PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: NOWOCZESNOŚĆ OSWOJONA

Przez jakieś 110 pierwszych lat historii automobilizmu jego entuzjaści kochali nowoczesność. Każda kolejna generacja ulubionego pojazdu oznaczała większą praktyczność, wyższy komfort, lepsze osiągi, niższe spalanie, od pewnego momentu również wyraźnie wyższy poziom bezpieczeństwa, zaś zawsze – po prostu zawsze!! – ładniejszy wygląd i mniej problematyczną eksploatację. To tymi cechami nowe modele aut wzbudzały ślinotok u niemal wszystkich – nie tylko samochodziarzy z krwi i kości, ale też i przeciętnych spalaczy benzyny, którzy potrzebowali czterech kół z silnikiem jedynie w tym celu, w jakim wymyślił je był Karl Benz: by dojechać z miejsca A w miejsce B (w przeciwieństwie do motomaniaków, którzy, jak wiadomo, jeżdżą najczęściej z miejsca A w miejsce A).

W pewnym momencie – trudno go dokładnie wyznaczyć, ale nadszedł on gdzieś na przełomie tysiącleci – wszystko się zmieniło. Nagle okazało się, że nowszy pojazd psuje się może nie tyle częściej, co poważniej i przede wszystkim kosztowniej niż stary, a dane techniczne, choć piękne na papierze, mają wątpliwe przełożenie na praktykę. Co więcej, wygląd nowych aut, nawet tych droższych, zupełnie stracił swe właściwości psychoaktywne.

Tyle powszechne mniemanie. CZY JEDNAK NA PEWNO MUSI TAK BYĆ…?

Rozpoczynając cykl „PRZEJAŻDŻEK PO GODZINACH” nadmieniałem, że nie będą to typowe testy aut, a jedynie opisy osobistych wrażeń z tytułowych przejażdżek wzbogacone o refleksje historyczne. Niezamierzałem wykorzystywać w nich nowych samochodów, ale… po pierwsze, blog ma w podtytule wielowymiarowość, nie chcę więc, by cokolwiek co automobilowe, było tu obce. Po drugie zaś, jakiś czas temu król polskich moto-blogerów, imć Z. Łomnik, stwierdził, że prezentacje nowych aut na blogach nie mają sensu, bo są subiektywne (ergo – bezwartościowe), stanowią kryptoreklamę i są pisane jedynie dla przyjemności własnej autora, bez przynoszenia pożytku Czytelnikom, którzy rekrutują się rzekomo spośród ludzi akurat rozważających zakup samochodu. I stąd pytanie do Was, drodzy Czytelnicy: bardzo proszę o komentarz, czy poniższy tekst ma jakiś sens, czy też jedynie marnuje Wasz cenny czas.

Bohaterką dzisiejszego artykułu będzie aktualna Honda Civic. Pięciodrzwiowa, z benzynowym silnikiem 1,8 (wolnossącym!!), manualną skrzynią, pakietem wyposażeniowym Sport i lakierem Polished Metal Metallic (tak, to nie błąd – Metal Metallic!!).

Z Hondą mam bliski i nieustanny kontakt od dokładnie dwudziestu lat – dane mi było jeździć większością jej modeli dostępnych w tym czasie w Polsce. Do marki czułem zawsze ogromny respekt z uwagi na dopracowanie mechaniczne i jakość wykonania przekładające się na niespotykaną niezawodność i trwałość. To z kolei sprawia, że marka praktycznie nie ma niezadowolonych klientów i w tym przypadku wcale nie wynika to z ideologicznego zaślepienia. Z drugiej jednak strony, sam nigdy się na Hondę nie zdecydowałem. Rzeczone auta wydawały mi się dokładną antytezą moich ideałów (gdy próbuję sobie je wizualizować, zawsze wychodzi mi coś w rodzaju Mercedesa CLK). Przesiadka z własnego auta każdorazowo był to jakiś przechodzony sedan lub coupé z gwiazdą na masce do jakiejkolwiek Hondy zawsze oznaczała dla mnie zmniejszone gabaryty, plastikowe wnętrze, nieduży, wysokoobrotowy silnik, przedni napęd, sztywne zawieszenie, itp. Czyli wszystko, czego nie lubiłem…

Tak było lat temu naście – w zasadzie przed wspomnianą na wstępie rewolucją w motoryzacji. Używanym Mercedesom, jak na razie, pozostaję wierny, bo choć to i owo się w nich zmieniło, to zachowały one cechy, które mnie pociągają. A jak zmieniła się Honda? Czy nadal będzie mnie drażnić kontrastami w stosunku do mojego auta? I jakie piętno odcisnęła na niej niesławna rewolucja przełomu stuleci…?

Pierwsze wrażenie jest zazwyczaj wizualne. Aktualny Civic jest rozwinięciem poprzedniej, niezwykle śmiałej stylizacyjnie generacji nazywanej „UFO”. By znaleźć drugi, równie odjechany kompakt, trzeba trochę poszukać. Stara Mazda 323F może? Pierwszy Citroën C4? Nawet one nie szokowały chyba tak mocno. W tym segmencie niełatwo o coś porównywalnego do Civica z 2005r.

No właśnie, z 2005r. Mówimy tu o poprzednim modelu, tymczasem pisać mam o aktualnym. A on wygląda tak, jakby styliści nie bardzo mieli pomysł na unowocześnienie poprzednika i porobili coś na siłę, byle cokolwiek zmienić, bo przecież na zmianę już czas. Ja chyba nie mógłbym być strategiem u producenta samochodów, bo uważam, że czas na zmianę jest wtedy, gdy ma się pomysł na coś wyraźnie lepszego, a nie kiedy tak mówi kalendarz.

Niezależnie od subiektywnych wrażeń okazuje się, że ani jeden panel nadwozia nie pochodzi ze starego modelu, a współczynnik oporu aerodynamicznego spadł do zaledwie 0,27. To najmniej w klasie. A co do estetyki, to gustach się nie dyskutuje, ale nikt chyba nie powie, że Civic jest po dzisiejszemu nijaki.

1

3

4

Mógłbym tutaj napisać, że bagażnik na 477 litrów pojemności, a standardowe złożenie kanapy powiększa go do 1210, mierzonych do linii okien (mierzenie bagażnika do linii okien wyjaśnia, dlaczego w dzisiejszych autach jest tak wysoka linia okien). Jednak same liczby mogą być złudne, dlatego zdecydowałem się, ku osłupieniu małżonki, zabrać z domu dwie walizki. Oczywiście puste. Zazwyczaj na dwutygodniowy urlop dajemy radę zapakować się tylko do tej większej (plus dwa małe plecaczki), ale jesteśmy w tym chyba nietypowi, więc do testu wziąłem dwie od kompletu. Ich wymiary to 75x45x30 i 60x40x25. Tak wyglądają obok samochodu:

20150103_134914

A tak w bagażniku:

20150103_134823

To chyba jest bardziej obrazowe niż liczba 477, prawda?

Ponadto w podłodze bagażnika – tam, gdzie za tzw. moich czasów mieściło się koło zapasowe – mamy schowek o pojemności 70 litrów i wymiarach 85x57x18 cm. Położona tam większa walizka wystaje nad resztę podłogi jedynie o kilka centymetrów!!

Bagażnik bagażnikiem, ale poza nim Honda wymyśliła i opatentowała coś, o czym, przyznam się, dotąd nie słyszałem: Magiczne Siedzenia. Tak je nazwali – Magic Seats. Chodzi o to, że zbiornik paliwa włożyli pod PRZEDNIE fotele i dzięki temu oprócz standardowego złożenia kanapy możemy też podnieść jej siedziska i zrobić tak:

20150103_135013

20150103_135026

20150103_135155

Wolny kawałek podłogi po złożeniu Magic Seats ma wymiar około 50×40 cm po każdej ze stron. Czy to dużo daje? Ciężko powiedzieć, ja nie bardzo wyobrażam sobie sytuacje, żeby było to w czymkolwiek lepsze od zwykłego złożenia oparć. No ale my, samochodziarze, lubimy takie smaczki, nieprawdaż? Te wszystkie wankle, hydropneumatyki, Twin Sparki, stacyjki między siedzeniami, ręczne hamulce pod nogą itp. To esencja naszej Pasji. No to tutaj mamy Magiczne Siedzenia.

Magiczne Siedzenia mają dwie wady. Po pierwsze, bak z przodu wydatnie zmniejsza zakres pionowej regulacji foteli. Przy mojej posturze (174cm, 64kg) kłopotu nie ma, ale znam paru nieco większych gości i to ich trzeba by spytać. Niestety, na przejażdżkę nie zabrałem ich z sobą, ale mieliby raczej nieszczególnie.

Po drugie zaś, gdy złożymy Magic Seats, widok do tyłu z poziomu oczu wygląda tak:

20150103_140108

Gdy jednak kanapę rozłożymy normalnie, widoczność jest znośna. Na wniosek użytkowników poprzedniej generacji tylna szyba została powiększona i poszerzona, przedzielający ją na pół i ograniczający widoczność spoiler – zwężony, a dolna część – wykonana ze szkła zamiast plexi. Dołożono też wycieraczkę i ogrzewanie szyby z tyłu, a także kamerę cofania już w średniej wersji wyposażenia.

20150103_141529

A mnie przy tej okazji przypomniał się stary dowcip o komunizmie – ustroju bohatersko walczącym z trudnościami, które przed jego nastaniem nie występowały…

Lusterka też zrobili większe. Odkąd pamiętam, zbyt małe lusterka zawsze były konikiem testerów chcących się czegoś czepić. Tutaj jednak byliby bez szans – lusterka są ogromne.

Jest jeszcze jedna powiększona rzecz: tylne otwory drzwiowe i kąt otwarcia drzwi. Zamontowanie fotelika (albo załadunek bagażu po złożeniu Magic Seats) to tutaj fraszka. To jest o wiele bardziej prorodzinne niż jakakolwiek polityka któregokolwiek rządu. Naprawdę można docenić.

9

Za to z samymi fotelami Civika mam problem – niezmienny od lat dwudziestu. Leży on jednak głównie mojej stronie, a nazywa się „zwężony kanał nerwowy”. Tak brzmi diagnoza mojego kręgosłupa, który boli mnie zawsze, gdy siedzę (a siedzę, jak wielu współczesnych ludzi, przez większość życia: w pracy przed komputerem, a potem w domu – przed komputerem). Rzecz jednak w tym, że na niektórych fotelach boli znacznie bardziej niż na innych i te z Civica należą niestety do tej gorszej kategorii. Ludziom z podobnym problemem mogę poradzić tylko jedno – wziąć pakiet Executive. Tam jest nadmuchiwany fotel ortopedyczny – mam podobny w Mercedesie i mogę na nim przejechać 1300 km w ciągu dnia, a potem nawet normalnie wstać. Powtarzam jednak – mój kręgosłup ma wrodzoną wadę, zdrowi ludzie narzekać nie powinni.

12

To jak – ruszamy?

Nie, jeszcze nie można. Najpierw trzeba wysłuchać wykładu sprzedawcy o wszystkich urządzeniach i guzikach w kabinie. Niektóre niełatwo znaleźć, ale mnie to cieszy, że są jeszcze auta z charakterem, bo niewiele ich zostało. W Hondzie mamy jedyny w swym rodzaju kokpit – w zasadzie powinienem go opisać w serii „PERSPEKTYWA INSIDERSKA”, bo zdecydowanie na to zasługuje, ale cóż, opiszę tutaj. Na górze mamy cyfrowy wyświetlacz szybkości i paru innych informacji, zaś poniżej – trzy osobne, okrągłe zegary analogowe z obrotomierzem pośrodku, temperaturą wody po lewej (ten wskaźnik powoli staje się luksusem) i stanem paliwa po prawej.

14

Na prawo od szybkościomierza zamontowano wyświetlacz komputera (w wersjach z nawigacją jest on dotykowy, ale nie rozumiem, po co kupować nawigację, jeśli appkę na telefon albo nawigację kieszonkową można mieć za kilka procent jej ceny). Na owym wyświetlaczu można ustawić sobie własną tapetę z pendrive’a. Honda oferowała ten bajer jako pierwsza w klasie – takimi rzeczami reklamuje się dziś samochody. Już nie wystarcza gniazdo USB, pełna obsługa odtwarzacza MP3 z poziomu przycisków na kierownicy i dokowanie telefonu przez Bluetooth – trzeba jeszcze móc uploadować własne tapety na deskę rozdzielczą. A ja pamiętam, jak hitem były tapety na monitorach pecetów…

Nad skalą wskaźnika paliwa mamy zieloną choinkę zapalaną przyciskiem z lewej. Tryb choinkowy, zwany „ECON”, służy do odbierania silnikowi prawie całej werwy. W zamyśle ma zmniejszać spalanie, ale tak naprawdę od gospodarki energetycznej w samochodzie jest prawa stopa kierowcy, a nie jakieś choinki. Im mniej ruszamy butem, zarówno w płaszczyźnie przód-tył, jak i prawo-lewo, tym lepiej. Trybu „ECON” użyłem tylko eksperymentalnie, przez minutę, i zaraz wyłączyłem. Zresztą sam sprzedawca mówił, że lepsze wyniki uzyskuje bez niego – no i logiczne, bo jak auto nie chce jechać, to je odruchowo ciśniemy, a to się kończy wiadomo jak. Konkrety? Siedem plus minus jeden litr, zależnie od okoliczności. „Mój” egzemplarz, salonowa testówka, miał na komputerze 8,3l/100km niekasowane od 1400 km, w warunkach pokazowych jazd z klientami na krótkich dystansach i demonstrowania możliwości. To chyba nie jest źle jak na benzynowe 1,8 (wolnossące!!) i taką eksploatację. W każdym razie lepiej niż u poprzednika: w tej sprawie producent ponoć też pytał użytkowników, czy wolą spalanie o litr mniejsze czy przyspieszenie do setki o sekundę krótsze i wybrali ekonomię.

Wracając do kokpitu: robi on zupełnie inne wrażenie niż Hondy kilkanaście lat temu. Przesiadając się do ówczesnego Civica z W124 chciało mi się po prostu śmiać, bo czułem się jak w chińskiej zabawce. Może trochę lepiej złożonej, nieskrzypiącej, itp., ale chińskiej. Dziś większej różnicy między obiema markami nie ma – poważnie!! Może poza brakiem imitacji drewna w Hondzie, ale czy to jest wielka wada, każdy niech zdecyduje sam. Materiały są miękkie (przynajmniej niektóre) i przyjemne, kierownica doskonale leży w ręku. I jeszcze jedno: wnętrze Civica zostało ostatnio uznane za najmniej toksyczne na rynku (LINK). Na takie rzeczy zazwyczaj nie zwraca się uwagi, a może czasem warto.

Kolejna rzecz, która nie podobała mi się w starszych Hondach, to łatwość gaśnięcia przy ruszaniu. Zaraz po zrobieniu prawa jazdy wydawało mi się, że to ja jestem patałach, ale po pierwsze, w innych autach się to nie zdarzało, a po drugie – nawet profesjonalni dziennikarze o tym pisali, np. w Motorze” (ku mojej uciesze – to znaczyło, że jednak nie tak źle ze mną). Amerykanie opowiadali taki dowcip: jaka jest różnica między Hondą a elektryczną golarką? Golarka ma wyższy moment obrotowy. Ale to już historia – motor jest przyjazny kierowcy i kręci się płynnie od samego dołu. Nawet gdy słucha się lampek polecających wrzucać wyższe biegi przy absurdalnie niskich prędkościach. Piątkę każą na przykład dawać przy 45. Zwariowały…? – myślę sobie. Ale wrzucam tę piątkę i jest OK. Silnik przyjmuje gaz i odjeżdża. To w sumie nic dziwnego, jeśli maksymalny moment obrotowy wynosi 174 Nm. Amerykanie muszą wymyślić jakiś nowy dowcip.

Na marginesie: podobno niutonometry podzielone przez pojemność w litrach pokazują w przybliżeniu tzw. współczynnik napełnienia – czyli z grubsza rzecz biorąc, procentowe wykorzystanie pojemności skokowej. 174:1,8 to prawie 100, czyli w zasadzie górna granica osiągalna bez doładowania (a tutaj nie ma doładowania!!).

Można więc jeździć na całkiem wysokich biegach i w ten sposób przy 50 km/h w mieście mieć 1200 obrotów. Silnika w tych warunkach prawie nie słychać. Próbowałem mierzyć poziom hałasu, ale w mieście głośniejszy był świat zewnętrzny niż samochód, więc to bez sensu. Zmierzyłem za to na autostradzie: Na szóstym biegu (wedle lampek wrzuca się go od 70-tki) wyszło 73 dB przy 100 km/h i 75 przy 130. Znowu zupełnie nie jak w „klasycznej” Hondzie.

Największym szokiem nie był dla mnie jednak silnik, a układ jezdny: nie dość, że Hondę kojarzyłem zawsze z nieprzyjemną twardością, to jeszcze od 2005r. zrezygnowano z typowego wcześniej dla marki układu wielowahaczowego z tyłu i powrócono do belki skrętnej. Często piorunowali na to dziennikarze. Jednak w aktualnej generacji zawieszenie przeprojektowano od zera i komfort jest naprawdę znakomity. Jechałem nawet po remontowanym odcinku ulicy z całkowicie zerwanym asfaltem: starszymi generacjami trzeba było zwalniać niemal do zera, tutaj – nie ma żadnego problemu i przy 40 km/h. Jedzie się w zasadzie jak Mercedesem, a co najciekawsze, to wszystko na oponach 225/45 R17. Profil czterdzieści pięć!! Jeszcze nie tak dawno takie gumy zakładało się tylko do kilkusetkonnych supersamochodów nie potrafiących przejechać progu zwalniającego, a tutaj jedziemy na nich po ulicy bez asfaltu na czwórce.

Zaś własności jezdne… Ja niestety jeżdżę zbyt asekuracyjnie, by móc je właściwie ocenić, ale kilka miesięcy temu było mi dane jechać na tylnym siedzeniu całkowicie seryjnego Civica występującego w roli zerówki na Rajdzie Żubrów, z profesjonalistą za kółkiem. Niestety, nie sfilmowałem przejazdu oesów. Żałuję do dziś, ale kiedyś jeszcze będzie okazja, na pewno. Na razie powiem tylko tyle, że gdyby mi ktoś jeszcze niedawno powiedział, że normalnym, salonowym kompaktem da się tak pojechać po oesie, to bym się popukał w czoło. Ale tam naprawdę jedyną modyfikacją były naklejki sponsorów i przenośna radiostacja z anteną. W dodatku jechaliśmy w piątkę, a pod maską był 1,6-litrowy diesel (!!), ale to już inna historia.

I jeszcze jeden smaczek dla koneserów inżynierii: sprężyny zawieszenia mają przeciwne uzwojenie. Niby szczegół, ale suma wielu takich szczegółów, w połączeniu z japońską obsesją na punkcie jakości wykonania, umożliwiają wyciśnięcie niemożliwych, zdawałoby się, rezultatów z prostej belki skrętnej. Ja nazywam to efektem Porsche 911 – w tym aucie najlepiej widać, że kilkadziesiąt lat mrówczej pracy inżynierów może z poronionej koncepcyjnie konstrukcji uczynić pogromcę centralnosilnikowców. Nawet jeśli kręcenie nosem na nieeleganckie rozwiązania należy do dobrego tonu.

Ale zauważyłem też coś, czego zupełnie nie rozumiem: przełożenie układu kierowniczego Civica jest wyraźnie WOLNIEJSZE niż w Mercedesie!! Skręcając w przecznice nie czułem tego tak bardzo, ale przy zmianie pasa i na łagodnych łukach ciągle musiałem „dokręcać”, co nie było może bardzo irytujące, ale naprawdę niespodziane.

Samochód, którym jeździłem, to 5-drzwiowa wersja 1.8 Sport. Takie są najczęściej używane jako salonowe testówki, bo cieszą się największą popularnością – według sprzedawcy robią jakieś 80% wyniku Civica. Podstawowy, stukonny silnik 1,4 (też wolnossący!!) jest zdecydowanie za słaby i mało kto o niego w ogóle pyta, a już w ogóle nikt nie kupuje (charakterystyką przypomina on właśnie Hondy z lat 90-tych, kiedy trzeba było się ciągle odbijać od czerwonego pola obrotomierza, by auto jechało). Podobnie jest z najniższymi wersjami wyposażenia. Z najwyższymi też.

Pełny cennik oraz listy gadżetów znajdują się TUTAJ i nie ma sensu ich przepisywać. „Moja” specyfikacja kosztuje oficjalnie 80,200zł, ale nikt jej za tyle nie kupuje. „Urzędowy” rabat (uwzględniony nawet we wspomnianym cenniku) wynosi obecnie 6000 zł, do tego dochodzi jeszcze jakaś niewielka negocjacja z salonem. Dlatego takie rzeczy najlepiej sprawdzać osobiście – one zmieniają się co chwilę, podobnie jak dostępność. Rzeczony 1.8 Sport, jako najbardziej chodliwa wersja, jest generalnie dostępny od ręki, z bardziej egzotycznymi opcjami bywa różnie (należy do nich np. pakiet Advanced Driver Assistance System, w skrócie ADAS, który m. in. monitoruje martwe pole, rozpoznaje znaki drogowe, ostrzega o zjeżdżaniu z pasa, utrzymuje odstęp od poprzedzającego pojazdu, itp.). Generalnie najlepiej jest na początku roku, a najgorzej – pod koniec, kiedy wszyscy rzucają się na promocje „starego rocznika”. Przy czym czekanie do ostatniej chwili w nadziei na pogłębienie rabatów to loteria: czasami można faktycznie zaoszczędzić kilka tysięcy złotych, ale można też usłyszeć, że dany model już „wyszedł” i wtedy zostaje tylko znacznie droższy, nowy rocznik.

Gwarancja Hondy obejmuje 3 lata lub 100 tys. km na wszystkie elementy nieeksploatacyjne, 5 lat na układ wydechowy (bez limitu kilometrów), 10 lat na sztywne elementy podwozia (wahacze, zawieszenie belki, wsporniki, półosie napędowe, sztywne przewody hamulcowe i paliwowe, itp.) oraz 12 lat na korozję perforacyjną nadwozia. Dodatkowo za pośrednictwem salonu można kupić w firmie zewnętrznej przedłużenie gwarancji podstawowej z 3 lat i 100 tys. km do 5 lat i aż 300 tys. km.  Gdy zrobimy to w pierwszym roku eksploatacji, cena ekstra gwarancji wyniesie 2200 zł, w drugim roku – 2900, zaś w trzecim – 3500 (to logiczne, bo kupując wcześniej kredytujemy gwaranta). Nieoficjalnie wiem, że z uwagi na swą niezawodność Honda to jedna z najtańszych marek w tej ofercie, ale szczegółów nie znam, bo przedstawiciel nie podał mi stawek dla innych aut (najpierw tłumaczył mgliście, że zakres ochrony się różni, a po minucie wprost przyznał, że nie chce sugerować, które współpracujące z nim marki są lepsze a które gorsze).

Oporów takich nie ma np. brytyjska firma Warranty Direct, która sprzedaje podobne polisy i publikuje nieustannie uaktualniane dane na stronie http://www.reliabilityindex.com/. Można tam znaleźć „indeksy niezawodności” dla setek modeli. Biorą one pod uwagę nie tylko częstotliwość napraw, ale też ich koszt, czas spędzony w warsztacie oraz średni wiek i przebieg w badanej populacji (im starsze auto, tym lepszy wynik za ten sam poziom niezawodności). Zmieniają się one codziennie, muszę więc dodać, że sprawdzałem je w dniu 16 stycznia 2015.

Reliability Index jest według mnie najlepszym wskaźnikiem niezawodności – gdyby był źle policzony, ubezpieczyciel albo dokładałby do napraw, albo tracił klientów. Wskaźnik interpretuje się bardzo łatwo: im auto sprawuje się gorzej, tym indeks wyższy, przy czym przeciętny poziom dla całego rynku to z definicji 100. W tej skali Civic uzyskał 32 punkty, Auris – 35, Focus – 62, Citroën C4 – 94, Megane – 86, Golf – 97, Vauxhall (Opel) Astra – 126, Mercedes A – 141, Fiat Bravo – 150. Raport nie rozdziela wersji benzynowych i diesli.

Dodam jeszcze, że najlepszy samochód w zestawieniu to również Honda, a dokładniej – mały Jazz z wynikiem 7 punktów (ex aequo z Lancerem, którego jednak nie uzwględniłem powyżej, bo chodzi o model nieprodukowany od 2008r.). Najgorsze okazuje się Audi RS6 (1137 punktów!!).

Niezawodność przekłada się też na utratę wartości. Dopiero od dość niedawna przeciętni polscy polscy klienci zaczynają ją rozważać – jeszcze w latach 90-tych myślenie o odsprzedaży samochodu w momencie jego kupna było w naszym kraju abstrakcją. Na potrzeby tego tekstu wziąłem ceny 5-drzwiowych, benzynowych hatchbacków z rocznika 2009, przy założeniu przebiegu 93 tys. km, publikowane przez EUROTAX w grudniu 2014 (przy czym nie jest tak, że w styczniu ceny od razu lecą w dół – one spadają równo przez cały rok, z lekką górką na wiosnę, kiedy wielu ludzi kupuje używki). Oto co jest tam napisane, bez zbędnego komentarza, bo już i tak strasznie się rozpisałem:

Honda Civic 1,8 Sport (140 KM) – 32,600 zł (47% salonowej ceny z 2009r.),

Volkswagen Golf VI 1,4 TSI Comfortline (160 KM) –  34,300 zł (46,2%),

Renault Megane 1,6 Dynamique (110 KM) – 24,800 zł (42,7%),

Kia Cee’d 2.0 Optimum (143 KM) – 24700 (40,8%),

Toyota Auris 1,6 VVT-i Premium (124 KM) – 27,1 tys. zł (38,8%),

Peugeot 308 1,6 Premium (120 KM) – 22,600 zł (38,7%),

Fiat Bravo 1,4 T-Jet Emotion (150 KM) – 26,900 zł (36,8%),

Ford Focus 1,8 FF Amber (125 KM) – 22,600 zł (34,6%),

Nissan Tiida 1,8 Tekna (126 KM) – 24,700 (33,2%),

Opel Astra III 1,8 Enjoy (140 KM) – 21,400 zł (29,9%).

Reasumując: być może dzisiejsza motoryzacja faktycznie stoi na głowie, ale chyba jeszcze nie do końca. MOŻNA włożyć do kompaktu silnik 1,8 (wolnossący!!), który będzie mocny, elastyczny, cichy, oszczędny i praktycznie niezniszczalny. MOŻNA zapewnić fenomenalne prowadzenie i dobry komfort za pomocą prostej belki skrętnej i opon o profilu 45. MOŻNA stworzyć kompaktową Hondę, w której użytkownik przesiadający się z Mercedesa nie dozna większego szoku. Owszem, nie da się ukryć, że półka cenowa jest inna. Ale to jest inna półka, a nie – tak jak w latach 90-tych – inna galaktyka.

Kiedyś ceniłem Hondę przede wszystkim za fantastyczną jakość i niezawodność, podczas gdy wszystko inne było w niej zupełnie nie z mojej bajki. Dziś jednak doszedł jeszcze jeden, szalenie ważny powód, by ją podziwiać: Honda pokazuje, że MOŻNA stworzyć samochód XXI wieku, który będzie oryginalnie wyglądał i dobrze jeździł nie dokładając do niego dziesiątków generatorów awarii i zachowując niezawodność na poziomie sprzed dwóch dekad. MOŻNA sprawić, że kierowca nie będzie się bał przesiąść do auta nowszej generacji. MOŻNA oswoić nowoczesność i przywrócić jej dawny, dwudziestowieczny czar.

P.S. Jeżeli dobrnęliście z czytaniem do końca, to jeszcze raz uprzejmie proszę o opinie: czy tego typu artykuł ma w ogóle sens? Czy mój nieukrywany subiektywizm redukuje jego wartość poniżej zera? I czy koniecznie trzeba być „na kupnie” nowego samochodu, by znaleźć w nim coś interesującego?

Foto tytułowe oraz końcowe: materiał prasowy producenta,

Foto pozostałe: materiały własne

Share Button
Tagi: , , ,
62 comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: NOWOCZESNOŚĆ OSWOJONA
  1. SMKA napisał(a):

    Całkiem nieźle, ale denerwowało mnie powtarzanie że ten samochód ma silnik wolnossący. Wystarczyło by dwa razy napisać, a nie tyle ile Ty napisałeś. No i jak dla mnie ten tekst zawiera syndrom "kiedyś było lepiej", o którym zresztą pisałeś w komentarzach do poprzedniego wpisu, Przykładowo jak dla mnie samochody z lat 2000. w wielu przypadkach wyglądają lepiej od samochodów z lat 80. i 90. Ot, taki Ford Mondeo Mk 4 wygląda według mnie zdecydowanie lepiej od Mondeo Mk 1 i Mk 2, a i znacznie lepiej od Sierry (która zresztą nigdy mi się nie podobała). Może nie lepiej od Taunusa TC 2, TC 3, czy Granady Mk 2 po liftingu, ale to są już od dawna zabytki tkwięce korzeniami z latach 70. Tak samo Peugeot 406 po liftingu (samochód z końca lat 90.) wygląda jak dla mnie lepiej od Peugeota 405. Podobnie Renault Laguna II przed liftingiem bardziej podoba mi się od Laguny I czy Renault 21. No, ale to tylko moje opinie, nie uważam jednak aby obecnie samochody miały nudny wygląd

    • SzK napisał(a):

      Masz rację, powtórzenia pousuwałem.

      „Kiedyś było lepiej” – tak, często tak piszę, bo w wielu ytuacjach tak uważam, ale staram się też nie przesadzać w tym kierunku, stąd moje komentarze w poprzednim wpisie.

       

  2. krzysiek3452 napisał(a):

    Jestem jak najbardziej za takimi wpisami, dobrze jest czasem pokazać rozwój motoryzacji lub jego brak, czyli, że po za wyposażeniem w ekrany dotykowe pod spodem niema nic nowego a czasem to rewolucja która dla petrolhedów oznacza nie przespane noce 😉

  3. krzyszt napisał(a):

    Dobrnąłem do końca.

     

    Przyjemnie się czyta. Takie wpisy mają sens. Lepsze to niż wszędobylskie tabelki w gazetach typu "Motor".

  4. michau napisał(a):

    Podaje odpowiedzi:
    Ma
    Nie
    Nie

  5. Paweł napisał(a):

    Tak, chce więcej!! Ponownie świetnie podszedłeś do tematu. Myślę, że nie jeden użytkownik, pasjonat jest zawiedziony dzisiejszą motoryzacją, biegiem za ekologią czy tendencją do zmniejszania silników do pojemności małego garnuszka z zupą pomidorową. Pęd do nowoczesności, gdzie prawdziwy pomruk maszyny pod maską jest zastępowany sztucznie generowanym dźwiękiem z zestawu pokładowego audio.
    Ehhhhh… gdzie to wszystko zmierza???? Chyba się starzeje 😀

    W pełni się z Tobą zgadzam co do opinii o nowym Civic’u. 
    Według mnie była jeszcze jedna generacja tego modelu wyróżniająca się z pośród wszystkich wersji. W tej chwili nie mam na myśli futurystycznych kształtów ale jakość wykończenia wnętrza czy komfortowe nastawy zawieszenia. To, znana dobrze i Tobie, VI generacja w wersji 5d Zwróć uwagę… całość wykończona była tworzywami miękkimi w dotyku (tylko 5d, 4d i 3d wykończone były twardym szarym plastikiem), fotele welurowe!! w podstawowej opcji. Uważam że obraz kabiny psuło tylko plastikowe drewno zamontowane wzdłuż całej deski rozdzielczej. Zawieszenie wielowahaczowe, świetnie tłumiące nierówności polskich dróg, (tłumiło dużo fajniej jak BMW e46 oczywiście przy dużo gorszym prowadzeniu w zakrętach po stronie Hondy)
    Od czasów VI generacji to pierwszy civic który w 100% trafia w moje gusta. To oczywiście też moje subiektywne odczucia, z którymi nie wszyscy muszą się zgadzać.
    Pozdrowienia

     

  6. Yossarian napisał(a):

    Jako posiadacz Civika VIII (czyli UFO, z 1.8 właśnie) musze od razu wytknąć mały błąd w tekście – UFO było produkowane od 2006 roku, a nie 2005 😉

    Tekst w porządku, fajnie, że napisałeś tak dużo o przewidywanej niezawodności – szczególnie część o Reliability Index. Jedyne, do czego móglbym się przyczepić, to to, ze więcej w tym tekście statystyk i tematów okołomotoryzacyjnych, niż samych wrażeń z jazdy. No ale to w sumie nie wada, tylko taka specyfika tego testu :). Pisz dalej, jeszcze by tego brakowało, żeby wszyscy się przejmowali słowami jakiegoś posiadacza Carry 😉

    Jeszcze co do Magic Seat – przewożenie czterech kół na wymianę i wyważanie staje się dzięki nim wręcz przyjemnością, bo dużo łatwej je wszystkie zapakować przez drzwi, niż układać część w bagażniku, a część mieścić przed zwykłą kanapą. Tak samo, jak przewożenie czegoś wyższego. System jak najbardziej przydatny.

    A belka skrętna? Jeździłem swoim w zawodach na kilku zlotach klubów miłośników różnych marek. Nigdy mnie żaden starszy Civic, z tym super-wielowahaczowym zawieszeniem nie pokonał :). Raz się CRXowi zdarzyło, a i to ledwo :). Więc chyba nie takie złe to zawieszenie.

    Sam Civic XI to najrozsądniejszy wóz obecnie na rynku. Choć ja wolę swoją VIII generację – ciekawszy wygląd, no i jeżdżę tym od 2008 roku, a za każdym razem jak wsiadam do środka, to myślę "ale to jest fajny wóz" :).

    A te 1.8 to jest też dość ciekawa konstrukcja – szczególnie jeśli chodzi o jego wariant systemu i-VTEC. Tu jest filmik obrazujący o co chodzi (od około 1:30): https://www.youtube.com/watch?v=aFf_sw69Gf4

    Swoją drogą, to będę musiał swojego opisać z perspektywy posiadacza, ale to latem: jakieś zdjęcia na alufelgach porobię dla lansu ;).

    • SzK napisał(a):

      No fakt, UFO weszło do sprzedaży w 2006, ale prezentacja była w 2005 (we Frankurcie), stąd konfuzja.

      Co do Magic Seats, to faktycznie dwa koła tam powinny wejść i drugie dwa do bagażnika, o tym nie pomyślałem.

      Czekam na lanserskie zdjęcia!! 😉

  7. hurgot sztancy napisał(a):

    Dobrnąłem do końca. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony artykuł jest bardzo dobry i czyta się go przyjemnie, ale jednak nie jestem przekonany do takiej tematyki na automobilowni. Z nowymi autami jest tak, że każdy może sobie pójść do salonu i nimi pojeździć, a testów w internecie i prasie jest od groma. Dlatego, jeśli miałoby nie być na automobilowni nic, to wolę taki wpis. Ale jeśli już mam wybierać, to wybieram cokolwiek innego – choćby "perspektywę insiderską". Ale raz na kilka miesięcy podobny wpis na pewno nie zaszkodzi. Szczególnie, jeśli skupisz się na ciekawostkach/kwiatkach/kuriozach etc.

    Ps. składając "magic seats" uzyskujemy wyższą przestrzeń niż składając oparcia foteli – przydatne np. do przewiezienia kwiatka, roweru, telewizora na stojąco itp. Swoją drogą miał to już II Jazz w 2001 roku, więc magia trwa ponad 10 lat 😉

    • SzK napisał(a):

      Nowych samochodów na pewno nie będzie tutaj dużo. Model wybrałem taki a nie inny bo po pierwsze, mam łatwy dostęp do niego, a po drugie – z powodu wskazango w tytule: on pokazuje, że wszystkie obawy przed nowoczesnością nie są związane z nią samą, a tylko ze specyficznymi trendami kreowanymi przez pewnych producentów i z całą pewnością można inaczej.

  8. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Dobry wpis. I dobry samochód. Może nie łechce mnie stylistycznie, ale, kurdeż, muszę się bujnąć. To, co piszesz, wybitnie trafia w me upodobania. Tyle, że ja bym chciał sprawdzić kombi – ponoć bagażnik ma jeszcze sroższy niż sławiona z jego powodu Octavia.

    Żeby jeszcze tylko dali mi się karnąć w salonie. Za mało jestem premium z wyglądu.

  9. Kuba napisał(a):

    Podoba mi się.

    Dlaczego?

    Nie jest ani schematyczny, ani prześmiewczy. Jest po prostu profesjonalny od razu przetłumaczony z polskiego na nasze. 

    Co więcej. Nigdy nie będzie mnie stać na ten samochód i normalnie po pierwszych zdaniach wyłączyłbym stronę (bo po co czytać o czymś co się i tak nie kupi). Twój tekst jest jednak tak interesujący, że dla samej dobrej lektury warto było go czytać, dla samego czytania 🙂

  10. Fabrykant napisał(a):

    Szanowny Autorze. Test sprawił mi przyjemność w czytaniu, ZWŁASZCZA subiektywne opinie, które są celne, z szeroką znajomością tematów motoryzacyjnych, dzięki czemu auto jest opisane "w kontekście". Kulturowo- historycznym. Niespecjalnie zainteresowała mnie detale pojemności bagażnika, bo takiegoż Civika sobie nie sprawię- wielekroć bardziej podoba mi się UFO i jeśli już- to ono, a po drugie- pojemność bagażnika to ostatnia rzecz na którą zwracam uwagę. Jedna torba na 2 tygodnie wakacji dla dwóch osób- to dobry plan, potwierdzam. I jeszcze liczny sprzęt foto powinien się tam zmieścić. Natomiast detale dotyczące spodziewanej niezawodności- i owszem, bo to w ogóle temat interesujący- czy nas ci producenci chcą wyrolować na kasę, czy też nie- i jak to stwierdzić. Co do testu Hondy- co człowiek- to opinia, Co ziemniak- to decyzja (cytat- z kawału). Szanowny Gospodarzu Automobilowni- w ogóle nie przejmowałbym się czy podoba się, czy się nie podoba, czy target zainteresowny kupnem, czy też bardziej historią i ględzeniam. Jak się dobrze pisze- to się dobrze czyta, o czymkolwiek by nie było. Śledzę z uwagą. Pozostaję z szaconkiem.

     

    • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

      Co człowiek to potrzeba – dla mnie pojemność, ustawność i praktyczność bagażnika to sprawa kluczowa, no ale nie może być inaczej, jak regularnie taszczy się kilka basów.

  11. Carman napisał(a):

    Zacznę od tego, że tekst uważam za bardzo dobry i jak najbardziej popieram kontynuowanie tego typu wpisów.

    A teraz parę rzeczy, które ja osobiście bym poprawił. Tekst jest trochę za długi, co nie było problemem w paru Twoich poprzednich wpisach gdzie nagromadzenie ciekawych informacji było tak duże, że byłem nieswiadomy faktycznej długości przekazu.

    Tu chyba za bardzo zasugerowałeś się Złomnikiem i chciałeś zmieścić jak najwięcej tego o czym pisał. O ile często się z nim zgadzam to zdecydowanie nie w tym przypadku. Jeśli bym chciał tych wszystkich suchych informacji to kupiłbym coś z prasy (i tak kupuje 🙂 ).

    Z niezależnego, niesponsorowanego tekstu osoby, którą szanuję oczekuje jej przemyśleń, jakiś smaczków, czegoś co było wydało się ważne własnie dla niego. Zresztą uważam, że jeśli lubi się jakiegoś autora to oznacza, że chociaż w pewnym stopniu jest się do tej niego podobnym, więc bardzo możliwe, że te same rzeczy będą nas denerwować lub irytować.

    Zupełnie zbędną jest dla mnie informacja o przewidywanej utracie wartości. Po pierwsze co te pare procent różnicy znaczy w stosunku do kilkudziesięciu procent, które traci KAŻDE nowe auto? Po drugie czy kupując nowe auto wybieramy je dla siebie czy dla drugiego właściciela? O tym paradoksie pisał już James May, a Blogomotive parokrotnie go wyśmiewał w historiach z jego sąsiadem, więc nie jestem osamotniony w tej opinii 🙂 .

    Mój komentarz też już się robi za długi więc jeszcze na koniec wyraźnie zaznaczę co mi się podobało i dlaczego właśnie takie testy mają sens.

    Liczby pozwalają na bardzo dokładne oddanie rzeczywistości, ale to takie obrazowe wizualizacje jak Twój pomysł z walizkami działają na wyobraźnie najmocniej. Zdecydowanie popieram.

    Tekst blogowy pozwala też na wyrażanie swoich opinii w komentarzach. O ile na dużych portalach komentarze są absolutnie i kompletnie NIC nie warte, o tyle na średniej wielkości blogu rozpoznaje się sporą część komentujących i od razu wiadomo czy można polegać na słowach tej osoby. Jako przykład mamy tu post Yossariana – faktycznego użytkownika, który oprócz rzeczy dla mnie nieznanych i ciekawych przypomniał o jednej rzeczy. O technice, której producenci już prawie nigdy nie wykorzystują w celach marketingowych.

    Dziś samochody sprzedaje się ekologią czy ilością portów USB, a w najlepszym przypadku emocjami czy stylistyką. Dawniej było więcej nawiązań do nowinek technologicznych i innowacji, a tego mi bardzo brakuje.

    O wolności słowa, która moim zdaniem jest mocno nadszarpnięta w artykułach prasowych nawet nie wspominam, bo to oczywiste 🙂 .

    Tradycyjnie na koniec: Bardzo dobry artykuł. Czekam na kolejny.

    • Cubino napisał(a):

      Ejże, spadek wartości to podstawa, chyba, że dla kogoś sprawy finansowe przy zakupie auta w ogóle się nie liczą. Przecież cena zakupu to tylko początek kalkulacji, powinno się liczyć TCO (total cost of ownership), czyli w przybliżeniu koszt zakupu + wszystkie koszty przez czas używania – zdyskontowany przychód ze sprzedaży na koniec eksploatacji. I wtedy dopiero widać, czy warto dać więcej za auto droższe w zakupie, ale tańsze w serwisie, ubezpieczeniu, albo mające mniejszą stratę wartości.

      SzKołaczku, tekst dobry, dawaj więcej, choć może nie za często, bo jednak Twoje USP* jest inne 🙂

      * – Unique selling proposition

      • SzK napisał(a):

        Również uważam, że utrata wartości jest jednym z najważniejszych kosztów posiadania samochodu. Jeżeli James May et consortes mogą sobie pozwolić na jej ignorowanie, to bardzo im gratuluję i cieszę się ich szczęściem (bez śladu ironii), ale moja sytuacja jest inna i chyba nie jestem w tym jakimś wyjątkiem.

        P.S. Przepraszam za czepialstwo, ale w moim nazwisku jest L jak Lucyna, a nie Ł jak Łucja 🙂

         

      • Cubino napisał(a):

        A to ja przepraszam, mylny błąd po mojej stronie, myślałem – nie wiem w sumie czemu – że "Ł" wycinasz z nicka, żeby zmieścić się w ASCII 🙂

        Wracam do pisania testu citroena C4 na pohybel przesmiewczemu złomnikowi 🙂

      • SzK napisał(a):

        Czekam na wpis!! 🙂

      • nocman napisał(a):

        Spadek wartości jest przede wszystkim ważny dla kogoś, kto zmienia auta co 3-5 lat. Jeśli zamierza nim jeździć 10 lub więcej lat, wtedy po prostu cena idzie do TCO i tyle.

      • Cubino napisał(a):

        Tru, tru. Tylko, że wtedy nabierają znaczenia rosnące wykładniczo koszty napraw. No i ilu jest dziś w naturze ludzi, których (a) stać na nowe auto i (b) będą nim cisnąć 10 lat?

      • SzK napisał(a):

        Ludzie z salonu mówią, że pierwsi właściciele odsprzedajacy im auto robią to najczęściej po 6-8 latach.

      • Maliszep napisał(a):

        Kupno samochodu na 5-6 lat to fanaberia. Jak kogos na to stac, prosze bardzo, ale nie ma to nic wspolnego ze zdrowym rozsadkiem. Jest to tylko kaprys… auto mi sie znudzilo, opatrzylo, stac mnie… to kupuje kolejne. Czesto tez bywa tak, ze ludzie pozbywaja sie samochodow 5 letnich, bo zdarzylo sie pukniecie… mniejsze lub wieksze 🙂

        Natomiast kupno nowego samochodu, z przeswiadczeniem ze bedzie sie nim jezdzilo "az kola odpadno" ma sens ekonomiczny.

        Wbrew pozorom, sporo znam takich ludzi u mnie w pracy. Takich ludzi kompletnie nie interesuja wskazniki utraty wartosci.

      • cubino napisał(a):

        Ze fanaberia to jest ocena… a fakty są takie, że po pierwsze ludzie tak jak napisał Autor kupują auto na 6-8 lat (w Polsce, na zachodzie często krócej, m.in. bo częściej finansują leasingiem konsumenckim, i zmieniają po końcu leasingu). Po drugie – rozmawiałem ostatnio ze znajomym inżynierem materiałowcem, powiedział mi, że normalna praktyka obecnie jest taka: auto ma być bezawaryjnie jeździć 5-6 lat, potem może zacząć się sypać. I nie chodzi tu o żaden spisek, tylko o to, żeby pierwszy właściciel był zadowolony, bo on decyduje o przychodzie producenta (co prawda zgodnie z teorią racjonalnych oczekiwań auto psujące się po pierwszym właścicielu powinno być tańsze w odsprzedaży więc bić tegoż pierwszego właściciela po kieszeni, ale jak wiadomo teoria racjonalnych oczekiwań nie działa).
         

      • SzK napisał(a):

        Co elokwencja, to elokwencja. Nie mam pytań.

  12. Carman napisał(a):

    No i przyganiał kocioł garnkowi. Komentarz wysmarowałem tak długi, że pewnie sam bym go nie przeczytał. Przepraszam i obiecuję poprawę 🙂 .

  13. Don napisał(a):

    Ciekawy wpis. Uważam im większa rozmaitość wpisów na blogu, tym lepiej.

    Co do Cvica, to się zgadzam z autorem, że to jedno z ostatnich aut z normalnym, sprawdzonym silnikiem, bez masy generatorów awarii. Zwyczajny, dobry samochód i bardzo go lubię. Jednak zabrakło mi we wpisie sytuacji rynkowej w jakiej znajduje się Civic. Jak dobry by nie był to ludzie w Europie Zachodniej go nie kupią. Dlaczego? Bo tam rządzi CO2, podatki drogowe i stawki ubezpieczenia naliczane min. wg pojemności silnika. Niestety, to nie do końca jest tak, że to producenci na siłę wciskają ludziom nowoczesne/awaryjne rozwiązania, a klienci chcą "normalnych" samochodów. Ludzie w zasadzie nie mają wyboru, i to prawo oraz liczby, a nie gusta rządzą rynkiem nowych samochodów w Europie. A floty, robiące większość rynku, ulegają temu jeszcze bardziej.. Kompakt z benzynowym 1.8 to już taka trochę ekstrawagancja. Civica może ratować diesel 1.6, ale tego nie wiem.

    Akurat na bestsellingcarsblog jest podsumowanie sprzedaży samochodów w Europie po 11 miesiącach 2014 roku. I tam widać dobrze widać że Civic rynkowym przebojem nie jest. w tym okresie sprzedano 38,504 sztuki i Civic zajmuje 101 miejsce w rankingu. Wyprzedzają go: Golf (1), Focus(6), Qashqai(8), Octavia(10), Astra(12), 308(16), Leon -(22), Megane(24), Auris (27), i30(57), cee'd(61), 3(90) oraz wszystkie kompakty premium. Link: http://bestsellingcarsblog.com/2015/01/europe-11-months-2014-now-with-top-62-brands-and-top-357-models/

    Podsumowując, tak „MOŻNA stworzyć samochód XXI wieku, który będzie oryginalnie wyglądał i pięknie jeździł nie dokładając do niego dziesiątków generatorów awarii i zachowując niezawodność na poziomie sprzed dwóch dekad”. Tylko że specjalnie sensu rynkowego to nie ma. I za to cenie Hondę

    Pozdrawiam Autora najlepszego polskiego bloga motoryzacyjnego. 

     

    • SzK napisał(a):

      Istnieją niepotwierdzone teorie „spiskowe”, że owe normy CO2 oraz taka a nie inna konstrukcja systemu podatkowego to kwestia dostosowania przepisów do strategii lokalnych, europejskich producentów i forma pomocy publicznej dla nich.

      Osobiście nie mam żadnych dowodów na to, ale pasuje to do moich obserwacji – pozaeuropejscy producenci nie są zazwyczaj zainteresowani gigantycznymi inwestycjami tylko w celu dotrzymania europejskich norm – może i jest to lukratywny rynek, ale niestety dość szowinistyczny/patriotyczny (niepotrzebne skreślić) i co by się nie robiło, to nie zwojuje się wiele. Dlatego wolą koncentrować się na USA, Azji i reszcie świata, oszczędzając w ten sposób miliardy. A europejskim producentom i władzom w to graj.

      Powtarzam jednak po raz kolejny, dowodów na to nie mam, piszę tylko, o czym się plotkuje.

      • Cubino napisał(a):

        Dodajmy – francuskich producentów, przede wszystkim…

      • nocman napisał(a):

        Jest też mechanizmem wymuszającym, przynajmniej w teorii, większą oszczędność w zużywaniu paliwa. Niestety NEDC nie do końca przystaje do rzeczywistości, a producenci nauczyli się optymalizować auta pod ten test.

  14. MK napisał(a):

    Super artykuł! Miłe zaskoczenie, bo spodziewałem się po tym tekście dużo więcej krytki. A tutaj jedyny prztyk w nos Civica to uwaga o tylnej szybie. 🙂

    Kilka szczegółów od bardziej regularnego użytkownika tego modelu:

    Co do Magic Seats, to albo mi umknęło albo zapomniałeś o najważniejszym- całkowite składanie siedzeń jednym ruchem i uzyskanie płaskiej powierzchni bagażnika. To chyba dużo istotniejsza i praktyczniejsza sprawa, niż stawianie siedzisk do pionu. 

    Przycisk "ECON" ma wbrew pozorom większy sens w Civiku ze skrzynią automatyczną- bo nie zamula silnika, natomiast zmienia nastawy elektroniki np. klimatyzacji. Różnicy w spalaniu nie widać, ale przynajmniej da się normalnie jechać.

    Obecnie opony szerokie i niewysokie to już chyba standard nawet w tej klasie- a o droższych Mercedesach nie wspominając. Jako, że na pewno wiesz takie rzeczy, że na komfort jazdy wpływa właśnie zestrojenie i przetestowanie zawieszenia w połączeniu z fabrycznym rozmiarem opon- dziwi mnie Twoje zdziwienie 😉 Także niskie i szerokie opony mogą być bardzo komfortowe.

    @ Carman- oczywiście, samochód kupujemy dla siebie i dlatego utrata wartości po 5 latach użytkowania bardziej ma wpływ na nas niż na nowego właściciela. Lepiej jest dostać 50% niż 20% ceny nowego. Tak tylko mówię- chociaż daleki jestem od twierdzenia, że prognozowana utrata wartości powinna być głównym kryterium wyboru samochodu.

  15. oldskul napisał(a):

    Niniejszym udzielając na pytania odpowiedzi, zapisuję co następuje:
    Test przeczytałem bez bólu spojówek jak też bez podjarki. Chyba najlepszym podejściem jest jednak różnorodność, więc jeżeli masz ochotę napisać o nowym aucie – to pisz, i to pisz jak lubisz, konkretnie lub zupełnie nie, mierząc wszystko linijką lub robiąc długie dygresje na niezwiązane z testowanym autem tematy 😉
    Nie wiem jak reszta Kole(gów/żanek), ale ja od wielu lat do salonów chodzę raz do roku tylko z pytaniami typu: za ile sprowadzą mi czujnik poziomu oleju do XM-a 🙂 (ch**, nie sprowadzą, nie ma) autem nowym jeździć chyba bym nie chciał – tzn. takie którym bym chciał, ma trochę za dużo zer przed przecinkiem w kategorii „cena”, ale czasem przeca człowiek czymś współczesnym się przejedzie – a to służbowo, a to prywatnie. I lipa jest, wszystko pika i brzęczy, plastik śmierdzi, wyświetlacz mówi mi że mam już zmienić bieg choć silnik dopiero przestał wibrować… ech, no szkoda gadać, wolę czytać o tych nowych autach z tabletami sterującymi wszystkim i z tym większą przyjemnością zasiądę z pakietem kluczy przy swoim M30 poregulować zaworki 🙂
    Testy rób, pisz, bądź na maksa subiektywny bo czytanie samych liczb o litrach w bagażniku czy „przedefiniowanym słupku C czerpiącym garściami ze stylistyki rocznika 1950” podejrzewam że może wywołać u złomnikowej braci odruchy zwrotne w przełyku. W ogóle – skąd to parcie na wymienianie pojemności bagażnika, takiej a takiej belki z tyłu, liczenie spalania do dwóch zer po przecinku… nie kumam. Nigdy ja ani nikt mi znajomy nie zwracał uwagi na takie rzeczy, przenigdy, nie przypominam sobie. „Jakie znasz auto z conajmniej 500-litrowym bagażnikiem i wielowahaczem z tyłu?” Tego nigdy nie usłyszałem. Raczej: „-Wejdzie rower bez rozbierania? -Nie, klapa się nie domknie, ale można przez miasto wolno przewieźć. -Aha, dzięki.”
    Ja nieprędko pojawię się w salonie po nówkę, a opinię i tak wyrobię sobie sam organoleptycznie – ale tutaj będę czytał i utwierdzał się w przekonaniu, że lepiej to już było 😉
    PS. Nie zgadzam się z przedmówcą, że ten artykuł jest za długi. No bez przesady! Toż to ledwie ze 3-4 minuty wyluzowanego czytania z siorbaniem herbatki, Kolego naprawdę miałeś problem z przebrnięciem? Kurczę, to polecam usiąść do jakiejś książki i przypomnieć sobie przyjemność płynącą z czytania… no offence czyli nie inwektywa 😉

  16. Carman napisał(a):

    Z twierdzeniem, że artykuł jest za długi miałem bardziej na myśli podkreślenie, że nie wszystkie zawarte w nim informacje są (według mnie) potrzebne i że w przeciwieństwie do poprzednich artykułów w ogóle zwróciłem uwagę na jego długość.

    Z tym, że chyba jednak się mylę, bo parę osób już potwierdziło, że utrata wartości ma dla nich istotne znaczenie. Ok. Macie do tego pełne prawo. Po prostu wyrażam swoje zdanie.

    Może łatwo mi się tak mówi, bo osobiście nie stać mnie na nowy samochód z salonu, ale z drugiej strony doskonale wiem, w którym to salonie zostawiłbym swoje pieniądze gdyby przyszło mi taką decyzję podejmować. Chodzi tu o markę, której pojazdy od dawna zajmują końcowe pozycje zarówno w rankingach przewidywanej (i faktycznej) utraty wartości jak i awaryjności.

  17. Maliszep napisał(a):

    Ja dolacze sie do serii pozytywnych komentarzy.

    Wpis mi sie podoba, poniewaz napisany jest w dobrze znanym stylu, przez osobe do ktorej ma sie zaufanie. Autor zaufanie zbudowal na podstawie takich artykulow jak np: ostatni D-Jetronic, wszelkie wpisy o W124 a juz w szczegolnosci: Prehistoria (to nie byl artykul, to byl wyklad 🙂 Tak wiec, jezeli wpisy o nowych samochodach nie zdominuja automobilowni, a beda umieszczane raz na jakis czas, to jestem 100% za.

  18. hurgot sztancy napisał(a):

    ale wysyp komentarzy! kto by pomyślał, że Civic zagrozi rekordowi Audi w tedeiku…

     

    • SzK napisał(a):

      No nie mów, że to śledzisz… sam nie prowadzę takiej klasyfikacji, odpowiadam tylko w miarę możliwości na bieżąco…

      Ale coś w tym jest – im młodszy samochód opisuję, tym większe zainteresowanie. A niby blog o historii, hmm, może coś robię nie tak… 🙂

      • hurgot sztancy napisał(a):

        e tam, nie śledzę – cofnąłem się kilka stron i zobaczyłem, że audi miało ponad 40 komentarzy, więc zgaduję, że to najpopularniejszy wpis 😉

  19. cursor napisał(a):

    Nie po to przeglądam tego bloga żeby czytać o plastikach, a porównanie Mercedesa z Hondą i stwierdzenie, że w sumie japończyk szczególnie nie odstaje to już obrazoburczość.

    Motoryzacja skończyła się po 2000 roku gdy samochody zaczeli projektować księgowi, a nie inżynierowie, tej późniejszej nie warto poświęcać uwagi.

    • SzK napisał(a):

      Oczywiście każdy ma swoje zainteresowania i to jest normalne. Dla mnie jednak historia motoryzacji stanowi całość i staram się nie pomijać żadnego jej aspektu.

      Co do „plastików”, to sam wspominałem, że po 2000r. to i owo się zmieniło, ale temat jest zbyt złożony, żeby opisać go tutaj w komentarzu. Generalnie w każdym przedsiębiorstwie koszty są sprawą nadrzędną, tak było jest i będzie, a jeśli ktoś sądzi inaczej, to najpierw sam powinien zacząć chodzić do pracy za darmo i inwestować oszczędności w rzeczy, o których wie, że przyniosą straty. Dopiero potem będzie miał prawo krytykować „liczenie zysków”

      Problemem po 2000r. nie jest udział „księgowych” (swoją drogą to zupełnie niepoprawne użycie tego słowa, bo księgowi o niczym nigdy nie decydują, a jedynie przygotowują sprawozdania finansowe). Problemem jest podejście przedsiębiorstw do kwestii korzyści krótko- i długoterminowych, a także wymagania ustowodawców (szczególnie w Europie) oraz w pewnej mierze klientów (tych, co kupują auta w salonach, a nie w komisach u Turków). Ma to swoje dobre strony, ale też i wiele złych, powtarzam, sprawa bardzo złożona.

      A co do narzekania pt. „kiedyś robili super jakość, a dziś samo dziadostwo”, to ludzie już o Fordzie T tak mówili. W latach 30-tych tak mówili, i w 50-tych, i w 80-tych, w ogóle zawsze tak mówili i zapewne nigdy nie przestaną. Produkty – nie tylko samochody – zmieniają się ciągle, bo muszą spełniać różne oczekiwania klientów, prawodawców oraz również producentów (przy czym tutaj oligopolizacja rynku motoryzacyjnego faktycznie nie służy interesom klientów).

      Co do odstawania nowego Civica od Mercedesa W209 z 2005 roku to zapraszam do Krakowa, chętnie udostępnię oba auta (muszę tylko wiedzieć z kilkudniowym wyprzedzeniem) i porównamy razem. 20 lat temu to była faktycznie obrazoburczość (o czym zresztą napisałem), dzisiaj jestem gotowy bronić zawartej w artykule tezy, że to jest ciągle inna półka, ale już nie inna planeta.

  20. cursor napisał(a):

    Spłycasz, to wytłumacz dlaczego między firmami motoryzacyjnymi działającymi na tym samym kontynencie, gdzie obowiązuje to samo prawo i ogólnie bardzo pododnym gospodarczo są takie różnice.

    Spójrz na Niemcy vs Francja, gospodarczo to podobne kraje, oba należą do UE, w obu zarabia się podobnie, a jednak Niemieckie samochody są najlepsze jakościowo na świecie, a francuskie wiadomo – rozpadają się już na prospektach.

    • cubino napisał(a):

      Kaczy? Na automobilowni?… 🙂

      • SzK napisał(a):

        Też tak pomyślałem!! Ale jestem dumny – bo troll to jedyne, czego mi wciąż brakowało na blogu!!

    • SzK napisał(a):

      Automobilownia nie jest właściwym miejscem na spory o wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy – pisałem to nawet na odpowiedniej podstronie (http://automobilownia.pl/o-stronie/) i nie dam się wciągnąć w takie dyskusje.

      Odpowiem tylko tak: Na stronie reliabilityindex.com w najgorszej 10-tce samochodów jest 6 niemieckich premiumów. Według tego rankingu wydająca go firma ustala stawki za gwarancje, więc ma własny interes w tym, by on się zgadzał. Jeżeli wiesz lepiej, ja to szanuję i nie będę się kłócił.

       

  21. cursor napisał(a):

    Nie macie argumentów, więc wyzywacie mnie od trolli bo mój pogląd nie zgadza się z waszym. Przykre, niby dorośli ludzie, a nie potrafią prowadzić polemiki.

    Swoją drogą jak Kaczy?

    • SzK napisał(a):

      Argumentem jest ranking, który podałem, nie przygotowywany przez instytucje non-profit, które są sponsorowane przez producentów samochodów (jak wyszło w ubiegłym roku z niemieckim ADAC-kiem), a przez firmę, któa jest żywotnie zainteresowana jego rzetelnością, bo zarabia pieniądze na trafnym przewidywaniu prawdopodobieństwa i kosztów awarii.

      Poza tym, jak już mówiłem, szanuję zdanie każdego i nie zamierzam się kłócić z niczyimi opiniami, bo niniejsze forum nie ma temu służyć.

      EDIT: Nie wiem, czy miałęś okazję o tym przeczytać, ale prywatnie jestem fanem i użytkownikiem Mercedesów – nie miałem nigdy auta żadnej innej marki, jedynie Mercedesy, kolejnych 6 sztuk. Mimo to, nie jestem talibem kłócącym się z faktami – pasja to jedno, a fakty to coś innego. W dziedzinie niezawodności pogorszenie jest od 20 lat tak dramatyczne, że aż niewiarygodne (przy czym w ostatnich kilku latach jest faktycznie troche lepiej, ale nijak nie ma się to do dawncyh czasów). Fakty masz w podanej przeze mnie tabelce – w ostatniej 10-tce 4 Mecrcedesy, jedno BMW i jedno Audi. Tego się trzymam, a opinię pozwalam mieć każdemu swoją – poza podawaniem tabelek dyskusje są tutaj bardziej ideologiczne, czyli raczej jałowe.

  22. cursor napisał(a):

    Tyle, że te Mercedesy, Audi i BMW z końca tabeli to niszowe modele wyczynowe, które raz, że z racji swojego charakteru mają drogie części bo są wzmacniane względem serii, dwa, że są katowane na track-dayach itd.

    To nie dowodzi niczego, bo RS6 z końca tabeli nijak ma się do A6 2.0 TDI Janusza rekina biznesu.

    • SzK napisał(a):

      W przypadku kompaktowych modeli popularnych podałem wartości indeksu w tekście. Polecam też samodzielne posprawdzanie ich sobie.

      A 2.0TDI jest jednogłośnie uznawany za najbardziej awaryjny silnik w świecie (tak, wiem że coś tam niby poprawili, ale dalej wlecze się w ogonie). Co nie oznacza, że dawne 1,9-tki TDI nie były znakomite. Problem w  tym, że świat się zmienia z dnia na dzień, a ludzkie przekonania potrzebują na to ćwierć stulecia, a czasem dłużej.

      • cursor napisał(a):

        Rynek wtórny najlepiej to ocenia. Serio wierzysz, że C4 czy Megane są mniej awaryjne od Golfa? a jeśli tak to dlaczego za jednego Golfa można mieć dwie Meganki?

      • SzK napisał(a):

        Rynek nie odzwierciedla faktów, a ludzkie wyobrażenia o nich. Ponadto poza niezawodnością są inne czynniki. Mercedes jest dziś naprawdę lipny, a ja go kupiłem i nie zamierzam zmieniać, bo po prostu go lubię i godzę się z jego wadami podobnie jak np. fani Alfy-Romeo (na szczęście nie mam z autem wielu problemów, ale to głównie dlatego, że jest benzynowe bez doładowania, a ja bardzo mało jeżdżę, więc statystyka nie ma zbyt wielu okazji do zadziałania).

        Japońskie samochody wypadają na rynku dobrze, bo ludzie przekonali się do ich niezawodności, ale zajęło im to wspomniane powyżej ćwierć wieku.

        Powtarzam po raz kolejny: Ja naprawdę nie bronię Ci jeździć czym chcesz, a ta strona naprawdę nie służy tego typu dyskusjom, bo ich produktywność jest ujemna.

      • Maliszep napisał(a):

        oj z tym 2,0TDI to bym polemizowal, a juz na pewno ze zdaniem "jednogłośnie uznawany za najbardziej awaryjny silnik w świecie".

        jest wielu innych godnych kandydatow, 2,5tdi v6, 1,4tfsi, 1,2fsi, 1,9dci, 1,5dci, 2,0dtl, 2,0d z bmw serii e90, 2,0d boxer z subaru, 2,0d z mazdy 6… to tak na szybko co mi przyszlo do glowy.

      • SzK napisał(a):

        Zgadza się, kandydatów sporo, walka wyrównana i na wysokim poziomie 🙂

        Ale w rankingach 2.0 TDI bryluje niepodzielnie.

      • cubino napisał(a):

        Ale to wcześniejsze TDI z pompowtryskiwaczami chyba, bo CR już nie jest taki zły. Znam firmę ze sporą ich flotą i psują się znacznie mniej niż diesle z BMW E90.

      • Maliszep napisał(a):

        Dokladnie tak jak napisal cubino.

        2.0TDi z pompowtryskiem byl koszmarem, ale te z Common Railem trzymaja juz sredni poziom biezacych diesli.

  23. polobis napisał(a):

    Ślicznie. To ja poproszę jeszcze o test ostatniego sensownego Mitsubishi, który jeszcze jest w salonach, mianowicie Lancer. Obecne ceny na poziomie 52 000 zł brutto mocno zachęcają do zakupu, a rzetelnych informacji mało.

    • SzK napisał(a):

      Jeżeli załatwisz mi taki samochód, to z przyjemnością o nim napiszę.

      Do Hondy mam łatwe dojście (właściwie każdej występującej w Polsce), ale do innych marek, w tym Mitsubishi, niestety niekoniecznie.

  24. BaltazarGąbka napisał(a):

    Co to znaczy, że "sprężyny zawieszenia mają przeciwne uzwojenie"? Bo jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić… I w czym one są lepsze od tych, które mają "normalne uzwojenie"?

    • SzK napisał(a):

      To znaczy, że prawe sprężyny są skręcone odwrotnie niż lewe (podobne rozwiązanie stosuje też BMW). Różnica w zachowaniuy na drodze jest minimalna, ale suma wielu takich szczegółów daje sporo.

      • BaltazarGąbka napisał(a):

        Dzięki. W sumiedo tej pory nie zwróciłem uwagi na taki szczegół. Nie wyobrażam sobie w jaki sposób może to korzystnie wpływać na zachowanie auta na drodze, ale może faktycznie suma takich drobnych szczegółów może już zrobić różnicę.

      • SzK napisał(a):

        Spróbuj sobie włożyć dwa prawe buty, a potem prawy i lewy – zobaczysz, jaka to różnica.

        No, może trochę przesadziłem, ale to mniej więcej ten sam mechanizm.