STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NAJLEPIEJ NAM BYŁO PRZED WOJNĄ… cz. II

Kabaret TEY wspominał małego Fiata nie tylko w kontekście przedwojny. W alegorycznym skeczu, gdzie Zenon Laskowik odgrywał kierowcę 126p, a stojący z tyłu, nieodżałowany Bohdan Smoleń – jego silnik, padły słowa: „ja już wolę być silnikiem, bo ci za sterem, to się zmieniają„.

To było w 1990r., tuż po zmianie u steru naszego państwa. Dzięki wolnemu rynkowi każdy posiadacz gotówki mógł teraz zamienić ją od ręki na dowolny towar – cukier, szynkę, samochód albo benzynę – bez czekania ani proszenia się o kartki, talony i asygnaty. Jednocześnie zmienił się wizerunek najpopularniejszego polskiego samochodu: z największego marzenia, wręcz fetysza mas, stał się on czymś wstydliwym i poniżającym, nazywanym „Kaszlakiem” i przypominającym minione czasy braku czegokolwiek, w tym przede wszystkim – braku wyboru. Polacy zachłystywali się zagranicą i zagranicznymi samochodami – choćby zajeżdżonymi na śmierć, ale ZACHODNIMI.

W nakręconej w 1993r. drugiej części „Czterdziestolatka” inżynier Karwowski, któremu nawet wnuki wypominały nomenklaturową przeszłość, przesiadł się z „Malucha” na Audika-prawie-nówkę z Włodek Second Hand Market. Natomiast w realnym świecie moi teściowie znów przystąpili do zabawy w oszczędzanie i losowanie samochodu – Fiata Uno z AUTO-TAK. Tym razem role się odwróciły: teściowie wylosowali natychmiast, za to pan Wojtek, który w AUTO-TAK zbierał na kolejnego „Malucha”, wyczekał się kilka lat. Zanim auto dostał, wszyscy naokoło jeździli lepszymi i wyśmiewali „Kaszlaki”. On sam kpił, że celowo nie zamyka wozu na klucz, żeby go prędzej ukradli – ale 126p nikt już wtedy nie chciał.

No, może nie całkiem nikt: niegdysiejszy samochód kierowników polubiła młodzież. Bajkowe sceny z hollywoodzkich filmów, z licealistami kupującymi używane auta za weekendowe zarobki z McDonalda, stały się teraz polską (!!) rzeczywistością. Choć rolę rozklekotanych, skrzydlatych Buicków i malowanych różowym sprayem Cadillaców przejęły cherlawe 126p, to sama dostępność jeżdżącego samochodu za jedną, albo i pół wypłaty była szokiem dla milionów Polaków – zwłaszcza dla tych, którzy swego czasu postawili fabrycznie nowe, pewexowskie auto na kołkach jako lokatę kapitału wartości 100-200 pensji, a po paru latach obudzili się z toną złomu żelaznego. Mój ś. p. Dziadek nie wierzył własnym oczom widząc na szybach „Maluchów” oferty sprzedaży z kilkusetzłotowymi cenami: powtarzał, że te wozy muszą być kradzione, bo nie mieściło mu się w głowie, że działający samochód nie musi kosztować oszczędności połowy życia. A jednak – na moim podwórku urzędowało wielu nastoletnich maluchowców. Każdy z nich mógłby napisać książkę o weekendowych tankowaniach za trzy złote, by pojechać z dziewczyną w „miejsce widokowe”, o wymienianiu półosi na poboczu, w białej koszuli (w drodze do dorywczej pracy na wystawie samochodowej), albo o samodzielnym remontowaniu i tuningowaniu silnika na parkingu przed blokiem (właśnie owi koledzy nauczyli mnie swego czasu wyciągać i prostować klapkę przepływomierza po wybuchach LPG w C123). Albo o nielegalnych, nocnych wyścigach po terenie niestrzeżonych ogródków działkowych w zakolu Wisły pod Kopcem Kościuszki („Dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś tutaj na punkty się ściga…?” „Panie sierżancie, wszyscy kierowcy jeżdżą na punkty – kto zbierze 21, ten przegrywa!!„). Kumpel zwany Kwiatkiem swoim pierwszym „Kaszlakiem” nie dotarł z giełdy do domu – po drodze pękła półoś. Miesiąc później, po definitywnym rozsypaniu się przekładni, sprzedał auto jak stało, ale nie zraził się do modelu: kilka lat później, dorobiwszy się własnej pizzerii, kupił dwie sztuki do dostaw. Służyły dzielnie, choć poranki, przed otwarciem lokalu, spędzały zazwyczaj w warsztatach.

Inna sprawa, że wtedy ludzie nieporównanie sprawniej radzili sobie z awariami, no i wzajemnie sobie pomagali. Pomarańczowy „Maluch” wujka Tadka zgasł kiedyś w niedzielny wieczór, gdzieś w okolicach Tarnowa, w czasie dłuższej, weekendowej wycieczki. Wujek-elektrotechnik natychmiast zdiagnozował awarię aparatu zapłonowego, ale nie miał odpowiedniej części. Na szczęście zaraz zatrzymał się inny kierowca, jak się okazało – właściciel lokalnego warsztatu. Zaholował „Malucha” do siebie, ugościł podróżnych herbatą i kanapkami, a w międzyczasie naprawił uszkodzenie i nawet nie chciał przyjąć zapłaty (przypominam – to była niedziela wieczór!!). „Każdemu się może przytrafić, jedźcie z Bogiem!!„. Rodzina dotarła do domu jeszcze przed północą.

***

Bielskie Muzeum Fiata 126p nosi imię Ryszarda Dziopaka – wieloletniego dyrektora FSM, bardzo ciepło wspominanego przez bielszczan. Ufundował je, założył i prowadzi pan Antoni Przychodzień, inżynier elektronik, który na pomysł zebrania w jednym miejscu wszystkich wersji i klonów „Malucha” wpadł po okazyjnym nabyciu dwóch egzemplarzy prawdziwego rodzynka – epoksydowego Malubatsa.

Obecnie Muzeum mieści się przy ulicy Karpackiej 44, ale miasto przygotowało już większy i wygodniejszy lokal, więc zanim się tam wybierzecie, polecam sprawdzić aktualny adres. Same zbiory robią ogromne wrażenie, podobnie jak wiedza i pasja Właściciela.

Foto: praca własna

Oto stan posiadania Muzeum na maj 2018r. O każdym z tych aut pan Antoni mógłby nawijać cały dzień. Brakuje tylko dwóch istniejących prototypów, które są jeszcze w rękach Fiata i miały podobno zostać zniszczone, ale zainterweniowało Ministerstwo Kultury (nie bez udziału pana Antoniego), jest więc szansa, że i one pojawią się tutaj.

Foto: praca własna

Ze wszystkich eksponatów najbardziej podobał mi się Malubats – plażomobil wykonany w latach 1988-89 w 45 egzemplarzach. To było zamówienie Holendrów, do użytku w ratownictwie wodnym: specyfika Morza Północnego (potężne prądy wsteczne) sprawia, że pływacy często nie są w stanie wrócić na brzeg – wtedy spieszy im na pomoc ratownik z boją przywiązaną do metalowego pałąka Malubatsa, który holuje nieszczęśnika na ląd. Konieczny jest tutaj tylny napęd, bo obciążenie boi unosi przednie koła. 126p był w swoim czasie najtańszą tylnonapędówką świata – stąd taki wybór.

Ostatnich dwóch egzemplarzy Holendrzy nie odebrali: oto jakiś genialny urzędas wymyślił, że skoro w Polsce jest hiperinflacja, to on odpowiednio podniesie cenę. Miałoby to sens, gdyby ową cenę wyrażono w złotówkach, faktycznie mających wówczas wartość makulatury. Ale nie – nasz jajogłowy podniósł cenę w holenderskich guldenach, i to na jakiś kosmiczny poziom (odpowiadający skali polskiej inflacji z 1989r.). Holendrzy parsknęli śmiechem i uznali, że w takim razie 43 sztuki im wystarczą, a producent upadł z braku dalszych zamówień. Do syndyka przypadkowo trafił pan Antoni, który dwa nieodebrane egzemplarze zakupił po cenie złomu, a w pakiecie dostał jeszcze… kompletną linię produkcyjną!! Transport całości kosztował dziesięciokrotność ceny zakupu. Produkcji nie można jednak wznowić, bo zgodnie z prawem patentowym bez zgody Fiata wolno wytworzyć maksymalnie trzy sztuki rocznie.

Nadwozie wykonano z epoksydu, z oryginalnymi, stalowymi pokrywami i pasem przednim. Fotochromatyczna szyba czołowa (jak plaża, to plaża!!) siedzi w ramie będącej też pałąkiem bezpieczeństwa. Autko waży 480 kg, można więc jeździć na kategorię B1. Charakterystyczne alufelgi z krzyżowym wzorem wykonały Zakłady Metali Lekkich z Kęt – to jedyny polski wzór alufelgi dla „Malucha”.

Foto: praca własna

Do dziś na świecie zachowało się 10 Malubatsów: 8 w Holandii i 2 u pana Antoniego

Foto: praca własna

Kamil, zawodowy blacharz pojazdowy, kręci nosem na jakość wykonania prototypu pick-upa (konkretnie – płaskiej pokrywy tylnej, powstałej przez wyprostowanie młotkiem i zaszpachlowanie fabrycznej). Przy prototypach jest to jednak norma.

Foto: praca własna

Obok wszystkich seryjnych i prototypowych „Maluchów” pan Antoni kolekcjonuje przyczepy. Zanim narodziła się „niewiadówka” N-126, w Janowie Podlaskim produkowano namiotową przyczepkę JL-126 Roztocze, ważącą tylko 270 kg i stawiającą minimalny opór powietrza. Po rozłożeniu zamieniała się ona w namiot o powierzchni 15 m² i wysokości 2,05 m, z dwiema dwuosobowymi sypialniami 1,5 x 2 m i salonem z aneksem kuchennym 3 x 3 m.

Foto: praca własna

Dość spoilerowania – jeśli chcecie bliżej poznać Muzeum i historię Fiata 126p, gorąco polecam odwiedzić pana Antoniego. Muzeum nie ma niestety strony internetowej (w ogóle promocja mocno kuleje – na przekazaniu LPT nie było nikogo poza dwójką reporterów, nami i przypadkowymi przechodniami), za to jest bezpłatne. Jego rozwój można dobrowolnie wesprzeć kupując na miejscu różne publikacje, a na wizytę należy się indywidualnie umówić pod numerem 600 152 394. Najlepiej z wyprzedzeniem – Muzeum nie działa non-stop, bo podobnie jak Automobilownia, jest niekomercyjnym projektem pasjonata (zawodowo pan Antoni prowadzi firmę zabezpieczającą budynki przed dzikimi zwierzętami, jest więc często w terenie).

***

Kiedy 126p jedzie najszybciej? Na holu„.

Dlaczego ludzie błogo się w nim czują? Bo każdej istocie robi się dobrze w pozycji embrionalnej„.

Co ma wspólnego „Maluch” z Mercedesem? W obu strefa zgniotu kończy się na silniku„.

Jak powiedzieć MALUCH po japońsku? A-CIO-TO-TAKEGO…?”.

Podobno Szwajcarzy zamówili większą partię 126p – do drążenia dziur w serze„.

Dowcipy o najpopularniejszym polskim samochodzie nigdy nie były najwyższych lotów, mnie jednak najbardziej irytują te sugerujące, że tak zwany szeroki świat na widok „Malucha” reagował niedowierzaniem, szyderstwem, albo wręcz nie dopuszczał autka do ruchu. To niewytłumaczalny paradoks: każdy Polak wie, że 126p produkowaliśmy na licencji włoskiej, ale spróbujcie komuś starszemu powiedzieć, że to konstrukcja zachodnia. W 90% przypadków zwyzywają Was od wariatów lub pogrobowców gierkowskiej propagandy. Albo napomknijcie o tym, że „Maluch” góruje nad Fiatem 500 przestronnością wnętrza (subiektywnie – o więcej niż jedną klasę), pojemnością bagażnika (o 250%) i mocą silnika (o minimum jedną trzecią, a w skrajnym przypadku – prawie dwukrotnie). „Przecież 500-tka jest kultowa, cały świat ją kocha, a „Kaszlak” to komunistyczny parch, dno i trzy metry mułu„. Taka jest siła stereotypów i ludzkich emocji, za które w tym przypadku odpowiadają nie tyle obiektywne wady produktu, co długoletni brak wyboru. A częściowo też pocieszna stylistyka 500-tki, której „Maluchowi” niestety brakuje, ale która bardzo pogarsza użytkowość.

Tak się składa, że poznałem już oba auta, więc wiem, o czym mówię. Jednak nawet bez przejażdżek średnio rozgarniętemu i NIEUPRZEDZONEMU człowiekowi wystarczy rzut oka na zdjęcia i lektura kilku liczb, by zrozumieć, że 126 przy 500-tce to jak Matiz przy 126. A jeśli chodzi o pochodzenie z mitycznego Zachodu…

Ja ów Zachód po raz pierwszy widziałem w 1992r., na pielgrzymko-wycieczce do Włoch. Centoventisei stały tam dosłownie na każdym rogu, co w autokarze wywołało reakcje w stylu „nie wierzę własnym oczom, to chyba fatamorgana z nadmiaru wrażeń„. A ja, wtedy dwunastoletni, jąkając się z onieśmielenia, tłumaczyłem panom z siwymi włosami, że „Malucha” Polacy nie skonstruowali, tylko kupili we Włoszech, a my teraz właśnie w tych Włoszech się znajdujemy. Tymczasem oni, niby dobrze to wiedząc, i tak robili miny typu irrecoverable error. Dziś mogę dodać kilka liczb: w fabryce w Cassino wyprodukowano 1,3 miliona Fiatów 126, a dalsze 900 tys. wyeksportowano z FSM (faktycznie trochę mniej, bo jako „eksport” liczono też sprzedaż Polakom przez PEWEX). Jako że w Polsce powstało w sumie 3,3 miliona sztuk, można śmiało powiedzieć, że za granicą jeździło niewiele mniej egzemplarzy niż u nas.

Nie warto też tłumaczyć, że w RFN w latach 80-tych sprzedaż Fiata 126 – wtedy produkowanego już tylko u nas – wyprzedzała Mini i Citroëna LN, a jeszcze w 90-tych nabywców znalazło 400 sztuk cabrioletów BOSMAL. Albo że ledwie kilka lat przed „Maluchem” obywatele Bundesrepubliki powszechnie kupowali Isetty – z jednym cylindrem (nie dwoma), mocą 12 KM (nie 24), jednymi drzwiami (nie dwojgiem) i nadwoziem długości 2,2 metra, pozbawionym jakiegokolwiek bagażnika (a nie 3,05 metra z 80-litrowym kufrem). A potem jechali tym ustrojstwem przez Alpy do Włoch, czasami z przyczepami takimi jak JL-126, tylko mniejszymi i ciaśniejszymi. Nie mówiąc już o Japończykach i ich wczesnych kei-carsto na ich widok maluchowcy powinni krzyknąć A-CIO-TO-TAKEGO…? – nie odwrotnie. Tylko że w Polsce nikt w to nie uwierzy – bo przecież „na Zachodzie Malucha do ruchu nie dopuszczali, bo zbyt powolny i niebezpieczny„.

Przy całej niedorzeczności tego bajdurzenia, tragiczny poziom bezpieczeństwa był faktem. Mity o niedopuszczeniu do ruchu wzięły się być może stąd, że w 1975r. niemiecki „Auto Motor und Sport” rzeczywiście przeprowadził crash-test Fiata 126. Wynik? Wyrwane mocowania pasów bezpieczeństwa i wypadnięcie ZAPIĘTEGO manekina kierowcy przez szybę czołową. Warto jednak dodać, że bezpośredni konkurenci nie prezentowali się wcale lepiej.

Właśnie „Malucha” dotyczył pierwszy śmiertelny wypadek, jaki widziałem na własne oczy – gdzieś w dzisiejszym lubuskim, w sierpniu 1987r., w drodze na pierwsze w życiu nadmorskie wakacje w Międzyzdrojach. Czołówka „Malucha” z autobusem przy wyprzedzaniu. Miałem wtedy siedem lat. Mama nie zdążyła zasłonić mi oczu – tamten widok pamiętam do dziś.

Jednak nie zawsze było tak źle. Wujek Tadek, niedługo po zakupie „Malucha”, pojechał kupić bożonarodzeniowe karpie. Na świeżym śniegu nie opanował auta i wpadł do głębokiego rowu lądując na prawych drzwiach. Na szczęście i on i pasażerka, jego teściowa, jechali w pasach, więc wyszli z tego bez szwanku. Z auta wysiadali górą, drzwiami kierowcy, jak przez właz czołgu. O dziwo, zmęczona życiem karoseria wcale nie wyglądała wiele gorzej niż przed wypadkiem i nie wymagała interwencji blacharza!! Ucierpiały tylko karpie, które trzeba było łowić po całej kabinie.

Gdy wujek Ludwik pracował w Libii, jego zieloną 600-tkę kilka razy rozbijali różni członkowie rodziny. Raz nawet poważnie, centralnie przodem, jednak i tutaj, szczęśliwym trafem, nikt nie ucierpiał. Rekonstruowany tonami szpachli „Maluch” dożył 2001r., kiedy to ojciec wujka za jego zezłomowanie wziął 4.000 zł dopłaty do nowego Uno. Do końca życia chwalił się, że sprzedał auto za 20-krotność wartości.

Z ciasnotą też sobie radzono: szwagier wujka Ludwika, architekt, jeździł „Maluchem” do Włoch z czteroosobową rodziną. Do dziś wspomina sensację, jaką wywoływali na campingach pakując się w drogę powrotną: tłum tubylców oglądał ich jak przedstawienie, podziwiając polski kunszt wykorzystania przestrzeni. A tata Maćka, pomysłodawcy naszej wyprawy, wiózł „Maluchem” pralkę – z Czeladzi do Krakowa.

***

Temat przestrzeni bagażowej pozwala płynnie przejść do przedostatniego testowanego „Malucha” – Bartkowego BISa z 1990r.

BIS pojawił się na rynku w 1987r. i był zapowiadany jako rewolucja. Faktycznie, cztery najważniejsze zmiany w stosunku do klasycznego 126p nie przenoszą może jazdy w inny wymiar, ale czynią wyraźną różnicę.

Najważniejsza modyfikacja to oczywiście leżący i chłodzony wodą silnik o pojemności zwiększonej do 703 cm³. Pracuje wyraźnie ciszej i spokojniej, z wyjątkiem wolnych obrotów, kiedy trzepie się jak każda pojedynczo wykorbiona dwucylindrówka – „praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb” (cytat). Znacznie żwawiej rusza też z miejsca, wygrzebuje się z niskich obrotów i podjeżdża pod górę. Na otwartej drodze przewaga szybkości nie jest już tak widoczna.

Leżący silnik umożliwił wygospodarowanie 110 litrów dodatkowej przestrzeni bagażowej z tyłu: podobnie jak np. VW Typ 3, BIS posiada dwa bagażniki, z czego ten drugi daje się powiększyć przez złożenie kanapy. To sprawa nie do przecenienia dla każdego, kto kiedykolwiek upychał większe przedmioty w zwykłej 126-tce.

Po trzecie – w tej wersji ślimakową przekładnię kierowniczą zastąpiono zębatkową, co bardzo poprawiło precyzję działania. Widać to zwłaszcza przy bezpośredniej przesiadce, której miałem okazję doświadczyć – BISem można bardzo przyjemnie, sportowo ciąć zakręty. Gdyby przerobić go na małego roadsterka, zabawy byłoby co niemiara (ależ bym sobie poszalał po górach Malubatsem!!).

Po czwarte wreszcie – fotele Inter Groclin ze zintegrowanymi zagłówkami dały odrobinę wytchnienia mojemu kręgosłupowi. Różnica jest znacząca – co najłatwiej docenić przy przesiadce w drugą stronę.

Z tej perspektywy można nie poznać, że to szczególna wersja

Foto: praca własna

Dopiero z tyłu zauważamy brak wlotów powietrza chłodzącego i ogromną, tylną klapę unoszoną wraz z szybą (wyposażoną w wycieraczkę – kolejny wyróżnik BISa). Niniejszym, na krótki moment, „Maluch” przeistoczył się w hatchbacka. A czym był wcześniej? Sedanem na pewno nie, coupé też nie bardzo. Włosi nazywają takie nadwozia berlinetta – zupełnie jak w Ferrari!!

Foto: praca własna

Jest różnica, prawda? Tym bardziej, że kanapę można złożyć, a przedni bagażnik pozostał bez zmian.

Foto: praca własna

Ilu z Was dolewało w „Maluchu” płynu chłodniczego…? Tutaj można. Na marginesie: Piotrek z FL-a w szkole samochodowej znał przypadek początkującego praktykanta, którego starsi koledzy wkręcili każąc dolać wody do 126p (bynajmniej nie BIS-a). Chłopak bez zastanowienia dolał pod sam korek, z tym że to był korek wlewu oleju. Na tym zakończyły się jego praktyki – w pierwszym dniu.

Foto: praca własna

Obrotomierz po lewej stronie kokpitu to dołożone przez właściciela akcesorium…

Foto: praca własna

…ale termometr wody zastępujący udawany check-panel jest już jak najbardziej fabryczny.

Foto: praca własna

BIS to w mojej opinii najlepszy „Maluch”, jeżdżący jak gdyby był modelem kolejnej generacji. Bo tak naprawdę, to on miał nim być, tylko jego karierę po czterech latach zakończyły dwie sprawy: uruchomienie produkcji Cinquecento i konstruktorska niedoróbka w postaci nieprzeniesienia dopływu oleju do wałka rozrządu, przy obróceniu silnika o 90º. W BISie olej dopływa więc z boku zamiast z góry i przy częstym używaniu pełnej mocy (a przy 25 KM trudno tego nie robić) czasami go nie wystarcza. Producent wydał majątek na gwarancyjne naprawy, aż wreszcie dorobił dwa dodatkowe dopływy, z góry i z drugiego boku, usuwając problem. Ale to dotyczyło już jednostek montowanych w CC.

Aaa, byłbym zapomniał: Bartek zafundował swojemu BISowi… zdalne odpalanie smartfonem przez Bluetooth: gapie na bielskim rynku, z twarzami przyklejonymi do szyb pustego i zamkniętego na klucz auta, z przerażeniem odskakiwali słysząc nagle dźwięk rozrusznika – istny samochód-widmo, jak z horroru o Christine…!! Kiedy indziej ja, chcąc przeparkować auto, zawołałem głośno – PALIMY!! – jeszcze zanim wsiadłem, a silnik posłusznie ruszył, jakby na powitanie. To samo z gaszeniem po wysiadaniu. Miny przechodniów – bezcenne 🙂

***

Mówiłem już o człowieku, który w Kalwarii proponował nam części. Takich sytuacji było więcej: w centrum Bielska, gdzie po wizycie w muzeum szliśmy na obiad, z okna jednej z kamienic ktoś zauważył pięć parkujących równocześnie „Maluchów”. „Chłopaki, chcecie nieużywany mechanizm wycieraczek”…?A za ile?” „Wspomnijcie mnie na odpuście…!!„. Z kolei w czasie pokazu LPT pewien starszy pan wyjawił, że posiada całą piwnicę gratów, a jego kolega – cały garaż.

Oczywiście, odwiedziliśmy ich. Panowie zostali wtajemniczeni w istotę naszej wyprawy i pozwolili opublikować zdjęcia.

Mem: Bartek

Foto: praca własna

Foto: Kamil

Pakowanie tego całego kramu (włącznie z kompletnymi drzwiami kierowcy – dzięki Bogu mieliśmy na podorędziu BIS-a z jego bagażnikiem)  zajęło dobrze ponad godzinę. W międzyczasie moja żona nauczyła się sporo o technice samochodowej: wcześniej znała ją głównie z rysunków i animacji na YT, a tutaj, z wielkim zaciekawieniem, macała wał korbowy i głowicę z zaworami, skakała na sprężynach zawieszenia i przesuwała palcem synchronizatory na wałku skrzyni biegów. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy zamiast pakować tyle żelastwa nie byłoby łatwiej złożyć je do kupy, zatankować i wrócić w sześć aut zamiast pięciu. W każdym razie koledzy obłowili się za całe 300 zł (na tyle uzgodnili wartość transakcji).

Ile skarbów, być może znacznie cenniejszych, skrywają jeszcze polskie garaże…?

Foto: praca własna

***

Produkcja Fiata 126p, pod koniec swej kariery oficjalnie nazwanego Maluchem, zakończyła się 22 września 2000r. – po dokładnie 27 latach i 2 miesiącach. Ostatnia cena bazowa wynosiła 12.200 zł, czyli niemal dokładnie 6 średnich pensji. To niecała 1/4 wartości z 1974r., co jednak ważniejsze, za tyle autko dało się kupić od ręki, bez talonów, asygnat i losowań, poza tym na rynku roiło się od wszelkich alternatyw, nowych i używanych. W warunkach (relatywnie) wolnej konkurencji ostatni pełny rok produkcji, 1999-ty, zakończył się sprzedażą 30.609 Maluchów, co stanowiło mniej niż 1/8 rekordu z 1980r., ale wciąż dawało 4,84% rynku i piąte miejsce na liście bestsellerów, za Seicentem (83 tys.), Matizem (64 tys.), Lanosem (51 tys.) i Felicią (35 tys.). W niepamięć odeszły więc czasy, kiedy ranking sprzedaży składał się z zaledwie kilku modeli, w kolejności dokładnie odwrotnej do hierarchii cen.

Ostatnie Maluchy należały do pożegnalnej, limitowanej serii Happy End. A czy happy endem skończyły się maluchowe epopeje Polaków?

Wujek Tadek jeździ dziś używanym, ale ładnym Civikiem z komisu mojego taty. Dorobił się go tuż przed emeryturą, kiedy Hutę Katowice, sztandarową inwestycję PRL, przejął jeden z największych kapitalistycznych wyzyskiwaczy w świecie – Lakshmi Mittal.

Kolega taty zwany Małym Tadkiem do dziś remontuje domy, choć teraz to głównie Anglikom. W Polsce i on ujeżdża używaną Hondę, lecz nie ekscytuje się już tankowaniem, płynną regulacją wycieraczek, a nawet czujnikiem deszczu. Samochód traktuje równie beznamiętnie jak odkurzacz albo kielnię.

Wujek Ludwik prowadzi własną firmę geologiczną. Znów własnoręcznie odbudowuje auta, ale już nie „Maluchy” do jazdy codziennej, tylko piękne klasyki do kolekcji: MG TD, Volkswagena Typ 3 i zakupionego niedawno, przedwojennego Opla (tu na przejażdżkę przyjdzie dłużej poczekać). 126p trzyma za to w szopie od lat jego syn, mój kuzyn Paweł. Nie sprzeda, będzie robił.

Szwagier wujka, architekt, do Włoch jeździ dziś salonowym Mondeo oszczędzając swój zmysł przestrzenny na cele zawodowe.

Teściowie kupili w 2010r. nową Mazdę 6.

Pan doktor pediatra niestety nie żyje – zmarł mocno przedwcześnie, bodajże w 1993r. (pamiętajcie, drogie dzieci – papierosy to śmierć, nawet dla lekarzy w sile wieku). Zakonserwowany i oznakowany „Maluch” z autoalarmem pozostał jego ostatnim pojazdem w życiu.

Chłopaki z osiedla przez ostatnie lata pozaliczali całe mnóstwo pięknych, sportowych modeli, których nawet nie potrafię wyliczyć. Wśród nich była testowana tu kiedyś Mazda RX-7, były mocne BMW i Subary Imprezy, jest też aktualny Civic Type R, a ostatnio nawet klasyki – 125p i E30

A starszym Polakom wciąż często nie mieści się w głowie, że „Malucha”, którego postrzegali jako obciach i zarazę, niektórzy kupują dziś dobrowolnie i jeszcze się cieszą. Tak jak Maciek, który w swej działalności gospodarczej tłucze tysiące kilometrów dieslowskim Focusem, ale w weekendy przesiada się do elx-a – jak sam mówi, „z klekoczącego dostawczaka do limuzyny prezesa” – i dopiero wtedy czuje radość z jazdy. Trudno o lepszy dowód na nieskończoną względność i subiektywizm ludzkich sądów. A także na destruktywność wszelkiego zniewolenia i braku wyboru, które przez lata budziły w Polakach tyle negatywnych emocji wobec dość przyjemnego, miejskiego autka.

***

Nie chciałem głośno mówić o tym chłopakom, ale przez całą wycieczkę zastanawiałem się, czy objedziemy bez awarii – wszak 200 km razy 5 samochodów to równy tysiąc, a statystycznie, na takim dystansie…. No i faktycznie, w drodze powrotnej, przed Wadowicami, po otwarciu szlabanu kolejowego auto Kamila nie odpaliło!!

Na szczęście chodziło tylko o rozładowany akumulator – jak widać, w egzemplarzach z prądnicą zdarza się to nawet w trasie (wszysyko przez obowiązek jazdy na światłach: pamiętam dyskusję toczoną w tej sprawie w „Motorze” w latach 90-tych, gdzie jednym z głównych argumentów przeciw były właśnie prądnicowe „Maluchy”). Odpaliwszy na pych pojechaliśmy dalej, z tym że my z Anią, korzystając z nieplanowanego postoju, odrobinkę przed czasem przesiedliśmy się do Maćkowego Eleganta, pozostawionego na koniec z przyczyn obiektywnych (chronologia) oraz praktycznych (by odwieźć się do domu – bo nie całe towarzystwo mieszka w samym Krakowie).

Hardkorowi fani mówią, że Elegant to nie „Maluch”. Ja staram się jednak unikać uprzedzeń, poza tym cenię komfort, a w elx-ie jest on zdecydowanie najlepszy: wygodniejsza kierownica, przyjemne, tekstylne obicia, no i bezwładnościowe pasy (niestety tylko z przodu). Gdyby jeszcze wrzucić Inter Grocliny z BIS-a, byłby maluchowy ideał.

Bezbarwne kierunki i czteropaskowy znaczek Fiata to najbardziej widoczne wyróżniki ostatnich serii. LEDowe światła dzienne to oczywiście współczesne akcesorium, podobnie jak większe koła, które niestety ocierają o nadkole przy pełnym skręcie w lewo – z tego powodu Maćkowym autem źle się zawraca (przywrócenie oryginalnych kół jest w planach na bieżący sezon).

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Z wyposażenia zapadł mi w pamięć brzęczyk sygnalizujący włączenie ssania. Trochę denerwujący, ale przynajmniej nie pozwalający zapomnieć.

Foto: praca własna

W nie-BISach pseudo-check-panel pozostał do końca

Foto: praca własna

Silnik ’98 niewiele różni się od ’78. Moduł zapłonowy zastępujący mechaniczny przerywacz nie rzuca się w oczy, a najbardziej widoczną różnicą jest czarna puszka z lewej strony, która wyłapuje opary paliwa

Foto: praca własna

Po przesiadce z BISa jazda Elegantem musiała przynajmniej lekko rozczarować z uwagi na gorsze fotele oraz głośniejszy i słabszy silnik. Ten ostatni, w połączeniu z intensywną dyskusją podsumowującą dzień, przyprawił mnie o lekki ból gardła (ponad godzina przekrzykiwania go nadwerężyła mój głos), a i plecy nie poczuły się dobrze.

Największym problemem była jednak moc: redukcja na trzy okazywała się konieczna jeszcze zanim spostrzegłem wzniesienie, a parę razy musiałem nawet wrzucić dwójkę!! Pod górę w Mogilanach, o której pisałem już kiedyś przy okazji Mercedesów, wyprzedzały nas autobusy, bo elx nie przekraczał 50-tki (podczas gdy rankiem, autem Kamila, wyjechałem tam bezproblemowo na czwórce). Maciek przypisywał słabość auta szerszym oponom, ale ja średnio wierzyłem, że to taka różnica. No i faktycznie, następnego dnia dostałem wiadomość o odkryciu poluzowanej linki gazu, która zamiast otwierać w pełni przepustnicę zsuwała się z uchwytu. To wyjaśniło wcześniejsze, dosadne nawoływania mnie do zwolnienia, no i potwierdziło ogólnie znaną prawdę, że polskimi samochodami nie sposób jeździć bez znajomości podstaw mechaniki.

Broniąc honoru swojego auta Maciek zapraszał mnie na ponowny, krótki test dynamiki, ale ja uwierzyłem mu na słowo. Przysłał jeszcze poniższe zdjęcie obalające mit o niepraktyczności bagażnika 126p 😉

Foto: Maciek

***

Na każdej przejażdżce, czy to Syreną, czy Bentleyem, próbuję wczuć się w klimat. Dzięki 200 kilometrom w pięciu „Maluchach” naprawdę zaznałem radości milionów Polaków, którzy swego czasu spełnili swój sen o własnym samochodzie. Ułomnym, ale prawdziwym i – podkreślę to jeszcze raz – wcale nieodbiegającym od modeli, które motoryzowały Zachód. Tyle tylko, że tam działo się to 20 lat wcześniej.

Mimo wszystkich PRL-owskich patologii 126p był dla Polski ogromnym skokiem. Choć wiecznie wyśmiewany, realnie istniał i dowoził ludzi, gdzie chcieli, urzeczywistniając sformułowaną przez Karla Benza ideę osobistej mobilności. Łatwo naigrywać się z ciasnoty, ślamazarności i awaryjności „Malucha”, jednak miliony kierowców marzyło o nim latami, cierpliwie czekając i płacąc prawdziwą fortunę – bo swoboda podróżowania jest wartością bezcenną. Wujkowie dziesiątki razy odwiedzali nas „Maluchami” i wojażowali po całej Polsce. Sławek do dziś dojeżdża do pracy „Maluchem” (choć akurat nie tym opisywanym tutaj), a i ja, po niewczasie, obróciłem Bielsko – dla zabawy, ale bezawaryjnie i szybciej niż wyliczyła współczesna nawigacja (choć przyznaję, że z bagażem, w gorszej pogodzie lub na autostradzie nie byłoby tak różowo). Ile milionów takich wycieczek umożliwił Polakom Fiat 126p…? Ile tysięcy babć widywało dzięki niemu regularnie swe wnuki…?

Łatwo wałkować suchary o „Kaszlaku”, ale to równie głupie, jak podniecanie się wyjątkowością „pereł PRL-u” – jedno i drugie świadczy o nieznajomości dawnych realiów. Dla tego z tych wszystkich dowcipów mnie najbardziej podoba się taki: zimą, w mrozie i śnieżycy, przemarznięty tłum od godziny daremnie czeka na przystanku PKS. Nagle zatrzymuje się „Maluch”. Kierowca wychyla głowę z suchego i jako-tako nagrzanego wnętrza wołając zgryźliwie: “przepraszam, może ktoś z państwa opowie mi teraz jakiś dowcip o „Maluchu”…?” – po czym natychmiast odjeżdża. To najlepsze podsumowanie każdego taniego i wyśmiewanego samochodu.

W 2000r., kiedy żegnaliśmy „Malucha”, zespół Big Cyc wydał piosenkę „Mały Fiat przetrwa jeszcze tysiąc lat„. Choć pełna uproszczeń i błędów (jak większość popularnych źródeł na temat PRL-u i dawnej motoryzacji) ma ona w gruncie rzeczy rację. To auto zawsze będzie nasze, nie włoskie – tak jak Hindustan jest indyjski, a Dacia 1300 rumuńska, „jak lew jest król dżungli, a szczupak król wody” (cytat). A dzięki takim ludziom jak Maciek, Kamil, Sławek, Piotrek, Bartek, oraz oczywiście pan Antoni – naprawdę ma szanse przetrwać tysiąc lat.

MAŁY FIAT PRZETRWA JESZCZE TYSIĄC LAT

Foto tytułowe i końcowe: praca własna

Share Button
Tagi: , , , , , ,
101 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NAJLEPIEJ NAM BYŁO PRZED WOJNĄ… cz. II
  1. Fabrykant napisał(a):

    Maluch to całkiem fajne auto, zwłaszcza, że był pierwszym jakie prowadziłem własnoręcznie i własnonożnie.
    To ja też się dołożę do historii- w czasach studenckich, mój szanowny przyjaciel Kunta posiadał był Malucha kupionego za wspomniane kilkaset złotych w stanie rudery. Ów maluch miał następującą przypadłość – po zahamowaniu hamulce blokowały się na stałe i trzeba było je rozebrać, żeby auto pojechało dalej. Mój kumpel, jako zapalony mechanik rozbierał, czyścił, składał, regulował, ale bez specjalnych rezultatów. W końcu zaciął zęby i jeździł tym pojazdem nie hamując w ogóle. Doszedł do poziomu kilku dni jeżdżenia po mieście bez dotykania hamulca. Nie wolno było się tylko tym maluchem spieszyć, co było dość trudne. Inna rzecz, że w latach 90-tych ruch był jednak mniejszy niż dziś.

    • SzK napisał(a):

      Jazdę bez hamowania też często ćwiczyłe, w celu trenowania płynności i obniżania spalania. Ale hamulce przy tym miałem, więc stresu nie było…

    • benny_pl napisał(a):

      prosta sprawa – bolec naciskajacy na pompe hamulcowa nie cofal sie calkowicie, przez co plyn hamulcowy nie mogl wrocic, a szceki scisnac sie z powrtorem do pozycji wyjsciowej – wystarczylo by zapewne dac po dwie-cztery podkladki miedzy pompa hamulcowa a mocowanie do karoserii

      • Fabrykant napisał(a):

        Ależ hamulce były. Tylko jednorazowe 🙂

      • Jakub napisał(a):

        Niekoniecznie, miałem podobną sprawę w Wołdze. Tam winowajcą okazało się uszczelnienie tłoczka – nowe, z zestawu naprawczego było dłuższe o milimetr czy dwa od starego, i to wystarczyło aby zasłonić kanał odpływu płynu hamulcowego.

  2. Klakier napisał(a):

    Mój znajomy starszy już wówczas człowiek i posiadacz „lekko” wiekowego malucha pewnego razu zauważył że siedzi w nim coraz niżej i postarał się tym faktem zainteresować mnie i moich kolegów ,fakt gość miał prawie dwa metry a szczękę jadąc w maluchu miał na wysokości parapetu drzwi jak jakiś współczesny funboy w zdechłym bmw ,vw, czy tam w innym audi (niepotrzebne skreślić) .Po badaniu pacjenta okazało się że prowadnice fotela jadą 5cm ponad asfaltem a facet przyzwyczaił się do powolnego opadania…

    • SzK napisał(a):

      W pierwszym aucie w deszczu jeździłem w kaloszach, bo od spodu pryskało błoto. Ale fotele się trzymały… 🙂

      • Klakier napisał(a):

        W moim pierwszym aucie (skoda 100) zaliczenie dość głębokiej i długiej kałuży przy szybkości około 60 Km/h zakończyło się wyrwaniem uszczelnień pomiędzy błotnikiem a nadkolem wraz z kawałkiem tego ostatniego i to w miejscu z którego woda wdarła się do kabiny,nie nie miałem gumiaków ,nie byłem przygotowany na taką ewentualność spodnie miałem mokre do tyłka…

      • Dawdzio napisał(a):

        Deszcz…
        Wybrałem się kiedyś do znajomego zimową porą. Niedaleko, 30km, bo gaźnik jeszcze nie był całkowicie ustawiony. Zima była ciepła, więc po drodze zaczeł padać deszcz, a ja zorientowałem się, że cieknie mi przednia szyba. A żeby tego było mało, to cała woda spływała po uszczelce w jej róg i spadała tuż nad skrzynką z bezpiecznikami (na szczęście mijała ją). Gdy dojechałem na miejsce postanowiłem wymacać którędy płynie, żeby móc zapobiec ewentualnemu zwarciu. Wsadziłem łapę i… siwy dym. Poszło zwarcie, a ja w panice rzuciłem się do bagażnika po klucz od klemy. Po opanowaniu sytuacji zdiagnozowałem całkowity brak świateł spowodowany spaleniem się przewodów pomiędzy akumulatorem, przełącznikiem a bezpiecznikami (co ciekawe wszystkie bezpieczniki były dobre). Zmontowałem awaryjnie zasilanie bezpośrednio z akumulatora i poszedłem do znajomego.
        Przyszedł czas powrotu, odpaliłem, wyjechałem i rozpętało się piekło. Ciemna droga przez las, burza, wiatr mocno odczuwalny dla samochodu, a ja tylko na krótkich z nosem przy szybie. Po pewnym czasie zorientowałem się, że co jakiś czas miga sobie kontrolka od długich. Wymacałem luźny przewód, który, w panice odpięty przeze mnie od włącznika, bujał się i zwierał do bezpieczników. Poprawiałem go tego wieczoru jeszcze kilkukrotnie…

        Innego razu zmieniłem ramiona wycieraczek, bo poprzednie, mocowane za pomocą jednej śruby, po paru minutach pracy leciały bardziej po podszybiu niż po szybie. Korzystając z okazji wymieniłem także wycieraczki, ale kupiłem ciut za długie. Podczas montażu złamała się sprężyna w jednym z ramion, więc uznałem, że pòki nie będzie kompletu ramion to nie założę krótszej wycieraczki, szczególnie, że poza lekkim zachodzeniem na uszczelkę wszystko było w porządku. Aż kiedyś, wracając do domu trafiłem na ulewę. Ściana deszczu. Jadące z naprzeciwka samochody powodowały taki rozrzut wody, że przez kilka sekund zostawałem bez wizji, bo ta spływała wtedy z dachu i szyby. Nic więc dziwnego, że wycieraczki leciały na pełnych obrotach. No i w pewnym momencie słyszę tylko stuk i delikatne tarcie. Zanim zdążyłem się zorientować co się stało samo ramię wycieraczki zrobiło już kolejną rysę na szybie (pierwszą, szeroką, dostałem w spadku po poprzednim właścicielu i chromowanej wycieraczce zjechanej do zera). Dalszą część trasy przejechałem już bez wycieraczek, z nosem na szybie, ale przy kolejnym z rzędu obmyciu samochodu przez wodę oberwało się i mnie. Cały mokry z jednej strony spojrzałem w kierunku źródła wody. Szyba się uchyliła… Bardzo ciekawe były także spojrzenia obsługi stacji benzynowej, kiedy podjechałem, wysiadłem, zabrałem wycieraczkę z podszybia, rzuciłem ją do środka i pojechałem dalej 😀
        Jeżdżę Trabantem (i jestem z tego dumny) 🙂

        Jeszcze innego razu wybrałem się motorowerem do rodziny. Też niedaleko, 20km. Tego dnia było burzowo, ale akurat wyszło słońce, więc liczyłem na to, że tak już zostanie. Po drodze złapał mnie ciepły deszczyk, nie przejąłem się nim zbytnio. Bardziej utrudniło mi życie to, co zaczęło się jak dojechałem na miejse. Padało wtedy wszystko. Deszcz, śnieg, grad, pewnie i żaby również. Po kilku godzinach ulewa przeszła więc korzystając z okazji chciałem wrócić do domu tym czym przyjechałem, chociaż znajomy zaoferował mi swojego 126p (jak to powiedział wujek: „No chociaż na głowę ci nie będzie padać.”). Ledwo wyjechałem, ulewa wróciła. Światła jak świeczki, kask orzeszek, a więc powieki bolą, bo mocno zaciśnięte w celu ochrony przed deszczem. Po kilkuset metrach zatrzymałem się, przeszukałem kieszenie, założyłem na nos znalezione ciemne okulary i patrząc przez szczelinę pomiędzy nimi a kaskiem ruszyłem do domu. Gdzieś w połowie drogi przestało padać, nawet zdążyłem wyschnąć pomimo przemoknięcia do suchej nitki. Jedynie coraz liczniejsze błyskawice mąciły mój wewnętrzny spokój, bo przez niektóre fragmenty drogi byłem jej najwyższym punktem, ale tym razem się udało 😀

  3. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Bardzo zacnie. W sumie to się zgadzam – Maluch, jęki był, taki był, ale BYŁ. Może ciasny i mało praktyczny, ale jakościowo nieporównywalnie lepszy od wiecznie zepsutej, przedpotopowej Syreny (która, jak wiadomo, nie jest samochodem). Sam co prawda większy sentyment mam do Trabanta (mój nieodżałowany dziadek jeździł takowym, o czym zresztą pisałem), ale i Kaszla nauczyłem się cenić po latach. Szczególnie po tym, jak trochę pojeździłem kilkoma egzemplarzami. I tak, kiedyś w końcu o tym napiszę. Kiedyś.

    A co nadwozia – technicznie rzecz biorąc, to… fastback.

    • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

      *nie jęki, a jaki, rzecz. Jasna. Pisanie z telefonu prawdaż.

    • SzK napisał(a):

      Trabantem bardzo chętnie bym śmignął – też uważam, że praktyczność już na oko jest o niebo lepsza, nie wiem tylko jak z prowadzeniem, bo to w końcu znacznie starsza i bardziej archaiczna konstrukcja. Do tego wyższe spalanie, no i wszelkie uroki dwusuwa. Ale bagażnik Trabanta faktycznie miażdży.

      • benchi napisał(a):

        Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej.
        W listopadzie sprzedałem 601, a w maju 1.1.
        Oba odrestaurowane.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        moje przygody z trabantem pewnie pamiętacie – był to jedyny samochód, w którym spowodowałem wypadek – postawiłem go na boku i na dachu; powód – miks braku doświadczenia, dziury w drodze i beznadziejnego prowadzenia auta po wymianie zawieszenia (601 dostał zawieszenie od 1.1)

      • benny_pl napisał(a):

        musisz sie przejechac! srednio zadbany Trabant prowadzi sie o niebo lepiej od srednio zadbanego malucha, moje Trabanty bardzo dobrze sie prowadzily, zawieszenie nie jest takie archaiczne, zupenie podobne do maluchowego, zato z zebatkowa przekladnia kierownicza! i mowie tu o dwusuwach, przydala by sie ta przejazdzka wlasnie teraz, gdy dobrze pamietasz jazde maluchem

      • Dawdzio napisał(a):

        W takim razie ponownie zapraszam 🙂
        Prowadzenie miło cię zaskoczy, a spalanie wcale nie jest takie ogromne. Przy czterech osobach, w trasie, wyszło mi ok. 5,5l/100km (zimowe 16l/100km po mieście przemilczę 🙂 ).

      • Karol napisał(a):

        Miałem swego czasu malucha, a później dwa trabanty: 601 hycomat i 1.1. Powiem Ci, że pod względem prowadzenia trabant na pusto to była tragedia. Twardy jak taczka. Po załadowaniu robiło się bardziej komfortowo, ale tył mógł sprawić niezłą niespodziankę.
        Dwusuw bez problemu zamykał licznik, ale zasłona dymna za nim była widoczna i odczuwalna z bardzo daleka. Dodatkowo niezbyt wygodna pozycja za kierownicą (pedały przesunięte w stronę środka pojazdu), ale za to pasażer mógł spokojnie operować pedałem przyspieszenia :). Jeżeli chodzi o miejsce wewnątrz, to z przodu było ciut lepiej niż w maluchu (trochę szerzej, trochę więcej miejsca na nogi no i wyżej), natomiast z tyłu poza wysokością, to w sumie chyba podobnie. Jak ktoś miał nogi, to ciężko było się zmieścić, ale jechać się dało.
        1.1 oczywiście inna kultura pracy, przyspieszenie, biegi w podłodze, ale już nie ten klimat.
        A bagażnik rzeczywiście był spory, szczególnie w porównaniu z maluchem, chociaż trochę ograniczało pojemność koło zapasowe postawione pionowo.

      • Dawdzio napisał(a):

        Karol miałeś może resor na tyle? Mam sprężyny i jest raczej jak piłka, po rozbujaniu tyłu sam jeszcze chwilę skacze (trzeba bardzo uważać przy przejeżdżaniu przez progi zwalniające). Może to kwestia najprawdopodobniej zdechłych amortyzatorów, ale w porównaniu do Cinquecento 700 znacznie lepiej wybiera nierówności. Aktualnie mam obok domu tymczasowy most i wszyscy się po nim wleką, a ja idę jak burza i nie narzekam.
        Rzeczywiście trzeba być lekko skręconym, ale osobiście bardzo mi ta pozycja odpowiada. Być może dzięki temu, że wolę mieć bardziej pochylone w tył oparcie, ale dobrze się jeździ o ile tylko pasażer nie rozwali się jakby był sam, bo właśnie taka pozycja za kierownicą (nogi szeroko) gwarantuje tu wygodę.
        Co do ilości miejsca z przodu to się nie zgodzę. W maluchu siedzę zwykle jak na niskim taborecie.
        A zasłona dymna – kwestia regulacji. W lecie ciepły dwusuw powinien jedynie puszczać lekki dymek z rury, zabawa zaczyna się wraz ze spadnięciem temperatur do poziomu wymuszającego użycie ssania 🙂

  4. RRR napisał(a):

    Moja mama przez kilka miesięcy miała chyba pierwszego BISa w mieście i jednego z pierwszych w ogóle wyprodukowanych. Był wadliwy – płyn chłodniczy ciekł do cylindra przez pęknięty blok, co ciekawe, dwa kolejne (pierwotny i wymieniony na gwarancji) silniki miały tę samą przypadłość, więc ostatecznie go oddała i dostała zwrot pieniędzy.
    Właśnie ten BIS był przyczyną ciekawej przygody, kiedy przyjechała do warsztatu i poprosiła o dolanie ubywającego płynu. Mechanik upewnił się, że chce uzupełnić płynW TYM SAMOCHODZIE i zawołał kolegów: „chłopaki, pani chce, żeby jej dolać Borygo do malucha!”. Zbiegło się kilku facetów, a ten „początkowy” dość lekceważącym tonem zapytał „no to gdzie mam wlać?”, na co moja mama podniosła pokrywę silnika mówiąc „tu”. 😀
    Pan zawstydzony poczerwieniał i przeprosił.

    • benny_pl napisał(a):

      ze co? plyn w bisie dolewa sie w slupku po podniesieniu klapy tylnej, a nie pod pokrywa silnika

  5. nudny napisał(a):

    Pamiętam jak w podstawówce zwróciłem uwagę na nietypowego Malucha zaparkowanego nieopodal mojego bloku. Miał większą tylną klapę bez wlotów powietrza, i poprzez zdjętą tylną półkę widziałem normalny bagażnik. Wtedy byłem niemal przekonany że ktoś zrobił Malucha z silnikiem z przodu (no bo skoro z tyłu był bagażnik to z przodu musi być silnik). Teraz przypomina mi się reklama VW Typ3 umieszczona we wpisie o w.w. modelu – „Ask your local dealer, he’ll show you where the motor is”.

  6. Tadeusz napisał(a):

    Dzien dobry wszystkim.Jestem wiernym czytelnikiem tego i innych blogów motoryzacyjnych i pozwoliłem sobie na mój pierwszy wpis.Mam 54 lata i chyba już piętnasty samochód w posiadaniu ale moja przygoda z motoryzacją samochodową(nie motorowerową)rozpoczęła się właśnie od Fiata 126p.W 1982 roku zatrudnłem się w PP Polmozbyt jako mechanik i zacząłem pracę w dziale przygotowania do sprzedaży tych pojazdów.Gdy PKP podstawiało wagony to trzeba było je rozładować,często po godzinach pracy,zwieżć wszystko na plac a później po tzw.przeglądzie zerowym szły do szczęśliwych odbiorców z przedpłat.W tym okresie wzorując się na starszych kolegach z pracy złożyłem sobie malucha z fabrycznie nowych części lecz z używanym nadwoziem lekko robitym z przodu odkupując go od kogoś kto dostał nowe poprzez PZU.Przed ostatecznym montażem calości systematycznie gromadziłem potrzebne części robiąc z mojego pokoju mały magazyn.Wreszcie w roku 1986 dumny wyjechałem tym czerwonym cudem na światło dzienne.

    • SzK napisał(a):

      Super historia, bardzo dziękuję za podzielenie się!! Jak długo to autko jeździło?

    • Qlty napisał(a):

      A części z Pilmozbytu płacone?

    • Klakier napisał(a):

      Nie wiem skąd jest Tadeusz ale w moim mieście Polmozbyt był oddalony od rampy PKP ok 3Km ,i tak jak Tadeusz napisał te samochody wożono na tzw wahadle ,czyli kilku kierowców czy tam mechaników jechało tym co było pod ręką na stację i wracali nówkami ,następnie przesiadali się do jednego z tych nowych ,który miał najwięcej paliwa i wracali po następne ,po następnym wahnięciu wracali już innym żeby tamten pierwszy nie wysechł do końca .Jeździli tak na jednym komplecie tablic próbnych np po 5 samochodów na raz ,lub całkiem bez tablic i nikomu to nie przeszkadzało ,z reguły te samochody docierały na plac już „dotarte”.Na placu parkowało się wg schematu ,kolory deficytowe na samym środku obstawione szarymi czy tam białymi(z reguły 95% dostawy) ,napalony klient zawsze coś odpalił za wyszarpanie takiego ze środka placu. Co do klamorów do składania samochodów co prawda na grube graty trzeba było mieć papiery ale na drobnicę…,jak opowiadali mi koledzy pracujący przy tzw przekładkach do takich czynności wypisywało się zestawy części np zestawy śrub do zawieszenia czy graty do układu hamulcowego (tzw worki),przy dobrym pomyślunku nie zawsze trzeba było wszystko wykorzystać z takiego zestawu ,więc ziarnko do ziarnka i zawsze kilka worów zostało…
      Nie nigdy nie pracowałem w Polmozbycie to co tu opisałem to moje obserwacje(dziadkowie mieszkali przy trasie przejazdu) i opowiadania moich ciut starszych kolegów pracujących w owych w PP Polmozbyt.

  7. Tadeusz napisał(a):

    Przepraszam za literówkę.Miało być/ nadwoziem lekko rozbitym/.

    • Nigel napisał(a):

      Off, na forum mercedesa W126 napisalem ze to moja druga 126,z tym ze ta pierwsza to byla p…

      • SzK napisał(a):

        Na pierwszym oldtimerowym rajdzie, w którym uczestniczyłem, mieliśmy takie zadanie: na parkingu stały kolo siebie W126 i 126p, a mu mieliśmy powiedzieć, co one mają z sobą wspólnego. Ja oczywiście powiedziałem, że oznaczenie liczbowe i zaliczyli, ale niektórzy mówili, że w obu strefa zgniotu kończy się na silniku – i im też zaliczali, bo to była luzacka impreza 😉

  8. Carman napisał(a):

    Do Malucha już zawsze będę miał sentyment. Będąc na studiach dostałem od dziadka jego 650E rocznik ’83. To było pierwsze auto, którym jeździłem więcej niż pojedyncze dojazdy.
    Z ciekawych historii mogę wspomnieć powrót z ostatniego dnia praktyk studenckich, notabene z bielskiego BOSMALu, gdzie też mają unikalne muzeum złożone z własnych pojazdów w większości wywodzących się od 126p. Nie wiem jak z dostępem „z ulicy”, ale sam miałem przez to możliwość dokładnego obejrzenia wszystkich egzemplarzy.
    Co do samej historii to dojeżdżaliśmy wtedy na miejsce w 4 osoby. Ostatniego dnia praktyk na jednym ze skrzyżowań pękło cięgno gazu. Czterech „prawie inżynierów” wykombinowało naprawę przy pomocy sznurówki z jednego z naszych butów. Zadziałało. Ja dojechałem do domu, a pasażerowie zdążyli na swoje autobusy 🙂 .

    • SzK napisał(a):

      Mój tata kiedyś w Wartburgu dorobił sobie linkę sprzęgła ze sznurka pakowego. I też do domu dojechał 🙂

      A muzeum BOSMALu musi być fajne 😉

      • wojluk napisał(a):

        Jest możliwość zorganizowania wycieczki. Co prawda, gdy pytałem pół roku temu to miał miejsce jakiś remont umożliwiający zwiedzanie, ale może coś się zmieniło. Gdyby zebrało się kilka chętnych osób to można coś zdziałać 🙂
        PS. Malucha właściwie to nie miałem okazji prowadzić, tylko byłem więziony okazjonalnie w okolicach 2000 roku.

      • wojluk napisał(a):

        *wieziony. Autokorekta wie lepiej;)

  9. pstrykEJ9 napisał(a):

    SzK, zachłyśnięcie się zachodnimi samochodami w społeczeństwie trwało do połowy 1991 roku kiedy wprowadzono nowe stawki celne które zdusiły import samochodów z zachodu i sprawiły, że na nowo zaczęły się sprzedawać Polonezy itp. gdyby nie to zapewne FSO wykitowałoby dużo dużo wcześniej. Info mam ze stronki o 25-leciu toyoty w Polsce między innymi 😉

    • SzK napisał(a):

      Owszem. Ale i tak miliony aut przyjechały, częściowo jako składaki, częściowo z płaconym cłem. Mój tata do 1995r. jeździł starymi Mercedesami, które jakoś tu trafiały, miał też znajomych przywożących auta z Zachodu. Był przeszkody urzędowe i haracze do zapłacenia, ale i tak się opłacało. Zresztą wystarczy na starych zdjęciach porównać ilość zachodnich aut na ulicach w 1989 i 1995r.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Dużo przyjeżdżało właśnie jako składaki po tym pamiętnym 91 jak wprowadzono 35% cło. Z początkiem 98 zakazano rejestracji składaków i nieznacznie obniżono cła. Skądinąd słyszałem, że wcześniejsza reforma ceł miała miejsce w 1985 roku , a potem nastała coraz większa inflacja i dzięki temu pod koniec lat 80 cło wynosiło grosze. Zresztą Twój tato powinien więcej wiedzieć na ten temat.

      • SzK napisał(a):

        Mój tata zaczął handlować używkami dopiero pod koniec lat 90-tych, i to głównie polskimi salonówkami, jako działalność uboczna obok sprzedaży nowych (dealerem FSO był od jesieni ’93, Hondy – od 1 stycznia 1995, z tym że nie od początku przyjmował używki w rozliczeniu). Z Niemiec zaczął coś przywozić dopiero parę lat po wejściu do UE. Ale pomiędzy 1987-95 jeździł 2x W115 i 2xW123, kupowanymi każdorazowo w Polsce, ale oczywiście ściąganymi wcześniej prywatnie z Zachodu.

      • SzK napisał(a):

        P.S. Obok cła był jeszcze osławiony „podatek od luksusu” – bodajże 40 albo 50% od wartości każdego samochodu powyżej 120 mln złotych. To właśnie miało ratować FSO, ale obowiązywało przez niedługi czas i raczej niewiele używek z Zachodu się na to łapało.

      • SMKA napisał(a):

        Swoją drogą, kiedyś był nawet zakaz sprowadzania do Polski samochodów starszych niż ileś tam lat (12?).

      • Wojtek napisał(a):

        Nie pamiętam czy to było akurat 12 lat ale taki zakaz był do czasu aż zaczęliśmy wchodzić do UE co wymusiło wprowadzenie jednolitego rynku.
        Zresztą, taki zakaz nie jest taki głupi bo eliminuje większość perełek którymi dziadek do kościoła jeździł (a które trzymają się tylko na farbie i rdzy).

      • SzK napisał(a):

        Stan samochodu sprawdza diagnosta, a nie arbitralny zakaz urzędniczy. Ja mam dwa samochody z Zachodu, jeden 14-letni, drugi 25-letni, i o obu diagności z SKP mówią, że wyglądają lepiej niż białe Octavie przyjeżdżające na pierwszy przegląd po 3 latach od nowości.

        Po to właśnie jest przegląd, żeby nie dopuszczać do ruchu złomu.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Też coś słyszałem na ten temat, ale nie wiem ile w tym prawdy. Chyba dało się to składakiem ominąć.

        A z podatkiem od luksusu to z tego co wiem to chodziło o wyposażenie. naprzykład za klimatyzację to się płaciło.

        Co do Polonezów itp. to nie wiem czy widziałeś , są na youtube kroniki filmowe i nagrania z dzienników z 89-1990 gdzie stoją tysiące polonezów i maluchów przeznaczonych na krajowy rynek których nikt nie chce kupować. Oczywiście mimo, że cenzura praktycznie już nie istniała to nie mówiło się tam o tym, że Polacy wolą nawet najbardziej zdezelowane zachodnie auta zamiast polskich wynalazków. Jednakowoż idzie się tego domyślić nawet oglądając inne materiały o giełdach ówczesnych.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        to było chyba 10 lat

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        @Hurgot Szancy , ale co było przez 10 lat? Zakaz sprowadzania samochodów starszych niż x lat? Oj wątpię. W czasach moejgo dzieciństwa nie było ciężko spotkać zwłaszcza na zachodnie kraju , furę z lat 70 z krajów kapitalistycznych 😉 Jeszcze garbusy się zdarzały w normalnym ruchu, pamiętam.

      • SMKA napisał(a):

        Ten zakaz dotyczył samochodów starszych niż 10 letnie, o to chodziło Hurgotowi. No i chyba coś takiego było: http://www.pomorska.pl/artykul/6567837,jakie-clo-na-samochody,id,t.html

      • Wojtek napisał(a):

        Szczepan masz rację, ale mówisz o świecie idealnym a nie o polskich latach ’90 gdzie raczej nikt o wsprowadzaniu zabytków i youngtimerow nie myślał. A raczej o wsprowadzaniu jak najgorszego grata który przejdzie przegląd jak sie diagnoste odpowiednim banknotem oslepi. 😉
        Zresztą w USA taki zakaz obowiązuje do dziś i chyba dopiero za Obamy dodano do niego wyjątek dla zabytków.

      • SzK napisał(a):

        W Stanach Wielka Trójka różne rzeczy sobie załatwiała, jak to oligopoliści (podobnie jest tam z rynkiem cukrowniczym, masakra).

        Oczywiście, że korupcja to problem, ale państwo jest właśnie od zwalczania korupcji, a nie od zakazywania wszystkiego profilaktycznie, bo to się nazywa totalitarym. Gdyby zrobić na wsiach kontrolowane przekupstwo raz i drugi i paru „Waldków z SKP” poszłoby siedzieć, to problem by się rozwiązał zaraz. Dziwnym trafem skarbówka potrafi robić nie takie kontrole i prowokacje – tylko że z jest tego dochód, a z kontroli na SKP nie ma. Dlatego łatwiej zakazać i koniec. Równie dobrze można byłoby rozwiązać problem wypadków na drogach zakazując jeżdżenia samochodami – nie byłoby skuteczniej niż inwestować w drogi i kontrole drogowe…?

        Dlatego mówię, że w ostatnich czasach państwa przestają spełniać swoje podstawowe funkcje, zastępując je zniewalaniem ludzi na coraz większą skalę – bo nie chce im się pilnować porządku we właściwy sposób.

  10. SMKA napisał(a):

    Nie jestem fanem żartów w których Maluch jest wyśmiewany, ale do dzisiaj śmieję się z tekstu według którego ostatnia seria produkcyjna Malucha miała się zwać „desperados” 😉

    To może dwa Maluchowe filmy- pewnie 90% (albo i więcej) czytelników Automobilowni je zna, ale co tam 🙂

    https://www.youtube.com/watch?v=-6o1QmGQs5Y

    https://www.youtube.com/watch?v=w0vup71Sv58

  11. Tadeusz napisał(a):

    Mój maluszek jeździł u mnie 4 lata a gdy poznałem moją przýszłą żonę to przyjeżdżała na randki… czerwonym maluchem.Zatem po ślubie nie potrzebowaliśmy dwóch limuzyn więc jeden z nich pojechał na giełdę do innych ludzi na służbę.A co do płatności za części to rejestrując tzw.składaka musiało się przedłożyć w Wydziale Komunikacji rachunki za zakupione grubsze elementy,nadwozie,silnik,skrzynia,szyby,fotele,opony itp i na tych rachunkach urzędnik przybijał pieczątki że pojazd został zarejestrowany na numer rej.xxxxx.Po to żeby nie można było użyć ponownie tych faktur.A ja mając w pracy dostęp do magazynu części oraz sklepu mogłem kupić wiele deficytowych rzeczy bez kolejki.Takie to były czasy bo za połowę ceny giełdowej używanego malucha miałem nowe części w dwuletnim nadwoziu jeszcze poskładanym i zakonserwowanym osobiście bez żalowania na materiały.Na szczęście to se ne vrati.Moim przedostatnim samochodem był czerwony a jakże,Fiat Argenta którego sprzedałem w ubiegłym roku.

    • SzK napisał(a):

      Argenta!! Ależ to jest hipsterstwo!!

      • benchi napisał(a):

        Miałem Argentę przez 8 miesięcy w 2003 roku.
        Mocny silnik 2.0 na wielopunktowym wtrysku.
        Sztywny most napędowy ale na sprężynach.
        Bardzo miękkie zawieszenie i wielkie, mega wygodne fotele.
        Z wyposażenia brakowało tylko klimatyzacji.
        Oczywiście wtedy to już był skorodowany gruz ale i tak go uwielbiałem.

  12. Tadeusz napisał(a):

    Drogi p.Szczepanie,porównując dzisiejsze czasy do tamtych to żyjemy na drugim biegunie gdzie posiadanie samochodu czy chociażby dobrych dżinsów nie jest już wyzwaniem.Ja kocham włoską motoryzację starszą i tą dzisiejszą a także te jej PRLowskie klony na których się wychowałem.W owych czasach już wzdychałem do nielicznych na ulicach Fiatów 132p więc posiadanie choćby malucha było dla przeciętnego Polaka marzeniem.A Argentę chociaż miałem stosunkowo krótko była bardzo ciekawym samochodem w naprawdę idealnym stanie.Pracując za granicą przyjeżdżałem na urlop zeby trochę nią pojeździć oczywiście w słoneczne dni z otwartą szybą wsłuchując sie w odgłos wydechu.Po prostu kocham te klimaty.Ciekaw jestem czy ktoś z szanownych komentujących podziela moje zamiłowanie motoryzacyjne bo wiem że p.Szczepan też lubi Italię pod wieloma postaciami.

    • Bartosz napisał(a):

      @Tadeusz, ja właśnie obecnie jeżdżę Fiatem 132 2000 ’78r.
      Świetna sprawa.

  13. Tadeusz napisał(a):

    Ad.Klakier.Ja mieszkam w Przemyślu i tam plac dla nowych Fiatów był wzdłuż torów kolejowych więc zwożąc auta z wagonów nie wyjeżdżaliśmy na drogi publiczne a do wahadła często używaliśmy UAZa których było zawsze pod dostatkiem bo nasza stacja obsługi specjalizowała sie w remontach kapitalnych tychże.A zestaw oryginalnych fabrycznych śrub i różnych drobnych elementów plastikowych i gumowych zapakowany w foliowy worek ważący około 10kg nazywał się NORMALKA.Do dziś nie wiem co to znaczyło.Wszystkie części i to fabryczne a nie rzemieślnicze można było dostać tylko powoli bo priorytetem w czasach niedoboru były naprawy gwarancyjne.Przepraszam za zbyt długie opowieści na ten temat.Pomimo ze z pozoru byly to ciekawe czasy to dzięki Bogu że już się skończyły.

    • w208 napisał(a):

      W zakładach produkcyjnych na elementy typu śruby, nakrętki, podkładki i inne tego typu zestandaryzowane rzeczy, ogólnodostępne w handlu mówi się „normalia” lub właśnie „normalka”. Myślę, że stąd taka nazwa tego worka wypełnionego głównie śrubami i nakrętkami.

  14. pstrykEJ9 napisał(a):

    No to wygląda na to, że obowiązywał w latach 98-2002 i zbiegł się z zakazem rejestracji składaków. Kolejny sekret sukcesu Daewoo odkryty 😉

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      pomyśl jeszcze o jednej rzeczy – jeśli ktoś wiedział wcześniej o wprowadzeniu takiego zakazu, to mógł do końca 1997 roku sprowadzić nastolatków ile wlezie. Nie bez powodu rozporządzenie wydano 19 grudnia 1997 😉

      • SzK napisał(a):

        Prawie jak pewien pan, który otworzył sobie ogólnopolską sieć kantorów dokładnie o północy w dniu, w którym wchodziła w życie ustawa o wolnym obrocie walutami. On też wiedział o tym wcześniej – to była dość słynna sprawa 🙂

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        Też prawda. Tak czy siak rekordu sprzedaży nowych samochodów z 1999 roku , gdzie zdecydowaną większość aut zakupiły osoby prywatne nie pobito do dzisiaj. Ciekawi mnie tylko czy ten zakaz obejmował pojazdy sprowadzane na mieniu przesiedleńczym.

      • SzK napisał(a):

        Owszem, nie pobito. Tylko że wtedy Maluch kosztował 11 tys., Tavria 12, Polonez i CC/SC 15, Uno niewiele więcej. Zarabiało się mniej niż dziś, wiadomo, ale ceny były zupełnie nie te. Złomnik przeliczał to kiedyś dokładnie.

        Samo to, że dziś nie jest się skazanym na tego typu wynalazki, to tylko na dobre nam wychodzi, bo wybór i konkurencja to zawsze plus. Szkoda tylko, że nie ma opcji „nowe i niedrogie”.

      • Wojtek napisał(a):

        O Uno to był juz drogi wóz. Kosztował 25 tysięcy.
        To wcale nie było tanio. W 1998 średnia pensja brutto to było 1200zl, więc taki maluch to było jakieś 10 średnich pensji. Coś jak 40000 dzisiaj. Dziś najtańsza Dacia kosztuje 30000 i przerasta malucha o nieskończoną ilość razy. To dziś samochody nowe są tanie jak nigdy.

      • SzK napisał(a):

        Polecam znaleźć tamten artykuł na Złomniku, dowodził czegoś dokładnie odwrotnego. Poza tym oprócz ceny jest jeszcze serwis i utrzymanie – u mojego taty kupowało Polonezy mnóstwo mieszkańców wsi, którzy mówili, że tutaj wszystko sobie sami naprawią i zrobią, nie tak jak w tych zachodnich autach. Dziś jest dokładnie odwrotnie – in nowsze auto, tym drozej wychodzi jego serwisowanie.

      • SzK napisał(a):

        P.S. Również z salonu taty pamiętam wojny domowe o to, że żona chciała ładne i nowoczesne Uno, a mąż dużego i prostszego w naprawach Poloneza. Ludzie mieli takie dylematy regularnie, więc róznica w cenie nie mogła być duża.

      • Wojtek napisał(a):

        Zlomnik wypisuje różne dziwne rzeczy.
        Ja te czasy zwyczajnie pamiętam i samochody na pewno nie były wtedy tanie.
        A poloneza nie zaliczył bym do nowoczesnych aut, on był tani w serwisowaniu nie dlatego że był nowy tylko dlatego że był przestarzały. Wtedy taka nowe auta były droższe w serwisie niż stare. Na przykład o japonczykach bardzo długo mówiono że to samochód jednorazowy, jak się zepsuje nie ma mowy by dało się naprawić. Dziś o tych samych modelach mówi się coś dokładnie odwrotnego- że dało się je naprawiać bez końca i dzis juz się takich nie robi.

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że o to chodzi, żeby popularny samochód miał prostą konstrukcję – to chyba zaleta w tym segmencie, nieprawdaż? Bugatti Veyron albo Maybach mogą sobie być skomplikowane i nikomu to nie przeszkadza, ale mały Fiat musi być prosty i tani w naprawach, bez tego nie pełni należycie swojej roli. O japońcach mówiono, że jednorazówki, bo po prostu nikt ich w Polsce nie znał i nie wiedział, jak jest prawda. Blacha była cienka, plastiki wyglądały na słabe, to i nie wzbudzały zaufania, a pewexowskie części kosztowały majątek, więc ludzie się bali, bo myśleli, że będą musieli pięć razy w roku do mechanika jeździć jak Maluchem i płacić krocie. Nie wzięli tylko pod uwagę, że te auta robiły ćwierć miliona km bez dotknięcia palcem, jeśli tylko się olej zmieniało. Sam pisałem o takich przypadkach, że ktoś kupował cały bagażnik części na zapas („bo Pewexy mogą kiedyś zamknąc i co wtedy…?”) i po latach sprzedawał je nowemu właścicielowi wszystkie, w fabrycznej folii.

        Auta „tanie nie były” bo zarabialiśmy grosze. Ale generalnie na całym świecie samochody drożeją relatywnie do zarobków już od 20 lat, a ich utrzymanie drożeje jeszcze szybciej. Dlatego też coraz mniej ludzi kupuje nówki, coraz więcej też broni się rękami i nogami przed zmianą samochodu na nowszy, bo boją się kosztów, kosztów i jeszcze raz kosztów. Ja też szósty rok jeżdżę tym samym CLK, stać mnie na nowszy model, ale jak widzę, ile u mojego mechanika stoi 4-5-letnich Mercedesów z wysypanymi pompami wtrysku po 18 tys. zł, albo podobnymi rzeczami, to wolę pozostać przy swoim, w którym poza olejami i filtrami za 5,5 roku wymieniłem dwie sprężyny zawieszenia po 89 zł sztuka i termostat za bodajże 200 (odpukać trzy razy!!).

      • Wojtek napisał(a):

        Nie potrafię ocenić wzrostu cen nowych aut na zachodzie, być może dla Niemiec czy Francji to co piszesz jest prawda. Ale dla Polski nie. Przez 20 lat średnia pensja wzrosła 4x a cena najtańszego auta 3x (maluch za 10000 vs Dacia za 30000) auta powiedzmy że przyzwoitego tylko 2x (Uno za 25000 vs Tipo/Fabia za 50000). Nowe auta w Polsce nigdy w historii naszego kraju nie były tak tanie jak dziś.
        To że 20 lat temu sprzedawano ich więcej wynika z dwóch rzeczy:
        1. Trudniejszego dostępu do samochodów używanych 20 lat temu
        2. Braku kredytów hipotecznych. 20 lat temu szczytem marzeń klasy średniej był Lanos z salonu a dziś to dom pod miastem albo mieszkanie. W tej sytuacji nowy samochód schodzi na 2 plan.

        Koszty serwisu też nie wzrosły tylko zmalały. Serwis prawie nowego Mercedesa zawsze był bardzo kosztowny i kiedyś i dziś. Ale dziś serwis auta popularnego jak Focus czy Astra jest tani.

  15. Tadeusz napisał(a):

    Do benny.pl.W sprawie hamulców F126p,mieliśmy kilka odwrotnych przypadków niż opisywany przez Ciebie.Bolec pompy hamulcowej ścierał się nadmiernie i skuteczność hamowania spadała wiec z braku nowych części trzeba było naspawać trochę materiału wydłużając go lecz z umiarem.Wystarczało na jakiś czas.Przypomniała mi się jedna rzecz ze gdy przychodził w grudniu transport nowych maluszków to na tabliczce znamionowej był wybity rok produkcji następny.Jak sądzicie drodzy Pranowie czy to było zgodne z jakimkolwiek prawem ówczesnym czy po prostu w tamtych czasach tak było i już ?

    • SzK napisał(a):

      Nabijanie kolejnego rocznika produkcji pod koniec roku kalendarzowego jest powszechną praktyką. Wiadomo, że samochód wędruje z fabryki do klienta przez wiele tygodni, więc klient mógłby się poczuć pokrzywdzony odbierając „roczne” auto w styczniu.

      To jest chyba konsekwencja wpisywania do polskich dowodów roku produkcji. Na Zachodzie liczy się przede wszystkim data pierwszej rejestracji.

      Amerykanie zupełnie oficjalnie rozpoczynają „rok modelowy” we wrześniu popradniego roku – w tym momencie sprzedają jeszcze auta 2018, ale za dwa tygodnie w amerykańskim salonie już najprawdopodobniej dostanie się egzemplarz 2019.

      • Wojtek napisał(a):

        W VIN nowy rok modelowy jest przeważnie nabijany już w 3 kwartale roku ubieglego, ale w numerze identyfikacyjny producenta jest zakodowany dokładny dzień produkcji. Więc można zawsze sprawdzić czy samochód odebrany w styczniu jest z obecnego roku czy nie. Przynajmniej tak ma VAG.

    • Krzyś napisał(a):

      Mój Maluch z 1989 roku ma na tabliczce rok produkcji 1990. Zarejestrowany został w pierwszej połowie stycznia 1990, w dowodzie rok produkcji 1989 🙂

  16. Jerzy napisał(a):

    Osobiście żadnych doświadczeń z maluchem nie mam, bo moje przyjście na świat (1982)zbiegło się ze zmianą pf 126p na 125p, ale ojciec zawsze wspominał, że ani w 125p ani w polonezie nie był w stanie znaleźć tak wygodnej pozycji za kierownicą jak w maluchu. Nota bene pierwszego malucha kupił w latach 70-tych jeszcze jako student za dewizy zarobione podczas wakacyjnej pracy w Szwecji – jak rozmawiam ze znajomymi moich rodziców, był to wśród nich powszechny sposób zdobycia środków na pierwszy samochód i 2-3 m-czna studencka praca na zmywaku za granicą połączona z drobnym handlem pozwalała zebrać wystarczającą ilość pieniędzy na zakup w Polsce kilkuletniego samochodu.

  17. Lordessex napisał(a):

    Prawda, KAŻDY nawet najbardziej zdezelowany Zachodni parch który się jeszcze toczył o własnych siłach był jak Rolls Royce w porównaniu z Fiatami 125p, Polonezami, a szczególnie Maluchami. Rozumiem więc całkowicie ludzi którzy pozbywali się Maluchów za bezcen zaraz po upadku PRLu.

    • Jerzy napisał(a):

      Nie mogę się z tym zgodzić:

      1. Samochody robione w Polsce na licencji Fiata były pod koniec ich produkcji przestarzałe w zestawieniu z nowymi samochodami z Zachodu, ale już zestawienie ich z samochodami zachodnimi z lat 70-tych, a tym bardziej 60-tych nie musiało wypadać na ich niekorzyść.
      2. O części do samochodów z zachodu było trudno, a przy tym były drogie (nie mówię tu o produkowanych rzemieślniczo wątpliwej jakości zamiennikach, które i tak dostępne były tylko do najpopularniejszych modeli). Doskonale pamiętam jak mój wujek zatarł pod koniec lat 80-tych silnik w VW Transporterze – pomimo względnej popularności modelu, znalezienie innego silnika stanowiło prawdziwą epopeję – długotrwałe poszukiwania w ogłoszeniach w gazetach, na giełdach, związane z tym przyjazdy i noclegi u rodziców (w poszukiwania zaangażowana była cała rodzina na terenie kraju).

      Mając na względzie powyższe nie dziwię się tym wszystkim, którzy wybierali wówczas „znane zło”.

      • SzK napisał(a):

        No, to już zależy od modelu…

        Być może wyjdę na fanboja (chociaż nim wcale nie jestem), ale W123 w cenie nowego 126p zawsze dojeżdżało do celu, bez względu na wszystko, a każda jedna część leżała albo w najbliższym sklepie motoryzacyjnym w kilku możliwych wariantach jakości/ceny, do wyboru, albo też na najbliższym szrocie, gdzie płaciło się naprawdę grosze. Ale po pierwsze, zapewne nie z każdym autem tak było, a po drugie, nie wszyscy byli tego świadomi (wielu wprost mówiło, że w to nie wierzy, i nawet do dzisiaj się to zdarza – zawsze zapraszam ich do poczytania artykułów na temat motoryzacji marokańskiej, w gazetach albo na blogach 🙂 ).

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        SzK pozwolę się z Tobą tez nie do końca zgodzić. Przypomnij mi kiedy Twój tato miał W123 , bo z tego co pamiętam to juz po upadku PRL-u właśnie po tym zmasowanym wjeździe uzywek z RFN za które płaciło się śmieszne cło z uwagi na inflację. Z tego co ja słyszałem w PRL było zgoła inaczej. Nie wiem czy słyszeliście o mieście Mońki i okolicach. Jest to mieścinka gdzie od czasu II WŚ dosłownie w każdej rodzinie ktoś wyjechał do Stanów i tam ściągał następnych , potem następni następnych etc. etc. No i było tak, że juz w latach 60 ściągali oni amerykańskie krążowniki szos do PRL , zwykle na mieniu przesiedleńczym. No i jeździli sobie nimi do czasu aż…. Właśnie pierwszej większej awarii, a że brakło częsci to naprawiane były na częściach od żuków , warszaw itp. i to pokątnie zdobytych. Bo no sorry ale nikt po części do USA juz nie latał specjalnie, jaki to był koszt? Potem przyszedł kryzys , kartki na paliwo , strajki etc. i co z tymi krążownikami, otóż szły na złom , a ludność przesiadała się nawet do Syren. To jest pewne tabu na Podlasiu i w innych rejonach gdzie była spora emigracja do Stanów. Ludzie się tego wstydzą , że musieli się przesiadać do maluchów/wogle nie jeździć/ponownie emigrować. Ale niestety tak było, wiem to już od paru osób co miały tam znajomych. I co najważniejsze rzecz nie dotyczy tylko samochodów amerykańskich. Przypomnij sobie 12 odcinek Zmienników gdzie spłonął Mercedes należący do samego reżysera Bareji, który w zamian kupił sobie malucha i jeździł nim do swojej śmierci. W internecie są o nim wspominki. Bareja ponoć bardzo był przywiązany do auta, jeździł nim kilkanaście lat. Na początku lat 80 uległ on poważnemu wypadkowi, wjechał w niego autobus. Naprawa trwała długo po części reżyser jeździł maluchem do Berlina Zachodniego, ale się udała . Tylko że w jakim stanie on był parę lat później, jak kręcono zmienników, jedynym racjonalnym wyborem było go widowiskowo zniszczyć. To jest tabu, ale możesz to usłyszeć od ludzi którzy nawet jeździli maluchami i woleli mimo wszystko kiedyś tam zdobyć części, się przemęczyć, ale jeździć. Zachodni 15 letni wzwyż samochód w PRL nie trudno było zdobyć, ale trudno i to bardzo było go utrzymać, zwłaszcza w czasach kartkowanej benzyny.

      • SzK napisał(a):

        Aaaa, to już wszystko jasne.

        Po prostu Ty mówisz o latach PRLu, a ja – o 90-tych. Nasza dyskusja – o ile to ja się nie pogubiłem – zaczęła się od kwestii wyboru „stary zachodni” albo „nowy polski” w kontekście zakazów importu i zaporowych ceł, czyli polityki z lat 90-tych. Dlatego wszystko, co napisałem do tej pory, tyczy się tych czasów. Przed 1989r. – jasna sprawa, wtedy zachodnie auto było bardzo trudne w utrzymaniu, jeśli ktoś nie miał dużych ilości waluty i kontaktów na Zachodzie. Tutaj zgadzam się w 100%

        P.S. Tata jeździł Mercedesami w latach 1987-95, na początku faktycznie nie było łatwo: na giełdach części jakieś były, eksploatacyjne to nawet rzemieślnicy robili, bo W115 było całkiem popularne. Błotniki z włókna szklanego na remont blachy też blacharz skołował w Polsce. Ale już dobry olej kupowało się tylko w Pewexie, bo na giełdzie w bańkach Castrola sprzedawali czasem Superol, nawet jeśli plomba wyglądała na całą. Nie było sposobu, żeby się przed tym zabezpieczyć… Powszechna dostępność części Mercedesa to oczywiście lata 90-te i o tym ja pisałem.

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        No , pod innym komentarzem dyskutowaliśmy o latach 90. Ale, że Castrol był dostępny w Pewexie (notabene dzisiaj jeden z gorszych oleji który przez to , że był zalecany przez Toyotę i BMW na przełomie lat 90 i 2000 zabił niejeden motor z tych stajni) to też dla mnie nowość. W123 w PRL raczej nie mógł byc w cenie nowego malucha. Gdy ten się kończył najstarsze egzemplarze miały raptem 13 lat hehe. W115 już miały ponad 20 , notabene gdzieś na youtubie jest materiał z giełdy z podaną ceną za W115 z 68 roku bodajże, gdzie jest to tam najstarsze auto na giełdzie.

      • SzK napisał(a):

        Nie nie – ja mówię cały czas o latach 90-tych, kiedy fajny W123 kosztował 10-12 tys., a słaby – 3-5 tys. (w zasadzie przez całą dekadę, bo spadek wartości mniej więcej odpowiadał inflacji 🙂 ). W PRL to faktycznie raczej W115 (wtedy ceny były głównie dolarowe, nie pamiętam jakie). Chociaż w 1988r. w czasie pierwszych ferii zimowych w Kołobrzegu (tak, zimowych – z powodu chorób dróg oddechowych rodzice zabierali nas nad morze również w zimie) z dworca PKP do domu wczasowego jechaliśmy taksówką W123, to pamiętam doskonale.

        A Castrol (i to oszukany) to oczywiście na giełdzie, nie w Pewexie. W Pewexie to nawet nie wiem, jakie marki sprzedawali, ale tam trzeba było chodzić z wyżej wymienionego powodu.

      • Jakub napisał(a):

        Co do Moniek i aut z USA – do tej pory jest to widoczne. Jeśli w Białymstoku i okolicach widzi się auto typowe dla USA – jakieś Sciony, Toyoty Camry etc – całkiem prawdopodobne jest, że ich rejestracja będzie zaczynała się od „BMN”.

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Tak, ale dziwnym trafem typowych krążowników szos z lat 60 i 70 zachowało się tam może kilka sztuk.

  18. Jerzy napisał(a):

    Pytanie o jakich latach piszesz, bo na przełomie lat 90-tych/2000 pewnie tak, ale 10 lat wcześniej chyba niekoniecznie (w tym drugim wypadku mowa byłaby oczywiście o W115).

    Wg mnie dla kogoś kto nie siedział „w temacie”, zakup używanego Mercedesa wiązał się z potencjalnie większym ryzykiem. Strach ma wielkie oczy i gdy wydaje się „oszczędności życia” na używkę zawsze pojawiało się pytanie czy samochód nie jest:

    – kradziony (ryzyko zakupu kradzionego było wówczas nieporównanie większe niż teraz);
    – powypadkowy (komu się wówczas śniły mierniki grubości lakieru);
    – czy nie ma skręconego licznika.

    Pamiętam, że te same dylematy przeżywali w tamtych latach moi rodzice – czy mając odłożone pieniądze na nowego Poloneza kupić może coś używanego – ostatecznie stanęło na Polonezie.

    • SzK napisał(a):

      Wszystkie był powypadkowe i to było wiadome na pierwszy rzut oka, a na licznik nikt nawet nie patrzył, bo i po co…? Takie fanaberie pojawiły się na naszym rynku dopiero w obecnym stuleciu. A sprawy kradzieży załatwiało się po prostu wizytą na komisariacie razem ze sprzedającym. Ale rozumiem, że niektórzy się bali, i dzięki temu FSO przeżyło kilka lat dłużej 🙂

  19. Tadeusz napisał(a):

    Kupiłem Poloneza Caro Plusa GLI nowego rocznik 1997 w styczniu 1998.Zapłaciłem bodajże 22500zł.Jeździłem ponad trzy lata zupełnie bezawaryjnie i sprzedałem przy stanie licznika 29000 km.Był wygodny,pojemny i nie mogę złego słowa o nim powiedzieć bo nigdy mnie nie zawiódł.A garażowany był tylko pod chmurką.Wydaje mi się że jakościowo te auta były o niebo lepsze niż ich starsi bracia z PRLu.

  20. K1 napisał(a):

    Wszelkie ograniczenia pod pozorem ekologii, bezpieczeństwa, itp tak na prawdę mają chronić jakiegoś producenta czy producentów, jak to miało u nas miejsce np. w latach 90-tych.
    Co rekordowych wyników z końca lat 90-tych sprzedaży nowych aut one też wpisują się w ten trend.
    Dziś wiele osób woli wydać SWOJE pieniądze na używane auto wyższej klasy sprowadzone z Zachodu niż nowe z najniższych segmentów.
    W latach 90-tych wiele osób myślało podobnie, tylko ograniczenia importu uniemożliwiały im realizację swoich potrzeb.

  21. K1 napisał(a):

    Rekordowa sprzedaż pod koniec lat 90-tych wynikała w dużej mierze z ograniczeń w imporcie aut używanych.
    Wiele osób kupowało np. jako auta rodzinne daewoo tico.
    Dziś też mogliby kupić rodzinne auto segmentu A, jednak wolą kupić używanego passata. Bo mają WYBÓR.

    • SzK napisał(a):

      Zgadzam się w pełnej rozciągłości.

      Jednakże pamiętam, że w latach 90-tych cały czas było sporo ludzi kupujących Polonezy (co do Fiatów nie mam doświadczeń, bo byłem blisko salonu FSO, nie Fiata) dlatego, że „krajowe to zawsze krajowe”, „nowe z gwarancją za te pieniądze to dobry interes”, „zawsze to jakoś sam naprawię”, „co ludzie powiedzo jak podjadę pod blok czymś zachodnim”, itp. Zdarzali się też bardzo rozsądnie kalkulujący taksówkarze, którzy wyliczali, że amortyzacja nowego Poloneza wymienianego co kilka lat wychodzi im po prostu tanio i bezstresowo.

    • Jerzy napisał(a):

      Zgadzam się, ale tylko w części. Jeżeli mnie pamięć nie myli to ograniczenia w imporcie aut używanych dotyczyły samochodów starszych niż 10 lat, a te nie były w mojej ocenie wielkim zagrożeniem dla samochodów z salonu (no może poza maluchem) – po otwarciu granic zaczęli je masowo kupować ludzie któych wcześniej nie stać było na jakikolwiek samochód.
      Myślę, że na boom lat końca lat 90-tych składało się jak zwykle kilka czynników:
      1. wzrost zamożności społeczeńśtwa;
      2. naturalne starzenie się samochodów z nabytych jeszcze w PRL wymuszające ich wymianę;
      3. przede wszystkim pojawienie się w ofercie szeregu samochodów w rozsądnej cenie produkowanych przez Fiata i Daewoo – jeżeli spojrzymy na cenniki z początku lat 90-tych, to był maluch za 60mln, potem polonezy i CC za ok. 100-120 mln, a najtańsze samochody segmentu B z zachodu kosztowały 2; 2,5 x więcej i nic dziwnego, że niewiele osób je kupowało. Różnica w cenie pomiędzy Polonezem, a Lanosem, Nexią czy Sieną kształtowała się natomiast w granicach 30-40% i to te samochody odpowiadały głównie za wzrost sprzedaży nowych aut. Dodajmy jeszcze akcję serwisową Daewoo, które w związku z wybrakowaną powłoką lakierniczą wymieniło szereg samochodów na nowe.

      • Jerzy napisał(a):

        Komentarz był do postu „K-1”, omyłkowo zamieścił sie w tym miejscu 🙂

      • K1 napisał(a):

        Tak, słuszna uwaga.
        Zawsze wiele czynników wpływa na dane zjawisko.

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      SzK, a ile ta gwarancja trwała ? 😀 Ale fakt spotkałem się z podobnymi powodami.

      • SzK napisał(a):

        Ważne, że była 🙂

        P.S. Do lat 70-tych światowym standardem było 6 miesięcy. U Mercedesa też. Ale i to był dla wielu argument.

  22. Qbakuba napisał(a):

    No cóż. Jestem rocznik 93 jednak mam trochę doświadczeń z pierdzielem 🙂

    Rodzice mieli pięknego zielonego FLa. Poprzedni właściciel kupił nówkę bodaj w 92 roku, rok później rozbił, z PZU dostał nowe nadwozie, więc całe wnętrze i mechanika zostały przełożone w nowsze nadwozie. Problem był tylko taki, że odcienie zielonego się nie zgadzały. Później były z tego problemy, gdyż Pan wsadził silnik w nowe nadwozie i jeździł – ale nie nabito numerów nadwozia… Moi rodzice nie kumaci nie zauważyli, pomagał im jakiś „spec”… Szkoda gadać. Generalnie musieli wyrabiać tabliczki znamionowe z nowym numerem VIN naszego pierdziela. To i niezgodność odcienia zielonego sprawiły, że nikt tego pierdziela potem nie chciał kupić. Na szczęście silnik chodził jak złoto.
    Oczywiście próby kradzieży też były – przez młodzież w niedziele o 8 rano. Tata wyjrzał, zobaczył, że jego auto odjeżdża, krzyknął, tamci przeprosili, odstawili auto i poszli O_o Nic nie wybite, nic nie zniszczone, nigdy później nikt z niego nie ukradł.
    Gorzej było z następcą malucha – włoskim UNO – tu przez 2 lata było wszystko co można wyśnić…

    Natomiast później, tak około 2010 roku mój brat sprawił nowie ładnego granatowego ELa z 1999 r. i to było auto, którym defacto uczyłem się jeździł. Ależ tam dwójka nie wchodziła, trzeba było bardzo precyzyjnie dozować obroty, żeby dwójka wskakiwała na miejsce.

    Pięknie wspomnienia 🙂

  23. Kris napisał(a):

    W kwestii cen nowych samochodów 20 lat temu, czy mocno zdrożały od tamtego czasu, czy nie. W 1997 roku kupiłem Nissana Micrę w kontyngencie bezcłowym za 29 tys., totalna golizna, bez klimy, absu, szyby na korbki itd. Jedyny dodatek, to lakier metalic. Almera kosztowała od 36 tys. również za 3-drzwiową goliznę.
    Teraz ponad 20 lat później, auto segmentu B kupimy za 40kilka tysięcy, za kompakta zapłacimy 50kilka tys. Wzrost o ponad 30%, czyli chyba o inflację, ale z niewspółmiernie lepszym wyposażeniem, ilością systemów podnoszących bezpieczeństwo itd. Nie wspomnę ile musiałem pracować na ten samochód, a teraz na obecnie produkowany. Moim skromnym zdaniem, auta są tańsze, być może aspiracje wzrosły i szukamy większych, lepiej wyposażonych, premium;)

    • Qbakuba napisał(a):

      W 1999 r. moi rodzice za podstawową Siene+metallic płacili około 33 tys., zaś powyżej wspominany Maluch EL mojego brata kosztował około 12,5 tys. zł.

  24. pstrykEJ9 napisał(a):

    SzK, trochę może prywaty. Przeczytałem właśnie sobie artykuł o przejażdżce Syreną sprzed 2 lat i powiem Ci, że widzę mocno dosyć zmianę nastawienia Twojej osoby co do Legend PRL-u i reszty demoludów.

    • SzK napisał(a):

      Nie zmieniam stosunku do „Pereł PRL-u jako takich”, natomiast ton artykułów może się różnić w zależności od wielu rzeczy, w tym moich własnych oczekiwań i wyobrażeń, no i wizerunku danego samochodu w społeczeństwie.

      Syreną jeździ się obiektywnie tragicznie – zwłaszcza jak chodzi o układ jezdny i hamulce, co opisałem w artykule. Z tym że tam pozytywnie zaskoczyło mnie ładne wchodzenie biegów i całkiem znośny komfort jazdy. W Maluchu spodziewałem się kompletnego hardkoru, bo każdy mówi, że tym nie da się jeździć. Ale okazało się, że się da, i to całkiem przyjemnie – oczywiście jeśli przymkniemy oczy na pewne oczywiste wady (które wymieniłem) i weźmiemy pod uwagę, że warunki były idealne (co też wspomniałem).

      O samych komunistycznych samochodach sądzę od lat to samo: w większości przypadków był niezłe w momencie debiutu, ale tłuczono je przez tyle lat (i z ustawicznie pogarszającą się jakością), że stały się więcej niż żenujące. Pisząc artykuł uważam, e takie rzeczy każdy wie i nie rozwodzę się nad tym, że W123 było lepsze od Malucha (takie stwierdzenie padło już w dyskusji), tylko np. na tym, że owszem, trudno jest przekroczyć 80 km/h, ale do celu i tak dojeżdża się szybciej niż nawigacja wylicza. Po prostu zakładam, że gdzie jak gdzie, ale tutaj Czytelnicy mają podstawową wiedzę na temat parametrów Malucha i jego miejsca na rynku i nikt nie będzie porównywał go 1:1 do Mercedesa. Wolę więcej miejsca poświęcić na anegdotki z zycia, no i na uświadamianie, że Maluch to zachodnia konstrukcja, swego czasu też popularna na Zachodzie. Tyle tylko, że nie w 2000r…

      • Pstrykej9 napisał(a):

        Ale nikt tu nie porownuje malucha do w123. Sam kiedys przytoczyles sytuacje jak w 1980 w123 wyprzedzil w rankingu sprzedazy samochodow w rfn golfa. A polacy zabijali sie o maluchy. Owszem zachodnia konstrukcja ale nie sluzyla ona na zachodzie do wyjazdow do jugoslawii tylko jako conajmniej drugie auto w rodzinie do pojechania na zakupy.

      • SzK napisał(a):

        W RFN w latach 80-tych zapewne tak i nie o tym mówię, bo wszyscy wiemy, jaka była nędza w PRL. Mówię tylko, że trochę wcześniej – dosłownie kilkanaście lat (około 1960r., podczas gdy Maluch wszedł w 1973) Niemcy jeździli Isettami do Włoch. To był odstęp czasowy, jak najbardziej – ale wspominałem tu o tym w kontekście bajdurzenia o niedopuszczaniu Maluchów do ruchu na Zachodzie i o rzekomo wielkim zdziwieniu, że coś takiego jeździ. U nich też jeździło (oprócz 900 tys. aut wyeksportowanych z Polski jeszcze 1,3 mln wyprodukowanych we Włoszech), a zaledwie kilkanaście lat wcześniej jeździły dużo gorsze. I to wcale nie jako wózki na zakupy.

  25. pstrykEJ9 napisał(a):

    No kurde okres powojenny w końcu, trudno żeby te 10 lat po wojnie przecietny obywatel jeździł nowym Mercedesem z salonu, jak trzeba było podźwignąć kraj z ruin. Notabene w artykule o taunusie trochę pisałeś na ten temat, ich cudu gospodarczego w latach 60 itp.