MODELOLOGIA STOSOWANA: SEDAN ČI KOMBI, OBĚ JSOU BOMBY !!

Dziś przygotowałem dla Was nową ankietę, ponieważ dawno już żadnej nie było. A poza ankietą – artykuł o mało znanym samochodzie z niedalekiego kraju, czyli o Škodzie 1200/1201/1202, produkowanej w latach 1952-73 (od 1961r. – wyłącznie jako kombi).

Wybór tematu wynikł stąd, że ostatnio myślałem sobie o ważnych markach, którym nie poświęciłem jeszcze ani jednego wpisu. Jednym z istotniejszych zaniedbań okazała się Škoda, o której modelach wspominałem co prawda kilkakrotnie, ale nigdy w dedykowanym (modne słowo!!) artykule. Zaś co do konkretnego modelu – chodziło mi o pokazanie czegoś nieoczywistego, nieznanego z autopsji ogromnej większości z nas. Na 105-tkę albo Favoritkę przyjdzie jeszcze kolej.

Škody zawsze cieszyły się w Polsce popularnością, bo wytwarzano je za miedzą, nie kosztowały drogo ani w zakupie ani w eksploatacji, a do tego oferowały sporo praktyczności i nie sprawiały wielu problemów. Dodatkowo w czasach PRL-u miały ułatwione zadanie, bo jako pochodząc z kraju RWPG importowano je w znacznych ilościach i sprzedawano za złotówki (przynajmniej w teorii). Tyle tylko, że omawiany dziś model wszedł do produkcji w czasach stalinowskich, kiedy w naszej części świata indywidualna motoryzacja została praktycznie zakazana – istniała jedynie w formie szczątkowej, za sprawą niedobitków starych wraków, które cudem ocalały z wojennego kataklizmu i które zdesperowani automobiliści utrzymywali przy życiu wielkimi nakładami pracy i inwencji własnej, znosząc przy tym dotkliwe szykany. Na nabycie nowego auta osobowego do użytku prywatnego zezwalano przede wszystkim tym najbardziej „zasłużonym” obywatelom, więc siłą rzeczy ówczesne pojazdy słabo przechowały się w zbiorowej pamięci.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA PLUS BONUS

Foto: Derek Bruff, Licencja CC

Jednocześnie ogromnie dziękuję Wam za to, że tutaj bywacie i powracacie. Dla mnie to między innymi Wy jesteście wspomnianymi wyżej, wspaniałymi ludźmi z otoczenia, którzy nadają sens wszelkim wysiłkom i staraniom, a przez to motywują do dalszego działania, pozwalają się cieszyć i odczuwać spełnienie. W prywatnych rozmowach nieraz opowiadam, że to właśnie Wy, Czytelnicy Automobilowni, z Waszą wiedzą, doświadczeniami i życzliwością, czyli tym wszystkim, czym cały czas się tutaj dzielimy – niby wirtualnie, ale tak naprawdę, to jak najbardziej realnie – pozwalacie mi nieustannie się rozwijać. Dziękuję!!

Jak co roku, w Boże Narodzenie planuję zrobić sobie kilkudniową przerwę od gryzmolenia, dlatego kolejny tekst ukaże się z lekkim poślizgiem. Jednak inaczej niż zwykle, jako załącznik do życzeń przygotowałem niezbyt obszerną co prawda, ale dodatkową treść.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: Z PRĄDEM CZY POD PRĄD?

Prąd elektryczny to przyszłość motoryzacji – takie zdanie słyszymy dziś na każdym kroku, ale mało kto, jak dotąd, miał okazję bezpośrednio zetknąć się z samochodami elektrycznymi. Ja właśnie miałem i to jest znakomita okazja, żeby na blogu z założenia historycznym pojawiło się coś na temat przyszłości. Albo raczej teraźniejszości ze wskazaniem na przyszłość.

O całej sprawie dowiedziałem się na jesieni, kiedy zacząłem nagabywać o kolejne spotkanie znanego Wam już pana Edka, który niegdyś serwisował moje samochody, a dziś pracuje w firmie GO+ EAuto, prowadzonej przez pana Grzegorza Olchawskiego. Stamtąd dostałem kiedyś do przejażdżki klasyczne Porsche 911, tam również stoi cała flota pięknych klasyków, które mam nadzieję przedstawić Wam w przyszłości, w miarę ich gotowości do jazdy. Jak na razie jednak większość z nich znajduje się na różnych etapach renowacji, a pan Edek nie dla nich zbyt wiele czasu, bo zajmuje go teraz zupełnie nowy rodzaj działalności – ten przyszłościowy, co do którego ja, tradycjonalista, byłem zawsze sceptyczny.

Nie znaczy to jednak, że klasyki całkowicie poszły w odstawkę: pan Grzegorz wciąż startuje w rajdach repliką B-grupowego Audi Quattro Waltera Röhrla (można sobie poszukać klipów na YT), a w czeluściach jego krakowskiej hali pojawiły się nowe zabytki. Smaży się między innymi Volkswagen LT w specyfikacji i malowaniu używanym 30 lat temu przez fabryczny zespół rajdowy Audi – wyobraźcie sobie tylko miny kibiców, gdy pod rampę startową podjedzie historyczny, B-grupowy potwór na historycznej lawecie ciągniętej przez historyczny holownik.

Na ten moment priorytetem są jednak elektryki – stąd też niniejszy artykuł, wyjątkowo skupiający się na zaglądaniu w przyszłość, a nie przeszłość.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: WESOŁY OLDSMOBILE + WPIS GOŚCINNY: BALERON Z SOCJOLOGA W MAJONEZIE

Dziś będzie wpis podwójny: pierwsza część moja, a druga – Fabrykanta z Fotodinozy. Ten blog niezmiennie polecam wszystkim spragnionym najwyższych lotów strawy duchowej. Zaglądajcie tam czasem, jeśli jeszcze tego nie robicie – naprawdę warto.

***

Oglądaliście kiedyś jakieś klasyczne westerny?

Wolę zapytać, bo dzisiejsze pokolenie nie zawsze je zna. Ostatnio koleżanka z pracy powiedziała mi, że lubi stare polskie filmy, zwłaszcza komedie, a zapytana o ulubiony tytuł odpowiedziała – „Chłopaki nie płaczą„. Rozumiecie – stare, polskie filmy. Wcześniej inne osoby z biura – ludzie już po studiach, nie żadni gimnazjaliści – nie kojarzyły Louisa de Funesa i Królika Bugsa. Z kolei mój brat (5 lat młodszy ode mnie), próbował wytłumaczyć sprzedawcy spodni, że „nie chce żadnych rurek, tylko klasyczne dżinsy, takie jak nosił np. John Wayne„. I co…? Zgadliście: w całym sklepie – całkiem sporym, sieciowym – nie znalazł się nikt kojarzący Johna Wayne’a.

A dzisiaj chciałem napisać właśnie o jego czasach. To znaczy nie tyle Johna Wayne’a, co raczej bohaterów, których grał. O czasach, kiedy amerykańskie Wschodnie Wybrzeże i region Wielkich Jezior były już mocno zurbanizowane, ale na bezkresnych przestrzeniach na zachód od St Louis w dalszym ciągu znacznie łatwiej niż żywego człowieka można było napotkać wrak wozu pozostałego po niedoszłych poszukiwaczach złota, którzy w swoim czasie nie zdołali dotrzeć do Kalifornii. Mówiąc o tamtej epoce naprawdę warto to sobie uzmysłowić, choćby oglądając jakiś klasyczny western, niekoniecznie z Johnem Wayne’m.

Na przełomie XIX i XX wieku cały amerykański kontynent dało się już przemierzyć koleją, ale tam, gdzie ona nie docierała, podróżującym radzono, by w pierwszej kolejności dbali o swoją broń, w drugiej – o konia, a dopiero w trzeciej o własne wyżywienie: „Gdy braknie ci broni, amunicji lub sprawnego wierzchowca, jedzenie nie przyda się już na nic„. W takich warunkach rodziła się amerykańska motoryzacja i nie mogło to pozostać bez wpływu na jej kształt.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

AUTO-VALHALLA: UPROŚĆ, A POTEM DODAJ LEKKOŚCI

Firmy Lotus nie było do tej pory na Automobilowni (z wyjątkiem artykułu o serii trzech gier komputerowych z początku lat 90-tych), najwyższy więc czas opowiedzieć coś o niej, a najlepiej – o postaci jej założyciela, Colina Chapmana.

Lotus to marka ogromnie wyrazista, a wyrazistość marki bierze się zwykle z konkretnej wizji jej założyciela. Wizję należy oczywiście poprzeć talentem, uporem i latami ciężkiej pracy, ale to ona, konsekwentnie realizowana, jest tutaj fundamentem. Wielu było producentów samochodów w północnych Włoszech w czasach Giovanniego Agnellego, ale to on miał sprecyzowaną wizję – produkować to, czego chce masowy klient. Każdy przedsiębiorca uważa, że idzie za potrzebami rynku, jednak Agnelli uczynił z tego swoje credo, które realizował na tyle skutecznie, że z czasem jego firma przejęła prawie wszystkich konkurentów i stała się niemal monopolistą we własnym kraju. Zupełnie inne, lecz równie metodycznie realizowane założenia miał jego rodak, Enzo Ferrari. Oraz Ettore Bugatti, Henry Royce, André Citroën, Soichiro Honda… To oni stworzyli samochodowe marki o najsilniejszej tożsamości. Inaczej niż np. Armand Peugeot, bracia Opel, Kim-Woo-Choong albo japoński klan Toso, którzy w branżę motoryzacyjną wchodzili jak w wiele innych przedtem i potem – bo był interes do zrobienia. Oczywiście, że oni też zatrudniali czasem dobrych konstruktorów i strategów, którzy budowali i sprzedawali fajne auta, ale ich logo rzadko wieszają sobie na ścianach nastolatkowie – można je spotkać głównie tam, gdzie firma za to zapłaciła.

Colinowi Chapmanowi zdecydowanie bliżej do Ferrariego i Royce’a niż do braci Opel. Jak brzmiała jego dewiza? „Simplify, then add lightness”. Uprość, a potem dodaj lekkości. „Moc czyni cię szybszym na prostych, lekkość czyni cię szybszym wszędzie” – tak zwykł był mawiać.

 

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,