JUŻ STAROŻYTNI RZYMIANIE…: ZaSUVamy do centrum!!

Co sądzicie o SUVach?

Na ile znam swoich Czytelników, większość z nich SUVy uważa na wynaturzenie, a w najlepszym przypadku – nie przepada za nimi.

Ja sam, jak podkreślam przy każdej okazji, nie mogę wyjść z podziwu nad różnorodnością świata, w tym oczywiści świata motoryzacji. Logiczne więc, że narodziny kolejnego typu samochodu są dla mnie zawsze ciekawostką, inspiracją do przemyśleń, oraz, jakżeby inaczej, tematem na osobny wpis. Na pewno nie można potępić wymyślania przez producentów nowych produktów, zwłaszcza, jeśli klienci przyjmują je pozytywnie. Zdumiewa mniej jednak tempo, w jakim SUVy podbijają rynek. To, że żaden producent nie może sobie pozwolić na odpuszczenie segmentu pseudoterenówek, wiadomo już od początku bieżącego stulecia, a ostatnimi czasy sprawy idą jeszcze dalej: mnożące się w prawie wszystkich klasach gabarytowych i cenowych SUVy coraz wyraźniej wypierają tradycyjne sedany, hatchbacki, a zwłaszcza kombi i vany. Z oczywistych powodów naturalno-historyczno-kulturowych liderem tego trendu są Stany Zjednoczone, gdzie SUVy stanowią już jedną trzecią sprzedaży aut osobowych (pojazdy z tradycyjnymi karoseriami – nieco ponad 50%, pickupy – 12%, reszta to minivany i "inne"). Jeszcze ciekawiej wygląda zestawienie udziału SUVów w sprzedaży poszczególnych producentów: o ile nie dziwi pierwsze miejsce firmy Jaguar-Land Rover (76%), to szokujące są wyniki marek znanych tradycyjnie z luksusowych limuzyn i aut sportowych: Acury (66%), Lincolna (55%), Porsche (50%), Cadillaca (49%), Infiniti (44%), Lexus (44%), Volvo (41%, przy czym model XC70 nie jest tu zaliczony do SUVów), Mercedesa (36%), Audi (36%, A4 Allroad nie jest tu zaliczony do SUVów) i BMW (32%). Trudno o lepszy dowód na zmianę preferencji zamożnych Amerykanów.

Czy sam kupiłbym SUVa? Na pewno nie. Fascynacja różnorodnością nie objawia się u mnie pożądaniem każdego samochodu na świecie. No, może w dwóch przypadkach: po pierwsze, gdybym musiał przenieść się na jakieś odludzie i regularnie jeździć szutrówkami, w dodatku nieodśnieżanymi w zimie, a po drugie, gdybym mógł sobie pozwolić na posiadanie wielu, NAPRAWDĘ wielu aut. Ponieważ jak na razie nie zanosi się na żadną z powyższych możliwości, pozostanę przy klasycznym, komfortowym coupé.

Tak, mam regularny kontakt z z pewnym SUVem, i to jednym z fajniejszych na rynku – z Hondą CR-V 1,6 i-DTEC (pisałem już kiedyś chyba, że choć sam nigdy Hondy nie posiadałem, od 20 lat jestem w pewnym sensie za pan brat z tą marką). Parę tygodni temu byłem tym autem na nartach we włoskich Alpach, w cztery osoby. Nie powiem, sprawdziło się znakomicie, zaskoczyło mnie też zużyciem paliwa – łącznie 5,4l/100 km (w sumie 2.400 km autostradą 120-140 km/h z BAGAŻNIKIEM DACHOWYM, do tego sześć dni dojazdów na stok po 20 km w jedną stronę, po bardzo ostrych górach i w zimowych temperaturach). Mimo mojej stuprocentowej satysfakcji z auta (prowadziłem przez mniej więcej połowę z rzeczonego dystansu) i sympatii do marki nie bardzo mogę sobie wyobrazić, w czym rzeczony pojazd miałby być lepszy od zwykłego sedana czy kombi o porównywalnych gabarytach i mocy. Pakowność byłaby i tak wystarczająca (CR-V też wymagał wiezienia sprzętu na dachu), zwiększony prześwit i dołączany napęd na drugą oś pozostał niewykorzystany, na górskich drogach niższy samochód sprawiłby znacznie więcej przyjemności, a autostradzie byłby pewniejszy w prowadzeniu i zapewne jeszcze odrobinę oszczędniejszy. A przecież urlop narciarski jest sztandarowym zastosowaniem SUVa, w którym jego zalety powinny objawić się w całej okazałości.

Tyle co do sytuacji na rynku i mojej prywatnej opinii, a teraz przechodzimy do wpisu właściwego. Jego tematem, jak sugeruje tytuł serii, będzie najwcześniejszy pojazd, jaki można nazwać SUVem. Oczywiście narodził się on w Ameryce, a miało to miejsce dokładnie… 80 lat temu!! Szok, nieprawdaż? Mało tego – owo auto, a raczej jego dwunasta generacja, jest oferowane na rynku do dziś, dzięki czemu jego nazwa jest najdłużej wykorzystywaną w historii motoryzacji. Brzmi ona Chevrolet Suburban.

"Chevrolet Podmiejski" – skąd taka nazwa? Lata 30-te zaczęły się w USA szczytem Wielkiego Kryzysu, ale szerzej potraktowany okres międzywojenny to czas budowy nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Jego zalążkiem była fordowska produkcja masowa i związana z tym rewolucja komunikacyjno-transportowa, czyli możliwość łatwego przewożenia ludzi i dostarczania towarów na znaczne odległości. W niesamowitym tempie powstałą sieć dróg – o ile jeszcze na początku lat 20-tych podróż samochodem z jednego amerykańskiego wybrzeża na drugie trwała całe tygodnie i jako żywo przypominała Camel Trophy (przewodniki zalecały brać z sobą ciężki sprzęt saperski i broń palną, nie mówiąc o zapasach paliwa, oleju, opon i części zamiennych), to w przededniu II wojny światowej w okolicach największych miast istniały już wielopasmowe autostrady z wielopoziomowymi skrzyżowaniami. Centra miast stawały się coraz bardziej zatłoczone i nieprzyjemne (każdy, kto bywa na zlotach oldtimerów i wie, jak pachną ich spaliny, może sobie z łatwością wyobrazić czteropasmową arterię całkowicie zakorkowaną przedwojennymi Fordami V8). Uciążliwość życia w wielkich miastach w połączeniu z możliwością łatwego i śmiesznie taniego przejeżdżania w ciągu godziny nawet 60 i więcej kilometrów zapoczątkowałą nieznane dotąd zjawisko reemigracji z miast na wieś.

I tutaj wracamy do dzisiejszego bohatera, który – przypominam – nazywa się Chevrolet Suburban. Czy teraz już kojarzycie?

cq5dam.web.1280.1280Foto: © Copyright General Motors 

 

Tak, to właśnie był produkt dla rodziny, która wyniosła się poza miasto, gdzie ziemia była tania, a powietrze czyste, ale której ojciec wciąż pracował w ścisłym centrum, a dzieci, których zazwyczaj było czworo, albo i więcej, musiały codziennie dojeżdżać do szkoły (kobiety wciąż jeszcze rzadko opuszczały kuchnię). Jak wyglądał rzeczony pojazd i co czyni z niego SUVa?

Suburban pojawił się na rynku w 1935r. Był zbudowany na ramie podstawowego, półtonowego pickupa Chevroleta (rozstaw osi 113,5 cala, czyli 2.883 mm), wykorzystywał też przednią część jego nadwozia. Tył z kolei przypominał ówczesne station wagons, czyli mocno użytkowych poprzedników klasycznych kombi z drewnianymi nadwoziami. Mimo tego samego kształtu karoseria była całkowicie stalowa, nie tylko zewnętrznie, ale też konstrukcyjnie. Rezygnacja z drewna w całej gamie General Motors była nowością rocznika '35, podobnie jak turret-top – dach w postaci jednoczęściowej wytłoczki blaszanej dospawanej do reszty karoserii. Takie innowacje ogromnie ułatwiały i potaniały masową produkcję.

Auta nie można nazwać reprezentacyjnym ani prestiżowym – przypominało raczej typowego konia roboczego, na którym zresztą bazowało. Tym niemniej jego zalety były niezaprzeczalne: mieściło ono aż osiem osób w układzie 3+2+3 (to więcej niż w większości dzisiejszych minivanów i SUVów), prócz tego był jeszcze bagażnik dostępny albo przez klapę unoszoną do góry wraz z szybą, albo przez drzwi zawieszone na krawędzi bocznej ("lodówkowe"), przy czym trzeba pamiętać, że w tamtym czasie wiele modeli osobowych nie miało żadnego bagażnika, albo oferowało co najwyżej ciasną przestrzeń za tylną kanapą, w ogóle niedostępną z zewnątrz. Rzadko wymieniana, pełna nazwa pojazdu brzmiała Suburban Carryall ("przewiezie wszystko") – i faktycznie, dzięki niemu wielodzietna rodzina mogła bez problemu udać się w niedzielę na ryby albo dwudniowy biwak do lasu (to były wtedy popularne sposoby spędzania wolnego czasu). Warto dodać, że wystrój i wygoda wnętrza zdecydowanie przypominały osobówki.

1935 Chevrolet SuburbanFoto: © Copyright General Motors 

 

Napęd Suburbana stanowiła ówczesna standardowa jednostka Chevroleta. Była sześciocylindrowa, wykonana w całości z żeliwa i niebywale prosto, wręcz prymitywnie skonstruowana. Potocznie nazwano ją Stovebolt Six (od śrub głowicy, identycznych z używanymi w żelaznych piecykach kuchennych) lub Cast Iron Wonder ("Żeliwny Cud") – nie dlatego, że "cudownie" pracowała, ale że… cudem było, że w ogóle działała!! Był to typowy owoc korporacyjnej strategii, zaprezentowany w 1929r. w celu zaoferowania rzędowej szóstki w cenie czterocylindrowego Forda A. By obniżyć koszty budowę uproszczono do maksimum, zastosowano najtańsze materiały i zrezygnowano z pompy oleju na rzecz smarowania czysto rozbryzgowego (rozrząd był jednak górnozaworowy, co było typową cechą wszystkich produktów GM). Sztuczka udała się świetnie: masowy klient znakomicie reagował na dźwięk (i sam fakt istnienia) dwóch dodatkowych cylindrów, a w techniczne niuanse raczej nie wchodził – przynajmniej do momentu przegrzania lub zatarcia silnika, które następowało znacznie wcześniej niż w jednostach konkurencji. Co innego klient wymagający i świadomy: w czasach prohibicji przemytnicy kanadyjskiej whisky najczęściej wykorzystywali Fordy, czasem też Plymouthy i Studebakery, Chevroletów zaś – nigdy.

Gdy w 1932r. Ford zaoferował pierwszy masowo produkowany silnik V8, General Motors spasowało – pozostało przy sześciu cylindrach stopniowo powiększając pojemność i moc "Żeliwnego Cudu". Z początkowych 194 cali sześciennych (3,2 litra) i 50 KM po pięciu latach zrobiło się 207 cali (3,4l) i 80 KM. Pierwszy Suburban korzystał właśnie z tej większej wersji dla osobówek, która w 1935r. osiągała 60 KM (co odróżniało go od nastawionych na ekonomię, trzylitrowych pickupów).

Innymi udogodnieniami były w pełni synchronizowana przekładnia (która zadebiutowała w luksusowym Cadillacu zaledwie 7 lat wcześniej) i rozrusznik uruchamiany wciśnięciem pedału gazu do oporu – Amerykanie już wtedy lubowali się w gadżetach oszczędzających dwa ruchy palcem, ku uciesze General Motors i rozpaczy Henry'ego Forda, który zupełnie nie rozumiał takich trendów i idąc za nimi niejako z musu, wbrew własnej filozofii, czasem nie nadążał za konkurentami.

Suburban nie miał napędu 4×4, ale jak wiemy, wiele dzisiejszych SUVów także go nie posiada. Przed wojną nie istniało jeszcze pojęcie samochodu terenowego (poza nielicznymi, specjalistycznymi pojazdami dla armii, które były jeszcze raczej na etapie eksperymentalnym), bo każde auto musiało radzić sobie na co dzień z fatalnymi drogami, a czasem wręcz bezdrożami. Osobowy Chevy z 1935r. miał prześwit aż 8 cali (ponad 20 cm), zaś pickup, a więc i Suburban, są zawieszone jeszcze wyżej (niestety, nie znalazłem dokładnych danych).

Jak możemy nazwać duży, ośmioosobowy wóz o wysokim nadwoziu, dużym prześwicie, praktyczności bliskiej półciężarówce, ale komforcie i osiągach auta osobowego, który w tygodniu wozi ojca do pracy i dzieci do szkoły, a w niedzielę zabiera całą rodzinę na łono natury nie bojąc się przy tym najgorszych dróg? No niech mi ktoś powie, że to nie SUV. No dobrze, może nie miał w sobie komponentu sportowego – ale to tylko dlatego, że wtedy sportowe miały być Bugatti, Alfa-Romeo albo MG, a nie wszystko, co ma cztery koła.

Chevrolet Suburban '35 nie był pierwszym samochodem noszącym tę nazwę – już dwa lata wcześniej oznaczono nią siermiężny pojazd użytkowy zamówiony przez U.S. National Guard. Zaraz potem tak samo ochrzczone modele wprowadziły Dodge, Nash i Plymouth. Ale to Chevrolet wymyślił koncepcję SUVa – innowacyjną, mimo że wykorzystującą w większości elementy leżące już w magazynach koncernu. Dzięki temu cena auta mogła wynieść tylko 675$ (za osobowe Chevrolety Master Sedan liczono 465-550$, za wersje Deluxe – 560-675$. Średnia krajowa wynosiła w USA 125$ miesięcznie).

Mimo umiarkowanej ceny pierwszy SUV świata nie odniósł sukcesu – częściowo z powodu nieprzygotowania nabywców, ale też i niezdecydowania producenta, który słabo reklamował nowy model i włączył go do oferty ciężarówek, którą nie interesowała się właściwa grupa docelowa. Na pewno nie pomógł też brak drugiej pary drzwi, której nie dodano ze względu na koszty oraz nawyki kostruktorów pickupów, którzy byli odpowiedzialni za projekt. Dziś może to trochę szokować, ale osobne drzwi dla pasażerów drugiego rzędu wprowadzono w Suburbanie dopiero w 1967r., i to tylko z prawej strony, zaś pierwsza wersja 5-drzwiowa pojawiła się dopiero sześć lat później – w siódmej generacji modelu!! Słabe powodzenie nie odwiodło jednak producenta od ciągłego rozwijania produktu – gdy pod koniec lat 90-tych zapanowała moda na SUVy, General Motors znało się na ich produkcji jak nikt inny.

 

1937 Chevrolet Suburban

1937_Chevrolet_Carryall_Suburban_(front)Foto: Alden Jewell, Licencja CC

1937_Chevrolet_Carryall_SuburbanFoto: Alden Jewell, Licencja CC

 

Foto tytułowe: © Copyright General Motors 

Share Button
Tagi: , ,
6 comments on “JUŻ STAROŻYTNI RZYMIANIE…: ZaSUVamy do centrum!!
  1. Maliszep napisał(a):

    hmmm,

    Moze ktos mi wytlumaczy, czym rozni sie SUV od Crossovera ?

    • SzK napisał(a):

      Teoretycznie crossover to krzyżówka kilku gatunków, przy czym najczęściej jednym ze składników jest SUV. Np. Volvo XC60 łączy cechy SUVa i kombi. Ale tak naprawdę granica jest płynna i zależy głównie od widzimisię opisującego. Np Honda CR-V jest czasem określana jako SUV, a czasem jako crossover.

      • Maliszep napisał(a):

        hmmm,

        czyli mam rozumiec ze 5 osobowy Polonez Truck jest crossoverem ?

        Laczy cechy samochodu osobowego i pickupa ? 🙂

      • hurgot sztancy napisał(a):

        Nie, to po prostu 5-osobowy pickup. 🙂

        A Suburban bardziej spełnia kryteria amerykańskiego SUVa niż naszego, swojskiego, gdzie pod tą nazwą kryją się auta znane w Europie jako klasyczne terenówki, np. Cherokee czy Pajero.  W Europie raczej używamy określnia SUV dla pseudoterenówek jeżdżących tylko po asfalcie. A już zdecydowanie nadużywamy tego skrótu do określenia pojazdów typu 2008, Captur czy Mokka. Ostatnio spotkałem się nawet z tym okresleniem w przypadku Volvo V40 Cross Country – typowym hatchbackiem o prześwicie podobnym do golfa, z plastikowymi nakładkami na nadkola i relingami dachowymi…
         

      • SzK napisał(a):

        🙂
        Pięcioosobowe pickupy to standard w Stanach czy Australii, nie ma potrzeby nazywać ich crossoverami.

        Ale oczywiście możesz, jeśli chcesz. Ja nie jestem zwolennikiem żadnej sztywnej nomenklatury, każdy używa tych nazw, których chce. Jeden uznaje czterodrzwiowe coupe, drugi nie, to kwestia prywatnej filozofii.

  2. benny_pl napisał(a):

    hmm ja bym bardziej tego "pierwszego suva" nazwal "pierwszym minivanem" lub nawet bardziej z uwagi na dlugi przod "pierwszym kombivamen", gdyz wlasnie one sa takimi "duzymi kombi": praktycznymi, wielozadaniowymi samochodami, zreszta nawet z wygladu predzej przypomina chocby Berlingo.

    natomiast co do suvow, to sa raczej jakies hybrydy gatunkowe, przy czym wzieto wszelkie najgorsze cechy i polaczono tak, ze to ani nie jest praktyczne, ani terenowe, ani sie dobrze nie prowadzi, ani sie dobrze nie zaparkuje,i widocznosc kiepska…  wg mnie suv to taki przerosniety hatchback, tak po prostu przeskalowany +50% i troche jeszcze udzwiniony, zupelnie nie rozumiem tej mody, ale ja ogolnie mody nie rozumiem 😉