PERŁY COACHBUILDINGU: Delahaye 165 Figoni-Falaschi

Ponieważ przez jakiś czas będę miał ograniczony dostęp do Internetu, postanowiłem zaprogramować na ten czas serię wpisów na temat międzywojennych mistrzów karosażu. Większość z nich była już publikowana na klasycznie.eu (nie mam bowiem czasu by napisać całkiem od nowa artykuły na dwa tygodnie), ale po pierwsze, sądzę, że większość z Was nie czytała 100% wpisów na FB, a po drugie – na potrzeby bloga rozszerzyłem je nieco i zilustrowałem na nowo. Mam nadzieję, że nie zanudzi Was jedna i ta sama kategoria postów przez dłuższy czas, do innych tematów powrócę, jak wrócę.

Większość z rzeczonych firm karoseryjnych miała siedzibę w Paryżu, bo to dawało prestiż. Biuro nad Sekwaną organizowały sobie nawet firmy z innych krajów, w tym USA, bo taki adres przyciągał klientów i pozwalał znacząco podnieść ceny – zupełnie jak dziś logo jakiegoś mediolańskiego projektanta mody na ciuchach Made in China albo nadgryziony owoc na tajwańskich pendrive’ach. Była jednak pewna różnica – większość firm karoseryjnych tworzyła prawdziwe dzieła sztuki, nigdy zaś masówkę.

Jedną z najsłynniejszych była Figoni-Falaschi, prowadzona (rzecz jasna w Paryżu) przez dwóch Włochów, z których ten pierwszy był stylistą, a drugi – księgowym. Ich popisowym numerem był bardzo niski roadster, w którym zamaszyście narysowane, bufiaste błotniki zakrywały wszystkie cztery koła. Wrażenie opływowości potęgowały chromowane pasy wzdłuż przedniej części karoserii oraz reflektory częściowo wkomponowane w bryłę nadwozia (dokładniej – w obniżenia pomiędzy błotnikami a pokrywą silnika, które Anglicy nazywali catwalks, lubiły bowiem przez nie przemykać harcujące po garażach koty!!).

W głowie dzisiejszego obserwatora rodzi się natychmiast pytanie o wpływ pokryw kół przednich na zwrotność tak skarosowanych samochodów. Otóż koła miały w takich przypadkach rozstaw znacznie mniejszy niż szerokość błotników, co niezbyt zgrabnie wyglądało od przodu – tak jakby ktoś nałożył zdecydowanie zbyt szeroką karoserię na wąskie podwozie (projektanci starali się maskować ten efekt obniżając zderzak, by kół nie było widać). To pomagało tylko częściowo, ale trzeba pamiętać, że zwrotność w ówczesnych modelach była generalnie nienajlepsza, niezależnie od designu. Zresztą w ciasnych centrach miast nikt takimi cackami nie jeździł, służyły one zazwyczaj do tzw. Wielkiej Turystyki (z włoska Gran Turismo – stąd nadużywany dziś do bólu skrót GT). Chodziło o letnie wyprawy bogatych ludzi z północy Europy na jej południe – zazwyczaj na francuską Riwierę lub w szwajcarskie Alpy (dopiero po wojnie turystyka, tym razem już masowa, objęła cały basen Morza Śródziemnego).

Przedstawiony na zdjęciach model to Delahaye 165 – ten producent, dziś już mocno zapomniany, specjalizował się w ciężarówkach, ale prócz tego wypuszczał bardzo ekskluzywne samochody Gran Turismo, a także brał udział w sporcie. 165-tka pojawiła się w 1937r. i była napędzana potężnym, 12-cylindrowym silnikiem. W przedwojennej Europie układ ten był podobną rzadkością jak dziś – większość nawet najbardziej luksusowych aut była napędzana rzędowymi "ósemkami", często z mechanicznym doładowaniem. Motor Delahaye bazował bezpośrednio na jednostce z bolidu Grand Prix (w przeciwieństwie do mniejszych silników marki, branych wprost z ciężarówek!!). Miał 4,5 litra pojemności i rozwijał aż 250 KM – takie osiągi bez kompresora były naprawdę godne uwagi. Typowym elementem wyposażenia w tej klasie była tzw. preselekcyjna skrzynia biegów, sterowana czymś w rodzaju joysticka (!!) pod kolumną kierownicy: Za jego pomocą kierowca wybierał kolejny bieg, który załączał się samoczynnie po "kopnięciu" w sprzęgło albo odpuszczeniu na sekundę gazu. Dziś wydaje się to bez sensu, ale jak ktoś kiedyś jeździł z ręczną skrzynią bez synchronizacji (a taki był przed wojną standard), to wie, że na górskiej drodze taka przekładnia preselekcyjna była prawdziwym wybawieniem.

Delahaye 165 powstało jedynie w dwóch egzemplarzach, ale Figoni-Falaschi tworzyło podobne (choć nigdy nie identyczne!!) kreacje również dla innych wytwórców. Dwóch Włochów w swoim czasie przodowało w branży – m. in. używając TUNELU AERODYNAMICZNEGO !! – lecz ich dzieła, kosztujące najczęściej więcej od podwozia do którego były przymocowane, wielu uważało za przekombinowane i skrajnie ostentacyjne: powściągliwi Anglicy złośliwie przekręcali nazwę firmy na "Phony & Flashy" ("szpanerstwo i blichtr"). My dzisiaj postrzegamy to oczywiście inaczej – jako automobilową haute couture z jedynej w swoim rodzaju epoki, która miała się już ku końcowi. Po wojnie przejście producentów aut na nadwozia samonośne niemal uniemożliwiło takie ekstrawagancje (choć ich pozostałości można dopatrzyć się i dzisiaj).

Foto tytułowe – Steve Corey. Licencja CC (użyty tylko fragment oryginału).

Paris_-_Retromobile_2012_-_Delahaye_type_165_cabriolet_-_1939_-_006Foto: Thesupermat Licencja CC

Paris_-_Retromobile_2012_-_Delahaye_type_165_cabriolet_-_1939_-_004Foto: Thesupermat Licencja CC

4609529031_1831ddeecd_bFoto: Rex Gray Licencja CC

1939 Delahaye 165 CabrioletFoto: Adam Minter Licencja CC

4609528737_f38b96a933_bFoto: Rex Gray Licencja CC

7253834232_49eb720b4c_kFoto: Aaron Spielman Licencja CC

 

 

Share Button
Tagi: , , , ,
0 comments on “PERŁY COACHBUILDINGU: Delahaye 165 Figoni-Falaschi
1 Pingi/Trackbacki dla "PERŁY COACHBUILDINGU: Delahaye 165 Figoni-Falaschi"
  1. […] w cywilne podwozia – jedno z tych aut, ze wspaniałą, paryską karoserią, opisywałem TUTAJ). Niestety, nie było kompresora: bez niego wciąż nie dało się marzyć o dogonieniu […]