STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NAJLEPIEJ NAM BYŁO PRZED WOJNĄ… cz. I

Najlepiej nam było przed wojną, gdy rodził się Mały Fiat” – śpiewał nieodżałowany Kabaret TEY. Chodziło oczywiście o „wojnę polsko-jaruzelską” z 1981r., która wskutek bankructwa komunistycznego rządu definitywnie zakończyła dekadę gierkowskiej ułudy dobrobytu, pożyczonego na niespodziewanie wysoki procent od zachodnich bankierów. Dziś łatwo o nim poczytać: przy pensjach bliskich dzisiejszym (słaba – 2.000 zł, dobra – 4.000, dyrektorska – 10.000) kilogram cukru kosztował 10,5 zł, kostka masła – 16, kilogram kurczaka (całego) – 54, szynki – 90, flaszka wódki – 82, damskie rajstopy – 85. „Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, robię dwudziesty dziewiąty” (cytat). Jednak w stosunku do czasów wcześniejszych postęp był znaczny, a to właśnie trend, nie absolutny poziom, determinuje nasze nastroje. Ważne było też to, że co prawda radziecki telewizor kosztował 21.000 zł, ale dało się w nim zobaczyć hollywoodzki western, w kawiarni – napić Coca-Coli, a w PEWEXie – kupić amerykańskie dżinsy (za całą pensję, zamienioną nielegalnie na kilkanaście dolarów). A poza tym – „co by nie mówić – za komuny byłem młodszy” (cytat). Mój ś. p. Dziadek rzewnie wspominał nawet noszenie do lasu klusek dla partyzantów – bo miał wtedy naście lat. A co dopiero ci, co w 1973r. po raz pierwszy w życiu dostali szansę na własny samochód, i to za jedyne 69.000 zł…? Oczywiście, w praktyce tyle płacili głównie krewni i znajomi królika, lecz mimo to, ze świecą szukać Polaka bez doświadczeń z „Maluchem”.

Ja jestem akurat wyjątkiem. Jako wychowany w burżujskich warunkach (cztery osoby na aż 58 m² w zagrzybionej, post-austriackiej kamienicy z piecami węglowymi) i wożony najpierw dwusuwowym Wartburgiem (którego rama nadłamała się ze starości), potem radziecką Ładą (złożoną w wiejskim warsztacie na pokątnie zdobytej karoserii), wreszcie prawdziwym Mercedesem (niemal 20-letnim, składającym się ze szpachli i mat z włókna szklanego, a zimą odpalającym jedynie na pych) należałem do prawdziwej elity, choć jako kilkulatek tego nie rozumiałem. Naokoło „Maluchów” było jednak pełno.

Jeszcze niedawno mogłem powiedzieć, że prawie nie jeździłem 126p, jednak w sobotę 19 maja, na rendez-vous z największym fetyszem i zarazem przekleństwem obywatela PRL, zaprosił mnie Maciek – mąż mojej kuzynki i maluchowy weteran, z blizną na ręce po dziecięcym skaleczeniu o kieszeń maluchowskiego radia. Dzięki niemu i jego czterem Kolegom wyraziście poczułem, jak dobrze nam było przed wojną. A także i po niej, zebraliśmy bowiem aż pięć okazów z prawie wszystkich stadiów rozwoju modelu.

***

Gierkowska licencja na tani samochód była częścią planu modernizacji gospodarki PRL przy użyciu zachodnich technologii kupowanych za zachodnie kredyty, by rozruszać eksport i udobruchać społeczeństwo względną poprawą bytu. Jako spłacana w naturze nie zjadała cennych dewiz, a marka Polski Fiat sugerowała ciągłość przedwojennej tradycji (zresztą jeden z sygnatariuszy porozumienia, Armando Fiorelli, w latach 30-tych szefował polskiemu przedstawicielstwu koncernu).

Ponieważ piszę dla polskich auto-maniaków, nie zamierzam ględzić o konstrukcji i parametrach „Malucha”, bo to tak, jakbym inżynierów uczył tabliczki mnożenia

Foto: materiał producenta

Jak każde ważne przedsięwzięcie PRL-u, produkcja Polskiego Fiata 126p rozpoczęła się symbolicznego dnia – 22 lipca 1973r. (pytanie dla młodzieży: co to za data?). Model budził wielkie emocje i nadzieje. Oficjalnie kosztował 69.000 zł, czyli 25 średnich pensji – za ledwie trzymetrowe, 21-konne toczydełko z symbolicznym bagażnikiem. Faktycznie było jednak dużo drożej, bo ogromna nadwyżka popytu nad podażą wygenerowała wieloletnie kolejki oczekujących i wywindowała cenę giełdową do nawet 200% oficjalnej. Mimo to, przez ponad 15 lat „Maluch” pozostawał najłatwiej dostępnym samochodem w Polsce.

***

Na wyprawę 19 maja Maciek zwerbował czterech kolegów: Kamila z żółtym egzemplarzem eksportowym ’78, Sławka z brązową przejściówką ’85, Bartka z czerwonym BIS-em ’90 i Piotrka z czerwonym FL-em ’92 (jedynym w towarzystwie na żółtych tablicach). Sam przyjechał swoim ubiegłorocznym nabytkiem – czerwonym elx-em ’98. Niestety, nie dojechali dwaj zaproszeni: wersja najstarsza (’74) i inwalidzka (z lat 80-tych). Z nimi mielibyśmy naprawdę pełny przekrój, ale umówić osiem zapracowanych osób na raz to niemożliwa sprawa. Zwłaszcza, jeśli data jest sztywna – bo właśnie 19 maja, na Placu Ratuszowym w Bielsku-Białej, prezentowany był jedyny zachowany egzemplarz trójosiowej terenówki wojskowej na bazie 126p.

W drodze, liczącej w obie strony prawie 200 km, miałem wypróbować wszystkie pięć egzemplarzy, a przede wszystkim, jak w każdej blogowej przejażdżce, poczuć klimat pewnego wycinka automobilowej czasoprzestrzeni – tego, w którym Polacy zaczynali swą przygodę z masową motoryzacją.

Klimat „Malucha” zaczyna się w momencie pakowania bagaży. Źródła różnie podają pojemność kufra – zazwyczaj mówią o 70-80 litrach, czyli wyniku żałosnym dla samochodu rodzinnego. Sprawę pogarsza jeszcze niepraktyczny kształt, jednak w tylnosilnikowcu inaczej nie będzie. Wbrew wszelkim trudnościom miliony Polaków jeździły tak na urlopy, a nawet przewoziły sprzęt AGD. My mieliśmy szczęśliwie tylko plecak z kanapkami, wodą i parasolami.

Foto: praca własna

Maciek zdziwił się słysząc, że drogę spod swojego domu (skąd zgodził się zgarnąć mnie i żonę) do umówionego punktu spotkania (CPNpardon!! – Orlen przy wyjeździe na Zakopiankę) wolałem przejechać na tylnej kanapie – ale bez tego nie zrozumiałbym istoty „Malucha”. Przy wzroście 173 cm i wadze superpółśredniej, używając terminologii bokserskiej, wsiadłem bez trudu, chociaż głową wypychałem sufit, a nogami – fotel kierowcy. 10 minut jazdy przeżyłem znośnie, jeśli nie liczyć dyskomfortu kręgosłupa, ale to już mój problem osobniczy. Do swojej przyrodzonej roli niskobudżetowego transportowania dwójki dzieci kanapa 126p wydaje się wystarczać, zwłaszcza że – pozytywne zaskoczenie – odchylane fotele zapewniają relatywnie wygodne wsiadanie/wysiadanie.

Foto: mojej żony

Na stację towarzystwo zjeżdżało 20 minut, a ja wykorzystałem czas ucząc się klasycznych, maluchowych sztuczek. Ponieważ Warszawę odpalałem korbą, 126p musiałem uruchomić kijem od szczotki: bez tej umiejętności stanięcie w trasie z powodu zerwanej linki rozrusznika jest tylko kwestią czasu (podobno można też odpalić na pych w pojedynkę, ale na to się nie odważyłem).

Foto: Maciek

Kamil zapalił swoje auto sznurkiem nawiniętym na kółko pasowe silnika. Jedną sztukę otwarliśmy obcym kluczykiem – to też znany numer, bo wzorów kluczy produkowano niewiele. Własnoręcznie potwierdziłem zaś inną legendę: nie odrywając lewej ręki od kierownicy, prawą przetarłem wszystkie szyby. Co prawda z tyłu nie dosięgnąłem krawędzi dolnej i bocznych, ale brakło niewiele (ktoś wyższy zapewne dałby radę). To ważne, bo jadąc we trójkę swym oddechem parowaliśmy szyby w suchy dzień, przy +15°C – mimo że egzemplarz Maćka dysponuje już dmuchawą wentylacji.

Zaliczywszy podstawowe triki wsiedliśmy do wozów. Ja, zgodnie z chronologią, objąłem stery żółtego samochodu Kamila. Odpaliliśmy silniki (ja – cięgłem, reszta – kluczykiem, kijem, sznurkiem, lub nawet… o ostatnim sposobie napiszę w drugiej części) i wzięli kurs na Bielsko-Białą – kolebkę Fiata 126p. Rzecz jasna, wczuwając się w atmosferę początków polskiej motoryzacji masowej, wspaniale opisaną w piosence Jana Krzysztofa Kelusa (LINK DO COVERU ELEKTRYCZNYCH GITAR).

Foto: Kamil

***

„Malucha” opiewali i inni artyści. Np. zespół Perfect ze swą frazą telewizor, meble, mały Fiat” jako szczytem aspiracji młodej rodziny. Samo odłożenie 25 pensji nie gwarantowało niczego, większość produkcji przydzielano bowiem posiadaczom partyjnych „talonów”, „asygnat” itp., część też eksportowano. Istniał również tzw. EKSPORT WEWNĘTRZNY: za prawdziwe, czyli zachodnie pieniądze, dostępne było wszystko i od ręki. Sprzedając Polakom krajowe towary za dolary państwo zdobywało dewizy bez konkurowania z Zachodem, tyle że tutaj cena wynosiła 1.100-1.500$ – około STU PENSJI. Za zwykłego „Malucha”, zmieniającego się w mgnieniu oka w wiecznie zepsutego grata!!

Włoskie reklamy Centoventisei (po włosku – 126) podkreślały pełnowymiarową kanapę tylną, wysoką niezawodność i odpowiedniość do dalekich podróży (!!), mimo niewielkich gabarytów. To nie żart – tak mówiły materiały włoskie, czyli ZACHODNIE!! Niewiarygodne prawda…? Ale przecież małe modele Fiata zawsze liderowały w swoich segmentach, w całej Europie. O to właśnie – o dewizowy eksport – najbardziej w tej licencji chodziło.

Foto: materiał producenta

Komunistyczny rząd ściągał od Polaków nie tylko dolary, ale też złotówki. Dlaczego, skoro nie miały wartości? No właśnie dokładnie dlatego. W latach 80-tych, by uspokoić lud, hojnie podnoszono płace, lecz podaż towarów pozostawała niezmieniona. Na normalnym rynku wystąpiłaby inflacja, ale przy odgórnie regulowanych cenach w sklepach po prostu brakowało podstawowych artykułów. W portfelach obywateli piętrzyły się góry banknotów (stąd powszechne przekonanie, że każdemu starczało pieniędzy – po prostu nie było ich na co wydać), które częściowo absorbował podziemny, wolnorynkowy handel, lecz i państwo usiłowało je zlikwidować. W tym celu wykorzystywało monopol spirytusowy i tytoniowy (bo koszty produkcji wódki i papierosów stanowią znikomy ułamek utargu), a także PRZEDPŁATY NA SAMOCHODY.

Wprowadzone w 1973r. przedpłaty były zwykłymi kontami bankowymi, które po uzbieraniu pełnej ceny umożliwiały… nie, nie odbiór auta, a udział w jego LOSOWANIU. Chętnych było oczywiście multum (do 1988r. – 1,4 mln), a samochodów – maksymalnie sto kilkadziesiąt tysięcy rocznie (zwykle mniej), więc na szczęśliwy traf czekano latami, mimo wpłacenia 100% kwoty, oraz – uwaga!! – regularnego dopłacania post factum, bo obowiązywała cena z dnia odbioru. Notorycznie zarządzano podwyżki, i to nie kilku-, a 20-30 -procentowe, co skutecznie ściągało z rynku szczodrze drukowane banknoty bez pokrycia. 485 tys. przedpłatowiczów – czyli ponad 1/3 ogółu – nigdy nie dostała zapłaconych samochodów. W 1996r. zaoferowano im rekompensaty pieniężne, których części nie rozliczono do dziś.

Przedpłaty drenowały gotówkę skuteczniej niż POLMOSy – bo generowały niższe koszty operacyjne

Autor plakatu: Piotr Stolarczyk

PRL-owscy artyści perfekcyjnie opanowali przemycanie drażliwych treści. W komiksie z serii „KUBUŚ PIEKIELNY” Szarlota Pawel opowiadała historię rodziny, która przedziwnym zbiegiem okoliczności stała się posiadaczem aż trzech małych Fiatów. Tylko bystry czytelnik zauważy, że żadnego nie kupiła normalnie: mąż dostał talon, żona wylosowała przedpłatę, a syn wygrał na loterii. Słowem – sama praca i oszczędzanie, bez łaski władz lub ślepego trafu, były psu na budę.

Z kolei film „Fetysz” z 1984r. ukazuje rodzinę, która by zdobyć upragniony pojazd sięga nawet po pieniądze dziadka, odłożone na własny nagrobek. Niestety, tuż po odbiorze – sugestywnie ukazanym jako wybór najmniej wybrakowanego z kilku bubli w identycznym kolorze – „Maluch” zostaje skradziony wskutek nieuwagi dziadka warującego nocami przy oknie, by nie tracić auta z oczu. Zrozpaczony zięć w desperacji sam zaczyna kraść (dokładnie jak w „Złodziejach rowerów” Vittorio de Siki), w międzyczasie wysłuchując milicyjnych pouczeń o zabezpieczaniu samochodu i jego najbardziej deficytowych części – kół i akumulatora. Nie jest wspomniana tylko benzyna, sprzedawana wtedy na kartki i również nierzadko kradziona.

W filmie nie ma grama przesady: moi teściowie w 1988r., po 7 latach ciułania na przedpłacie, odebrali z Polmozbytu „Malucha” zachlapanego farbą olejną przez nieuważnych malarzy ogrodzenia. Plamy musieli usunąć sami, ale nie narzekali, bo alternatywne egzemplarze miały gorsze braki. A nocne dyżury na parkingu przed domem wypoczynkowym „San” w Kołobrzegu regularnie odbębniał mój tata, na 4-godzinne zmiany z innymi zmotoryzowanymi wczasowiczami. Na wakacjach, za które zapłacił, musiał robić za nocnego stróża, o ile nie chciał stracić samochodu.

***

Auto Kamila pochodzi z 1978r., czyli z serii drugiej, z większymi hamulcami i poprawionym chłodzeniem. W „eksporcie wewnętrznym”, za dolary, kupili je sąsiedzi rodziców obecnego właściciela (stąd eksportowa specyfikacja 650S – rozkładane siedzenia, ogrzewana szyba tylna, płynna regulacja wycieraczek). Jeździli bardzo rzadko, traktując pojazd jako lokatę kapitału: garażowali z uchylonymi drzwiami (żeby wnętrze „oddychało”) i podpierali kołkami (by odciążyć zawieszenie i opony).

Kamil wciąż o „Malucha” dba, ale eksploatuje go intensywnie – jeździ nawet za granicę, i to z przyczepą N-126. Zanim jednak odważył się na dalsze wyprawy, przeprowadził pełną odbudowę na nowych częściach, splanował głowicę o 2,5 mm i założył dachowy box bagażowy.

Felgi-cytrynki, chromowane zderzaki, wycieraczki, zamek pokrywy silnika i słynny znaczek „LICENCJA FIAT” – to ważniejsze wyróżniki pierwszych dwóch serii „Maluchów”. Z kolei chromowane ramki reflektorów to niefabryczny dodatek z epoki.

Foto: praca własna

Hak holowniczy i box bagażowy przystosowują pojazd do dalekiej turystyki. Jeśli ktoś uważa, że „dziś nikt nie tarabaniłby się „Maluchem” z przyczepą nad Balaton” – radzę pogadać z Kamilem. On tarabani się regularnie.

Foto: praca własna

Foto: praca własna

 Foto: praca własna

Eklektyzm rzemieślniczych akcesoriów tylko dodaje autentyczności: w późnym PRL-u produkująca je tzw. prywatna inicjatywa prosperowała doskonale. Obok wspomnianych ramek znajdziemy tu pokrowce foteli, wentylator na desce rozdzielczej (marne przewietrzanie to jedna z nieskończenie wielu słabości modelu), pseudobursztynową gałkę zmiany biegów i radio Safari 5.

Foto: praca własna

Cienką kierownicę wczesnego „Malucha” (pękniętą) dostałem w dzieciństwie do zabawy od dziadka kuzyna z Kęt, ale dopiero teraz, po 35 latach, dane mi było użyć jej naprawdę. Fajnymi smaczkami są płynna regulacja wycieraczek (pokrętło na lewo od szybkościomierza) i ręczna pompka spryskiwacza (obok radia), a także typowo fiatowskie, chromowane zamki fletnerków (patrz poprzednie zdjęcie).

Foto: praca własna

Znajomi, którym opowiadam o wyprawie, stukają się w głowę – bo 200 km w „Kaszlaku” to przecież masochizm. Tymczasem, jakkolwiek niedorzecznie nie zabrzmiałoby to w polskich uszach, do Bielska jechało mi się bardzo przyjemnie.

Oczywiście, ja nie jestem reprezentatywnym przykładem. Po pierwsze, tak już mam, że z każdego klasyka cieszę się jak głupi z bateryjki. Po drugie – wcześniej znałem już Fiata 500, a to całkowicie zmienia postać rzeczy. W porównaniu z nim 126-tka to auto duże, wygodne i dynamiczne, choć w Polsce mało kto to pojmuje (temat rozwinę w drugiej części wpisu). A po trzecie – jechaliśmy w optymalnych warunkach: było jasno, sucho, ani zimno ani gorąco (15-20°C), w sobotnim natężeniu ruchu, bez większego bagażu, po wioskach, małych miasteczkach i drogach pozamiejskich (ale nie autostradach!!), z szybkościami 50-80 km/h (w porywach do 105, ale tylko chwilowo, w celach testowych). W innym układzie „Maluch” mógłby frustrować, my jednak nie mieliśmy powodu narzekać – nawet czas podróży wyszedł krótszy od przewidywań nawigacji.

Zresztą, szczególnie mnie to nie dziwi, bo dawne, małe modele Fiata, choć nijak nieprzystające do dzisiejszych standardów komfortu, prowadzenia i dynamiki, zawsze sprawiają kierowcy frajdę. 126 nie jest wyjątkiem, jeśli tylko zapomnimy o emocjonalnym bagażu PRL-u i kompleksach wynikających z ówczesnego braku wyboru. No i jeśli nie pojedziemy autostradą. I nie weźmiemy większych bagaży. I zapomnimy o paru innych rzeczach, nad którymi niegdyś przechodzono do porządku dziennego – na przykład o ewentualności awaryjnego hamowania, nie mówiąc o kolizji.

Być może moje pozytywne wrażenia wynikły z oczekiwań prawdziwego hardkoru, a częściowo również ze splanowanej głowicy Kamila. Dzięki niej do miejsca pierwszej przesiadki, w Kalwarii Zebrzydowskiej, dojechałem z tylko kilkukrotną redukcją na trójkę, na największych wzniesieniach, i bez tamowania współczesnego ruchu, sztucznie zdławionego własnym natężeniem i absurdalnymi gdzieniegdzie ograniczeniami prędkości. Również skuteczność hamowania na zjazdach nie budziła obaw, choć, odpukać, nie było sytuacji podbramkowych.

Gorzej z prowadzeniem: „Maluch” okazał się wprawdzie stabilniejszy od Fiata 500 (z którym już od 50 km/h musiałem wojować o zmieszczenie się na prostej i gładkiej drodze), ale przy większej prędkości kierunek i tutaj należy aktywnie korygować. Zwłaszcza przy hamowaniu: Kamil tłumaczył, że lewe przewody hamulcowe są krótsze, przez co podają wyższe ciśnienie i nawet sprawny układ ściąga odrobinę w lewo. Może i tak, bo czułem to we wszystkich pięciu sztukach, choć w tej najstarszej najwyraźniej.

Jakość polskich dróg poprawia się, więc na wybojach zbytnio nie rzucało. Oczywiście, wysiadając w Kalwarii, po niecałych 30 kilometrach, czułem w plecach ciężkość jak po dniu w biurze: subiektywnie to dla mnie najgorsza wada „Malucha”, ale składam to na karb mojego nieszczęsnego kręgosłupa. Znacznie lepiej wypadają fotele Inter Groclin z BISa, ale o tym później.

Dopiero na stacji w Kalwarii zobaczyłem w telefonie wiadomość od Maćka, który po drodze, nie przebierając w słowach, wzywał mnie do zwolnienia (jechałem na czele). Co prawda należałem do wolniejszych kierowców na drodze, a kolumna nie rozproszyła się, jednak najwyraźniej nie uwzględniłem zeszlifowanej głowicy żółtego weterana.

Foto: praca własna

Już na tym pierwszym postoju podszedł do nas człowiek oferujący swoje zapasy części 126p. Po zapisaniu kontaktu pojechaliśmy dalej, przy czym ja przesiadłem się do drugiego w kolejności chronologicznej, brązowego pojazdu Sławka.

Foto: praca własna

***

Często słyszy się o 126p jako o „symbolu klasy robotniczej„. Wolne żarty: nawet w serialu „Czterdziestolatek„, uchodzącym za propagandę sukcesu, jeździł nim nie szeregowy technik Maliniak, a wyłącznie inżynier Karwowski, czyli magister-inżynier na kierowniczym stanowisku. A jak to było naprawdę?

Kilka lat przed wojną polsko-jaruzelską, w szczytowym momencie złotej dekady sukcesu, mój wujek Tadeusz wyjechał z Krakowa do Dąbrowy Górniczej, by budować Hutę Katowice. Pracując jako elektrotechnik w utrzymaniu ruchu, na trzy zmiany, w niedzielę i święta, w uprzywilejowanej naonczas branży hutniczej, dorobił się własnego „Malucha” – ale dopiero w roku 1990-tym, po 15 latach pracy i zmianie ustroju. Auto nie było bynajmniej nowe: wyprodukowane za górnego Gierka trzymało się na pomarańczowym lakierze, jednak naprawdę stało pod domem, gotowe na rozkaz wozić wujka, ciocię i ich dwoje dzieci, a od biedy jeszcze mieszkającą z nimi babcię. „Alt, aber BEZAHLT” – „stary, ale SPŁACONY” – jak mawiali Niemcy jedno pokolenie wcześniej.

Wujek Ludwik z Kęt, inżynier-geolog, „Malucha” kupił już w 1980r. Stosunkowo niedrogo, bo trawiastozielona 600-tka z pierwszej serii wymagała kapitalnego remontu blacharsko-mechanicznego – w wieku całych sześciu lat. Wujek wykonał wszystko sam, rozbierając auto na śrubki, wygłuszając karoserię folią bitumiczną i starannie składając na załatwianych pokątnie częściach. Jeździł potem kolejne 6 lat, aż wyjechał na tzw. kontrakt do Libii. „Malucha” odstąpił wtedy swojemu ojcu, który dzięki temu odstawił na kołki stareńką Warszawę (wspominaną TUTAJ). Po powrocie, za ciężkie dolary, wujek kupił 125p. Tym razem ośmioletnie.

Podwórkowy kolega taty, zwany Małym Tadkiem, też kupił białego Fiacika – około 1988r., kiedy rzucił państwową robotę i zaczął remontować mieszkania na własny rachunek. Pamiętam dziecięcą wręcz radość, z jaką tankował na CPNie kartkową etylinę i demonstrował maluchowy hit – płynną regulację wycieraczek (zdezelowane W115 taty nie miało takich bajerów). Wtedy nie rozumiałem tej ekscytacji, dziś rozumiem ją doskonale.

Moi teściowie, z Tomaszowa Mazowieckiego, w 1981r. skusili się na przedpłatę. Czekali, czekali i czekali, dokładając kolejne tysiące złotych. W 7 lat zapłacili DZIEWIĘCIOKROTNOŚĆ początkowej kwoty (ponad 800 tys. zł versus 92 tys.), a i tak mieli szczęście, bo nie dość, że w końcu ich wylosowali, to zaraz potem cena skoczyła o kolejną 1/3. Do ustawicznych awarii teść stracił cierpliwość po sześciu latach – samochód nie wytrzymał więc nawet czasu potrzebnego niegdyś do jego spłacenia i odebrania.

Znajomy teściów, pan Wojtek, wolał używkę z najstarszej serii: kosztowała podobnie, ale była dostępna od ręki. Stary w garści, czy nowy na dachu…? – brzmiał iście hamletowski dylemat Polaków, którym udało się odłożyć kilkadziesiąt pensji. „Zapłacili za auto, a chodzą piechotą” – śmiał się z teściów pan Wojtek, zaciskając jednocześnie zęby oraz pasa z powodu ciągłych napraw i mandatów za drobne usterki (w latach 80-tych milicjanci uwielbiali trzepać chromowane „Maluchy”, bo tam zawsze mogli się czegoś czepić).

Pan doktor pediatra, który leczył mnie i brata, kupił nowe 126p zaraz po 1990r. Chciał Poloneza, ale przekalkulowawszy wszystko głęboko westchnął i zmienił wybór (lekarz w sile wieku, pracujący w krakowskim szpitalu MSW i równocześnie praktykujący prywatnie). Mój tata namawiał go na porównywalnego cenowo, starego Mercedesa, jakiego sam posiadał i chwalił, ale – panie, jak ja to naprawię i co sąsiedzi powiedzą…? Krajowe, to krajowe. Pan doktor zainwestował tylko w konserwację antykorozyjną, autoalarm i antykradzieżowe oznakowanie, bo złodzieje szaleli wówczas niemożebnie.

Bywało jednak i inaczej. W kamienicy w centrum Krakowa, gdzie mieszkaliśmy w latach 80-tych, mieliśmy sąsiadów z gospodarstwem szklarniowym. Niesamowity biznes. Mieli aż dwa samochody: mąż – 125p kombi (sztandarowy atrybut PRL-owskiego prywaciarza), żona – „Malucha” (prawdopodobnie z PEWEXu, bo pamiętam eksportowe oznaczenie PERSONAL 4). 126p jako drugie auto w rodzinie – to też się zdarzało, choć ogromnie rzadko. Zresztą bardziej niż tego zazdrościliśmy sąsiadom domowego telefonu, który w kamienicy mieli tylko oni.

***

Brązowy egzemplarz Sławka pochodzi z 1985r. To tak zwany model przejściowy: 650E (wersja „ekonomiczna”, z obniżonym ponoć spalaniem), wyposażona już w alternator, czarne zderzaki i lusterka oraz grubą kierownicę, ale jeszcze chromowane wycieraczki, starą deskę rozdzielczą, stare felgi, itp. 

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Nowsza kierownica nie pasuje do klasycznego wnętrza: efekt przypomina mi późne Mercedesy W115 z wyjącą estetycznie, miękką kierownicą jak w W116/123. U Sławka brakuje też kilku występujących u Kamila, „eksportowych” bajerów i rzemieślniczych akcesoriów, jednak dzięki temu, a także jasnej tapicerce, nie ma optycznego przeładowania i bałaganu. Radio Safari 5 rządzi!!

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Jakieś zdjęcie silnika musiałem zrobić, myślę jednak, że najważniejszym elementem jest tutaj zamieszkały na tylnej półce, stylowy piesek z kiwającą głową. Oczywiście z epoki.

     Foto: praca własna

Prof. Tadeusz Rychter, syn Witolda, w swej książce „Z samochodem za pan brat” z 1985r. pisał: „Jadąc na przykład samochodem Polski Fiat 126p (…) musimy liczyć się z jego możliwościami i do nich dostosować sposób jazdy na wzniesieniu. Musimy zaniechać prób wyprzedzania innych pojazdów, spodziewać się, że silniejsze samochody będą nas wyprzedzać„. Pomny tego cytatu w aucie Kamila byłem zaskoczony przyzwoitymi osiągami na podjazdach i dopiero w brązowym, nietuningowanym egzemplarzu zrozumiałem go lepiej. Tutaj konieczność redukcji pojawiała się szybko, choć z drugiej strony silnik pracował ciszej i łagodniej, a stabilność, zwłaszcza przy hamowaniu, wydawała się lepsza.

Brązowym egzemplarzem jechało się więc wolniej, ale wygodniej. Natomiast nawet tutaj, mimo odrobinę niższej mocy, czułem typowo fiatowską chęć samochodu do działania, do wkręcania się na obroty – taką spontaniczną radość małego szczeniaka, który ledwie nadąża, ale ostatkiem tchu wyrywa do przodu merdając radośnie ogonem. Tak, wiem że powtarzam to przy każdym Fiacie, ale to właśnie odczuwam – być może dzięki temu, że nigdy nie jeździłem „Maluchem” z musu, przez co nie traktuję jego powolności jako wstydliwego upośledzenia.

Wersję FL reprezentował Piotrkowy egzemplarz z 1992r., jedyny w towarzystwie na żółtych tablicach. Zaokrąglone, czarne plastiki oraz nowy wzór kół odmładzają sylwetkę, która optycznie nie razi naprzeciw konkurentów ze swoich czasów.

Foto: praca własna

Piotrek jeździ z uchyloną klapą silnika – mówi, że w ten sposób obniża temperaturę… w kabinie. Do przytrzymywania klapy służy rzemieślniczy łącznik z epoki. W oczy rzuca się światło cofania i tylne przecimgielne…

Foto: praca własna

…oraz całe mnóstwo naklejek i zabawek.

Foto: praca własna

Ojej, dokładnie jak nasz!!” – powiedziała moja żona zajmując miejsce z tyłu. „Tak samo czerwony i z identyczną, klejącą się do ubrania tapicerką„. Na szczęście Piotrek nie płacił na niego przez 7 lat. 

Foto: praca własna

Nowy zestaw wskaźników wygląda poważniej, choć tak naprawdę zyskał tylko kilka lampek. Po bokach zebrano przełączniki, a na szybkościomierzu zaznaczono ekonomiczny zakres 60-80 km/h. Efektowny, typowo fiatowski check-panel jest tylko atrapą: inaczej niż np. w ówczesnej Pandzie, nie informuje o niczym poza wypisanymi na biało, prawidłowymi ciśnieniami w oponach (1,4 i 2,0).

Foto: praca własna

Pod fotelem siedzi skrzynka narzędziowa z epoki, dziś bardzo poszukiwana. Jest dopasowana do szyn w sposób uniemożliwiający niekontrolowane przesuwanie.

Foto: praca własna

Dociążenie bagażnika poprawia prowadzenie przy większych szybkościach

Foto: praca własna

***

W Bielsku-Białej zameldowaliśmy się około 11.00h. Na zazwyczaj zamknięty dla ruchu Plac Ratuszowy wpuścił nas pan Antoni Przychodzień – fundator, właściciel i szef Muzeum Fiata 126p im. Ryszarda Dziopaka, mieszczącego się przy ulicy Karpackiej 44. Głównym celem wyjazdu było bowiem uczestnictwo przekazaniu Muzeum jedynego zachowanego egzemplarza lądowej wersji LPT – bazującego na Fiacie 126p Lekkiego Pojazdu Transportowego z napędem 6×4.

Nasze wehikuły, ustawione chronologicznie, budziły ogromną sympatię bielszczan

Foto: praca własna

LPT zaprojektowano około 1977r. w Wojskowym Instytucie Techniki Pancernej i Samochodowej w Sulejówku. Powstało kilkanaście egzemplarzy przeznaczonych głównie dla armii. Większość była amfibiami i z tej specyfikacji przetrwały prawdopodobnie dwie sztuki: jedna, znana z filmów o Panu Samochodziku, rezyduje w Muzeum Techniki i Komunikacji w Szczecinie, zaś drugą, w dość opłakanym stanie, właściciel pływa latem po mazurskich jeziorach wożąc za pieniądze turystów. Poza tym jednak trzy sztuki przygotowano w wersji lądowej, dla wojsk powietrzno-desantowych (przystosowanej do zrzucania na spadochronie). Dwie nie przetrwały wojskowych testów, a trzecią, ostatnią istniejącą, na naszych oczach przejmował do Muzeum pan Antoni.

Wojskowa kariera LPT była krótka, bo niedostateczna moc maluchowskiej dwucylindrówki i łatwe zakopywanie się w piachu czyniły auto bezużytecznym dla żołnierzy (w założeniu miało ono służyć do szybkiego rekonesansu, transportu niewielkich oddziałów lub ewakuacji rannych, ale złośliwi mówili, że potrafiło co najwyżej przyprawiać nieprzyjaciela o śmierć ze śmiechu). Omawiany egzemplarz wojsko oddało Wojewódzkiej Kolumnie Transportu Sanitarnego, jednak brak ogrzewania kabiny wywoływał u ratowników wieczne przeziębienia i zapalenia płuc, więc i w tej roli przydatność LPT była dyskusyjna. Wehikuł zdecydowanie najlepiej wygląda jako ozdoba Muzeum – wszak każdy muzealnik marzy o posiadaniu światowego unikatu.

Nie tylko eksperci rozpoznają w LPT klon „Malucha” – gabarytowo największy ze wszystkich, bo mierzący 3,5 x 1,75 x 1,6 metra i ważący aż 850 kg. Oprócz fabrycznych reflektorów widzimy tu wojskową lampę (czarna skrzynka na wysokości migacza – jej słabe światło, skierowane w dół, nie zdradza położenia pojazdu) oraz niebieski kogut z czasów służby sanitarnej. Po prawej stronie, w stosownym umundurowaniu, wystąpił sam pan Antoni.

Foto: praca własna

Seryjny silnik i skrzynia biegów napędzają dwie tylne osie za pośrednictwem dołączanego reduktora. Oś środkowa, o bardzo małym skoku zawieszenia, traci kontakt z podłożem już przy kilkucentumetrowych przeszkodach. Koła ogumiono terenowymi oponami 135 R12 z Dębicy, dziś nie do dostania (formy do produkcji ponoć istnieją, ale minimalne zamówienie wynosi 4.000 sztuk – sporo jak na trzy istniejące pojazdy). Do koła środkowej osi przytwierdzono bęben wyciągarki.

Foto: praca własna

Zachowało się kompletne wyposażenie: ręczna piła przy burcie lewej, łopata przy prawej i tylna lampa wojskowa, tzw. notka (z maleńkim światełkiem STOP i czterema pozycyjnymi, widocznymi wyłącznie w noktowizorze z różnych odległości: najmocniejsze – z kilkudziesięciu metrów, najsłabsze – dopiero z około dwóch.

Foto: praca własna

Radiostacja pracuje na częstotliwości „mundurowej” – po włączeniu automatycznie loguje się do policyjnej sieci, przez co w zasadzie nie wolno jej używać. Mamy tu też peryskop oraz karabin, przepisowo unieszkodliwiony przez rusznikarza.

Foto: praca własna

Autko miało przewozić sześć osób (w razie potrzeby – pod plandeką), co przyczyniało się do znacznego niedoboru mocy

Foto: praca własna

Kto jeździł „Maluchem” zdziwi się wyłącznie na widok dodatkowej dźwigni reduktora

Foto: praca własna

Specjalnie dla nas pan Antoni odkręcił pokrywę silnika. Takich zdjęć nie znajdziecie byle gdzie 😉

Foto: praca własna

Widać, że w wojsku wygoda użytkownika ląduje na końcu listy priorytetów: operowanie pedałami wymaga nienaturalnych ruchów całych nóg, które zawadzają o kierownicę, blachy i same pedały nawet w lekkim, sportowym obuwiu numer 41 (a co dopiero w wojskowym rynsztunku większego rozmiaru). Poza tym stóp nie sposób gdziekolwiek oprzeć.

Foto: praca własna

Po prawie trzygodzinnym pikniku na Placu Ratuszowym (gdzie pan Antoni i Maciek udzielali wywiadu lokalnemu radiu oraz oddziałowi TVP) LPT został zapakowany na lawetę, a my, w naszych „Maluchach”, odeskortowaliśmy go na miejsce ekspozycji.

Foto: praca własna

LPT jest jak najbardziej na chodzie, ale do hali Muzeum wepchnęliśmy go bez odpalania. Mimo to, dane mi było poprowadzić jeden z większych rarytasów polskiej motoryzacji – jako najwątlejszy fizycznie zostałem bowiem posadzony w kabinie i kierowałem podczas pchania.

Przed tą trudną i odpowiedzialną operacją moja żona zrobiła nam wszystkim pamiątkowe zdjęcie. Od lewej: Piotrek (FL ’92), Sławek (brązowy ’83), organizator wyjazdu Maciek (niestety schowany, elx ’98), Bartek (BIS), Kamil (żółty ’78), ja (za kółkiem) i pan Antoni grożący mi zastrzeleniem w razie uszkodzenia pojazdu.

Foto: mojej żony

Po wtoczeniu eksponatu do hali naszym oczom ukazały się maluchowe cuda-niewidy, a pan Antoni rozpoczął ponad godzinny monolog, którego słuchaliśmy z zapartym tchem.

C.D.N.

Foto tytułowe: mojej żony

Share Button
Tagi: , , , , , ,
146 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NAJLEPIEJ NAM BYŁO PRZED WOJNĄ… cz. I
  1. Aleksander napisał(a):

    Byłem wożony żółtym maluchem w latach 1990-92, ale w ogóle go nie pamiętam. O wiele fajniejsze wspomnienia mam gdy byłem piętnastolatkiem. Rodzice kolegi mieli działkę na wsi i pozwolili mu kupić malucha do zajeżdżenia. Wioska jakieś 30 km na zachód od Warszawy, ale klimat niesamowity. Prawie zerowy ruch na drogach, kaszlaka serwisowali nam sąsiedzi, za flaszkę. Części kupowaliśmy od innych mieszkańców wsi, też za flaszkę. Wypadaliśmy tym maluchem z drogi w pole lub w krzaki z parenaście razy dziennie, dzieciaki są nieustraszone, a rodzice nie widzieli co my robiliśmy 😉 Wreszcie tym maluchem zaliczyłem pierwszy nadsterowny poślizg prawdziwym samochodem (na wilgotnej łące wczesnym rankiem). Wcześniej takie atrakcje miewałem tylko na komputerze i gokartach.

    Przy okazji artykułu miałem zapytać, czemu Bis się nie przyjął, ale pewnie będzie coś o tym w drugiej części 😉

    • SzK napisał(a):

      Będzie. Ale sedno sprawy zamyka się w jednym słowie – Cinquecento.

      • benny_pl napisał(a):

        a powinno sie zamknac w slowie – 700tka, bo ta pomylka inzynierska powinna umrzec razem z samym BISem, juz lepiej by bylo jakby upchneli maluchowy silnik do CC tak jak wlosi go upchneli do Pandy

    • Yan napisał(a):

      22 lipca? Święto Wędka 😁

    • Pierr D. napisał(a):

      A co ma wspolnego maluch z mercedesem ?
      Strefa zgniotu przed silnikiem.

  2. RoccoXXX napisał(a):

    Właśnie wczoraj przy zakrapianym grillu wspominaliśmy z kumplem jak w 1990 r. wybraliśmy się 126 Bis nad morze i 20 km za Warszawą zatarł się silnik. Miło poczytać o maluszkach.

    • SzK napisał(a):

      Bardzo chętnie poczytam więcej szczegółów. Historie z życia wzięte zawsze w cenie!!

      • Leszek napisał(a):

        Oho, a wyjazd nad Balaton w 1984 r. w dwie czteroosobowe rodziny w 2 maluchach? Masa wspomnień 😉

    • benny_pl napisał(a):

      a to ciekawe, nie slyszalem zeby komus sie zatarla 700tka, najrozniejsze awarie maja te silniki poczawszy od wiecznie wydmuchujacej sie uszczelki pod glowica az do pekania rantow tulei cylindrow przez co tuleja coraz bardziej wciagana jest do wnetrza silnika az w GMP tloka pierscien wyskoczy na zewnatrz tulei i wszystko sie urywa i rozpada, ale zazwyczaj na tyle „niegroznie” ze takie pourywane silniki potrafia pracowac na jeden cylinder, widzialem 2 takie przypadki, a kolega na praktykach w zawodowce nawet mowil ze dziadek kiedys przyjechal Cinquecentem 700 na naprawe tam na warsztaty „bo mu cos jeden cylinder nie pali” 😉
      widzialem rozebrany silnik po takiej usterce, korbowod caly, a tlok porozbijany i polamany od bezladnego telepania sie w tulei, ale to tak o dziwo potrafi dalej pracowac 😉

      • SzK napisał(a):

        W BISie standard z powodu błędnej konstrukcji układu smarowania, w CC to poprawili. Będę o tym pisał w drugiej części.

      • benny_pl napisał(a):

        szkoda ze nie poprawili przy okazji ukladu chlodzenia… to jest na jednej osi wogole pompa wody i oleju – w misce olejowej, oddzielone od siebie jedno od drugiego takim dziwnym uszczelniaczem, ktory lubi cieknac i wycieka plyn taka dziurka na dole miski – czyzby w bisie tej dziurki nie bylo i jak to puscilo to woda do oleju sie przelewala i dlatego sie zacieral?
        Turbinka pompy wodnej ma z 4cm srednicy i o ile jak sie jedzie i silnik jest na wyzszych obrotach to to jest wydajne, o tyle pyrkoczac na wolnych obrotach ten silnik sie przegrzewa, dlatego tez cieniasy 700 na wsiach spotyka sie do dzis i tam sluza bezawaryjnie a w miastach wydmuchuje bezprzerwy UPG

      • RoccoXXX napisał(a):

        benny: Zaniedbania serwisowe i kiepska jakość oleju spowodowały zatkanie smoka olejowego, co było przyczyną zatarcia, ot cała filozofia

      • Wojtek napisał(a):

        Benny jak zawsze pewnie mówi o 20 letnich egzemplarzach zajeżdżonych na śmierć. 😉 Jako że 5 lat takim cc700 jeździłem po Krakowie to mogę zapewnić że absolutnie nic się w tym silniku nie przegrzewa ani nie wydmuchuje. 🙂

      • Pierr D. napisał(a):

        Nie kazdy 20 letni egz. Jest zaje… na smierc. Sadze ze Benny wie co mowi.

      • benny_pl napisał(a):

        2 silniki tak samo skonczyly w tej mojej 700tce ktora mialem, z pierwszym go kupilem ale juz uszczelki nie bylo sensu robic bo ktos jezdzil tak „do konca” czyli bez korka oleju i dolewajac tylko wody do majonezu w zbiorniczku, uszczelki juz tak bardzo nie bylo, ze w oleju tez byla juz polowa wody, a w zimie to wszystko zamarzlo ze az pekla pokrywka zaworow 😉 no ale dzieki temu kupilem tego Cieniasa za 650zl w czasach gdy cieniasa za mniej niz 1000 nie dalo sie kupic, a ten dodatkowo byl z gazem i z hakiem i bez rdzy! odrazu kupilem dobry silnik ze zgnitego cieniasa na zlomie i jezdzil w sumie z rok bez problemow, potem jak juz wydmuchnal to juz wymienialem ja co jakies 2 miesiace regularnie, co zajmowalo mi z kolega 2 godziny od zaczecia roboty do odjechania 🙂
        potem kupilem rozbita 900tke za 500zl i przelozylem do swojej budy cala mechanike (silnik, skrzynie, poduszki, poloski z przegubami, chlodnice, mechanizm zmiany biegow, wydech przedni i srodkowy, cala wiazke elektryki z komputerem i chyba tyle, wszystko pasuje plug&play, buda jest uniwersalna) ogolnie dzien rozbierania jednego, dzien rozbierania drugiego i dzien skladania 🙂 po 3 dniach jezdzilem juz 900tka calkowicie bezawaryjnie pare lat, potem wypalil sie zawor i chodzil na 3 cylindrach ale wtedy to juz czesci 900tkowe staly sie popularne i tanie i juz nawet mialem silnik na zapas wiec przelozylem

  3. Krzyś napisał(a):

    Ja bym chciał w tym miejscu bardzo podziękować Autorowi za ten artykuł! 🙂 Cieszę się, że powstał pomimo początkowego oporu przy opisywaniu rodzimego produktu. Bardzo fajnie czyta się opis napisany przez kogoś, kto podchodzi do tematu z pewnym dystansem. Najlepsze są wspomnienia z epoki. Co ciekawe, ja jeszcze takie wspomnienia mam a już moja żona, młodsza ode mnie o 5 lat, niekoniecznie 😉 Z niecierpliwością czekam na drugi odcinek.

    • SzK napisał(a):

      Jeśli masz maluchowe wspomnienia, to bardzo zachęcam do podzielenia się nimi tutaj, jeśli tylko miałbyś chęć i minutkę czasu.

      • Krzyś napisał(a):

        Ja mam bardzo duży ładunek emocjonalny do Maluchów i bardzo duży sentyment bo po prostu się na nich wychowałem co zaowocowało nieracjonalną decyzją o zakupie jednego Fiata dwa lata temu i drugiego w grudniu zeszłego roku 🙂

        No więc, historycznie w rodzinie pierwszy był mój ulubiony 126p z roku 1983 w kolorze białym. Na przedpłaty wylosował go brat mojej babci. Co ciekawe nie miał prawa jazdy. Niestety Maluchem w ogóle się nie nacieszył bo zmarł w 1984 roku przed uzyskaniem prawa jazdy. Malucha odkupił mój dziadek a jeździła nim głównie siostra mojej mamy, bo dziadek miał już Dużego Fiata z 1973 roku z nadwoziem FSO 125p (sam załatwiał przekładkę nadwozia z powodu zbliżonego do sytuacji z Ładą – ze starego Fiata został tylko silnik i papiery). Moi rodzice stali się szczęśliwymi posiadaczami tego własnie Fiata w 1989 roku gdy moja ciocia wylosowała FLa ze swoich przedpłat. Pamiętam niewyobrażalną radość mojej cioci, że do wyporu miała aż 4 kolory w tym wymarzony czerwony! To nic, że te egzemplarze nie miały np. wentylatora i wąskie plastikowe zderzaki, był czerwony i już! 😉

        Nasz biały Maluch rocznik 1983 był tym, w którym przeżyłem wypadek z moją mamą w 1998 roku. Pani z Mercedesa W124 nie zatrzymała się na „stopie” a hamulce w naszym bolidzie były dość wątłe więc zaparkowaliśmy centralnie w środkowym słupku pięknego, srebrnego Mercedesa. Maluch jednak zniósł wypadek dość dobrze, wrócił na drogę i nawet podobno prosto jeździł. Niestety naprawa Mercedesa była wówczas podobno nieopłacalna. Pani skasowała kasę z odszkodowania i kupiła sobie nowego W124. Ja wówczas jedyny raz jechałem karetką Nysą bo moja mama miała rozcięty łuk brwiowy i na chwilę straciła przytomność. Pamiętam to jak dziś bo to w sumie było dla mnie traumatyczne przeżycie a byłem jeszcze kilkulatkiem. W prezencie od pani z Mercedesa dostałem model Matchboxa srebrnego Mercedesa ale W201 i zestaw klocków Lego nr 6895. Maluch został wyremontowany, załatwił cała naszą przeprowadzkę w 1993 roku (ze strychu przedwojennej kamienicy do wielkiej płyty 😉 i dopiero w 1994 roku został sprzedany ponieważ już w 1993 roku rodzice kupili nową wiśniową Skodę Favorit. To był mój ulubiony Maluch a tata do dziś mówi, że najlepiej jeździł. To w nim spałem w poprzek na tylnej kanapie i to nim jeździliśmy na wieś po mleko i jajka oraz do znajomych do domku nad jeziorem.

        W latach 90tych zaroiło się od Maluchów w rodzinie, wiadomo wolny rynek, pierwsze „biznesy”. Druga moja ciocia choć była architektem otworzyła sklep (już w sumie w końcówce lat 80tych), sklep wówczas na tyle dobrze prosperował i zapewniał nawet podobno dopływ walut, że ciocia kupiła najpierw używanego BISa, w nielubianym wówczas przeze mnie kolorze groszkowym. No i ten BIS miał wydaną drugą książkę gwarancyjną bo w pierwszej skończyło się miejsce, nikt później po gwarancji nie chciał go naprawiać (!) i ciocia po jego sprzedaży sobie kupiła używaną Ładę Samarę a kuzyn dostał śnieżnobiałego FLa za 22.500.000 ówczesnych złotych.

        Ów śnieżnobiały FL trafił później do mojego taty w 1998 roku za cenę 5.500 nowych złotych No i tutaj zaczyna się moja żywa fascynacja motoryzacją bo tym własnie samochodem stawiałem pierwsze kroki za kierownicą (bez prawa jazdy), pierwsze jazdy w lesie, po polach i… nie tylko. Wszystko co prawda pod bacznym okiem taty. Maluch ten skończył dość tragicznie i niespodziewanie karierę gdyż pewna pani w Hyundaiu Accencie wymusiła na tacie pierwszeństwo no i Maluch miał m.in. złamany dach. Co ciekawe za 800 zł wrak 126p kupił pan pracujący w warsztacie i sklecił z dwóch maluchów jednego, przód był już ze 126el a tył ze 126p. Przetłoczenie boczne do przedniego nadkola było „stare” ale już szyby były bez trójkątnych fletnerek i lusterka były w narożnikach szyb.

        I to by było niby na tyle jeśli chodzi o Maluchy ale już od kilku lat chodził mi po głowie pomysł zakupu 126p współcześnie. Odstraszał mnie brak garażu, brak praktyczny umiejętności (to jak się okazało – na wyrost) i szalejące ceny Fiacików. Przełamałem się dwa lata temu i kupiłem, głównie z sentymentu, białego FLa rocznik 1993. Jeździł jak dziki ale… podłoga to było sito. Po podliczeniu kosztów wyszło mi, że lepiej poszukać inny, zdrowy egzemplarz niż inwestować w kompleksową blacharkę. No i w zeszłym roku trafiła się „okazja” bo znajmy mojego taty podjął decyzję o zakończeniu kariery kierowcy i sprzedaży swojego żółtego Malucha z 1990 roku. Był pierwszym i jedynym właścicielem.

        Egzemplarz niby zadbany ale specyficznie. Pan po prostu zamiast polerować auto wolał sobie to czy tamto pomalować pędzelkiem… No i mam teraz takiego FLa do kompletnego lakierowania, ale bez rdzy i mechanicznie bardzo zadbanego. Białego sprzedałem 01.06 b.r. – trafił w bardzo dobre ręce 🙂 Nowy właściciel już kupił wszystkie elementy blacharskie i w październiku Maluch zostanie oddany do kompleksowej naprawy blacharskiej.

        A tutaj trochę „prywaty”:
        https://www.instagram.com/p/BhhYHMTAnnG/?taken-by=sneakbal
        https://www.instagram.com/p/BjhdKydg0RQ/?taken-by=sneakbal
        https://www.instagram.com/p/BmDg9BsnOCg/?taken-by=sneakbal

        I dwie fotki FLa, który był pierwszym samochodem, który prowadziłem:
        https://www.instagram.com/p/BQ3oNzoj9k-/?taken-by=sneakbal
        https://www.instagram.com/p/BQ3niavDB8V/?taken-by=sneakbal

      • SzK napisał(a):

        Rewelacja – na takie historie liczyłem pisząc ten artykuł. Dzięki wielkie!!

      • Krzyś napisał(a):

        Napisałem przydługi komentarz z linkami i… wcięło 🙁 Jutro spróbuję otworzyć 😉

      • SzK napisał(a):

        Więcej niż 2 linki i trafiasz do moderacji 🙂 Już zatwierdziłem.

      • Krzyś napisał(a):

        Dziękuję! 🙂

  4. Klakier napisał(a):

    Miałem malucha a jakże ,kupiłem żonie jak prawko zrobiła w myśl zasady „jak masz rozwalić to swoje” autko było z 88 roku już z nową dechą ale z czarnymi wąskimi zderzakami.Był to jedyny kaszlak w rodzinie i tak trochę przez przypadek ale pomimo swoich 14 wówczas lat nad wyraz w dobrym stanie (36tyś km 1 właściciel i do tego kobieta czyli „książkowa” okazja)co prawda jakieś dwa purchle w progach miał ,które okazały się dziurami ale co ciekawe tylko poszycie było zjedzone a blachy wewnętrzne,szkielet progów miały ciągle na sobie nienaruszony popielaty lakier podkładowy .Po naprawach i niezbędnych czynnościach wstępnych (płyny ,oleje ,regulacje,hamulcowy miał konsystencję keczupu)i trochę z kabelkami kaszlak zaczął jeździć i to nad wyraz żwawo i zgrabnie przez trzy lata praktycznie bez żadnych przygód (zgniłego wahacza tylnego nie liczę bo to standard w tym wieku)i poszedł do ludzi za 300… Wspominam go dobrze jak autko do szlifowania po mieście ,taką małą ale sprytną zapchaj dziurę ,która jednak mogła by mniej palić jak na swoją wagę w porównaniu ze skodziawką będącą drugim wówczas samochodem w domu różnica w paleniu była w sumie niewielka ok 1-1,5l/100.

    • SzK napisał(a):

      To prawda z tym spalaniem. Jako dziecko zawsze dziwiłem się, jak wujkowie opowiadali o sześciu litrach z hakiem, bo przecież tatowe W115 też paliło poniżej 7 w trasie… A było wielkim Mercedesem, co prawda powolnym, ale od Malucha i tak szybszym…

  5. Piotr napisał(a):

    Przeczytałem z ogromną przyjemnością. Maluch rocznik ’82 był moim pierwszym samochodem po zrobieniu prawa jazdy w 1990. Po pewnym czasie, jak ruda zaczęła już przegryzać podłogę, ojciec „załatwił” kompletne poliftowe nadwozie w drugim gatunku, za to prosto z fabryki, zausterkowane przez coś tam i skierowane do sprzedaży w specjalizującym się w tego typu odrzutach przedsiębiorstwie BOMIS. Nadwozie przytachaliśmy gdzieś spod Bielska-Białej przywiązane pasami do zwykłej przyczepki samochodowej, po czym znajomy magik przełożył do niego wszystko, co ze starego Malucha nadawało się do użytku. Tym samym miałem pojazd z silnikiem i flakami z 1982 i budą i wystrojem wnętrza z 1990. Jeździłem nim długo i namiętnie. Oczywiście wymieniałem pasek klinowy w trasie, oczywiście odpalałem szczotką (dopiero po przekładce miał rozrusznik uruchamiany z kluczyka), a nawet nieraz zdarzyło mi się go uruchamiać na popych samemu – potwierdzam, da się bez problemu. Ciekawostką był też fabryczny podnośnik wymagający opanowania trajektorii ruchu wajchy – dla kogoś przyzwyczajonego do podnośnika z klasyczną korbką mógł być zaskoczeniem. Czekam na kolejne teksty!

  6. Krzysiek3452 napisał(a):

    Jako osoba urodzona tuż po obaleniu muru dzielącego cywilizację od komunizmu nie mam za bardzo sentymentu do 126p. Właściwie uważam, że karoseria z wyglądu wygląda dużo gorzej niż ta z 500, brakuje jej tego uroku i nutki szaleństwa.
    Moi rodzice (zaraz po moich narodzinach) mieli pod rząd 3 maluchy. Sam nie wiele mogę pamiętać, ale standardem były podobno części leżące na stole w kuchni ponieważ ZAWSZE było coś do naprawy. Jak miałem już 5 lat rodzice przesiedli się na Golfa MK1 w dieslu. Z wspomnień rodziny słuchałem jaki to był w tedy szok. Auto wygodne, oszczędne i do tego a może przede wszystkim znacznie mniej psujące się. Sentymentu do malucha w rodzinie jakoś nie ma, zawsze traktowano go jako pół środek w drodze, jak to mówi mój dziadek, do prawdziwych aut 🙂

    • SzK napisał(a):

      Maluch wygląda znacznie gorzej niż 500, ale dzięki pudełkowatym kształtom jest o wiele praktyczniejszy. O tym też będzie w drugiej części.

      • benny_pl napisał(a):

        mi tam sie maluch duzo bardziej podoba 🙂

      • SMKA napisał(a):

        Benny, mi też. Ale ja ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za stylistyką epoki chromu (poza drugą połową lat 60., ale to już jej końcówka).

      • Pawian123 napisał(a):

        Co ? Maluch wygląda o wiele gorzej niż 500 ??? !!! I samochodziarz to pisze. Maluch po prostu ma nowocześniejsze kształty bo powstał później i musiał się wpisać w aktualne trendy. Moim zdaniem karoserię ma ponadczasową jak wiele Fiatów z tamtego okresu. Do dziś ta estetyka jest dosyć nowoczesna. Oba są fajne na swoje lata powstania. Tak poza tym artykuł jak zwykle świetny.

      • SzK napisał(a):

        Nowoczesność a piękno to dwie różne sprawy. większość designów z lat 50-tyvh – w tym 500-tka właśnie – przyciąga dzisiejszych gapiów jak magnes, wielu też używają artyści, projektanci mody, itp. aranżując efektowne pokazy i wnętrza. Z projektami z lat 70-tych już tak nie jest – częściowo pewnie dlatego, żeśmy do nich przywykli, ale nie do końca, bo od 1970r. niedługo minie pół wieku. Tymczasem lata 50-te postrzegano w ten sposób już bardzo dawno temu.

      • Pawian123 napisał(a):

        A. Chyba, że tak to postrzegasz. Daj znać jak znowu będziesz w okolicach Kalwarii Z. Pozdrawiam

      • SzK napisał(a):

        No tam to mogę być byle kiedy, to pół godziny jazdy ode mnie. Podaj proszę telefon na priv (forma kontaktowa), to się zdzwonimy 🙂

      • Pawian123 napisał(a):

        OK. Szczepan. Napiszę Ci jak wrócę bo na razie jestem na wycieczce. Widziałem, że często bywasz blisko moich okolic i fajnie by było się poznać. Niestety nie mam fajnego auta do opisu. Mogę tylko, jak na razie, dzielić pasję. Pozdrawiam i naprawdę szacun za bloga.

  7. hooligan. napisał(a):

    Wszystko niby w porządku. Jednak wystarczy stanąć obok takiej Hondy N600 i posłuchać jak pracuje jej silnik, by zdać sobie sprawę, że Malacz to jednak asolutnie nic wielkiego. I tu i tu mamy mniej niż 600 kg stali, aluminium i plastiku uformowanego w bryłę o długości nie przekraczającej 3 metrów. Identycze wymiary, identyczna pojemność. Wszystko inne – w sumie nie do porównania.

  8. benny_pl napisał(a):

    ja to mialem kilka maluchow, choc 1 calkowicie swoim samochodem byl Duzy Fiat, tyle ze nim nie dalo sie jezdzic w zimie, bo zakopywal sie wszedzie, a pchac samemu bylo go bardzo ciezko

    pomijajac te maluchy, ktore za jakies grosze kupowalo sie tylko zeby je rozebrac na czesci to mialem tak:
    – „wloska” 600tke (zadna ona tam wloska, ponoc eksportowa ale i to nie wiadomo) za jakies 350zl – z tym maluchem wszystko bylo nie tak, byl po dziadku ktory mial go strasznie dlugo, na czarnych blachach, wiec powinien byc to ksiazkowy przyklad okazji, okazalo sie jednak ze tam wszystko jest „na patencie” i o ile w sumie jezdzil, to caly czas sie rozne drobiazgi psuly, a silnik jak sie nagrzal pracowal strasznie nierowno, a nawet gasl, wymienialem wszystko – gaznik, pompke, aparat zaplonowy, cewke az w koncu caly silnik rozebralismy z kolega i jeszcze inny silnik 600tke i zlozylismy jeden z najlepszych czesci i dalej bylo to samo, czasami gasl sam z siebie i pomagalo rozebranie i zlozenie gaznika mimo ze nic w nim sie nie znalazlo, po prostu cuda na kiju, raz tez jak jechalem do jeszcze-nie-zony to urwalem tylny wahacz, ale zauwazylem to dopiero po powrocie do domu ze jakos kolo tak za bardzo do tylu jest, po zajzeniu pod spod okazalo sie ze jedno mocowanie wahacza sie ugnilo i urwalo, wymienilem oba, ten z drugiej strony rozpadl sie przy demontazu 🙂

    potem mialem efela po jakims wiejskim tuningowcu, fajny czarny blyszczacy z przyciemnianymi szybami i zaspawana na plasko tylna klapa, w zimie bardzo dobrze dzieki temu grzal w srodku 🙂 on mial mocno zgnita podloge, ale oprocz tego byl calkowicie niezawodny, czasem tylko wsowka z rozrusznika spadala i sie nie dalo odpalic, ale dosc latwo dawalo sie ja natyknac 🙂 mialem wymienic, ale to sie dosc zadko zdarzalo, poza tym wszystko dzialalo jak nalezy, naprawde fajny maluszek, zamienilem sie na niego za poloneza akwarium ktorego kupilem za 300zl i mialem go serdecznie dosc, bo w zimie jak wjechalem w ta uliczke z ktorej z trudem DFem wyjezdzalem to polonez juz tam zostal na dobre, a byl to unikatowy eksportowy polonez ze wszystkimi szybami orginalnie brazowymi i calym wnetrzem takim czarnym mieciutkim jakby welurowym, teraz to pewnie kupe pieniedzy by nabral za tego pomyloneza 😉

    – mialem tez BISa ale byl tak zgnity ze kolo prawe prawie odpadlo, pozatym on wogole rozpadal sie w trakcie jazdy, raz np odpadl alternator, dobrze ze na kablach zawisl, to sie nie zgubil 🙂 wiec niedlugo potem poszedl na czesci (mam jeszcze tylna klape i pas tylny)

    – no i mialem tez eleganta, on byl jak nowy, tak porzadnie zakonserwowany, i az za 600zl! to tyle co sie poloneza kupowalo, koneserowalem go w stodole 🙂 a potem sie za cos innego zamienilem, nawet juz nie pamietam za co

    ogolnie bardzo lubie jezdzic maluchem, wogole lubie jezdzic malymi samochodzikami, maluchem sie jezdzi na prawde fajnie, jak Szczepan pisze, gorzej jak jest slisko i trzeba zahamowac… to nie prawda ze hamulce w maluchu sa slabe, one sa dobre, kola latwo zatrzymac w miejscu tylko co z tego, przod jest tak lekki ze maluch slizga sie dalej, plyta chodnikowa, trylinka, kraweznik, jak na zdjeciu jest bardzo dobrym pomyslem 🙂

    • Krzyś napisał(a):

      To prawda, przód jest lekki, trzeba uważać. Tym Flem, którego zdjęcia są widoczne w linkach w moim przydługim komentarzu wyżej mój tato ze mną jako pasażerem wykręcił raz niechcący niezłego bączka. Zjeżdżaliśmy z miejskiej przelotówki w boczną uliczkę. Był chyba marzec, spadł świeży śnieg a że temperatury przechodziły często przez zero to pod warstwą świeżego puchu na osiedlówce był lód. Obróciło nas już na tej bocznej uliczce 3 razy wokół osi na całej szerokości jezdni. Szczęśliwie nie zaliczyliśmy krawężnika ani nikt akurat nie jechał w przeciwnym kierunku. Obrót zakończyliśmy niemal na środku drogi, obróceni niemal w planowanym kierunku jazdy. Więc tato wrzucił jak gdyby nigdy nic jedynkę i pojechaliśmy w milczeniu na przydomowy parking. Mama mówiła, że obaj podobno weszliśmy do domu bardzo bladzi 😉

      • Klakier napisał(a):

        To prawda ze lekki przód czasem powodował że kaszlak jechał tam gdzie chciał a nie tam gdzie chciał kierujący ,podobnie z resztą jak moje skody ,aleee oprócz trylinki ,której osobiście nie używałem nigdy w razie wystąpienia podsterowności z reguły wystarczało odpuszczenie gazu lub szybkie i krótkie kopnięcie w pedał hamulca ,dawało to bardzo dobry efekt w skodzie i trochę mniejszy w maluchu .Co do obracania (poślizgu) w maluchu to on miał taką tendencję ze względu na krótki rozstaw osi ,rzeczoną tu skodę było trudniej zmusić do takiego zachowania.Za to maluch jak i skoda ale także inne tylnosilnikowe samochody miały jedną zaletę nie do przeskoczenia ,mianowicie nie było takiej zaspy z ,której nie można było się wygrzebać ,przełaziły przez każdą tyle że nie zawsze chciały skręcać w takiej sytuacji po prostu ślizgały się na brzuchu.

      • benny_pl napisał(a):

        to samo przydazylo mi sie zima w Duzym Fiacie, wracalismy z kolega z Milejowa do Lublina i najpierw skonczyl sie gaz, zaraz potem benzyna, ktorej zawsze bylo tylko troszeczke, a ze to bylo blisko jeszcze Milejowa, to kolega zadzwoni po swojego ojca, ktory przywiozl nam Zukiem tyle benzyny ile mial, czyli ze 2 litry 😉 banke podlaczylem pod wezyk tuz przy silniku przy pompce i zeby dojechac do najblizszego CPNu staralem sie jechac ze stala predkoscia, nie zwalniajac zeby potem nie przyspieszac, no i na jednym zakrecie obrocilo nas kilka razy do okola az tyl zaryl w wielka zaspe sniegu, zaspa nie byla zmrozona wiec nic sie nie stalo, tylko strach duzy 🙂 ale tez tylko jedynka i znow do przodu, potem juz jechalem wolniej, na szczescie benzyny starczylo do CPNu, gdzie zatankowalismy gaz 😉

    • Pierr D. napisał(a):

      Moj maluch sie zalewal na zimnie. Wymiana cyl., tlokow, walka roz. toczenie wirnika rozrusznika, wym. gaznika, no nie zapalal i tyle. Nie wspomne o wym. Cewki, kabswiecach, rozdzielacz, przerywacz, caly aparat, masakra.

    • Pierr D. napisał(a):

      Albo: kiepski walek roz. No to wymiana na dobry. I zonk! Ktos kiedys stoczyl czop walka i wstawil tuleje w blok. I caly dol z walem bez cylindrow do szlifierza. Masakra. Nastepnym autem byl kadett na gazniku. Trup. Co chwile cos . Ale ZAWSZE ODPALAL I JECHAL, SKRECAL I HAMOWAL ORAZ GRZAL. Benny go widzial. Kadet rok mlodszy85 od malucha84 ,bardziej zgnity wtedy, a calkiem niezawodny. Poznalem malucha na wylot, ale nie. Natomiast szanuje zapalencow i chetnie poogladam jak bede mial okazje.

      • benny_pl napisał(a):

        no, Kadett a maluch to przepasc, ale co tam maluch, kadett a polonez to nadal przepasc, oczywiscie na ogromna korzysc dla Kadetta, mam juz nawet miejsce na podworku na Kadetta bo sprzedalem Vanetke 😉

        ja rowniez szanuje zapalencow, bo to najfajnieji wariaci 🙂 zreszta ratowanie kazdego zabytku techniki zasluguje na szacunek 🙂 natomiast nie chcial bym musiec jezdzic maluchem na codzien, dla tego tez rozumiem starszych ludzi ktorzy tego samochodu nie cierpia ze wzgledu wlasnie na to ze kiedys MUSIELI tym jezdzic bo nic lepszego nie dalo sie kupic za rozsadne pieniadze, dzis na prawde jest pod tym wzgledem raj, bo za tysiaka mozna kupic w pelni sprawny samochod do normalnej jazdy, czesto jeszcze z gazem, ktory nie jest codziennie rano zagadka czy zapali czy nie

  9. RRR napisał(a):

    Przyjemnie czytało się artykuł zwłaszcza, że mam podobne doświadczenia z Fiatami 126p, jak Autor.
    Odkąd sięgam pamięcią (czyli zapewne od okolic 1991 r.), mojej rodzinie służyły samochody zachodnie lub dalekowschodnie. Pierwszy raz poprowadziłem malucha będąc w liceum, a był to egzemplarz kupiony przez kolegę (za… 20 zł) i oddany za darmo kolejnemu właścicielowi po 3 dniach jazdy „terenowej”, po której przestał odpalać.

    Wtedy przejechałem nim może kilkanaście kilometrów, a kolejna, i tym razem bardziej długotrwała przygoda miała miejsce w 2016 roku.
    Na prawie rok dostałem do przechowania i okazjonalnego „rozruszania” malucha z 1987 r., jednak jazda nim spodobała mi się na tyle, że odstawiłem swój ówczesny, o 20 lat młodszy samochód i jeździłem głównie 126. Nowszy służył jedynie do dłuższych tras, albo, jeśli musiałem gdzieś dojechać na pewno i na czas. :))
    Przebyłem nim ponad 3500 km, a awarie unieruchamiające mnie zdarzyły się tylko dwie – rozpad opony (jak się okazało, najpewniej równolatki auta) i membrany pompy paliwa (to akurat wina jej beznadziejnej jakości – wymieniłem ją 3 km wcześniej).

    Jego bardzo dobrą stroną byłą… wentylacja, a dokładniej fletnerki, którymi można było w czasie upałów skierować pokaźny strumień powietrza na siebie, przez co nawet przy 30* jeździło się w długich spodniach bez dyskomfortu. Gorzej w zimie, bo przy -10 musiałem jechać z otwartymi oknami (aby nie dać parze z moich ust osiąść na szybie i zamarznąć).

    Nigdy nie jeździłem samochodem, który by przyciągał tyle uwagi i wzbudzał tak pozytywne reakcje (chyba spora w tym zasługa jego „barw bojowych” – karoseria matowoczarna, a drzwi, pokrywa silnika i maska oryginalny „piasek pustyni”, ew. „guano”). Przynajmniej kilka razy dziennie przechodnie pokazywali okejki, opowiadali, jak to mieli malucha albo prosili, żeby przegazować (dziurawy wydech i przestawiony zapłon = dodatkowa atrakcja).
    Zdarzyło mi się też kiedy pchałem unieruchomionego przez membranę malca, że na poboczu zatrzymał się Lanos, wyszedł z niego kierowca, wizualnie typowy Seba, i pomógł mi pchać, jednocześnie rozwodząc się nad maluchem. 😀

  10. Hurgot Sztancy napisał(a):

    Moje uczucia do malucha odzwierciedla rozterka z czasów studenckich – kupić malucha, czy jeździć zbiorkomem. Wybrałem zbiorkom i nie żałuję 😉

    • SzK napisał(a):

      No ale w końcu Escorta zanabyłeś 🙂

      P.S. W mieście też wolę zbiorkom 😉

      • benny_pl napisał(a):

        a ja szczerze nienawidze autobusow, zakup wlasnego samochodu to bylo cos wspanialego, juz z 10 lat nie jechalem zadnym autobusem (PKSem sie zdazylo ale PKSami lubilem jezdzic, szczegolnie Autosanami H9)
        nawet jak by doplacali do jazdy MPK to bym nie jezdzil, w koncu poto zarabiam te pieniadze zeby miec cos od zycia a nie meczyc sie, marznac, czekac, przeciskac sie, kisic sie w smrodzie i jechac tylko troche w poblize miejsca w ktore sie chce.. 🙂
        kolega ktory dlugo nie mial prawka tylko jezdzil autobusami kiedys jak ze mna w pare miejsc jechala to na koniec powiedzial „kurde, autobusami to bym jeszcze polowe tego nie zalatwil a my juz wrocilismy”

        jesli jakakolwiek komunikacja miejska ma sens to tylko tramwaj albo metro

      • Krzyś napisał(a):

        Benny, ja mam tak samo! 🙂 To oczywiście zależy kto mieszka w jakim mieście, ja jak jadę załatwiać sprawy np. do Warszawy jeżdżę właśnie metrem + tramwajem. Raz wybrałem autobus i uważam, że był to błąd, nie chciało mi się iść 10 minut z walizką do stacji metra.

        U siebie w mieście z racji wykonywanej pracy jeżdżę wszędzie autem ewentualnie w centrum pieszo. Jak już muszę to pociąg/kolejka.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        również nienawidzę zbiorkomu, więc tym bardziej ukazuje to mój stosunek do Kaszla – poczekałem rok i nabyłem wybitnego Escorta 😉

  11. pstrykEJ9 napisał(a):

    Oho, mega ciekawy wpis. Chociaż ja już jestem przedstawiciel pokolenia które przygodę z motoryzacją zaczynało od zachodnich furek z końcowych lat produkcji malucha, a 126p zaczynał juz wtedy zyskiwać na wartości , aczkolwiek tez nie było jak teraz. W sumie maluchem jechałem 2 razy w życiu , autem wujka który jeszcze studiował chyba. Były to gdzieś lata 90, ich końcówka, tak więc serio nie jestem w stanie wiele opowiedzieć. Aczkolwiek pamiętam doskonale zakończenie produkcji malucha i związany z tym powiew nostalgii w społeczeństwie. Ze wszystkich historyjek najbardziej mnie ubawiła historyjka pana doktora-pediatry , który nie kupi starego Mercedesa bo to paaanie ile to Niemców tym jeździło , cześci nie ma (o ile mi wiadomo do W115 i beczek nawet polscy rzemieślnicy wytwarzali wątpliwej jakości ale zawsze zamienniki już w PRL) i wogle bity był no gdzie be, tfu , tfu. Takie poglądy tu na Podlasiu przynajmniej pokutują jeszcze wśród pokolenia moich rodziców, dopiero moje pokolenie nie pamiętające PRL całkowicie wyparło taką mentalność. W sumie bardzo ciekawe jest, że malucha produkowano do 2000 roku i byli na to klienci. Tak apropo W115 i podobnych tyle o ile nie pamiętam wcale PRL (jestem rocznik 1995) o tyle oglądam dużo filmów , dużo czytam i ogólnie interesuje się PRL i zauważam, że import używek także zachodnich marek miał miejsce na dosyć dużą skalę w tym barłogu. Jak na to konretnie zapatrywały się przepisy celne. Wiem skąd inąd, że cło naliczano od wagi, a W115 jednak swoje waży i raczej celnicy brali pod uwagę wagę z dowodu , a nie realną uszczuploną korozją. Z drugiej strony może i ten import byłby większy gdyby nie ten pęd społeczeństwa do „nówki-salonówki”, całkowicie wyparty w moim pokoleniu.

    P.S. Z tymi kradzieżami serio, aż tak było? Ja słyszałem o przypadkach skradzenia malucha, ale to moze jednego na 100. Kradło się raczje drogie fury jak np. Polonez.

    • SzK napisał(a):

      Złodziejstwo było straszne. Moim rodzicom ukradli raz z Wartburga miednicę z praniem, która miała być zawieziona do babci (jako że w centrum Krakowa wiecznie wody nie było, ze względu na niewydolność wodociągów zbudowanych jeszcze przez cesarza Franciszka, dla miasta najwyżej 50-tysięcznego). Złodzieje zostawili samochód, bo pewnie nie specjalizowali się w tym, ale wzięli parę starych ciuchów i koc – jakiś podobno fajny, bo mama za nim najbardziej płakała. Takie był czasy, że za używany koc opłacało się ryzykować wyrokiem.

      Dyżury na wakacjach w Kołobrzegu to też nie bez powodu wczasowicze wymyślili. Kierowcy zbierali się przy recepcji, po kolacji w pierwszym dniu turnusu, i losowali dni i godziny, kiedy kto ma pilnować (po dwóch lub trzech każdorazowo). Najgorsze były zmiany nad ranem, bo wiadomo, że to organizm najgorzej odchorowuje. Tak się wtedy wczasowało (niektórzy mieli przynajmniej wczasy z zakłądu pracy w ramach wynagrodzenia, a mój tata, jako prywaciarz, płacił ciężkie pieniądze – i takie miał na miejscu uroki).

      Jeszcze w 1991r. po powrocie z Kołobrzegu zastaliśmy w mieszkaniu drzwi wyważone i zaplombowane przez policję (wtedy już nie MO, chociaż dalej się tak mówiło 🙂 ). Przeżycie ciężkie, zwłaszcza że ja miałem 11 lat, mój brat 6, dojechaliśmy do domu późną nocą, a tu taki klops. Oczywiście w domu nie zostawiliśmy nic cennego – telewizor, radia, video i takie rzeczy wywoziło się na czas urlopu do babci, specjalnie na taką ewentualność. Ale złodzieje wzięli trochę ubrań z szafy, stary kożuch taty i kryształowe szklanki z barku (żadne antyczne, nic z tych rzeczy – ale ładne). Po tej przygodzie ojciec najął murarza, który wprawił nam stalowe drzwi z grubej blachy, przyspawane do zbrojenia wielkiej płyty. Śmiał się, że teraz łatwiej byłoby wykuć dziurę w ścianie niż drzwi sforsować 🙂

      sorry za offtop, ale pytałeś o złodziejstwo 🙂

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Oj wielu ludzi mówi, że parodia wcale nie była przesadna. To niezłe złodziejstwo tam było. Ciekawe, że nikt nie chciał ukraść waszego w115.

      • SzK napisał(a):

        Do 1990r. mieszkaliśmy na Topolowej, dokładnie naprzeciwko Muzeum Lenina. Tam milicja patrolowała 24/7 i to był duży plus 🙂

        A później, na Kurdwanowie, W115 jakoś nie tykali. Ale jednemu sasiadowi zawinęli spod bloku nowe Caro, innemu – przepiękne W123 (o czym pisałem w artykule o moim drugim aucie), a i z moimi pierwszymi trzema autami miałem przygody z wybitymi szybami i rozwalonymi stacyjkami.

    • Wojtek napisał(a):

      To cło od wagi to dowcip ze Zmienników Barei gdzie reżyser Barewicz dostał Mercedesa jako „nagrodę rzeczowa” i musiał płacić cło od wagi. 😉 śmieszne jest to że ludzie którzy PRL nie pamiętają mylą Bareje z rzeczywistością (a to jednak parodia była).
      Co do klientów na Malucha w 2000 roku, to sytuacja rynkowa przed wejściem do UE była zupełnie inna niż dzis. Za 13000 (tyle na końcu kosztował maluch) trudno było kupić auto w dobrym stanie, więc nowy maluch był jakaś opcja.

      • SzK napisał(a):

        To nie dowcip – cło na samochody od przed wojny liczono w Polsce od wagi. Nie wiem, kiedy zostało to zmienione – być może w czasach „Zmienników” był już inne przepisy – ale od lat 20-tych na pewno do 60-tych (a być może i później) było tak naprawdę. I stawki były ogromne – te przedwojenne kiedyś tu przytaczałem, ale z głowy ich nie pamiętam.

      • Klakier napisał(a):

        Może to i dowcip z Barei o tych kilogramach ale osobiście obiło mi się o uszy że istniało coś takiego jak „samochód bez silnika” i wówczas płaciło się za kilogramy nie od pojemności a silnik osobno też był liczony jako części czyli jakoś inaczej,nie wiem ile w tym prawdy bo to echa lat 70/80 wb.w.i rozmowy kolegów mojego taty tak że pamięć może fiksować.

      • SzK napisał(a):

        Absolutnie nie żaden dowcip. Mam już źródło, autorstwa Tomasza Szczerbickiego, który na PRLowskiej motoryzacji zna się jak mało kto:
        https://nowahistoria.interia.pl/prl/news-towary-z-zachodu-czyli-import-marynarski-i-inne-sposoby-impo,nId,1599846

    • Krzyś napisał(a):

      No ten, mój kuzyn co to dostał tego białego FLa za „miliony” (patrz komentarz wyżej) wcześniej miał Malucha 600 z początków produkcji, którego sam zewnętrznie poprzerabiał na FLa i w ogóle był odkurzaczem malowany z pomarańczowego na czerwony. No i tego Malucha skradziono w centrum Gdyni w zimie w 1989 albo 1990 roku. Obok stał biały Maluch rodziców i jego zostawili w spokoju bo był zasypany śniegiem. Milicja/Policja nawet nie próbowała go szukać. Maluch rodziców rocznik 1983 miał „patenty” jak np. blokadę pedałów gazu i hamulca z wkładką od zamka. Blokada ta była wykonana w stoczni – rękodzieło, do dziś gdzieś leży u taty w garażu. Ponadto nasz maluch miał imitację autoalarmu tj. naklejkę na szybie i migającą diodę na desce. No i „obowiązkowy” ukryty prztyczek-elektryczek odcinający zapłon. Koła miały takie specjalne śruby (po 1 szt. na koło), aby nie było możliwości odkręcenia kół bez nakładki.

      Mimo to raz złodzieje Malucha otworzyli i ukradli koło zapasowe, akumulator i lusterko zewnętrzne. Wtedy tata założył na koło zapasowe i akumulator kłódki.

      Jak będę mieć chwilę to podskoczę do mojego żółtego malucha i zrobię zdjęcia analogicznych patentów 🙂 A i mój obecny żółty ma fabryczny autoalarm z Polmozbytu – identyczny jak biały FL, którego później mieliśmy. Stacyjkę trzeba w bodajże 20 czy 30 sekund po otwarciu drzwi przekręcić bo inaczej Maluch trąbi i miga światłami (pozycyjnymi).

      Co ciekawe notorycznie kradzione lub okradane były produkty krajowe a nikt nigdy nie ruszał Daihatsu Charade sąsiada.

      • Krzyś napisał(a):

        Blokada pedałów była jednak jak teraz pomyślałem na sprzęgło i hamulec.

      • benny_pl napisał(a):

        mi raz probowali ukrasc malucha, w dodatku pozyczonego od kolegi na zime kiedy jeszcze nie mialem swojego, on jeszcze nie pracowal wiec zamienialismy sie bo on przy glowniejszej drodze mieszkal i tam jako-tako odsniezali 🙂
        na szczescie malucha nie ukradli, bo dorobilem wylacznik zaplonu przy cewce zaplonowej a wiec pod pokrywa tylna, jedynie wyjechali maluchem na rozruszniku na srodek parkingu i ukradli radio, starego blaupunkta „na galke” kupionego na gieldzie za jakies 10zl, potem zreszta kolega znalazl tego blaupunkta pod drzewem ze spalonym bezpiecznikiem – idioci nawet podlaczyc nie umieli, takze radio wrocilo do malucha 🙂

        ten maluch to wogole byl jak nowy, ale to chyba jakies pasmo nieszczesc bylo, kupil go nowego jakis facet, potem umarl, maluch wrastal kupe czasu przy podstawowce do ktorej z tym kolega chodzilismy, byl tam od zawsze, jak juz mielismy 18 lat to ja kupilem DFa z anonsow a kolega odnalazl wlasciciela, a w zasadzie syna tego zmarlego wlasciciela i tego malucha odkupil za 100zl, nigdy wczesniej i nigdy pozniej nie widzialem tak dobrego malucha, mial 8tys km przebiegu od nowosci, wszystko w nim tak lecoutko i plynnie dzialalo, odpalil zreszta odrazu jedynie trzeba bylo nowa benzyne nalac i wymienic akumulator, potem jeszcze oczywiscie kolega wymienil olej

        to wlasnie jego probowal ktos ukrasc mi, potem koledze ktos go podpalil i sie spalil calkowicie…. a potem jeszcze go zlomiarze ukradli jak stal spalony pare dni, i kolega go musial szukac po zlomach zeby mogl go znow oddac na zlom i wyrejestrowac, znalazl i mu go jakos oddali z tego skupu przy udziale policji.
        z malucha zostal silnik i skrzynia, choc ciezko powiedziec czy to by zadzialalo, palilo sie tak, ze gaznik sie rozplynal ale reszta silnika i skrzynia wydaja sie w porzadku, kolega to trzyma z sentymentu, to na prawde byl jedyny taki maluch.. taki przed-fl czyli z plastikami i listwami ale licznik kapliczka

        dal bym troche zdjec, ale jak na zlosc republika.pl umarla, tzn to cale rodo ja zabilo, to glupie rodo duzo fajnych stron zabilo no i teraz niemam FTPa.. poleca ktos jakies darmowe FTP i zeby chociaz bylo z 50MB?

      • Bart napisał(a):

        Charade, jako nietypowe, łatwiejsze do namierzenia przez policję. A samochody popularne – małe i duże fiaty, polonezy, skody i łady, potem lanosy i espero, kradziono masowo głównie na części. Po kradzieży od razu do dziupli, rozkręcane i części sprzedawane na giełdach.

      • benny_pl napisał(a):

        PS: z ciekawszych patentow to sasiad mial poloneza ktorego zawsze po zimie malowal pedzlem zaprawki dosc byle jak, bo jak mowil „nie moze byc za ladnie, bo ukradna” mial tez samodzielnie zrobiona nakladke przednia na cyfrowe radio ze starego radia Unitra – tzn sam przod z poprzyklejanymi na stale galkami i przyciskami i rameczka do okola i to nakladal na swoje radio ze wygladalo ze jest to stare 🙂 bo wczesniej juz mu jedno cyfrowe ukradli oczywiscie

        no i w technikum z Sorem od warsztatow zrobilismy do jego Fiesty radio w postaci zaslepki przycisku w ktorej zamocowany byl potencjometr glosnosci z wylacznikiem na zerze i 2 przyciski obok potencjometru – strojenie + i -. to bylo podlaczone na kablach do radia zchowanego pod deska rozdzielcza 🙂 bo poprzednie radio oczywiscie tez ktos ukradl

      • Carson napisał(a):

        @benny_pl jako serwer do wrzucania zdjęć i plików możesz używać Gmaila, masz na nim 15 GB przestrzeni, a tu możesz wrzucać linki do udostępnianych zasobów.

      • benny_pl napisał(a):

        wolal bym cos FTP zeby Totalcommanderem kopiowac pliki w te i wewte 🙂 najlepiej na jakims ruskim serwerze, nie chce wszechobecnej googloinwigilacji 🙂

      • SzK napisał(a):

        Gmaila możesz się nie obawiać, naprawdę. Jesst poza tym megałatwy w użyciu i 15GB za darmo masz (na jeden adres, a nikt nie broni mieć więcej).

  12. Daozi napisał(a):

    Ja się urodziłem w 1984, więc Maluchy pamiętam tak sobie. W okolicach roku 1994 tata miał BMW 735i, a jako drugie auto (kiedy np. BMW było naprawiane, bo było często) niebieskiego Malucha. Jeżeli dobrze pamiętam to był FL. Przejażdżki tym autem traktowałem jako ciężką karę, bo w porównaniu do starych, ale jednak zachodnich samochodów, którymi ojciec na początku lat 90-tych jeździł, było to jednak makabrycznie ciasne, głośne, śmierdzące i niewygodne toczydło.
    Myślę, że gdyby nie sentyment wielu Polaków, zapewne niewiele by do dziś przetrwało tych aut. Pod koniec lat 80-tych to już był potwornie przestarzały i ciasny pojazd. A co dopiero w połowie lat 90-tych.
    Ale gdyby zrobić jakąś współczesną retro – wersję Malucha (jak Mini czy Fiat 500), to może i byłoby ciekawie…

    • Krzyś napisał(a):

      Moim zdaniem przetrwało bardzo mało z tych milionów, przecież od 1999 do 2005 była eksterminacja wszystkich aut z demoludów a na złomowcach były całe alejki 126p, 125p i wczesnych Polonezów. I to niektóre w takim stanie, że teraz można by na tym rozbić biznes a samochody eliminowała byle awaria…

    • benny_pl napisał(a):

      to ja jestem z 85 i doskonale pamietam ogromne ilosci maluchow, ktore byly wszedzie, nie bylo parkingu bez przynajmniej jednego, a zwykle duzo wiecej maluchow na raz, a jak ktorys stawal sie porzucony, to momentalnie zostawala sama skorupa, wszystko sie przydawalo, zreszta ze wszystkiego co wrastalo OPROCZ SYRENY zostawala sama skorupa bardzo szybko, syren nikt nie chcial, wrastaly w calosci, ja tam za dzieciaka i tak wolalem bawic sie w skorupie od Duzego Fiata czy malucha niz w calej syrenie, syren niecierpialy nawet dzieci 🙂

      • Krzyś napisał(a):

        No mi tak z tymi Syrenami zostało prawie do dziś. Tzn. ja dziś je potrafię docenić i podziwiam np. mojego dziadka, który sobie Syrenką pojechał z nad morza w Tatry ale tak z 10-15 lat temu kijem bym nie tknął Syreny a w liceum ludzie „kupowali” nieliczne już Syreny za flaszkę po to tylko, żeby np. wyjąć akumulator…

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Ale jednak się sprzedawały nawet w latach 70 gdzie były głęboko archaiczne.

      • SzK napisał(a):

        Biorąc pod uwagę, że Syrena (obok Zaporożca) była jedynym samochodem dostępnym w PRL prawie od ręki (tzn. w ciągu kilku miesięcy), można uznać, że się nie sprzedawała – bo ludzie woleli czekać latami na Malucha niż dostać Syrenę raz-dwa.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        A jednak łącznie zrobiono ich w ciągu 26 lat ponad 600 tysięcy i widywały się je jeszcze w latach 90 😉 Z czego samych stopiątek produkowanych równoległe z maluchem wyszło 344 tysiące.

      • SzK napisał(a):

        Owszem, bo Maluchów po prostu nie było w Polmozbytach, a Syreny były. Ale sam fakt różnicy w długości kolejki mówi sam za siebie.

  13. SMKA napisał(a):

    Co do „Maluch vs Syrena”- taka ciekawostka. Znam człowieka który pod koniec lat 80. dokonał zamiany Syreny na Malucha- przy czym za Syrenę dostał Malucha plus telewizor kolorowy. To przeczy nieco tezie „zła Syrena vs nie najgorszy Maluch”.

    Oczywiście, to tylko jednostkowy przypadek, trudno na jego bazie budować regułę. Aczkolwiek ten Maluch wcale nie był w jakimś tragicznym stanie. Dodam że ten człowiek do dzisiaj twierdzi że Syrena bardziej mu się podobała i że wymiany dokonał głównie z powodu słabej dostępności Syrenowych części.

    • benny_pl napisał(a):

      czasem sie trafi ktos chcacy zamienic teoretycznie lepsze auto na gorsze, czasem dla tego ze to „gorsze” jest bardziej zadbane, a czasem dla tego ze tego swojego „lepszego” ma serdecznie dosyc 😉
      ja w ten sposob sie zamienilem eksportowe akwarium za malucha efela, jak wyzej napisalem, pomyloneza mialem serdecznie dosyc, a maluch swietnie dawal sobie rade zima

      co do Syreny, to babcia mojego dobrego kolegi miala dlugo syrene, kolega doskonale ja pamieta i wielokrotnie opowiadal, ze ta syrena jesli wogole odpalila i udalo sie bez usterki dojechac na dzialke kilknanascie km, to bylo niemalze pewne, ze juz sie nie wroci, zazwyczaj wiec brali wujka, ktory to naprawial w razie czego 🙂 bez wujka babcia jezdzila tylko po miescie, gdzie tez czesto trzeba bylo syrene zostawiac na poboczu, ale przynajmniej bylo blisko 🙂
      potem babcia kolegi kupila wlasnie malucha i kolega mowil ze to bylo poprostu cos niepojetego ze ten maluch odpalal i jechal i dalo sie na dzialke dojechac i wrocic i wogole z miesiac jezdzic i sie przez ten czas nic nie popsulo, a czasem nawet dluzej, a babcia wrecz nie mogla w to uwierzyc.
      syrena potem stala na osiedlu otwarta, zeby ktos ja w koncu ukradl, bo kupic nikt nie chcial, a znow byla zepsuta wiec nawet na zlom pojechac sie nie dalo, a malucha bylo szkoda zeby nim ciagnac tego trupa, stala bardzo dlugo ponoc, ale w koncu jakos zniknela, wiec zglosili kradziez i problem sie wreszcie skonczyl 😉
      to bylo ze 20 lat temu

    • ndv napisał(a):

      SzK, pamiętasz coś z przejażdżki Syreną? Bo patrząc na same dane techniczne Syrena wydaje się znacznie lepsza w kategorii komfortu, osiągów i praktyczności.

      • SzK napisał(a):

        Pewnie, że pamiętam. Praktyczność niebo a ziemia na korzyść Syreny, przestronność kabiny też. Ale jazda to dramat – to jak lata 30-te a 70-te. Przeciętny dzisiejszy kierowca w Maluchu będzie narzekał na moc, prowadzenie, itp., ale pojedzie bezproblemowo, a w Syrenie – sądzę, że się przerazi od samego początku. Głównie oczywiście hamulcami, ale też reakcją na skręty i ogólnie własnościami jezdnymi. Wrażeń z jazdy nie oddadzą żadne liczby – tragiczna konstrukcja z połowy lat 50-tych (a tak naprawdę, to zakorzeniona w epoce przedwojennej) to coś całkiem nieporównywalnego z przyzwoitą z lat 70-tych (też niby bazującą na 500-tce, ale 500-tką też jeździło mi się znacznie mniej pewnie).

  14. ndv napisał(a):

    Niby rodzice w drugiej połowie lat 90 tak do końca XX w. mieli i Poloneza i Malucha ale jakoś specjalnie dużo nie pamiętam. Generalnie maluch się sprawdzał w mieście (tak, wtedy też miejsc parkingowych było za mało).

    Ciotce „malucha” z „lotniczymi fotelami” ukradli, Policja nawet znalazła po kilku latach (o ile pamiętam zmienił w międzyczasie kolor z białego na pomarańczowy) ale wtedy już był „argentyński” Matiz.

    Z czasów kiedy jeszcze sporo maluchów jeździło pamiętam ok 15cm czarne „cosie” wystające spod maski poniżej szyby. Zawsze myślałem, że to efekt deterioracji uszczelki, aż dalszy wujek (użytkujący przez wiele lat 126p) wyjaśnił, że był to podstawowy zabieg antykorozyjny – były to rurki, którymi wypływała woda spod uszczelki przedniej szyby – fabrycznie była odprowadzana chyba słupkiem do progu, fabryczne odprowadzenie miało tendencję do zapychania się, co prowadziło do gnicia wszystkiego po drodze.

    Niedawno miałem okazję siedzieć w 126p – z przodu się zmieściłem z zapasem, z tyłu bez szans, głowa między kolana. Ogólnie wrażenia z kabiny zbliżone do ultralekkiego samolotu – zbliżona ilość miejsca, równie cienkie profile.

    Co do LPT – generalnie zakupy sprzętu wojskowego to kolejny poziom patologii, przeglądając neta mam wrażenie, że również dzisiaj.

    • SzK napisał(a):

      Po prawie 70 komentarzach wreszcie ktoś wspomniał o LPT!! A ja głupi myślałem, że to będzie gwóźdź programu 🙂

      • ndv napisał(a):

        Wiesz, ze 126p (prawie) każdy ma jakieś wspomnienia i to już samo zagłusza fakt obcowania z LPT, który… no po prostu był, bo ani to ładne, ani udane, ani produkowane. Skręcać ponoć nie chciało, a i pomysł amfibi bez przedniego napędu jest zdecydowanie kiepski.

      • SzK napisał(a):

        Racja z tym przednim napędem. Przygotowuję właśnie (na później) wpis o Amphicarze i tam właśnie ogromnie krytykowano brak przedniego napędu, bo wyjechanie na ląd graniczyło z cudem.

      • Daozi napisał(a):

        Zgaduję, że ze wszystkich piszących jesteś jedyny, który w LPT siedział 😀 Ja tego sprzętu nigdy nawet nie widziałem, ba, nie wiedziałem nawet o jego istnieniu!
        A kto Maluchem chociaż nie jeździł?

  15. Jakub napisał(a):

    Przyznam otwarcie – Malucha nigdy nie prowadziłem, kilka razy w dzieciństwie zdarzyło mi się być pasażerem.
    Mimo to, mam kilka wspomnień związanych z tym autem.
    Pierwsze, miałem może.. 6 lat?
    Sąsiad miał Malucha, dość późnego – majtkowy zielony, chyba już Elegant. Bawiąc się z kolegą w garażu, usiedliśmy w nim i znaleźliśmy puszkę piwa… siedzieliśmy w maluchu, i, jako dwaj sześciolatkowie, wypiliśmy tego browara, całkiem się przy tym upijając.
    Drugie – związane z tym samym Maluchem, a raczej jego końcem. Żona sąsiada zimą do niego wsiadła, obstukała śnieg z butów o podłogę… podłoga wypadła razem z fotelem.
    Trzecie – dziadek pracujący w sklepie motoryzacyjnym, w którym leżały sterty części od Malucha, w tym kompletne panele nadwozia – maska, przód, całe wytłoczki boków.
    Czwarte – liczenie wszystkich „Maluchów” które mijaliśmy po drodze do Białegostoku.

    Może to kwestia mieszkania w „Polsce B”, ale dość dobrze pamiętam parkingi pod blokami, na których co trzecie auto to było 126p. I tak było do około 2006 roku – potem zaczęły bardzo szybko znikać, aczkolwiek nawet i dziś widuje się je jako pojazdy codziennego użytku.

    • SzK napisał(a):

      W Polsce A było praktycznie tak samo 🙂

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Tak zgadzam się , sam jestem z Białegostoku. Zdarzają sie pojedyncze egzemplarze eksploatowane do dzisiaj przez przysłowiowych grzybów. Do około 2005 faktycznie było ich sporo ale status miały najgorszy z możliwych. Ktoś jeżdżący wówczas maluchem był uznawany jako nieudacznik. SzK jednakowóż w Polsce A z tego co wnioskuję po Twoim artykule gdzieś już sprzed paru miesięcy o Mercedesach w PRL nie było aż takiego parcia na „nówkę-salonówkę” jak tutaj. A w Białymstoku Daewoo jak się pojawiło dosłownie święciło triumfy. Naprawdę nie pamiętam dużych ilości fur z zachodu we wczesnym dzieciństwie. A już taka Granada była tak na dobrą sprawę egzotyką.

    • benny_pl napisał(a):

      pamietam te wytloczki, byly wszelkie mozliwe drobiazgi i reperaturki, co bylo bardzo pomocne przy naprawach blacharskich (zreszta do DFow i polonezow tez bylo wszystko). najfajniejsze byly cale boczne poszycia maluchowe ktore staly w sklepach, strasznie mi sie to podobalo, myslalem zeby sobie na scianie powiesic taki caly bok malucha, ale to bylo dosc drogie, cos z 250zl za taki bok, 10 lat temu to byly duze pieniadze 🙂

  16. K1 napisał(a):

    Świetny artykuł.
    Prawie wszystkie youngtimery bazują na sentymencie nie tylko u nas. U nas największy sentyment wzbudza chyba maluch.
    U mnie tata miał nowego malucha, jak jeszcze nie było mnie na świecie, więc go znam tylko z opowieści. Na przełomie lat 80/90 mieliśmy dużego fiata, którego uwielbiałem (tata mniej z uwagi na ciągłe awarie) a później używane auto zachodnie, które po latach był moim pierwszym samochodem. Jednak w latach 90-tych malucha miało wiele osób, które znałem. Malucha nigdy nie prowadziłem, ale uwielbiałem nim jeździć jako pasażer.
    Pamiętam jak zimą 87 czy 88 po obfitych opadach śniegu mój wujek swoim maluchem (wersja z początku lat 80-tych) wiózł nas na pociąg, przy czym czułem się jak na rajdzie 😉 wujek jechał dość szybko, lekkie poślizgi po drodze, ale dojechaliśmy cali i na czas.
    W latach 90-tych inny wujek swoim cytrynowym maluchem woził całą rodzinę i prowadził działalność gospodarczą.
    Sąsiad miał zielonego bisa i tego malucha wprost uwielbiałem.
    A w drugiej połowie lat 90-tych wielu kolegów miało maluchy (wersje FL) jako swoje pierwsze auta i z nimi często jeździliśmy we czterech i miejsca było wystarczająco.
    Jako pasażer lubiłem malucha za ten przyjemny dźwięk silnika i jazdę w pozycji ‚sportowej’, czyli niemal po asfalcie.

  17. MissSpencer napisał(a):

    Między 2007 a 2012 r. ujeżdżaliśmy szałwiowego maluszka rocznik 85 w wersji 650E, w specyfikacji takiej jak ten brązowy, z cięgłem rozrusznika pomiędzy fotelami. Tylko, że nasz miał „lotnicze” fotele z wysokimi oparciami, a nie muszelki. Sąsiedzi z naprzeciwka we wczesnych latach dwutysięcznych mieli żółtego malucha na felgach „cytrynkach”, ale z tego co pamiętam (ja, rocznik 96), to był dość nowy model – na pewno nowszy ich felgi. Natomiast kolejny sąsiad ma od nowości czerwonego malucha z serii „Happy End”.
    I to wszystko w beskidzkiej wsi godzinę drogi od Bielska-Białej. 🙂

  18. Lordessex napisał(a):

    Ja rozumiem że sentymenty, wspomnienia i te sprawy, bo któż ich nie ma? Ale sentymentu do Malucha, ani do Fiata 125p to nie mam za grosz, mimo że zarówno Maluchów jak i Fiatów 125p się trochę u mnie w rodzinie też przewinęło jak u większości przedmówców. Nie pojmuję zachwytu nad nimi obecnie i nigdy nie zrozumiem. Żądanie za nich po 20 tys. zł i więcej jest kpiną i parodią. Jeśli chodzi o Fiata 125p, to uznaję jedynie pierwszą serię do 1975, bo one jeszcze były jak na warunki siermiężnego PRLu faktycznie „premium” (nie znoszę tego słowa gdyż jest obecnie mocno nadużywane, nawert papier toaletowy musi być premium).
    A jazdę Maluchem wspominam jako ciężką torturę, dlatego nigdy nie będę miał do niego żadnego „uczucia” i z wielką ulgą odetchnąłem jak ostatni egzemplarz opuścił naszą rodzinę.

    • SzK napisał(a):

      Niemcy za Isetty też dają po 20 tys., tyle że euro. A za Messerschmitty Tiger – nawet i 100 tys. Auta znacznie mniejsze, słabsze i prymitywniejsze od Malucha. Ale oczywiście, rozumiem, że nie każdy by dał – na tym właśnie polega rynek.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        No i pomyśl, że Neue Klasse szczególnie dwudrzwiowe chodzi taniej. Notabene też raczej zauważalne w PRL co widać chociażby na filmach. Pytanie tylko dlaczego skoro 2 drzwi i brak diesla.

      • SzK napisał(a):

        Chodzi taniej, bo pełno tego zostało, a mikrosamochody prawie wymarły. Oprócz strony popytowej jest jeszcze podażowa – a o cenie decyduje relacja ich obu.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        SzK kiedy artykuł o BMW z lat 60 i 70? Wiem, że nie do końca lubisz markę , ale artykuły o E39 4,4 i Ecie wyszły Ci wyśmienicie 😉

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        Neue Klasse w PRL były jakieś śladowe ilości – owszem trafiały się mniejsze 114-ki czyli xx02 (nie patrz na polską wiki, bo są tam same bzdury) dla najwyższych prominentów; 2-drzwiowe – owszem, nie przeszkadzało, bo auto miało być sportowe, a brak diesla na początku lat 70-tych nie przeszkadzał nikomu (paliwo na kartki dopiero po stanie wojennym), a w latach 80-tych tylko zwykłym ludziom…

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        dla najwyższych prominentów? Tj. władza je sobie sprowadzała czy jak? Skoro tak to dziwne że brali te najsłabsze. Przecież Adenauery, Humbery itp. były na pełnym wypasie.

      • Daozi napisał(a):

        Mam wrażenie, że to wynika z czegoś prostego: ktoś kto ma już swoje lata, z chęcią w jakiś sposób powraca do czasów młodości. A cóż innego tak znakomicie przywraca utracone wspomnienia (no, przynajmniej u wielu mężczyzn) jak nie pierwszy samochód? Albo auto z czasów dzieciństwa?
        A jak ktoś się dorobił dużych pieniędzy, to co to dla niego 20 czy tam 100 tys.
        Niestety to nieco psuje rynek starych samochodów, ale co robić? Co najwyżej poszukać czegoś naprawdę rzadkiego. Bo kto np. w Polsce ma sentyment do starego Peugeota, Forda czy, powiedzmy Toyoty Crown? Zapewne pojedycze przypadki moto-świrów.

  19. ireo napisał(a):

    Maluch był pierwszym samochodem, który prowadziłem, zanim jeszcze zrobiłem prawo jazdy. Było to w latach ’80. Maluch mojej ciotki był biały, miał dźwignię rozrusznika w podłodze i zużyte zawieszenie silnika (był tam pojedynczy amortyzator że zwykłej gumy, który dosyć często wymagał wymiany). Ta usterka powodowała, że na wolnych obrotach całe nadwozie straszliwie się trzęsło.

    Pomimo ciężkiego kryzysu, który rozpoczął się jeszcze przed stanem wojennym i trwał wiele lat (żywność na kartki, „wyroby czekoladopodobne” zamiast czekolady i „wyroby samochodopodobne” – czyli maluchy – zamiast samochodów), wszyscy moi znajomi uważali posiadanie fiata 126p za przykrą konieczność i chętnie pojeździliby czymś prawdziwym, czyli autem, do którego dorosły mężczyzna mógłby swobodnie wsiąść i wysiąść.

    Ale trzeba sprawiedliwie zaznaczyć, że ciasnotę wnętrza maluch zawdzięczał „polskiej myśli technicznej”, ponieważ oryginalny włoski projekt nadwozia został przez Polaków zmieniony, rzekomo dla oszczędności. Kto siedział w maluchu z pierwszej serii, szerszym o niebagatelne 8 cm, ten wie, o czym mówię. Było takich egzemplarzy bardzo mało, ale były.

    • Krzyś napisał(a):

      No dość mnie intrygują te rzekomo o 8 cm szersze Maluchy. Żadna znana mi publikacja czegoś takiego nie potwierdza a dość sporo tego mi się przez ręce przewinęło…

    • ndv napisał(a):

      8 cm to dużo, zmiana szerokości karoserii nie jest prosta ani tania – zwłaszcza po uruchomieniu produkcji. Pamiętam, że maluch miał kieszenie w drzwiach – ich usunięcie dałoby te 8 cm, ale to było na wysokości butów.

    • benny_pl napisał(a):

      niemozliwe, to jest jakis mit
      ale fakt, pierwsze serie z licznikiem kapliczka do FLa sa duzo wygodniejsze w srodku, wydaje mi sie ze kolumna kierownicza jest ciut krotsza (ale nie porownywalem tego) a moze stare fotele sa ciut inne, tak czy siak mi zawsze sie wygodniej i przestronniej jezdzilo w kapliczkowym maluchu, a w FLu i elegancie bylo za ciasno

  20. st druciarz w firmie C&G napisał(a):

    Pal licho maluchy , kupiony żonie do dojazdów do pracy.(tzn. sama kupiła bez mojej wiedzy od wujka dobrej koleżanki ) MR 94 ,zakupiony w 04. Pół życia mnie to robactwo kosztowało , korozja że przedni resor z zawieszeniem mało nie odpadł,poluzowane wodziki w skrzyni dzięki czemu biegi wpadały losowo i ukręcające się kilka razy półosie . Ale co dziwne ani razu nie padł przegub na półośce ,za to stanął na panewkach bo żona nie sprawdzała oleju który wyciekał pokrywą zaworów. trwało to ze dwa lata ,po drodze było jeszcze tyle awarii że miejsca w komentarzach by zabraklo na opisanie wszystkiego, aż kupilłem jej Peugeota 405 1.6 w benzynie i nastał spokój a ja miałem w końcu więcej czasu dla siebie.Na poważnie ,gdyby ktoś chciał mi podarować malucha całkowicie za darmo , nie wziąłbym a jeszcze chyba naubliżał 🙂

  21. Dariusz napisał(a):

    Czytając artykuł wróciło do mnie wiele motoryzacyjnych wspomnień z lat dzieciństwa. I to wspomnień zupełnie pozytywnych związanych z Polskim Fiatem 126p. Pierwszego Malucha na prośbę mojej mamy ojciec kupił chyba w okolicach roku 83. Kupił go za pieniądze ze sprzedaży syreny bo mama nie chciała nią jeździć, choć ojciec zawsze wspominał że Selena właściwie była lepsza, bo miała większy bagażnik, mocniejszy silnik i była dzielniejsza w trudnym terenie. Ten pierwszy był w kolorze kość słoniowa, ale ja osobiście go nie pamiętam. Pamiętam dopiero jego następcę który miał kolor brązowy. Oba miały silniki 650 i metalowe zderzaki. Następny w kolejce był Niebieski. Mógł być rok około 1986. Ten był kupiony jako nowy w Polmozbycie. Co ciekawe rodzinna legenda mówi że ten starszy brązowy był szybszy niż ten nowy z Polmozbytu. Po około roku użytkowania Niebieski został sprzedany a za te pieniądze została zakupiona spora część materiałów budowlanych na nasz dom. Następnie był duży Fiat, potem czerwony maluch wersja FL I jeszcze jeden Niebieski. Nie pamiętam aby kiedykolwiek była taka sytuacja że ze względu na jakąś awarię nie mogliśmy gdzieś pojechać albo wrócić z powrotem do domu. Z perspektywy dzieciaka Tylna Kanapa wcale nie wydawała się taka mała i zupełnie dobrze nadawała się nawet do spania na dłuższych trasach. Nie biorąc pod uwagę bezpieczeństwa to wydaje mi się że Maluchowa kanapa dla dziecka byłaa wygodniejsza niż dzisiejsze Foteliki do których dzieciaki przypięte są na sztywno pasami. Ostatni czerwony został sprzedany w roku 95. Nie był to jednak koniec Małych Fiatów w naszej rodzinie bo do 2013 r. Maluchami jeździł mój dziadek.
    Pamiętam też zielonkawego wujkowego Bisa I jego tylny bagażnik do którego mieściły się dwie skrzynki, powiedzmy oranżady. 🙂
    A tak z perspektywy czasu czy Maluch to był dobry samochód? Pewnie nie, choć w latach osiemdziesiątych był najlepszy bo był.

  22. FL88 napisał(a):

    Hmm wyznania maluchowe 😉 to ja też się podzielę. Jestem z rocznika 90, więc gdy dorosłem na tyle by coś pamiętać to maluchy dochodziły do kresu swej codziennej eksploatacji w Warszawie (bo tutaj mieszkam). Rodzice mieli niebieskiego FL z roku 1991. Kolor niebieski, dziś na forach nazywają ten odcień zomo. Auto było w naszej rodzinie do 2001 roku. Nie przypominam sobie większych awarii, choć pod koniec działo się chyba coś ze sprzęgłem. Blacharsko też trzymał się przyzwoicie, jedynie pas przedni miał nieco pogięty po spotkaniu z psem. Auto zostało sprzedane w 2001 roku i zastąpione Primerą P11 – wówczas 3 latek. To była kosmiczna zmiana. Japońskie auto, które było innym światem. Wtedy nic nie wskazywało, że zostanę świrem od maluchów i polonezów :P. 2001-2005 to była zagłada maluchów w wawie, z dnia na dzień te auta zniknęły, sporo ich jeszcze śmigało pod Warszawą, okolice Nasielska, Pułtuska, Ciechanów – pamiętam wizyty u rodziny i maluchy na czarnych szyldach CIN, CAN. Dość długo utrzymywały się na mazowieckiej wsi. Po pojawieniu się nissana na jakieś 8 lat zapomniałem o polskich autach. Potem przyszły 18 urodziny i prawo jazdy. Pod wpływem kolegi padło na poloneza (tata był przeciwny, dużo pali itp). Tym sposobem w 2009 roku stałem się posiadaczem bordowego 1.4 i wraz z tym samochodem rozpoczęła się przygoda z polskimi samochodami. W 2011 nabyłem malucha FL z 88 roku, którego posiadam do dziś. Przez ten czas bywało, że był moim jedynym autem (poloneza 1.4 zezłomowałem około 2014 roku). Przez ten czas przejechałem nim 30 tyś km. Nie jest to dużo, ale gdy go kupowałem byłem studenciakiem i różnie to bywało z kasą na utrzymanie nawet takiej furki. Nie wiem czy to ja nie jestem obiektywny, czy to takie dobre egzemplarze mi się trafiały, ale wszelkie usterki czy to w maluchu czy w polonezie to była tylko konsekwencja moich studenckich oszczędności w eksploatacji. Szczególnie maluch, pomimo naprawdę niewielu usterek z powodu moich zaniedbań, utkwił w mojej pamięci jako wóz do którego wchodzę, przekręcam kluczyk i jadę (po dziś dzień uwielbiam jak ten egzemplarz szybciutko odpala). Na początku to były moje auta do codziennej jazdy z powodu finansów, ale równocześnie dawały mi dużo przyjemności. Dziś już nie muszę nimi śmigać na codzień, ale wciąż mam tego malucha, oraz innego poloneza i są takie dni lub wręcz tygodnie, kiedy odstawiam w209 na podwórko i śmigam sobie nimi jako daily. Pomimo, że mam do dyspozycji może nie jakiegoś super nowego Mercedesa, ale jednak o lata świetlne lepszego od każdego poloneza i malucha to wracam do tych aut z przyjemnością.

    • Krzyś napisał(a):

      Widzisz, poruszyłeś bardzo ważną kwestię. Nasz pierwszy Maluch jeśli był unieruchomiony to tylko w wyniku braku części zamiennych lub po prostu bardzo marnej ich jakości (nie było oryginałów to tata kupował części od prywaciarza jeśli się trafiły, to była loteria – jedne były nawet lepsze niż z FSMu a inne do niczego się nie nadawały). Oleje i inne materiały eksploatacyjne łącznie z paliwem były marnej jakości. Poza tym nie można stawiać Malucha na równi z równoletnim Oplem, VW czy Toyotą. Zalecenia producenta i literatury fachowej opisywały bardzo kompleksową obsługę tych samochodów w małych interwałach i po relatywnie małych przebiegach. Oczywiście to nie jest poziom motoryzacji przedwojennej z wieloma punktami smarowania ale jednak dla Małych Fiatów trzeba było zapewnić dużo czasu na bieżącą obsługę i wtedy była duża szansa, że odwzajemniały się w miarę bezproblemową eksploatacją. Znaczenie miał też niestety konkretny egzemplarz. Nasz z rocznika 1983 był wg. mojego taty najlepszy i… najszybszy. Z kolei FL z 1989 roku mojej cioci był od początku mułowaty i nigdy nie jechał szybciej niż licznikowe 100 km/h. Mułowaty był też jeśli chodzi o przyspieszanie, niechętnie wkręcał się na obroty i wyjazd z podporządkowanej to było wyzwanie. I to była rzecz obiektywna bo przez 5 lat te Maluchy były eksploatowane równolegle i nawet moja ciocia jak raz znów wsiadła do już naszego Malucha zdziwiła się, że ona jest taki żwawy. Nie wiem czy i ewentualnie co dziadek z nim zrobił, że tak jeździł, dziadek zmarł w 1988 roku i tą wiedzę zabrał ze sobą…

      A odnośnie dyskusji co do Syreny, to mój dziadek miał taką jako swój pierwszy samochód, zmienił na Fiata 125p i to był dla niego przeskok „o kilka klas” ale nawet Maluchy uważał ze łatwiejsze w eksploatacji i prowadzeniu. Niemniej jednak Syrena ma bardziej praktyczną koncepcję jako całość niż 126p tylko po prostu wykonanie było jakie było. Mój dziadek po każdej przejażdżce Syrenką robił jej inspekcję a podobno moja babcia szyła ze specjalnego materiału osłony na przeguby i resory, które dziadek później wypełniał smarem i zaszywał wokół tych elementów. Ponadto dziadek bardzo dbał aby nie dodawać gazu przy skręconych kołach i aby nie „dokręcać” do oporu. Syrenka pracowała więc dość bezawaryjnie ale było to okupione wieloma godzinami w garażu i w kanale, tak profilaktycznie.

      O praktyczności koncepcji takiej jak Syrena przekonałem się gdy kolega w liceum kupił Trabanta – obiektywnie był to wygodniejszy i pakowniejszy samochód niż Maluch. Dziwiło mnie zawsze to, że na przełomie lat 80tych i 90tych Trabantów, nawet tych 1,1 nikt nie chciał kupować a ciągle była kolejka po Maluchy. Nawet mój tata twierdził (wtedy), że „taki silnik jest za mocny do tego samochodu”. 😉

      • benny_pl napisał(a):

        mialem Trabanta (dwusuwa) i malucha i potwierdzam – Trabant jest 100x lepszy od malucha, wygodniejszy, szybszy, lepiej sie prowadzi, bezpieczniejszy, pakowniejszy (bagaznik nawet sedana jest przeogromny!) biegi przy kierownicy mega wygodne! no tylko ze jest… paskudny, maluch przy nim to cud pieknosci 🙂 no i maluch mniej pali i to w dodatku zwyklej benzyny. Mi Trabi po miescie palil 8-9l mieszanki
        Nigdy niestety nie jechalem Trabim 1.1
        Jechalem za to Warczyburgiem 1.3 i bylem bardzo zaskoczony tym jaki on jest mieciutki, jak sie strasznie buja na boki i te smieszne pedaly z podlogi, jak w Zuku, czuc archaicznosc konstrukcji, ale taka przyjemna 🙂

  23. Krzysztof napisał(a):

    Jestem rocznikiem 1965 – tak więc całe moje dzieciństwo i młodość przypadły na okres PRL. Oczywiście w rodzinie był maluch, kupiony w 1983 roku w ramach owych słynnych przedpłat. Ponoć nawet wersja eksportowa tzw odrzut – rzekomo miał źle pomalowany dach i nie trafił do Włoch. Miał nawet niektóre elementy wyposażenia nieco inne: pasy i coś jeszcze, nie pamiętam. Po skończeniu studiów i rozpoczęciu pracy nawet go użytkowałem i to przez parę dobrych lat. Ale sentymentu dla tego „czegoś” nie miałem ani wtedy, ani teraz. Już wtedy zadawałem sobie pytanie: jakiś Włoch to zaprojektował, dobra, ale czemu my kupiliśmy licencję na to „coś”? Podobno /nie wiem czy to tylko miejska legenda czy prawda/ Włosi oferowali nam model 127, ale z przyczyn ekonomicznych wybrano 126. O ile zakup licencji na 125p uważam za słuszny, o tyle licencja na malucha to wg mnie nieporozumienie. Maluchowi mogę nawet wiele wybaczyć: ciasnotę, brak dynamiki, brak bagażnika, głośność, duże spalanie (!) ale jednego nie – to był po prostu samochód niebezpieczny! Koleżanka miała maluchem wypadek w mieście przy naprawdę niewielkiej prędkości – na skrzyżowaniu zderzyła się z Wartburgiem. Gość z Wartburga wysiadł, zaklął i to wszystko, znajoma dwie operacje i do dziś problemy z nogami. Przez krótki czas małżeństwa jeździliśmy maluchem z żoną, ale gdy urodził się syn – powiedziałem dość, pozbywając się go czym prędzej. Tak wiem co ktoś powie – zginąć można nawet w czołgu, zgoda, ale w maluchu to było aż proszeniem się o kłopoty. Jak to wtedy żartowano – podobnie jak w Mercedesie klasy S – strefa zgniotu w maluchu kończy się na silniku.

    • SzK napisał(a):

      Żarty o Maluchach (w tym również ten zacytowany przez Ciebie) będą w drugiej części 🙂

      Oczywiście, w latach 90-tych konstrukcja 126p była już bardzo przestarzała, i to jest problem wszystkich komunistycznych samochodów – tłuczono je po 20 lat, bez możliwości zastąpienia czymś nowszym (chlubnym wyjątkiem były Samara i Favoritka). Ale na tle SWOJEJ EPOKI Fiat 126 wcale nie odstawał, również pod względem bezpieczeństwa – jego konkurenci z lat 70-tych byli tak samo beznadziejni, tyle że potem dokonał się wielki postęp, który już do nas nie przyszedł. W ramach licencji mieliśmy po Maluchu dostać Pandę, ale gdy ona wchodziła do produkcji, u nas ogłaszano bankructwo rządu i przygotowywano stan wojenny, więc wyszło jak wyszło. Całe nieporozumienie zasadza się więc właśnie na ocenie niskobudżetowego toczydełka miejskiego z lat 70-tych według standardów samochodów rodzinnych z czasów 15-20 lat późniejszych. Taka była sytuacja gospodarcza Polski, że nie mieliśmy innego wyjścia i na tym polegał tragizm – a nie na niedorzeczności samej konstrukcji. Ten temat też będzie rozwinięty w drugiej części.

      • Krzysztof napisał(a):

        Oczywiście wiem, że owa 3 metrowa torba na zakupy na kółkach w naszych realiach musiała spełniać rolę auta rodzinnego. I dlatego kupno licencji na ten właśnie model uważam za niedorzeczność. Pamiętam hasła o pojeździe który miał zmotoryzować nasz kraj, etc, etc… Dlaczego więc żaden decydent nie stuknął się w czerep, że przecież tym autem ktoś ze Śląska będzie jechał z rodziną nad morze, a ktoś inny z wybrzeża pojedzie do Zakopanego! Polska to nie Luksemburg, gdzie nie wolno rzucać kamieniem, bo spadnie za granicę. A przecież ludzie jeździli tym nawet za granicę!!! Koszmar! Maluch miałby sens w społeczeństwie… bogatym jako właśnie drugie autko w rodzinie, typowo miejskie – i wtedy OK – godzę się z jego mankamentami. Ale w naszych realiach to bez sensu! Kiedyś, daaawno temu chyba czasopismo Motor zrobiło ankietę – Jaki samochód najlepiej odpowiadałby ówczesnej polskiej rodzinie? I najwięcej głosów otrzymał 3 lub 5 drzwiowy hatchback o długości ok 3,5metra z silnikiem 900-1000ccm. Czyli takie
        jakiego w żadnym KDL-u nie produkowano – no dobra było Yugo, ale Jugosławia wtedy to taka trochę inna bajka. Konkluzja dziennikarza była następująca – polski kierowca z pocałowanie ręki weźmie wszystko WIĘKSZE od malucha, ale OSZCZĘDNIEJSZE od 125p.

      • SzK napisał(a):

        Powtarzam jeszcze raz – wszystko jest kwestią umieszczenia w czasie. W latach 50-tych – ledwie 15 lat przed Maluchem – zachodni Niemcy kupowali masowo Isetty i jeździli nimi do Włoch na wakacje, tyle że mało kto w Polsce zdaje sobie z tego sprawę (będzie o tym w drugiej części). Pewnie, że większe auto byłoby lepsze, zawsze jest lepsze, tylko kogo byłoby na nie stać? Nawet na Malucha mało kto mógł sobie pozwolić.

      • ndv napisał(a):

        Coś pamiętam z różnych artykułów, że zanim kupiono licencję na 126 robiono analizy, prowadzono rozmowy z różnymi producentami i wyszło, że optymalna była Dauphine – z tym, że Renault za licencję chciało twardej waluty a nie zwrotu w naturze jak FIAT ze 126. Zdaje się, że VW proponował Garbusa i ponoć rozmawiano z Fordem, ale nie pamiętam o czym. Licencja 126p to książkowy przykład wydajności sterowanej gospodarki.

      • Krzyś napisał(a):

        ndv – sprawdzano wiele samochodów, nawet Dyane które obiektywnie też było praktyczniejsze od 126. Nie chcę uprzedzać faktów i wychodzić przed drugą część artykułu bo na pewno Szczepan o tym tam już napisał ale kluczowa była możliwość spłaty licencji „w naturze”. O tym, że Maluch jest za mały i za słaby jak na potrzeby głównego środka transportu w rodzinie decydenci też wiedzieli ale z drugiej strony to praktycznie była jedyna szansa na zmotoryzowanie Polski. Taki trochę „zgniły kompromis”…

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Brano pod uwagę bardzo dużo samochodów. Nawet pierwszą Corollę o czym pisze Podbielski. Z tym, że japończycy od razu zażądali gotówki , a nie spłaty licencji w samochodach. No właśnie Szczepan 15 a nawet 20 lat wcześniej Isetty jeździły jako auta rodzinne w RFN, kraju który PRZEGRAŁ wojnę, kilka lat raptem po niej. Ale patrz, że czasy malucha to okres gdzie w tym kraju triumfy świecił Mercedes beczka. Widzicie jaka przepaść.

      • SzK napisał(a):

        Ależ oczywiście, że była przepaść między Zachodem i PRLem, przecież nikt tego nie neguje. Mówię tylko, że na Zachodzie jeździły kilka lat wcześniej znacznie niższej klasy auta, więc opowiadanie, że Zachód nie dopuszczał 126 do ruchu to są bzdury.

        A w RFN motoryzacja rozwijała się akurat najlepiej i najszybciej, kraje-zwycięzcy wygrzebywali się gospodarczo znacznie dłużej. W Anglii pierwszy naprawdę popularny samochód to było Mini w 1959r., we Francji pierwsze 2CV też miały po 10 KM, a we Włoszech jeździły 500-tki, czyli mniejsza, ciaśniejsza, słabsza i prymitywniejsza wersja Malucha.

        Dodatkowo – to już jest totalny szok dla Polaków – jeszcze w latach 80-tych w RFN Fiaty 126 sprzedawały się lepiej od Mini i od Citroenów LN. A Fiat Panda, uznawany wtedy za wzorzec idealnego autka tej klasy, miał ten sam napęd co Maluch, tyle że zamontowany z przodu. Ale ja się już przyzwyczaiłem, że nie warto o tym w Polsce wspominać, bo ludzie i tak się stukają w głowę, mimo pokazania im danych liczbowych.

        Jeszcze raz powtarzam: jedynymi problemami Malucha było to, że A) produkowano go o kilkanaście lat za długo, B) w Polsce nie było alternatyw, więc wybierało się Malucha z musu. Poza tym to był standardowy, zachodnioeuropejski pojazd segmentu A. W czasach, w których powstał.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        SzK myślę że warto by było zobaczyć ceny Mini , malucha i Citroena LN i tam poszukać takiego stanu rzeczy. Dodam że większy brat 125p w RFN sprzedawał się bardzo słabo, o wiele gorzej niż we Francji i UK.

        A co do kwestii, że Niemcy bardzo szybko się dźwignęły jeżeli chodzi o motoryzację w porównaniu do państw zwycięwskich że tak powiem to moim zdaniem kwestia ich kultury technicznej i ogólnie zamiłowania do maszyn, ich tworzenia. Franuczuom być może wystarczały 2 CV i R4. Aczkolwiek kurcze już w latach 60 wydali na świat no genialnego jak na owe czasy peugeota 404, który również święcił tryumfy. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że aż do końca produkcji na przełomie lat 80 i 90 2 CV i R4 były ich podstawowymi samochodami jak 126p u nas. Zresztą na filmach , pocztówkach , zdjęciach itp. z lat 70 i 80 nie ma ich za wiele na ulicach, a już napewno nie takie ilości jak u nas maluchy. Co do Fiata 500 no kurcze on był produkowany do 1975 roku czyli de facto do początku produkcji malucha. Co nie zmienia faktu, że był u nich popularny. We włoszech zresztą do dzisiaj lubią małe auta, podobno ze względu na opłaty

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że cena jest kluczową sprawą. Oczywiście, że Maluch nie był hitem wszechczasów i że w wolnych krajach miał jakąś konkurencję, którą ludzie też kupowali (dlatego też nie był „podstawowym” samochodem, bo opcji „podstawowych” było kilkanaście i żadna nie miała absolutnej większości). Ja tylko twierdzę – powtórzę to po raz ostatni dzisiaj, bo jutro ukaże się druga część artykułu, gdzie temat będzie wałkowany – że polskie kompleksy na tle maluchowym wynikają wyłącznie z nieznajomości ówczesnego rynku zachodniego. Pewnie, że Mercedes był lepszy, ale to nie znaczy, że za naszą granicą 100% kierowców jeździło Mercedesami. A w szczególności bzdurą jest to, że 126p był jakąś niedorzecznością, z której cały świat się śmiał. Patologią – poza niskimi dochodami Polaków – był tylko brak wyboru i kontynuacja produkcji przez okres 2-2,5 raza dłuższy od standardowego cyklu życia tego typu produktu.

        P.S. Byłem we Włoszech w 1992r. Maluchy stały tam wtedy na dosłownie każdym rogu. Członkowie mojej grupy turystycznej na serio myśleli, że mają halucynacje. Ale nie mieli – te auta naprawdę tam jeździły tysiącami. A 500-tki, darzone większym sentymentem z powodu urody i silniejszej legendy – jeżdżą do dziś, i nie tylko jako obiekty kolekcjonerskie. Na wsi spotyka się je czasem – oczywiście już nie na każdym kroku – w normalnym ruchu, jako autko starszej pani albo pana. Ostatnio widziałem to zjawisko w 2014r. w Rzymie i okolicach Neapolu.

      • SMKA napisał(a):

        Co do Renault 4- czytałem książkę Jamesa Randiego o Nostradamusie (https://en.wikipedia.org/wiki/The_Mask_of_Nostradamus), książka z wczesnych lat 90. Autor pewnie zbierał do niej informacje w latach 80. No i autor wspomina wręcz o „stadach Renault 4” jeżdżących po Francji.

      • SzK napisał(a):

        To jest moje zdjęcie z Lazurowego Wybrzeża z 2016r. Wioska Gorbio, chwilka jazdy od Monaco:

        https://drive.google.com/file/d/1vmCC8B4BqsO3i2eB-JmKZupCu35bGQFz/view?usp=sharing

        I nie, to wcale nie jest wyjątkowy widok. Ja od dłuższego czasu częściej fotografuję widoczki typowe niż wyjątkowe – żeby dokumentować dla potomności 🙂

        Ja wiem, że propaganda nam wmawia, że „postępowcy” wyrzucają samochód zanim się gwarancja skończy, ale to jest taka sama bzdura jak gierkowska propaganda sukcesu o PRL jako 8mej potędze gospodarczej świata.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Z „postępowcami” się zgodzę. Samochód zanim gwarancja się skończy wyrzucają na zachodzie floty, a żaden rodak auta po flocie nie kupi to też wędrują do Polski z licznikiem skręconym z 500 tyś na 150 tyś. Sam w 2013 roku widziałem w RFN jeszcze rzesze W124 , E34 , czy nawet golfów III w bardzo dobrym stanie. No, ale wracając do kwestii 500-ek jako aut gospodyń domowych itp. piszesz, że nie traktują tych aut jako obiekt kolekcjonerski itp. No, a że tak zapytam Ty nie jeździsz R129 na codzień jak jest ładna pogoda? Jeżeli nie no to sorry , ale niszczeje to auto przez taki postój. Ja co prawda jeszcze nie dorobiłem się klasyka, mam nadzieję niedługo zmienić ten stan rzeczy 🙂 No ale moi znajomi co mają klasyki latem normalnie jeżdżą nimi do pracy itp. i wbrew pozorom trochę ludzi tak robi i moim zdaniem słusznia. Przecież co by nie było ale jak auto długo stoi też negatywnie to wpływa na jego kondycję m.in. gęstnieje olej , rdza szybciej atakuje, zapiekają się hamulce i jeszcze możnaby długo wymieniać. Tak więc reasumując należałoby się zainteresować czy te auta typu 500, 2 CV są ujeżdżane przez te przysłowiowe gospodynie domowe , również zimą. Ja jak byłem we Włoszech w 2011 roku też widziałem 500ki w ruchu. Aczkolwiek już wtedy wiedziałem, że zainteresowanie klasykami jest na zachodzie bardzo duże o wiele większe niż w Polsce ówcześnie. Tak więc zwyczajnie myślę, że to po prostu jazda w celu „odkurzenia” klasyka, a nie typowa jazda na codzień. Poza tym właśnie tak jak wspomniałem Francuzi juz w 1960 roku wypuścili Peugeota 404, auto pod każdym względem lepsze niż PRL-owskie wyroby(m.in. po raz pierwszy mechaniczny wtrysk) , które sprzedawało się we Francji świetnie co widać na fotografiach. Jeszcze wcześnie był Citroen DS no on może faktycznie na początku produkcji nie był dostępny dla przeciętnego francuza. O Simcach nie wspominam bo w sumie w porównaniu do wyżej wymienionych były archaiczne. W połowie lat 60 było już renault 16. Tak więc serio nie chcę mi się wierzyć, że w latach 70 30 lat po zakończeniu II WŚ 2CV święcił triumfy. Wydaję mi się, że mógł być produkowany dokładnie na takiej samej zasadzie jak Fiat 126p w latach 90 🙂

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że są różne segmenty rynku. Są floty, są biznesmeni, są rolnicy, hydraulicy i emeryci. Dla każdego z nich odpowiedni jest inny produkt. Widziałeś może zdjęcie z Francji, które wkleiłem? To nie są klasyki w żadnym wypadku. 500-tki we Włoszech dzisiaj już tak, ale one mają PIĘĆDZIESIĄT LAT. A ja mówię o czasach, kiedy Maluchy były wciąż produkowane i na Zachodzie sprzedawała się około 1/3 produkcji.

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Tylko 1/3 , czy aż 1/3 oto jest pytanie 😉

  24. polobis napisał(a):

    Miałem. Jeździłem. rocznik 1977, oczoj@#bnie pomarańczowy. Płynna regulacja wycieraczek, amperomierz, tempomat (dźwignia blokująca linkę gazu w żądanym położeniu), rozkładane siedzenia, ogrzewana tylna szyba. Znaczki „licencja fiat”, ale już 650 i na prądnicy. Zderzaki, jakich nigdy nigdzie później nie widziałem – na chromach nałożone plastiki, ale po całości a nie tylko końcówki. Zawsze palił od strzała bez względu na temperatury i warunki, nigdy nie przekroczył zużycia 5,5l/100km, standardowo 4,5 – 4,8. Odpalany z linki, kijka i jednoosobowo na pych. Zrobiłem nim 85000 i oddałem za odtwarzacz video z możliwością nagrywania w 1998 r. Rdza zjadała go już od środka i na zewnątrz i spalał tyle oleju, co współczesne TFSI Audi. Nie było tygodnia, żeby w nim coś nie strzeliło, ale części były niedrogie i dawałem radę naprawiać sam. Nie, nie chcę i nie tęsknię.

    • benny_pl napisał(a):

      niech zgadne 🙂
      odtwarzacz Sharp o taki? (moj ulubiony, mam kilka sztuk)
      https://thumbs.img-sprzedajemy.pl/1000x901c/58/89/1b/odtwarzacz-video-sharp-2065732.jpg
      czy odtwarzacz Otake? w nich zdychaly nagminnie scalaki BA-ilestam sterujace serwomotorem
      https://archiwum.allegro.pl/image//imagesNEW/big/b9c442e4951b0a1eff30e23069368e73ac4e0c3829fe3d0d263c03e78d00d1aa

      • polobis napisał(a):

        Nie pamiętam, raczej ten pierwszy. Pracował póki miał prąd, jak brakło – nie dał się uruchomić do wymiany połowy kondensatorów. Później zaczął wsysać kasety, więc służył wyłącznie jako przekaźnik sygnału tv na inne piętro (taki ówczesny multibox). Myślę, że pracował mimo wszystko dłużej niż ten maluch, chociaż gdybym miał miejsce na składowanie i go wyrejestrował, dziś byłbym bogaczem (jedynytakizobacz). Maluch miał 21 lat, jak go sprzedałem, więc przetrwał dłużej, niż jego następca – 20-letnie Tico, który nie przeszedł ostatniego przeglądu, bo wygiął się w środku i sfałdował mu się dach. Mechanika w stanie idealnym 200 tys na budziku i co z tego, jak ruda zjadła blachę.

  25. nudny napisał(a):

    Jako osoba urodzona w pierwszej połowie lat 90ych nie mam zbyt wielu wspomnień związanych z Maluchem, ba, nawet nie miałem okazji się takim przejechać za kierownicą (a chciałbym, bardzo).
    Z czasów przedszkola pamiętam jeszcze krajobraz motoryzacyjny warszawskiej Ochoty gdzie parking pod blokiem wygląd mniej więcej: 126p, 126p, Polonez, jakiś Kadett lub Escort, 126p, Żuk, 125p taty. Ogólnie przeciętnie co trzecie auto to był Maluch.
    W najbliższej rodzinie też zbyt wiele tych autek nie było, jedynie dziadek miał kiedyś nowego EL’a z salonu (do dziś nie uznaje używek starszych niż 4 lata – po 126p było nowe CC700, nowe Uno, potem używany Yaris, obecnie używane Citigo). Wiele razy jeździłem na tylnej kanapie, małe dzieci mieszczą się bez problemu, nawet 4.
    Co natomiast mogę potwierdzić, to że jeszcze na przełomie lat 90 i 00 Maluch wciąż zajmował pierwsze miejsca w rankingach najczęściej kradzionych aut. Niestety, statystyki w prasie nie podawały nigdy ile tych kradzieży była faktycznie z przeznaczeniem na części, a ile to były zwykłe szczeniackie wybryki na tzw. „joyriding”.
    Mój dziadek sam był kiedyś ofiarą takiej kradzieży, skradziono mu CC700 i następnego dnia znaleziono porzucone w krzakach kilka kilometrów dalej w Wilanowie. Pamiętam że dziadek najbardziej wściekły był na pełną popielniczkę kiepów (sam wtedy rzucał palenie).
    Jaki ja mam stosunek do 126p? Zdaję sobie sprawę, że jest to auto wolne, niebezpieczne i awaryjne, ale jednocześnie moim zdaniem bardzo urocze i charakterne. Mógłbym posiadać jako weekendowego klasyka. Gdyby nie ta bańka cenowa…

  26. st druciarz w firmie C&G napisał(a):

    za mojej młodości skrót ten oznaczał :

    Fatalna
    Imitacja
    Auta
    Turystycznego
    1 osobowego
    2 drzwiowego
    6 krotnie
    przepłaconego

  27. SMKA napisał(a):

    Mam wrażenie że w przypadku Malucha (podobnie Fiata 125p) istnieje zarówno „biała leganda”, jak i „czarna legenda”. Biała legenda to przesada w stylu „panie, kiedyś to było”, albo „nie było klimatyzacji, ale klimat był”. Czarna natomiast to stwierdzenia w stylu „Maluch był tak niebezpieczny, że nie był homologowany na zachodzie” (serio, słyszałem coś takiego, choć przecież Maluch BYŁ zachodnim samochodem), albo że Duży Fiat miał silnik przedwojenny (co najwyżej jeśli przedwojnie to pierwsza połowa lat 60.). Ot, według mnie często krytyka Maluchów czy Dużych Fiatów bierze się z porównywania ich do zachodnich samochodów kilkanaście lat młodszych, zamiast do ich rówieśników (Szczepan o tym zresztą pisał).

    Swoją drogą, mam wrażenie że jak jakiś samochód staje się „jaktajmerem”, to często znajdują się osoby które dziwią się na zasadzie „ale chwila, moment, przecież jeszcze jakiś czas temu pojazd ten uchodził za złom”. Mam na myśli ludzi którzy nie rozumieją „jaktajmerowego” potencjału danego pojazdu. Tak jest nie tylko w Polsce, sam czytałem felieten Clarksona który dziwił się że ludzie „podniecają” się Mini, bowiem za jego czasów (jego młodości) Mini uchodziło za obciach, a młodzi ludzie chcieli Golfa GTI, a nie jakieś tam Mini, które kojarzyło im się z czasami młodości ich rodziców.

    • SzK napisał(a):

      Dokładnie tak – to już któryś kolejny komentarz, który uprzedza treść drugiej części artykułu.

      PRL-owski brak wyboru wraz ze świadomością przepaści, jaka dzieliła nas od Zachodu, spowodowały, że ludzie mieli (i mają) całkiem wypaczony obraz.

      • Krzysztof napisał(a):

        Mam ponad 50 lat, więc powoli wkraczam w okres w którym lepiej pamięta się wydarzenia z dzieciństwa niż te sprzed tygodnia… nie zgadzam się z zarzutem, że ja patrzę na malucha z perspektywy lat późniejszych. Pamiętam ówczesne rozmowy właścicieli maluchów z ojcem, tak z przełomu lat 70/80. Owszem cieszyli się że nie mokną na przystankach i mają czym jeździć /nawiasem wtedy cieszyły drobiazgi i to było nawet fajne /ale w szczerej rozmowie/ zwłaszcza po procentach/ przyznawali że „nie o takie auto walczyliśmy”. O wszystkich wadach mogłem się przekonać sam, gdyż zakup malucha pokrywał się mniej więcej z czasem zrobienia przeze mnie prawa jazdy. Nie do końca zgadzam się z wcześniejszym argumentem, że nie mogliśmy kupić licencji droższego większego pojazdu bo „Nawet na Malucha mało kto mógł sobie pozwolić”. To skąd w takim razie te wieloletnie kolejki, zapisy, losowania, podwyżki cen…? Gdyby tak było maluchy byłyby dostępne od ręki i nie kosztowały na giełdzie 2 razy więcej. Dużo droższy model 125p też nie był dostępny bez kolejek, oczywiście asygnat i znajomości… Czyli zakup licencji na droższe, większe auto wiele w kwestii dostępności by nie zmienił. Podzielam pogląd, że decydującym czynnikiem zakupu tej właśnie licencji była możliwość jej spłaty w „naturze”, a nie w twardej walucie. Ciekaw jestem jakby miała wyglądać spłata hipotetycznej licencji np. za Fiata 127? Ale że brano pod uwagę Renault Dauphine? No szok! Zawsze myślałem, że chodziło o Renault 5! Swoją drogą fajnie wybrnęli z problemu Hiszpanie, tworząc swoisty mix pod nazwą Seat 133. Ale już dość mojego wymądrzania się, teraz niecierpliwie czekam /jak zawsze/ na następną część.

      • SzK napisał(a):

        Ja tym bardziej nie chcę się wymądrzać, zwłaszcza że urodziłem się w 1980r. Co do kolejek – wtedy za wszystkim były kolejki, bo wszystkiego brakowało. Fabryki pracowały, ale produkcja szła na eksport (w pewnym stopniu również „wewnętrzny”). Ale nie zmienia to faktu, że na Malucha ludzie oszczędzali latami i że 125p, nie mówiąc o droższych autach, cieszył się znacznie mniejszą popularnością.

        Trudno powiedzieć, ile kosztowałby produkowany w Polsce 127. Wersja „montowana” w FSO (w praktyce – importowana z Włoch) kosztowała w Pewexie 1850$, podczas gdy 125p – 1700, a 126p – 1150. Ale wiadomo, że 127 trzeba było za dolary kupić, więc to żaden wyznacznik.

        A inna sprawa, że spłata licencji w naturze na pewno była czynnikiem decydującym, bo pisali o tym wszyscy specjaliści (np. red. Zbigniew Skoczek).

  28. Michał_OP napisał(a):

    Moj kontakt z 126p był powodowany koniecznością poruszania się podczas remontu mojego pierwszego wozu – kadetta D.
    Potrzebowałem na gwałt innego środka lokomocji i tu z pomocą przyszedł szwagier z swoim maluchem po „wujku”, którego trzymał z sentymentu, jak to się mówi pod „kocykiem” w garażu. Był to rok 2006, więc malany nie miały jeszcze wartości sentymentalnej.

    Dla mnie to oczywiście był regres przesiadać się z opla do malana, ale potraktowałem to bardziej, jako zabawę i podróż w przeszłość.
    Maluch ten miał odpalanie na dwie wajchy wiec jakiś starszy model, ale za to posiadał kozacki ekonomizer z migającymi lampkami od prądnicy, nakładki na fotele spełniające role zagłówków no i plątaninę kabli w komorze silnika po amatorskim systemie alarmowym, a do tego była stylowa lampka na pstryczek w komorze silnika.

    Podczas pierwszych dni jazdy czułem jakbym przesiadł się do jakiegoś mini gokarta. Dla kogoś kto jeździł w sumie „normalnym” autem. Pierwsze doznania typu brak miejsca na lewą nogę, mini pedały, możliwość przetarcia przedniej szyby ręką!, praktycznie brak ogrzewania, przewiewu no i mocy jak na lekarstwo to było coś niespotykanego.

    Tak jak napisałem wyżej potraktowałem to jako chwilową zabawę ale mam swiadomośc co to znaczyło w normalnej eksploatacji i dalszych wyjazdach, np z rodziną nad morze.

    Podczas dwumiesięcznej eksploatacji zaliczyłem kilka tras Opole Wrocław po autostradzie, (gaz w sumie stale w podłodze, max predkość 115km/h, stała ok 105km/h średnie spalanie na autostradzie ok 6,5l). Wóz ten miał jakąs zaszytą sztuczna inteligencję ponieważvnigdy nie zepsuł sie gdzieś na tej autobanie ani 100km od domu we Wro tylko zawsze pod domem. (pewnie widział że gdyby to zrobił to by się tam ostał 🙂 Przez te dwa miesiące miałem komplet typowych awari, tj zabieraki, UPG, no i na koniec rozleciałami sie skrzynia (głupi wbijałem niesychnchronizowana 1 jak jeszcze jechał).

    Polubiłem to auto, a gdy je oddałem jeszcze mocniej polubiłem swojego opla. Po dwóch miesiącach jego 75koni wywawało sie mocą iście piekielną, a zwykłe ogrzewanie niesamowitym luksusem.

    Wspomniany maluch był dalej garażowany pod kołderką aż po 3 latach nadarzyła się okazja jego kupna za całe 600pln! Świetny interes, taki klasyk pomyślałem. Napaliłem się jak łysy na grzebień, już mówię przyszłej małżonce – słuchaj kupujemy malucha! – a tu foch….. Sam sobie nim będziesz jeździć usłyszałem – ja do jego nie wsiądę bo całe dzieciństwo mnie tym pierdzielem wozili! Cóż jestem w stanie sobie to wyobrazić – skapitulowałem i jako rozsądną alternatywę kupiłem Wartburga 1.3 😉

    • Krzyś napisał(a):

      Moja żona ma dokładnie tak samo. Maluchem przejechała się ze mną tylko dwa razy – pierwszy i ostatni 😉 Pojechaliśmy do teściów na obiad i ona sobie wróciła kolejką a ja z psem Maluchem. Co nie zmienia faktu, że jak już Maluchem przyjadę do teściów to sobie tam grzebiemy wspólnie w męskim towarzystwie z teściem, szwagrem i chłopakiem siostry żony 🙂

    • Klakier napisał(a):

      Michał mówisz że przed ślubem już taka fochata była, trzeba było brać malana on też jest fochaty ale ma przynajmniej funkcję OFF!

  29. SMKA napisał(a):

    To może fragment pewnego filmu nawiązujący do Malucha- https://www.youtube.com/watch?v=Uvb6MmlrajE 😉

    • SzK napisał(a):

      Kolejny fragment drugiej części… to może ja już sobie ją odpuszczę, skoro i tak wszyscy wszystko wiedzą…? 😉 😉 😉

      • Klakier napisał(a):

        Szczepan ,Ty nie czekaj na termin ukazania drugiej części bo nie będzie czego komentować…

  30. FL88 napisał(a):

    Hmmm co do niedorzeczności zakupu licencji na malucha. Popatrzmy na początek lat 90 i wejście na taśmy FSM X1/79 czyli cieniasa. Mocne zmiany w fabryce, gdyby ustrój trwał to pewnie cienias zostałby taką samą licencją jak 126p, no ale się pozmieniało. Był produkowany i sprzedawany na mniej lub bardziej wolnorynkowych zasadach, ale tak naprawdę był odpowiednikiem malucha który poszedł w rozwiązaniach o 20 lat do przodu. Trochę lepsze, ale nadal ciasne. No i co ? Nadal się to sprzedawało w ogromnych ilościach choć można było sobie wybrać obszerniejsze Uno. Generalnie uważam, że biorąc pod uwagę sytuację w Polsce gdy maluch się pojawiał to był to dobry samochód, nie bez wad, ale na ten okres był dobrym kompromisem. Był tak mały i niewygodny, jak małe były realnie nasze zarobki i poziom rozwoju. Trzeba mierzyć siły na zamiary :).

    • Krzysztof napisał(a):

      CC to lata 90-te – jednak już inne realia. Owszem nadal dla wielu Polaków w tamtym okresie CC był autem rodzinnym, ale dla coraz większej liczby ludzi stawał się tym czym być powinien – drugim, miejskim samochodem. No i miał silnik z właściwej strony. Inna sprawa to przyzwyczajenie naszego społeczeństwa do małego pojazdu. Czego np. nie rozumieli Czesi przyzwyczajeni do swoich jednak większych Skodovek.

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Oj, Uno do 95 roku było produkowane we Włoszech tak więc obowiązywały je takie same stawki celne jak inne samochody z zachodu. Można za to było wybrać Poloneza który kosztował podobne pieniądze co cienias

    • benny_pl napisał(a):

      FL88: Miales Cieniasa i Uno bo ja mialem? albo nimi jezdziles chociaz pare dni? watpie, bo wtedy nie pisal bys takich glupot
      Cinquecento jest o wiele nowoczesniejszym samochodem od una, o wiele lepiej przemyslanym, ma calkowicie niezalezne zawieszenie, dzieki czemu prowadzi sie ZNAKOMICIE i pewnie, nawet przy 150km/h, czego o Unie nie mozna powiedziec, bo prowadzi sie tragicznie powyzej 100km/h, dodatkowo Cinquecento ma rewelacyjnie zaprojektowane wnetrze – z przodu jest MNUSTWO miejsca, jesli sie odsunie na max siedzenia przednie, to nikomu nie jest ciasno, tyl wiadomo ze jest ciasny, ale byl przewidziany dla dzieci, tylne fotele w CC skladaja sie ta, ze mamy calkowicie plaska podloge, do ktorej wchodzi CALA pralka automatyczna i zamyka sie klapa tylna, w unie fotel sklada sie duzo gorzej, no i Cinquecento jest ocynkowane, wiec jesli ktos choc troche o nie zadbal i nie bylo powypadkowe, to gnije baaaaardzo powoli, no a uno w mgnieniu oka (no chyba ze sie je naprawde porzadnie zakonserwuje)
      no i jeszcze jedno – Cienias ma znakomite wlasnosci terenowe, niemalze niesposob sie nim zakopac, a unem o dziwo dosc latwo, nie wiem czemu, ale jest duzo ciezsze, niby wg danych katalogowych niewiele, ze 100kg, ale Cieniasa jak sie jednak gdzies zakopie to wypchnac bardzo latwo, a Una wrecz nie sposob.
      jedyna zaleta una to 5 drzwi, i nic pozatym, no ale glowna waga cieniasa to 700tka, ale w dzisiejszych czasach przekladka na 900tke to zaden koszt 🙂

  31. BaltazarGąbka napisał(a):

    Nie prowadziłem co prawda nigdy Malucha, ale z tym ściąganiem w lewo podczas hamowania to jakaś dziwna sprawa, a to tłumaczenie odnośnie długości przewodów hamulcowych w ogóle bez sensu. Przecież w każdym aucie (w niektórych „anglikach” jest inaczej, ale nie we wszystkich) lewy przedni przewód hamulcowy jest krótszy od prawego, a przy sprawnych hamulcach nic nie ściąga. Przyczyna musi być gdzie indziej, aczkolwiek ta sama przypadłość w pięciu egzemplarzach, to też zagadka 😉