungu zdech tylko maly scalaczek za 20zl w zasilaczu 🙂
        czasem sie uda czasem nie, ale za takie pieniadze mozna ryzykowac 🙂
        a moje potrafienie zalezy tylko od checi, ciekawosci i zaparcia, no teraz to i z doswiadczenia, ale uwazam ze nie jest to zadna nadludzka zdolnosc, ot od dziecka jak sie to lubilo, po smietnikach chodzilo i rozkladalo rozne telewizory, radia, pralki, lodowki i co tam tylko bylo z gospodarstwa domowego i potem z tych czesci probowalo sie naprawiac inne radia/magnetofony itp dostane od kogos kto mial wyrzucic, to sie w koncu zaczelo udawac 🙂
        w podstawowce zaczalem chodzic do takiego osiedlowego zakladu RTV z ktorym sie zaprzyjaznilem i mnie tam conieco poduczyli i proste rzeczy jak piloty czy magnetofony potem magnetowidy naprawialem im, bo to lubilem, ciekawilo mnie i sam sie przy tym uczylem 🙂 potem w technikum elektronicznym dzieki warsztatom nauczylem sie np przestrajac radia na nowy UKF, ale to tez trzeba bylo chciec, bo sporo bylo takich kolegow w tym technikum co niewiele co rozumiala i tak na prawde to nie wiem po co tam wogole poszli 😉

        wspolczuje dzisiejszym dzieciom, bo teraz to jak łuńja zabronila wyrzucac sprzetu rtv to juz na smietniku baaaardzo zadko mozna cokolwiek znalesc, a zeby na elektrozlomie cos ponyrać to tez bez oswojenia troche wlasciciela takiego zlomu to polazic nie pozwalaja, wiec bez znajomosci ciezko, a do takich duzych to juz wogole bardzo ciezko jakies dojscie zalapac, no ale radzic sobie trzeba 🙂

        samochody to bardzo pozna pasja, bo niestety mieszkalem w miescie, zawsze zazdroscilem kolegom ze wsi ze tam w stodolach to zawsze jakies tare radia i telewizory lezaly, zgnite samochody pod plotami, motorki po kątach i wogole raj na ziemi 🙂 i dopiero jak poznalem lepiej takiego kolege ze wsi wlasnie (w zasadzie malego miasteczka) to z nim zaczelismy naprawiac komary i nimi tam po wsi jezdzic i sie zaczelo (potem zesmy na spolke Zuka kupil, potem ja swojego DFa a on Skode 105 a jeszcze inny kolega malucha), ale to juz bylo w zasadzie kolo 18stki, wiec dosc pozno

      • Daozi napisał(a):

        Ja tam się nie znam, ale w głupiej Celice mi parę razy tył uciekał, a to ma napęd na przód i nędzne 143 KM. Mam wrażenie, że prawie wszystkim da się wpaść w poślizg tyłem, chyba?

      • SzK napisał(a):

        Dla chcącego nic trudnego 😉

        A tak poważnie, to jest to kwestia dystrybucji masy. Kiedy ujmujesz gaz (albo jeszcze lepiej – hamujesz) tył robi się lekki i lubi uciekać. Kiedy przyspieszasz – jest odwrotnie. Tyle tylko, że nie jestem pewny, czy w samochodzie ze skrajnie skopanym rozkładem masy jesteś w stanie zniwelować ich wrodzone kalectwo za pomocą gazu/hamulca, i wylecieć przodem np. 911-tką.

      • benny_pl napisał(a):

        duzo daja tez opony, jak ma sie jakies bardzo kiepskie z tylu to tez jest to mozliwe, mnie i Tavria obrocilo na skrzyzowaniu przy predkosci ok 40km/h i skrecie w lewo, opony lysawe, ale rownomiernie wszystkie wiec raczej ona ma cos skopane

        143KM to malo?! ja w Mercurym mam 150KM i ten minivan mimo automatu idzie jak wsciekly 🙂

      • SzK napisał(a):

        Benny, ja od zawsze powtarzam, że wszystko zależy od skali odniesienia. Jeśli tylko nie jeździsz Veyronem albo Isettą to zawsze znajdziesz coś znacznie słabszego i znacznie mocniejszego od rozważanego auta. Dzisiaj 143 KM ma praktycznie każdy kompakt, więc jak na sportowe coupe to nie jest imponująca moc. Dla przesiadająych się z Malucha Celica Daoziego pewnie idzie jak wściekła, ale są też tacy, co się przesiadają z Porsche. Tak że tego, skala odniesienia jest wszystkim.

      • benny_pl napisał(a):

        moze i tak, ale te wspolczesne konie to jakies oszukane sa, jak sie jedzie jakims nowoczesnym samochodem (zwyklym, nie jakims wyscigowym) to wogole nie wyrywa mimo ze nawet niby ma te konie, takze to jakies oszukanstwo, pewnie jak moc chinskich radyjek na targu 400W

      • SzK napisał(a):

        Benny, słowo klucz to MASA. Dzisiejsze auta są po prostu cięższe, więc potrzebują więcej mocy. Poza tym są cichsze i bardziej komfortowe, a subiektywne odczucie przyspieszenia jest inne, jak nie rzuca Tobą na wszystkie strony i nie ogłusza rykiem silnika. Najlepiej zmierzyć sobie przyspieszenie stoperem, wtedy przekonasz się obiektywnie.

      • benny_pl napisał(a):

        Masa siedzi w wiezieniu 😉 a moze i wyszedl juz

        to ja juz wole jak ryczy i rzuca 😉

      • Mavi napisał(a):

        Poza masą dodałbym kwestię reakcji na gaz. Jeszcze kilka lat temu auta reagujące jak renówka z silnikiem serii K (na elektrycznej przepustnicy) były sporadyczne. Teraz to norma. Dzisiaj reakcja na gaz jak w gaźniku (czy monowtrysku) jest jeszcze spotykana w autach japońskich i pojedynczych silnikach producentów z Europy (o Ameryce się nie wypowiadam, bo nie znam). Możesz mieć pod butem nawet i 200KM a auto sprawia wrażenie „leniwego”.

        Jakiś czas temu jechałem volvo S80 z 2.5T pod maską z automatyczną skrzynią. Trzech kierowców twierdziło, że to auto „nie idzie”… tylko dziwnym trafem po wciśnięciu gazu do oporu wszystko inne na drodze zostawało z tyłu – do setki ta wersja zbiera się w czasie poniżej 8 sekund. Nie jest to wyścigówka, ale nie można o nim powiedzieć że jest powolny – ot charakterystyka taka a nie inna.

      • aleksander napisał(a):

        W samochodach przednionapędowych też można wywołać nadsterowny poślizg bez zaciągania ręcznego. Sprawdziłem w Peugeocie 307 SW i Fordzie Galaxy. Oba modele są totalnie niesportowe (chociaż prowadzą się poprawnie). Suchy asfalt, nowe dobre opony, bez odpuszczania gazu i naciskania hamulca. Wystarczą dwa ruchy kierownicą w jedną, potem od razu mocno w drugą stronę. Różnica polega na tym, że w samochodach RWD uciekanie tyłu jest skutkiem ubocznym szybkiej jazdy, w FWD da się to wymusić, ale nie ma po co. Chyba, że z ciekawości 😉 Uwielbiam metal, ale gdybym miał wybrać tylko jedną markę, byłoby to Ferrari. Idealnie byłoby mieć w garażu 550 Maranello i Countach

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że nad- i podsterowność nie zależa bezpośrednio od napędzanej osi (oczywiście mówimy o poślizgu wywołanym przeciażeniem bocznym, a nie wdepnięciem gazu w podłogę, które nie ma nic wspólnego z pod- lub nadsterownościa), ale od rozkładu masy – i owszem, dlatego zastanawiałem się, czy można wywołać podsterowność w klasycznej 911-tce 🙂

      • truten23 napisał(a):

        często wystarczy wymienić byle rozlany kondensator w zasilaczu i działa 😉

  4. hurgot sztancy napisał(a):

    te samochody, mimo wielu podobieństw, są tak różne, że trudno mówić który jest „lepszy”. Raczej, który mi bardziej odpowiada. Dla mnie Lambo za czasów Audi jest furą dla gogusiów w stylu Wojewódzkiego – napęd na 4 koła, żeby było bezpiecznie i można się było ścigać na ulicach mimo kiepskich umiejętności; jakość wykonania wysoka, fotele wygodne itd. Super auto, ale wykastrowane z tego co było kwintesencją Lambo – dzikość.
    Pomimo, że na co dzień słucham ciężkiego metalu, jestem za Ferrari. Nawet jeśli popełniają ten błąd i przechodzą na silniki turbo (zawsze mogę sobie pomyśleć o 288 i F40).

    • SzK napisał(a):

      Czasem mi się wydaje, że tego bloga to Ty powinieneś prowadzić, a nie ja.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        No jasne, jasne – ja już kiedyś miałem swojego bloga, nie przebił się, więc nawet z nowym nie chce mi się próbować. Ale takie słowa (uwaga wazelina) od mistrza, zawsze miło słyszeć! 😀

      • Fabrykant napisał(a):

        @ Hurgot: uprzejmie poproszę o linka do owego nieprzebitego bloga, jeżeli jeszcze gdzieś wisi.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        @Fabrykant – UWAGA, otwierasz na własne ryzyko! – niestety większość zdjęć już się nie ładuje (wtedy jeszcze się wieszało rzeczy na fotosiku i imageshack’u) 🙁
        http://smietnikowy.blog.onet.pl/

      • benny_pl napisał(a):

        fajny! szkoda ze zdjecia zdechly…

    • Ernesto napisał(a):

      F40 miało turbo

      • Mavi napisał(a):

        Ekhm… 288 też. Koledze chodziło raczej o to, że turbo w ferrari to wcale nie nowość.

  5. Cham w Audi napisał(a):

    Hm, a ja mam mieszane uczucia. Oczywiście Ferrari to styl i elegancja, a Lamborghini to brutalna siła. Wnętrza niestety wg mnie obydwa auta mają beznadziejne, ale w Ferrari panel klimy to chyba jakieś nieporozumienie. Można go zamontować w dowolnym kompakcie i nikt nie powie że jest nie na miejscu. Przypomina mi czasy Jaguara z kluczykami od Transita. Techno-panele w Lambo są przynajmniej oryginalne. I na drugi/trzeci rzut oka już tak nie odstraszają. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie że z czasem zyskują.
    Ku mojemu zaskoczeniu chyba wybrałbym Lamborghini. Nie potrafię tego uzasadnić, bo jednak stylistyka Ferrari bardziej mi się podoba. Chyba jestem pierwszym z komentujących z takim wyborem (a może nawet pozostanę jedynym). Gdyby połączyć styl Ferrari z mechaniką Lambo to powstałoby auto idealne?
    Też jestem zaskoczony tym, że Lamborghini okazało się takim cywilizowanym wręcz autem, bez tej słynnej dzikości. Ale to chyba znak czasów, klienci głosujący portfelami potwierdzają słuszność linii firmy.
    Szkoda tylko, że w moim przypadku to tylko akademicka dyskusja, pewnie nigdy nie będzie mi dane nawet pomacać tych aut.

  6. Cham w Audi napisał(a):

    Zapomniałem dodać, że gratuluję przejażdżki i tak po ludzku zazdroszczę 🙂 Z drugiej strony nawet gdyby było mnie stać na takie auta to pewnie nie kupiłbym żadnego z nich.
    Ależ ja jestem niezdecydowany 🙂

  7. nudny napisał(a):

    Zazdraszczam przejażdżki, u mnie w pracy z funduszu socjalnego mogę sobie co najwyżej wziąć gruszkę (400zł na wakacje – ja swoją gruszkę muszę wydać na wymianę tylnej szyby, ktoś mi ją rozwalił pod blokiem).

    Co do pojedynku Lambo-Ferrari, dla mnie zawsze liczyła się tylko ta druga marka. Lamborghini z czasów przez VAG’iem podobno były okropnymi autami do jazdy, po VAG’u stały się dokładnie tym, o czym wspomniał kolega hurgot sztancy. Jedno pytanie – jak wygląda jakość materiałów i spasowanie w Ferrari? Słyszałem opinie, że zalatuje straszną tandetą jak za taką cenę.
    Mimo wszystko, supersamochody z centralnym silnikiem to nie moja bajka, wolę klasyczne GT – najlepiej Maserati lub Astona, w tych autach jest tyle klasy, że nikt normalny nie nazwie cię bogatym gogusiem i lanserem.

    Muzycznie zawsze byłem fanem rocka i metalu – ale głownie klasyki gatunku, nowości mnie nie jarają. 😉

    Muszę kiedyś odłożyć trochę grosza i przejechać się na jakiś tor podszkolić się z jazdy wyścigowej pod okiem instruktora, nigdy nie miałem okazji się sprawdzić, na drogach publicznych poruszam się względnie rozsądnie.

    • SzK napisał(a):

      Współczuję incydentu z szybą 🙁

      Też słyszałem, że starymi Lambo nie dało się jeździć, ale sam nie mogę nic na ten temat powiedzieć.

      Oba samochody były złożone idealnie. Zero skrzypienia, ruszających się plastików, szpar, itp. Doskonałe materiały, co zresztą chyba widać na zdjęciach. Też słyszałem o opisywanych przez Ciebie stereotypach, ale one są chyba stare i już dawno nieaktualne. W Ferrari sprzed kilkudziesięciu lat zakładali nawet jakieś fiatowskie elementy wnętrza. Dzisiaj to jednak inny świat – wnętrza wyglądają idealnie.

      Inna sprawa, że auta byl zupełnie nowe. Kolega z pracy (siedzi dwa krzesła dalej, więc spytałem go od razu) kilka miesięcy temu zaliczył jazdę Gallardo, które miało już parę lat i to i owo było w nim powycierane. Nie mam pojęcia, jak będzie z „moimi” autami po jakimś czasie.

      W Astonie siedział kiedyś użytkownik hurgot sztancy, i zdaje się, że nie miał zbyt dobrych wrażeń 🙂

      • hurgot sztancy napisał(a):

        Owszem, byłem kiedyś zakochany w DB9 – ale tak na maksa – absolutna cudowność, bierz moje nerki, żonę i chałupę. A potem miałem okazję wsiąść do dwóch w luksusowym autokomisie. I… mi przeszło. Ciasno, niewygodnie, fatalna widoczność, spasowanie materiałów jak w Mondeo, albo i gorzej. Nawigacja miała rozdzielczość jak Doom 2, a jej pokrywa się telepała i otwierała samoczynnie. A oficjalne przebieg poniżej 100k. Za to w drugim egzemplarzu była ogromna rysa na desce rozdzielczej pod szybą. Nie wiem kto i czym to zrobił, ale wyglądało naprawdę jakby jakaś laska przejechała po desce obcasem podczas ekscesów 😉
        Może gdybym się przejechał, to magia V12 zrobiła by swoje, ale mi się nawet nie chciało już nimi jeździć. Przeszły mi Astony od tamtej pory (choć uważam, że DB9 to najpiękniejsze auto jakie świat widział). I naprawdę szanuję kolesi, którzy tym jeżdżą po mieście, bo nie łatwa to sztuka.

      • truten23 napisał(a):

        Z Astona najbardziej podoba mi się chyba DB8… Ale gdybym miał kiedyś w ręku kasę większą, niż tą minimalną krajową, to wybrałbym Maserati, koniecznie Quattroporte i koniecznie z bananową, lub brązową skórą. I koniecznie nie ten najnowszy. Ale już z klasycznym automatem.
        No jest przykład sztuki użytkowej…

  8. Hshan napisał(a):

    Ech, dziwnie mi się czytało, bo ja to zdecydowanie za Lambo 🙂 Jakoś żadne Ferrari do mnie nie przemawia. I nawet potwierdzę dopasowanie muzyczne – Beethovena słucham rzadziej niż Metalliki 😉

    Ale i tak zazdroszczę obu.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      A to ciekawe, że żadne ferrari nie przemawia, przecież oni mają tak szeroki zakres, że wydawałoby się każdy coś znajdzie dla siebie: eleganckie GT jak 612 czy 456, prawie sedan 412; powiedzmy „rekreacyjne” 308/328, sportowe 430/458, potężne 550/F12, szalone jak testarossa, małe dzieła sztuki inżynieryjnej na kołach jak F40/Enzo. A może Daytona, albo małe Dino? 250 GT? BB512? 288GTO? FF z napędem 4×4 i klapą bagażnika? Naprawdę żaden?

  9. Dsds napisał(a):

    Najbardziej z tego wszystkiego zszokowalo mnie jedno. W209 bez skór?! 😉

    • SzK napisał(a):

      Nie rozumiem, co w tym dziwnego? 😉

      PS. Moje auto testował niedawno Leniwiec Gniewomir, aka Basista za kierownicą. Artykuł dostępny na jego blogu (chyba trzeci od góry aktualnie). Jeszcze nie dawałem linka do niego, ale niedługo to zrobię.

  10. Daozi napisał(a):

    Ja się chyba starzeję. Bo moim zdaniem kiedyś – tak jeszcze w latach 90-tych – obie te firmy produkowały naprawdę ładne auta. Takie 348 TB albo 456 GT – z klasą i smakiem, ewentualnie dziki Countach (no dobra, tłukli go 16 lat do 1990), ale jednocześnie… prosty, kanciasty i trzymający jakieś proporcje, a potem nieco łagodniejsze (stylistycznie) Diablo.
    Natomiast, jak czytałem w wywiadzie z projektantem samochodowym, który dla Ferrari pracował, teraz takie auta kupują „nowi-ruscy” albo „nowi-chińscy”. To nie są ludzie z klasą; to są nowobogaccy o guście podobnym do królów cygańskich. No i, jak sam pisał ów projektant, luksusowe samochody tak się projektuje. Nie jak 456 GT, które na ulicy można pomylić z zupełnie zwyczajnym autem, tyle, że coupe, tylko w stylu: „popatrz ile mam hajsu ty biedaku!”.
    Jeżeli musiałbym wybierać, to jakby Huracan jest mniej „uorara”, mniej „buraczany”, ale w dalszym ciągu bardzo kiczowato to wygląda moim zdaniem. Lampka wina i odrobina włoskiej opery chyba już bardziej pasuje do Testarossy niż do Italii.
    Natomiast gratuluję przejażdżki – osobiście wolałbym spróbować kiedyś starej dobrej MX5 niż któregoś tych dwóch, ale to też niezłe emocje z pewnością ;).

    • SzK napisał(a):

      Wiesz co… MX-5 to jest do załatwienia… Mieszkamy zaraz koło siebie… Tylko standardowo, brak czasu…

      Ale to prawda, że charakter nabywców drogich aut zmienił się ogromnie. Pisałem o tym dawno temu, w artykule o W124. Z grubsza chodziło o to, co Ty teraz powiedziałeś o Ferrari i Lambo.

    • truten23 napisał(a):

      O, mogła by być relacja z jazdy MX5? To by było bardzo dobre.

      • SzK napisał(a):

        Mój kumpel z liceum, zresztą Twój imiennik, ma takową i od dłuższego czasu próbujemy się umówić. W końcu coś kiedyś z tego wyjdzie.

        Tak naprawde, to jeździłem już dwiema generacjami MX-5, z czego jedną opisałem tutaj jako pierwszą przejażdżkę po godzinach ever (wybierz sobie proszę kategorię i zjedź do samego końca). Ale to było jeszcze w czasach, jak pisałem tylko na FB (przekliełem to tutaj później), więc tekst jest krótki, a koncentruje się głównie na istocie samochodu sportowego, a nie samym modelu.

      • truten23 napisał(a):

        Nie omieszkam sprawdzić 😉

        No właśnie przydał by się wpis traktujący tak bardziej o samym modelu. Wszak jest ciekawy.

  11. solarzmr napisał(a):

    To że Lambo jeździ lepiej od Ferrari niestety wcale mnie nie zdziwiło, w końcu niestety niemcy maczali w nich swoje paluchy.

    Jakiś czas temu byłem we włoszech i odwiedziłem zarówno muzeum w Maranello, jak i muzeum w Sant’Agata Bolgnese, gdzie mogłem dokładnie obejrzeć samochody obu marek. Mówiąc krótko muzeum Lamborghini wyglądało w porównaniu do muzeum Ferrari jak barak. Podobnie jest z wyglądem obu samochodów, Ferrari od lat było wzorem dla projektantów innych marek, a Lamborghini też wyglądało dobrze, jednak nie było tak doskonałe. Obecnie obie marki to zabawki dla milionerów, które służą głównie do pokazywania się na „mieście”. Szkoda.

    Mimo że od zawsze byłe fanem Lambo, a Ferrari jakoś specjalnie mnie nie grzało, to po tej wizycie zmieniłem zdanie o 180 stopni. Jednak gdyby było mnie stać na taki samochód to do jazdy codziennej nie wybrałbym ani jednego, ani drugiego, tylko….. Maserati 😉

    • SzK napisał(a):

      Ja nie mówię, że Lambo lepiej się prowadzi, bo nie potrafię tego ocenić. Zauważyłem tylko, że napęd 4×4 daje o wiele lepszą trakcję, i to nie jest nic dziwnego.

      W MAranello byłem, ale muzeum wydało mi się małe i marne, zwłaszcza w porównaniu z prawdziwymi muzeami motoryzacji, jak Carlo Biscaretti w Turynie, muzeum Mercedesa albo Louwman z Hagi. Jak na markę tak silnie polegającą na tradycji to trochę lipa. Ale ja jestem właśnie ich fanem, więc im wybaczam. Tym bardziej, że ceny klasycznych Ferrari są tak kosmiczne, że trudno jest zgromadzić większą ich kolekcję (co rzadsze modele chodzą i po 10 mln $).

      • solarzmr napisał(a):

        No właśnie miałem na myśli lepsze prowadzenie dzięki 4×4 😉

        Jeśli chodzi o Maranello masz zupełnie inne wrażenia niż ja. We Włoszech odwiedziłem kilka muzeów i kolekcji, od małych jak kolekcja Pininfariny, po duże czyli muzeum motoryzacji w Turynie. Muzeum w Maranello zdecydowanie nie należy do małych, a tym bardziej do marnych. Sposób wyeksponowania samochodów na prawdę robi wrażenie, głównie dzięki temu że do każdego samochodu możesz podejść i obejrzeć go z każdej strony z bliska. Masz zarówno samochody drogowe jak i bolidy F1, silniki, podwozia, makiety.
        Równie dobre, jeśli nie lepsze jest drugie muzeum Ferrari w Modenie, zbudowane przy budynku warsztatu ojca Enzo. Podczas wizyty trafiłem na wystawę z okazji 100 lecia Maserati

        Powoli opisuję to u siebie, ale jeszcze mi trochę zostało, m.in. Fiat Centro Storico 😉

  12. nocman napisał(a):

    1. Miedziana ma (a przynajmniej miała) śliski asfalt i na suchym też można ładnie zatańczyć, szczególnie mocnym autem.

    2. Z tych dwóch to ten, co jest na pierwszym planie trzeciego zdjęcia z balkonu. Miałem okazję się przejechać w Ułężu, miazga.

    • SzK napisał(a):

      No to też fajna przygoda. Może kiedyś się jeszcze zdecyduję.

      • nocman napisał(a):

        Zdecydowanie polecam. Mnie się tak spodobało, że oddałem swoją rundkę SLK 55 AMG w zamian za podwójną dawkę X-Bowa.

  13. RoccoXXX napisał(a):

    Ja zdecydowanie wybrałbym do własnego garażu Countacha zamiast 456, ale może rzeczywiście wynika to z tego, że zawsze kochałem AC/DC (i ten klimat) a nienawidziłem opery.

    PS. Chociaż jakbym miał zupełnie wolny wybór to wybrałbym Panterę, koniecznie z lat 80-tych, najszersza guma, duże spoilery – brutal.

  14. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    W zasadzie wszystko zostało już powiedziane. Od siebie mogę dodać tylko jedno:

    ZAZDRASZCZAM.

    Czy chciałbym któregokolwiek z nich? Nie, po cholerę mi samochód, do którego nie wrzucę sprzętu. Ale przejechać się po torze? Matko Bosko Kochano, TAK.

    • SzK napisał(a):

      No toż przecież on są do tego, nie do wożenia szaf przy przeprowadzce 😉

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        I dlatego posiadanie takowego byłoby mi na grzyb. 😉

      • truten23 napisał(a):

        Zawsze można założyć hak.
        Ależ by to wyglądało.
        Taki kadr: 200km/h, gallardo i przyczepka z meblościanką 😀
        Ależ gniótł by system taki zestaw.

  15. truten23 napisał(a):

    „(dla formalności przypomnę, że „gh” czytamy po włosku jak „g”, a nie „dż”: jeśli ktoś mówi przy mnie „LAMBORDŻINI”, w odpowiedzi zawsze pytam, czy nie ma przypadkiem ochoty na talerz SPADŻETTI – w końcu tam też jest „gh”).”

    Szczepanie, wielce cenię sobie te bezbolesne lekcje języków 🙂

1 Pingi/Trackbacki dla "STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: DZIEŃ DZIECKA"
  1. […] Aluminiowa konsola przywodzi na myśl supersportowe cacka z Modeny. Panel klimatyzacji jest tu na pewno fajniejszy niż w Ferrari 458 Italia. […]