STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: ŁADIOWÓZ

P1700484

Długo się zastanawiałem, czy pisać o Ładiowozie, czy nie. W temacie terenówek jestem mało kompetentny, zresztą w prawdziwy teren się nawet tym autem nie zapuszczałem, bo i nie umiem. Ale jako że obecnie całe internety aż huczą od żalu za pożegnanym już oficjalnie Defenderem, to postanowiłem jednak napisać. Choćby dlatego, że szkoda pięknych, profesjonalnie zrobionych zdjęć Ładiowozu, na których publikację mam zgodę.

Co to jest Ładiowóz? To samochód, którym jeździ Ładi. A dokładniej – Wadih, mój szef z poprzedniej pracy, w której spędziłem ponad dziesięć lat na czterech różnych stanowiskach. Wadih był managerem ostatniego zespołu, do którego tam należałem (od czerwca 2012 do kwietnia 2015). Od tego czasu i on zmienił posadę – pracuje teraz we Francji, choć w tej samej korporacji. Wciąż mamy jednak kontakt, między innymi dzięki Ładiowozowi.

Wadih jest Libańczykiem. Wyrastał w warunkach, jakie my znamy głównie z kina i opowieści dziadków. Kilkoro najbliższych stracił w wojnie domowej. Po śmierci ojca, by utrzymać rodzinę, jego mama jeździła sprzątać biurowce w Arabii Saudyjskiej. Mimo wszelkich przeciwności udało mu się zdobyć świetne wykształcenie: najpierw we francuskojęzycznym liceum w Bejrucie, potem – na amerykańskim uniwersytecie, gdzie jakoś wywalczył stypendium. W Ameryce Wadih uczył się w dzień i pracował w nocy, a czasem odwrotnie. Na sen miał niewiele czasu, ale dotrwał do końca: dziś mówi czterema językami, ma dyplom dobrej uczelni z Bostonu, managerskie stanowisko w międzynarodowej korporacji, żonę Koreankę i 15-letniego syna. Teraz to on wspiera mamę i niepełnosprawnego brata, którzy zostali w Libanie.

Ładiowóz istnieje po części dzięki temu, że Wadih był dla mnie nie tylko przełożonym, ale i przyjacielem. Kiedy przyjechał do Polski, nie znał języka i kompletnie rozwalała go polska biurokracja. Choćby głupie załatwianie urlopu, chorobowego albo wyjścia z pracy na pogrzeb dziadka – jemu nie mieściło się w głowie, że tu trzeba jakieś papiery z pieczątkami przynosić, zamiast zwyczajnie uzgodnić z szefem. Rejestracja sprowadzonego auta to był dla niego jakiś „Proces” Kafki. Jeszcze gorzej z prawem wizowym, które zmuszało go do przebywania poza Unią Europejską przez bodajże dwa tygodnie raz na dwa lata, pod rygorem deportacji. Czy to nie ironia, że anonimowy człowiek z terenu ISIS – organizacji otwarcie deklarującej zamiar zalania Europy terrorystami – może bez paszportu przejść cały kontynent korzystając przy tym ze statusu graniczącego z immunitetem dyplomatycznym, podczas gdy korpo-managerowi z obywatelstwem USA dwukrotnie w ciągu czterech lat grożono deportacją…? W każdym razie Wadih co rusz prosił mnie o pomoc z językiem, z urzędasami, z fachowcami od usług, itp. W rewanżu zapraszał nieraz mnie i żonę do siebie albo do restauracji, i tak zaprzyjaźniliśmy się. A że dzielimy automobilową pasję…

W Stanach pierwszym samochodem Wadih’ego było rozpadające się BMW E23. Drugim – Mercedes W124, w którym po pewnym czasie odpadło przednie koło (zawieszenie jest tam tak skonstruowane, że do samego końca nie stuka, więc jeśli mechanik nie skontroluje luzów na kanale, to kierowca odkryje problem dopiero w momencie odpadnięcia koła). Oczywiście, jako człowiek Bliskiego Wschodu, wielką estymą darzy Wadih terenówki i SUV-y. Tuż przed oddelegowaniem do Polski kupił był sobie w salonie nówkę Range Rovera III z doładowaną V8-mką, jego żona zaś jeździła którymś pseudoterenowym Infiniti. Mocno używanym: Wadih długo opowiadał mi, jak w aucie żony naprawiał kiedyś zawieszenie. Bo on bardzo lubi majsterkować. Mimo że stać go na nowego, 510-konnego Range’a, cieszy go własnoręczne położenie sidingu na dom albo dłubanie przy autach. Nie jest fachowcem, więc wymiana amortyzatorów zajmuje mu czasem cały weekend (geometrię i tak musi potem ustawić u kogoś), ale zostają satysfakcja, doświadczenie i parę dolarów w kieszeni. Amerykanie, nawet ci bogaci, uwielbiają może nie tyle oszczędzać za wszelką cenę, co znajdować dobre deale. Nawet jeśli kupują brylantową kolię za 49.950 $, to cieszą się jak dzieci, kiedy w sklepie obok znajdą podobną za 49.999.

***

Wracając do SUV-ów. Range Range’em, ale Wadih’emu od dawna marzyła się prawdziwie męska terenówka. A nie ma chyba lepszej niż Land-Rover Defender.

Ogłoszenie o sprzedaży Defendera napatoczyło się we wrześniu 2014r. Chodziło o krótką odmianę trzydrzwiową (wersja 90, mająca rozstaw osi 92.9 cala, czyli 2,360 mm) z rocznika ’91, napędzaną silnikiem 200 Tdi – 4-cylindrowym, 2,5-litrowym turbodieslem o mocy 108 KM i momencie obrotowym 255 Nm. To był jeden z pierwszych „osobowych” diesli z wtryskiem bezpośrednim, wciąż jeszcze z gatunku niezniszczalnych (wersja z Defendera jest szczególnie trwała, bo jej moc delikatnie obniżono w stosunku do jednostki bazowej, stosowanej np. w Discovery).

Auto stało 40 km od Krakowa. Wadih nie chciał mnie tam ciągnąć w weekend, ale poprosił o „dyżur” pod komórką na wypadek, gdyby nie mógł się dogadać. To była już trzecia taka akcja: wcześniej dokładnie w ten sam sposób kupiony został ścigacz marki Ducati (Wadih pojechał po niego pod Wieluń wypożyczonym Transitem i stojąc twarzą w twarz z właścicielem negocjował za moim pośrednictwem, przez komórkę w trybie głośnomówiącym), oraz rodowodowy szczeniak dobermana (tu było trudniej, bo hodowca, jakiś renomowany podobno, był Węgrem i nie umiał mówić w żadnym ludzkim języku, ale na szczęście jego sekretarka znała niemiecki: Wadih zadawał mi więc pytanie po angielsku, ja powtarzałem sekretarce po niemiecku, ona – swojemu szefowi po węgiersku, a odpowiedź wracała tą samą drogą. O dziwo, obeszło się bez reklamacji).

Z Land-Roverem poszło jak z płatka, bo nastoletni syn właściciela dobrze znał angielski – mój udział ograniczył się do ściągnięcia z netu dwujęzycznego wzorca umowy kupna-sprzedaży, żeby obie strony wiedziały, co podpisują. Samochód był świeżo sprowadzony z Niemiec, ale gotowy do rejestracji i podobno w idealnym stanie technicznym, tylko z karoserią „do drobnych poprawek„. Został kupiony natychmiast: sprzedawca przekonał Wadih’ego za pomocą krótkiej, acz dynamicznej i efektownej przejażdżki po okolicznych lasach i łąkach. Defender wyglądał wtedy tak, jak na fotkach poniżej.

Te naklejki na drzwiach to podobno dość rzadka i cenna rzecz. Niestety, szybko zostały zlikwidowane, ale nie uprzedzajmy faktów.

IMG-20140816-00321Foto: dostarczone przez Wadih’ego

IMG-20140816-00311Foto: dostarczone przez Wadih’ego

IMG-20140816-00281Foto: dostarczone przez Wadih’ego

IMG-20140816-00300Foto: dostarczone przez Wadih’ego

IMG-20140816-00331Foto: dostarczone przez Wadih’ego

Być może niektórzy z Was pamiętają, jak wtedy, we wrześniu 2014r. pisałem na facebookowym fanpage’u „Klasycznie’eu”, że mój szef sprawił był sobie Defendera i że niedługo będzie „PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH”. Tak się jednak złożyło, że artykuł czytacie dopiero dziś, i to w serii „STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI” – bo cała historia zrobiła się znacznie grubsza niż przewidywaliśmy.

Nie zdziwi chyba nikogo, że jako wielki fan terenówek, a Land-Roverów w szczególności, Wadih nie mógł poprzestać na specyfikacji fabrycznej i – jak szybko się okazało – trochę jednak przymęczonej. Na początek potrzebny był lakiernik. Zgadnijcie, kto dostał zadanie znalezienia go: oczywiście ten petrolhead z zespołu Wadih’ego, którego ojciec i brat prowadzą w Wieliczce salon z serwisem pewnej popularnej marki samochodów i doskonale znają okolicznych fachowców.

Nadworny lakiernik ojca po obejrzeniu auta zawyrokował, że należy się pełna odbudowa, znaczy się – nie dla niego ta fucha. Nie powiem, było zdziwienie, bo z zewnątrz samochód wyglądał w miarę znośnie. Wadih trochę się zdegustował, bo miały być „drobne poprawki„, a nie „pełna odbudowa„. Jego żona zaraz zaczęła się dopytywać, że jeśli już 4×4, to dlaczego nie takie, jak stoi tu obok – pamiętacie, rzecz działa się w wielickim salonie – po czym wskazała na wyeksponowany na honorowym miejscu, lśniący nowością wehikuł z nowoczesnym turbodieslem EURO 666, automatyczną skrzynią, skórzaną tapicerką, elektronicznymi asystentami kierowcy, ekranem dotykowym i sprzęgłem wiskotycznym kierującym do 30% mocy na tył, jeśli przód się akurat poślizgnie. Wadih popatrzył na nią jak każdy samochodziarz na człowieka mierzącego zużycia paliwa w bakach na miesiąc, ale tak naprawdę, to ona rozumiała wszystko – w końcu dobrze zna męża, a jako magister psychologii doskonale wie, jak działa Pasja.

***

Spotkanie z blacharzem było dla Wadih’ego mocnym przeżyciem. Przed warsztatem, a raczej przydomowym garażem, na podwórku rodem z facebookowego profilu Cytryna i Gumiaka, stały w rządku wraki, których marek nie dało się rozpoznać. Większość wyglądała, jakby wpadła była pod walec drogowy albo zleciała z którejś serpentyny po południowej stronie Passo Gavia. Libańskie pochodzenie to jedno, ale lata kariery amerykańskiego finansisty odzwyczaiły Wadih’ego od takich widoków. Sam nie był pewny, czy chce tam zostawiać swoje marzenie, ale przeważyło zaufanie do mnie i brata, oraz fotki przepięknie odrestaurowanej DS-y, które blacharz miał w swoim portfolio. Defender miał być gotowy do sześciu tygodni, czyli jakoś na początek grudnia (przypominam – był rok 2014).

Odtąd w pracy, regularnie co kilka dni, słyszałem od szefa polecenie: „Szczeps, we need to call the blaah-hush guy„. Mniej więcej dwa razy w miesiącu jeździliśmy po robocie do Wieliczki, co nawet mi się podobało, bo kończyliśmy wtedy wyraźnie wcześniej, a ja zarabiałem podwózkę do domu taksówką (Wadih nie miał w Polsce żadnego pojazdu poza Defenderem i Ducati, a ja kategorycznie odmawiałem jazdy ścigaczem – cierpię na nieuleczalną fobię wobec jednośladów mocniejszych od co lepszej Vespy).

„The blaah-hush guy„, jak to w Polsce, pracował solidnie, ale powoli i z przerwami. Co chwilę okazywało się, że potrzebne są kolejne części: najpierw tylne drzwi, zwichrowane przez wiszące na nich koło zapasowe (wtedy powstał pomysł przełożenia zaczepu koła obok, nad prawą lampę). Potem drzwi kierowcy, które też okazały się nie całkiem proste (są aluminiowe, więc pole manewru było niewielkie). Do tego zestaw uszczelek wszystkich drzwi i dachu, niezliczone śruby i nity (musiały być jakieś specjalne), itp., itd. W miarę rozbrajania auta zapadały też decyzje o wymianie wielu elementów nieblacharskich: lamp, lusterek, różnej galanterii zewnętrznej i wewnętrznej.

Te wizyty trochę Wadih’ego demotywowały. On zna się na mechanice, ale nie na blacharce, więc widok rozbebeszonej karoserii dołował go niepomiernie, tym bardziej, że opóźnieniom nie było końca. Jedno tylko nie przestawało go frapować: wraki, które stały przed warsztatem, z każdą wizytą nabierały kształtu samochodów. Któregoś razu mój brat zwrócił uwagę na lśniącą świeżym, metalizowanym lakierem Mazdę 626 i z uśmiechem powiedział, że tak teraz wygląda kłębowisko blach, które stało tu trzy miesiące temu. Wadih oniemiał. Miał taką minę, że sam nie wiedziałem, czy to bardziej podziw, niedowierzanie, czy przerażenie. „Chyba nie kupię już w Polsce żadnego używanego auta” – wyjąkał, ale zaraz potem, nie odrywając wzroku od Mazdy, dodał, że jego wieloletnie marzenie jest chyba w dobrych rękach.

Przez całą jesień i zimę auto stało w blacharni, a Wadih buszował po internetach szukając opcji w kwestii felg, lakierów, akcesoriów. W miarę jak poszerzał się zakres prac blacharskich, on coraz bardziej puszczał wodze fantazji. Przestało mu zależeć na czasie – ważniejszy stał się końcowy efekt. LED-owe lampy, osłony chłodnicy i reflektorów firmy KBX, maska silnika z rocznika 2007 (tzw. Puma), ryflowane blachy na błotniki i progi (malowane proszkowo na kolor nadwozia), wloty powietrza, nowe fotele, porządne ławki do tyłu (chociaż miał tam jeździć głównie wspomniany doberman), pasy bezpieczeństwa… Wszystkie te bajery były ściągane z angielskich sklepów internetowych – przynajmniej raz w tygodniu w naszym biurze zjawiał się kurier z wielkimi paczkami dla Działu Kredytowego.

„The blaah-hush guy” pracował do końca stycznia – dwa razy dłużej, niż przewidywaliśmy, ale każdy, kto restaurował kiedyś auto, wie, że to standard. Gorzej, że po złożeniu auta i przejechaniu nim do lakiernika okazało się, że… wciąż nie wszystkie elementy się nadają. Blacharzowi umknęły np. przednie błotniki ze śladami nieudolnych napraw, bo jako nieskorodowane nie były przedmiotem jego działań – sprawa wyszła dopiero po zeszlifowaniu starego lakieru. Znów trzeba było sprowadzać to i tamto, i jeszcze owo.

Kompletowanie wszystkiego zabrało całe tygodnie: a to błotniki się opóźniły, a to Angol nie włożył do paczki jakiejś pojedynczej uszczelki, która była zamówiona, a co gorsza, zafakturowana. Wadih i jego żona niecierpliwili się coraz bardziej, bo na horyzoncie pojawiła się perspektywa przeprowadzki do Francji, a auto było ciągle w rozsypce.

Od lakiernika wyjechało dopiero w kwietniu, ale opłacało się czekać. Powiedzieć, że Wadih był zachwycony, to mało: on cieszył się jak dziecko, gdy po raz pierwszy zobaczył Ładiowóz złożony i polakierowany na wybraną z katalogu Land-Rovera, głęboką czerń (swoją drogą nie mogłem zrozumieć, jak można chyba z tydzień zastanawiać się nad wyborem jednego z trzech „odcieni” czerni: chociaż jak na faceta jestem dość wrażliwy na kolory, to za Chiny Ludowe nie widziałem różnicy, zwłaszcza na próbniku, jaki dał nam specjalista od mieszania pigmentów).

Lakiernik przekazał auto z powrotem blacharzowi, a to w celu zabezpieczenia antykorozyjnego. Dopiero po kolejnych bodajże dwóch tygodniach przyszedł czas na mechanikę. Tym miała się zająć wielicka firma British Garage. Ta była mi już częściowo znana, bo mój wujek z Kęt kupował tam swoje MG TD. Teraz ci sami ludzie mieli się zaopiekować Defenderem mojego szefa.

Tak naprawdę, to w pewnym sensie od początku czuwali nad projektem. O Land-Roverach wiedzą wszystko – szef serwisu British Garage, Łukasz, dowodził kiedyś ekipą mechaników na jakimś hardkorowym rajdzie off-roadowym w Indonezji czy na innym Borneo. To on doradzał Wadih’emu w sprawie części i sprowadzał mu te oryginalne, nowe lub używane (tylko akcesoria tuningowe były zamawiane bez jego pośrednictwa).

Ponieważ karoseria wyglądała teraz jak nowa, to i mechanika musiała jej dorównać. Ładiowóz został znów rozbrojony i dokładnie przejrzany. Następnie Wadih sporządził listę modyfikacji, nad którą myślał był przez całe poprzedzające półrocze. Bardzo ucieszyła go pochwała Łukasza, który wybraną konfigurację zawieszenia określił jako znakomitą. Zdziwienie wzbudziło tylko życzenie… obniżenia prześwitu o jeden cal. To było pierwsze takie zlecenie w historii British Garage – standardem w Land-Roverach jest raczej podnoszenie o jeden lub dwa cale. Można to komentować różnie, ale zamiarem Wadih’ego nie są starty w Camel Trophy, a eksploatacja głównie na asfalcie, z okazjonalnymi wypadami na polowania czy wspinaczkę po skałkach. Zostały więc założone krótsze i twardsze sprężyny oraz amortyzatory olejowo-gazowe (fabrycznie montowano olejowe), stabilizatory (oryginalnie nieprzewidziane) oraz zestaw twardszych, poliuretanowych tulei, tzw. Polybush. Układ kierowniczy dostał dodatkowy amortyzator ze sprężyną i drążki o podwojonej grubości. Wymieniono oba mosty na pochodzące z nowszego rocznika, co umożliwiło zastosowanie skuteczniejszych, tarczowych hamulców (oryginalnie z tyłu były bębny). Dzieło zwieńczyły duże, szerokie felgi z oponami All Terrain 265/75/R16.

Pod maskę trafił zmodyfikowany układ dolotowy z powiększonym intercoolerem i silikonowymi przewodami. Wymieniony został też cały wydech. Nie wyliczam tutaj całego szeregu zwykłych napraw, które w ponad 20-letnim pojeździe okazały się konieczne.

***

1 maja zmieniłem pracę, ale z Wadim wciąż się widywałem – trzeba było przecież dokończyć projekt, a chłopaki z British Garage dopiero zaczynali robotę. Niestety, wraz z moim pracowniczym kontem mailowym w starej firmie zniknęła mi z oczu cała dokumentacja remontu – zupełnie zapomniałem ją uratować. Wszystkie zamówienia i życzenia klienta szły przeze mnie, podobnie jak odpowiedzi Łukasza i faktury. Wadih sam nie pamięta już całości kosztów, ale w sumie, pi razy oko, wyszło coś koło 150 tysięcy złotych – za tę kwotę dałoby się kupić nowy egzemplarz w salonie (oczywiście bez przeróbek), podczas gdy pojazd bazowy kosztował niecałe 20% z tego. To ważna lekcja, którą świetnie znają wszyscy oldtimerowcy: oto przyzwoicie wyglądający i dobrze jeżdżący samochód pochłonął aż 120 tys. zł – czterokrotność swojej wartości!! – zanim został doprowadzony do tzw. stanu konkursowego (nie mówiąc o dokładnie roku czasu). Wyszłoby jeszcze więcej, gdyby Wadih posłuchał był Łukasza i zdecydował się na przeróbkę na wersję otwartą, zwaną kalifornijską, która w Stanach osiąga niebotyczne ceny. Jednak nawet w obecnej postaci sprzedaż Ładiowozu w USA mogłaby przynieść pewien zysk, chociaż to rozważania czysto teoretyczne, bo auto nie jest na sprzedaż.

Wadih wyjechał do Francji w sierpniu, ale Defender był gotowy dopiero miesiąc później. Pod koniec sprawy prowadził już głównie mój brat, który pracuje w Wieliczce, więc cały czas był na miejscu. To on odbierał samochód, pośredniczył w rozliczeniach, załatwiał badanie techniczne i kontener do Marsylii. Jemu też przypadło w udziale testowanie – Wadih poprosił go o przejechanie w normalnym ruchu kilkuset kilometrów, by wyłapać ewentualne niedociągnięcia. Problemów nie stwierdzono, ale dojazdy bajeranckim Defenderem do pracy, na zakupy i imprezy przez ponad tydzień sprawiły bratu mnóstwo frajdy.

Ja oczywiście też miałem przyjemność wypróbować Ładiowóz, i to nie raz: jeździłem nim w zasadzie na każdym etapie prac, śledząc metamorfozę zmęczonego życiem, nieokrzesanego wołu roboczego w błyszczące, dumne marzenie libańskiego chłopca, który wyśnił swój amerykański sen. British Garage po raz ostatni odwiedziłem dokładnie 17 września. Łukasz poświęcił mi wtedy sporo czasu na podsumowanie całości i oddelegował jednego z mechaników, by towarzyszył mi w przejażdżce po okolicznych wsiach. Nie harcowaliśmy po jakichś strasznych bezdrożach, ale po lokalnych szutrówkach – i owszem, a przez chwilę nawet po prywatnej, mocno nachylonej łące owego mechanika.

Tak wyglądał parking przed British Garage w tamtym dniuOLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

A oto i sam Ładiowóz w swojej ostatecznej postaciOLYMPUS DIGITAL CAMERAFoto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Robi wrażenie, prawda? Ja wcześniej nie miałem do czynienia z prawdziwymi terenówkami, a jedynie z XXI-wiecznymi SUV-ami, które postawione obok Ładiowozu wyglądają jak Malibu z mlekiem i tęczową parasolką przy szklance nierozcieńczonego, 30-letniego Macallana.

Stacyjka Defendera znajduje się z lewej strony – nie jest to naśladownictwo Porsche, a ułatwienie prowadzenia samochodu z zewnątrz. Po prostu, w ekstremalnym terenie trzeba czasem wyskoczyć z auta na zapiętym biegu i poprowadzić je idąc obok – w takiej sytuacji dobrze jest mieć możliwość szybkiego zgaszenia silnika. Podobnież kierownica i fotel są przesunięte maksymalnie na lewo: w ten sposób łatwiej jest kierować „zdalnie”, a siedząc w środku – obserwować lewe koło przez otwarte okno. Inna sprawa, że pedały umieszczono normalnie, co daje w rezultacie bardzo dziwną pozycję za kierownicą: siedzi się wysoko, z lewym ramieniem wciśniętym w drzwi i nogami wykrzywionymi w prawo. Nie chciałbym tak jechać przez kilka godzin, ale w końcu Defender to narzędzie ciężkiej pracy, a nie Gran Turismo.

Wnętrze Defendera jest maksymalnie utylitarne: wyposażone we wszystko, co potrzebne w pracy i nic poza tym (Wadih zamierza dołożyć klimatyzację – nawet atrapę chłodnicy dobrał pod nią – ale to kiedyś tam). Materiały nie wyglądają wykwintnie, ale są wszytkooodporne. Dwie dodatkowe dźwignie pośrodku to oczywiście hamulec ręczny i przełącznik reduktora oraz blokady dyferencjałów. 

 

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Wrażenie po przekręceniu kluczyka jest przyjemne: diesla z klasycznym wtryskiem – choćby i bezpośrednim, ale bez common-rail – nie słyszałem już dawno. Odgłos przypominający starą, choć sprawną maszynę do szycia i potężny ciąg już od wolnych obrotów przypomniały mi czasy W124. Taki silnik wzbudza nieograniczone zaufanie, chociaż trudno go nazwać uładzonym. Dopiero przy większych prędkościach robi się głośno. Wadih nazywa to auto „traktorem” i przesiadając się z cywilizowanej osobówki nie sposób mu się dziwić. Hałasuje zresztą nie tylko silnik, ale też opony, opływające auto powietrze (trudno mi wyobrazić sobie gorszy aerodynamicznie kształt) i całe nadwozie, pełne śrubowanych połączeń.

Najdziwniejsze w Ładiowozie jest prowadzenie: siedzimy dobry metr nad ziemią, w opisanej już, niecodziennej pozycji, bardzo wysoki środek ciężkości uniemożliwia szybkie pokonywanie zakrętów, a jednocześnie obniżone oraz usztywnione zawieszenie i mała kierownica z relatywnie słabym wspomaganiem dają poczucie niemal sportowej przyczepności. Dysonans jest wyraźny. „Jak na Defendera, prowadzi się hiperprecyzyjnie” – to słowa Łukasza, który na Land-Roverach zjadł zęby. Nie zwykłem wariować w zakrętach, ale mam wrażenie, że gdyby pojechać trochę szybciej, Ładiowóz położyłby się na boku na długo przez pierwszym, najsubtelniejszym sygnałem ze strony opon.

Zmodyfikowane podwozie ogranicza oczywiście własności terenowe. „Teraz lepiej zwolnij” – powiedział mi z prawego siedzenia mechanik, kiedy zjeżdżaliśmy z asfaltu w jego rodzinnej wiosce, jakieś 20 km od Wieliczki. Skręcając w polny dukt podskoczyłem pod sam sufit, mimo zapiętych pasów – dokładnie taki sam wstrząs pamiętam z wycieczek po pustyniach w Egipcie i Maroku, kiedy kończyła się droga główna, z tym że tam działo się to przy jakichś 80 km/h, a ja jechałem 30. Szczerze powiedziawszy, po Defenderze spodziewałem się znacznie lepszego tłumienia wybojów, ale powtarzam jeszcze raz: to nie jest normalny Defender.

Swoją naturę auto pokazało dopiero na stromej łące. Tam mechanik kazał mi stanąć i włączyć reduktor. Wtedy jedynki można w ogóle nie używać – redukcja wynosi aż 2,7:1. Uczucie jest dość śmieszne, kiedy przy 20 km/h, z dziobem wycelowanym w przestworza, zmienia się bieg z trójki na czwórkę. Z kolei przy zjeździe, nieważne jak stromym, w zasadzie nie jest potrzebne dohamowywanie. Zasada jest taka, że niezależnie od nachylenia szybkość dozujemy jedynie doborem biegu i koncentrujemy się całkowicie na kierowaniu, podczas gdy nogi mają urlop. Silnik nie zgaśnie – nawet, gdy braknie mu pary, do gry włączy się regulator wolnych obrotów, który po prostu doda gazu. Blokad mostów nie wypróbowywałem, bo jak pisałem, w prawdziwie hardkorowy teren nie pojechaliśmy (co prawda miałem koło siebie fachowca, ale baliśmy się o nowy lakier Ładiowozu).

Na szosie dynamika i prowadzenie są wystarczające – przynajmniej na krętych drogach Pogórza Wielickiego, które nie pozwalają przekroczyć 50-70 km/h. Na autostradzie Defender byłby pewnie męczący, ale to nie jest jego świat. W mieście – to już powtarzam za bratem –  jest w porządku, bo mimo aparycji kulturysty auto ledwie przekracza cztery metry długości, a wszyscy naokoło żywią doń wielki respekt. Pierwszeństwa nikt nie ośmieli się wymusić, a i egzekwować własne nie każdy się kwapi. Z parkowaniem nie jest najgorzej: pomaga krótkie nadwozie, chociaż zwrotność jest marna – trzeba się trochę napocić, zwłaszcza biorąc pod uwagę małą i słabo wspomaganą kierownicę (średnica zawracania wynosi 11,7 metra, przy rozstawie osi jedynie 2 cm dłuższym niż w Toyocie Aygo!!). Za to prestiż przed pubem na Kazimierzu – bezkonkurencyjny 😉 !!

Ja jestem mało imprezowy, a po mieście poruszam się głównie zbiorkomem i piechotą, więc w przypadku Ładiowozu ograniczyłem się do przejażdżki po wsiach i łące. Nie licząc swego rodzaju nadzoru nad całym projektem, od zakupu auta do jego wysyłki do Francji, która nastąpiła kilka dni po mojej wizycie w British Garage. To było wspaniałe doświadczenie – kto wie, czy nie przyda mi się w przyszłości, kiedy umyśli mi się jakiś klasyk. Odpowiedniego blacharza i lakiernika już znam, a to najważniejsze. Na razie jednak niech Ładiowóz i mój skromny udział w jego remoncie stanowią mój symboliczny hołd dla wielkiej, automobilowej Legendy.

Foto tytułowe: dostarczone przez Wadih’ego.

***

P.S. Poniżej przedstawiam Wam kilka zdjęć, które zrobiło zaprzyjaźnione z moim bratem studio3df.pl – ta sesja, wykonana m. in. w winnicy Srebrna Góra na krakowskich Bielanach oraz w zabytkowych zaułkach Kazimierza, była naszym pożegnalnym prezentem dla Wadih’ego.

P.S. P.S. Przepraszam za offtop, nie chciałem o tym wspominać, ale skłonił mnie do tego komentarz jednego z Was: jeśli ktoś chciałby użyć niniejszego tekstu do propagowania ideologii multi-kulti, to przykład jest całkowicie chybiony. Owszem, mój były manager jest stuprocentowym Arabem i imigrantem z ogarniętego chaosem kraju bliskowschodniego, ale równocześnie – chrześcijaninem noszącym na szyi krzyżyk i wykształconym we francuskim liceum oraz na amerykańskim uniwersytecie. Dałby się pokroić za konstytucję USA ze wszystkimi poprawkami (prócz jednej, którą zresztą dawno anulowano). Pochodzenie i kolor skóry nie mają tu żadnego znaczenia – dzielenie ludzi według ras to ohydztwo. Istotna jest natomiast mentalność i przynależność do konkretnej cywilizacji. Wadih, podobnie zresztą jak jego żona (Koreanka, ale urodzona w Stanach), należy do cywilizacji łacińskiej i żadnej innej. Tak że tego… pudło!!

 

_DSC6630fbFoto: studio3df.pl

_DSC6638fbFoto: studio3df.pl

_DSC6672fbFoto: studio3df.pl

_DSC6688fbFoto: studio3df.pl

_DSC6702fbFoto: studio3df.pl

_DSC6729fbFoto: studio3df.pl

_dsc6756fbFoto: studio3df.pl

Share Button
Tagi: , , , ,
62 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: ŁADIOWÓZ
  1. Yossarian napisał(a):

    Jak zobacyzłem to „Ładiowóz” i zdjęcie Defendera, to moją pierwszą myślą było to, że ktoś zrobił kubański swap i wepchał do tego wozu mechanikę Łady Nivy 😉

    A ten hardkorowy rajd, o którym wspominasz to chyba wiem co to jest. A jest to chyba niezły temat na wpis :).

  2. And napisał(a):

    Poemat! Zanim porzeczytam całość, co może być na raty, muszę przytomnie przyznać że nie dziwie się Ładiemu. Wyskoczenie na pogrzeb dziadka może być kłopotem, skoro rodzinka rozproszona gdzieś między Libanem i Koreą.

    • SzK napisał(a):

      Chodziło o jeden dzień na pogrzeb MOJEGO Dziadka. Chodziło o to, że Wadih mówił po prostu – OK, nie ma Cię, wrócisz, jak się pozbierasz, za 1 dzień, dwa, trzy. Natomiat Dział Kadr wymagał ode mnie aktu zgonu na urlop okolicznościowy i normalnego urlopu na cała resztę, co dla nas jest normalne, ale Wadih robił wielkie oczy.

  3. Demon7-5 napisał(a):

    Nowy w salonie kosztuje ~150 000 zł, także interesu życia nie zrobił, bo patrząc na efekt końcowy to zależało mu żeby maksymalnie unowocześnić Defendrea wizualnie.
    Swoją drogą po co ta lewacka propaganda? że szef jest libańczykiem i, że jest takim wspaniałym szefem, nie widzisz co muzłumanie wyprawiają we Francji czy Niemczech?

    • SzK napisał(a):

      Nawet chciałem na ten temat P.S. dopisać, ale dałem sobie spokój, bo nie chciałem upolityczniać bloga. Ale chyba jednak dopiszę.

      Wadih jest chrześcijaninem. W dodatku wykształconym we francuskim liceum i na amwrykańskim uniwersytecie. Za konstytucję USA ze wszystkimi poprawkami do niej dałby się pokroić.

      Ten człowiek należy w 100% do cywilizacji łacińskiej. Bardzo proszę, nie mylmy koloru skóry z przynależnościa cywilizacyjna. Rasizm to ohydztwo, różnice kulturowe – to fakt.

      A jeśli poczytasz wnikliwie Automobilownię, dowiesz się, że nie ma w świecie osoby bardziej oddalonej od lewicy niż ja.

      • Demon7-5 napisał(a):

        Założę się jednak, że jakby szef był Polakiem to wątek narodowości byłby pominięty.
        Dziwne, żeby ekonomista miał poglądy lewicowe, zdrowy rozsądek i matematyka to oksymorony do lewaków.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        wygląda po prostu bosko…
        ale przeróbkę zawieszenia oceniam negatywnie (co prawda nie jeździłem, więc mogę tylko zgadywać!) – z tego co piszesz, obniżenie zawieszenia nie poprawiło znacząco prowadzenia na asfalcie, a na pewno ograniczyło zdolności terenowe, a przede wszystkim komfort jazdy na nawierzchni innej niż asfalt. No, ale, pogdybać sobie mogę.
        Aha, obrotomierza nie brakuje?

        ps: dużo bardziej podobają mi się Twoje zdjęcia niż te na końcu – mają jakiś dziwny filtr i zamiast podziwiać samochód zastanawiam się czy mam czyste okulary 😉
        ps2: „Szczeps” – niezłe!

      • SzK napisał(a):

        Obrotomierza w tym aucie nie ma. Oczywiście, że to szkoda – ja bardzo lubię mieć obrotomierz, zwłaszcza w samochodzie, którego nie znam dobrze.

        Na asfalcie auto nie prowadzi się jak osobówka – jest zdecydowanie zbyt wysokie. Ale jest jednak lepiej niż przed przeróbką – wtedy jechało się jak autobusem, tylko z szybszym przełożeniem kierownicy :-).

        Co do zdjęć, to te moje to czysta amatorszczyzna – ja potrafię tylko nacisnąć guzik w supermarketowym, kilkunastoletnim Olympusie. Na szczęście tym razem trafiłem na idealną pogodę (świeciło bardzo mocne słońce), a auto było świeżo umyte – wyłącznie dzięki temu efekt wygląda znośnie. Za to zdjęcia profesjonalisty są artystyczne – tam mamy podziwiać kompozycję kadru, a nie sam samochód 🙂

      • nocman napisał(a):

        A gdyby był takim samym Whadim, równie szanujacym konstytucję USA czy koronę brytyjską, tyle że Muzułmaninem? Albo Sikhem, Persem, Jazydem czy Hindusem? 🙂

      • SzK napisał(a):

        Bardzo proszę. Takich też znam i też są moimi przyjaciółmi. Jeden Pers, jeden Turek, kilku Marokanczykow i dwóch Nigeryjczykow. Oraz całe tabuny ateistów. Wszyscy, o których mówię, są wspaniałymi ludźmi.

      • SzK napisał(a):

        Jeżeli już próbujesz mnie podpuścić, to dodam, że tureckiemu koledze proponowałem nawet zameldowanie w moim własnym mieszkaniu, bo miał problemy z prawem stałego pobytu. Nie wahałem się, go gość ciężko pracuje, uczy się polskiego i szanuje mieszkańców kraju, w którym mieszka (z akcentem na CIĘŻKO PRACUJE oraz SZANUJE MIESZKAŃCÓW). To, że modli się odwracając twarz w kierunku Mekki, nie jest dla mnie żadnym problemem. Sam bym się mógł pomodlić razem z nim, każdy po swojemu. Jan Paweł II modlił się z Żydami, muzułmanami, buddystami i wszystkimi innymi. Wielu Polaków o tym zapomina.

        Nie widzę nic złego w tym, że ktoś ma inny kolor skóry, narodowość, wyznanie. Problem jest wtedy, kiedy nie szanuje innych. Kiedy narzuca im swoje przekonania, jest agresywny albo wyciąga łapę po cudze. W takim wypadku – i tylko w takim – przykro mi, ale tolerancji nie mam.

      • nocman napisał(a):

        Bardzo dziękuję za taką odpowiedź, co raz mniej ludzi (albo co raz mniej ich widać), którzy oceniają innych „po owocach”. I przyznam szczerze, że wstyd mi że kraj mojego pochodzenia i zamieszkania, którego mieszkańcy byli skazani na bycie tępą siłą roboczą, sam zaczyna słynąć z wprowadzania w życie ustaw norymberskich. Takoż też boli mnie to, że mamy specyficzne rozumienie solidarności objawiające się bezrefleksyjnym wyeksportowaniem dwóch milionów emigrantów ekonomicznych przy jednoczesnym „strachu” przed kilkoma tysiącami ludzi w potrzebie.

      • SzK napisał(a):

        No nie nie nie, moment.

        Zgadzam się, że ludzi nie należy oceniać po pochodzeniu, religii, itp., ale można i należy oceniać ich po ZACHOWANIU. Dlatego sam chciałem pomóc Turkowi, który zachowuje się cywilizowanie i nie mam nic przeciwko temu, żeby tacy ludzie do nas przyjeżdżali. Ale protesty w Polsce i całej Europie nie są spowodowane przez takich ludzi, a przez hordy uważające, że Europa to sposób na pasożytnicze życie bez konieczności pracy, i w dodatku bez szacunku dla jakiegokolwiek prawa i kultury miejsc, w które się przybywa.

        „Ludzie w potrzebie” nie są agresywni. Nie próbują narzucić własnych obyczajów w kraju przyjmującym. Nie atakują i nie gwałcą tybylców, którzy ich utrzymują. Nie uważają też, że utrzymanie bez pracy należy im się bezwarunkowo i bezterminowo. To przeciwko takim postawom, niestety nieodosobnionym wśród obecnej fali pseudouchodźców, protestują Europejczycy. Do tego dochodzą ataki terrorystyczne i otwarte deklaracje ISIS o ukrywaniuu strumienia bojowników w fali imigrantów.

        Gorkem – tak ma na imię Turek, którego znam – sam mi powiedział, że jego prywatnym zdaniem obecna fala uchodźców wzięła się stąd, że rząd i naród turecki mają już dość przestępczości i roszczeniowości mieszkańców obozów przejściowych – z tego powodu przemytnicy ludzi dostali ciche przyzwolenie na działalność. Powtarzam – powiedział to Turek i muzułmanin, który sam jest imigrantem, tyle tylko, że kulturalnym i pracowitym. On sam ogromnie cierpi na tym, co się dzieje, bo przez dzikie hordy zalewające Europę ludzie wytykają i jego, i są do niego nastawieni wrogo. Niestety nie każdy potrafi oddzielić kolor skóry i pochodzenie od zachowania człowieka, stąd obecna fala ksenofobii i nacjonalizmu. Nie można dziwić się spokojnym obywatelom, którzy boją się tego, co dzieje się w Szwecji i Niemczech – tam panowała pełna tolerancja, dopóki imigranci przyjeżdżali faktycznie pracować i budować w spokoju swoje szczęście. Niestety, skrajnie nieodpowiedzialna polityka „imigracyjna” w ciągu zaledwie kilku miesięcy obróciła wniwecz 70 lat postępu w zakresie zwalczania rasizmu i ksenofobii.

      • nocman napisał(a):

        Pytanie, na ile te „hordy” są realne, a na ile są produktem tych, którzy hołdują „divide et impera” w imię swoich własnych interesów (a przynajmniej kilku imperatorów chce ukręcić na tym własny, brudny interes). Jeden obraz za tysiąc słów (i znikam):

        https://i.guim.co.uk/img/static/sys-images/Guardian/Pix/online/2014/1/24/1390581956343/A-street-in-Homs-Syria-in-001.jpg?w=620&q=85&auto=format&sharp=10&s=c31a994449acb37742bbab4b43c36a65

      • SzK napisał(a):

        To, że cała sprawa jest sterowana, jest oczywiste. Podobnie jak to, że od początku jest w tym drugie dno i ukryte cele.

      • nocman napisał(a):

        PS. Ludzie zdesperowani, zestresowani, przemęczeni i bezsilni _są_ agresywni. Była parę lat temu sprawa Polaka, który utknął na lotnisku, bodajże w Toronto. To był po prostu bezsilny, wrzucony w całkowicie obce otoczenie (nie znał języka, przyjechał bodajże do chorej matki), utknął bodajże na 24 godziny. Wyzwoliło to w nim tyle agresji, aż policja potraktowała go paralizatorem i facet zszedł na serce.

        Osobiście nie chciałbym sprawdzać na swojej skórze, jak to jest uciekać tysiące kilometrów w nieznane, kiedy straciłeś wszystko, jesteś jedyną nadzieją rodziny, jesteś zaszczuty, zmęczony, niejednokrotnie głodny.

      • SzK napisał(a):

        Czy widziałeś kiedyś, żeby podobnie zachowywali się imigranci np. z Dalekiego Wschodu? Oni też u siebie głodowali i też nierzadko uciekali przed śmiercią. Ale na emigracji w ogóle ich nie widać, bo siedzą w swoich sklepikach i barach pracując od świtu do nocy, i nigdy w życiu nie atakują nikogo ani nie wrzeszczą o zasiłki. Z Polski też ludzie uciekali w podobnych okolicznościach, ale też potrafili żyć jak ludzie, a co więcej, będąc na emigracji próbowali walczyć za swój kraj – z bronią w ręku lub nie, ale działali. Dzisiejszym „uchodźcom” chodzi wyłącznie o zasiłek i bezkarne pasożytowanie bez uznawania żadnych reguł. Oni postawy Zachodu nie uznają za wyciąganie ręki, tylko za frajerstwo, które trzeba wykorzystać.

        Zresztą problemy nie zaczęły się dziś, tylko tyle, że skala zrobiła się taka, że nie da się jej zatuszować. Strefy, do których policja boi się przyjeżdżać, istnieją w miastach Francji, Szwecji, Belgii, od wielu lat – mimo tego, że ci ludzie żyli tam sobie na zasiłkach i nie mieli żadnych powodów do desperacji. Tyle tylko, że do tej pory te informacje były skrzętnie zamiatane do dywan, a dziś się już nie da, bo żadna cenzura nie zatuszuje gwałtu na 200 kobietach na oczach tysięcy ludzi w samym centrum miasta.

        Co do „nadziei rodzin”, to uchodźca bierze swoją żonę i dzieci ze sobą i za żadną cenę ich nie opuszcza, a nie zostawia w strefie wojny, pod ostrzałem wroga, żeby samemu siedzieć sobie w Sztokholmie.

        Nie, nie mówię, że wszyscy są tacy – jak już pisałem, sam znam wiele przypadków imigrantów, którzy są wspaniałymi ludźmi. Odróżnić jest ich bardzo łatwo: wystarczy egzekwować obowiązujące prawo i nie dawać bezterminowych zasiłków za nieróbstwo. Te dwie rzeczy – poczucie bezkarności i możliwość pasożytowania w nieskończoność – przyciągają hołotę to kilku krajów Europy i nic innego. Bezpieczeństwo można znaleźć w bardzo wielu miejscach znacznie bliżej od domu, tyle tylko, że tam trzeba pracować i przestrzegać prawa. Kilka krajów Europy – przede wszystkim Szwecja i Niemcy – tego nie wymaga, więc mają to, co mają.

      • benny_pl napisał(a):

        zgadzam sie z Toba Szczepanie w 100% i mam DOKLADNIE taki sam poglad na sprawe. ja sie jedynie dziwie dla czego policja tak lagodnie traktuje tych pseudo uchodzcow?!
        jak to jest mozliwe ze pracowici ludzie np z Ukrainy czy Bialorusi maja straszne problemy z pobytem u nas, nawet mimo slubu (moj kolega ma zone Bialorusinke i problemow urzedniczych z tym jest mnustwo, a ona nadal obywatelstwa nie ma, mimo ze nawet jest jakas chorzystka w uznanym ogolnopolskim chorze), natomiast takie nieroby wlaza na chama przez granice, zanic majac cokolwiek, i wogole gdzie sa wogole straznicy graniczni? od czego oni tam siedza? od tego zeby trzymac kalacha i strzelac do wszystkich takich co to na chama wlazic chca, oni powinni grzecznie stac w kolejkach i kazdy sztuka po sztuce powinien byc spisywany, pobierane odciski i najlepiej DNA, siatkowke oka i co tam tylko sie da, zeby pozniej mozna bylo takiego delikwenta zidentyfikowac jak cos przeskrobie, wtedy deportacja, a jesli chce pracowac i sobie radzic sam, to bardzo dobrze, niech sobie radzi, to chyba oczywiste.

    • Demon75 napisał(a):

      no ładnie, troll podszywający się pod moją skromna osobę! Niedouczony – w Libanie żyją przecież w sporej części chrześcijanie.

  4. Marek Jarosz napisał(a):

    Bardzo fajna historia.

  5. mql napisał(a):

    Pozycja za kierownicą to głównie pozostałość po 3 miejscach z przodu, dostępnych kiedyś w Serii, zresztą przez szeroki tunel trudno byłoby je inaczej a sensownie umiejscowić. A że ma to zalety to inna sprawa.
    Na marginesie: już usłyszałem, że po 68 latach zaprzestano produkcji Defendera. Po stokroć: Defendera zaprzestano po (chyba) 25 latach, bo wtedy pojawiła się ta nazwa. Wcześniej były tylko numerowane: 90/110/130, a jeszcze wcześniej oczywiście Serie, przez większość w ogóle nie rozróżniane i wrzucane hurtowo do jednego wora. Warto o tym trąbić, zanim powstanie kolejna internetowa bzdura.
    @Yossarian: pomyślałem na odwrót: widziałem Nivę ucharakteryzowaną na coś w rodzaju 3-drzwiowego Range 3 (gdyby taki istniał) i Samuraja na Willysa. Przemknęło mi przez moment coś podobnego.

    • SzK napisał(a):

      Miałem nawet o tym pisać przy okazji pierwszego przedstawienia samochodu: że auto pochodziło z samego poczatku produkcji modelu, czyli z rocznika 1991. Ale wyrzuciłem tę wstawkę w czasie korekty 🙂

      • And napisał(a):

        Nazwa Defender pojawiła po premierze Discovery. Do tej pory był tylko Range Rover i Land Rover. Na tego ostatniego mówiono po prostu Ninety lub Oneten. Nie była potrzebna nazwa modelu, bo był to jedyny model.

  6. gt napisał(a):

    Fajnie to brzmi w kontekście manifestu, cenię różnorodność i przyznanie się do bycia prawakiem.
    Jedno drugie wyklucza, jesteś otwarty na świat – jesteś lewicowcem, wszystko co obce Cię przeraża i żydzi stoją za Twoimi wszystkimi niepowodzeniami – jesteś prawicowcem.
    Swoją drogą, dlaczego bycie chrześcijaninem niby czyni go lepszym niż resztę libijczyków?
    Polak katolik też lepszy niż Polak ateista, buddysta itd?

    • SzK napisał(a):

      Ludzie, dość polityki.

      Nie jestem prawakiem w obecnym, powszechnym rozumieniu – głónie dlatego, że nie mam zamiaru narzucać innym, jak maja żyć. Po prostu uważam, że każdy z nas jest wolny i jednocześnie odpowiedzialny za własne życie – to się nazywa orientacja wolnościowa i prorynkowa, niereprezentowana aktualnie ani przez tzw. prawicę ani tzw. lewicę. Jeśli już, to najbliższy jest mi Korwin, ale bardzo proszę nie szufladkować mnie ani nie utożsamiać z żadnym politykiem / partia.

      Bycie chrześcijaninem nie czyni nikogo lepszym, ale umieszcza człowieka w pewnym kręgu cywilizacyjnym. Obecnie toczy się wielka walka polityczna pomiędzy zwolennikami nieograniczonego i niekontrolowanego mieszania ludzi z różnych kręgów cywilizacyjnych (tzw. multi-kulti, reprezentowane przez lewicę) a przeciwnikami tegoż (nacjonalizm). Ja nie popieram żadnej skrajności – jako wolnościowiec uważam, że każdy wierzy w co chce i żyje jak chce, i nikt z tego powodu nie jest lepszy ani gorszy. Niestety, wpis został zinterpretowany jako propaganda opcji lewicowej, więc wyjaśniłem, że tak nie jest, bo bohater artykułu należy do naszego, europejskiego kręgu cywilizacyjnego. Jego życiowy sukces nie jest przykładem na skuteczność modelu multi-kulti, bo żadnego multi-kulti tu nie ma.

  7. Qropatwa napisał(a):

    „The blaah-hush guy” 😀

  8. z_power napisał(a):

    Autor tekstu o tematyce motoryzacyjnej zamieszczonego na swoim własnym blogu o takim samym profilu zamiast uczestniczyć w dyskusji związanej z rzeczywistym przedmiotem wpisu poświęca swój czas na polemikę z internetowymi napinaczami, dla których tło i kontekst stanowią okazję do manifestowania ich poglądów – oczywiście nie mających bliskiego związku z motoryzacją.
    To nie jest forum onetu ani facebook; blog autorski ma w sobie więcej z przestrzeni prywatnej niż z targowiska. Wolność wyrażania opinii w komentarzach nie oznacza, że należy szczekać.

  9. Jerzy napisał(a):

    Fajnie się czyta, ale patrząc na to pragmatycznie to, pomijając przeróbki zawieszenia, gość zainwestował cenę nowego LR po to aby ze starego zrobić nowy. Inwestycję takich pieniędzy w serię I, a nawet II byłbym w stanie zrozumieć – byłbym w stanie ją zrozumieć także w przypadku samochodu mającego wartość sentymentalną, ale włożyć je w przypadkowy samochód z 1991 wydaje mi się kiepską inwestycją – ale kto bogatemu zabroni.
    Nie znam się za bardzo na cenach w USA, ale zawsze myślałem, że są niższe niż w Polsce, więc jestem zaskoczony, że LR osiągają tam takie ceny – jak C&G się dowiedzą to będą masowo skupować stare truchła, obcinać dachy i kontenerami wysyłać do Stanów;)

    • SzK napisał(a):

      Zaskoczę Cię: mój brat razem z Wadim już myśleli nad takim interesem, ale podaż dobrych egzemplarzy bazowych jest nieduża (w dodatku teraz ich ceny będa pewnie rosnać), a poza tym cały projekt trwał równy rok, więc aż taki super biznes by to nie był – C&G maja chyba lepsze wyniki na ściaganiu starych Golfów.

      A jeśli chodzi o robienie nowego ze starego, to właśnie o to chodziło – żeby to był egzemplarz czysto mechaniczny, ze starym dieslem. Pamiętajmy też, że gros kosztów wygenerowały nie naprawy, a części tuningowe – nowe auto i tak by ich nie miało.

      • ndv napisał(a):

        Z USA nie jest tak, że Def nie dostał homologacji (wydaje mi się, że spory błąd ze strony zarządu LR z lat 90) a import zza „kałuży” musi być starszy niż 25 lat? (to by dawało roczniki do 92, więc też wybór nie duży).

      • SzK napisał(a):

        Właśnie dlatego Wadih wybrał rocznik 1991 – on prędzej czy później wróci do Stanów 🙂

    • Padalec napisał(a):

      Pragmatyczne patrzenie na pewne sprawy czyni życie nudnym 🙂
      Podejście typu każda inwestycja musi się zwrócić sprawdza się, owszem, w życiu zawodowym, finansowym itp. Tam to podstawa. Ale pasja? Osiągnięcie satysfakcji i spełnienia marzeń czasem ma nie po drodze z logiką ale to ono stanowi istotę naszego istnienia (upraszczam mocno, żaden ze mnie hedonista), jest motywacją do bogacenia się. Sam często słyszę że „x łatwiej sprzedasz niż y, zarobisz jeszcze”, „nie warto inwestować w rzęcha, pospolita wersja” ale co z tego, sprawia mi to radość. Między innymi po to rozwijam się zawodowo żeby było mnie na to stać. Potrafię zrozumieć Wadiha, prawdopodobnie na jego miejscu robiłbym rzeczy w podobnej skali.

      • SzK napisał(a):

        Podpisuję się czterema kończynami. Ja też rozwijam się zawodowo po to, żeby spełniać swoje marzenia (co prawda najważniejsze z nich jest dość przyziemne – „nie umrzeć z głodu na emeryturze” – ale na razie, odpukać, nie jest jedynym, jakie krok po kroku realizuję).

    • truten23 napisał(a):

      Jerzy, gość inwestował a marzenia. A w marzenia warto inwestować, bo to marzenia…

  10. Dapo napisał(a):

    Jak się mają wystające koła poza obrys samochodu do uzyskania przeglądu technicznego?

    • SzK napisał(a):

      Punkt za spostrzegawczość.

      Odpowiedź jest prosta: przegląd został podbity PRZED wymianą kół 🙂 A teraz auto już jest we Francji, więc polskie przepisy nic do niego nie mają (francuskich nie znam, ale to już problem Wadih’ego).

      • mql napisał(a):

        Koła też zauważyłem, ale u nas krążą Patrole GR na gigantycznych MTekach z błotnikami (mocno) symbolicznie poszerzonymi płatami twardej gumy, więc dla mnie to żadna nowina.
        Zdjęcia są OK, ale podobałyby mi się bardziej bez tych cyfrowych filtrów. Są zakomponowane, nastrojowe, technicznie bez zarzutu i wystarczy. Sztuką było tworzenie efektów przed obiektywem albo kombinowanie z doborem materiału światłoczułego o założonych właściwościach, a obrabianie gotowego pliku jakoś mnie nie przekonuje.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        na kolejny przegląd pojedzie na węższych 😉

    • Krass napisał(a):

      To nie Niemce, że KBA na koła wisi Ci nad głową. U nas się wszystko da.

  11. miwo napisał(a):

    Jak przeczytałem, że chodzi o Libańczyka, od razu pomyślałem, że to chrześcijanin. Każdy, kto się trochę interesuje stosunkami międzynarodowymi wie, że arówno w Libanie, jak i w Syrii czy w Egipcie chrześcijanie to elity intelektualne i biznesowe tych krajów. Niestety, mocno obecnie prześladowane (może najmniej w Libanie). Sam Liban był fantastycznym krajem, a Bejrut to nadal chyba najbardziej eropejskie z miast Bliskiego Wschodu.
    Co do Defendera, to te ostatnie egzemplarze nawet mi się podobają – stylistycznie zrobiono niewiele, ale auta wyglądają fajnie. Te światła LED też wyglądają nieźle. Wnętrze ostatnich wersji jest całkiem znośne: poprawiono, na ile się dało, ergonomię; można mieć klimę i szyby w prądzie. Do końca produkcji nie było airbagów, ale ABS chyba można było dokupić. W każdym razie, gdybym miał kupować coś takiego, wybrałbym wersję z ostatnich kilku lat.

    • SzK napisał(a):

      Libańczycy nazywali się kiedyś Fenicjanami. Jeden z bardzo niewielu narodów w historii, który przedkładał biznes nad wojnę. Niestety, tacy zazwyczaj marnie kończyli.

  12. Carman napisał(a):

    To jest właśnie terenówka w moim stylu 🙂 . Zawsze dyskutowałem z zagorzałymi petrolheadami podważającymi sensowność SUVów, że to nie ma żadnego znaczenia, że samochód mimo wyglądu daleko w terenie nie zajedzie. Chodzi o to, że właśnie taki podoba się właścicielowi, a to jest moim zdaniem najważniejsze.

    Wiadomo, że ten w terenie da sobie radę, ale tu tak samo widać, że Wadih’owi też głównie chodziło o wygląd, o świadomość posiadania takiego pojazdu, o czysto potencjalne możliwości. Nie wszyscy kupują terenówki, żeby je topić w błocie tak samo jak większość supersamochodów przyspiesza głównie „od świateł do świateł” i cieszy ludzkie oczy stojąc na parkingach.

    Spełnianie motoryzacyjnych marzeń to wspaniała sprawa. Doskonale wiem jak czuł się właściciel widząc swoje odnowione cudo. Choć moja piękność kosztowała nieporównywalnie mniej to myślę, że cieszę się tak samo wsiadając do niej co rano i takiego uczucia wszystkim Wam życzę 🙂 .

  13. And napisał(a):

    Przecztałem całość i próbuję zrozumieć. I nie mogę. Oczywiście każdemu wolno zrobić ze swoim Defenderem co się tam podoba, ale mam tyle spostrzeżeń, że wypiszę je w punktach:

    1: Tu akurat rozumiem wszystko. 200tdi to genialny silnik, zrobiony z czegoś, co się nie zużywa. To bardzo dobry wybór. Sczeps zauważył ten aksamitno-rolniczy dźwięk i mocny dół, znaczy moment. Tego nie było już po 1994, gdy wsadziło do tego motoru swoje łapska BMW. I dołożyła ekologiczny EGR:-) Jedynka na reduktorze to jest właśnie ten bieg „pieszy”, gdy kieruje się z zewnątrz przez okno. I ten bieg w starych skrzyniach do 200 tdi był „dłuższy” – taki bardziej roboczy niż tylko do ruszania. Po ’94 skrzynia się zmieniła. Moje 200tdi ma nakulane obecnie 400000km bez najmniejszego otwierania silnika od roku 1993. W tym czasie zarżnęło 2 skrzynie biegów, ze dwa reduktory i około 7 mostów „w niekorzystnych warunkach eksploatacji”. Skrzynie nową kupiłem właśnie w LS, czyli obecnie British Garage. Ciekawe, czy w silniku Ładiowozu było trzeba cokolwiek pogrzebywać. Sczeps, czy pamiętasz czy wsteczny był koło jedynki czy pod piątką??
    Koło jedynki to stara skrzynia z fajną, długą jedynką.

    2: Ten egzemplarz wyglądał przed renowacją bardzo dobrze i miał oryginalne malowanie/oklejanie. To rzeczywiście rzadkość i ja bym tego nie demolował. Tymbardziej malując na czarno (klima będzie bardziej potrzebna) i upodabniając auto do współczesnego wypustu. Szkoda tego ninety-look’u.

    3: Atrapa chłodnicy przystosowana do Klimatyzacji? No cóś tu też nie gra, bo w Defenderach z końca lat 90tych dostępna była klimatyzacja, a grill był taki jak był, z wąskimi lamelkami. Takim autem (300 tdi z 1999) zrobiłem około 40-50 tys. km. Deska rozdzielcza była w nim inna niż w modelach bez klimy, bo kryła instalacje klimy i nawiewy. Nie było tej ogromniastej półki i niejsca na radio. Radio lądowało w schowku podłokietnym. Auto kupione było w Polsce, ale nie we Wieliczce. Bardzo rzadkie są tego typu deski, bo starych Defów z klimą jak na lekarstwo (w Europie).

    4: Na tytułowym zdjęciu widać tylne, prawe koło wbijające się w nadkole. To jest tzw. wielbłąd i nie powinno do tego dojść. Wielbłąd polega na tym, że do obniżonego lub standardowego zawieszenia nie powinno się montować takich szeroko zdystansowanych kół/opon. Węższe 235×85 miałyby taki sam wysoki profil (chyba 6mm różnicy na korzyść węższych), a chowałyby się w nadkolach. Do takich szerokich kółek z oponami 265 x 75 powinno się zawieszenie właśnie podnieść i wymienić wahacze (są dostępne w szerokiej gamie wzorów i kolorów), a następnie to wszystko usztywnić do potrzeb. Wtedy te większe kółka mieściłyby się przy wykrzyżach w nadkolach i zgrubsza po kłopocie.

    4,1/2: A konkretnie dać dłuższe sprężyny o większej (średniej) twardości i dłuższe amortyzatory lub obniżone mocowania do amortyzatorów standardowej długości. To wszystko leży w Wieliczce na półce. No ale to nie koniec i tu zaczyna się wyzwanie konstruktorskie. Otóż istnieje obawa, że taki wyższy samochód na szerszych kołach będzie się zachowywał mniej stabilnie i wtedy trzeba zajrzeć do punktu 5.

    5: Szczeps napisał, że bał się zakręcić, żeby się nie przewrócić. Niedoczekanie! – lekka, aluminiowa karoseria (poszycie) Defendera wygląda groźnie i wywrotnie , ale spokojnie można piszczeć kołami i to wszystkimi czterema na zakrętach. Ciężka rama i solidne mechanizmy napędu obniżają środek ciężkości skutecznie i auto jest stabilne. Prędzej ma się wrażenie, że drzwi nie wytrzymają i się otworzą pod naciskiem osób, nie mających żadnego trzymania bocznego na tych krzesełkach. A jeśli ma się zamiar go dalej dociążać, wozić tzw. szpeje wyprawowe lub skrzynki z piwami to należy udać się do sklepu z częściami do Baldwinek i zakupić seryjne tylne sprężyny od Formana, czy tam Favoritki kombi. Te dość długie sprężyny należy umieścić wewnątrz tylnych sprężyn Defendera i unieruchomić za pomocą specjalnie skonstruowanych „lokatorów”. Zawieszenie zaczyna zupełnie inaczej pracować i koło nabiera tendencji do „wypełnienia” ubytków w podłożu. Co więcej im bliżej karoserii, tym sztywniej – taka pozytywnie progresywna charakterystyka. I tego w Wieliczce nie założą, bo taki patent nie występuje na półce z akcesoriami. Ale występował w autach przygotowanych przez LR Special Vehicles do Camel Trophy oraz w stodole kolegi, który takie auta serwisował w czasach Camelowych. Mając jeden komplet na jedno koło, pojechalim na cepeen po napoje, przestudiowalim wynalazek, trochę ulepszylim, powycinalim wodą ze stosownej stali, pospowalim pewnej nocy, zaś pocynkowalim i pozakładalim do Landów. Działa wspaniale. Zawieszenie jest sprężyste, nie sztywne, ale nie ma mowy o dobijaniu czy przesadnych przechyłach. Tak, jeszcze jeden komplet mam w charakterze prototypu, a kolejka po niego długa:-)

    Nie twierdzę niniejszym, że ktoś coś zepsuł, ale taka konfiguracja zawieszenia (nisko i szeroko) może po prostu zaszkodzić miękkiej i trudnej w naprawach, aluminiowej karoserii. I zrobi to prędzej niż później. Trochę mi już szkoda.

    • SzK napisał(a):

      Ja też jestem pod wrażeniem wiedzy, ale jako że w widoku administratorskim widzę więcej niż inni userzy, to jakby mniej się dziwię 😉 .

      Ad 1) Niestety, nie pamiętam, gdzie był wsteczny – autem ostatni raz jechałem 17 września…
      Ad 2) Zgadzam się, że oryginalne naklejki to jest coś, ale lakier należało się zrobić. Inna sprawa, że stan karoserii był gorszy niż żeśmy się spodziewali, ale lakierowanie od poczatku było brane pod uwagę,
      Ad 3) Atrapa czy tak czy siak miała być od KBX-a, tylko że tam sa dwie wersje: z miejscem na chłodnicę klimatyzacji lub nie. Ta pierwsza jest troszkę „wysadzona” do przodu – podobno można to zobaczyć z zewnatrz, ale ja nie jestem specjalista,
      Ad 4) Tu mnie zaskoczyłeś, bo Łukasz nie ostrzegał przed czymś takim, a to naprawdę fachowiec. Inna sprawa, że że może po wywiadzie z Wadi’m uznał, że maksymalny wykrzyż nie będzie potrzebny,
      Ad 5) To, że się bałem przewrócenia auta, to jest już mój charakter – ja nie jestem wyścigowcem i tak uż mam, tym bardziej, że auto nie moje i świeżo zrobione. A patent ze skodowskimi sprężynami wyglada mi ciekawie, ale już za późno, żeby go sprzedać Wadih’emu

      • Fabrykant napisał(a):

        Kolega And już się wypowiadał w tej branży i w tym duchu na ś.p. Złomniku.

      • And napisał(a):

        Ad: widok – ja się już nie angażuję tak bardzo, bo tam za duży tłok. Na normalne prywatne imieniny się potrafi zjechać czasem 120 załóg. Akurat za tydzień jest spóźnionej Agnieszki i taki atak nastąpi.

        ad. ad.3: Skoro tak, to jest to jest to bardziej lanserski projekt niż przypuszczamy – niemal Low-Rider:-) To tłumaczy też sprawę wykrzyży. Jakby zostawił biały lub groszkowy kolor z białym dachem i starą atrapę to miałby prawdziwego Land Rovera z czasów sprzed BMW, z najlepszym silnikiem pod słońcem i 4 x większy szacun u wszelkiej maści zakochanych w tej marce, czy też użytkowników „zgodnie z przeznaczeniem”.

        ad. ad4. Tutaj widać jak to zostało pomyślane: http://forums.roversnorth.com/showthread.php?10405-1983-SIII-Camel-Trophy-Information
        To co prawda Seria III na resorach, ale sztywne mosty tak się zachowują wszędzie, nie tylko w Defenderze. Generalnie zakładając większe koła powinno się zapewnić im możliwość schowania się pod karoserią. Można to zrobić odddalając oś obrotu mostu od linii ramy poprzez lift. Ładiemu zapewne założyli długie odboje poliutretanowe i dokąd ich nie pogubi, to nadkola będą w miarę bezpieczne.

        ad. ad.5. Sam to by sobie toto założył. Na pewno we Wieliczce wcisnęli nad sprężyny dyslokatory stożkowe, a toto montuje się zupełnie tak samo. Trzeba tylko zdemontować końcówki stabilizatorowi, być może zwolnić amortyzatory – zależy od ich długości, unieść auto lewarem (lub wjechać na jakąś górkę, żeby koło się uniosło samo), odkręcić koło i w zasadzie jak na dłoni. Wygodnie byłoby mieć takie zaciskacze do do demontażu sprężyn, ale za pomocą pasa transportowego też takie imprezy się odbywały. Trza lekko ścisnąć sprężynę żeby wyjąć. Tylko skąd on w tej ameryce weźmie sprężyny od Baldwinki w Formanie:-)? Z Kanady najbliżej.

  14. benny_pl napisał(a):

    Andziass: jestem pod wrazeniem Twojej wiedzy o terenowkach!

    ad artykulu: tez myslalem ze bedzie mial cos wspolnego z Ładą Nivą 🙂 historia fajna, ale widac ze to nie polak, polak za tyle samo kupil by nowego i jakiegos totalnego trupa z interesujacego go roku na papiery 😉 to jest jednak nieistotne, bo najwazniejsze ze wlasciciel jest szczesliwy 🙂 choc mi tam podobal sie bardziej taki jak byl po zakupie – klimatyczny, a nie bajerancki, i rowniez nie podobaja mi sie wcale te niby artystyczne zdjecia, Twoje Szczepanie jest 1000x ladniejsze – jak z prospektu!

    • And napisał(a):

      @Benny: Jaka tam wiedza, to geometria i trochę praw fizyki. Czyli techniczna intuicja jakby.

  15. Łukasz napisał(a):

    Twoje zdjęcia są lepsze niż te ze studia- chyba ktoś nie miał pomysłu na tą sesję i dowalił hardkorowy filtr który zniweczył pracę lakiernika i pozbawił sensu tygodniowe rozmyślania nad odcieniem czerni 🙂 Wiem co mówię!

    Auto wygląda fajnie, ja zastanowiłbym się jeszcze nad pomiarami mocy i momentu silnika i pomyślał nad wzmocnieniem tej jednostki (200tdi jak mniemam). Sam jestem po dłubaniu czysety u Andrzeja z ARS 4×4- 145 kucy i 318 Nm. Polecam 🙂

  16. Daozi napisał(a):

    Jak zwykle jestem pod wrażeniem artykułu – napisany jest świetnie. Przeczytałem nawet pomimo faktu, że samochody terenowe interesują mnie w równym stopniu co glebogryzarki albo podkłady na paszczę (takie coś co kobiety używają).
    Oczywiście – kto bogatemu zabroni. Nie wiem co musiałbym zażyć, żeby kupić podobną puszkę o dobrych właściwościach jezdnych tylko w terenie, za choćby połowę podanej ceny. Ale jak to mówią – jeden lubi łowić ryby, a inny jak mu stopy śmierdzą.
    Dziwi mnie tylko, że przy takich pieniądzach włożonych w auto jego wnętrze wygląda… Dość nieestetycznie – odrapane plasiki, sporo syfu. Ja wiem, że to terenówka, ale zdjęcia są robione tuż po odbudowie przecież?

    • SzK napisał(a):

      We wnętrzu nie było robione wiele, poza nowymi fotelami, ławkami do tyłu i pasami bezpieczeństwa (może jeszce ajkieś detale, których nie pamiętam).

      Generalnie z restaurowaniem wnętrz klasyków zawsze jest kłopot, bo to sa części, których w normalnej eksploatacji praktycznie nigdy się nie wymienia, i przez to nie ma rozbudowanej ich produkcji, więc ich dostępność po 20-30 latach jest słaba, a ceny – bardzo wysokie. Blacharz i kaliernik zrekonstruuja każdy element, mechanik też zazwyczaj naprawi praktycznie wszystko, dorabiajac w razie czego brakujace elementy (o ile jest budżet), a z wnętrzem często jest tak, że jesli nie znajdzie się używki w dobrym stanie, to jedyna możliwościa jest klejenie, łatanie i sztukowanie oryginału. dorabianie na wymiar bywa bardzo trudne i kosztowne. W przypadku Defendera sytuacja prawdopodobnie jest jeszcze dobra, bo model jest w zasadzie współczesny, ale nie badałem kosztów takiej zabawy. Tutaj wnętrze nie było w złym stanie, a inwestycja i bez niego wyszła dwukrotnie większa niż zakładaliśmy pierwotnie, więc szerzej zakrojonych prac nie było.

      • Demon75 napisał(a):

        pamiętam takie zdanie sprzed kilku(nastu) lat (zapewne nieco się zdezaktualizowało): „gdyby zaprzestano produkcji części zamiennych do klasycznych LandRoverów, w Wielkiej Brytanii doszłoby do zamieszek”

  17. RoccoXXX napisał(a):

    Super wpis, chociaż nie ukrywam, że mi auto odpowiadałoby bardziej gdyby pozostało w oryginale. Właśnie te naklejki robią całą robotę. W latach 80-tych powstawało szereg limitowanych serii klasycznego Mini, charakteryzowały się one m.in. specyficznym malowaniem, tapicerką i naklejkami. W tych naklejkach jest cały klimat, bez nich wszystko pryska. Jako przykład o czym mówię można zerknąć na ten prospekt

    http://www.ebay.pl/itm/182007957854?_trksid=p2060353.m1438.l2649&ssPageName=STRK%3AMEBIDX%3AIT

    • hurgot sztancy napisał(a):

      miniak w kratkę fajny, ale Defender z kolorowymi nalepkami rodem z lat 80-tych… tu już potrzeba fana zorientowanego, że takie tandetne naklejki to właśnie nie tandeta, ale „klimat”…
      a czarny jest zbój i tyle!

  18. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Wpis świetny, postać megaciekawa, pojazd zmodyfikowany nie do końca w moim guście, ale i tak wspaniały.

    Mam tylko jedno przemyślenie.

    BORZE TUCHOLSKI. Skąd w ogóle w niektórych łbach zalągł się pomysł doszukiwania się tu wątków politycznych? Opis tego, skąd pochodzi i jaką drogę przebył Wadih, to po prostu ubarwiający, uzupełniający całą opowieść rys postaci. Nic więcej. Po cholerę doszukiwać się ideologii tam, gdzie jej nie ma?

    • ndv napisał(a):

      Jak dla mnie ferment w stylu tego dowcipu o noworodku i cegle. Bo skoro facet pochodzacy z niezbyt przyjaznej czasoprzestrzeni moze sobie, dzieki swojej pracy pozwolic na zachcianke za 150 tys. to my powinnismy miec wieksze szanse na spelnienie mazen.

      A z LR jeszcze jedna rzecz mi przyszla do glowy, ale musze jeszcze sprawdzic cos z pneumatycznym zawieszeniem 😉

  19. Mikaell napisał(a):

    Ukłony i wyrazy szacunku dla Pana Szymona i Pana Wadih’ego!
    Dla Panów z studio3df.pl sugestia podjęcia ciężkiej pracy.
    W aktualnej lub może lepiej innej branży?

  20. Robur napisał(a):

    OK- tekst zacny. Nie wchodź w durne dyskusje z kretynami wieszczącymi koniec cywilizacji białego człowieka. To po prostu debile, nie warci nawet kopa. Jesteśmy durnym narodem, bojącym się wszystkiego co za miedzą- innych kolorów skór, innego jedzenia (vide- wegetarianizm), innych słów. Ja sam pracuję w dużym korpo w KRK, gdzie mamy wiele innostrańców. Tym ludziom należy się cholerny szacunek- przyjechali z jakichś wsi w Rosji czy Białorusi, mówią kilkoma językami, nie mają właściwie żadnego wsparcia- czyli żadnych wujek, ciotek, babć…No i wkurw…a mnie jak jakiś debil siedzący na zmywaku w UK płacze że mu Ukraińcy kradną pracę… Przepraszam, wzburzyłem się. A te zdjęcia na końcu są po prostu słabe. Nie ma kompozycji, nie ma światła- takie pstryki z narzuconym jednym filtrem (ciekawe co mogę zrobić, gdy nacisnę ten guziczek…). Żal.
    A tak BTW- może masz jakiegoś zaufanego mechanika, który w KRK by mi auto zakonserwował :-)?

    • SzK napisał(a):

      Hmmm, mój ojciec robił konserwację najlepiej na świecie, ale już skończył. W tym momencie niestety nie znam żadnego adresu – swoje auto tez mam niezakonserwowane.

  21. Robur napisał(a):

    ….popatrzyłem na resztę portfolio tych pstrykaczy…..To jest tak słabe, że muszą chyba dopłacać ludziom żeby to oglądali. Rozumiem też, że chłopcy niedawno odkryli HDR, i uważają że nie ma nic lepszego na świecie, aby Urbex pokazać.. No i ten jeden filtr… nie ważne czy klocki lego, wyścigi w błocie czy para ślubnych obrączek. Przepraszam, ale mi się ulało….
    No i szkoda że nie masz nikogo, bo tych cwancygierom z forów nie wierzę 🙂