SILVA RERUM: POWAŻNA ZABAWA

ninco_jgtc_fahrerfeld

W ostatnim wpisie nawiązywałem do swojego wczesnego dzieciństwa (przejażdżki wujkową Syreną Bosto to wiek przedszkolny), co pobudziło mój mózg do pokopania w najgłębszych zakamarkach świadomości. Przy tej okazji wrócił mi do głowy pomysł rzucony 8 miesięcy temu przez Yossariana: w komentarzu do swojego artykułu o 16-cylindrowych bolidach BRM wspomniał on o zabawkowych samochodzikach Scalextrix i publicznie oświadczył, że sam nie będzie zajmował się tematem, w związku z czym można mu go ukraść. Co też niniejszym czynię.

Samochodzików Scalextrix nie widziałem nigdy w życiu, ale w głębokich latach 80-tych – do których mentalnie wróciłem przy okazji pisania o Syrenie – bawiłem się dość podobnym ustrojstwem produkcji czechosłowackiej. Niestety, zapomniałem nazwy tamtego systemu, ale dobrze pamiętam jak wyglądał: dwa autka, w kolorach żółtym i czerwonym, zewnętrznie podobne do Porsche 917, jeździły po torze z plastikowych elementów, z wyżłobionymi dwiema bruzdami prowadząco-zasilającymi. Wzdłuż każdej z nich podążał jeden samochodzik, śledzący przebieg toru za pomocą umieszczonej w podwoziu, obrotowej „płetwy” i pobierający prąd za pomocą szczotek dotykających dwóch metalowych taśm ułożonych wzdłuż toru.

Kształt trasy był najprostszy z możliwych: dwie proste połączone dwoma zakrętami 180º. Kierowanie załatwiała prowadząca szyna, użytkownik trzymał więc w ręce jedynie „manetkę gazu”, będącą prostym, regulowanym opornikiem. Niestety, oryginalny zasilacz wykluczał jakiekolwiek emocje, bo zapewniane przez niego napięcie pozwalało przejeżdżać cały tor na pełnym gazie. Mój tata wymyślił jednak genialny sposób: zamiast zasilacza fabrycznego podłączał mi inny, z enerdowskiej kolejki Piko. Ten dawał się regulować i po podkręceniu umożliwiał osiąganie przez mini-bolidy zawrotnych prędkości – gdy się przesadziło, potrafiły one wypaść z szyny nawet na prostej!! Nie wiem, jak takie podkręcanie wpływało na trwałość silniczków – mnie nigdy się nie zepsuły, ale może dlatego, że rzeczonej zabawki używałem rzadko. Demotywowała mnie konieczność każdorazowego układania, a potem rozkładania toru, dlatego wolałem pobawić się zwykłymi resorakami wymieszanymi z krajowymi, siermiężnymi samochodzikami w najróżniejszych skalach, które precyzyjnie ustawiałem wzdłuż brzegu dywanu tworząc w ten sposób „kolejki po benzynę” (w dzisiejszych czasach syn jednego z moich kolegów układa na tej samej zasadzie „korki na Zakopiance” – ot, różnica w warunkach wychowywania się).

W czechosłowackiej zabawce był jednak pewien emocjonujący element: oto w połowie prostych szyny krzyżowały się. Było to konieczne, by wyrównać długość okrążenia dla obu samochodzików (każdy z nich pokonywał pół kółka po wewnętrznej, a drugie pół – po zewnętrznej), lecz często skutkowało spektakularnymi wypadkami. Niejednokrotnie zabawa bardziej przypominała grę w tchórza niż prawdziwy wyścig. A czasem odwrotnie – celowo robiło się demolition derby.

Oczywiście, takie zabawki nie są wynalazkiem czechosłowackim: największą sławę zdobył swego czasu wspomniany przez Yossariana, a produkowany od 1957r. brytyjski system Scalextrix, nie mniej jednak najstarszy tego typu produkt, jaki udało mi się znaleźć, pochodzi z roku… 1912!! Wylansowała go amerykańska firma Lionel, znany producent miniaturowych kolejek. Do 1915r. sprzedała aż 12 tysięcy zestawów w cenach 7,5-18$ (robotnik zarabiał wtedy 3-5$ dziennie), po czym, z nieznanych przyczyn, wycofała je z rynku. Konstrukcja bardzo przypominała dzisiejsze rozwiązania, poza tym, że energię czerpała z baterii, a prowadząca szyna wystawała z nawierzchni zamiast być w nią wpuszczona. Regulacja szybkości była dostępna jedynie w droższych opcjach.

Od razu widać, że to produkt amerykański, prawda?

lionel1Grafika: public domain

Tu już sceneria jest bardziej urozmaicona, a tor swoim kształtem przypomina ten mój, czechosłowacki

early_lionel_slotcarsGrafika: public domain

Na mechanice i elektryce to Wy znacie się lepiej ode mnie, więc tłumaczenie jest zbędne

lionel2

Przez kolejne 40 lat podobne zabawki ukazywały się na rynku sporadycznie. Wszystkie korzystały z tego samego rodzaju napędu – elektrycznego silniczka zasilanego z przewodów biegnących po dwóch stronach szyny. Nie zawsze napędzał on koła autka – te były czasami tylko atrapami, podczas gdy w ruch wprawiały zabawkę dodatkowe, małe kółka ukryte pod podwoziem.

W 1930r., również w USA, firma Kokomo Stamped Metal Company wypuściła zabawki nazwane Electricar. Jeździły one na dowolnym podłożu, bez dedykowanej nawierzchni z szyną prowadzącą, ale tylko wzdłuż (wewnątrz) „elektrycznego płotu” złożonego z dwóch równoległych przewodów rozpiętych na drewnianych słupkach, który najpierw trzeba było rozstawić (płoty sprzedawano w rolkach o długości 10 stóp, które można było dowolnie łączyć). Samochodziki pobierały prąd za pomocą szerokich zderzaków przednich, oczywiście podwójnych. Zaletą była wielka rozmaitość dostępnych pojazdów, włącznie z wywrotkami i trzyosiowymi autobusami pełnymi pasażerów o przerażonych minach. Zestaw złożony z rolki płotu i jednego pojazdu w dalszym ciągu kosztował 8$, ale Wielki Kryzys zdławił popyt na zabawki, skutkiem czego Electricars znikły z rynku w 1933r.

imageGrafika: public domain image1Grafika: public domain

image2

Przed II wojną światową hobbyści-modelarze budowali często pojazdy napędzane silnikami spalinowymi – był one dość spore (skala 1/16 lub 1/18), ale również jeździły wzdłuż szyny prowadzącej, bez udziału człowieka. Celem zabawy był jak najkrótszy czas przejazdu bez wylecenia z trasy. Pasjonaci zakładali nawet kluby i rozgrywali między sobą zawody. Alternatywnym układem był tor o kształcie koła, z samochodzikiem uwiązanym na „smyczy” – elastycznej lince zakotwiczonej w geometrycznym środku okręgu, zapewniającej utrzymanie się na trasie.

Napęd spalinowy nie mógł się rozpowszechnić: po pierwsze, był zbyt skomplikowany i drogi jak na popularną zabawkę, a po drugie – wykluczał użytkowanie w pomieszczeniach zamkniętych, co było sporą przeszkodą w mocno deszczowym klimacie Wielkiej Brytanii (to tam istniał największy rynek modelarski). Dlatego też po wojnie nastąpił powrót do napędu elektrycznego.

Kluczowe dla popularyzacji tego typu zabaw był system, który opracował Henri Baigent: wykorzystywał on wciąż metalową, centralną szynę o funkcji prowadzącej, która jednocześnie stanowiła jeden z biegunów elektrycznego zasilania. Podwozia samochodzików zaopatrzono w specjalne prowadnice składające się z kółek o pionowej osi obrotu (obwód elektryczny zamykała szczotka z tyłu podwozia, pozostająca w kontakcie z metalowym paskiem w podłożu).

Prowadnice samochodzików Baigent’azonkersFoto: http://www.slotcarhistory.com/history.html

A tak wyglądała cała zabawarail-21Foto: http://www.slotcarhistory.com/history.html

Późniejsze wersje systemu Baigent’a zawierały elementy dotychczas niespotykane w tej branży: automatyczny licznik przejechanych okrążeń (dla każdego zawodnika z osobna) oraz… generatory prądu napędzane obsługiwanymi przez użytkowników ręcznymi korbkami i zasilające poszczególne tory jazdy!! Dzięki nim rywalizacja z całą pewnością stawała się ciekawsza.

Od połowy lat 50-tych miejsce szyny prowadzącej coraz częściej zajmowała wyżłobiona w nawierzchni bruzda – ten system opatentował w 1938r. niejaki Albert E. Cullen. Jego wynalazek chciało kupić kilku producentów zabawek, jednak konstruktor uznał ich oferty za zbyt mało atrakcyjne – w rezultacie na swych pomysłach nie zrobił ani pensa.

Zwolennicy szyn wystających i wklęsłych toczyli z sobą zaciekłe debaty (ciekawe gdzie, skoro nie było internetów…? 😉 ), ale około 1963r. ci pierwsi musieli uznać swoją porażkę: za decydujący argument, poza estetyką, uznano ograniczanie przez szynę możliwości przejeżdżania zakrętów efektownym, nadsterownym poślizgiem (możliwym dzięki umieszczeniu elementów prowadzących z przodu autek). W angielskiej terminologii stary patent zwał się rail cars, ten nowszy – slot cars.

Najsłynniejsza marka slot cars to oczywiście Scalextrix. Miała ona swoją premierę na targach zabawek w Harrogate w 1957r. Producentem była firma Minimodels niejakiego Bentrama Francisa, która od 1939r. produkowała zabawkowe autka Scalex, napędzane nakręcanym mechanizmem zegarowym. W nowej, odrzutowo-atomowej epoce taka technika była już przeżytkiem i żeby utrzymać się na rynku, trzeba było wymyślić coś nowego. Teraz dostały one silniczki elektryczne, a jeździły po gumowym podłożu z łączonych w dowolnych konfiguracjach elementów prostych i zakrętów. Koncepcja bardzo przypominała już moją zabawkę z lat 80-tych: centralna szyna prowadząca (oczywiście wklęsła) z dwiema metalowymi taśmami zasilającymi i odbiór prądu za pośrednictwem szczotek umieszczonych obrotowo między przednimi kołami.

Oferta napędzanych sprężynowo Scalexów zawierała 6 modeli: MG TF, Austina-Healeya 100, Aston-Martina DB2, Jaguara 2.4 Saloon, Maserati 250F i Ferrari 375. Pierwsze elektryczne zestawy Scalextrix, rocznik ’57, zawierały tylko dwa z nich: Ferrari 375 i Maserati 250F, w skali 1:30. Początkowo były zasilane z baterii umieszczonych w kartonie o kształcie budynku postawionego przy torze, a użytkownicy nie mieli żadnej kontroli nad autkami – mogli tylko włączać i wyłączać prąd na poszczególnych torach.

scalextric-tin-cars-restoredFoto: public domain


Po dwóch latach sukcesów sprzedażowych Francis uznał się za spełnionego biznesmena i wycofał z firmy. Jego udziały kupiła spółka Lines Brothers Ltd, produkująca dotychczas elektryczne kolejki. Blaszane karoserie samochodzików zastąpiła ona tańszymi, plastikowymi, silniczki zamieniła na mocniejsze, własnej produkcji, dodała również manetki regulujące prędkość (czyli zrobiła dokładnie to, co mój tata zastępując czechosłowacki zasilacz enerdowskim – zwiększyła moc autek jednocześnie umożliwiając jej dozowanie).

Produkt został szybko wprowadzony na rynki Europy, USA, Australii i Nowej Zelandii. Markę Scalextrix promował sam Jim Clark – Mistrz Świata Formuły 1 z sezonu ’63. W kolejnym roku rozegrano nawet oficjalne Mistrzostwa Świata slot cars: najpierw miały miejsce zawody krajowe, których zwycięzcy spotkali się w Londynie w 20-okrążeniowym biegu finałowym. Clark pełnił tam funkcję głównego sędziego, a zwyciężył 14-letni Fritz Jakober ze Szwajcarii.

Być sędziowanym przez samego Mistrza Świata – to musiało być przeżycie!! Profesjonalne zawody slot cars rozgrywa się do dziś, ale o tym innym razem.

scalextric6Foto: http://www.slotcarhistory.com/history.html

Scalextrix odniósł wielki sukces, sprzedając u szczytu popularności do 7.000 samochodzików tygodniowo. Większość z nich była budowana w skali 1:32, chociaż w latach 1968-70 produkowano też zestawy 1:24, a od późnych lat 90-tych – 1:64 (Micro Scalextric).

Na przestrzeni półwiecza firma wypuściła kilka różnych standardów torów, nie zawsze kompatybilnych z sobą. Najwcześniejsze, zwane MkI lub po prostu „original„, powstawały w latach 1957-61, były wykonane z gumy, połączone osobnymi, metalowymi klipsami i pionowymi konektorami elektrycznymi. Pasy ruchu rozdzielała biała linia. W 1962r. na rynek wszedł system MkII, zwany też klasycznym – ten utrzymał się aż to 2001r. Fragmenty toru były tu plastikowe i łączone zintegrowanymi wypustkami/otworami. Elektryczne styki zostały poszerzone i ustawione w poziomie. Klasyczne tory można łączyć z najstarszymi, gumowymi za pomocą specjalnych adapterów, są też kompatybilne, bez żadnych modyfikacji, z torami innego wiodącego producenta, SCX. Kolejna generacja, z 2001r., nazywa się Scalextric Sport, posiada połączenia o przekroju kwadratowym i gładszą powierzchnię (łączenie z klasycznymi torami wymaga zastosowania przejściówek).

scalextric1

Telewizyjna reklama Scalextric z 1980r.

Modele w skali 1:32, osiągają na prostej 15-25 mph, 1:24 – nawet do 40 mph. Po odpowiednim przeskalowaniu okazuje się, że w realnym świecie musiałyby one przekraczać barierę dźwięku, a co ciekawe, do osiągnięcia maksymalnej szybkości wystarczają im 2-3 sekundy rozpędzania (dane dla standardowych, około 5-watowych silniczków).

Prawdziwa rewolucja nadeszła w 2004r., kiedy firma zaprezentowała system Scalextric Digital. Tory są tu w pełni zgodne ze standardem Scalextric Sport, ale cyfrowe sterowanie zapewnia wiele nowych atrakcji, z których najważniejsze jest użycie pojedynczego „pasa ruchu” jednocześnie przez nawet cztery samochodziki, z których każdy jest sterowany indywidualnie, za pomocą własnego kontrolera, i może zmieniać pasy w przeznaczonych do tego miejscach (służy do tego osobny guzik). Cyfrowe samochodziki bezproblemowo jeżdżą po analogowych torach (choć oczywiście zachowują się wtedy „analogowo”), dostępne są też dekodery do zainstalowania w starszych modelikach pozwalające jeździć nimi po cyfrowych trasach.

Tor cyfrowego systemu SCX z możliwością zmiany pasów ruchu

scx_digitalsystemFoto tytułowe: ThomasMielke, Licencja CC

Kolejna modernizacja nastąpiła w 2010r.: nowy, jak dotąd ostatni system, oznaczony C7042, pozwala jechać po każdym pasie nawet sześciu autkom. Ponadto jednostkę sterującą wyposażono w ekran i software ogromnie zwiększający realizm symulacji wyścigów: zaimplementowane opcje obejmują automatyczny pomiar czasu z zapisywaniem w wewnętrznej bazie danych i obliczaniem statystyk, żółte flagi, wyświetlanie na ekranie wirtualnych rywali (ghost cars), a nawet – co jednak wymaga zakupu dodatkowego hardware’u i podłączenie normalnego komputera domowego z odpowiednim oprogramowaniem – symulację zużycia paliwa na podstawie przebytego dystansu i położenia manetki gazu, z możliwością dotankowania w boksach!! (w przypadku wyczerpania paliwa bolid oczywiście staje).

pclc5_mainscreen_nobox_50Zrzut ekranu z programu PC Lap Counter 4.26

W tym samym roku 2010-tym zaprezentowano uproszczoną wersję Scalextric Start przeznaczoną dla małych dzieci. Zawiera ona bardzo proste trasy (z jednym tylko typem zakrętów) i fikcyjne modele samochodów, obniżające cenę zestawu poprzez eliminację kosztów licencji. Również w tym przypadku tory można łączyć z pozostałymi używając specjalnych przejściówek.

W „dorosłych” zestawach zawarte są elementy proste oraz łuki o czterech różnych promieniach, które można dowolnie łączyć, a nawet budować wielopoziomowe trasy podparte miniaturowymi filarkami. Nie brakuje pasjonatów odtwarzających realnie istniejące tory wyścigowe, chociaż pełny realizm nie jest możliwy, choćby z uwagi na ograniczoną ilość typów elementów. Modele autek obejmują bolidy Formuły 1, NASCAR, A1 Grand Prix, 24h Le Mans, auta rajdowe i cywilne, a także motocykle, sidecars, gokarty, ciągniki siodłowe z naczepami, a nawet konie, rowery i deskorolki. Okazjonalnie oferowano też edycje specjalne, licencjonowane przez producentów filmów: np. z Aston-Martinem Agenta 007 z filmu „Goldfinger„, z Batmobilem, Żółwiobusem Żółwi Ninja, z ekipą Mini z „Włoskiej Roboty” itp. Istnieją nawet zestawy przedstawiające zawody typu demolition derby!!

Scalextrix nie jest oczywiście jedynym standardem na świecie. Najpopularniejsze skale, oprócz wspomnianej 1:32, to 1:24 oraz tzw. Ho, która jest świetnie znana entuzjastom modelarstwa kolejowego (tutaj realistyczne proporcje nie zawsze są odwzorowane dokładnie, ale zazwyczaj podaje się 1:87 lub 1:76).

Ta ostatnia skala, dająca najmniejszych wymiarów zabawki, zdobyła wielką popularność w USA. Potentatem została tam firma Aurora Plastics Corporation, która w 1959r. jako pierwsza zaoferowała slot cars H0 dzięki własnej konstrukcji, miniaturowym silniczkom wibracyjnym. Aurora oraz droższy, wymagający więcej przestrzeni Scalextrix wywołały wielki boom na tego typu zabawę, trwający aż do lat 70-tych.

Przez pierwsze cztery lata obecności na rynku Aurora sprzedała ponad półtora miliona zestawów, ale prawdziwa złota era tej branży zaczęła się dopiero po 1963r., kiedy firma zastąpiła stosunkowo nietrwałe silniki wibracyjne bardzo niezawodnymi „pancake-motors” z płaskim komutatorem i pionowym wirnikiem. Podstawowy model, Aurora Thunderjet 500, został wyprodukowany w 25 milionach sztuk (!!), z najróżniejszymi nadwoziami. Zazwyczaj wzorowano je na typowo amerykańskich muscle-cars i hot-rodach, natomiast wśród układów torów przeważały raczej europejskie, drogowe, choć zdarzały się też owale, a nawet… drag-strips symulujące wyścigi na ćwierć mili, oczywiście z zachowaniem odpowiedniej skali!!

Klasyczny model Aurora Thunderjet-500 (skala H0) pozbawiony karoserii

aurora_tjet_chassisFoto: D.Helber, Licencja GNU

Szał skończył się w latach 70-tych, kiedy po pierwsze, pojawiły się inne, atrakcyjniejsze zabawki, a po drugie – umieszczone w wielu publicznych miejscach, ogólnodostępne tory modelarskie na monety (godzina zabawy kosztowała zwykle 1,5-2,5$) zaczęły być okupowane przez grupki pół-profesjonalistów tworzących lokalne „ligi wyścigowe”, co zniechęcało okazjonalnie bawiące się dzieciaki. Od tego czasu segment „kwalifikowanych” slot cars poszedł w kierunku wysokich osiągów: silniki osiągają nawet 18 tys. obr/min, opony z miękkiej gumy wykazują doskonałą przyczepność, a specjalne magnesy zapewniają sztuczny docisk do nawierzchni (choć jednocześnie eliminują możliwość driftowania). Amatorzy natomiast do dzisiaj preferują klasyczne modele z lat 60-tych – mniej realistyczne i wolniejsze, ale w ich opinii dające znacznie więcej frajdy (my, miłośnicy starych samochodów, doskonale to rozumiemy, nieprawdaż?). To właśnie dla nich wciąż produkowane są repliki dawnych zabawek w skali H0, a także, oczywiście, wspomniane wyżej modele 1:32 z cyfrowym sterowaniem, marki Scalextrix i wielu innych.

Na koniec wspomnę jeszcze pokrótce o dwóch z dziesiątków istniejących standardów slot-cars, które nie osiągnęły takich sukcesów jak Scalextrix i Aurora, ale moim zdaniem zasługują na wzmiankę.

Angielska firma Victory Industries sprzedawała autka pod marką VIP, które przedstawiały normalne drogi i samochody cywilne. Gdyby moje dzieciństwo przypadło na lata 60-te, na pewno wolałbym je od Scalextrixów – wszak od wyścigów zawsze wolałem automobilową Wielką Turystykę.

Przykładowe modeliki VIP

1296_l 2190_l

W tym Jaguarze E-Type jedna z rur wydechowych była ruchoma – jej przestawienie włączało reflektory!! memoir6

Z kolei całkiem niedawno – w roku 2012-tym – wynalazca z Hong-Kongu, Mak Wing Kwong, przedstawił system zwany DMX (Dynamic Motion Express). Tor posiada w nim aż 11 „pasów ruchu”, po których może ścigać się do 15 samochodzików na raz, przy czym, dzięki elektronicznemu sterowaniu, owe pasy można zmieniać w dowolnym momencie: po wydaniu odpowiedniej komendy samochodzik unosi prowadzącą „płetwę” wraz ze szczotkami, skręca koła, po czym w odpowiednim momencie wpina się w sąsiednią szynę.

Ale i tak nic nie przebije nieodżałowanego magazynu Top Gear z czasów Clarksona, Hammonda i Maya: w odcinku z 19 listopada 2009 ten ostatni prezenter, wraz z 350 ochotnikami, odtworzył trasę najstarszego toru wyścigowego świata – legendarnego Brooklands – przy użyciu tysięcy elementów Scalextrixa. Wydarzenie zostało wpisane do Księgi Guinnessa jako najdłuższy w dziejach tor slot cars – mierzył on 4,75 km (wobec 4,43 km prawdziwego Brooklands – różnica wynikała z konieczności ominięcia przeszkód terenowych). Bardzo polecam nie tylko obejrzenie tego epizodu, ale też samą zabawkę, jaką jest jakiś fajny zestaw slot cars. To drugie – polecam Waszym dzieciom, oczywiście 😉

Foto tytułowe: ThomasMielke, Licencja CC

Share Button
Napisano w SILVA RERUM Tagi: , ,
33 comments on “SILVA RERUM: POWAŻNA ZABAWA
  1. Marek Jarosz napisał(a):

    Jejku, miałem kiedyś coś takiego 🙂 Jestem rocznik 1985 więc na pewno było to coś „made in blok wschodni”.

  2. zwolak napisał(a):

    Zawsze przed Gwiazdką w supermarketach sprzedawane są proste zabawki tego typu. Najtańsze od około 60 złotych.

  3. Yossarian napisał(a):

    Heh, ja tylko dodam, że z zabawy samochodzikami na torach się nie wyrasta nigdy – tylko skala robi się 1:1 😉

    Świetny wpis! Nie wiedziałem, że pomysł na tą zabawkę jest tak stary.

    A ja miałem jakaś chińską podrobe tego sprzętu. Jakość niestety była typowo chinska i nie wspominam zbyt miło 😛

  4. ZIWK napisał(a):

    Modele z lat 80-tych u nas to nie tylko CSSR ale i OIDP NRD-ówek. Same tory pamiętam, ale bez szczegółowych wspomnień – wolałem koleje TT.
    Obecnie u nas to albo „chińskie jednorazówki” – działające do pierwszego złożenia, albo drogie (Panie, a czemu to takie drogie, w markiecie jest za pindziesiat…) zestawy niemieckie Stadlbauer-a pod handlową marką Carrera.

  5. Michał napisał(a):

    Czeski zestaw nazywał się Auto Draha Porshe Junior równolegle bywał zestaw enerdowski ale nazwy nie pamiętam.Pozdrawiam serdecznie. InDust

  6. Cayman napisał(a):

    W jednym miejscu w tekście jest błędnie zapisana skala Ho zamiast H0. Poza tym jak zwykle wpis bardzo ciekawy, nie spodziewałem się takiego tematu w Twoim wykonaniu, a tak idąc dalej może mógłbyś rozwinąć temat o zabawki w rodzaju resoraków/modeli kolekcjonerskich w różnych skalach? Przykładowo w Europie najpopularniejsze jest zbieranie modeli w skali 1/43, za to w USA czy Japonii dużo większe zainteresowanie wzbudzają inne skale jak 1/64 czy 1/32. Chętnie poczytałbym coś o historii Matchboxów czy Hot Wheelsów.

    • SMKA napisał(a):

      Ha! Też zwróciłem uwagę na to „Ho” zamiast „H0”, ale wszedłem na anglojęzyczną Wikipedię i co ciekawe, podobno zapis „HO” (choć z „O” wielkim, zamiast z małym „o”) też jest stosowany. No, ale Szczepan chyba po prostu się pomylił 🙂

    • SzK napisał(a):

      Zapis H0 jest już poprawiony.

  7. strobus1 napisał(a):

    Przypadkiem zabawa w mini Broolklands nie odbyła się w serii James May’s Toy Stories ??

  8. Klakier napisał(a):

    Szczepanie znowu obudziłeś we mnie wspomnienia z lat szczeniackich!Sam dostałem na początku lat70 ub.w. taki tor wyścigowy „carrera”również zasilanie przerobił mi Tatko na trafo PIKO problem polegał na tym że autka a właściwie silniczki zaczynały robić za piecyki przy zasilaniu na maxa .Oryginalne wyścigówki były całkiem nieźle odwzorowaną kopią ówczesnych pojazdów F1 o ile tak się to wtedy nazywało,miały układ kierowniczy skrętny ,oponki z bieżnikiem imitację silnika wraz z układem wydechowym i nawet kierowcę,któremu przy dobrym dzwonie głowa wylatywała z kokpitu i trzeba ją było wykopywać spod szafy.Do zestawu był dołączony niezbędnik z zapasowymi kołami ,felgami,ślizgami,które to nagminnie się przecierały o ścieżki na torze.Mój zestaw został w pewnym momencie uzupełniony o autka z czeskiego zestawu „auto draha”nie były tak bardzo dokładnie odwzorowane jak te pierwsze ,nie miały skrętnych kółek ale za to miały ślizgi z plecionki, były cichsze ,szybsze i bardziej stabilne podczas jazdy a to za sprawą bardziej miękkich oponek.Właśnie przez te opony cały zestaw powędrował do szafy i leży tam do dzisiaj ponieważ guma na kołach stwardniała i się zeszkliła co praktycznie uniemożliwia jazdę ,trzeba by się wybrać do „Pepików”może się coś znajdzie na podmiankę…

    • benny_pl napisał(a):

      wybierz sie do wiekszego sklepu „uszczelnienia techniczne” i dobierz sobie odpowiednie o-ringi/kwadringi na te kola 🙂 w lublinie taki sklep nazywa sie „Paserotii” i do tych Pasierotek wybieram sie zawsze jak potrzebuje jakis dziwnych gumeczek, czy paskow do magnetofonu czy magnetowidu 😉 juz sie przyzwyczaili ze ja to nie do koparek potrzebuje 😉

      do tego te gumki sa z porzadnej gumy a nie jakiegos badziewia, no i kosztuja grosze, zwykle ponizej zlotowki za sztuke 🙂

  9. Daozi napisał(a):

    Też miałem taki tor. Były tam dwa autka z napisami Maserati. Potem dowiedziałem się o istnieniu modelu Merak i rzeczywiście oba te autka wyglądały dość podobnie do oryginałów. Było tam sporo zakrętów i wpinane szykany – zabawa była przednia, ale trwała krótko, bo niestety… nudziła się ze względu na monotonię tego typu rozrywki.
    Teraz, to już jest moim zdaniem produkt niszowy – nie wiem ile się tego sprzedaje, ale pewnie niewiele?

  10. SMKA napisał(a):

    No to kolejny offtop. Klimatyzacja. Otóż w przypadku ręcznej klimatyzacji włączamy ją, po czym jeśli nie chcemy maksymalnego chłodzenia, „podkręcamy” ogrzewanie. Kiedyś byłem przekonany że automatyczna klimatyzacja (z tą różnicą że „podkręcenie” ogrzewania następuje automatycznie), ale teraz, po lekturze książki „klimatyzacja pojazdów mechanicznych”, dochodzę do wniosku że jednak nie. Zgodnie z książką regulacja następuje albo poprzez „okresowe wyłącznie sprężarki”, albo poprzez „zmianę wydajności cieplnej odparowywacza i skutku chłodzenia sprężarki”. Czy autorzy książki mają rację? Swoją drogą, książka z 1964 roku, a z tekstu można wywnioskować że już w latach 60. występowała w samochodach klimatyzacja automatyczna.

    • SMKA napisał(a):

      Poprawka. Zamiast „Kiedyś byłem przekonany że automatyczna klimatyzacja (z tą różnicą że „podkręcenie” ogrzewania następuje automatycznie)” miało być „Kiedyś byłem przekonany że automatyczna klimatyzacja działa podobnie (z tą różnicą że „podkręcenie” ogrzewania następuje automatycznie)”.

    • SzK napisał(a):

      Nash oferował całkowicie automatyczna klimatyzację w 1939r. Nie wiem, w jaki sposób regulowali emperaturę nadmuchu, ale temperatura powietrza we wnętrzu była utrzymywana na stałym, zadanym poziomie. System nazywał się „All-Weather Eye” (i był następca prostszego Weather Eye z poprzedniego roku).

      Hmmm, może by tak jakiś wpisik na ten temat…?

      • SMKA napisał(a):

        W książce opisano rozwiązanie w którym powietrze jest słabiej schładzane dzięki temu że część czynnika chłodzącego (bądź całość) przepływa nie przez odparowywacz, ale przez linię bocznikującą (mały obieg który omija odparowywacz). Podobno to rozwiązanie jest charakterystyczne dla stałego napędu sprężarki (więc chyba dla samochodów, gdzie przynajmniej kiedyś sprężarka klimatyzacji napędzana była od silnika samochodu).

      • benny_pl napisał(a):

        nie spotkalem sie z by-pasem chlodniczki wewnetrznej, za to typowe jest czasowe zalaczanie/wylaczanie sprzegla elektromagnetycznego sprezarki, jest to duzo prostsze i pewniejsze od zaworow ktore pewnie szybko by zaczely „syczec” i czynnik zaraz by sie ulatnial..
        dodatkowo jest regulowany (recznie lub automatycznie) strumien powietrza cieplego z nagrzewnicy lub zawor wody nagrzewnicy i tym sposobem utrzymywana zadana temperatura wnetrza auta

  11. Fabrykant napisał(a):

    Ja bez oftopu: Ciekawe rzeczy na tej Automobilowni. Jakby tak rzeczywiście kiedyś tu poczytać o historii Matchboxa, Corgi, Majorette czy Siku to byłoby całkiem w klimacie. Szczepan Kolaczek’s Toy Stories.

    • SzK napisał(a):

      Niestety nigdy nie byłem aktywnym kolekcjonerem modeli – w dzieciństwie miałem kilka sztuk, w tym część używanych, otrzymanych po innych, ale na tym koniec (nie, wróć: dzisiaj na półce nad moim biurkiem stoi piękny, czerwony MB 190SL, którego dostałem w pożegnalnym prezencie od zespołu z poprzedniej pracy). Nie znam dobrze tej branży, więc w tym momencie nie planuję o niej pisać. Może kiedyś w przyszłości, ale musiałbym sporo na ten temat postudiować.

  12. Mav napisał(a):

    Nie 19. listopada, a 17., nie Top Gear a Toy Stories, nie 350 ochotników a 400 (albo 300 zależy od źródła)… ale poza tym fajnie się czytało 😉

    Rekord został pobity 16. sierpnia, a program emitowano w bbc2 17. listopada:
    http://www.bbc.co.uk/programmes/b00p1dn4
    http://www.scalextric.com/uk-en/news/james-may-and-scalextric-race-away-to-set-world-record/

    Drugi artykuł po astonie i drugi bardzo dobry.

  13. Ziaja napisał(a):

    Ja mam do tej pory tor PREFO z NRD z roku 1963 kupiony przez mojego tate w „skladnicy harcerskiej”. Jest wykonany wyjatkowo precyzyjnie (100x lepiej niz obecnie dostepne zabawki, nie ustepuje jakoscia obecnym torom Carrera)
    Wszystko jest jeszcze w oryginalnych pudelkach (ktore sa tez z bardzo dobrego kartonu). Wyglada to tak:
    http://www.ebay.de/itm/361750512942

    • Klakier napisał(a):

      Właśnie mi uświadomiłeś że się pomyliłem w swojej wypowiedzi ,mój tor też był dokładnie taki sam jak ten na fotkach,niestety opakowania zaginęły w akcji i nie mogłem zweryfikować nazwy.

  14. wlasciciel napisał(a):

    Slotcary oczywiscie znam , ale dzieki temu tekstu dowiedzialem sie o firmie scaletrix, bylem przekonany ze najpopularniejszym producentem i zarazem standardem jest CARRERA

  15. Skittles napisał(a):

    Skoro jesteśmy już w takich tematach… Jest szansa na wpis o modelach RC? Muszę przyznać, że trochę się interesuję tym tematem i chętnie poczytałbym o ich historii na Automobilownii 🙂

    • SzK napisał(a):

      Zapiszę to sobie gdzieś, ale tak jak mówię, w temacie modeli i modelarstwa jestem raczej zielony, więc nieprędko się za to wezmę – wolę pisać o tym, w czym jakoś się orientuję.

  16. Skittles napisał(a):

    Nieee, za cienki jestem na wpisy gościnne ;p Nigdzie nie publikuję, nigdy w ogóle nie pisałem jakichś poważniejszych, długich tekstów, więc nie sądzę, żebym się nadawał. Język nie ten, wiedza nie ta, zapał u mnie (niestety) nie występuje. Kiedyś bardzo chciałem mieć jakiegoś bloga i sobie tam skrobać, ale nawet nie wiem, o czym ten blog miałby być- to chyba mówi samo za siebie. Nie chcę się ośmieszać, zostawię pisanie lepszym ode mnie 😉

    Also, nie wiem czemu nie mam opcji „odpowiedz” pod ostatnim komentarzem, ale tak samo jest i na telefonie, i na komputerze

    • SzK napisał(a):

      Być może został wyczerpany limit „pięter” odpowiedzi. Zawsze możesz odpowiedzieć na komentarz o piętro wyżej.

  17. benny_pl napisał(a):

    tez mialem cos takiego 🙂 tez z drutowymi opornicami gazu trzymanymi w reku ktore sie dosc mocno grzaly 🙂 orginalnie to bylo bodajze na 4 baterie R20, ktore byly drogie i szybko sie konczyly, i rowniez zastosowalem zasilacz od kolejki Piko 😀 ten zasilacz sluzyl wogole do wszystkiego, rowniez do sluchania radia samochodowego w domu, zreszta mam go caly czas, potem dorobilem mu kondensator i narysowalem skale ze zmierzonym napieciem zeby mniej wiecej wiedziec ile sie nastawia 🙂

    co do toru, to nie wiem jaki producent, bo pudelka nie mialem, ale chyba jakis marny, pamietam ze mialem chyba 2 rozne bo jedne samochodziki mialy wlasnie szczotki z plecionki a inne blaszkowe, te blaszkowe sie nie tyle wycieraly co jakos brudzily i slabo kontaktowaly, choc najgorsze byly plastikowe trybiki silnika ktore sie szybko zajezdzaly (oczywiscie na za duzym napieciu zasilania ale tylko wtedy byla frajda jak samochodziki lataly po pokoju 🙂 ) pomagalo przekrecenie trybika na odwrot bo byl na tyle szeroki ze scierala sie polowa trybika, ale ogolnie wszystkie sie dosc szybko zjechaly i tyle bylo zabawy 😉 pomysl fajny, ale w moim przypadku wykonanie kiepskie