PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: NIE MA CZEGO ŻAŁOWAĆ

DSC_0200

W 2003r. na frankfurckim Salonie Samochodowym zaprezentowano prototyp Audi Nuvolari. Było to supersportowe coupé, które, jak większość concept cars, nie miało trafić bezpośrednio do produkcji, ale zapowiadało cztery lata późniejszy model A5. Sytuacja jakich pełno, ale uważni i historycznie świadomi obserwatorzy zauważyli w niej drugie dno.

Oto nowe Audi zostało zaprojektowane przez niejakiego Waltera de Silvę, najbardziej wówczas pożądanego specjalistę w branży, który zaledwie dwa lata wcześniej przeszedł od Fiata – a dokładniej od Alfy-Romeo – do Volkswagena. Niemcy podkupili stylistę zlecając mu wykreowanie nowego image’u Seata – bardzo nijakiej marki, której zamierzali przydać odrobinę sportowego ducha. Gdzie tutaj drugie dno? Prototyp Nuvolari – jak każde Audi – był opatrzony logo z czterema pierścieniami, czyli symbolem dawnego koncernu Auto-Union, który w latach 30-tych brylował na torach wyścigowych Grand Prix. Tenże koncern w sezonie ’38 zwerbował do swego teamu wspaniałego kierowcę Alfy-Romeo nazwiskiem… Tazio Nuvolari. 65 lat później noszący jego imię, srebrzysty concept car, zaprojektowany przez świeżo podkupionego Włochom de Silvę, został ostentacyjnie wyeksponowany na samym przedzie stoiska Volkswagena, dokładnie naprzeciwko wystawy Alfy-Romeo

Od tamtej chwili minęło już 13 lat. Seatowi nie udało się podbić rynku i serc użytkowników – nie pomógł ani talent głównego stylisty ani chwytliwe hasła o niemieckiej precyzji i hiszpańskim temperamencie. Być może zawinił duch dzisiejszych czasów, w których tradycyjne cechy poszczególnych nacji są jeszcze obecne co najwyżej w dowcipach. Ja jednak sądzę, że rację miał węglarz Tłoczyński, który w końcowej scenie kultowego „Misia” mówił, że „Tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze„. Nie jest możliwe zadekretowanie, że ta czy inna marka będzie od dzisiaj należała do segmentu premium, bo nam się tak podoba. Jako korposzczur z nastoletnim stażem wiem, że managerowie czasami o tym zapominają.

Kiedy we Frankfurcie duchowy spadkobierca Auto-Unionów wyszczerzał swoje cztery pierścienie prosto w niewesołe twarze Włochów, fabrykę w Pomigliano d’Arco opuszczała srebrna Alfa-Romeo 156 2.0 TI, która należy dzisiaj do Radka – stałego Czytelnika i aktywnego komentatora Automobilowni znanego pod ksywą @Carman. Radek przyjechał do mnie aż z Bielska-Białej i muszę przyznać, że jest mi trochę głupio. Mieliśmy się spotkać z Tomaszem z firmy autka.pl, który kiedyś udostępnił mi dwa Mercedesy AMG, a do tego Alfę 156 GTA Sportwagon. Wtedy o Alfie nie pisałem, bo zamiarowaliśmy zrobić później mini-spot we trójkę, z Radkiem, i porównać zwykłą dwulitrówkę z rzeczonym GTA. Tyle tylko, że ten rzadszy model został w międzyczasie sprzedany – w końcu dla Tomka był towarem handlowym, no i pooo-szeeedł!! – cały nasz plan misterny. Dlatego właśnie jest mi głupio: Radek przyjechał sto kilometrów, a tu z GTA nici. Oczywiście on wiedział o tym wcześniej i przyjazdu nie odwołał, ale w głębi ducha był pewnie rozczarowany. Dlatego też najważniejsze pytanie, jakie zadawałem sobie przed przejażdżką, dotyczyło różnic między obiema wersjami – na ile jedna jest lepsza od drugiej?

Zacznę bardzo banalnie: Alfa 156 to szczytowe osiągnięcie Waltera de Silvy i główna przyczyna decyzji Volkswagena o przewerbowaniu go. Dobrze, że Niemcy słabo znają polską motoryzację – gdyby zobaczyli plastikowy kokpit PF 125p MR ’75, który również rysował da Silva, mogliby zmienić zdanie o nim, ale podobno każdy człowiek jest wart tyle, ile najlepsze z jego dzieł, a 156-tka jest naprawdę wybitna. Dobrze pamiętam, jak wchodziła na rynek – to było w okresie mojego środkowego liceum, czyli – nie może być, dwadzieścia lat temu!! Wszyscy zachwycali się jej wyglądem – prasa pisała, że to najpiękniejszy sedan świata. Ja nie lubię tego typu superlatyw: jeżeli już, to wolę podać zestaw dziesięciu czy dwudziestu modeli naj-, bez przyznawania rang, bo nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, kto powinien dostać miejsce drugie, kto czwarte, a kto czternaste. Nie mam jednak wątpliwości, że 156-tka musiałaby się na tej liście znaleźć.

Zresztą, nad urodą auta nie będę się długo rozwodził, żeby nie popadać w banalność, albo, co gorsza, w grafomanię. Styl modelu i całej marki dobrze ujął mój imiennik, śląski pisarz Szczepan Twardoch, którego ogłoszenie sprzedaży 156-tki zrobiło kiedyś furorę w Internecie. Kto nie czytał, temu polecam (LINK).

Zresztą, najlepiej będzie, jeśli sami sobie popatrzycie. Oraz POSŁUCHACIE.

62-3-2172

3-3-551

3-3-555

1-3-2708

1-3-2715

62-3-2164

1-3-2716

1-3-2749

1-3-2751

3-3-162

3-3-546

3-3-548

62-3-2157

3-3-549

3-3-547

62-3-2153

3-3-553

3-3-557

3-3-559

62-3-2170

3-3-562

3-3-628

62-3-2125

3-3-633

62-3-2165

3-3-636

3-3-641

62-3-2174

3-3-637

3-3-638

62-3-2022

62-3-2160

75-3

62-3-2161

62-3-2154Wszystkie powyższe zdjęcia pochodzą z archiwum prasowego Fiat Chrysler Automobiles

Wróćmy na Ziemię. Najpierw napiszę parę słów o GTA, bo ja nią jednak jeździłem – co prawda siedem tygodni temu, ale zawsze. Nie robiłem jej zdjęć i nie wczuwałem się zbytnio, bo wolałem skupić się na AMG-kach do artykułu, podczas gdy z Alfy i tak miała być powtórka. Cieszę się jednak, że dostałem okazję porównania tych trzech aut i mogę skwitować to następująco: C36 AMG to jedno wielkie rozczarowanie, po prostu trochę mocniejsza taksówka. E55 to prawdziwy potwór, który ogromnie imponuje, ale i wymaga respektu. Natomiast włoskie kombi wydało mi się najbardziej wyważone i najbardziej przypominające klasyczny samochód sportowy: nie za duży, ale i nie za mały, idealnie leżący w ręku, mocny, lecz łatwy w prowadzeniu i nie onieśmielający, a wręcz przeciwnie – zachęcający do korzystania z życia. Jak by to powiedzieli Anglicy – znakomity all-rounder. Oczywiście, niepozbawiony wad: przy 3,2-litrowej V6-tce o mocy 250 KM przedni napęd zaczyna już trochę przeszkadzać, nie tylko w kontekście trakcji, ale też na przykład zwrotności – zawrócić tym autem na raz dałoby się chyba tylko na lotnisku. Do tego dochodzi zużycie paliwa – porównywalne ze sto koni mocniejszym, 5,5-litrowym V8 z E55 AMG. Na tym jednak minusy się kończą, a zostaje delektowanie się ekskluzywnie wykończonym wnętrzem, wspaniałym dźwiękiem silnika, takąż skrzynią biegów i podwoziem, oraz przyspieszeniem do setki w nieco ponad sześć sekund.

Czy Radek, właściciel zwykłej dwulitrówki, ma czego żałować? Oczywiście nie chodzi o straconą okazję przejażdżki topowym modelem, ale o nieposiadanie go.

Pierwszy punkt wielkoseryjnemu sedanowi przyniósł jego bagażnik.

Krawędź załadunku wypada dość wysoko, a 378-litrowa pojemność w żadnym wypadku nie zachwyca na tle segmentu D, ale kombi, pardon, Sportwagon – daje do dyspozycji o całe 18 litrów mniej. To był chyba pierwszy taki przypadek, szeroko zresztą komentowany w prasie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

Auto Radka należy do specjalnej serii TI (Turismo Internazionale), która pojawiła się na rynku pod koniec życia modelu, w listopadzie 2003r., i do dziś pozostaje marzeniem wielu alfistów. Nie ma ona poszerzanych błotników i okazałego ospoilerowania GTA, ale w stosunku do wersji bazowych wyróżnia się niższym i twardszym zawieszeniem, 17-calowymi felgami, skórzaną kierownicą i znakomitymi fotelami: w każdym opisie podkreśla się ich wykończenie czerwoną nitką, chociaż zdecydowanie ważniejsze jest wysuwane z siedziska podparcie dla ud, zapobiegające zaleganiu krwi w nogach podczas długich podróży. Świetne jest też podparcie lędźwiowe: nasza przejażdżka trwała co prawda tylko 20 minut, ale ja, z uwagi na problemy z kręgosłupem, czuję takie rzeczy natychmiast. Mimo wyraźnie usztywnionego zawieszenia i miejscami mocno nierównej drogi moje plecy nie zgłaszały żadnych zastrzeżeń, a to znaczy naprawdę wiele.

Wnętrze 156-tki jest równie piękne jak sylwetka. Optycznie sprawia wrażenie przytulności, co jest spowodowane osaczeniem kierowcy przez kokpit i zwróconą ku niemu konsolę, ale to tylko wzmacnia wrażenie zasiadania w driver’s car. Kokpit i cała kabina różnią się od tych z GTA, ale wielkiej przepaści nie ma, więc i tutaj można przełknąć fakt posiadania pośledniejszej wersji. Warto zwrócić uwagę na wysuwaną część siedziska, pełniącą rolę wspomnianego podparcia ud.

S6304266Foto: dostarczone przez Radka

Pasażerowie drugiej klasy nie mają takiego luksusu, chociaż siedzą na identycznych materiałach, ze słynnymi czerwonymi szwami włącznie.

S6304265 Foto: dostarczone przez Radka

Tak wygląda centrum dowodzenia. Również dzięki jego designowi kierowcy wydaje się, że samochód jest częścią jego własnego ciała.

S6304263Foto: dostarczone przez Radka

Głębokie tuby, w których osadzono podstawowe wskaźniki, urzekają mnie niezmiennie od czasów Duetto. Oprócz wyglądu mają tę zaletę, że ich odczyty pozostają niewidoczne dla pasażerów, co w rodzinnym sedanie o sportowych ambicjach może mieć spore znaczenie. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

Aluminiowa konsola przywodzi na myśl supersportowe cacka z Modeny. Panel klimatyzacji jest tu na pewno fajniejszy niż w Ferrari 458 Italia.

S6304267Foto: dostarczone przez Radka

Wracając do zawieszenia: wielki plus dla Alfy-Romeo za zastosowanie z przodu podwójnych wahaczy poprzecznych zamiast McPhersonów. To układ podobny do używanego w Formule 1 – jako zatwardziały mercedesiarz zawsze byłem w jakimś stopniu dumny ze słynnej, pięciowahaczowej osi tylnej w modelach z lat 80-tych i 90-tych, ale równocześnie żałowałem, że ważniejsza przecież oś przednia jest u mnie skonstruowana w sposób, oględnie mówiąc, kompromisowy. Alfiści nie mają tego problemu i nie mówię tylko o aspekcie psychologicznym: 156-tka wspaniale klei się do drogi, a za nakazanym jej kierunkiem ruchu idzie jak po sznurku. Ja dobrze prowadzące się auta poznaję po tym, że czuję w nich, jak bardzo brakuje mi umiejętności – one mają znacznie większe rezerwy niż ja. Tutaj właśnie tak było i pod tym względem również nie ma co żałować, że to nie jest GTA – różnicę w stosunku do TI mógłby wyczuć tylko naprawdę wytrawny kierowca.

Inna sprawa, że w dłuższej trasie to zawieszenie może męczyć – bo fotele fotelami, ale podwozie jest twarde. Jeździ bardzo przyjemnie, nie tylko pod kątem przyczepności, ale też reakcji na ruchy kierownicą, tyle tylko, że traci na tym komfort, co na polskich drogach może mieć pewne znaczenie. Niby oczywiste, że coś za coś, ale jednak istnieją na świecie samochody lepiej łączące te cnoty, chociaż trzeba pamiętać, że kosztują trochę więcej, no i nie zawsze są takie piękne. Szczepan Twardoch ujął to następująco: „Alfą powinno się jeździć po asfalcie przez Passo Tonale, a nie po wertepach na budowie„. Tak się składa, że znam drogę przez Passo Tonale (być może niektórzy z Was też, bo w sezonie narciarskim w tamtych okolicach łatwiej usłyszeć język polski niż włoski) i potwierdzam: tam byłby to samochód idealny.

Kończąc temat podwozia dodam jeszcze, że mile zaskoczyła mnie zwrotność: sam Radek nie jest z niej zadowolony, ale ja nie porównywałem jej z „Maluchem” ani z W123, tylko z GTA Sportwagon i dwulitrówka była znacznie lepsza. Znalazłem nawet w Internecie dane: czterocylindrowe 156-tki mają średnicę zawracania 11,1 metra, V6 2,5 i diesle – 11,6, a GTA – 12,1. Metr mniej to coś, co można poczuć, nawet po kilkutygodniowej przerwie. Różnica wynika zapewne z gabarytów poszczególnych silników, które siedzą pomiędzy przednimi kołami, ale słyszałem też, że w bardzo mocnych wersjach przednionapędówek konstruktorzy celowo ograniczają kąt skrętu kół, by chronić przeguby. Oczywiście rozumiem, że pełna moc na skręconych kołach to ogromne obciążenie, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś wciskał gaz do podłogi przy skręcie do oporu – to nie jest przecież Syrena 103, tylko 250-konny potwór. Swoją drog, czasami fajnie jest jeździć tylnonapędówką i być ponad takimi problemami 😉

Karoseria, wnętrze czy podwozie 2.0 TI sprawiają nie gorsze wrażenie niż w GTA – to nie jest nawet ułamek przepaści pomiędzy E200 i E55 AMG. A jak z silnikiem? Otóż z silnikiem jest tak, jak z zarobkami.

Dawno temu, jeszcze w latach 90-tych, słyszałem anegdotę, jak to pewna pani nauczycielka, zostawszy wybrana do Sejmu, zemdlała z wrażenia na wiadomość o wysokości swojej diety, podczas gdy jej partyjny kolega, który dla kariery politycznej zamknął kancelarię prawniczą, wykrzyknął: „K…, z czego ja teraz będę żył…?„. Nie wiem, czy ta scenka była autentyczna, ale na pewno bardzo życiowa. Podobnie z silnikami: tu też wszystko zależy od skali odniesienia i ludzkich oczekiwań. Samochód Radka to poliftingowa wersja 2.0 JTS, ze zmiennymi fazami rozrządu i bezpośrednim wtryskiem, rozwijająca 166 KM przy 6.400 obr/min i 206 Nm przy 3.250. Rozpędza się do 220 km/h, a setkę osiąga w 8,2 sekundy. Wielu powie, że to rakieta, ale niejeden parsknie na takie dane śmiechem – zupełnie jak z dwojgiem świeżo upieczonych parlamentarzystów.

Oczywiście, rzecz nie jest w ocenie konkretnej wartości mocy, bo to jest kwestia wyboru klienta, czyli wypadkowej jego wymagań oraz zasobności portfela, ale można porównać ją z konkurencją. W 2003r. również dwulitrowe BMW 318i osiągało 143 KM, wchodząca właśnie do produkcji VII generacja Hondy Accord – 155 KM, Lexus IS (sześciocylindrowy) – też 155, a Saab 9-3 w wersji bez sprężarki – zaledwie 130. Ba, nawet doładowany Mercedes C200 Kompressor był od Alfy o 3 KM słabszy!!

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

Ten silnik przede wszystkim przepięknie brzmi – aż nie chce się włączać radia. Wrażenia akustyczne jadący zawdzięczają również stosunkowo krótkim przełożeniom: na piątce przy 100 km/h motor robi prawie 3.000 obr/min, czyli przy 150 – 4.500, co przy tej mocy absolutnie nie jest konieczne, a odbija się na spalaniu i poziomie hałasu. Oczywiście mamy przez to lepsze przyspieszenie, rzadziej redukujemy i tak dalej, ale jeśli już tak to Włosi zrobili, to mogliby chociaż dołożyć szósty bieg. Niestety, nie dołożyli.

Co do kwestii drażliwych: nie, Alfa nie jest całkiem bezproblemowa. Tomasz mówił, że oferowana przez niego GTA to samochód „dla kogoś, kto jest gotowy czasami coś podokładać„. Z kolei Radek, który od dwóch lat na co dzień jeździ swoją 156-tką (a egzemplarz ma już 13 lat), również przyznaje, że raz za czas „trzeba autko dopieścić„, chociaż jak dotąd (odpukać!!) nigdy go ono nie zawiodło, to znaczy nie stanęło w trasie ani nie odmówiło odpalenia. Zapytany o osławiony wariator odparł: „a no odzywał się, jak do ciebie jechałem, ale teraz jakoś przestał„. To prawie jak z Jaguarem użytkownika @truten23: jemu też w czasie spotkania ze mną pewne dolegliwości samoczynnie ustąpiły – jak gdyby niektóre auta czuły, że są testowane i chciały dobrze wypaść. A może po prostu tak właśnie mają co bardziej kapryśne modele, że humor zmienia im się co chwila…?

Średnie zużycie paliwa wynosi u Radka około 10 litrów, przy przeciętnie oszczędnym trybie eksploatacji – przy tym poziomie osiągów i wszelkich wrażeń zmysłowych można je uznać za akceptowalne. Alfa lubi też konsumować olej silnikowy (ma w tym momencie 138 tys. km przebiegu), co zresztą widać po zatłuszczonych okolicach wlewu na zdjęciu. Co do GTA – hmm, właściwie to już wspominałem, że E-Klasa AMG ma podobny apetyt. Ponieważ nikt jej tego nie wypomina, to nietaktem byłoby czepiać się Włoszki. O tak zwanym V6 Busso, którego ostatnia wersja pracuje pod maską szlachetnego Sportwagona, można powiedzieć wiele dobrego, ale na pewno nie to, że jest oszczędne. Zamykając kwestię eksploatacji zacytuję wspomniane wcześniej ogłoszenie Szczepana Twardocha: „kobietom też trzeba kupować kwiatki, a czasem nawet biżuterię i zdziwienia nie ma, prawda?„. 

Na zakończenie całego artykułu pozwolę sobie przytoczyć inne jego słowa: „Alfa jest Sportwagon i wozi się w niej wino albo narty albo piękne kobiety i w ogóle wiedzie się sportowy i elegancki tryb życia, jak również wygląda stylowo, w granicach budżetu. Bo jednak bardziej stylowo wygląda się w Maserati, nie przeczę. Tudzież w Ferrari California z otwartym dachem„. I wiecie, co Wam powiem? Że z każdym rokiem spędzonym na tym świecie jestem coraz bardziej przekonany, że w życiu chodzi właśnie o to, żeby było – może nie tyle „stylowo”, co po prostu fajnie, w granicach budżetu. Jeśli więc nie stać nas na Maserati albo Ferrari, z czystym sumieniem mogę polecić Alfę, i wcale nie musi to być GTA. Tylko nie zapomnijcie, że czasami trzeba ją będzie dopieścić.

P.S. Przez te wszystkie emocje i slide-show z muzyką Ramazzottiego zapomniałem o zdjęciach samochodu Radka, więc poniżej uzupełniam (GTA, tak jak pisałem, niestety nie cyknąłem – będzie nauczka na przyszłość, żeby nie odkładać na jutro tego, co można zrobić dzisiaj).

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

Foto tytułowe: kolaż ze zdjęć dostarczonych prze Radka

Share Button
Tagi: , , ,
69 comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: NIE MA CZEGO ŻAŁOWAĆ
  1. As napisał(a):

    Bawi mnie ta otoczka Alfy Romeo w Polsce.
    To ładne auta, ok, ale właściciele kilkunastoletnich diesli, gdzie większość elementów jest już made in china, a nie fabryczna, za parę tysięcy złotych bajdurzący o belli, cuore sportivo i dolce vita śmieszą mnie niezmiernie.
    Esencja tutaj „„Alfa jest Sportwagon i wozi się w niej wino albo narty albo piękne kobiety i w ogóle wiedzie się sportowy i elegancki tryb życia, jak również wygląda stylowo”. Tak widzą się posiadacze starszych masowych Alf, w rzeczywistości moim zdaniem nieco mniej spektakularnie to wygląda.
    Tutaj widać właściciel wyłamuje się z tego schematu, bo widać, że egzemplarz raczej z tych bardziej zadbanych, a nie w stylu „kupię 156 bo dobrze wygląda pod remizą, a kosztuje połowę e46 czy w203, a potem dorobię ideologię, że to z powodu duszy, a nie braku kasy” i z benzynowym silnikiem, a nie JTD.
    Niemniej warto spróbować, te auta już tańsze nie będą, bo zaniedbane 156 od paru lat masowo lądują na złomach, a zadbanych żal się pozbywać, części tanie, budowa w miarę prosta – ciężko nazwać ją ryzykownym zakupem. Niedrogo kupisz, jak się nie sprawdzi to niewiele stracisz, a co zyskasz to Twoje 😉

    • Ernesto napisał(a):

      Nie rozumiem argumentu dotyczącego niskiej ceny – to wada?
      Auto nie ma szczególnego statusu w Polsce – moje wrażenie jest takie, że jest u nas szczególnie niedoceniane co potwierdza powyższa opinia.

    • SzK napisał(a):

      No nie mów, że Ty ogłoszenie Twardocha bierzesz całkowicie na serio… Ono jest celowo przerysowane, ale fakt, że Alfa jest po prostu piękna i to naprawdę wpływa na nastrój. Przynajmniej u niektórych.

  2. Fabrykant napisał(a):

    Oj, fajoskie auto! Jedną ma tylko dla mnie wadę- w drugiej serii zniknęły designersko wypieszczone przednie reflektory- na rzecz tych prostszych, zbiegających się do scudetto. Te pierwsze- pozaokrąglane tu i ówdzie, popodcinane tu i tam, to był dla mnie absolutny majstersztyk, nie spotykany do tamtej pory w żadnym aucie tego segmentu. Widać było, że nad ich kształtem spędzono godziny. Ale to tylko taki prywatny sentyment. Za to w testowanej Ti bardzo ładne fotele. Miło było przeczytać.

  3. Ernesto napisał(a):

    Na zdjęciach auto Radka wygląda lepiej niż to ze zdjęć katalogowych.
    Auto dość szczególne – jakieś 14 lat temu pierwszy raz zobaczyłem alfę w podstawowej wersji i miałem mieszane uczucia, kilka lat później miałem okazję przebywać w towarzystwie dobrze wyposażonej o jasnej tapicerce i ten widok zwalił mni z nóg. Dlatego warto podkreślić, że w takich autach szczególne znaczenie ma wyposażenie i to ono często decyduje o wyjątkowości np. w 159 niektóre modele mają na oparciach foteli odciśnięte logo Alfy- bardzo to smaczny widok.

    • SzK napisał(a):

      To prawda, że kombinacja koloru lakieru i tapicerki może zdziałać cuda.

      A na zdjęcia wyglądają fajnie, bo świeciło pełne słońce, a ja każdorazowo odwracałem auto do światła.

  4. nudny napisał(a):

    Piękny egzemplarz, jest czego zazdrościć właścicielowi 🙂
    Alfa 156 to jedno z tych aut, które chyba nigdy mi się nie opatrzy. Teraz wygląda tak samo dobrze, jak w dniu premiery. Ogólnie zawsze bardziej podobała mi się 156 od 159, następczyni wygląda zbyt ciężko.
    Co do postrzegania Alfy w Polsce, niestety większość ludzi podzieliła się na dwa obozy:
    1. „Afla Rumuno to gunwo i włoska tandeta, przeszła śpiewająco testy zderzeniowe bo nie dojechała do przeszkody, hyhyhy.”
    2. „Alfa to auto dla prawdziwych petrolheadów, którzy wiedzą, że jazda włoskim autem to niezapomniane przeżycie, styl, wino, kobiety, śpiew, i w ogóle dolce vita.”

    I gdzieś pomiędzy nimi stoję ja – człowiek, który lubi niemal każdą markę samochodów i uważa, że wszystkie miały swoje lepsze i gorsze modele. Kraj pochodzenia auta nie ma dla mnie znaczenia, po prostu coś mi się podoba lub nie, nie trzeba do tego dokładać na siłę jakiejś ideologii.

    P.S.: Audi 80 b4 avant też ma mniejszy bagażnik niż sedan – a podobno ci Niemcy tacy mądrzy i praktyczni 😉

    • SzK napisał(a):

      Mój człowiek jesteś!! I nie tylko dlatego, że ja też uważam sam siebie za nudnego.

      PS. Z tym B4 Avant to nie wiedziałem.

      • Kamil napisał(a):

        E36 Touring – 65 l mniej 😀 ale przynajmniej siedzenia się składają.
        Ja też nie jestem fanatykiem żadnej marki, po prostu chce poznać auta, które mi się podobają, zmieszczę się do nich i takie tam.

    • Lysy1303 napisał(a):

      I bmw i e36 i e39 i czy inne niewiem, ale różnice w stosunku do sedana są większe niż w alfie.

  5. Grzegorz napisał(a):

    Według mnie 156 jest ostatnim samochodem, którego uroda została poprawiona przez facelift. Dziś 156 pre-fl wyglądają przeważnie słabo (na standardowych felgach/stali, w grafitach lub srebrach) – jest to w miarę jednoznaczny dowód, iż obłości starzeją się gorzej od kantów.
    V6 busso potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć spalaniem, ale trzeba wiedzieć który wybrać.
    Pozdrowienia od zadowolonego posiadacza 164 3.0 V6 12V.

  6. Fiatowiec napisał(a):

    Alfa Romeo…
    Tych samochodów chyba nie da się nie kochać(tylko najpierw trzeba się przejechać).

  7. benny_pl napisał(a):

    chyba nikogo nie zdziwo to, ze powiem, ze mi tam sie ten samochod nie podoba , zreszta wogole jakos duzo bardziej powazam Lancie od Alfy, no ale co kto lubi, dobrze ze jest ta roznorodnosc, bo gdyby jej nie bylo, to z moim szczesciem nie bylo by zadnych kanciastych samochodow tylko same „okragle” 😉
    a z tym seatem to teraz faktycznie zauwazylem, ze przod seaciany (wkomponowanie lamp) jest podobny jak w tej Alfie.
    mi tam sie deska w DFie MR bardzo podoba, nie wiem czego tu sie czepiac, pomylonezy tez mialy bardzo ladne deski rozdzielcze

  8. wojluk napisał(a):

    Ładny samochód, ale osobiście wolałbym zadbaną poprzedniczkę, Alfe 155 z Twin Sparkiem 8V. Kanty mi bardziej przypadają do gustu.

  9. ndv napisał(a):

    O gustach się niby nie dyskutuje, osobiście uważam że 156 straciła na liftingu (no, niektórym ludziom liftingi też nie wychodzą na dobre;), ale ta deska rozdzielcza dalej mi się szalenie podoba.

    Co do różnic w zwrotności – podejrzewam, że w zależności od wersji silnikowej stosowano napewno różne koła i pewnie też różne elementy zawieszenia – co nie jest jakieś niezwykłe (np. w Peugeotach 407 i 508 w zależności od wersji mamy z przodu albo kolumny albo wahacze poprzeczne, w BMW też stosowano różne wahacze/kolumny a to co się działo w Renault 21 to w ogóle jakaś inna rzeczywistość:). V6 od R4 raczej dłuższa nie jest a pomysł aby stosować różne wnęki kół/podłużnice wydaje mi się szalony (te elementy na ogół tworzą strefę kontrolowanego zgniotu co powoduje, że proces konstruowania może być długi i kosztowny – do tego są dosyć spore, więc oprzyrządowanie też będzie drogie).

    Z zawieszeniem 156 też ciekawa rzecz, jest na odwrót niż w większości przypadków – z przodu podwójne wahacze, z tyłu kolumny.
    Najbardziej zaawansowane zawieszenie w latach 90 miały chyba Hondy (z układem wahaczy z każdej strony), dzisiaj po walkowerze Hondy nie wiem na kogo stawiać (chociaż chyba żaden dzisiejszy kompakt nie oferuje tego co Civic w latach 90)

    • SzK napisał(a):

      Z tym celowym ograniczaniem kąta skrętu to informacja dotycząca Civika Type-R.

  10. hurgot sztancy napisał(a):

    No dobra, jako pierwszy wyrażę opinię odmienną (uwaga, to nie trolling) – mi się 156 nigdy nie podobała! Uważam ją za „przeprojektowaną” (idiotyczne tłumaczenie „overdesigned” zasłyszane od kwiatu polskiego dziennikarstwa), przekombinowaną i nie do końca zgrabną. Tyłek ma za krótki, lampy tylne zbyt wąskie i nie wiem dlaczego linia bocznego załamania znika na wysokości drzwi i znowu się pojawia z tyłu. Dziś się bardzo postarzała. Natomiast 159 jest po prostu genialna i nie przeszkadza mi zupełnie jej długi zwis przedni.
    No ale o gustach się nie dyskutuje – tak tylko chciałem dać znać, że są ludzie niezachwyceni designem 156.

    Co do prowadzenia, silników, trwałości itd.- model jest już tak długo na rynku, że wszystko o nim wiadomo. Dla niezorientowanych może warto dodać, że 156 2.4JTD było pierwszym autem osobowym z common railem, a to niewątpliwie przełomowa technologia (czy technika?).

    • hurgot sztancy napisał(a):

      sam sobie odpowiem, bo się zorientowałem, że @benny_pl ma podobne wrażenia co ja…

    • SzK napisał(a):

      To bardzo dobrze, że ludzie mają różne gusta, inaczej świat byłby nudny. dla mnie 156 jest spokojniejsza i bardziej wyważona niż 159, ale o tym się nie da dyskutować, każdy lubi coś innego.

    • Mavi napisał(a):

      Nie jesteś sam – jestem pod bardzo wielkim wrażeniem wyglądu zewnętrznego 159.

      Technika – technologia zajmuje się wytwarzaniem (http://sjp.pwn.pl/slowniki/technologia.html)

  11. Carman napisał(a):

    Miło czytać miłe słowa na temat własnego samochodu 🙂 . Jeszcze raz dziękuję Szczepanowi za spotkanie. Nie żałuję aż tak bardzo, że z przejażdżki GTA nic nie wyszło. Jak już wtedy wspominałem kiedyś na pewno znajdę Busso dla siebie i sobie nadrobię.

    Widzę też, że w komentarzach rozgorzała dyskusja na temat liftingu 156. Jak kupowałem swoją też miałem z tym problem, bo obie wersje bardzo mi się podobają. Trzeba jednak zaznaczyć, że 156 miała 2 liftingi – w 2002 przeprojektowano wnętrze, a rok później nadwozie. Pierwsza z oglądanych przeze mnie Alf, która nadawała się do kupna to przedliftowy, czerwony Sportwagon na charakterystycznych alfowskich felgach „telefonach” (mniej więcej taka: http://www.italiancar.net/images/Alfa156Sportwagon_JTS_12_lg.jpg ). Bardzo mi się spodobała i pewnie bym ją kupił, ale wnętrze tych właśnie wczesnych egzemplarzy jakoś mnie do siebie nie przekonywało. Prawie wszystkie 156’ki, które oglądałem miały ponure czarne deski rozdzielcze z nienaturalnie wystającym radiem przez co dużo traciły w moich oczach, więc skupiłem się na egzemplarzach przynajmniej po pierwszym liftingu.

    Kupowanie w Polsce używanej Alfy w zasadzie nie różni się od kupowania Opla czy Renault. Podaż całkiem spora, ale 70-80% wystawionych na sprzedaż pojazdów ma za sobą burzliwą przeszłość, nierzadko bardzo nieudolnie zamaskowaną. Miałem dużo szczęścia, że egzemplarz, który w zasadzie kupił mnie już przy pierwszym spojrzeniu (konkretnie kupiły mnie fotele i felgi 🙂 ) okazał się być w bardzo dobrym stanie… no może z jednym wyjątkiem.

    Parę dni temu Szczepan poprosił mnie mailowo czy nie mógłbym wypisać kilku rzeczy, które musiałem wymienić w mojej Alfie. Wszak tematu awaryjności przy Alfie nie da się pominąć 😉 . Niestety problemy z moją pocztą elektroniczną i ogólny brak czasu pod koniec tygodnia sprawiły, że nie zdążyłem odpisać, więc pozwolę sobie nadrobić to w komentarzach.

    W mojej 156 w jakiś sposób naruszony był układ chłodzący. Po paru dniach eksploatacji zaczęło ubywać płynu i mimo doraźnych dolewek silnik potrafił się zagrzać nieco ponad normę. Oczywiście mechanika już miałem umówionego i nie doprowadziłem do pełnego przegrzania, ale te parę przejazdów wystarczyło, aby uszkodzić uszczelkę pod głowicą. I to jest moim zdaniem istota Alfy Romeo. Na każdy zalążek problemu trzeba reagować od razu, bo potem się mści. Od tamtego incydentu na szczęście nic wielkiego się nie zdarzyło. Wymieniłem tylko amortyzatory i mocowania stabilizatora. No i rzecz jasna filtry i olej, który jak to już zostało wspomniane niestety trzeba też co jakiś czas uzupełnić, a nie tylko wymieniać.

    Kończąc już ten przydługi komentarz powiem tylko, że ja nie wyobrażam sobie momentu sprzedaży mojej „Centocinquantasei” . To pierwszy, ale pewnie nie ostatni pojazd, który mnie do siebie tak mocno przywiązał. Tak jak wspomniałem planuję kiedyś zakup Busso, albo ładnego, klasycznego Spidera (a może obu), ale tylko jako drugie/trzecie auto. Z całą jednak pewnością Alfa Romeo nie jest autem dla każdego i nie zamierzam nikomu udowadniać jej wyższości nad innymi markami. Zachęcam jednak, żeby się do nich nie uprzedzać i przyjrzeć się im nieco bliżej.

    PS: Już naprawdę na koniec oddam głos komu innemu, kto ma większe doświadczenie w temacie motoryzacji, a moim zdaniem idealnie podsumowuje temat: https://www.youtube.com/watch?v=25oiw2l-wkE .

  12. Klakier napisał(a):

    Bo z Alfą to jak z kobietą,trzeba ją kochać pieścić nie zważać na koszty i fochy to może się odwdzięczy dobrocią…
    A co do wersji i gustów ,podstawowe wersje (pierwsze) wyglądały ubogo , poliftowe mniej zadziornie – ugrzecznione ,podobnie jak 166, ale czarny kolor połączony z jasną skórą (najlepiej bananową)do tego ładna felga (przede wszystkim czysta)no i najbardziej „rajcujący” mnie osobiście detal wnętrza to czarne cyferblaty z rubinowym podświetleniem (to wcale nie był standard)te trzy obroty kierownicą od oporu do oporu i do tego jeszcze sportwagon… chyba zdradziłbym nawet passata…

    PS: (przepraszam za tego passata)Pozdrawiam!

    • Nowy_nick_bo_zapomniałem_starego_:) napisał(a):

      Trzy obroty? U mnie w przedliftotwym dieslu SW mam dwa…co jest trochę upierdliwe podczas parkowania, ale tylko trochę.
      Moją Alfinkę pieszczotliwie nazywam zdzirą, bo zdzira ze mnie pieniądze :). Ale zamierzam nią jeździć póki się nie złamie w pół. Wczoraj oglądałem ją na podnośniku wśród innych aut w sporym warsztacie (była na wymianie rozrusznika), i kurde, pierwsza myśl po wejściu tam – ,,Cholera, jakie to nadal ładne auto” :).
      Bardzo lubie moją Alfinkę; na ulicach jeszcze trochę ich jeździ, ale już są w mniejszości w stosunku do 159, coraz więcej widać też Brer i GT, zapewne z powodu spadku cen tych modeli. Lata lecą, od premiery 156 minęło już 20 lat, coraz więcej egzemplarzy kończy na szrotach, taka kolej rzeczy. Moja będzie jeżdzić wiecznie 🙂 – bo miałem okazję kilkukrotnie przejechać się właśnie 159 i jakaś taka jest zbyt komfortowa dla mnie. Jedzie idealnie, silnika prawie nie słychać, cicho w środku, jak w limuzynie. Ale czułem się oderwany. Śliczne auto, ale jakoś tak izoluje od świata.

      U mnie w 156 czasem skrzypią gumy zawieszenia, czasem na dzurach postukają wahacze, silnik nie przepada, gdy włączę klimę więc ruszając spod świateł muszę dać więcej gazu, więc jest głośniej, czasem stęknie gdy włączają się wiatraki w upał, fotel kierowcy już wysiedziany, ostatnio odkryłem rdzę w zagłębieniu koła zapasowego, ale to auto jest jakies takie ,,żywe” fajniej się czuje drogę.

  13. czarli napisał(a):

    156 nie jest brzydka, nawet kiedyś mocno chorowałem na ten model. Ale coś mi w niej nie gra do końca. Przedlifty kiepsko przetrwały próbę czasu i teraz wyglądają słabo. Polifty mniej fantazyjny przód mają i ogólnie sprawiają wrażenie jakby ktoś 156 stylizował na 159 na chińskich zamiennikach.
    Ale to nie jest najgorsze. Najgorsi to są ci hardkorowi alfiści. Ci co to zawsze i wszędzie podkreślają wyższość AR nad pozostałymi markami, które to symbolizuje Volkswagen (nie wiem o co chodzi, ale zawsze jako negatywny przykład jest podawany Golf albo Passat). Podkreślają ponadczasowe piękno i sportowe osiągi i prowadzenie a sami jeżdżą jakimś kombi (znaczy się sportwagon) z napędem na przód i stuparokonnym dizelkiem, ewentualnie 1.6l + LPG. A jako przykład sportowego prowadzenia i osiągów jest opis tego jak na zakręcie na DK na podwójnej ciągłej udało im się wyprzedzić jakiegoś Golfa czy innego Passata i później rozpędzić do 160 kmh, tak że fałwej nie mógł dogonić. Oczywiście w opisie Alfy Romeo musi być co 3 słowo wrzucone włoskie słówko, porównanie do kobiety i powołanie się na Claksona. Żeby nie było – to autentyczny przypadek alfisty.
    To ja już wolę być uważany za dresa z BMW, ale przynajmniej mam napęd na tył, 6 cylindrów, ponad 200KM pod maską i osiągi na poziomie GTA 🙂

    • SzK napisał(a):

      Nawiedzeni fanboje zdarzają się w każdej marce, Alfa nie jest tu żadnym wyjątkiem.

    • benny_pl napisał(a):

      udalo sie osiagnac 160?
      moj kolega jadac ze mna i innym kolega jechal wiekszosc ekspresowki 160 swoim seicento 900, a sam mowi ze prawie do 180 sie rozpedzil ale mu ktos wyjechal i musial hamowac wiec sie 180 nie udalo osiagnac ;p
      dla mnie to glupota tyle wogole sie rozpedzac, ale tylko pisze ze 900tka to tez potrafi 😉

      • Padalec napisał(a):

        Zdarzyło mi się pogonić sc 1.1 do nieco ponad 150km/h i czułem że przesadzam. Szybciej już nie potrafił, osiągnąłem granica możliwości zawieszenia i silnika. Prędkościomierz twojego kolegi kłamie.
        Żeby nie było, Seicento też ma w sobie coś z włoskiej finezji i zacięcia sportowego (to, którym jeździłem było czerwone). Ba, nawet Passata i Golfa wyprzedziłem! Gaz do dechy i Che sará, sará 😉

      • SzK napisał(a):

        Podobno czerwone sa najszybsze 😉

      • benny_pl napisał(a):

        na pewno troche klamie, podaje licznikowe, ale i tak to jest wyczyn, oczywiscie ze ma takie zaciecie, wszak CC/SC ma niezalezne zawieszenie wszystkich kol bardzo dobrze zrobione, dzieki czemu sie pieknie prowadzi, a do tego wersje 1.1 maja jeszcze stabilizator
        osobiscie uwazam ze CC to jeden z najlepiej prowadzacych sie samochodow

  14. mql napisał(a):

    Przy Alfie 156 wypadałoby wspomnieć Zbigniewa Maurera. Nie wiem, jaki miał udział w projekcie, ale wtedy był już w Alfie zadomowiony, a wśród jego dawnych kolegów na Politechnice Śląskiej (z którym miał stały i dobry kontakt) mówiło się, że dość spory.
    Z kolei w dawnych gazetach wspomina się, że da Silva dłubał również (oprócz tablicy 125p, o czym nie wiedziałem) przy Polonezie. Wprawdzie w tym przypadku wisi przede wszystkim balast „urody” Fiata ESV 2000, ale wyszło średnio i dopiero MR’87 (autorstwa chyba Watsona) był w miarę wyględny i nie kojarzył się z „optyczną lekkością” Warszawy M20.
    Skoro Alfa bez da Silvy nie podupadła, a z kolei Seat nie wystrzelił, więc może facet jest nieco przeceniany?

    • SzK napisał(a):

      Fakt, o Maurerze nie wspomniałem.

      De Silva zasłynął głównie projektami dla Alfy-Romeo. Z Seata nie zrobił bóstwa, bo jego hiszpańskie dzieła były trochę wtórne: patrząc na nie mam czasem wrażenie, że facet starał się narysować po raz drugi to samo, ale trochę inaczej – to nigdy nie wychodzi tak dobrze, jak realizacja całkiem nowej wizji. Poza tym powtórzę to, co napisałem w artykule: nie da się stworzyć silnej tożsamości z niczego. Seat nie miał żadnych własnych tradycji, żadnych cnót i oryginalnych cech, z którymi byłby łączony. Owszem, istnieją marki-legendy, które wyrosły na jednym, charyzmatycznym produkcie, ale po pierwsze, to zdarzało się na innym etapie historii, a po drugie i przede wszystkim – u Seata nigdy nie pojawił się żaden charyzmatyczny produkt. Nawet od de Silvy.

      • benny_pl napisał(a):

        nie no, Marbella jest calkiem fajna, a jeszcze fajniejsza Terra 🙂 chcial bym taka 🙂

      • Fabrykant napisał(a):

        @ Szczepan: Jak to? A Bocanegra Sport Coupe? Całkiem fajny był i z charakterem (Benny’emu pewnie by się podobał, bo kanciasty ). To jest w ogóle niezły temat na osobny wpis:
        https://en.wikipedia.org/wiki/SEAT_1200_Sport

      • SzK napisał(a):

        No tak, już po napisaniu artykułu skonstatowałem, że pewnie ktoś czepi się Bocanegry 🙂 Zastanawiałem się tylko kto – Yossarian, hurgot sztancy, czy może ktoś inny. Punkt dla Ciebie 🙂

        To fakt, był taki model, ale poza Hiszpanią słyszeli o nim tylko najwięksi auto-maniacy. Do budowania tożsamości marki potrzebne jest coś bardziej charyzmatycznego.

      • benny_pl napisał(a):

        no no, moze byc, tylko chyba to nie checzbek 😉 ale jestem maruda 😉

  15. Michał napisał(a):

    Dobry wieczór,

    ” W 2003r. … Saab 9-3 w wersji bez sprężarki – zaledwie 130″

    Tylko że wolnossak w Saabie 9-3 to była wersja podstawowa – miała być w cenniku i miało to jeździć, nic więcej.

    9-5 kombi też miało mniejszy bagażnik niż sedan.

    • SzK napisał(a):

      Mercedes i Honda też były najsłabszymi wersjami w cenniku, ale jakie to ma znaczenie? Chodziło mi tylko o porównanie kilku dwulitrówek segmentu D.

      • benny_pl napisał(a):

        a to cos zlego taka najslabsza wersja?? czepiacie sie, ja tam jak bym kupowal nowy samochod to tylko do ocynku bym doplacil gdyby bylo trzeba/wogole by sie dalo bo cala reszta ma zawsze jakies chore pieniadze, a za pare lat wszystko z tych dodatkow na zlomie za grosze mozna sobie dokupic

  16. Daozi napisał(a):

    Jak byłem młodszy i 156 wchodziła na rynek to rzeczywiście robiła wrażenie – bardzo mi się podobała. Ale dzisiaj… to auto zestarzało się niesamowicie i obecnie robi na mnie takie samo wrażenie jak, nie przymierzając, Daewoo Nubira albo Lanos.
    Natomiast co do „sportowości” pojazdu; ciężko powiedzieć co można uznać za sportowy charakter. Nie uznałbym za takie auto Alfy 156 czy nawet GT (bo to troche takie 156 coupe), co nie zmienia faktu, że ten model był kiedyś taki jaki powinien być. I tyle. Taka motoryzacyjna bułka z masłem i szynką; niebieskie jeansy i t-shirt, herbata z cukrem, skarpetki i krawat pod choinką 😉

    • SzK napisał(a):

      Jeździ naprawdę hipnotyzujaco. Prowadzenie, dźwięk, no i wrażenia wizualne – to działa trochę jak narkotyk i nie ma nic wspólnego z Daewoo. Oczywiście, że jakość montażu nie jest japońska, ale wszystkiego na raz nie mozna mieć, zwłaszcza za cenę 13-letniej Alfy.

      • Daozi napisał(a):

        Ale za to 159, która też już nie jest młodym autem, jest bardzo ładna i moim zdaniem mniej się zestarzeje. Od jednego użytkownika dowiedziałem się, że trzeba bardzo dbać i dobrze serwisować i wszystko działa idealnie. Więc może 159 byłaby czymś w sam raz? Nie wiem wprawdzie jak wypadłoby porównanie pod kątem prowadzenia (i dźwięku ;)).

      • SzK napisał(a):

        Ja też nie wiem, nie jeździłem 159. Mnie 156 podoba się bardziej, ale to już kwestia gustu – po prostu lubię lata 90-te z ich łagodnością (na tle czasów późniejszych).

  17. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    I znów zazdroszczę przejażdżki – choćby dlatego, że… nigdy nie miałem okazji prowadzić jakiejkolwiek Alfy. Serio.

    Sam egzemplarz – widać, że zadbany i dopieszczony. To cieszy. Szkoda tylko, że srebrny – na szczęście cała reszta prezentuje się zacnie.

    A co do kombi z mniejszym bagażnikiem niż sedan – warto pamiętać, że pojemność jest zazwyczaj liczona do rolety lub dolnej linii szyby. Sedany często mają bardziej „zadarty kuper”, co wpływa na zwiększoną nominalną pojemność. Bagażnik w kombi za to da się załadować po dach, do tego dochodzi absolutnie nieporównywalna z sedanem elastyczność kształtowania przestrzeni. Acz w przypadku 80 B4 bagażnik rzeczywiście jest słabszy, a to ze względu na całkowite zabudowanie boków, które drastycznie ogranicza szerokość – a to ona jest dla mnie kluczowa.

  18. kierowca bombowca napisał(a):

    Piękny samochód. Zresztą kiedyś zamierzam sobie AR kupić – na razie musi wystarczyć mi Fiat 🙂

    A co do stylistyki Alfy i Seata – kiedyś widziałem stojące obok siebie AR Brerę i Seata Leona – tylna część nadwozia „jakby podobna”:
    http://www.my-lhd.co.uk/images/voitures/3740b-car-alfa%20romeo-brera-2.jpg

    https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4b/Seat_Leon_1.4_TSI_Start%26Stop_FR_(III)_%E2%80%93_Heckansicht,_7._September_2013,_M%C3%BCnster.jpg

    • SzK napisał(a):

      Ale Brerę to akurat Giugiaro rysował.

      • FuKemal napisał(a):

        Drodzy Państwo! A czyż nie jest tak ze efekt „łał” mija po roku, półtora..A tym szybciej im bardziej zgodnie z przeznaczeniem użytkuje sie pojazd- czyli jeździ na codzień. Mówię to jako ten który miał przeróżne auta, od amerykanów ,przez WRX STI, wyscigówki na tor po zabytki..I wyłania sie z tego obraz taki że na raz da sie jechac jednym autem, to którym sie akurat nie jeździ popada w zapomnienie a cechy które teoretycznie cieszą z czasem zaczynają wkurzać.

      • SzK napisał(a):

        Ja powiem odwrotnie: cechy, które kiedyś wkurzały (kiedy użytkowało się auto na co dzień i wymagało od niego praktyczności) z czasem staja się „smaczkiem” i „klimatem”. Klasykowi wybacza się wszystko i nawet na swój sposób „delektuje się” jego wadami.

  19. FuKemal napisał(a):

    samochody to z załozenia kwintesencja praktyczności- na miarę czasów i okolicznosci swojego powstania. Mam wrazenie ze gdy te okoliczności ulegaja zmianie ich praktyczność staje sie problematyczna ..A „smaczki”? znam je nazbyt dobrze gdy niemal każdy z posiadnych około siedemnastu przeróżnych samochodów naprawiałem a niekiedy wręcz budowałem od podstaw własnoręcznie:)

    • SzK napisał(a):

      Nie każdy samochód ma być praktyczny – weź sobie np. Lamborghini Countach 🙂

      „Smaczki” to w tym konkretnym kontekście niegdysiejsze wady. Np. minutowe rozgrzewanie świec w starych dieslach – gdybym kupował kiedykolwiek klasyczne W115, to na pewno nie chciałbym przeróbki na nowsze, szybsze świece (to była swego czasu popularna modyfikacja i nie ma się co dziwić, ale w klasyku lepiej mieć właśnie taki „smaczek” oryginalności). Podobnie z ogrzewaniem w Garbusach, które jest słabe i śmierdzi goracym olejem – dla wielu Niemców to jest „zapach dzieciństwa”, kojarzy się dobrze, mimo że obiektywnie jest okropny i niezdrowy. Dlatego czasami specjalnie wyjeżdżaja tymi autami w chłodne dni, żeby przypomnieć sobie, jak to kiedyś było. Z bliższych nam przykładów – wszelkie wady Maluchów, z mikroskopijnym bagażnikiem na czele, albo z odpalaniem z kija po zerwaniu linki rozrusznika. Ludzie maja sentyment do takich spraw, bo to była część ich młodości. O tym mówiłem w komentarzu.

      • ndv napisał(a):

        Tylko, że dzięki tym „smaczkom” takie samochody niekoniecznie nadają się do jazdy na co dzień co grozi im „skoneserowaniem” gdzieś w szopie/pod blokiem (wyjątkiem jest sytuacja, w której mamy zasoby gotówki umożliwiające utrzymanie całego parku samochodów;)

      • SzK napisał(a):

        No niestety, oltimerostwo to nie jest hobby dla każdego. Tu trzeba kochać stare żelazo, a nie wymagać od niego użytkowości na poziomie fabrycznie nowego minivana. To sa dewa różne produkty zaspokajajace zupełnie różne potrzeby.

  20. FuKemal napisał(a):

    Wszystko to racja,przedstawiłem mój punkt widzenia.. Ale gdy np musiałem właśnie odpalać malucha kijem bo zgasł na skrzyżowaniu albo starą warszawę na korbę przy -17 stopniach, walczyć z ciągle parującą szybą w Escorcie Mk1 ( To samo w Capri MkII)to nie są to smaczki do których chce się wracać..;)

    • SzK napisał(a):

      Jasne, niektórzy nie chca. Ja nie mówię, że im gorzej, tym lepiej, tylko tyle, że na pewne rzeczy z czasem zaczynamy patrzeć przez pryzmat nostalgii. Nie wkurza nas to tak bardzo, bo mamy w garażu drugi, wygodny samochód na co dzień, a klasyk to tylko zabawka, która ma nam przywracać wspomnienia.

  21. FuKemal napisał(a):

    Jasne..dla młodych ludzi nostagicznym bedzie wspomnienie wyjazdu nad morze fiatem 125p który pamiętają z perspektywy ośmioletniego pasażera tylnej kanapy..ale inaczej będzie to pamiętał kierowca tego bolidu który po drodze zgubił koncowy tłumik, przegrzał silnik i po awarii alternatora próbował odpalić to cudo na pych. Uważam ze tego typu nostalgia pryska w zderzeniu z rzeczywistoscią.

    • SzK napisał(a):

      Zgadzam się, że często tak bywa. Ale np. mój tata bardzo się śmieje wspominajac awarię sprzęgła w Wartburgu, kiedy wiazał w kabinie sznurek zastępujacy pedał, albo wszystkie swoje kombinacje majace na celu odpalenie w zimie starych diesli (opisane na blogu). Mnie też wcale nie podnosi ciśnienia wspomnienie przygód, które opisywałem w artykule o moim pierwszym samochodzie – wręcz przeciwnie, coś mnie ściska w sercu, chociaż w tamtym czasie momentami nie było mi do śmiechu. U wielu ludzi – najwidoczniej nie u wszystkich – nostalgia może też dotyczyć sytuacji problemowych, ale zakończonych mniej lub bardziej szczęśliwie (bo oczywiście nie chodzi o wypadki albo kradzież auta – takich spraw faktycznie nie da się dobrze wspominać).

      • Daozi napisał(a):

        Jak Wy już tak o tym Maluchu… Pamiętam, że ojciec miał kilka Małych Fiatów, ale jak byłem mały (no tak 8-12 lat) to już tylko jako drugi – awaryjny samochód (jeździł bardzo dużo i musiał mieć pod ręką coś sprawnego do jazdy). I cóż, to było tak toporne, ciasne, niewygodne i głośne auto, że nigdy nie będzie mi groziła nostalgia za Fiatem 126p. Ja rozumiem; to był „miś na miarę naszych możliwości”, takie były czasy, 50 filmów o tym nakręciłem, ale nostalgię za Maluchem naprawdę ledwo pojmuję.

      • SzK napisał(a):

        Niemcy maja nawet nostalgię za Isettą, przy której Maluch był przestronną, luksusową i bardzo dynamiczną limuzyną. Za ten i inne mikrosamochody w dobrym stanie płacą 20-120 tys. €.

      • Carman napisał(a):

        Sympatia do tego typu pojazdów często jest bardzo osobista. Ja na przykład raczej nie kupiłbym sobie teraz pierwszego z brzegu Malucha z ogłoszenia, ale gdybym znalazł ten konkretny egzemplarz, którego miał od nowości mój dziadek i którym dojeżdżałem na uczelnie przez większość czasu moich studiów to pewnie sporo bym przepłacił żeby jednak do mnie wrócił.

        Owszem jest toporny, ale dzięki temu wszelkie naprawy są proste i tanie (a są nieuniknione). Jest bardzo lekki, więc bez problemu dało się go samemu odpalić „na pych”, wyciągnąć z zaspy. Małe wymiary powodowały ciasnotę w środku, ale z kolei było też go łatwo zaparkować, manewrować w wąskich miejscach. Zresztą w czasie studiów nie mieliśmy problemu zmieścić się w nim w 3-4 osoby i przejechać parę kilometrów do innego budynku, w którym mieliśmy mieć zajęcia, albo wyskoczyć szybko na obiad w czasie „okienka” . Myślę, że właśnie w takich chwilach buduje się ta nostalgia .

      • SzK napisał(a):

        Nostalgia zawsze dotyczy naszej młodości. Nie ma znaczenia, jak siermiężnie było, ważne, ile energii mieliśmy i ile życia przed sobą.

      • benny_pl napisał(a):

        wszystkim, czym kiedys dalo sie jezdzic na codzien, mozna nadal jezdzic na codzien 🙂 kwestia zaciecia, trafienia na zadbany egzemplarz i ew drobnych zmian unowoczesniajacych z nowszych modeli.
        mi na przyklad znakomicie jezdzilo sie na codzien Trabantem 601, gdyby nie to, ze po miescie pali on min. 9l mieszanki to jezdzil bym caly czas 🙂

      • SzK napisał(a):

        Spróbuj Forda T. Wtedy pogadamy 😉

      • Daozi napisał(a):

        Z tą nostalgią za Isettą czy Trabantem to już podchodzi pod Syndrom Sztokholmski.

      • benny_pl napisał(a):

        bardzo chetnie bym sprobowal 🙂
        jak bym mial na codzien jezdzic to bym tylko hamulce przerobil na hydrauliczne i gaz zalozyl 😉 korba Zuka odpalalem i nie bylo to nic strasznego 🙂

      • SzK napisał(a):

        Przekładnię byś spalił natychmiast po stanięciu w korku. I silnik byś zagotował, bo wtedy w ogóle nie przewidywano stania z właczonym silnikiem. Musiałbyś pół auta przerobić i wtedy to już nie byłby żaden Ford T.

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        Ja tam mam sentyment do Trabanta. A i przejażdżka takowym w charakterze kierownika przekonała mnie, że to strasznie fajny pomysł na klasyka. Oczywiście, nie używałbym go na co dzień – do „standardowych” zadań mam wszak Volvo, które zresztą ma 24 lata, więc za rok też będzie de facto klasykiem 😉

      • SzK napisał(a):

        Trabantem niestety nigdy nie jechałem, ale porównywalny z nim Fiat 500 jest jednym z moich ulubionych modeli ever. Oczywiście też jako klasyk, nie do jazdy na co dzień.