STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: BYĆ UMYSŁOWYM

Jak powszechnie wiadomo, jestem samochodziarzem-teoretykiem. Wymądrzam się ciągle w internetach, a sam potrafię tyle, co nic: jechać samochodem (właśnie jechać, nie jeździć – bo do prawdziwego Jeżdżenia, przez duże "J", brakuje mi niewypowiedzianie wiele), dolać płynów, zmienić koło, a w starszych autach również żarówkę i takie tam. Raz tylko udało mi się coś samodzielnie naprawić: w mojej niegdysiejszej "Beczce" 280CE wyciągnąłem kiedyś pogiętą wybuchem gazu klapkę przepływomierza z K-Jetronica, wyprostowałem na krawężniku i założyłem z powrotem. Auto kichało po tym i prychało, ale odpaliło i dojechało gdzie było trzeba. Od tamtej chwili minęło już 15 lat, a ja do dziś jestem dumny. Tyle w temacie moich umiejętności.

Jasne, że chciałbym nauczyć się więcej – robić fajne rzeczy za kierownicą i umieć cokolwiek pomajsterkować. Różni ludzie namawiają mnie, żebym kupił sobie "Malucha" i spróbował go rozebrać i złożyć. Brzmi zachęcająco, ale po pierwsze, nie mam gdzie tego zrobić, a po drugie, musiałoby wtedy nie być Automobilowni. Praca korporacyjnego analityka finansowego, dojazdy przez cały Kraków, zajmowanie się żoną i częściowo domem, do tego dokształcanie się w różnych dziedzinach, minimum relaksu na powietrzu i między ludźmi, no i oczywiście pisanie bloga – to wszystko sprawia, że na sen rzadko zostaje mi więcej niż sześć godzin.

Tymczasem trafiła się perfekcyjna okazja połączenia relaksu turystyczno-towarzyskiego z automobilową pasją w wydaniu praktycznym: oto Kuba z zaprzyjaźnionego autoArchiwum zaprosił mnie na pewną szczególną imprezę. Kubie w pewnym sensie zawdzięcza swoje powstanie Automobilownia, bo to on namówił mnie do jej założenia (poza tym, jako czołowy polski kolekcjoner samochodowych prospektów, dostarcza mi czasem materiałów). Tym razem chodziło jednak o coś więcej niż gryzmolenie online – o udział w prawdziwym rajdzie samochodowym!!

No dobrze, może nie do końca prawdziwym. Prawdziwe rajdy dzielą się na sportowe, gdzie uczestnicy ścigają się ze sobą walcząc na śmierć i życie, oraz oldtimerowe, gdzie jedzie się autami zabytkowymi i wykonuje różne próby nawigacyjne, zręcznościowe, na regularność i dodatkowe, dziwne zadania, a całość ma służyć zabawie i miłemu spędzeniu wolnego czasu. Impreza, na którą zaprosił mnie Kuba, teoretycznie należała do tej drugiej kategorii, ale z tą różnicą że… nie stawiała wymagań co do rocznika pojazdu. I całe szczęście, bo żadnego oldtimera na podorędziu nie mamy. Mój samochód jest z roku 2005 i za staroć uznają go jedynie pani mer Paryża oraz redaktor Kublik. Kuba jest trochę lepszy: jego oliwkowe Renault Scénic w niespotykanie bogatej opcji (ma nawet skórzane fotele, których u mnie brak) pochodzi z roku 2001, co oczywiście również nie daje mu statusu klasyka, ale to zawsze o cztery lata szlachetniej.

Rzeczona impreza zwała się Pierwszym Rajdem Gratów Bielskich, a odbyła w Czechowicach-Dziedzicach w sobotę 27 czerwca. Zorganizował ją dr Grzegorz Chromik – wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego i zapalony kolekcjoner klasyków, których posiada całkiem sporo. Jednym z nich pozwolił mi się nawet przejechać, ale o tym kiedy indziej – teraz chciałem opisać tylko rajd. Jego regulamin przewidywał trzy kategorie: "Klasyk" (do 1989r.), "Grat" (do 2000r.) i "Plastik" (po 2000r.). Nie było żadnego ograniczenia wieku – nowe auto z salonu teoretycznie też mogło pojechać. Nie była to więc typowa impreza oldtimerowa, ale sportowa tym bardziej nie. Główny jej cel był szkoleniowy: chodziło przede wszystkim o to, żeby takie żółtodzioby jak ja i Kuba mogły oswoić z tego typu zabawami siebie i ewentualnie swoje żony. Całość była specjalnie pomyślana jako lekka, łatwa i przyjemna, a do tego niedługa (nieco ponad 40 km) i tania (wpisowe 30 zł). Te wszystkie czynniki, wraz z brakiem ryzyka blamażu przed poważnymi ludźmi, znakomicie wpłynęły na nastrój załóg i motywację do zabawy. Być może chociaż kilku z nas złapie bakcyla na dobre i pojedzie w przyszłości w prawdziwych imprezach, a nawet jeśli nie (np. ja i Kuba i tak nie mamy czym), to samo doświadczenie było wspaniałe, a zabawa – nadzwyczaj udana.

Do Czechowic-Dziedzic zabrałem żonę. Możecie nazwać mnie pantoflarzem, ale naprawdę muszę ją pochwalić za cierpliwość, z jaką znosi moje blogowanie i okazjonalne wyjazdy na zloty, rajdy i przejażdżki po godzinach. Sama nie jest takim pasjonatem motoryzacji jak ja, ale mając ścisły umysł, wielką ciekawość świata i będąc ze mną już czternasty rok chcąc nie chcąc dowiedziała się o niej już sporo: rozumie działanie większości podzespołów samochodu, rozpoznaje wiele klasycznych modeli, a jak chce, potrafi zagiąć niejednego czytelnika moto.onet.pl. Wziąłem ją na rajd w nadziei, że się jej spodoba. Chyba się udało.

Rajd miał się zacząć o 10.00h, ale na starcie (Czechowice-Dziedzice, szutrowy parking przy ulicy Legionów) byliśmy prawie pół godziny wcześniej. Ja miałem z Krakowa ponad 100 km dojazdu, więc chciałem zachować trochę zapasu, a Kuba mieszka co prawda tuż obok (w Pszczynie), ale też wolał spotkać się ze mną zawczasu, żeby zawieźć moje auto na bezpieczny parking i odbyć wspólną naradę wojenną 😉 

Na starcie – oldtimerstwo pełną gębą!! Na pierwszym planie – nasz Scénic

5

 

Skoro wpis należy do serii "STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI", to dodam jeszcze, że do Scénica mam spory sentyment. Taki sam model obwiózł mnie i (wtedy jeszcze) narzeczoną na jedne z pierwszych, wspólnych wakacji w roku 2003. To auto nie należało do mnie, ale dostałem je do dyspozycji na aż trzy tygodnie. Tylna kanapa została wtedy w garażu, a na jej miejsce trafiły dwie ułożone wzdłużnie karimaty i śpiwory. W dzień kładliśmy na wierzch torby z ubraniami i prowiantem, a sami siadaliśmy na przednich fotelach. W nocy było odwrotnie. Mając darmowe "zakwaterowanie" zjeździliśmy najdroższe miejsca Europy – austriackie, szwajcarskie i francuskie Alpy, potem Lazurowe Wybrzeże i Prowansję, docierając najdalej aż do Barcelony. Spaliśmy na parkingach przy autostradach, prysznice na stacjach benzynowych kosztowały pół lub całe euro, a jedzenie było w 80% zabrane z Polski i przygotowywane na butli gazowej. Wszystkie te wspomnienia wróciły do mnie natychmiast po ujrzeniu auta Kuby, które ma nawet identyczny kolor jak tamto – nie zgadza się tylko znacznie wyższy poziom wyposażenia i benzynowy silnik 1.6 (my jechaliśmy 1.9-tką dCi). Ale wróćmy do teraźniejszości.

W Rallye Monte-Carlo startowały kiedyś autobusy (ciekawe, czy wiecie dlaczego…?), więc dlaczego tutaj nie mogłyby campingowozy…? Notabene biały Fiat z 67-konnym dieslem pod maską (nie wyobrażam sobie jazdy nim przez Alpy, ani na autostradzie, ani po drogach lokalnych) wymusił na Grzegorzu zmianę trasę rajdu, bo nie mieścił się pod jednym z wiaduktów.

1

 

Trójka uczestników alienowała się z boku parkingu

3

 

Start trochę się opóźnił, bo nawalił samochód organizatora – ultrarzadki w Polsce Fiat 133 (ten sam, którego ujeżdżał kiedyś Złomnik). Poszedł w nim lizak skrzyni biegów. Na szczęście aut ci u Grzegorza dostatek – rolę zastępczego pojazdu komandorskiego wzięło na siebie Audi A4 w tedeiku i Avancie, z przebiegiem 550 tkm.

Płacimy wpisowe i odbieramy papiery: itinerer, listę pytań i kartę drogową

4

6

 

Itinerera trochę się bałem, bo to ja miałem być tzw. umysłowym, czyli pilotować Kubę. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, czytałem tylko instrukcję na stronie PZM. Itinerer był w formie strzałkowej, czyli najprostszej. Skrzyżowania rozpisane w osobnych kratkach czytanych w kolumnach od dołu do góry (bo jedziemy do przodu, nie do tyłu) i od lewej kolumny do prawej. W każdej kratce jeden manewr, albo jeden znak orientacyjny potwierdzający, że jedziemy dobrze (np. prosta strzałka oznaczająca drogę, a po prawej napis "POLICJA" – czyli jak mijamy komisariat, to wszystko OK). Jest tylko jeden haczyk – zaznaczone są tylko te skrzyżowania, gdzie nie mamy pierwszeństwa albo opuszczamy drogę z pierwszeństwem. Tam, gdzie mamy jechać po głównej (wszystko jedno, prosto czy nie) – itinerer milczy. Na każdym skrzyżowaniu trzeba więc sprawdzić w jakąś sekundę albo dwie, czy jego układ pasuje do schematu w najbliższej kratce: jeśli tak, jedziemy wedle schematu, jeśli nie – to za główną. Jeśli nie pasuje, a nie mamy pierwszeństwa – to znaczy że pojechaliśmy źle, trzeba zawrócić i się ogarnąć.

8

 

Szczególne poruszenie wywołała kratka nr 14 z tajemniczym napisem "BIUŚCIK". Grzegorz nie wyjaśnił tu nic, powtórzył tylko to, co mówił dokument: że jak zobaczymy biuścik, to trzeba w lewo. Jedna z uczestniczek spytała, czy w takim razie ona ma kręcić się w w lewo cały czas…? W swoim czasie okazało się, że tak nazywa się lokalny sklep z damską bielizną (nie, nie było graficznych reklam, tylko szyld z nazwą).

Komandor udziela odprawy przed startem

7

 

Startowaliśmy całkiem profesjonalnie: według przydzielonych numerów startowych, jeden samochód na minutę, z wpisaniem czasu startu do karty drogowej. Nam trafił się szczęśliwy numer – trzynasty. Pojechaliśmy o 11:12.

9

 

 

Na ukończenie całej, 40-kilometrowej trasy były przeznaczone aż trzy godziny, ale Grzegorz szacował czas przejazdu na najwyżej dwie, łącznie ze znajdowaniem odpowiedzi na pytania konkursowe, których w sumie było 21. Te były wypisane na osobnej liście i miały swoje numery, zaznaczone dodatkowo w odpowiednich miejscach na itinerzerze (liczby w kółku). Każda zła odpowiedź oznaczała punkty karne. Prócz tego zorganizowane były (oczywiście w nieujawnionych z góry miejscach) cztery punkty kontrolne z komisarzami sportowymi, którzy podbijali nam kartę i dawali dodatkowe pytania / zadania. Ostatnim sprawdzianem było wpisanie do karty drogowej łącznej liczby przejechanych torów kolejowych (jeden tor = dwie szyny).

Jako debiutanci stresowaliśmy się trochę, ale tak naprawdę, prawie wszyscy uczestnicy mieli zerowe doświadczenie – w końcu to była impreza szkoleniowa. Jedyna znajdująca się na liście startowej gwiazda – red. Z. Łomnik – w ostatniej chwili zrezygnowała (złe języki mruczały coś o miękkim obuwiu do chodzenia po domu, ale tak szczerze, to gdybym miał do Czechowic 340 km, to pewnie też bym nie przyjechał).

START!!

Jazda mocno nas zaabsorbowała: na 40 kilometrach mieliśmy 71 kratek itinerera, czyli jedna wskazówka przypadała na 560 metrów drogi, do tego 21 pytań wymagających najczęściej odnalezienia odpowiedniego punktu, zatrzymania i wyjścia z auta, a czasem również pieszego mini-rekonesansu. Presji czasowej raczej nie było, ale poczucie misji do wykonania i związana z tym atmosfera mobilizacji dawały się wyraźnie odczuć. Z nawigacją poradziłem sobie jako-tako – nigdzie nie zgubiliśmy się na dobre, chociaż przy jednym z punktów kontrolnych komisarze źle nas pokierowali i uratowało nas tylko to, że Kuba, jako były mieszkaniec Czechowic-Dziedzic, dobrze znał te drogi i niektóre skrzyżowania na itinererze rozpoznawał z głowy (dzięki temu udało się trafić z powrotem na trasę, na szczęście na opuszczonym fragmencie nie było checkpointu). To była ważna lekcja: pilot ma patrzeć w itinerer, a nie słuchać urzędników. Oprócz tego raz wjechaliśmy chłopu na podwórko (trzeba było zjechać na szutrówkę, ale akurat nie na tę), a pod sam koniec zrobiliśmy dwie rundy wokół kwartału domków jednorodzinnych (nie mogliśmy znaleźć motoroweru koniecznego do odpowiedzi na jedno z pytań, ale w końcu się udało). Inni chyba mieli więcej problemów, bo na niektórych skrzyżowaniach widzieliśmy "naszych" na wszystkich wlotach…

Zapewne chcecie poznać pytania z listy. Kilka z nich polegało na podaniu marki stojącego w danym miejscu samochodu, względnie wraka. Podpowiedzi obejmowały litery z tablicy rejestracyjnej albo slangową nazwę modelu, jak w przypadku "kubische Kabine". Tutaj wyłożyła się większość uczestników, my też nie wiedzieliśmy z głowy – to jest stara cieżarówka Mercedesa, a my w wadze ciężkiej nie siedzimy – ale od czego wujek Google w kieszeni…? Ciekawe były pytania "ile jest stąd do Wiednia?" (trzeba było odszukać stary, austro-węgierski kamień milowy z napisem "322 km von Wien"), "Jaka żaba?" (w tym miejscu znajdowała się firma "Kumak"), "Czym jest raj?" (zadane obok nieczynnego od dawna baru "Pod Rajem", na którego dachu zbudowano szklarnię – to ona była więc rajem), albo "Co mieści się w dawnej willi dyrektora rafinerii"? – willę najpierw trzeba było odnaleźć (teraz jest tam pub). Pytania o rok budowy napotkanej kapliczki, architekta nowoczesnego kościoła albo datę budowy mijanej szkoły były już proste. Na 21 zadań dostaliśmy dwa punkty karne: błędnie uznaliśmy dawny bunkier za magazyn (w błąd wprowadzili nas ochroniarze strzegący zakładu, na którego terenie mieścił się obiekt!!) i nie zgadliśmy, na zlot jakich samochodów sportowych można przyjechać motorkiem zaparkowanym pod jednym z domów. Motorek był marki Jawa, więc wpisałem, że na zlot Jaw (kiedyś marka produkowała też auta). Tymczasem chodziło o to, że ten konkretny model nazywał się… Mustang. Na mecie Grzegorz wyjaśnił, że w ubiegłym roku pewien Czech po mistrzowsku strollował zjazd Mustangów przyjeżdżając taką właśnie Jawą i… dostał puchar. Jeśli istnieje coś, czego zazdroszczę Czechom, to jest to właśnie tego typu podejście do życia – tutaj zaprezentował je nie tylko trollujący, ale przede wszystkim jury zlotu (a także pozostali uczestnicy – bo nie protestowali).

W poszukiwaniu tabliczki z nazwiskiem architekta

10

 

Na punktach kontrolnych dostawaliśmy inne zadania: na pierwszym kazali nam rozpoznać przedmioty w woreczkach wyłącznie za pomocą macania (był to korbowód i tłok), zapytali o województwo pochodzenia pokazanej tablicy rejestracyjnej sprzed 1975r. (z literami "SA", czyli był to Śląsk) i podanie, co ma wspólnego "Maluch" z zaparkowanym obok Mercedesem S (oznaczenie modelu 126, ale Grzegorz uznawał też odpowiedź, że w obu autach strefa zgniotu kończy się na silniku). Na kolejnych checkpointach trzeba było zaparkować w odległości dokładnie 50 cm od ustawionego kartonu (nasz wynik – 79 cm), podpisać zdjęcia czterech modeli Fiata (900, 1100, 1400, 1500) i rozwiązać krótki test jwdnokrotnego wyboru z motoryzacji PRL-u: jakiego koloru była etylina 86 (zielona), który samochód miał specjalne zniżki ubezpieczeniowe w PZU (Warszawa), do czego służył olej Hipol 15 MF (do przekładni w "Maluchu"), jakiego kształtu był znak „stop” do 1983r. (okrągły), bez jakiego elementu wyposażenia nie dało się przejść badania technicznego (bez chlapaczy) i jak wyglądały rejestracje przyczepy N126 w roku 1980 (do 1983r .przyczep nie rejestrowano w ogóle, trzeba było założyć im tabliczkę z numerem samochodu). W ostatnim pytaniu zrobiłem błąd pisząc, że istniały specjalne serie "przyczepowe" z literą "P", bo pamiętam z Krakowa tablice KRP, KKP, KWP i KVP. Tyle tylko, że pytanie było o rok 1980-ty, a ja nie wiedziałem, że obowiązek rejestracji przyczep wprowadzono trzy lata później.

Pod sam koniec straciliśmy sporo czasu na poszukiwania "kubische Kabine" (Kuba biegał po wszystkich okolicznych zagrodach i nic nie znalazł, ale ja w międzyczasie wygooglowałem na telefonie, że to model Mercedesa i zawołałem go z powrotem), biedzieliśmy się też nad tą nieszczęsną Jawą przeczuwając, że pewnie nie o to chodzi, ale nie mieliśmy innego pomysłu. Nie tylko my – zaledwie jedna załoga wiedziała, o co chodziło z tym Mustangiem.

Meta została urządzona na parkingu koło baru "Pod Dębem". Oddaliśmy kartę drogową, pani komisarz wpisała nam czas przejazdu (2h:05m) i poszliśmy coś zjeść w oczekiwaniu na wyniki. Od razu pożałowałem, że nie jechaliśmy jakąś perłą PRL-u, bo lokal okazał się być żywcem wyjęty z filmów Barei. Nie, nie było łańcuszków przy sztućcach, a menu było bardziej urozmaicone, ale gdy zamówiliśmy po kotlecie zawijanym z dodatkami, w odpowiedzi usłyszeliśmy tubalny głos kelnerki rodem z "Misia": "MOGĘ DAĆ ŻEBERKA-GOLONKĘ-ZIEMNIAKI-KAPUSTĘ!!". Cisza. Dobrze, że nie dodała, że biją się o Złotą Patelnię i kawa z wuzetką są obowiązkowe. Po pociągnięciu za język przyznała, że pozostałe dania też są dostępne, tylko trzeba poczekać do 15 minut (ponieważ Grzegorz z trójką pomocników miał do sprawdzenia, podliczenia i sklasyfikowania 17 kart drogowych, kwadrans nie sprawił nam żadnej różnicy). Jedzenie okazało się zresztą bardzo smaczne.

Moja małżonka i Kuba w barze "Pod Dębem" oczekiwaniu na wyniki

11

 

Po dłuższym oczekiwaniu i dyskusji przy herbacie zostaliśmy ogromnie zaskoczeni: zmieszczenie się w czasie, policzenie torów i zaliczenie zadań z łącznie trzema błędami dało nam kompletnie niespodziewane, drugie miejsce w generalce i pierwsze w klasie "Plastik"!! Pokonali nas tylko Jerzy Płonka / Tomasz Praszkiewicz – doświadczona załoga pięknego Jaguara XJ z kategorii "Klasyk". Na podium znaleźli się jeszcze Łukasz i Magda Manthey w pomarańczowej Corolli KE25 (również "Klasyk", należący zresztą do Grzegorza).

Dwa najładniejsze samochody rajdu to Jaguar XJ i Corolla KE25, które zajęły 1 i 3 miejsce w generalce

12

 

W nagrodę dostaliśmy gustowny puchar, (prawie) pustą bańkę po Mixolu, bardzo dobrej klasy kable rozruchowe oraz bon na 100 zł ufundowany przez jeden z czechowickich sklepów motoryzacyjnych.

2

 

Grzegorz niemal przepraszającym tonem tłumaczył, że na rajd za 30 zł nie był w stanie zorganizować lepszych nagród, ale tu zupełnie nie o nagrody chodziło. My i tak cieszyliśmy się jak dzieci, bo mało komu na świecie udaje się wygrać klasę w pierwszym rajdzie w życiu 😉 Co prawda podział na klasy służył tu jedynie zwiększeniu ilości trofeów do rozdania, bo rocznik samochodu nijak nie wpływał na wynik, ale "wygrać klasę" – jakże to brzmi dumnie!! 😉

Po imprezie pomogłem Grzegorzowi sholować do domu Fiata 133 z pękniętym lizakiem, do czego użyliśmy jego komandorskiego Audi. W ten sposób poprowadziłem A4-kę TDI z przebiegiem ponad pół miliona km (wygląda tak sobie, ale jeździ bez zarzutu), a potem jeszcze jednego klasyka z jego kolekcji, ale o tym napiszę następnym razem, w ramach "PRZEJAŻDŻKI PO GODZINACH".

Tak właśnie po raz pierwszy w życiu zostałem "umysłowym", a Kuba – kierowcą rajdowym. 😉 Muszę też ogromnie pochwalić Grzegorza, jego żonę i dwójkę pomocników, bo zrobić rajd, nawet najskromniejszy, w cztery osoby, to naprawdę sztuka. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim: Grzegorzowi za zorganizowanie rajdu, Kubie za zaproszenie, a mojej żonie – za cierpliwość, towarzystwo i pomoc w nawigacji. Wygląda na to, że nie będzie przeszkód do kolejnych startów. Brakuje nam tylko odpowiedniego pojazdu, bo nie każda impreza ma tak liberalny regulamin. Ale, jak to mówią, wszystko w swoim czasie… A według deklaracji organizatora, Rajd Klasyków Bielskich na pewno nie skończy się na jednej edycji.

Share Button
Tagi: ,
15 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: BYĆ UMYSŁOWYM
  1. Artur napisał(a):

    Załoga z kampera potwierdza udaną imprezę 🙂

  2. Carman napisał(a):

    Wstyd mi. Nie wiedziałem o tym rajdzie, a mieszkam po przeciwnej stronie Bielska. Szkoda, bo też chętnie bym spróbował. Zawsze problemem była odległość do miejsca startu, a tu to było wręcz o rzut beretem. No i bez problemu mógłbym pojechać moją Alfą rocznik '03 (w tej chwili starszych aut też u mnie zabrakło). Mam nadzieję, że Pan Grzegorz nie zamierza poprzestać na pierwszej edycji. Na kolejnej już muszę pojechać 🙂 .

  3. Kuba napisał(a):

    Było fantastycznie! Dodam tylko, że mimo klimatyzacji nastawionej na 20*C spociłem się za kierownicą jak świnia, a średnie spalanie wyniosło 11,5 l/100 km (podczas normalnej eksploatacji średnia to około 6,8 l /100 km). Duch rywalizacji i sportowy stres dały się odczuć, choć jako debiutanci wszyscy byliśmy oceniani łagodniej

  4. Yossarian napisał(a):

    Fajna zabawa! Szkoda, ze na Podlasiu nic takiego nie jest organizowane. Ja bym pewno był ostatni, bo ja jestem w stanie zgubic się na prostej drodze, ale i tak wziąłbym udział 🙂 W końcu nie samą prędkością się żyje 🙂

    • SzK napisał(a):

      No to weź zorganizuj!!

      Pytania napiszesz z praktycznej wiedzy o naprawach E36 😉

      • Yossarian napisał(a):

        Taaa: "Po co jest piąty czujnik prędkości w E36?" – sam bym się chętnie dowiedzał 😛

        Nie mam zacięcia organizacyjnego niestety.

  5. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Ogromne gratulacje! Sam o imprezie wiedziałem, ale było już po ptokach – zresztą i tak obowiązki nie pozwoliłyby mi.

  6. krzysiek3452 napisał(a):

    Jakbyś wybierał się na wakacje nad Polskie morze daj znać, mamy czasem ciekawe imprezy tego typu 😉

    Sam wspominam swój pierwszy start w rajdzie dla klasyków z uśmiechem. Nic a nic nie przeszkadzał mi fakt, że po wjechaniu na start rdza na wydechu puściła i jechaliśmy autem głośniejszym niż nie jedno WRC 😀
     

    • SzK napisał(a):

      „Polskie morze” to raczej dość szerokie pojęcie – ponad 400 km z końca na koniec 🙂

      Niestety, jak już powiedziałem, sam nie mam czym wystartować, bo tak liberalny regulamin jak w Czechowicach to chyba nigdzie indziej nie występuje.

      • krzysiek3452 napisał(a):

        W trójmieście też są imprezy z "liberalnym regulaminem" – tu nie zawsze o auto chodzi, a dobrą zabawę 😉

         

        W moim pierwszym rajdzie, kolejnej edycji Gdyńskiego Rajdu Historycznego, była klasa aut młodszych i ich uczestnicy startujący xsarą, golfem czy skodą też się świetnie bawili. A jak coś to Renault '88 którym ja startuję jest 5 osobowe więc nie widzę przeszkód w powiększeniu ekipy 😉
         

  7. benny_pl napisał(a):

    ja bym sie na pewno zgubil, chociaz takie schemaciki przynajmniej rozumiem (czego nie mozna powiedziec o „choinkach”), ale jakos nie jestem milosnikiem rajdow, zlotow, itp… bylem na kilku zlotach i zawsze czulem sie dziwnie, choc okazywalo sie pozniej fajnie (zadnego bron „borze” nie zaluje), to jednak moj charakter raczej samotniczy mowil „co ja tutaj wogole robie?” 😉
    a co do kempingowego wykorzystania samochodu, to C15stka nadaje sie swietnie do tego celu 🙂

  8. SMKA napisał(a):

    Może się autorowi bloga narażę, ale mi najbardziej z relacji spodobały się… zdjęcia jego żony 😉

    Pozdrawiam autora i jego małżonkę

    • SzK napisał(a):

      Tego typu popularności nie spodziewaliśmy się, ale bardzo nam miło 😉

      • SMKA napisał(a):

        To może jeszcze zadam pytanie czy Twoja żona ma może siostrę? 🙂

        Dobra, kończę się wygłupiać

  9. benny_pl napisał(a):

    no i moze bedzie BX w rodzinie 😉