PERSPEKTYWA INSIDERSKA: RAMBO-LAMBO

Foto: © Automobili Lamborghini S.p.A.

Na pewno słyszeliście kiedyś kawały o angielskim deszczu. Tam przecież pada bez przerwy. Lądujemy na Heathrow i leje. „Wiadomo – przecież to Londyn, sami się o to prosiliśmy” – i już lecą docinki. Co innego, gdy wybieramy się np. do Rosji. Tam – jasna sprawa, klimat kontynentalny, a więc ekstremalne temperatury, ale sucho. Jeśli w Moskwie pada, to trudno, zdarza się, co tu drążyć temat.

Czasami warto jednak sprawdzić fakty: Londyn – statystycznie 109 deszczowych dni w roku i 559 mm opadu. Moskwa – 121 dni i 689 mm. Szok, prawda…? Wilgotniejsze od Londynu są nie tylko Paryż, Amsterdam i rekordowa Bruksela (200 dni deszczu w roku), ale też większość miast niemieckich, Bratysława, Mińsk, a nawet Prisztina i Andora. Mało tego: w Neapolu rocznie spada z nieba ponad metr wody – dwa razy więcej niż w Londynie (a także porównywalnej z nim Warszawie), a w Monaco – 733 mm (prawie połowę więcej)!! Ale to Anglię mamy za skrajnie dżdżystą, prawda? Taka jest właśnie siła stereotypu.

(oczywiście, nad Morzem Śródziemnym występuje bardzo nierówny rozkład opadów: w lecie, kiedy najczęściej tam jeździmy, nie pada wcale, za to w zimie  – dużo i często. Jednak arytmetyczna suma roczna jest, jaka jest).

Podobnie w motoryzacji. Patrząc na klasycznego Hummera nie sposób nie zauważyć, że taka szkarada musi pochodzić z Ameryki. Gargantuiczne rozmiary i masa, wdzięk niedźwiedzia grizzly i takiż apetyt, a do tego osiągi furgonetki przy sześciolitrowym silniku.

Jak to dobrze, że nie jesteśmy Amerykanami i mamy włoskich stylistów, prawda? Bo jak Włosi coś zaprojektują… Każdy europejski samochodziarz wie, o co chodzi. Tyle tylko, że każdy europejski samochodziarz słyszał też o Lamborghini LM002, które w dodatku narodziło się przed Hummerem. Ono nie pasuje do stereotypów dokładnie tak samo, jak neapolitańskie i moskiewskie deszcze. Wywołuje przy tym to samo niedowierzanie: czy to w ogóle możliwe…?

Hummerem nigdy nie jechałem, ale raz w nim siedziałem. Auto należało do jednego ze znanych krakowskich rajdowców i było konserwowane antykorozyjnie w działającym jeszcze wtedy warsztacie mojego taty. To był szok. Przy tym modelu niejedna ciężarówka wygląda subiektywnie skromnie. Natomiast w środku było mi… zwyczajnie ciasno. Wsiadłem oczywiście od strony kierowcy. Mam 173 cm wzrostu i ważę poniżej 70 kg, a mimo to czułem się klaustrofobicznie, z tym że w specyficzny sposób: przed sobą, przez niewielką, zupełnie płaską i pionową szybkę (podzieloną w dodatku na pół, jak przed wojną, i oczyszczaną przedwojennie wyglądającymi, zwisającymi z góry wycieraczkami) widziałem maskę silnika o powierzchni plantacji bawełny z Georgii, a fotel pasażera znajdował się w takiej odległości, że gdyby ktokolwiek tam siedział, to rozmawiać z nim najłatwiej byłoby przez telefon. Tymczasem dla siebie miejsca miałem tak mało, że nie byłem w stanie ułożyć nóg, by kolana nie blokowały kierownicy. Uczucie uwięzienia potęgowała struktura znajdująca się pośrodku kabiny, swymi rozmiarami przewyższająca chyba pokrywę silnika w szoferce Jelcza (w Jelczu też siedziałem, a nawet bywałem wożony jako pasażer – co prawda miałem wtedy 7 lat, ale pamiętam to dobrze).

Lamborghini LM002 nigdy nie widziałem na żywo, ale patrząc na zdjęcia natychmiast przypomniałem sobie minutę spędzoną w Hummerze. Istne déjà vu. Bardzo podobne założenia, projekt, i na oko – choć organoleptycznie nigdy tego nie sprawdzałem – ta sama klaustrofobiczność miejsca kierowcy przy abstrakcyjnie wręcz wielkich gabarytach. Komu w ogóle coś takiego potrzebne…? Kto miałby ochotę marnować taką ilość różnorakich zasobów, by przewieźć cztery osoby w niekoniecznie kosmicznym tempie…? Tym razem odpowiem Wam bardzo precyzyjnie: chodzi oczywiście o wojsko.

Odkąd zniesiono powszechny obowiązek obrony, większość ludzi słabo orientuje się w wojskowości. Prawdę mówiąc – ja również (niby rocznik ’80, ale kategoria D – w książeczce wojskowej, nie w prawie jazdy). Ale niektóre dane dotyczące zasobożerności armii można łatwo znaleźć i one naprawdę przyprawiają o omdlenie.

(w tym momencie bynajmniej nie postuluję całkowitego rozbrojenia: ja wiem, że utrzymywanie armii jest konieczne – wskazuję tylko na poziom kosztów).

Weźmy na przykład czołgi. Resurs ich gąsienic wynosi zazwyczaj nie więcej niż 3.000 km. Po takim przebiegu dwie tony stali i gumy idą na przemiał. Silniki są trochę trwalsze – wytrzymują nawet kilkanaście tysięcy km, z tym że kosztują trochę więcej. Nie mówiąc o zużyciu paliwa, z łatwością przekraczającym 300 litrów na 100 km, a czasami sięgającym tysiąca. Wiadro na kilometr – nieźle, prawda…? Ktoś powie, że w czasie pokoju czołgi prawie nie jeżdżą. Prawda to – i całe szczęście. Ale właśnie związanie, zablokowanie takiej ilości środków, by leżały sobie bezczynnie, stanowi ogromny koszt. Taki czołg – konstrukcję ogromnie zaawansowaną i kosztowną, ważącą dziesiątki ton – należy najpierw wyprodukować, a potem serwisować, remontować i gdzieś trzymać, a od czasu do czasu również wyprowadzić na spacer. A do tego utrzymywać i szkolić załogę złożoną z kilku młodych, silnych mężczyzn odciągniętych na tę intencję od wytwarzania czegokolwiek.

Samolot F-16 kosztuje ponad 40 milionów dolarów. Fakt, że jest trwały – wytrzymuje około 8.000 godzin w powietrzu, co odpowiada nawet 40 latom eksploatacji. Tyle tylko, że godzina takiego lotu to wydatek 18 tysięcy dolarów. A to jedynie myśliwiec. Ile paliwa spaliły, przykładowo, amerykańskie i radzieckie bombowce strategiczne, których całe floty, wyposażone w broń jądrową, utrzymywano w powietrzu 24h na dobę, 365 dni w roku, przez całe lata – aż do momentu przejęcia ich roli przez międzykontynentalne pociski rakietowe…? Aż trudno to sobie wyobrazić.

Nie wspominając o marynarce. Na krążowniku służy zazwyczaj kilkuset marynarzy, w tym kilkudziesięciu wysoko wykwalifikowanych oficerów. Pojedyncze tankowanie to nawet 3.500 ton paliwa – dwa 30-wagonowe pociągi. Wystarcza to na kilkunastodniowy rejs z umiarkowaną szybkością.

W takim kontekście Hummer H1 z jego nieco ponad 6-litrowym dieslem i 95-litrowym zbiornikiem paliwa zaczyna wyglądać nadzwyczaj rozsądnie. Nawet, jeśli przyjąć, że amerykańska armia użytkuje 230 tysięcy egzemplarzy…

Artykuł nie ma być jednak o Hummerze, a o Lamborghini.

***

W latach 70-tych, naznaczonych przez dwa kryzysy naftowe i generalną zmianę podejścia do wykorzystywania zasobów, zaczęto zadawać sobie pytanie, czy produkty w rodzaju supersamochodów mają w ogóle rację bytu. Firma Lamborghini zdała sobie sprawę, że jej egzystencja wisi na włosku i postanowiła zdywersyfikować działalność. Co jednak ciekawe, wcale nie poszła w kierunku samochodów oszczędnych: zamiast tego, postanowiła poszukać klienta, dla którego zasobożerność nie ma większego znaczenia, nawet w okresach kryzysów energetycznych. Czyli w pierwszej kolejności – armii.

Słyszeliście kiedyś o jakimś włoskim sprzęcie wojskowym, albo włoskich sukcesach militarnych…? No właśnie. Oczywiście nie ma co liczyć wyprawy faszystów do Etiopii (szturm czołgów na wojowników z włóczniami trudno nazwać triumfem) ani zwycięstw Włochów z jednego miasta nad innymi z sąsiedniego (w niezliczonych wojnach prowadzonych na całym półwyspie od średniowiecza do XIX wieku). W Austro-Węgrzech, do których należało kiedyś moje rodzinne miasto, krążył taki dowcip: „Po co istnieje włoska armia…?” „Po to, żeby nasi cesarsko-królewscy wojacy też mogli czasem komuś dokopać„. Bo legendarnie nieskuteczne wojsko Austro-Węgier (bardzo sugestywnie opisane np. w „C. K. Dezerterach„), jeśli w ogóle z kimkolwiek wygrywało, to jedynie z Włochami.

W Lamborghini chyba byli tego świadomi, bo całą konstrukcję wojskowego pojazdu po prostu zamówili w Ameryce. Czyli jednak, przeczucie nas nie myliło: tej sylwetki nie narysował Giugiaro, Bertone, Gandini ani „Pinin” Farina, tylko Jankesi. Z tym że tym razem jej kształt nie wynikał z niczyich fanaberii, a jedynie z funkcjonalnych wymagań klienta docelowego, to znaczy wojska. To, że ostatecznie auto znalazło inne zastosowania, to już osobna historia, do której przejdziemy później.

Pierwszy projekt sporządziła firma Mobility Technology International. Zrobiła przy tym coś bardzo nieładnego: w dużej części skopiowała prototyp XR311, który na początku lat 70-tych opracowała FMC Corporation. Produkt dla Lamborghini został nazwany Cheetah i przekazany do Włoch w 1977r. Miał poszycie z włókna szklanego, niezależne zawieszenie wszystkich kół, wyciągarkę w przedniej części karoserii i zamontowany z tyłu układ napędowy produkcji Chryslera: 5,9-litrową, 180-konną V8-mkę i trzybiegową przekładnię automatyczną. Całość mieściła kierowcę i czterech żołnierzy z pełnym ekwipunkiem.

Sylwetka Cheetah bardzo przypominała późniejszego Hummera, bo projekt odpowiadał tym samym założeniom i wymaganiom. Przykładowo, płaskie panele nadwozia miały ułatwić montaż płyt pancernych, ale brak drzwi i nadmierna masa stawiały pod znakiem zapytania militarną wartość projektu.

Foto: public domain

Faktycznie, jedyny egzemplarz Cheetah został zniszczony w czasie wojskowych testów, a w międzyczasie FMC Corporation zagroziła procesem o plagiat. Włosi nie dali za wygraną i cztery lata później zaprezentowali własne rozwinięcie konstrukcji, oznaczone LM001 (od Lamborghini Militari). Tym razem dodali prawdziwe drzwi i płócienny dach mający ułatwić żołnierzom strzelanie z karabinu maszynowego. Użyli też jednostki napędowej AMC (180 KM, 362 Nm) połączonej z dotychczasową skrzynią biegów Chryslera, przekazującą napęd stale na cztery koła. Ciekawostkę stanowiły ogromne wloty powietrza do komory silnika, widoczne za tylnymi drzwiami, oraz wentylowane hamulce tarczowe wzięte bez zmian z modelu Countach (były pod ręką, więc właściwie czemu nie…?). Prędkość maksymalna wynosiła 160 km/h. Model nie wszedł jednak do produkcji, bo inżynierowie nie potrafili nadać mu stabilności przy przyspieszaniu – nie pozwalało na to skoncentrowanie większości masy na tylnej osi.

Rozstaw osi 2.950 mm, wymiary 4.790 x 2.000 x 1.790 mm, masa 2.100 kg – całkiem porównywalnie z Hummerem

Foto: public domain

Foto: public domain

Foto: public domain

Nie było innej rady, jak przenieść silnik do przodu. A prócz tego – zastosować jakiś mocniejszy, bo nie najnowocześniejsze, amerykańskie V8 okazywało się ciut anemiczne. Jednym słowem: potrzebna była nowa rama, nowe zawieszenie, nowy silnik i nowe przeniesienie napędu. I jeszcze nowy układ kierowniczy ze wspomaganiem, którego nie wymagał lekki przód LM001. A jeśli już podchodzić do sprawy tak kompleksowo, to nie zaszkodzi przeprojektować przy okazji karoserii…

Prace potrwały 5 lat, lecz co ciekawe, składały się głównie z testów, bo pierwszy prototyp, nazwany LMA002 (A = anteriore – „przedni”), przedstawiono w Genewie już w 1982r. Jego wymiary nie różniły się od LM001, ale część paneli z włókna szklanego zastąpiono aluminiowymi (w dalszym ciągu dało się dołożyć płyty pancerne). Miejsce leniwego automatu Chryslera zajęła pięciobiegowa skrzynia ręczna ZF z hydraulicznym sprzęgłem i reduktorem, tym razem przekazująca moc na jedną lub dwie osie, poprzez trzy mechanizmy różnicowe z blokadami. Niezależne zawieszenie na nierównej długości wahaczach poprzecznych łamało konwencje ustalone w tym segmencie, ale zapewniało 30-centymetrowy prześwit i doskonałe własności terenowe. Olbrzymie opony Pirelli Scorpion, o konstrukcji wzmocnionej kevlarem, zaprojektowano specjalnie dla tego auta. Miały specyfikację 345/65 VR 17-11J i były dostępne w dwóch wariantach: drogowym i pustynnym. Oba umożliwiały awaryjną jazdę mimo całkowitej utraty ciśnienia (swoją drogą jestem ciekaw, czy dzisiaj da się takie opony kupić i za ile).

Silnik siedział oczywiście z przodu, a miał już nie osiem, a dwanaście cylindrów: chodziło o widlastą jednostkę chyba najdzikszego z ówczesnych supersamochodów – następcy legendarnej Miury, noszącego imię Lamborghini Countach QV. Miała ona 48 zaworów, cztery wałki rozrządu i 5,2 litra pojemności. Za zasilanie odpowiadało sześć gaźników Weber, moc wynosiła 450 KM przy 6.800 obrotach, a moment obrotowy – 500 Nm przy 4.500. Układ chłodzenia zwymiarowano tak, by wystarczył w największy upał na środku Sahary, bo to pustynia miała być podstawowym środowiskiem tego pojazdu. Producent chwalił się prędkością 210 km/h, chociaż w testach nikt nie przekroczył 190 – tyle samo rozwijał ówczesny, wolnossący Mercedes 300D, ale to raczej nie dziwi zważywszy na aerodynamikę auta i jego masę (w stanie gotowym do jazdy – około trzech ton). Do osiągnięcia 100 km/h potrzebne było 7,8 sekundy, a do zatrzymania się z tej prędkości – 45 metrów drogi. Czas pokonania ćwierci mili ze startu zatrzymanego wynosił 16 sekund, kilometra – 31 sekund. Zużycie paliwa podawano oficjalnie na 30 litrów na 100 km, w praktyce bywało nawet dwukrotnie wyższe. Producent chyba miał tego świadom, bo przewidział bak o pojemności 290 litrów (!!).

Istniała możliwość zamówienia 7,2-litrowej wersji dwunastocylindrowego silnika (420 KM, 600 Nm), pierwotnie przeznaczonej do napędu jachtów, która miałaby poprawiać osiągi nie do końca godne znaczka Lamborghini. Jednak nawet bez niego LM002 stanowiło najlepszą z homologowanych do użytku drogowego alternatyw dla czołgu.

Seryjna wersja zadebiutowała w Brukseli w 1986r., pod nazwą Lamborghini LM002. Szybko została ochrzczona „Rambo-Lambo„, bo w tamtym czasie nikt nie oferował niczego podobnie potężnego (sprzedaż cywilnego Hummera H1 rozpoczęto dopiero w 1992r.)

Foto: © Automobili Lamborghini S.p.A.

Foto: © Automobili Lamborghini S.p.A.

Foto: © Automobili Lamborghini S.p.A.

Kabina, zajmująca mniej niż połowę długości karoserii, mieściła tylko cztery osoby, lecz umieszczona za nią skrzynia w stylu pick-up umożliwiała przewiezienie kolejnych czterech (seryjnie montowano tam uchwyty dla broni ręcznej). Na indywidualne zamówienia fabryka oferowała inne zabudowy tyłu, a także opancerzenie według specyfikacji klienta.

Wersje cywilne dostały bardzo bogate wyposażenie wnętrza obejmujące klimatyzację, pełną elektrykę, najwyższej klasy zestaw stereo i wszystko inne, co potrafiła zaproponować motoryzacja lat 80-tych. Kremowa, pachnąca skóra i drewniana okleina deski rozdzielczej groteskowo kontrastowały ze spartańską, wyjątkowo grubo ciosaną stylistyką nadwozia, całkowicie pozbawioną krągłości (włącznie z łamanymi krawędziami wycięć błotników oraz płaską i prawie całkiem pionową szybą czołową).

Foto: http://www.autawp.ru/

Brakuje tylko kanciastej kierownicy i zegarów. Przepraszam – jeszcze normalnego przełącznika kierunkowskazów, bo zastosowany tutaj nie odbijał po skręcie. To, że nikt nie pomyślał o takim drobiazgu w superluksusowym aucie z 1986r. stanowi chyba najbardziej włoski akcent w całej konstrukcji.

Foto: http://www.autawp.ru/

Foto: http://www.autawp.ru/

Z tej perspektywy dobrze widać to, co przed kilkunastu laty zauważyłem w Hummerze: okropną ciasnotę miejsca kierowcy, w tym wąskiego, głębokiego fotela, przy naprawdę pokaźnych gabarytach karoserii. Tutaj nie chodziło jednak o przestronność, a o wykonanie zadania bojowego, a w wersji cywilnej – o zamanifestowanie statusu samca alfa w sposób, na jaki stać było niemal wyłącznie naftowych szejków.

Foto: http://www.autawp.ru/

Trójramienna kierownica Nardi była mniejsza niż w aucie amerykańskim, ale testerzy i tak narzekali, że ledwie mieściła się między kolanami. Kolejna różnica to ręczna zmiana biegów, której zdecydowanie nie ułatwiało położenie dźwigni pracującej tak jak w Countachu (jedynka do siebie i do tyłu): włączenie wyższych biegów wymagało oderwania pleców od oparcia i pochylenia całego tułowia. Pozostałych elementów też raczej nie rozmieszczali specjaliści od ergonomii.

Foto: http://www.autawp.ru/

Dziennikarskie testy od lat powtarzają te same opinie. Donośny gang potężnej V12-tki i czerwone pole obrotomierza zaczynające się dopiero od liczby 7.000 nie idą w parze z dostojnym przyspieszeniem ze startu zatrzymanego – dopiero powyżej 5.000 w silniku dzikiego Countacha budzi się lwi pazur (w Lamborghini powinien być chyba byczy, ale byki pazurów nie mają). Bardzo powolne przełożenie i silne wspomaganie układu kierowniczego przywodzą na myśl największe ciężarówki. O dziwo, znacznie lepsze wrażenie robią hamulce, mimo że w wydaniu seryjnym zastosowano mieszany układ tarczowo-bębnowy (z rzadkim jeszcze wtedy ABS-em).

Całkowicie ręcznie składany samochód wszedł na rynek z ceną 126 tys. dolarów netto. Za tę kwotę można było kupić cztery Range Rovery lub tyle samo Chevroletów Corvette. Podstawowym rynkiem były oczywiście kraje arabskie: 40 sztuk zamówiła armia saudyjska, Muammar Kaddafi dla swojego wojska kupił ponoć 100 sztuk, ale siły zbrojne innych krajów nie wyraziły zainteresowania – między innymi z uwagi na stopień skomplikowania konstrukcji i wymagania serwisowe (wyobrażacie sobie regulowanie i synchronizowanie sześciu gaźników w warunkach frontowych…?). Większość produkcji kupiły osoby prywatne: pierwszy egzemplarz trafił do króla Maroka, Hassana, kolejne – między innymi do księcia Monaco, Rainiera III, mistrza świata Formuły 1, Keke Rosberga, a także Sylvestra Stallone, co legitymizowało przydomek „Rambo-Lambo„. Do 1993r. wyprodukowano około 300 aut (źródła różnią się co do dokładnej liczby). Większość znalazła się na Bliskim Wschodzie, we flotach naftowych szejków i plemiennych watażków, na których model robił piorunujące wrażenie swoim rozmachem, stężeniem testosteronu, a także rewelacyjnymi własnościami w warunkach pustynnych. Przynajmniej jedną sztukę posiadał niesławny syn Saddama Husseina, imieniem Udaj: jego egzemplarz, zdobyty w 2004r. przez wojska amerykańskie, został zniszczony w kontrolowanej eksplozji mającej zasymulować terrorystyczny atak z użyciem samochodu-pułapki.

Sułtan Brunei, Hassanal Bolkiah, zamówił sobie wersję kombi z podniesioną i przedłużoną linią dachu oraz lodówką, kranem z bieżącą wodą i telewizorem w kabinie

Foto: Detectandpreserve, Licencja CC

W późniejszym okresie powstały dwa projekty następcy najpotężniejszego Lamborghini w historii. LM003 miał być skierowany do klientów zwracających większą uwagę na zużycie paliwa – jako napęd służył mu 5-cylindrowy, 3,6-litrowy diesel firmy VM o mocy 150 KM, jednak z uwagi na fatalne osiągi projekt szybko zarzucono. LM004 celował w miłośników iście orientalnego przepychu – z jeszcze bogatszym wyposażeniem i wystrojem wnętrza oraz seryjną, 7,2-litrową V12-tką przebijał LM002 pod każdym względem, lecz i tutaj skończyło się na pojedynczym prototypie. Z kolei w 1988r. została przygotowana specjalna, wzmocniona do 600 KM wersja rajdowa, która miała pojechać w rajdzie Paryż-Dakar, z samym Sandro Munarim za kierownicą. Prace doprowadzono do końca, ale start nie odbył się z powodu cięć budżetowych producenta.

W 1992r. na rynku pojawił się Hummer H1 – pojazd o podobnych gabarytach i własnościach terenowych i jeszcze bardziej męskim wizerunku, ale też znacznie skromniejszym, dieslowskim napędzie, bez pierwiastka luksusu ani prestiżu włoskiej super-marki. Zaraz potem ukazała się pożegnalna, limitowana seria 60 sztuk „Rambo-Lambo„, oznaczona LM/American, z chromowanymi zderzakami i felgami OZ.

Kolejną produkcyjną terenówkę Lamborghini przedstawiono dopiero miesiąc temu – po 25 latach przerwy. Tym razem producent obiecuje podwójne doładowanie, 650 KM, 305 km/h, 3,6 sekundy do setki i pneumatyczne zawieszenie z pięcioma trybami jazdy (szutrowym, pustynnym, zimowym, asfaltowym i wyścigowym), a do tego wnętrze z systemem multimedialnym, wyglądające na żywcem wyjęte z któregoś czterodrzwiowego coupé z czterema pierścieniami na masce. Nie mam pojęcia, czy tak jest bardziej prestiżowo, ale nowemu Urusowi (tak właśnie nazywa się to cudo – Urus bez „S”, jak Psikuta z „Chłopaki nie płaczą„) z całą pewnością nikt nie nada imienia Rambo, trudno jest mi też sobie wyobrazić, żeby pożądali go szejkowie z Półwyspu Arabskiego. Ja sam, gdybym miał kiedyś wybrać się w tamte strony, zdecydowanie wolałbym LM002 – również dlatego, że na pustyni bardziej ufałbym jego technice. Nawet, jeśli pochodziła z Włoch.

Share Button
Tagi: ,
97 comments on “PERSPEKTYWA INSIDERSKA: RAMBO-LAMBO
  1. wojluk napisał(a):

    Ciekawostka: Statystycznie najwięcej dni słonecznych w roku jest w Sankt Petersburgu.
    A Lambo przepoteżne. Nie dziwię się, że kupowali go pustynni królowie, bo jak jeździć tym po wąskich europejskich drogach w czasach zaraz po kryzysie naftowym?

    • ndv napisał(a):

      A właśnie mi się skojarzyło z tymi wąskimi drogami (tylko nie pamiętam czy chodziło o Humvee czy GAZa na bliźniakach) „walić jazdę w koleinach – on się między drzewami nie mieścił” 😉

    • SzK napisał(a):

      Nie tak całkiem zaraz po kryzysie – 1986r. to już 7 lat po rewolucji w Iranie, ropa była już wtedy całkiem tania, a dwa lata później zaczęła się amerykańsko-saudyjska akcja ze zwiększeniem wydobycia, by rozłożyć ekonomicznie ZSRR. Wtedy ceny ropy były rekordowo niskie.

      • wojluk napisał(a):

        Dzięki za informację. Moje pojęcie o rynku ropy naftowej jest bardzo ogólne.

  2. kierowca bombowca napisał(a):

    Co do Hummera ( wersji H2 ) miałem podobne wrażenie – jak na olbrzymie gabaryty w środku jest ciasno – zarówno jeśli chodzi o przestrzeń na nogi jak i wysokość ( a jestem raczej niskiego wzrostu ). Za to na szerokość nie można narzekać. Same fotele – bardzo wygodne. Widoczność do przodu – jak na osobówkę fatalna. W mieście trzeba uważać, żeby kogoś nie przejechać. Na szczęście gabaryty, ryk silnika i żarówiasty żółty kolor z daleka ostrzegały przed niebezpieczeństwem. Auto posiada szef mojego brata – chciał go nawet sprzedać, ale nie znalazł się kupiec. Służy teraz do odśnieżania działki.

    Co do włoskiego sprzętu wojskowego – trochę producentów sprzętu jednak posiadają, choć może nie są oni znani tak bardzo jak amerykańscy, rosyjscy czy angielscy. Ale o pistoletach Beretta pewnie niektórzy słyszeli, a jeszcze innym kotły tej firmy grzeją w domu wodę 🙂

    • ndv napisał(a):

      W tam Barretta (to taki Chevrolet?), OTO Melara robi chyba jedną z najpopularniejszych morskich armat, jakieś helikoptery też robili (Agusta jest teraz chyba częścią Eurocoptera), z rakietami też coś robią, z tym że u nas powszechnie znany jest sprzęt amerykański i radziecki.

      • SzK napisał(a):

        Znany jest też izraelski, brytyjski, francuski, nawet szwedzki… Agusta nie jest przypadkiem częścia jekiegoś konsorcjum międzynarodowego…? A o Beretcie faktycznie zapomniałem.

      • SMKA napisał(a):

        @ndv, czy Twoje „Barretta” to tak zwany żarcik? Bo jeśli tak, to faktycznie, dość zabawny i ukryty dla osób mniej śledzących rozwój uzbrojenia. Ot, po prostu firma Barrett (dwa „r” i dwa „t”) to zupełnie inna firma niż Beretta 😉 Dodam że nie piszę tego złośliwie (tutaj zakładam 10% szans na to że Twój wpis to nie był żarcik i faktycznie się pomyliłeś).

      • ndv napisał(a):

        Niezamierzone, ale faktycznie wyszło ciekawie 🙂

      • Hshan napisał(a):

        Ciekawostka odnośnie Beretty – z tego co mi wiadomo jest najstarszą na świecie firmą, która zrobiła jakieś auto 🙂 W 1948 roku stworzyli małe prototypowe wozidło (http://www.beretta.com/en/world-of-beretta/car-collection/ – tylko tu znalazłem jakieś informacje), a sama firma powstała mniej więcej w początkach XVI wieku (pierwsza wzmianka jest z 1526 roku), a oficjalnie została założona w 1680 r. – a przynajmniej tak twierdzi polska Wiki, więc jeśli to nieprawda to proszę o korektę tutejszych znawców tematów broni 🙂

    • Andrzej napisał(a):

      M-346 o czymś takim słyszałeś, dla ułatwienia tak z rok temu 12 sztuk do nas przyleciało.

  3. Przemo napisał(a):

    Chciałem napisać komentarz zaczynając od „Brawo!”; ale to zdecydowanie za mało. Po prostu brak mi słów, więc Brawo!

  4. Krzyś napisał(a):

    Przypomniała mi się anegdota jak z moim tatą pierwszy raz zobaczyliśmy Hummera H1 na żywo. To było w drugiej połowie lat 90tych w Polsce. O Hummerze oczywiście wówczas słyszałem i znałem ten model ale miałem małą wiedzę na temat jego danych technicznych. Z tatą zastanawialiśmy się, ile tam mieści się osób. Ja obstawiałem 6 a mój tata twierdził, że auto jest takie szerokie że chyba nawet 7 albo 8 się zmieści (w dwóch rzędach). To były wakacje więc ciężko było znaleźć w sklepach katalog „Samochody Świata” więc z niecierpliwością czekałem do jesieni, gdy ukazał się nowy katalog (epoka była przedinternetowa). Informację, że Hummer ma 4 (słownie cztery) miejsca odczytaliśmy początkowo jako pomyłkę. Jak zobaczyłem zdjęcia wnętrza to wydawało mi się wówczas niemal barbarzyństwem, że tyle przestrzeni można „zmarnować” na tunel środkowy…

    A samo Lamborghini LM002 znałem z gry Stunts, którą Autor już opisywał na tej stronie 😉 Jak ja nim nie lubiłem jeździć w tej grze!

  5. SMKA napisał(a):

    Ja się dołączę do swego rodzaju krytyki stwierdzenia „Słyszeliście kiedyś o jakimś włoskim sprzęcie wojskowym, albo włoskich sukcesach militarnych…? No właśnie”. Za przeproszeniem, bez jaj, o firmie Beretta słyszeli nie tylko miłośnicy wojskowości, ale też pewnie miłośnicy gier komputerowych, filmów akcji (Zabójcza broń choćby), czy miłośnicy amerykańskich sił zbrojnych (zgadnij czym tak naprawdę jest pistolet M9 Szczepanie 😉 ). Ta firma to chyba jeden z najbardziej znanych producentów broni strzeleckiej. Więc, w moich oczach, kula w płot Szczepanie.

    A co do czołgów, podobno podczas IIwś gąsienice Shermanów wytrzymywały około 4000 kilometrów, a Stuartów 10 000… ale z drugiej strony, wozy amerykańskie z tego okresu to był raczej wyjątek pod względem niezawodności i trwałości układu napędowego- reszta wypadała pod tym względem gorzej, albo wręcz znacznie gorzej. Ergo, jako miłośnik sprzętu wojskowego przyznaję że zakup i eksploatacja sprzętu wojskowego to droga „zabawa”. Z drugiej strony, spotkałem się z opinią że tak wysokie ceny może i zniechęcają do jakichś potężnych wojen w stylu „silni kontra silni”.

    • SzK napisał(a):

      Dzięki za uwagi, jak już wspominałem, o Beretcie zapomniałem. A to, że koszty i potencjalne skutki wojny sa głównym czynnikiem demotywujacym do jej wszczynania, to oczywiście czysta prawda. Wyłacznie z tego powodu zimna Wojna nie przerodziła się w wojnę goraca.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        Ariete też chyba nie najgorszy?

      • SMKA napisał(a):

        Tutaj dodam że Beretta to nie wyjątek od reguły- takie firmy jak Franchi, Benelli, choć mniej znane laikom, to mam wrażenie że są dobrze znane w środowisku miłośników broni. Podobnie OTO Melara (wspomniana już w komentarzach powyżej) znana jest miłośnikom okrętów (a konkretnie ich uzbrojenia) czy choćby ludziom którzy śledzili wprowadzanie do uzbrojenia polskiej armii transportera opancerzonego Rosomak.

    • Maliszep napisał(a):

      Hmmm

      To zdanie: „Słyszeliście kiedyś o jakimś włoskim sprzęcie wojskowym, albo włoskich sukcesach militarnych…?”… Tylko czekalem az komentarz napisze SMKA 🙂
      Ja z mojej strony dodam, ze wlosi produkowali naptade dobre samoloty. Zarowno mysliwskie jak i bombowe. Fiat, Macchi, Reggiane… Ten sprzet nie ustepowal sprzetowi niemieckiemu czy angielskiemu.
      Tak wiec… Jakby nie patrzec, strzal w stope 🙂

      A wracajac do samego lambo… dla mnie od szczeniecych lat byl to jeden z najbrzydszych samochodow swiata. Dopiero po latach jego brzydota zostala przebita przez Ssangyonga czy Multiple.
      Choc ta druga ostatnio nawet zaczela mi sie podobac 😉

  6. LONT napisał(a):

    Opony do LM002 są osiągalne, nawet jako nowe – cena pewnie kosmos. W grudniu był na aukcji egzemplarz z nowymi oponami (http://gielda.klasykami.pl/lamborghini-lm002-lmamerican-usa/). Z ciekawości wszedłem na Allegro i puf – znalazł się komplet używanych za 6000zł. Ciekawe czy oryginalne… (http://allegro.pl/opony-jeep-pirelli-scorpion-345-60vr17-lambo-lm002-i5034433644.html)

    • SzK napisał(a):

      To jest potweirdzenie słów Złomnika, że na Allegro mozna znaleźć wszystko… ciekawe, gdzie sprzedawca te opony dorwał, i kto je teraz kupi…

  7. SMKA napisał(a):

    Co do wymiarów wnętrza- w sumie poruszono ten temat w jednej z fajniejszych książek o motoryzacji jakie czytałem, konkretnie w książce „Rozwój formy samochodu” niejakiego Meisnera. Książka ta to spojrzenia na samochód okiem nie inżyniera, ale architekta. Zawiera trochę uproszczeń, półprawd, ale i tak jest świetna. Autor między innymi daje do zrozumienia że kiedyś (tzn, książka jest z wczesnych lat 70., więc owe kiedyś to okres mocno międzywojenny) duży samochód miał wszystko wyraźnie większe od małego (okna, reflektory, drzwi, kierownicę), podczas gdy później duży samochód miał dużo większą komorę silnikową, dużo większy bagażnik, ale już miał jedynie nieznacznie mniejszą kabinę pasażerską. No dobra, może nie tyle nieznacznie, co dysproporcje nie były tak duże jak w przypadku komory silnikowej i bagażnika. Ot, samochody stały się mechaniczne dojrzalsze, to i można było trochę uwagi poświęcić ergonomii- a kierowca samochodu małego potrzebuje do sensownej pracy (praca jako kierowanie samochodem) podobną ilość miejsca co kierowca samochodu dużego.

    • SzK napisał(a):

      Zgadza się, że ilość miejsca „potrzebnego” kierowcy nie różni się pomiędzy różnymi samochodami, ale właśnie po to dopłaca się za luksusowy produkt, żeby wszystkiego mieć więcej. Maluchem możesz dojechać wszędzie, gdzie chcesz, ale z jakiegoś powodu kupuje go niewielu ludzi, których stać na coś lepszego – bo taka jest ludzka natura, że lubimy komfort i w ogóle rzeczy fajne, nawet jeśli przeżylibyśmy używajac mniej fajnych. Dlatego właśnie dziwi mnie, że w aucie za 126 tys $ było tak ciasno. Zastanawiam się tylko, czy przypadkiem nie istniały jakieś ograniczenia techniczne (np. po co taki gigantyczny tunel…?), bo być może nie jest to przypadek, że Lamborghini i Hummer sa tak podobne do siebie,

      • gumi napisał(a):

        Hummer i Lambo są podobne bo projektowano je wg. wytcznych tego samego przetargu, nie wiem czy go upubliczniono ale jak auto miało mieć prześwit ponad 16 cali, wysokość do 6 stóp (co by pasowało) ładowność pozwalająca na montaż opancerzenia (2500 funtów) i kąt rampowy 40stopni (!) to nie dało się zrobić inaczej jak cały napęd (i ramę) schować w tunelu centralnym(o szerokość nie chodziło, Abramsa się puści przodem…)

      • SzK napisał(a):

        To chyba wyjaśnia sprawę. Dzięki!!

      • kierowca bombowca napisał(a):

        @gumi – to by wyjaśniało, dlaczego Hummer H2 wydał mi się w środku bardzo niski jak na swoją ogólną wysokość.

      • SMKA napisał(a):

        Gdzieś kiedyś czytałem że HMMWV (czyli wojskowe coś co u nas znane jest jako Hummer 😉 ) miało mieć taki a nie inny rozstaw kół, aby „pasował” on do kolein tworzonych przez czołgi. Jednak nie wiem ile w tym prawdy.

      • SzK napisał(a):

        Hummer to handlowa marka wersji cywilnej, wojskowa potocznie nazywa się Humvee (co jest uproszczeniem właśnie tego skrótu, który podałeś).

        Rozstaw kół wynosi w tym aucie 71.6 cala. Co do czołgów, to nie wiem, ale być może Ty się orientujesz?

      • SMKA napisał(a):

        Cóż, z pamięci ne byłem w stanie podać wymiarów Abramsa, ale sprawdziłem i wychodzi na to że „rozstaw gąsienic” (nawet ta „wewnętrzna”, będąca zbliżoną do szerokości dolnej części kadłuba) jest większa niż rozstaw kół HMMWV. W sumie mogłem się domyślić że coś tu jest nie tak- HMMWV jest szeroki, ale nie aż tak jak czołg. No chyba że w tych wymaganiach chodziło o to aby HMMWV mieścił się pomiędzy tymi koleinami… ale stawiam że po prostu ktoś napisał coś niezgodnego ze stanem faktycznym.

      • truten23 napisał(a):

        Kiedyś gdzieś czytałem opracowanie nt. Hmmwv. I wg. niego, miał wytrzymać wybuch miny przeciw-piechotnej bez szwanku dla załogi.
        Zapewne dlatego ten tunel środkowy jest tak duży, żeby zachować sztywność karoserii.

    • Krzyś napisał(a):

      SMKA – oczywiście zgoda, że kierowca potrzebuje w przybliżeniu podobnej ilości miejsca. Ale w tym Lamborghini (czy w Hummerze) w miejscu tego gigantycznego tunelu środkowego swobodnie zmieściłoby się pełnowymiarowe miejsce dla pasażera. Zakładam jednak, że dla projektantów to nie był priorytet a ten tunel też nie jest wynikiem jakiegoś widzimisię projektanta a ma za zadanie np. zwiększyć sztywność, pomieścić przeniesienie napędu, być podstawą pod karabin itd.

    • SMKA napisał(a):

      Oczywiście, pewnie macie rację że Hummer faktycznie jest ciasny jak na swoje wymiary (czy wręcz ciasny w ogóle)- pisałem tak ogólnie o tendencji. Swoją drogą, nastąpił drobny błąd, miało być „później duży samochód miał dużo większą komorę silnikową, dużo większy bagażnik, ale już miał jedynie nieznacznie większą kabinę pasażerską” (w oryginale był „mniejszą kabinę pasażerską”).

  8. Robur napisał(a):

    W sprawie absurdalnych wielkości- dawno temu Wyższa Szkoła Pożarnicza w KRK dostała, z okazji wizyty Papieża dostała karetkę pogotowia, na podwoziu Forda. Miało to silnik chyba 8 litrów, i amerykański apetyt. Czyli strażacy cmokali z podziwu że wszędzie toto wjedzie i się nie spoci, ale nie było ich specjalnie stać na to, żeby to żywić 🙂

  9. Jerzy napisał(a):

    Mam wrażenie, że OTO MELARA Gorgona powstała w tym samym wg tych samych założeń projektowych co LM 001 – jakieś powiązanie między tymi projektami?

    • Krzyś napisał(a):

      Tutaj jest szerszy opis Gorgony: http://www.poznajemysamochody.pl/index.php/2017/01/19/gorgona-postac-z-mitologii-greckiej/
      Z tego wynika, że Gorgona jest późniejsza niż Cheetah. Swoją drogą ta Gorgona jest moim zdaniem spójniejsza i ładniejsza niż LM 001, który ma te rozczulające przednie reflektory z poliftingowego Fiata Mirafiori wstawione na sztukę…

      • SMKA napisał(a):

        Widzę jednak pewne różnice. HMMWV i LM002, z tego co pamiętam, w standardzie nie są opancerzone (choć i tak pewnie lepiej nadają się do opancerzenia niż M151, Willys Jeep, czy choćby UAZ). Gorgona chyba już w standardzie była pojazdem pancernym. No i Gorgona pływa- HMMWV i LM002 raczej nie pływają w swoich zwykłych wersjach. Ogólnie rzecz ujmując, Gorgona kojarzy mi się z niewielkim pojazdem pancernym (już silnik z tyłu przy napędzie na cztery koła to cecha częściej spotykana w samochodach pancernych niż w zwykłych „terenówkach”, vide BRDM-2), a HMMWV i LM002 bardziej kojarzą mi się z potężnym samochodem osobowo terenowym. Ot, upraszczając, Gorgona to w moich oczach zminiaturyzowany BRDM-2, a HMMWV i LM002 to Willys Jeep na diecie złożonej ze sterydów 🙂

  10. Aleksander napisał(a):

    No i różnorodności stało się zadość 😉 Po artykułach o Fordzie, Skodzie, brazylijskich dziwadłach i elektrycznym Fiacie w końcu coś absurdalnie mocnego, wielkiego i drogiego.

    LM002 widziałem parę razy, choć nigdy na drodze. Po raz pierwszy w berlińskim Classic Remise (przyjemne miejsce – garaż, komis i niezależne warsztaty w jednym, do tego cisza i spokój. Człowiek ma wrażenie, że jest są na sam z setkami klasyków, które można swobodnie oglądać z każdej strony). Szczerze mówiąc wygląd zewnętrzny, szerokość opon, rozmiar i kształt wlotów powietrza, oraz ogólna wielkość robią takie wrażenie, że chyba nawet ani razu nie zajrzałem do środka Rambo Lambo. Myślę, że zapamiętałbym tak dziwnie ułożony lewarek zmiany biegów.

    Co do Hummera H1,to ciekawe jaką ma prędkość podróżną, czy ma klimatyzację i jak głośno jest w trasie. Zastanawiam się, bo kiedyś widziałem H1 na holenderskich tablicach w Chorwacji, to musiałabyć męcząca podróż 😉

  11. marian601 napisał(a):

    nie wiem jakim cudem, ale takie czerwone LM002 stało na autohandlu w świętym wojciechu (gdańsk) w okolicach roku 1991-1992. wyglądało imponująco, ale silnik był w częściach. to musiała być ciekawa historia… smartfonów wtedy nie było, więc zdjęcia dowodowego nie posiadam…

  12. Fabrykant napisał(a):

    Tak, z tym najbrzydszym samochodem świata to się zgadzam. Ale i tak fajny. Zabawka dla dużych chłopców. Czyżby odejście Hummerów i LM002 na rzecz multiinterfejsowych hybrydowych i prestiżowych Urusów mówiło nam że wojny są w naszej części świata nieco passe? Czy to tylko się tak wydaje?

    Oprócz Beretty znane mi są także wojskowe ciężarówki OM, aktualnie sprzedane do Iveco.

    Co do Beretty to zacytuję z pamięci film „Dorwać Małego” i Gene Hackmana:
    „Czym ty we mnie celujesz? Beretta?? Fiat wśród pistoletów! Strzela tylko wtedy kiedy nie powinien”.
    Akcja filmu jednak dowodzi mylności tego stwierdzenia.

    • SzK napisał(a):

      Mnie się wydaje, że dużym chłopcom zmieniły się po prostu wzorce: oni teraz nie chcą być Rambo, tylko pseudo-lumberjackami z przystrzyżoną i zafarbowaną brodą. Steki zastąpili bezglutenowymi pierożkami z jarmużem, a Martini z wódką – wegańskim latte. Z drugiej strony zastanawiam się jednak, czy to na pewno oni są targetem Lamborghini…? Dlatego sam już nie wiem.

      • SMKA napisał(a):

        A co tam, zaryzykuję mocne stwierdzenie- mnie się wydaje Szczepanie że kolejny raz piszesz tezy ekstremalne mocno naciągane. Nie chcą być jak Rambo? To skąd ta popularność pierwszoosobowych strzelanek (tak zwanych FPS-ów)? Albo takich zabaw jak Air Soft Gun? Nie tylko zresztą w Polsce, ale też na zachodzie? Swoją drogą, czy oryginalny, faktyczne zbliżony do pojazdu wojskowego, Hummer H1, kiedykolwiek sprzedawał się dobrze? Bo to że LM002 nigdy dobrze się nie sprzedawał spokojnie można jak dla mnie założyć.

      • SzK napisał(a):

        Rambo jest niepoprawny politycznie. Dzisiaj jakakolwiek siła jest bee, nie wolno jej manifestować, nawet w dobrej sprawie, a co dopiero dla samego demonstrowania. W Skandynawii policja nie nosi na stałe broni, a kobietom zaleca się, żeby jako ochronę przed przemoca nosiły bransoletki z napisem „RESPECT”, zamiast pozamykać bandytów tam, gdzie ich miejsce. Ludzie traca instynkty obrony i jakiejkolwiek walki, bo żyje im się wygodnie. To skutek uboczny tego, co zapowiadał Henry Ford – utraty wojowniczości. To pozytywne zjawisko, że zanika agresja, ale niestety zanika nie wszędzie – i ci, którym zanikła, nie potrafia się obronić.

        Oczywiście, można się ze mna nie zgadzać, to tylko moje zdanie.

      • SMKA napisał(a):

        „Dzisiaj jakakolwiek siła jest bee, nie wolno jej manifestować, nawet w dobrej sprawie, a co dopiero dla samego demonstrowania”- doprawdy? No to ponownie, skąd popularność pierwszoosobowych strzelanek? Skąd popularność takich zabaw jak Air Soft Gun (wiem, termin oryginalnie odnoszący się do samych replik, ale stosowany też często do rozgrywek airsoftowych)? Popularność grup rekonstrukcyjnych też z tego co wiem jest większa niż kilkadziesiąt lat temu (również na zachodzie). Kolekcjonerów sprzętu wojskowego też raczej nie ubywa (gdyby ubywało, to wszelkiego rodzaju pojazdy pancerne taniały by, a z tego co widzę to raczej… drożeją). A co do broni i policji- Skandynawia to nie cały zachód. Powiedział bym że to właśnie dzisiaj bardziej patrzy się na siłę ognia policjanta, niż kiedyś. Wiele lat temu bronią krótką stróżów prawa często były pistolety/rewolwery na naprawdę rachityczne naboje. Dzisiaj mam wrażenie że „najsłabszym” nabojem który się naprawdę liczy jest 9 mm Parabellum- również w Europie. Podobnie z antyterrorystami- wiele lat temu taki „wymysł” jak świetnie wyszkoleni policjanci z kamizelkami kuloodpornymi, hełmami, pistoletami maszynowymi/karabinkami automatycznymi, nie występował na tak szeroką skalę jak dzisiaj. Obecnie nawet we względnie bezpiecznych państwach antyterroryści istnieją.

        A co do Twojego „zamiast pozamykać bandytów tam, gdzie ich miejsce”- można zarówno zalecać noszenie bransoletek, a jednocześnie zamykać bandziorów, jak i można nie zalecać noszenia bransoletek, a jednocześnie nie zamykać bandziorów. To są sprawy rozłączne (pomijam że w moich oczach pomysł z bransoletkami jest „lekkopółśmieszny”).

        Swoją drogą, taki ten Rambo niepoprawny politycznie, a w 2008 roku, tak więc w czasach całkiem współczesnych, wyszedł kolejny film z tej serii.

      • SMKA napisał(a):

        Postanowiłem sprawdzić to co napisałeś odnośnie Skandynawii- a konkretnie „W Skandynawii policja nie nosi na stałe broni”. Jak na razie słabo Twoja teza wygląda w konfrontacji z praktyką. Norwegia jeszcze się jakoś broni odnośnie Twojego stwierdzenia, ale z tego co znalazłem na Wikipedii- „Norwegian police officers do not carry firearms, but keep their Heckler & Koch MP5 submachine guns and Heckler & Koch P30 pistols locked down in the patrol cars”. No, nie wiem jak dla Ciebie, ale pistolet maszynowy w radiowozie to nie takie całkiem rozbrojenie. Dania- „Since 1965 all Danish police officers carry a police pistol when performing their duties”. To chyba znaczy że normalnie noszą pistolety w kaburze jak idą na służbę. Szwecja- „The Swedish Police Authority always carry firearms when on public duty”. Cóż, jeśli te cytaty zawierają prawdę, to jedynie część Skandynawii to państwo (specjalnie liczba pojedyncza) gdzie policjanci nie mają pistoletów/rewolwerów przy ciele podczas służby (ale mają peem w samochodzie…). Reszta to państwa gdzie jest inaczej. Ba, z tego co zrozumiałem w Danii przed 1965 nie zawsze nosili broń, a od tego czasu noszą. Czyli tendencja nie „rozbrajamy”, lecz tendencja „uzbrajamy”. Tak, wiem, to tylko Wikipedia, ale uważam ją za niezłą na początek poszukiwać (szczególnie anglojęzyczną). https://en.wikipedia.org/wiki/Police_firearm_use_by_country

      • SzK napisał(a):

        Tak, moja informacja dotyczyła Norwegii i faktycznie mogła być niepełna – dzięki za uzupełnienie.

        Co do Rambo – może i powstał 10 lat temu jakiś film, ale zwróć uwagę, ile podobnych filmów kręcono lat temu 30, 50, 70, a ile dziś. Wzorce naprawdę się zmianiaja i obecnie klasyczny macho w ogromnej większości przypadków jest antybohaterem, a nie bohaterem. Dlatego zreszta zaprzestano produkcji Hummera – nim po prostu wstyd było jeździć, nie tylko z powodów ekologicznych (on jego turbodiesel wcale nie był jakiś szczególnie paliwożerny na tle amerykańskich mega-SUVów i mega-pickupów), tylko właśnie wizerunkowych. Sam Schwarzenegger przesiadł się z Hummera na pojazdy elektryczne – dokładnie o takich przemianach pisałem w komentarzu.

      • SMKA napisał(a):

        Twoja informacja była (z tego co wynika) MOCNO niepełna- przynajmniej ja, gdybym woził w bagażniku BX-a, dajmy na to, Pepeszę, to nie uznał bym się za człowieka rozbrojonego. No i w takiej Danii sytuacja chyba była odwrotna- najpierw nie zawsze nosili broń, później noszą (tak przynajmniej zrozumiałem w „wikipedycznego” cytatu). A Dania to z tego co wiem też Skandynawia.

        A co do Rambo- jak dla mnie okres popularności takich filmów nie istnieje w kinematografii „od zawsze”. Powiedział bym że przed pierwszym Rambo takie filmy akcji zbyt popularne nie były. Zresztą, mam wrażenie że to właśnie dzisiaj przemoc w filmach i grach komputerowych prędzej przejdzie niż kiedyś. Uważam że w filmach z lat 50. i 60. przemoc była w kinematografii mniej „dosadna” niż dzisiaj (pomijam czy to dobrze, czy nie, to temat na oddzielną dyskusję).

      • SzK napisał(a):

        Wcześniej były jeszcze westerny. To jest ten sam archetyp, tylko osadzony w innych realiach. Oczywiście, przemoc pokazywano mniej dosłownie, ale była ona normalnym środkiem do celu, zaróno szlachetnego jaki i niecnego, a nie domena czarnych charakterów wykorzystywana wyłacznie do czynienia zła.

      • SMKA napisał(a):

        No właśnie- jak dla mnie obecnie nie ma wcale w tworach popkultury sytuacji gdzie przemoc jest wyłącznie domeną czarnych charakterów, wykorzystywaną wyłącznie do czynienia zła. Już choćby popularność pierwszoosobowych strzelanek przeczy Twojej tezie- w nich przemoc to praktycznie nieodłączny element, ale jakoś są popularne, wręcz powiedział bym że to jeden z najbardziej popularnych gatunków gier komputerowych.

        A co do Hummera- ponownie, czy kiedykolwiek on się dobrze sprzedawał? Bo jeśli jego sprzedaż zawsze była słaba, to trudno uznać aby to zmiany społeczne spowodowały koniec produkcji. Zresztą, blisko spokrewniony z pojazdem wojskowym był chyba jedynie H1.

      • SMKA napisał(a):

        Jeszcze odnośnie policji- kilka dotarłem do kilku informacji odnośnie których mam mało pewności co do prawdziwości.

        -rzekomo szwedzcy policjanci też uzbrojeni są standardowo dopiero od 1965 roku. Jeśli to prawda, to i w Szwecji mamy tendencję do dozbrajania, a nie rozbrajania policji.

        -rzekomo w 1965 roku w jednej strzelaninie zginęło czterech duńskich policjantów. Ta data koresponduje w moich oczach z rokiem 1965 jako tym od kiedy zaczęto uzbrajać standardowo policjantów.

        -rzekomo przed rokiem 2000 standardową bronią duńskich policjantów był Walther PPK na nabój 7,62×17 SR mm. Potem wprowadzono pistolet HK USP na nabój 9 mm Parabellum. Czyli wzrost siły ognia (silniejszy nabój i dwurzędowy magazynek).

        Nie wiem ile w tym wszystkim prawdy, ale jeśli te informacje są prawdziwe, to Twoja teza odnośnie nie noszenia broni przez policjantów w Skandynawii wygląda jeszcze słabiej niż na początku.

      • SzK napisał(a):

        Już pisałem, że chodziło mi o Norwegię – tak dokładnie, to czytałem o tym przy okazji ataku Breivika – podobno on szalał przez tyle czasu, bo policja nie miała przy sobie broni i trzeba było sprowadzić antyterrorystów helikopterem. Ty znalazłeś, że oni broń mają w radiowozach – to lepiej niż wcale, ale oczywiście wszystko zależy od tego, jak daleko policjant odchodzi od radiowozu 🙂 (przypomina mi się słynna scena szturmu hotelu z „Psów”: „Nie mam broni!! Nie mam k… broni!! Jest u rusznikarza!!”)

      • SMKA napisał(a):

        No i jeszcze coś (kolejny komentarz pod komentarzem, wiem że to słabo wygląda)- choć jestem miłośnikiem sprzętu wojskowego, to Hummera H2 bądź H3 nie kupił bym. Nie będę ukrywał że pojazdy te kojarzą mi się nie z wojskowością czy dzielnością w terenie, lecz ze „szpanem” w kiepskim guście…

      • SzK napisał(a):

        H2 i H3 to próba złagodzenia brutalnego image’u marki, dość zresztą niefortunna. I nic dziwnego, bo próby ostudzenia ognia albo upieczenia lodu nigdy nie kończą się dobrze.

      • ndv napisał(a):

        Wiesz, żeby być Rambo, Arnim czy Brucem trzeba poświęcić sporo wysiłku, przyklejenie brody i założenie kraciastej koszuli jest praktycznie bezwysilkowe 😉

        Popularność MMA, gangsta rap też się kłóci z teza o zmiękczeniu społeczeństw. Jestem pewien, że gdyby walki gladiatorów na śmierć i życie były legalne nie byłoby większych kłopotów z zapełnieniem Koloseum 😉

        A marketing od daaawna ma mało wspólnego z rzeczywistoscia;)

      • SzK napisał(a):

        Ludzie są najróżniejsi w każdej epoce, ale chodzi o propagowane wzorce. Wiadomo, że w średniowieczu nie żyli sami święci – taki Boccaccio napisał np. „Dekameron” – ale świętość w rozumieniu KK była wzorcem powszechnie narzucanym w całej Europie. O takim właśnie rozumieniu wzorca mówię.

      • SMKA napisał(a):

        Ja mam wrażenie że H2 i H3 to była nie tyle próba złagodzenia wizerunku marki, co po prostu chęć zrobienia pojazdów które lepiej nadawały by się do zastosowań cywilnych niż H1- mam wrażenie że używanie Hummera H1 do codziennej jazdy, o ile możliwe, było by dość męczące. Przykładowo, z tego co kojarzę, przyspieszenie takiego H1, było słabe jak na pojazd o tak dużej mocy.

      • Fabrykant napisał(a):

        @SMKA: Popularność strzelanek typu C.Strike jest moim zdaniem właśnie dowodem na niezaspokojoną potrzebę jakiegoś substytutu agresji realnej, która w realu zanikła. To są tzw „Wyszalnie”, które prorokował w latach 80-tych Stanisław Lem w „Wizji lokalnej”. Tam była sugestia, że obywatele korzystający z wyszalni są potem obserwowani tajnie przez odpowiednie służby, jako podejrzani 😉

        Bardzo słusznie zauważył Szczepan, że złagodzenie obyczajów w jednej kulturze może być dla niej bardzo niebezpieczne, jeżeli otaczają ją inne kultury, które owych łagodnych poglądów nie podzielają.

  13. Jarosław Psikuta napisał(a):

    Czarne LM002 długo stało na parkingu w Jankach obok Ikei, ale to było w drugiej połowie lat 90.

    • SzK napisał(a):

      300 sztuk wyprodukowanych na cały świat i już o dwóch w Polsce czytamy… (chyba, że tamtego czerwonego ktoś na czarno przemalował 😉 )

      • gumi napisał(a):

        7% G 63 AMG 6X6 trafiło do polski,więc o czym tu dyskutujemy…

      • SMKA napisał(a):

        Cóż, już kiedyś spotkałem się z tezą (chyba też na złomniku) że w Polsce można znaleźć egzemplarz chyba każdego modelu samochodu jak dobrze poszukać 😉

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        a to jeszcze nie koniec tych 6×6 – jak się ich trochę rozbije to i do 20% dojedziemy! 😉

      • SzK napisał(a):

        Albo do zera 🙂

      • PiekłoNaKołach napisał(a):

        Takiego Rambo Lambo widziałem na żywo w Krakowie w późnych latach 90. Stał prawdopodobnie niesprawny na parkingu u mechanika jeśli dobrze pamiętam w okolicach Dąbia lub Ugorku (muszę to potwierdzić u przyjaciela, bo to z nim pojechałem wtedy do hurtowni po bluzy Fruit of the loom). Może ktoś to również pamięta. Egzemplarz był czarny, a środek bodajże czerwony, ale mogę się mylić.

  14. Jerzy napisał(a):

    Może i Rambo jest niepoprawny politycznie w pewnych kręgach, ale z drugiej strony to w dzisiejszych czasach nakręcono „Niezniszczalnych” i święci triumfy Jason Statham. Możemy mówić o dzisiejszych gościach z wypielęgnowaną brodą w rurkach, ale warto pamiętać, że w czasach kiedy Steve McQueen kręcił „Bullita”, po ulicach kręciło się mnóstwo długowłosych chudzielców z pacyfami i kwiatami we włosach, zatem w każdych czasach dla każdego znajdzie się jakaś nisza;)

  15. Daozi napisał(a):

    Ja tylko wtrącę 3 grosze: Urus jest i ma być bez „s”, ponieważ: „…In long time Lamborghini tradition, the high end SUV is named after a bull. Also known as Aurochs, the Spanish bred Urus is considered an ancestor of today’s domestic bull”. Wybaczcie, ale nie chce mi się tłumaczyć 🙂

    • SzK napisał(a):

      Dzięki, nie szukałem nawet źródła tej nazwy. Ja rozumiem, że ona zapewne nic nie ma wspólnego z Ursusem, ale tak mi się po prostu skojarzyło.

  16. benny_pl napisał(a):

    fajny artykul, co do komentarzy, to mi tam to Lambo sie nie podoba, ale juz Hummer jak najbardziej w kazdej z wersji, i chetnie bym takiego mial, Gorgona zreszta tez calkiem fajna 🙂
    co do Danii to tam gliny chodza z bronia na pewno bo dopiero co tam bylem w tamtym tygodniu i widzialem, ale tez przy tym sa weseli i sympatyczni, ciekawe czy umieli by z tej broni zrobic jakis uzytek 😉 w Szwecji nie zwrocilem uwagi, ich tu zreszta wogole nie widac, pelno jest tylko tych mend parkingowych, cos jak straz miejska, a przepisy o parkowaniu sa tak porabane, ze mamy juz spora kolekcje mandatow, ale one nie przychodza do Polski 🙂

  17. benny_pl napisał(a):

    jeszcze tak w nawiazaniu do poprzednich artykulow o Fordzie – w Szwecji FORDON to jest po prostu POJAZD, ciekawe czy to od Forda? 🙂

    • zkn napisał(a):

      może od Bydgoszczy

      • SzK napisał(a):

        Hehe, może to Szwedzi przywieźli do Bydgoszczy tę nazwę…? Czy sa na sali jacyś świadomi pod tym względem bydgoszczanie…?

    • SzK napisał(a):

      Szwedzkiego nie uczyłem się nigdy, ale w językach germańskich rdzeń „for” oznacza posuwanie się naprzód. Po angielsku masz „forth” i „forward”, zreszta samo słowo „ford”, jak w nazwisku, to rzeczny bród, albo czasownikowo – pokonywać rzekę w bród (poniekad też wiaże się to z ruchem naprzód). Po niemiecku „fahren” to „jechać”, „Fahrt” – jazda (pojazd to „Fahrzeug” – czyli dosłownie „narzędzie do jazdy”). Nie jestem fachowcem w dziedzinie szwedzkiej etymologii, ale na lingwistyczny chłopski rozum tutaj widziałbym źródło.

  18. Alcest napisał(a):

    Ciekawie o armii pisze Lee Child autor cyklu książek o Jacku Reacherze.
    W jednej z nich opisywał, że z powodów logistycznych armia dąży do tego by wszystkie pojazdy były zasilane jednym rodzajem paliwa.
    Bo przy 2 rodzajach wszystko się już komplikuje – 2 cysterny, 2 dystrybutory , itd. i to wszystko rozciągnięte na obszar USA.
    No i Jack lubi Berette…

    • SzK napisał(a):

      Dokładnie z tego powodu Wehrmacht nie używał dwusuwów – nie mieli ochoty bawić się w osobne oleje i mieszankę (dzięki temu wojnę przetrwało w Niemczech mnósstwo Dekawek, i po wojnie firma odrodziła się z uwagi na zapotrzebowanie na części). Z kolei w latach 70-tych w ZSRR chciano wycofać wszystkie samoloty z silnikami tłokowymi, żeby na lotniska dostarczać wyłacznie paliwo dla odrzutowców – i stad powstał jedyny w swoim rodzaju, odrzutowy dwupłatowiec (!!) rolniczy pt. PZL M-15 Belphegor (polskiej konstrukcji). Kompletny niewypał, ale unikat w skali świata.

      • Jerzy napisał(a):

        Myślę, że Wehrmacht wykorzystywał mnóstwo dwusuwów chociażby w motocyklach. To, że samochody DKW nie znalazły zastosowania bojowego wynikało raczej z tego, że ich relatywnie delikatna konstukcja (dykta, klej, woda:)) nie predestynowała ich do służby frontowej, zatem jeżeli już się pojawiały w jednostkach to tylko z rekwizycji i raczej pod koniec wojny.
        A silniki wielopaliwowe są chyba obecnie w wojsku dosyć powszechne.

      • SzK napisał(a):

        Programowo nie używali dwusuwow, czytałem o tym w wielu niemieckich artykułach. Decyzja wynikała właśnie z przyczyn logistycznych.

      • SzK napisał(a):

        P.S. Aż z ciekawości poszukałem:

        https://books.google.pl/books?id=vCdDBLeHjdoC&pg=PA252&lpg=PA252&dq=DKW+pkw+in+wehrmacht&source=bl&ots=QuA2UbZrCm&sig=Q6v2V-B95NuOxnyN9VSc1-uhnX0&hl=pl&sa=X&ved=0ahUKEwjop4mDnvbYAhUBhiwKHWCoCcQ4ChDoAQgnMAA#v=onepage&q=DKW%20pkw%20in%20wehrmacht&f=false

        A powiedzenie „dykta-klej-woda” dotyczyło tylko niektórych modeli, krytych dermą. Inne miały normalne poszycie stalowe, a drewniany szkielet karoserii to wtedy stosowało większość producentów aut, nie tylko DKW.

      • SMKA napisał(a):

        Nie zdziwił bym się gdyby to była nieprawda odnośnie programowego nie używania dwusuwów- vide czołg Panzer IV, który miał mechanizm obrotu wieży zrealizowany tak że wieża jako taka była obracana przez silnik elektryczny, ale z kolei prąd do niego generowany był przez dodatkowy silnik benzynowy, a tym dodatkowym silnikiem benzynowym (silnik ten nie napędzał kół napędowych wozu) był z tego co kojarzę dwusuw produkcji DKW. Dodam że Panzer IV to najbardziej popularny czołg niemiecki (choć trzeba pamiętać że ostatnia wersja wozu, wersja J, była już tak uproszczona że miała jedynie ręczny mechanizm obrotu wieży). Tak na szybko znalazłem że ten dwusuw to był „Auto Union, DKW-Motor, Typ ZW 500 or ZW 600”. Moja wiedza odnośnie czołgów wreszcie na coś się przydała, a nie tylko do offtopowania 🙂

        https://forum.axishistory.com//viewtopic.php?t=81985

        A co do jednego rodzaju paliwa- ma to sens, podobno Amerykanie zbudowali nawet motocykl z Dieslem aby cały rodzaj sił zbrojnych (chyba chodziło o Marines) mógł używać jedynie nafty lotniczej (nafta lotnicza jest bliska olejowi napędowemu, więc pojazdy z Dieslami mogą jej używać, a czołg Abrams i tak ma napęd turbowałowy, więc nafta tym bardziej się nadaje).

      • SzK napisał(a):

        Motocykle dwusuwowe też mieli, ale samochodów podobno nie. W paru miejscach tak czytałem, no i potwierdzają to całe tabuny „Dekawek” jeżdżących po NRD i RFN po 1945r. (pozostałych samochodów osobowych praktycznie nie było). Ale oczywiście ja sam nie widziałem żadnego dokumentu wojskowego, który by to potwierdzał, a tylko współczesne publikacje prasowe (no i dodatkowo tę książkę, którą właśnie znalazłem).

      • SMKA napisał(a):

        Szczepanie, nie wiem jak z motocyklami (czy te dwusuwowe motocykle to były pojazdy specjalnie projektowane dla wojska, czy może pojazdy wcielane do wojska „ad hoc”), ale przynajmniej czołg Panzer IV to był nie pojazd cywilny wcielony do wojska „ad hoc”, nie pojazd zdobyczny używany z „braku laku”, lecz pojazd od początku do końca zaprojektowany dla niemieckich sił zbrojnych. Gdyby Niemcom (tym z wojska) tak bardzo dwusuwu się nie podobały, to pewnie armia zażyczyła by sobie inny mechanizm obrotu wieży- chyba nic nie stało by na przeszkodzie zamontować mały silnik czterosuwowy zamiast dwusuwowego. Ostatecznie można by korzystać jedynie z ręcznego napędu- taki Panzer III przez całą swoją karierę nie dorobił się mechanicznego (maszynowego) mechanizmu obrotu wieży (był tylko ręczny mechanizm). Jednak Panzer IVJ, wersja bez maszynowego mechanizmu obrotu wieży, to dopiero koniec wojny- więc wersja ta powstała raczej nie z awersji do dwusuwów, co raczej z powodu słabej sytuacji III Rzeszy.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        to w sumie ciekawy temat – pytanie np. jak duże było zużycie mieszanki przez taki dwusuw w Pz.IV i jak duży był zbiornik – może mieszanka wystarczała na np. 1000km (choć tu chyba raczej roboczogodzin) i realnie nie trzeba było jej uzupełniać?

      • SzK napisał(a):

        Przebiegi miedzynaprawcze wynosiły wtedy kilkadziesiąt do stu godzin, więc bardzo możliwe, że było jak mówisz – nie zdziwiłbym się, gdyby motocyklowemu silniczkowi wystarczył na ten czas większy kanister mieszanki.

      • SMKA napisał(a):

        Tak po prawdzie, to nie wiem czy ta prądnica napędzana dwusuwem DKW, odpowiadała jedynie za prąd potrzebny dla elektrycznego silnika napędzającego wieżę, czy może prąd przez nią generowany wykorzystywany był również przez inne instalacje wozu. Niby wszyscy piszą że był to prąd dla silnika napędzającego wieżę, ale jednak mam pewne wątpliwości- skoro już była prądnica napędzana dodatkowym silnikiem spalinowym, to czemu by nie wykorzystać jej jako (choćby zapasowego) źródła prądu również dla innych urządzeń niż silnik napędzający wieżę?

        Ale do rzeczy, wątpię aby tego dwusuwa uruchamiano jedynie tuż przed koniecznością obrotu wieży. Podejrzewam że na polu bitwy „chodził” on cały czas, aby można było od razu obrócić wieżę elektrycznym silnikiem. Z drugiej strony, podejrzewam że czołg więcej kilometrów przebywa podczas przemarszu, niż na polu bitwy, więc być może ten dwusuw pracował dość krótko względem całego czasu kiedy uruchomiony był silnik główny czołgu (już czterosuwowy).

      • Padalec napisał(a):

        @SMKA: Motocykl na paliwo lotnicze o którym wspomniałeś to Hayes Diversified Technologies M1030, zmodyfikowane Kawasaki KLR 650. Świetna maszyna, motocykl niemalże idealny. Jedno z niewielu zastosowań diesla które potrafię zaakceptować i na dodatek pochwalić.

      • kierowca bombowca napisał(a):

        W jednym z pierwszych silników odrzutowych – Jumo 004 stosowanych m.in. w myśliwcu Me 262 stosowany był silnik dwusuwowy palony „na zaciąg”, służący jako do rozruchu napędu odrzutowego. Taka ciekawostka

  19. Jerzy napisał(a):

    Mimo wszystko odnośnie tych DKW (a co za tym idzie dwusuwów) nie do końca się mogę zgodzić. Oczywiście nie stanowiły one pojazdów etatowych – tymi były Volkswageny typ82 i inne samochody klasy Kubelsitzwagen, tym niemniej jeżeli chodzi o pojazdy z rekwizycji, to były wcielane na równi z innymi – dowody na załączonych fotografiach. Malowanie, nr rejestracyjne i lampy typu notek wskazują, że nie był to tylko doraźny użytek.

    http://www.kfzderwehrmacht.de/Homepage_english/Motor_Vehicles/Germany/Auto-Union/DKW/dkw.html

    • SzK napisał(a):

      Każdy, jak widać, ma swoje źródła. Ja dawno temu czytałem w Motor Klassik, że DKW nie rekwirowali, i dlatego ich tyle przetrwało wojnę, dokładnie to samo zdanie znajduje się w linku przytoczonym przeze mnie powyżej. Ale sam w Wehrmachcie nie byłem, żeby to zweryfikować.

  20. Michal napisał(a):

    Wpiszcie lm002 doug demuro na YT – można zobaczyć potwierdzenie tego wpisu w wersji audio video 🙂 facet testuje i jeździ też innymi ciekawostkami 😉

    • Janek napisał(a):

      Doug DeMuro nagrał też serię filmów z Hummerem H1, którego był właścicielem. Pamiętam że wcale nie był to diesel, tylko benzynowe V8 z kocernu GM, więc nie wszystkie Humvee miały diesla pod maską.
      https://youtu.be/I62_m3YdN7s

  21. Michał napisał(a):

    Zabawne. Dziś pod wpływem tego teksu otwarłem sobie jutuba, by przypomnieć sobie odgłos pracy obciążonego V12 LM002 i tak trafiłem na materiał DeMuro. Przypomnieć powiedziałem…? Nieco ponad rok temu poleciałem na dwa tygodnie do Kataru, gdzie prawdopodobnie na stałe osiedlił się mój wujek. Facet wyjechał za pracą na budowie, w Polsce nie szło mu w zasadzie w żadnej kategorii życiowej, a jego alkoholizm wyleczyły ceny tamtejszego alkoholu. Wujek pracuje (ale nie wiem, co teraz robi) u gościa, który w zasadzie zbiera same włoskie wozy różnego sortu. Poznałem go osobiście, można się z nim bez problemu dogadać po angielsku. Wykorzystałem to, oglądnąłem chyba wszystkie jego wozy, kilkoma dał się przejechać. Jednym z tych wozów było LM002. Nie będę się rozpisywał, dlaczego ono i jak do tego doszło, bo za dużo pisania, więc parę słów o wozie i jeździe. Wygląd. Nie jest zły. Wielkie, groźne bydle na wspaniałych kołach. To nie jest brzydkie auto. Tak samo jak nie jest brzydka Multipla II sprzed faceliftingu. Rzygam, kiedy ktoś po raz setny mówiąc, o najbrzydszym aucie świata, wspomina tak oklepany i złachany frazes jak Multipla. A to? https://en.wikipedia.org/wiki/Anadol#Anadol_A8-16/16_SL_(1981%E2%80%931984)
    To jest najbrzydsze auto świata. Albo jedno z kilku. Wydumek tego pokroju powstało przynajmniej kilkadziesiąt, także w segmentach za większy pieniądz. Przypomina się jakiś taki szpetny Marcos… Auto jest zrobione dość solidnie, ale od razu widać, że to ręczna, WŁOSKA robota. Jeśli osiągnąłeś sukces i wysrałeś się z ostatnich 60 000 na jakąś aszóstkę i przesiądziesz się do LM002, to dostaniesz zawału, bo każdy szef będzie dla Ciebie spie…, a jak znajdziesz jakiś element z plastiku, to stwierdzisz, że w Audi z milszego i ładniejszego plastiku masz u siebie zrobione nadkola. Mam prawie 1,80 m wzrostu i jestem szczupły, więc w środku się nie udusiłem. Ilość miejsca w środku, a ogólne wymiary wozu to groteska, ja jednak uważam, że wiedzieli, co robią. W jego czasach widocznie tak miało być, że jak chciałeś się „rozwalić” w wozie z Europy jak panisko, to brałeś jakiegoś Rolls-Royce’a czy Mercedesa. Ja miałem miejsca na tyle dużo, że nie było mi ciasno. Coś jak w lepszym miejskim aucie sprzed lat. Tylko zabunkrowany jesteś jak w czołgu i nic cię nie ruszy. Grunt, że można się w miarę dobrze usadzić na dobrym fotelu za kierownicę i przyzwoicie operuje się pedałami (a nie tak jak w Seicento – trzy na raz; tak mogło być i w LM002). Pedał sprzęgła pracuje z takim oporem, że szkoda do tego auta wchodzić w jakichś drogich mokasynach. Miałem wrażenie, że jeszcze ciężej jak w Countach ’88. Dziwne, bo w LM002 silnik jest bliżej pedałów. Może to kwestia egzemplarzy. Motor pięknie gra, ale melodia jest inna od tej wygrywanej w Kuntaczu. I strasznie się gryzie z wizerunkiem auta. Człowiek oczekuje (a może tylko ja) kotłowania amerykańskiego V8, a tu jest jazgot prawie wyczynowej i wymagającej jednostki, która pięknie drze tego bydlaka gdzie tak od 6 tys w górę. W sumie to jest nawet urocze. Pewnie podobnie bym myślał, jakby udało mi się przejechać Mazdą Rotary Parkway. Wielki kontrast. Jeździ się tym zupełnie inaczej, niż np. H2, które z kolei jeździ jak miękka ciężarówka. W LM strasznie czuć masę, także na nieźle wspomaganej kierownicy o kiepskiej reakcji, ale pokonując jakieś konkretne winkle nie ma się wrażenia robienia czegoś bez sensu. Wóz choć trzeszczy (raczej wykończeniem kabiny), wydaje się być dość zwarty. No i ma super hamulce. Podczas hamowania sprawia lepsze wrażenie, niż Tesla Model S, po której oczekiwałbyś skuteczności, wyczucia i reagowania hamulców jak w GT3 RS (jak na wóz o takich osiągach, masie i cenie, są zaskakująco średnie). Lewarek zmiany biegów wymaga przykładania dużej siły, ale trafia się przyzwoicie. Satysfakcja ze sprawnego przepinania przełożeń bez zbędnych szarpnięć, z płynnym przejściem jest wielka. Ma się wrażenie swojej zajebistości i przynajmniej ja fantazjowałem wtedy z tej całej radości, że teraz to i Amber Heardt z Megan Fox mógłbym razem do łóżka zaciągnąć. Jakby co, to nie mam prawie żadnych zdjęć czy filmów z wyjazdu i przejażdżek, bo pomimo tego, że jestem trochę przed 30tką, to jestem strasznie analogowy i jak na razie nie dorobiłem się telefonu innego, niż zwykły. Jeszcze parę słów o Humerze. Normalnie nie szczególnie lubię wozy, które dużo udają i dają powody samochodziarzom mojego pokroju, by wyśmiewać je i ich użytkowników. Ale do Hummera, szczególnie H2 mam jakby słabość. Przede wszystkim to twór przenajcudniejszego i najbardziej porąbanego koncernu w świecie – GM. Podoba mi się stylizacja. Ok, on pewnie obiektywnie jest brzydki, ale co ja poradzę, że mi się podoba. Mnie się różne wozy podobają, np. ukochana przez wielu entuzjastów i przywoływana za wzór Giulia Sprint GT, którą muszę kupić jeszcze przed 40tką (musi mi wtedy zbywać jeszcze na Fulvię jakiegoś W124). Wkurza mnie trochę fejków na karoserii, typu plastikowy grill (maska? no cóż…) czy kratki nad tylnymi lampami, ale on w tym swoim imidżu jest konsekwentny. Poznałem w życiu dobrze dwa egzemplarze H2. Pierwszy to egzemplarz znajomego ojca. Przedlift, czyli 6.0 i środek, który wygląda W MIARĘ JAKO TAKO, tylko kiedy wyposażenie jest pełne, a stan wozu jak nowy. No i się nie opatrzy. Wóz sprawia dość solidne wrażenie, ale jakość jego wykonania i wykończenia poza mechaniką jest nie bardzo i przypomina najtańsze wozy GM-u. Jest troszkę zbyt tanio i obskurnie, jak na wóz do lansu. A powinno być tak, jak np. w Escalade ’14. Drugiego H2, polifta z dość nowoczesnym jak dla mnie 6.2, z pełnym wyposażeniem i w specyfikacji USA, przyprowadziłem ze Szwajcarii celem odsprzedaży. Po prostu pojechałem po Safrane BiTurbo dla siebie, ale stan wozu nie korespondował z ceną dającą przypuszczać, że stan zachowania będzie świetny. Wkurzony stratą czasu i nerwów, trafiłem na H2 i uznałem, że trzeba to kupić i spróbować zarobić. No trochę mi nie wyszło, bo zarobiłem na nim jak na Lanosie i bujałem się z nim jakieś 4 miesiące, aż się trafił jegomość ze wschodniej granicy. Ale tak mi się ten czołg podobał, że go zarejestrowałem i prawie normalnie używałem. Dobrze mi się tym jeździło, nawet to szło, silnik gadał jak trzeba, skrzynia sprawnie, po amerykańsku przełączała, a zawias w połączeniu z ogólną odczuwalną solidnością skorupy miło nosił po szosach. No i środek był o niebo lepszy i ładniejszy. Palił mi ten wóz chyba mniej, niż ten przedlift kolegi ojca, co nie znaczy że mało, bo zalanie tego do pełna, jak się jeździło nie mało, kosztowało straszne kwoty, a tam jeszcze coś grubo ponad sto litrów mogło wejść. No ale nie zrobiłem nim więcej, niż 10 tys km, więc traumy nie mam. Chociaż nie. Jest jedna rzecz, co sprawia, że jak sobie przypomnę o tym bydlaku, to aż mną wzdryga. Wybrałem się nim raz z dziewczyną do Krakowa do niezłej restauracji. Byłem bardzo głodny, bo po trasie, a ona jeszcze bardziej, bo przecież mówiłem, że dobrze zjemy, nic nie jedz, rezerwacja jest. No ale w Krakowie ja tego auta wtedy nie potrafiłem zaparkować. Nawet miejsca, luki żadnej nie znalazłem, żeby chociaż spróbować. No dramat. A klęska się stała wtedy, kiedy tak jeżdżąc w koło ze 45 min jak w pysk strzelił, mając oczy zalane potem wjechałem w jakąś ulicę z autami poparkowanymi z każdej strony. Pod koniec ulicy musiałem się zatrzymać, nie dlatego że prawie poubijałem ze 40 lusterk, ale jakiś kretyn, no sorry że w BMW, zostawił auto z maksymalnie odkręconymi w prawo kołami i się nie dało zmieścić (jak można być krakusem i nie zwracać w tym mieście uwagi na takie rzeczy?; w ogóle nie cierpię, gdy ktoś odstawia wóz na skręconych kołach…). Mogłem się tylko wycofać, ale że tam już zwykłą Skodą byłoby ciasno na szerokość, to H2 jechałem tam spocony 3 km/h i gdy przyszło się wycofać, za mną było już kilka wozów. W dodatku ulica nie była oświetlona i padał deszcz. Nikt nie był skory do pomocy czy zrozumienia (no sam miałbym ubaw…), trwało to za długo, zjawiła się policja. Zapytali, co ja odwalam. Zaraz potem okazało się jeszcze, że nie mam prawa jazdy na tą „ciężarówkę”…
    Ostatecznie postanowiliśmy wrócić do domu, bo i tak stolik już dawno odwołałem. Głodni i źli jak wilcy. Podczas pełzania po Krakowie spaliłem chyba 400 litrów benzyny, więc przy okazji karmienia tankowca, zjedliśmy chyba najpyszniejsze i najbardziej wyczekane hot dogi w życiu.
    Jakby co, to mam Trans Am’a ’88, którym najprawdopodobniej zacznę jeździć, jak zrobi się lepiej, cieplej. Mogę udostępnić do tekstu, przewieźć. Mogę dojechać.

    • SzK napisał(a):

      No i kolejne zaskoczenie: któryś już Czytelnik majacy kontakt z super-ekskluzywnym pojazdem wyprodukowanym w 300 sztukach 🙂 Ale tym razem nie w Polsce.

      Centrum starych miast to oczywiście nie jest dobre środowisko dla Hummera 🙂 Chociaż ja miałbym kilka pomysłów na zaparkowanie go w niewielkiej odległości od ścisłego centrum, nawet dzisiaj. Z tym że trzeba byłoby zapłacić.

      Co do Pontiaca – bardzo dziękuję za propozycję i proszę o kontakt przez formę kontaktowa. Pozdrawiam!!

  22. SMKA napisał(a):

    Swoją drogą, nie wiedziałem gdzie to wrzucić- skoro lubię sprzęt wojskowy i francuskie samochody, to fajnie było by to połączyć. Otóż okazuje się, że da się to zrobić! Oto Renault 12 jako tak zwany „technical”! Idę przerabiać BX-a 😉

    https://twitter.com/toyotawars/status/847071010860023808

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*