STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NIE ZA SŁODKO, NIE ZA GORZKO

1998 Auto 01 w116 (initially 350SE, converted to 300D) 1973 driven 1997.12-1999.6 (33000km driven)

 

Niemieccy samochodziarze mają takie powiedzenie, że pierwsze w życiu piwo jest zawsze zbyt gorzkie, pierwszy pocałunek – zbyt słodki, ale pierwszy samochód – to ideał i wzorzec, do którego przyrównujemy wszystkie kolejne, do końca życia. Ze mną jest trochę inaczej: mimo wielkiej automobilowej pasji nigdy nie idealizuję swoich pojazdów, a już rozmawianie z nimi czy nadawanie maszynom imion uważam za lekkie zaburzenie osobowości (przepraszam wszystkich dotkniętych, bo wiem, że nie jest to szczególnie rzadkie, ani też specjalnie szkodliwe). Jednak i w moim przypadku wspomniane powiedzenie ma rację: doświadczenie pt. „pierwszy samochód” nie było dla mnie ani zbyt słodkie ani zbyt gorzkie, a poza tym, faktycznie, uformowało moje motoryzacyjne gusta – co nie powinno dziwić, bo mówimy o wieku, w którym osobowość człowieka nabiera ostatecznego kształtu.

Prawo jazdy zrobiłem pod koniec 1997r. – najszybciej, jak mogłem, bo tuż po 17-tych urodzinach (tyle starczało wtedy na kategorię B). Wśród znajomych płci obojga było to powszechne: czy ktoś miał widoki na własne auto, czy nie, prawko robił defaultowo. Procedura była prostsza niż dziś: szkolenie z teorii odbyłem „eksternistycznie”, czytaj – wcale (dostałem tylko od instruktora testy do przerobienia). Oba egzaminy zdałem za pierwszym razem, z miesięczną przerwą na odbycie jazd zagazowanym Polonezem (w którym 1,5h placu manewrowego przypominało trening na siłowni). Na praktycznym miałem trochę szczęścia, bo popełniłem jeden błąd, ale jako że nie wymagał on interwencji egzaminatora, zostałem przepuszczony. Dokument odebrałem tuż przed Bożym Narodzeniem, czyli całe sześć tygodni po urodzinach (i tak jako jeden z ostatnich w roczniku, ale tak już mają urodzeni w listopadzie).

Poszukiwania samochodu zaczęły się oczywiście wcześniej. Jak się domyślacie, byłem zafiksowany na jedną markę, a nawet model – dieslowskie W123. Mimo że mój tata, z racji prowadzenia salonu Hondy, już od 2,5 roku jeździł japończykami, mnie one wcale nie kręciły: przedni napęd, plastikowe wnętrza, małe i szybkoobrotowe silniki – to była dokładna odwrotność warunków, w których kształtowała się moja automobilowa świadomość. Dlatego denerwuje mnie, gdy ktoś nazywa mnie japonofilem: to jakaś mega-ironia, bo sam, mimo że od prawie 20 lat mam możliwość wybitnie promocyjnie jeździć Hondami, jak dotąd się na to nie zdecydowałem – jako jedyny z całego otoczenia ojca, co jest mi pół żartem pół serio wypominane przy każdej okazji. Taki ze mnie japonofil.

(z kolei ci, co zarzucają mi germanofilię, najwyraźniej nie zauważają, że spośród wszystkich marek niemieckich lubię zaledwie jedną, w dodatku wciąż podkreślając nieracjonalność tej preferencji. No cóż, niektórzy nie potrafią żyć bez szufladkowania, w dodatku zawsze lepiej wiedzą, co myślą i co cenią inni).

Reasumując: zawiodą się ci, którzy oczekują tu egzaltacji i hymnów pochwalnych. Ja nigdy nie gloryfikuję przedmiotów tylko dlatego, że posiadałem je w młodości, albo – jak w przypadku dawnych modeli Mercedesa – że odpowiadają mi stylem. Owszem, jestem sentymentalny i uwielbiam wracać do wspomnień, ale potrafię rozróżnić osobiste emocje od faktów.

Mój pierwszy samochód stanął pod blokiem 27 grudnia 1997r. – cztery dni po odebraniu prawka. Oto okazało się, że niejaki pan Edek – nadworny mechanik taty z czasów przedhondowskich – miał do sprzedania „amerykańską Beczkę trzysetę„. Po prostu bomba: nie dość, że od znajomego i mechanika, to z wymarzonym motorem 300D i zapewne bogatym wyposażeniem (bo z USA). Na miejscu czekała mnie jednak niespodzianka: rozpadająca się W116-tka, czyli najprawdziwsza S-Klasa, rocznik ’73 (siedem lat starsza ode mnie). Nie wiedzieć czemu, w tamtych czasach wszystkie Mercedesy S nazywano w Polsce „amerykanami”.

Numer nadwozia zaczynał się od 116.035, co oznaczało, że auto opuściło fabrykę jako model 350SE – napędzany 3,5-litrową, 205-konną V8-mką – ale tamtych czasów nie pamiętali już najstarsi górale. Teraz pod maską mieszkał motor OM617, czyli pięciocylindrowy, trzylitrowy diesel antycznego typu (wolnossący, z szeregową pompą wtryskową i komorą wstępną), połączony z niezniszczalnym, czterobiegowym manualem. Taka przeróbka, poza przełożeniem gratów, wymagała też sztukowania wału napędowego oraz modyfikacji elektryki tak, by stacyjka sterowała zaworem paliwa, uruchamiała świece żarowe i gasiła je przy włączaniu rozrusznika. Nikt nie założył natomiast przewidzianej w fabrycznych dieslach, ręcznej regulacji wolnych obrotów (przez co na zimno konieczne było trzymanie nogi na gazie) ani czasowego wyłącznika świec (o zakręceniu rozrusznikiem trzeba było więc decydować samemu, zależnie od temperatury. Wymagało to odrobiny doświadczenia, ale ja miałem u ojca praktykę od siódmego roku życia). Dziś, kiedy stare auto bywa warte tyle, co dwa tankowania, nikt nie cacka się tak z wrakami, ale kiedyś relacje były zgoła inne, i to nie tylko w Polsce: wbrew obiegowym stereotypom o Niemcach, że to burżuje i francuskie pieski, oni jeszcze stosunkowo niedawno bawili się w takie rzeczy. Aż do lat 90-tych typowymi pojazdami tamtejszej młodzieży były właśnie stare Mercedesy z silnikami Diesla, często niefabrycznymi (tzn. wkładanymi do modeli stricte benzynowych, jak stare S-ki, SL-e albo dowolne coupé).

Niech nie zwiedzie Was zdjęcie z pięknymi refleksami na masce: od listwy w górę blacha była jaka-taka, ale poniżej – przypominała ciasto półfrancuskie, na wszystkich elementach. W deszczu konieczne były kalosze. Dzisiaj nieporównanie lepsze okazy idą na żyletki, nie mówiąc o prześlizgnięciu się przez SKP, jednak wtedy, w dzikich latach 90-tych, podobnie wyglądała większość polskiego taboru, więc pieczątkę dostawałem, tym bardziej, że elementy nośne wyglądały OK (w Mercedesach z lat 70-tych poszycie, progi i podłoga gniły niemiłosiernie, ale szkielet łamał się dopiero w ekstremalnych przypadkach).

Poza karoserią stan auta był – powiedzmy, że zróżnicowany. Najgorzej z wnętrzem: wyblakła, popękana deska rozdzielcza, zniszczone siedzenia (przykryte wieloma warstwami pokrowców i koców), a przede wszystkim – niedziałająca większość wyposażenia. Nagrzewnica dawała się otwierać i zamykać jedynie spod maski, śrubokrętem, bo cięgła były pourywane. To typowy problem ówczesnych Mercedesów, podobnie jak niedziałający wskaźnik paliwa i hamulec postojowy. Z czterech elektrycznych podnośników szyb (wtedy – opcjonalnych nawet w S-Klasie) funkcjonowały tylko dwa. Lusterka też dawały się ruszać jedynie ręką od zewnątrz, i to z trudem.

Za to elementy, od których zależała jazda, działały jak trzeba. Hamulce, zawieszenie, opony – o to pan Edek dbał, a i ja byłem pewnych rzeczy świadomy. Być może nie uwierzycie, ale wymieniłem np. wszystkie amortyzatory – ciekawe, ilu właścicieli podobnej klasy wehikułów robi to dziś. No ale wtedy, o ile pamiętam, teleskopy kosztowały chyba 40 zł za sztukę. Krośnieńskie, wytrzymujące maksymalnie 30 tys. km, ale za tę cenę nie było sensu się męczyć.

Zdecydowanie najlepszy był silnik. Trzyseta – odwieczne marzenie moje i taty. Całkiem suchy z zewnątrz, trzymający nominalne ciśnienie oleju i dowolnie długo utrzymujący licznikowe 120 km/h bez zagotowania wody, mimo braku piątego biegu. Osiągający 100 km/h pod wiaduktem w Mogilanach od południa (kto zna Zakopiankę i beczkowe diesle, ten doceni: trzy pierwsze Mercedesy taty wymagały tam piłowania 70 km/h na trójce, czwarty wyjeżdżał na czwórce, ale ostatkiem tchu). „Gdyby moje Merole tak śmigały…” – powtarzał mi ojciec, choć sam powoził już nowoczesnymi Hondami, które w porównaniu z przedpotopowymi, taksówkarskimi dieslami jeździły jak bolidy Formuły 1, silnikowo i zawieszeniowo. No i gdyby tak paliły w zimie: ja nie musiałem strategicznie parkować z górki ani zakładać grzałki w bloku silnika. W największe mrozy wsiadałem i odjeżdżałem, chociaż nie bez odrobiny czarów: świece grzałem po kilkadziesiąt sekund i kilkakrotnie kręciłem rozrusznikiem, z przerwami na odpoczynek baterii. Być może to zasługa zainstalowanych w aucie aż dwóch akumulatorów: 90-tki pod maską i dodatkowej 135-tki w bagażniku, połączonych równolegle i zupełnie nowych – bez tego nie byłoby szans na odpalenie przy minus 20-tu stopniach. W takich mrozach, w mieście, spalanie dochodziło do 11 litrów, w lecie w trasie nie przekraczało 8.

S-Klasą jeździłem półtora roku – dokładnie do końca liceum (po odbiór świadectwa maturalnego przyjechałem już kolejnym autem, które opiszę innym razem). Pokonałem w tym czasie prawie pełny obwód równika – bo trzeba wiedzieć, że mimo że nazywam ten samochód „moim”, to tak naprawdę właściwszym określeniem byłoby „drugi w domu”. Moja mama nigdy nie miała prawa jazdy, więc kiedy zrobiłem je ja, Mercedes został kupiony po to, by służyć nie tylko mnie, ale i całej rodzinie oraz nierzadko firmie. Jako uczeń, a potem student, miałem sporo czasu i robiłem za etatowego taksówko-kuriera, lokalnego i zamiejscowego (co zresztą bardzo mi pasowało, bo cierpiałem na chroniczny niedobór spalin we krwi). Podobnie było z dwoma kolejnymi autami, którymi jeździłem w czasie studiów i jeszcze chwilę po – za każdym razem miały to być Hondy, ale ja byłem naprawdę uparty. W każdym razie to stąd wzięło się prawie 40 tys. km w 18 miesięcy.

***

Jeśli pozwolicie, to podzielę się teraz paroma wspomnieniami z tamtych lat.

Impresja 1. Odbiór auta od pana Edka, zamieszkałego w samym centrum, niedaleko Karmelickiej. Pierwszym wrażeniem była przepastna kabina z monumentalną, ciągnącą się po horyzont maską silnika (gwiazdy brakowało, dopiero później dokupiłem sobie podróbkę za 6 czy 8 zł, z miękkiego, foliowanego plastiku – dziadostwo pierwszej wody, ale, jak wtedy rozumowałem, lepsze niż nic). W stosunku do W123 różnica gabarytów i przestronności była wyraźna. Mimo zupełnego braku doświadczenia i 4,96-metrowej długości auta w ciasnych uliczkach poradziłem sobie łatwo, bo zwrotność była fenomenalna, wspomaganie – sprawne, a widoczność wszystkich rogów nadwozia – doskonała. Po drodze do domu pojechałem na BP przy Matecznym, bo przy niedziałającym wskaźniku paliwa kluczową sprawą było mierzenie dystansu między tankowaniami pod korek. Dobrze pamiętam szok, jakiego doznałem, kiedy licznik dystrybutora minął liczbę 60, a paliwo wciąż się lało… Pistolet odbił dopiero przy ponad 80 litrach (czyli jakichś 120 złotych – cena nie przekraczała 1,50 zł/l). Dopiero potem doczytałem w katalogu, że W116-tki V8 miały zbiorniki 96-litrowe – z dieslem pod maską mogłem więc zrobić i 1.200 km bez tankowania.

Jeszcze tego samego dnia odkryłem coś, co Niemcy nazywają Bonanza-Effekt – wpadanie motoru w silny rezonans, jakby ostrą czkawkę, przy gwałtownej zmianie obciążenia. Znów myślałem, że to awaria, ale nie – stare diesle wymagały po prostu płynnych ruchów gazem, a mnie jeszcze brakowało wyczucia. Problem znikł dopiero od rocznika ’89, kiedy mercedesowskie diesle dostały dwumasowe koła zamachowe (tak, późne W124 miały dwumasy, tylko mało kto o tym wie, bo one po prostu nigdy się nie psuły. Jak widać – da się).

Pierwszy problem wystąpił… już nazajutrz: po przykręceniu własnych tablic rejestracyjnych chciałem się autem przejechać. Niestety, nie udało się, bo centralny zamek zablokował się na amen. Telefoniczna reklamacja u pana Edka i szybka, wieczorna akcja włamania od strony pasażera oraz przecięcia przewodów pneumatycznych (centralny działał na podciśnienie z kolektora, magazynowane w zbiorniku pod tylną półką). Tak wtedy wyglądały „naprawy”. Od tamtej pory prawe drzwi otwierały się choćby ołówkiem. Ponieważ szkolni kumple szybko to odkryli, chcąc zabezpieczyć się przed ich dowcipami musiałem parkować w rogu muru, tak, by z tyłu i z prawej nie dało się włożyć ręki. Tak oto nauczyłem się precyzyjnie manewrować pięciometrową limuzyną.

Impresja 2. Moja licealna paczka miała jedną członkinię w Gorlicach. Dysponując samochodem postanowiliśmy odwiedzić ją w majowy weekend. Paliwo rozliczaliśmy po 2,50 zł/osoba/100 km – takie to byli czasy. Z niezliczonych przygód po drodze wymienię trzy. Najpierw – zagotowanie wody na ostrym podjeździe pod przełęcz Rydza-Śmigłego niedaleko Limanowej, skąd zgarnialiśmy jedną pasażerkę. Nie mając dużego doświadczenia chciałem czym prędzej uzupełnić wodę, więc jak ostatni kretyn odkręciłem korek chłodnicy natychmiast po zatrzymaniu. Obeszło się bez wizyty na pogotowiu, ale ból oparzenia pamiętam do dziś.

Druga przygoda będzie ze smrodkiem dydaktycznym. Oto na miejscu, w Gorlicach, znajoma chciała wziąć nas na spacer po Magurze, ale w aucie była nas już piątka. Ona mówi – wskoczę do bagażnika, już mnie tak kumple wozili. Ja na to – oszalałaś chyba, wchodzisz do tyłu, a jak coś gdzieś, to chowacie głowy. W szóstkę w S-Klasie – wielkie mecyje. I chyba Anioł Stróż nade mną czuwał, że się uparłem, bo na miejscu, w głuchym lesie, złamał mi się kluczyk. Połówka grotu została w drzwiach. To były czasy przedkomórkowe, więc na kolanach dziękowałem niebiosom, że prawy zamek jest rozwalony, klucz stacyjki – cały (był inny, zapewne dzięki przekładce motoru), a w bagażniku – do którego nie było żadnego dostępu – nie siedzi Magda. Tak że pamiętajcie, drogie dzieci, w życiu trzeba przestrzegać pewnych zasad: nie bawić się zapałkami, nie jeść słodyczy przed obiadem, wkładać czapkę w zimie, nie wozić ludzi w bagażniku i nie podchodzić do lądowania poniżej minimum pogodowego. To wszystko nie wzięło się znikąd. Jedyną ofiarą incydentu była inna dziewczyna, która miała w bagażniku torbę z rzeczami, a zamierzała zostać w Gorlicach na dłużej. Jej ojciec odbierał je potem ode mnie z Krakowa, ale to równy facet był, śmiał się z całej historii razem ze mną.

Ostatnią przygodą dnia było urwanie wydechu w drodze powrotnej. Na szczęście w aucie mieliśmy trochę szmat, więc z kumplem Kubą przywiązaliśmy rurę już sam nie pamiętam do czego i dojechali do Krakowa, w ogłuszającym ryku silnika, jakoś koło północy. Było mi już tak wszystko jedno, że jedną koleżankę odwiozłem pod sam dom na św. Marka, tuż przy Rynku, w samo serce strefy zamkniętej dla nie-mieszkańców.

Wydech pospawał oczywiście kochany pan Edek, on też wydobył resztkę kluczyka z zamka, polutował przeciekającą chłodnicę i wymienił pasek klinowy (przyczyny zagotowania wody).

Impresja 3. Ja i moja paczka uwielbialiśmy narty (co zresztą nie zmieniło się do dziś). W116 był tu nieoceniony, bo mieścił cztery pary nart w kabinie, między prawym fotelem a drzwiami. W sedanie bez składanej kanapy!! Tyle tylko, że ludzie musieli wsiąść wcześniej, albo z lewej. W zimie w górach połączenie tylnego napędu i wielosezonowych opon D-124 (o nietypowym rozmiarze 205/80 R14) nauczyło mnie całkiem sporo: potrafiłem np. wyjechać na samą Gubałówkę od strony Butorowego Wierchu, gdzie nigdy nie solą – powtarzam, bez zimówek!! Ale nie o tym chciałem. Oto w ferie ’99 kolega Kuba – ten sam, który wiązał ze mną wydech w majowy weekend – zaprosił mnie na tydzień do swoich dziadków do Piwnicznej. Spakowaliśmy sprzęt, siadamy do auta, przekręcam kluczyk – rozrusznik milczy. Elektryk z warsztatu obok (róg Szwedzkiej i Dworskiej) odpalił nam auto na krótko, licząc sobie za to całe 5 złotych, ale na więcej nie miał czasu. Dzwonię do pana Edka: „przyjeżdżajcie, coś poradzimy„. U niego w warsztacie (w tamtym czasie – na strasznym odludziu, nawet ulica nazywała się Potrzask) okazało się, że padła kostka stacyjki. Ponieważ zapasowej nie było na podorędziu, pan Edek pociągnął mi do kabiny dwa przewody (nie musiał nawet nic wiercić – dziur w blasze było dość) i przylutował mosiężne styki. „Jedźcie śmiało, kilkadziesiąt zwarć powinny wytrzymać„. Wytrzymały cały wyjazd, chociaż skracały się przy każdym użyciu. Nigdy nie zapomnę min gapiów na stokach w Suchej Dolinie, Krynicy i Wierchomli, kiedy wieczorami, zapakowawszy sprzęt, siadałem z Kubą i jego siostrą do auta, wygrzebywałem spod deski rozdzielczej dwa kable i zwierałem je wzniecając jaskrawe snopy iskier otoczone chmurką dymu.

Impresja 4. Kostkę stacyjki znalazłem na szrocie w Lednicy pod Wieliczką, przy drodze na Gdów. Starszy pan handlował tam wszystkim i niczym, z sadzonkami drzew włącznie, ale rozbierał też Mercedesy i był o tyle cenny, że oprócz paru W123 i 190-tek miał u siebie jedno rozgrzebane W116. U niego dorwałem trójkątną szybkę tylną, którą wybili mi złoczyńcy w biały dzień w samym centrum (chyba dla zabawy, bo nic nie ukradli), oraz listwy błotnika i przedni migacz, kiedy nieznany sprawca wjechał w moje auto zaparkowane pod konsulatem Austrii, gdzie uczyłem się niemieckiego. Przykra sprawa, tym bardziej, że gdy i mnie raz zdarzyło się przy zawracaniu trącić zderzak Mondeo, to zostawiłem za wycieraczką kartkę z telefonem, natomiast wtedy, pod konsulatem, żadnej wiadomości nie znalazłem. Uczciwość nie zawsze do nas wraca.

Pan z Lednicy dawał mi graty całymi garściami: „niech mechanik wybierze, co trzeba, a resztę przywieziesz i wtedy się rozliczymy„. Dostałem tak całe pudło kostek pod stacyjkę, a kiedy indziej np. kilka elektrycznych silniczków do szyb (okazało się potem, że nie działał ani jeden, ale fenomenalny pan Edek zdołał z nich wszystkich złożyć dwa dobre, tak że odtąd opuszczały się wszystkie okna).

Nie wszyscy szrociarze byli tak mili. Przykładowo jeden, też z Wieliczki, o imieniu i nazwisku identycznym z czarnym charakterem jednego z popularnych polskich seriali, miał zwyczaj skupować papiery „Beczek” i sklecać do nich samochody ze starych części. Krążyła fama, że do niego nie wolno przyjeżdżać Mercedesem, a przynajmniej – parkować w pobliżu, bo potrafił ponoć niepostrzeżenie podmienić klientowi dobre części na jakieś śmieci. Ponieważ zaopatrzenie miał najlepsze, kilka razy musiałem go odwiedzić, ale zawsze tatową Hondą.

Impresja 5. Niezależnie od tego, jak bardzo był zgnity i ile gadżetów w nim nie działało, ten samochód zawsze dojeżdżał do celu. Co prawda dwukrotnie musiałem wracać z miasta zbiorkomem, ale nie z winy auta: raz brakło mi paliwa, bo przeliczyłem się w kalkulacji kilometrów, a drugi raz – złapałem gumę i nie zadziałał pokładowy podnośnik (był porządny, hydrauliczny – jak to w aucie po mechaniku – ale niestety bez oleju). Mimo to, jak już pewnie zorientowaliście się, pana Edka odwiedzałem co chwilę. Zablokowany centralny, kostka pod stacyjką, dziurawa chłodnica, spalona dmuchawa, podnośniki szyb, amortyzatory i sto innych rzeczy – wprost nie do wiary, że to było zaledwie półtora roku.

Czasem winien byłem sam: przykładowo raz, dokładnie 26 grudnia, jechałem sobie do rodziny w Kętach, gdzie już wcześniej dotarli Hondą rodzice z bratem. Tuż przed Wadowicami złapałem gumę i próbując zmienić koło, złamałem klucz. Jak na złość, wszyscy zatrzymywani przeze mnie kierowcy mieli klucze złego rozmiaru, a ja głupi, zamiast poczekać na jakiegoś Mercedesa, straciłem cierpliwość i postanowiłem zabrać się stopem do Wadowic i stamtąd zadzwonić do Kęt po pomoc. Po znalezieniu budki telefonicznej i wyżebraniu u przechodnia impulsu na karcie magnetycznej (komórki mieli wtedy tylko milionerzy, a kioski w Święta nie pracowały) wezwałem ekspedycję ratunkową, która wkrótce nadjechała wujkową „Kaczką” 207D, wożącą dwa razy w tygodniu banany z austriackiej hurtowni (auto widać zresztą w tle zdjęcia u góry). Wujek z ojcem przywieźli właściwy klucz i pokazali mi na przyszłość, jak odkręcać koło nie dewastując przy tym narzędzi.

Niedługo potem, na oblodzonym parkingu, uderzyłem skręconym kołem w krawężnik pod tak niefortunnym kątem, że zgiąłem drążek kierowniczy – kierownica przestawiła się o prawie 90 stopni. Co ciekawe, nastąpiło to pod blokiem, przy 10 km/h, a nie w czasie wieczornego trenowania driftu na pustych placach. Bo w tamtych czasach było jeszcze całe mnóstwo opuszczonych parkingów, gdzie dało się poćwiczyć poślizgi kontrolowane albo awaryjne hamowanie z omijaniem przeszkody. Jeśli nawet zobaczyli to policjanci, mówili: „uczcie się, chłopaki, byle ostrożnie i z dala od ludzi„. No i uczyliśmy się. Wyobrażacie to sobie dzisiaj…?

Najdziwniejsza „awaria”, jaką przeżyłem, też była spowodowana uszkodzeniem mechanicznym, ale to okazało się dopiero później. Oto pewnego razu, w czasie hamowania, poczułem jakby samochód sam dodawał gazu, w dodatku proporcjonalnie do wciśnięcia hamulca!! Duchy jakieś? To było niepojęte – hamując musiałem każdorazowo wysprzęglać (silnik wkręcał się wtedy na pełne obroty – aż bałem się, czy się nie rozbiega na śmierć). Dobrze pamiętam przerażone miny pieszych, gdy przed zebrami hamowałem z ogłuszającym rykiem motoru katowanego pełnym ogniem bez obciążenia. Niektórzy stukali się wymownie w czoło albo wręcz wyzywali mnie od najgorszych, ale to naprawdę nie ja dodawałem gazu… Sam pan Edek nie chciał mi wierzyć. Dopiero po wnikliwym śledztwie odkrył, że pękł przedni stabilizator, którego połówki goniły luźno w mocowaniach. Przy hamowaniu jedna z nich leciała bezwładnie do przodu zahaczając o linkę gazu. Niezła historia, prawda? Dopiero jakiś czas potem przypomniałem sobie, że dniu, w którym auto po raz pierwszy przyspieszyło przy hamowaniu, zawadziłem byłem spodem o studzienkę kanalizacyjną na trawniku pod dawną rezydencją Hansa Franka w Przegorzałach – to zapewne tam urwałem stabilizator.

Impresja 6. Dzień jak co dzień, poranna droga do szkoły. Cierpliwie czekam sobie na Górze Borkowskiej, od strony Jugowickiej, na możliwość wyjazdu w prawo na Zakopiańską (wtedy nie było tam jeszcze świateł). Nagle – głuche uderzenie z tyłu. Na moim tylnym zderzaku garażuje Polonez Truck. Kierowca wyskakuje, przeprasza… Mina rzednie mu dopiero po skonstatowaniu, że skasował sobie oba reflektory, zderzak, atrapę oraz chłodnicę, a to za sprawą haka holowniczego pana Edka. U mnie szkód nie zauważyłem żadnych – nawet zderzak wyglądał na cały, więc wsiadłem i pojechałem.

Impresja 7. Ponieważ mówimy o czasach licealnych, nie zdziwi Was chyba, że wspomnę o dwóch randkach, na które pojechałem granatowo-rdzawą S-Klasą.

Historia pierwsza – wieczór w operetce. „Księżniczka czardasza” Imre Kalmana, podstawa obycia kulturalnego każdego Galicjanina i lojalnego obywatela c.k. Monarchii. Naokoło dżentelmeni i damy w strojach wieczorowych. Ja w krawacie, jeden z pierwszych razów w życiu, moja towarzyszka – w długiej sukni à la studniówka. No i to auto. Czułem się wtedy jak wyfraczeni bankierzy ze zdjęć w starych prospektach Mercedesa, podjeżdżający pod jakiś Grand Hotel albo inną Staatsoper (a to był czas, kiedy dogłębnie studiowałem te katalogi, korzystając z nabieranej mozolnie znajomości języków). Nie żeby świątynie kultury były mi obce: wręcz przeciwnie, moi świętej pamięci Dziadkowie przez większość życia pracowali jako rekwizytorzy w krakowskim Teatrze Słowackiego. Jako dziecko przebywałem tam często, poznałem nawet osobiście parę autentycznych gwiazd sceny i filmu, których formatu zupełnie wtedy nie doceniałem. Było mi dane oglądać najróżniejsze przedstawienia, z operami włącznie – tylko tyle, że zawsze wchodziłem od tyłu, a z tamtej strony teatr przypomina wiejski warsztat złomnikowych Cytryna i Gumiaka. Nieoświetlone, ciasne korytarze, plątanina sznurów i kołowrotów od poruszania kurtynami, trapami i obrotową sceną, bezwzględnie obowiązująca cisza i nieustające niebezpieczeństwo potknięcia się w ciemności o jakieś połamane pianino, trupią czaszkę z „Hamleta„, wilka z otwieranym brzuchem z „Czerwonego Kapturka” albo klatkę z dziką kaczką z „Dzikiej Kaczki” (żywą). Spektakle obserwowałem wtedy nie z pozłacanej widowni, a z tzw. loży elektrycznej, wypełnionej rozgrzanymi do czerwoności reflektorami. Rozumiecie, że to coś innego niż zajechanie przed budynek od frontu, S-Klasą i z dziewczyną odstrzeloną jak na bal u samego Cysorza. Dziś oczywiście chce mi się z tego śmiać, ale wtedy mój szczeniacki umysł postrzegał całą sytuację jako coś niezwykle doniosłego, swoistego rodzaju prestiż i splendiż. To nic, że operetka jest tak naprawdę lekką komedią, że prócz niebieskiej marynarki i krawata miałem na sobie zwykłe dżinsy, a mój 26-letni wehikuł trzymał się na lakierze. Liczyło się to, że jestem na „wielce poważnej” sztuce, z elegancką damą (tu – absolutnie bez cudzysłowu) i w prawdziwej limuzynie (tutaj – jak kto woli). Tego rodzaju pierwszych razów się nie zapomina. Aha: zwróćcie jeszcze uwagę, że w tle tej scenki – zupełnie wyjątkowo – nie występują problemy z autem.

Historia druga – sobota wieczór, kino „Rotunda” („Spaleni słońcem” Michałkowa), potem kawa z ciasteczkiem na Starym Mieście. Koło 22h wracamy do auta, w którym… brakuje radia. Była to tzw. szuflada, bez zdejmowanego przodu. Ktoś musiał przyuważyć, jak chowam je pod fotel, albo po prostu liczył na to, że będzie właśnie tam, no bo gdzieżby indziej. Ten sam rozwalony zamek, który niegdyś uratował mnie i pięcioro przyjaciół w magurskim lesie, tym razem zubożył mnie o kilka stówek (chociaż tak naprawdę zamek nie miał pewnie większego znaczenia). Ale nie sama kradzież wkurzyła mnie najbardziej, tylko to, że owo radio, wraz z dwiema niezłej klasy kolumnami postawionymi luźno na tylnej półce, zostało kupione i założone tego samego dnia rano. Nie zdążyłem na nim przesłuchać w całości nawet jednej kasety. No żesz kurrrka wodna…!!

W poniedziałek w szkole opowiedziałem kumplom o zajściu. Na którejś przerwie podszedł do mnie jeden gość, taki z gatunku wygolonych na zero i siedzących w ostatnich ławkach. „Gdzie stałeś w tę sobotę?” „Na Krupniczej„. „Czemuś do mnie nie dzwonił od razu…? Byliby ci k…. w zębach odnieśli, a tak, to minęły dwa dni, giełda wczoraj była, co ja ci teraz k…. poradzę?! A tak w ogóle, to podaj numery auta, muszę zapisać…„. Aż się przestraszyłem, bo nie miałem pojęcia, że gość ma takie „wpływy” (żeby nie było – liceum należało do bardzo przyzwoitych), ale fakt faktem, że nieraz pisałem mu wypracowania z niemieckiego, które wyciągały mu średnią z przedmiotu z 1,5 na pełne 3. Dzisiaj powiedzieć, że wyszedł na ludzi, to mało: szybko rzucił branżę „car audio„, skończył studia i działa w fundacji pomagającej dzieciakom z trudnych rodzin.

***

Były i wspomnienia mniej dramatyczne. Np. pierwsza samodzielna podróż przez nad Bałtyk: ponieważ tata musiał zostać w pracy, do Jastrzębiej Góry mamę i brata zabrałem ja Mercedesem. Bez przygód, poza zamknięciem między szlabanami na przejeździe kolejowym prawie u celu, ale w takim miejscu, gdzie przed torami zmieściłby się autobus, więc bez stresu. Były też inne, zupełnie bezproblemowe wycieczki ze znajomymi w góry, doręczanie dokumentów klientom ojca w odległości stu i więcej kilometrów od Krakowa, logistyczna obsługa okazjonalnych targów i ekspozycji Hond, w tym zamiejscowych, no i codzienne dojazdy do szkoły czy też z mamą po zakupy. Z przygodami lub bez, do celu docierało się zawsze – chyba, że brakło paliwa, złamał się klucz do kół albo wylał olej z podnośnika.

Sprzedaż auta nastąpiła zaraz po mojej maturze, w czerwcu 1999r., poprzez ogłoszenie w „Auto-Bicie” – pamiętacie jeszcze taką gazetę? Istniał tam specjalny dział „SAMOCHODY DLA KONESERA”, z podziałem na sportowe, luksusowe i zabytkowe. W116 łapało się na dwie z tych trzech kategorii (w PZU miałem nawet 50%-ową zniżkę za wiek auta 25+), ale oferta poszła w zwykłej rubryce. Autem interesowali się nawet taksówkarze, ale w końcu kupili je zamiejscowi handlarze, którzy skupowali wraki, reanimowali je optycznie i sprzedawali, z tym że byli w bardzo nietypowej konfiguracji, tzn. syn z MATKĄ (sic!!). Starsza pani chwaliła niezły stan mechaniki, z idealnym silnikiem na czele – naprawdę się na tym znała!! – podczas gdy syn z przerażeniem liczył dniówki, które miał spędzić na spawaniu i szpachlowaniu. Ale chyba widzieli w tym jakiś interes, bo dobiliśmy targu.

Pewnie ciekawi Was ówczesna wartość takiego wehikułu. Pan Edek zażądał 6.000 zł, sprzedaż przyniosła o 1.000 mniej. Przeciętne wynagrodzenie brutto w 1998r. nie przekraczało 1.700 zł. To tak, jakby dziś 26-letnie auto (7 lat starsze od właściciela) z karoserią w stanie agonalnym, zrujnowanym wnętrzem i niedziałającą większością wyposażenia kosztowało DWANAŚCIE TYSIĘCY ZŁOTYCH. Co jeszcze ciekawsze, przed puszczeniem ogłoszenia złożyłem propozycję wspomnianemu właścicielowi szrotu z Lednicy, ale dla niego egzemplarz był… „zbyt ładny„!! „Spokojnie weźmiesz za niego piątkę, a ja za sztukę do rozbiórki mogę dać najwyżej dwa koła„. Czyli, przypominam, równowartość jakichś 4.500 zł dzisiaj – za wrak na części. Ale koniec końców, facet miał rację – auto poszło dokładnie za piątkę.

***

W dzieciństwie i młodości uwielbiałem słuchać opowieści mojego zmarłego przed dwoma miesiącami dziadka: o wojnie, noszeniu jedzenia partyzantom do lasu, praktykach u szewca w latach 40-tych, służbie w LWP w latach 50-tych (pod komendą radzieckich oficerów na terenach Ziem Odzyskanych), o pracy w teatrze i fabrykowaniu rekwizytów w warunkach braku wszystkiego, z papierem i sznurkiem włącznie. Wydawało mi się, że ja, żyjący we względnie spokojnych czasach i chodzący codziennie do nudnej szkoły/pracy, nie będę miał nic do opowiadania potomności. Od tego czasu minęło już jednak 20 lat i okazuje się, że zwykła codzienność początkującego kierowcy z końcówki XX stulecia ma szanse stać się prawdziwą egzotyką. Dziś większość z nas ma jeszcze wspomnienia podobne do moich, ale ten świat odchodzi już w przeszłość.

Niestety, wraz z nim odchodzi też motoryzacyjna pasja młodzieży. Jak pisałem ostatnio, dla obecnych licealistów prawo jazdy rzadko bywa priorytetem, nawet wielu dorosłych pracowników korporacji, w której pracuję, nie odczuwa potrzeby zakupu auta. Dlatego nie martwię się o to, czy na starość będę miał co wspominać, a raczej – czy ktokolwiek będzie chciał tego słuchać.

P.S. Przez cały przyszły tydzień, od soboty do soboty, będę znajdował się z dala od stacjonarnych internetów. Teksty na 5-tego i 10-tego kwietnia są już gotowe i zaprogramowane – serdecznie zapraszam!! – ale odpowiadać na komentarze będę mógł tylko wieczorami i z telefonu, więc bardzo proszę o wyrozumiałość. Z drugiej jednak strony najbliższy artykuł będzie wpisem gościnnym, więc honory gospodarza będzie pełnił jego Autor.

Foto: archiwum rodzinne

Share Button
Tagi: , ,
85 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: NIE ZA SŁODKO, NIE ZA GORZKO
  1. Daozi napisał(a):

    „Elektryk z warsztatu obok (róg Szwedzkiej i Dworskiej) odpalił nam auto na krótko, licząc sobie za to całe 5 złotych” – mowa zapewne o P. Gatliku, do którego jeździłem na początku. Ale teraz on już mało naprawia, zajmują się tym w jego warsztacie inni no i niesety jakość usług raczej się pogorszyła, ale rzeczywiście – szef jest niezłym fachowcem.
    Przyjemnie się czyta. Przy okazji uderza mnie jedna rzecz: jestem raptem 4 lata młodszy, a moje wspomnienia motoryzacyjne to kompletnie inny świat, jakby o epokę późniejszy. Pierwszym własnym autem była Corolla E11, w której nie psuło się nic (miała 11 lat kiedy ją sprzedawałem, to też racja), potomnym mógłbym co najwyżej wspomnieć pierwszą stłuczkę albo remont zawieszenia 😀
    Inna sprawa, że nie miałem potrzeby posiadania auta w wieku 18 lat (dolna granica wzrosła właśnie wtedy) i pierwszy wóz kupiłem dopiero po studiach. Mimo wszystko rzeczywiście wspominam to auto miło, jednak pierwsze 4 kółka zawsze wzbudzją sentiment. Tak mi się przynajmniej wydaje.
    Aha – Auto Bit doskonale pamiętam, czytywałem sobie tak jak kobiety czytują Panią Domu, ot, dla rozrywki.
    Przewiduję sporo nostalgicznych komentarzy poniżej 🙂

  2. Yossarian napisał(a):

    Fajnie się to czyta – niby codziennosć w tamtych czasach, a patrzac z perspektywy 2016 roku, to wydaje się życiem pełnym przygód ;). No ja ze swoją Xsarą takich przygód nie miałem i dlatego jej opis na blogu poszedł w postaci zwykłego testu :P.

    Swoją drogą, te D-124 to wychodzi, że słynna opona ;). Chyba wszyscy na tym wtedy jeździli. Choc pamiętam, że w autach u mnie w rodzinie chyba nigdy ich nie było (mozliwe, że w Wartburgu, bo jak go sprzedano to miałem 3 lata). Skoda na jakichś czeskich jeździła (chyba Barum), Seat na Firestone (ale ja się wtedy jarałem, że „takie same” opony, jak w wyścigach CART!),a potem to już różne były, ale D-124 chyba nigdy :).

    • SzK napisał(a):

      Barumy miałem raz zimowe, później, w W-124. Po jednej jeździe na Słowację postanowiłem zrujnować się na Goodyeary :-).

      A D-124 był bardzo popularne w dawnych czasach, zresztą jako wielosezonówki sprawiały się znakomicie.

      • Yossarian napisał(a):

        Te D-124 jakoś jeszcze do niedawna produkowali, choć wzór bieżnika przypominał opony z lat 60-tych 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        tez mialem D124 i byly lepsze na zime niz barumowskie zimowki, te zimowa barumy nadaja sie tylko na lato i to tez jako-tako… straszny szajs

      • SzK napisał(a):

        No właśnie o tym mówię – dokładnie takie miałem wrażenie.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        na puciaku sprawdziłem zimowe barumy, a na escorcie D-124 – obie beznadziejne 😉

  3. kierowca bombowca napisał(a):

    Wprawdzie prawo jazdy zrobiłem prawie dokładnie 10 lat później niż Ty, to jednak trochę tamtego klimatu jeszcze pamiętam – głównie z perspektywy siedzącego z tyłu „małolata” jak to mawiał do mnie mój starszy brat. A bywało się z nim na giełdach, szrotach, na wycieczkach krajoznawczych jego paczki ( aż dziwię się że chciał mnie zabierać ), no i w warsztatach.

    Z racji tego, że mieszkam z tej samej strony Krakowa, to drogi też przejeżdzaliśmy mniej więcej podobne. Łącznie z tą do Gdowa, która wówczas była prawie zupełnie pusta a długie proste i pagórki sprzyjające podnoszeniu trzewi prowokowały do osiągania mocno nielegalnych prędkości. Brat miał w tamtym czasie 4 wehikuły – Poldka z 2 litrowym benzynowcem, później Clio 1.2 po ojcu, następnie Astrę 1.6 16V zamienioną po może miesiącu na 2.0 16V. Ta ostatnia to była wtedy niezła rakieta.

    Mój pierwszy samochód nie był zbyt awaryjny – była to w chwili „odbioru” 5 letnia Fabia z 2 litrowym benzynowcem. Niemniej jednak coś tam zawsze się działo, a sporo „przypadków” było spowodowane cielęcą głupotą. Przykładowo – prawie nie rozwaliłem wozu, gdy w zimie chciałem efektownie wejść na ręcznym w zakręt koło domu kumpla. Obróciło mnie o 180 stopni i samochód wyrzuciło z drogi – zatrzymałem się dosłownie 1 cm od betonowego słupa. Tym razem nie stało się nic. Innym razem wpadłem w czasie deszczu w dziurę, która kompletnie rozpruła oponę, tak że samochód stał z jednej strony tylko na pokiereszowanej feldze. Druciarstwo też nie było mi obce – gdy pewnego razu zahaczyłem o wystającą z drogi studzienkę, która urwała plastikową osłonę pod silnikiem – najechałem na wysoki krawężnik jedną stroną, wlazłem pod auto ku zdziwieniu gapiów, wożoną w bagażniku taśmą klejącą poreperowałem co trzeba i odjechałem jakby nigdy nic. Miałem też epizod z koleżanką, która z braku miejsca dla szóstej osoby chciała jechać w bagażniku. Na całe szczęście, mimo jej uroku i proszenia – odmówiłem i przejechaliśmy w sumie niedaleki odcinek na dwa razy. Nie zdarzył mi się za to żaden większy – poza wycieraczkami i wkładami lusterek – incydent. W latach 90. chyba każdej osobie w mojej rodzinie coś ukradziono z samochodu – najczęściej radia, ale czasem ginęły też inne elementy wyposażenia – korbki, lusterka, gałki no i zawartość schowka. W aucie taty wybili kiedyś szybę cegłą tylko po to, by ukraść paczkę papierosów, leżącą przy popielniczce…

  4. hooligan. napisał(a):

    „…tym bardziej, że elementy nośne wyglądały OK (w Mercedesach z lat 70-tych poszycie, progi i podłoga gniły niemiłosiernie, ale szkielet łamał się dopiero w ekstremalnych przypadkach).”
    przyznam, że nie bardzo rozumiem – w nadwoziu samonośnym to właśnie progi są elementami nośnymi. Podobnie jak podłoga – to własnie w niej „zatopione” bywają dodatkowe profile zamknięte dodatkowo usztywniające nadwozie. Także trudno tu mówić o jakimś szkielecie nadwozia. Jeśli już, to coś takiego występowało to w przypadku Rovera P6 lub podobnych wynalazków.
    A co do meritum – kiedy czytałem tę całą litanię niedociągnięć w tym wspaniałymn skądinąd aucie przychodzi mi na myśl bolid mojego znajomego – Galant 1,8 TD, rocznik 1985 (czyli 31 lat), jeszcze ten siekierą i ekierką rzeźbiony. Auto totalnie złechane i wyeksloatowane, z przebiegiem miliarda kilometrów. Jednak w jego przypadku cała elektryka działa. no moze nie bez zarzutu, ale absolutnie WSZYSTKO funkcjonuje. Wszystkie szyby, wszystkie światła, wszystkie odbiorniki. Tradycyjny dla starych Japońców jest kłopot w mechanizmem regulacji kata przednich reflektorów; nawchodziło syfu, który zablokował przekładnię. No ale same silniczki chodzą jak nowe. Cała ta galanteria – wszystkie zamki, linki, stacyjka, regulacja foteli – czasami moze i z oporem, ale działa i nie klęka. nie sposób nie kochac japońskiej motoryzacji lat 80 – ja ja nazywam „suwakową” – to od sposobu sterowania nagrzewnicą i nadmuchem; potem weszły te nowoczesne „kręcioły”. wcale nie wygodniejsze, milion razy bardziej zawodne. Szkoda tylko że tak szybki gniły. Bo gdyby nie to, to były najlepsze wozy, na co dzień poręczne jak para najlepszych trampek.

    • SzK napisał(a):

      Tak, w japońcach wyposażenie elektryczne jest niezniszczalne, w Mercedesach niestety nie.

      Mówiąc o korozji strukturalnej miałem na myśli integralnośc całej budy – słupki, podłużnice, itp. Skrajnie wygnite Beczki poznasz łatwo po złamanym bagażniku (trzecia bryła nadwozia wygląda, jakby ktoś chciał ją odłamać w dół). U mnie czegoś takiego absolutnie nie było.

    • benny_pl napisał(a):

      hooligan: w „nowoczesnych” samonosnych faktycznie progi sa elementem nosnym (ale tez bez przesady, jakos samochody nie lamia sie nagminnie mimo ze sporo jezdzi bez progow), ale to tak gdzies od lat 80, wczesniej byly normalne podluznice z grubej blachy idace przez cala dlugosc samochodu i bedace w zasadzie taka zintegrowana rama. takie cos ma chocby Duzy Fiat i Polonez, ale takze duzo amerykancow i to znacznie mlodszych, w takich konstrukcjach progi i podloga to jedynie niewielkie wzmocnienie, moze tego nie byc i nic sie nie zmieni, poza podluznicami rowniez tunel srodkowy jest bardzo waznym wzmocnieniem
      https://lh3.googleusercontent.com/-IfRIaOsMxBQ/T-XcfHspTsI/AAAAAAAADJQ/FOHgxRsq9bQZbeXd_mEl12awGtOSPOHoACCo/s720-Ic42/DSC04425.JPG

  5. Fabrykant napisał(a):

    Ad. Impresja 2: Dobrze jest czasem złamać zasady (cytat Nathan Muir z „Zawód Szpieg”, grany przez Roberta Redforda- polecam).
    To i ja jak Autor załapałem się na bieda-swapa z lat minionych- już chyba wspominałem Ford Taunus z silnikiem VW 1,9D i skrzynią 5-cio biegową od Poloneza. Mieliśmy to auto w rodzinie przez jakieś 18 lat i nie było z nim większych kłopotów, za wyjątkiem powolności i hałasu. To auto było zeswapowane nie ze względów ekonomicznych, tylko z powodu kartek na benzynę które nie dotyczyły oleju napędowego.

    • SzK napisał(a):

      Wiesz, czytając ten wpis zauważyłeś zapewne, że ja nie należę do ludzi, którzy sztywnych zasad trzymają się ze szwajcarską gorliwością. Nie mniej jednak uważam, że „pewnych rzeczy nam przeginać nie wolno” (cytat z Kaowca z „Rejsu”, z pamięci).

      A Twojego swapa pamiętam z komentarzy u Yossariana 🙂

  6. bonczek_hydroforgroup napisał(a):

    Doskonała historia – relacja z motoryzacyjnych sukcesów i porażek. Widać w tym wszystkim kawał serducha do auta …pierwszego auta. Sam pamiętam swoje emocje z pierwszym zarejestrowanym na mnie pojazdem. To Opel Commodore z 1978 …ale sytuacje w niektórych przypadkach bliźniacze twoim:-) Ja jednak poniosłem finalną porażkę…sprzedałem auto podstawionemu handlarzowi za 2000 pln ..za miesiąc po odpicowaniu w Niemczech poszło za 11 tyś Euro 🙁

    • SzK napisał(a):

      Może moje też tak poszło…? Kto wie 😉

      (irony alert!!)

    • benny_pl napisał(a):

      no i co? zle ze tak poszlo? straciles cos na tym? nikt Ci nie kazal za 2tys sprzedawac, chyba lepiej ze ktos podpicowal i sprzedal za tyle niz jakies malolaty mialy by to zajechac, rozbic i na zlom wywiesc

      • bonczek_hydroforgroup napisał(a):

        Masz racje, mój „strumień świadomości” w tamtym czasie (1992-1993) miał ograniczone masowe natężenie przepływu 🙂 Dziś mając tę lekcję za sobą robię zgodnie ze specyfikacją fabryczną inne auto. Za lat kilka, kilkanaście …kto wie

  7. Bryxon napisał(a):

    Dzieki za fajny nostalgiczny wpis.
    Jestem 2 lata starszy ale moje wspomnienia orbituja dookola samochodow klase nizszych, a wszelkie mercedesy byly niemalze przebrzydle burzuazyjne.
    Zaczelo sie od Syrenki potem skody S100 po dziadku ale to juz teraz prehistoria nie liczac spektakularnych incydentow urywajach sie kol (2x) w S100 i S105 i szukaniu na wakacyjnych bulgarskich kempingach „klinika do zadnego kola” u stacjonujach tam Czechach. Alarmem przed urwaniem kola byly dobiegajace piski z tego wlasnie znienawidzonego klinika.
    Zamiast Edka natomiast mialem Pana Wiesia ktory byl absolutnym geniuszem w naprawie dwu rozwalajacych sie maluchow oraz pozniejszego VW Transportera T3 z ojca firmy. Co ciekawe T3 bylo to jeden z pierwszych sprowadzonych z Holandii samochodow z gazem ktorego nijak nie bylo gdzie nabic mimo wysilkow ojca w zalatwieniu tego w Lublinie i okolicach. Koniec koncow gaz traktowany byl jako awaryjna rezerwa. Dodatkowo za siedzeniem kierowcy VW T3 mialo wspawana skrzynke dostepna od zewnatrz na kluczyk z miejscem na butle 11kg i jakims egzotycznym zaworem z Niederlandow. Blacha wokol niej radosnie rdzewiala, a sama skrzynka stanowila zelazny – nomen omen – backup bagazowy.
    Powiewem luksusu i burzuazjii byl kupiony na raty od znajomego VW passat B2 kombi jak pamietam 16 letni. Ojciec zrobil nim jakies gigantyczne firmowe przebiegi ale polegl on byl spektakularnie demolujac wlasny silnik urwanym zaworem wbitym w tlok. Te relikwie tloku zespawanego z zaworem ojciec trzyma na polce do dzisiaj. Nastepujaca po tym epoke Deawoo w rodznie skwapliwie przemilcze choc Tico dawalo rade nienajgorzej a Desperado mialo zasluzony prestiz i +1 do lansu za elektryke.. Obecnie kroluje Japonia z wczesnego XXI – niezniszczalna Almera i HRV.

  8. versus napisał(a):

    Z racji podobnego wieku czytając Strumień mimowolnie przenoszę się w czasie i odnajduję w pamięci własne wspomnienia z opisywanych lat. Do kursu prawa jazdy oczywiście przystąpiłem również przed osiągnięciem pełnoletniości, a na egzamin poszedłem zapisać się jeszcze bez dowodu osobistego. Ponieważ nie byłem świadom posiadania numeru PESEL, a telefon stacjonarny założono nam dopiero rok później, od okienka w ośrodku egzaminacyjnym odszedłem z kwitkiem. Ponieważ nie miałem realnych perspektyw na posiadanie samochodu, a moja postawa antyestablishmentowa była już solidnie wykształcona, do egzaminu przystąpiłem… 8 lat później. Co ciekawe, uiszczona onegdaj opłata nie przepadła – musiałem jedynie dopłacić różnicę.

    Co do gloryfikacji pierwszego samochodu, wymykam się tej regule. Pierwszym samochodem w rodzinie był Fiat 126p, rocznik 1974. Po nim nastał czas Fiata 126p, rocznik 1973. Na wycieczki do Międzybrodzia Bialskiego byłem zabierany wraz z kolegą przez jego ojca… oczywiście Fiatem 126p, rocznik 1986. Myłem, naprawiałem, byłem wożony różnymi Fiatami 126p, a kilka z nich nawet prowadziłem. Nie znoszę ich z całkowicie nieznanych mi powodów. Jest to tym bardziej irracjonalne, że uwielbiam oglądać je na różnej maści imprezach rajdowych, a ich kierowców szczerze podziwiam.

    Z kolei moim pierwszym własnym samochodem był Peugeot 106, rocznik 1994, do którego czułem mniej więcej to samo, co do zastawy stołowej. Był w świetnym stanie, nigdy się nie zepsuł, jeździ do dzisiaj. Mimo to wkrótce po zakupie zapałałem chęcią jego sprzedaży, którą zrealizowałem po kilku miesiącach. Za uzyskane pieniądze kupiłem… Hondę Civic, rocznik 1989, w której zakochałem się jakieś 5 sekund po zajęciu miejsca za kierownicą podczas oględzin. Mój wybór nie spotkał się ze zrozumieniem otoczenia, za to ja od dziesięciu lat jeździłem kilkunastoma Hondami, z których ogromna większość pochodziła sprzed 1991 roku. Swoimi skłonnościami zaraziłem też kilkadziesiąt innych osób, które za moją namową (często również z moją pomocą) nabyły Hondy. Dzisiaj mam Hondę Civic ED3 z 1991 roku, rajdową Hondę Civic ED7 również z 1991 roku oraz rodzinną Hondę Civic Shuttle 4WD EE4 z 1995 roku, ale pochodzącą z wznowionej na dwa lata produkcji modelu 4. generacji. Miałem Hondę CRX ED9 z 1989 roku, ale pijany kierowca rozbił ją doszczętnie, gdy była zaparkowana przy chodniku. Miałem też Hondę Civic CRX AAS z 1987 roku, jednak pokonała ją korozja podwozia. Przez pewien okres czasu miałem Hondę Legend KA4 z 1989 roku i do dzisiaj żałuję, że się jej pozbyłem. Zapomniałbym, była jeszcze Honda Civic Shuttle 4WD AR z 1986 roku, obecnie restaurowana przez kolejnego właściciela. I kilka innych.

    Mercedesa miałem w międzyczasie jednego, a mianowicie W124 kombi, rocznik 1991. Trafił do mnie w zamian za Renault Twingo mojej mamy. Fajny samochód, nigdzie się nie spieszył i prowadzenie go miało w sobie coś dostojnego. Najwyraźniej mnie brakowało (i wciąż brakuje) tej dostojności, bo po 3 miesiącach trafił do kolejnego właściciela zachwyconego rzadkimi kubełkowymi fotelami skórzanymi, w które był ów pojazd rzekomo wyposażony.

    Ot historia pokazująca, że 25 lat temu samochody miały jeszcze wyrazisty charakter odpowiadający ich właścicielom.

    • benny_pl napisał(a):

      nie dziwie Ci sie, sam sie sobie dziwie, czemu nie jezdze Honda…
      mialem Accorda Aerodecka ’88 2.0MPI w automacie (zamienilem sie za DFa ale innego), alez tym sie fajnie jezdzilo, nawet jak na Honde to nie byla tak bardzo zgnila, tylko zawieszenie przednie dosc mocno do remontu i w automacie nie dzialal 2 bieg (z jedynki dluzej na trojke ciagnal), a najgorsze ze gazu nie bylo a palila duzo, no ale fajna, slicznie wygladala, zamienilem sie potem na C15stke ktora wrastala u kogos, a potem wrastala u mnie, a potem zamienilem ja na Kadetta w automacie ktorego doprowadzilem do ladu i nim jezdze, takze w sumie sie dobrze skonczylo 🙂

  9. benny_pl napisał(a):

    dla mnie, choc mlodszego (85r) tez te mercedesy, nie mowiac juz o jakis Galantach czy Fabiach! to rowniez calkowita burzuazja.
    ja prawko zrobilem tez zaraz po 18stce (bo wczesniej nie mozna bylo), i oczywiscie od razu chcial bym miec samochod, no ale chciec mozna wiele.
    najpierw kupilem komara za 130zl z papierami, do remontu, pastwilismy sie nad tym ustrojstwem z dwoma kolegami cale wakacje, ale w koncu dawalo sie jezdzic, choc niezbyt dlugo, bo jak to z komarem bywa – czesciej sie go naprawia niz jezdzi, ale wstep do mechaniki byl dobry.
    potem z jednym z kolegow od komara kupilismy na spolke Zuka za 300zl. zuk stal wczesniej ok 5 lat kolo naszej szkoly, byl totalnie zajechany (nie tylko dymil, ale az kopcil na szaro-niebiesko juz chwile po opaleniu) ale nie byl zbyt pognity, ojciec kolegi przyholowal go (swoim Zukiem) do nich na wies, i tam zesmy go doprowadzali do urzytecznosci 🙂 ilez to sie chlalo i siedzialo ze znajomymi w tym Zuku to nikt nie wie, ale klimat byl niesamowity, mimo ze sie poczatkowo tylko przejezdzalo pare metrow po podworku 🙂 potem odsprzedalem swoje udzialy w Zuku za 100zl ojcu kolegi a on oddal do kapitalnego remontu silnik i pozniej nim jezdzil bo byl w lepszym stanie niz jego Zuk (skrzyniowy)
    http://fiat125.republika.pl/zuk.htm
    no i nadszedl czas na swoj wlasny samochod! rozwazalem tylko dwa – Zastava 1100p i Fiat125p bo te podobaly mi sie najbardziej ze wszystkich i mialem do nich wielki sentyment (Zastave mial dziadek a DFa ojciec tego drugiego kolegi), anonse oczywiscie uwielbialem przegladac od zawsze, wiec ktoregos razu jak rodzicow nie bylo i siedzielismy z kolega od Zuka i przegladalismy anonse to znalazlem Duzego Fiata z gazem (to tez byl priorytet) od pierwszej wlascicielki, za 600zl, poszlismy tam wiec bo bylo nie daleko. Fiat okazal sie niezbyt zgnity, niezbyt jezdzacy i calkowicie zdewastowany w srodku przez dzieciarnie ktora sie tam wlamala, ale zapalil i jezdzil, i go kupilem 🙂 potem na zlomie kupilem za 60zl cale wnetrze DFa wybebeszone samodzielnie do golej blachy i przelozylem do swojego, potem zagotowalem silnik i popekaly pierscienie, w zwiazku z czym razem z kolega od Zuka i ich zaprzyjaznionym mechanikiem (pan Leszek) zrobilismy remont silnika polegajacy na zlozeniu z dwoch silnikow (drugi dostalem od wujka kolegi) oraz nowych pierscieni jednego – z najlepszych czesci. oczywiscie sie udalo, a pierwszy rozruch w piwnicy zrobil na mnie ogromne wrazenie 🙂 przy okazji tez wymienilismy skrzynie biegow ktora kupilem za 50zl na zlomie, bo u mnie dwojka wyskakiwala, i byla 4 biegowa.
    zapobiegawczo dorobilem tez w kabinie wlacznik wiskozy wentylatora i bacznie przygladalem sie od tego czasu wskaznikowi temperatury, zalaczajac wlacznik w kazdym niemal korku (czujnik chlodnicy niby dzialal ale wlaczal za pozno – jak juz sie gotowalo), zmienilem tez regulator alternatora na elektroniczny od Poloneza (dzieki czemu juz nie gotowalem akumulatora) i zalozylem woltomierz i wakulometr 🙂
    DFa tez rozbilem pare razy, ale niegroznie, 2x wymienialem blotnik przedni i raz wygialem pas tylny i klape tylna, blotnik przedni wiec byl juz od tego czasu na blachowkrety, a pas tylny byl tak zgnity ze wyprostowalem go reka, a klape tylna mlotkiem, ale pare dni pozniej kolega znalaz taka klape na smietniku i mi przyniosl 🙂
    potem byly inne niezliczone drobne naprawy, ale wszystkie mniej wiecej planowo, Fiat nigdy nie zepsul sie na trasie sam z siebie (ja 2x rozwalilem miske oleju lub w cos wjechalem), mialem go 5 lat, az zgnil tak straszliwie (mimo usilnego malowania ciagle), ze az sie przekladnia kierownicza z kawalkiem podluznicy wylamala, az w koncu przeskoczyl lancuszkowy rozrzad (ktory mial ze 3 lata i z 15tys km, ale tandeta – kaz-remot) i silnik zgasl, no i zakonczyl swoj zywot, ale wtedy mialem juz Cinqecento ktore rowniez juz wyremontowalem i jezdzilem nim, a Fiata dojezdzil ten drugi kolega, ktory w miedzy czasie kupil malucha jak nowego, ktory stal 8 lat, za cos kolo 100zl (nie od zuka, bo ten kupil z kolei Skode 105L)
    http://fiat125.republika.pl/fiat.htm
    http://fiat125.republika.pl/skoda.htm
    http://fiat125.republika.pl/maluch.htm

    • BaltazarGąbka napisał(a):

      Jeśli jesteś z rocznika ’85 to można było zrobić prawo jazdy po ukończeniu 17 roku życia, przy czym z kursem startowało się mając jeszcze 16 (aczkolwiek zależało to od miesiąca urodzenia – ja się załapałem). To był ostatni rocznik, który miał taką możliwość, jak również ostatni, który miał ośmioklasową podstawówkę 😉

      • benny_pl napisał(a):

        mialem 8 klasowa podstawowke ostatni rocznik 😉 zapisalem sie na kurs jeszcze majac 17 ale zdawac musialem juz majac 18 i dowod

      • Krzyś napisał(a):

        Rocznik ’85 był rocznikiem specyficznym bo załapał się na zmianę przepisów, które podwyższały wymagany wiek z 17 do 18 lat. Specyfika polegała na tym, że przepisy weszły w życie w lipcu 2002 roku (bodajże 31 lipca). Dlatego też połowa osób z tego rocznika, urodzona w pierwszej połowie 1985 roku miała możliwość zdania egzaminu na kat. B w 2002 roku, natomiast urodzeni po 31 lipca mogli przystąpić do egzaminu dopiero w 2003 roku.

        Oprócz dokładnej dziennej daty jest to informacja w 100% pewna gdyż dotknęła bezpośrednio mnie. Na kurs na prawo jazdy, jako urodzony na początku grudnia, zapisałem się w pierwszych dniach września 2003 roku. Teoria polegała na 3 krótkich spotkaniach w szkole jazdy. Niby wymagane było 10h kursu ale w praktyce były to 3 spotkania po 1,5h. Jazdy rozpocząłem równolegle i do końca listopada wyjeździłem niespiesznie wymagane 20h. Zapisałem się na pierwszy wolny termin egzaminu, który wypadał w sobotę 13 grudnia o godz. 13:00. Trzynastki, wbrew przesądom, przyniosły mi szczęście i zdałem za pierwszym razem.

        Upragniony dokument odebrałem 23 grudnia.

        Z ciekawostek dodam, że egzamin zdawałem na dostarczonym tydzień wcześniej Fiacie Punto 2 FL, który był już wyposażony w wideorejestrator, który wówczas był jeszcze pewną nowością. Instruktor uczulił nas jednak na pierwszych teoretycznych wykładach, że korzystanie z wideorejestratora jest dobrowolne (egzaminator pytał o chęć skorzystania z niego na początku egzaminu) i zachęcał do bezwzględnej rezygnacji z tej możliwości. Z prostej przyczyny – w tamtych czasach oblewana była podobno praktycznie każda osoba korzystająca z tej opcji – nawet za najmniejszy drobiazg.

      • truten23 napisał(a):

        Też jestem z tego rocznika. Hehe, jak tak sobie przypomnieć, narobiło się ekscesów przez te parę lat życia… Dobry rocznik 😀

        Benny, mój tata miał zastavę 110p. Kurczę czego to się tym klamotem nie dało przewieźć…

  10. benny_pl napisał(a):

    ooo pierwszy raz zalapalem sie na moderacje 😉 burzuazja burzuazją, ale wpis bardzo fajny, lubie czytac takie historie 🙂

    • SzK napisał(a):

      Moderacja jest z automatu przy więcej niż dwóch albo trzech linkach w komencie.

  11. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Piękna opowieść, piękne wspomnienia. I piękny samochód.

    I jeszcze raz muszę to podkreślić – zazdroszczę wczesnego zrobienia prawka. Ja sam, będąc maniakiem motoryzacji od wczesnych lat dziecięcych, prawko zrobiłem finalnie mając 30 lat, bo gdy zyskałem pełnoletniość nie było na to kasy. Później, gdy zacząłem zarabiać więcej, niż 500-600 zł miesięcznie (co nastąpiło dopiero po studiach, tzn. po moim wyleceniu z tychże), praca i grania zajmowały mi tyle czasu, że po zapisaniu się na kurs nie miałem kiedy umawiać się na jazdy, przez co cały proces trwał… 4 lata.

    W ten oto sposób zmarnowałem 12 lat nie jeżdżąc samochodem (wcześniej i tak nie byłoby mnie stać na własny – choć w sumie cholera wie, może właśnie prawko poszerzyłoby wtedy moje możliwości pracowe?) i są to lata, których nie odzyskam już nigdy.

    • SzK napisał(a):

      Cytujac klasyka, „ważne sa tylko te dni, których jeszcze nie znamy” 😉

  12. Marek Jarosz napisał(a):

    Na bogato Panie Autor. Taki Merc zaraz po zdaniu prawka. Ja w 2003 r, z pieniędzy osiemnastkowych (1000 zł) kupiłem Malucha. Ja rocznik 1985, on 1988. W 2007 r. sprzedałem za 100 zł. Zgnił, hamulce się skończyły, zawieszenie też, wszystko ciekło, opony tragedia, ubezpieczenie skończyło, przegląd też. Zaraz potem kupiłem Citroena ZX 1.9 D za 1900 zł, rocznik 1993. Skasowałem w 2010 r., szkoda całkowita, brak przodu. Potem nabyłem Lagune I po lifcie, 1.9 dTi. Sprzedałem na wiosnę 2014 r., bo co zdążyłem naprawić jedno, to drugie poleciało. Skrzynia padła, naprawiłem, sprzęgło padło w trasie, nie ma opcji, trzeba było wymienić. Potem tuleje belki, bo tył mnie chciał w zimie wyprzedzić na rondzie. Potem okazało się że znika płyn chłodniczy, łożyska amortyzatorów zaczęły stukać, opaski baku przegniły, coś tam jeszcze się waliło. Od 2014 Corolla E12 1.4 benzyna. Nudna jak flaki z olejem.

  13. Paweł napisał(a):

    Bardzo przyjemny zbiór historii, świetnie się czytało. Mówi to przedstawiciel tej „niezainteresowanej motoryzacją” młodzieży 🙂

    Jeśli masz jeszcze trochę takich historii w zanadrzu, to opisz je kiedyś – chętnych do poczytania na pewno nie zabraknie.

    • SzK napisał(a):

      Mam zamiar napisać o wszystkich kolejnych samochodach, jakie posiadałem – obecny jest szósty. Z tym że egzotyczność wspomnień maleje z każdym dniem, więc w kolejnych częściach będzie już mniej morskich opowieści.

      • jakub napisał(a):

        Szósty?
        Ja do tej pory miałem 68 aut, a prawo jazdy mam od 16 lat. To wychodzi jakieś 4 auta na rok.
        Z mercedesów to miałem 115, 123, 124, 126 i 140 ale w przeciwieństwie do Ciebie wszystkie co do jednego psuły się na potęgę.

  14. Jerzy napisał(a):

    Taki Mercedes w tych czasach – szacunek – dla mnie w wieku 17-18 lat samochód był niedoścignionym i nieziszczalnym marzeniem (w ogólniaku samochodem przyjeżdżał tylko jeden kumpel – pożyczaną od matki Sierrą). Pierwszym własnym był Polonez Atu kupiony na trzecim roku studiów i chociaż miałem już od tego czasu kilka samochodów, to żaden nie dał mi takiego poczucia mocy i wolności jak ten pierwszy 🙂
    generalnie mam taką smutną konstatację, że z każdą kolejną zmianą, radość odczuwana z nowego samochodu jest coraz mniejsza.

    • SzK napisał(a):

      W116 w zasadzie też był „pożyczony od rodziców”. Co prawda przez 80% czasu służył mnie, ale fakt pozostaje faktem.

  15. cherokee napisał(a):

    uwielbiam czytać takie wspomnienia 🙂
    cieszę się że należę do wymienionej przez Ciebie ‚mniejszości’. Mam 19 lat, prawko zrobiłem najwcześniej kiedy mogłem – kursy zacząłem 3 miesiące przed majowymi urodzinami. Nie mam jeszcze własnego pojazdu i jeżdżę ojcowskim Golfem 4 w TDI (jedyne auto w rodzinie), którym ostatnio byłem nawet w Bawarii (Landshut, 650km od mojego miejsca zamieszkania) i mam ochotę na kolejne podróże – oby już własnym automobilem.

    pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy! 😉

  16. Qbakuba napisał(a):

    Pamiętam, że w 1999 r. Maluch EL kosztował około 12 tys. zł, a ELX z katalizatorem ponad 13 tys. Natomiast Fiat Siena EL (full bieda z 1.2 fire) z metaliciem kosztował rodziców 32 tys. zł. Pewno jeszcze gdzieś w domu mam faktury 🙂

    A teatr też znam od kuchni, już 3 rok pracuję w pewnym łódzkim teatrze 🙂 Super sprawa! 😀

    • PstrykEJ9 napisał(a):

      Za 12 tyś zł wówczas można było mieć Kadetta w niezłym stanie , czy też jakąś Corollę E9. Ciekawe kto wtedy kupował maluchy.

      • SzK napisał(a):

        Albo przepięknego W123. Mój drugi samochód, 280CE z automatem, kosztował 11 tys. Budę miał idealną, tylko mechanikę taką sobie, ale to wtedy nie były drogie rzeczy. Szczegóły opiszę za jakiś czas.

        A kto kupował Maluchy? Ludzie, którzy uważali, że samochód musi być nowy, bo każdy 3-letni psuje się co miesiąc, a 10-letni – co tydzień. Było takich sporo, sam znałem kilku.

      • benny_pl napisał(a):

        niemam pojecia kto kupowal te maluchy, skoro wtedy (ok 98r) nowe kosztowaly:
        Cinquecento 700 w pelnym ocynku – ok 15tys
        Tico – ok 18tys
        CC900 – okolo 20tys
        Uno 900 – 24tys (gnijace juz od patrzenia na nie)
        Polonez plus – ok25tys

        z tego wszystkiego wyjatkowo korzystnie wychodzi cc700, ktore jest zupelnie normalnym wygodnym samochodem, i raptem 2-3tys drozszym od ciasnego, gnijacego juz w salonie malucha

        ciekawi mnie ile kosztowala nowa C15stka, Truck i Zuk w tych latach 🙂

      • SzK napisał(a):

        Mój ojciec sprzedawał wszystkie produkty FSC i Nysy, ale niestety nie pamiętamy już cenników… Z Polonezami jako-tako się orientuję (pamiętam trochę opcji itp., bo zajmowałem się często obsługa klientów), ale nie w użytkowych.

      • KL napisał(a):

        Ludzi, którzy uznają tylko nowe a 6 letnie to już sie psują co chwilę to ja znam i dzisiaj. Są to na przykład moi rodzice. Uważają tak stale, mimo że od dawna jak na złość bezwstydnie jeżdżę starymi samochodami (20 letnie BMW i 30 letnia Toyota) które nijak nie chcą się zepsuć 🙂

  17. MR napisał(a):

    Też sobie przypominam przygody z pierwszym samochodem… Maluszek z 86r.kupiony od nauczycielki z bloku obok. Kupiony w grudniu, długo stał na mrozie więc po transakcji musiałem go sobie przepchać z ojcem pod blok:) Następnego dnia rozleciała mi się skrzynia biegów pod UM jak pojechałem go przerejestrować…później było już z górki:)
    BTW dołączam się do SzK będąc w kręgu rodzinnym i nie jeżdżąc Hondą;) ALE tylko dlatego,że z zasady jeżdżę samochodami wartymi miesięczną wypłatę… Oby nadszedł taki dzień że nowa Honda bedzie warta miesięczny zarobek:)

    • PstrykEJ9 napisał(a):

      Polecam stare Hondy warte miesięczną wypłatę 🙂 Zwłaszcza z silnikami D-serii

  18. krzychoo napisał(a):

    Pamiętam doskonale tę limuzynę. Na pewno jeden z najciekawszych samochodów parkujących pod naszym LO. Po Twojej maturze jeden gość z rocznika ’83 zaczął przyjeżdżać Fiatem 125p z pierwszej serii (1300 z biegami przy kierownicy). Ale też wtedy trochę inaczej się na to patrzyło – jednak bardziej ciągnęło w kierunku nowych samochodów… Reszta pejzażu motoryzacyjnego była raczej nudna, kilka 126p, dwa Fordy Ka, jakieś Fiaty Uno i Cinquecento, jakaś Micra. Najwięcej emocji chyba wzbudzał Nissan 100NX babki od włoskiego. 🙂

    • SzK napisał(a):

      W roczniku 1979 jeden gość przyjeżdżał Camry III na bielskich numerach. To dopiero było burżujstwo!! A z Twojego roku była dziewczyna z Zastavą :-). Aha – jeszcze nieśmiertelna Ascona matematyka 🙂 .

  19. Lucas napisał(a):

    Bardzo przyjemnie poczytać:)
    Jestem również z 1980, pamiętam analogowość dawnej motoryzacji- wyciąganie ręcznego ssania przy odpalaniu dacii,pompowanie gazem przed włączeniem zapłonu, zabawa z bezpiecznikami pod domem koleżanki(wyjąłem kluczyk ze stacyjki z zamiarem opuszczenia wnętrza auta a silnik dalej pracował), ryk wydechu po włączeniu się do ruchu (właśnie odpadł środkowy tłumik).
    Zapisałem się na kurs mając 17 lat, ależ byłem podekscytowany będąc po raz pierwszy w sekretariacie budynku na górce (Twoje kuzynostwo, autorze, pewnie zna to miejsce). Niestety, pewne sprawy się pokomplikowały i ponownie zawitałem tam 4 miesiące później(przypomniało mi się że kandydat nie mający ukończonych 18 lat musiał przynieść formularz podpisany przez rodziców zgadzających się na przystąpienie delikwenta do kursu). Z braku finansów długo nie posiadałem własnego samochodu (bałem się kupna ruiny do której musiałbym tylko dokładać), mając już odpowiednie zdolności finansowe mieszkałem w miejscu w którym własny samochód to raczej problem niż faktyczne udogodnienie i swoje pierwsze auto kupiłem dość późno.8 lat po tym fakcie wciąż nim jeżdżę. Znajomi pukają się w czoło dlaczego nie kupię czegoś nowszego a ja lubię ten samochód i bez mrugnięcia okiem wymieniłem w zeszłym roku dwumasę ze sprzęgłem na oryginalnych częściach.Patrząc czasem na auto stojące na podjeździe wciąż pamiętam chłodne,marcowe, piątkowe popołudnie gdy po spisaniu umowy dostałem kluczyki, kliknąłem blip na pilocie i wsiadłem do MOJEGO WŁASNEGO samochodu:)Wracając jeszcze do 1998 roku – kuzyn mojego kumpla dostał od rodziców błękitnego peugeota 405 z 1989 roku, wersję z 1,9 litrowym benzynowym silnikiem, wyposażoną w centralny zamek, wspomaganie, szyberdach, elektryczne szyby.Auto było w bardzo dobrym stanie, nie było żadnym ulepem czy innym składakiem i kosztowało dokładnie 12 tysięcy złotych.

  20. benny_pl napisał(a):

    zawsze mnie zastanawialo skad ktos mlody w tamtych (i w sumie dzisiejszych) czasach wzial nagle 12tys zl?! dla mnie to teraz jest ogromna ilosc pieniedzy, a co dopiero majac 18 lat?! wtedy 1000zl to byly duze pieniadze, w pierwszej stalej pracy zarabialem minimalna krajowa ktora wynosila wtedy 670zl!

    • Ernesto napisał(a):

      Ukradł pewnie, bo jak inaczej.
      Muszę przyznać, że autor zrobił duży postęp w pisaniu – kiedyś merytoryczne ale raczej chłodne teksty, teraz coraz częściej wciągające, budujące atmosferę – fajnie się to czyta.

      • SzK napisał(a):

        Ja zawsze lżej piszę teksty osobiste, wspomnieniowe, jakoś tak samo przychodzi. W teoretycznych jestem za to drętwy – to nie zmieniło się wcale. Wiem o tym i nie walczę z tym, bo jak walczyłbym na siłę, to dopiero wyszłaby żenada.

    • SzK napisał(a):

      Benny, sześć, nie dwanaście, to po pierwsze (12 to przelicznik według dzisiejszych płac), a po drugie – pisałem, że to było auto „drugie w domu”, czyli nie kupione za moje własne pieniadze i nie służace wyłacznie mnie (chociaż przez 80% czasu – owszem). Podobnie było z dwoma kolejnymi samochodami, jakimi jeździłem. Dopiero czwarty był naprawdę mój, czyli zapłacony w całości z własnoręcznie zarobionych pieniędzy. Ale to był dopiero rok 2006.

      • benny_pl napisał(a):

        ja widac jestem innym typem czlowieka, bo nie lubie ani miec czegos wspolnego, ani takich prezentow od rodzicow, ojciec zreszta powiedzial ze jak zdam prawko za 1 razem to mi da Chevroleta Cavaliera 2.0 ktorego wowczas dobijala moja mama (w koncu calkiem wydmuchnal uszczelke pod glowica), zdalem, ale i tak nie chcialem, kupilem sobie za wlasne pieniadze rozpadajacego sie DFa, ktory przynajmniej byl moj, i nikomu nic do niego 🙂 a cavalier, ktory nawet nie byl w automacie i nie mial gazu, stal ze 2 lata u znajomych, az w koncu na osiedlu widzialem prawie identycznego i zostawilem mu kartke ze jest taki sam tanio do sprzedania i rodzice mu go sprzedali za 900zl, i ten gosc go przyholowal z kolobrzegu do lublina! (bo tam on wyzional ducha) i chyba nawet jezdzi, a przynajmniej z rok-dwa temu widzialem ze jezdzil 🙂
        teraz w sumie mogl bym go od rodzicow odkupic, ale wtedy byl to dla mnie o wiele za nowoczesny i za drogi samochod, nie moj klimat 🙂 ja najlepiej czuje sie w jakims gracie, wtedy jestem soba 🙂

  21. Michal napisał(a):

    Ale ten czas leci. Wiedzialem że będzie ten wpis i już mialem wyrazić swą radość ze 2 tygodnie temu, a tu już jest. Przeczytam go mojej Babuni Esie/Arabowi, no wlasnie jak to leciało? W e-klasie …str/8-beczka-baleron-okular… w s-klasie …arab/szejk/”sek”-locha… wykropkowane to nie wiem. Ten komentarz piszę przed przeczytaniem wpisu, taka podnieta. Ale nie jestem gwiazdofilem, tylko lubię nieco starsze auta. Ale ta 116… A propos, pieszczę teraz wypiaskowane nadwozie mustanga ’68. Będzie czerwony, ale BODY…

  22. Grzesiek napisał(a):

    Bardzo fajny tekst, z niekłamaną przyjemnością oderwałem się od pracy czytając wspomnienia z klimatów doskonale mi znanych z racji podobnego Autorowi wieku. Również, podobnie jak Autor, „trzymam się” jednej marki (mniej prestiżowej – Forda :)) i podobnie daleki jestem od gloryfikacji pierwszego własnego auta – Fiesty MK3 ’94, choć oczywiście mam do niego sentyment. Natomiast moje pierwsze wspomnienia związane z pierwszym samochodem w rodzinie sięgają późnego socjalizmu, kiedyś opisywałem je u Blogomotive’a, ale pozwalam je sobie przytoczyć:

    Rok 1987. Ja mam 10 lat, USA znoszą sankcje gospodarcze wobec Polski, we Wrocławiu rodzi się Pomarańczowa Alternatywa, a mój Tato kupuje także pomarańczowego, 8-letniego PF 126p, na blachach zaczynających się od „WRC”. Ruszamy na wakacje do rodziny pod Kraków, w pełnej obsadzie: Tato, Mama, kuzynka, ja + chomik w wielkim słoju. Pod Nysą urywa się linka gazu – Tato naprawia ją na miejscu. W okolicy Gliwic padają wycieraczki i kierunkowskazy naraz. Przed Olkuszem umiera prądnica. Za dolary (zapobiegliwi Rodzice, wiedzieli co zachęci mechanika w sobotę po fajrancie do roboty) zostaje wymieniona od ręki. Przypuszczam, że również nie bez znaczenia był fakt, iż prądnica była jeszcze oryginalnym produktem Magneti Marelli. 50 km dalej, we wsi Zederman urywa się szpilka w głowicy i silnik traci moc. Mija 10 godzina podróży. Miejscowy mechanik, już na oko po dobrej flaszce, wymienia szpilki, dostaje kolejną flaszkę i jedziemy. Pod Bochnią pęka jedna z dźwigienek zaworowych (klawiatura), jakimś cudem Tato ma drugą w aucie, kolejna, tym razem samodzielna wymiana i po ponad 13h już jesteśmy na wakacjach. Niestety, Tato jako świeżo upieczony przedsiębiorca budowlany musi wracać po weekendzie do domu. W drodze powrotnej jednocześnie (!) rozsypuje się skrzynia biegów i urywa wał korbowy. Maluch po kolejnej naprawie i późniejszym przemalowaniu na krwistą czerwień służył nam jeszcze przez 3 lata, po czym sprzedał się w 20 minut na giełdzie.

    Czasy tamtej motoryzacji były wręcz niewyobrażalnie inne od tego, co mamy dziś…

    • SzK napisał(a):

      To byłby dobry temat na wpis!! Gdybyś chciał coś kiedyś, to daj proszę znać!

    • truten23 napisał(a):

      Kurcze, mieliście przejście z tym Malcem… Mój pierwszy samochód to też był maluch. Rocznik ’87. Robiło się z nim i w nim masę różnych hec. Pamiętam trasę całą rodziną do Ostródy na przysięgę brata, zima jak 150… Później okazało się że brakło śruby w jednym kole.
      Raz nawet ciągnąłem nim przez jakieś 50km golfa II kolegi.
      Silnik aż trzeszczał z gorąca. Był środek lata… Ale dał radę.
      Którejś zimy ścisnął taki mróz że musiałem rozpalić ogień pod misą olejową żeby wogóle chciał kręcić. W końcu odpalił.
      Jedyny większy problem jaki pamiętam, to zerwał się gwint w dźwigience popychacza.. Ale dało się to ogarnąć.

  23. RoccoXXX napisał(a):

    Długo czekałem na ten zapowiadany tekst, ale warto było. Świetny opis „dzikich” lat 90-tych widziany oczami dzisiejszych 35-40 latków. Niestety (albo stety), jak wspomniałeś, „ten świat odchodzi już w przeszłość”.

  24. Lucas napisał(a):

    @benny.pl
    Rodzice tego człowieka od pegueota byli dość zamożnymi biznesmenami.Ja też wolę kupować za swoje:)

  25. Cham w Audi napisał(a):

    Tak mnie trochę zdziwił tekst o tankowaniu na BP przy Matecznym… i dopiero wtedy załapałem, że przecież jestem starszy 🙂 Pamiętam bowiem czas, gdy tej stacji nie było. Mało tego – pamiętam jej budowę, bo akurat w tym czasie pracowałem obok. To dało mi znów do myślenia – kupiłeś tego Mercedesa w 1997 roku? No to ja również w tym roku kupiłem Poloneza Caro od bardzo miłych ludzi mieszkających przy Rondzie Mogilskim. Samochód miał wtedy pięć lat i chyba 70 tysięcy przebiegu. Zapłaciłem za niego 8400 (pamiętam że to było poniżej ceny rynkowej)… Czyli sporo więcej niż Ty za Mercedesa.
    To tylko taki wtręt dla porównania 🙂
    Jeśli chodzi o D124 to słyszałem od jakiegoś wulkanizatora (chyba właśnie przy Matecznym), że to był zimowy bieżnik Michelina, Stomil kupił licencję i zrobił oponę z innej mieszanki czyniąc ją uniwersalną. Tłumaczyłoby to bardzo dobre zachowanie tej opony w zimie. Jednakże nie jest to info potwierdzone.

    • SzK napisał(a):

      Czy ten wulkanizator to był z tej małej budki na Kamińskiego, zaraz za rondem poniżej drogi…?

      • Cham w Audi napisał(a):

        Pamiętam tylko tyle, że było to właśnie na Kamieńskiego zaraz za rondem, ale czy poniżej drogi? Pewnie tak, nie sądzę żeby był tam jakiś inny wulkanizator. To było pewnie gdzieś w 1997-98 roku.

    • Jerzy napisał(a):

      Z tego co pamiętam te czasy, to nowe Caro w 1992 kosztowało około 100 mln zł (10.000 pln), w 1994 cena wzrosła do 140.000 mln, natomiast w 1997 jak wszedł Plus to kosztował ok. 20.000 PLN (za mniej więcej tyle rodzice kupili w 1998 Atu Plus w wyprzedaży z poprzedniego rocznika).

      • SzK napisał(a):

        Podstawowa cena Caro w 1993r. to było 112 mln, co szeroko reklamowano w telewizji („Lepszy niż myślisz!!”). Mój tata otwierał wtedy salon, więc pamiętam to dokładnie. Była to jednak tylko teoria, bo podstawowych specyfikacji po prostu nie produkowano – praktycznie każde auto wyjeżdżało z fabryki na oponach 185, co juz dawało jakaś minimalna dopłatę (bodajże 0,8 mln), bardzo częste były też alufelgi czy lakier metallic, któe kosztowały powyżej 5 mln.

      • Jerzy napisał(a):

        Jak by nie patrzeć i tak było to trochę mniej niż kosztowało CC 700 (900 kosztowało już dużo więcej). Generalnie jeżeli chodzi o ceny w początku lat 90-tych, to był Maluch, Polonez, CC, którego zakup uważałem wówczas za poroniony pomysł w związku z ceną Poloneza (i ówczesnymi cenami paliwa), a potem długo, długo nic. W każdym razie pamiętam, że rodzice kupując dwa Polonezy (w 1992 i 1998), nie mieli żadnej alternatywy chcąc kupić samochód nowy i mogący pomieścić całą rodzinę.

      • benny_pl napisał(a):

        zdecydowanie wolal bym nowe Cinquecento od nowego poloneza, bo mialem uzywane te i te 🙂

        eetam nie bylo, a Lady? Tavrie? Skody Favorit? Wartburgi? Trabanty? wszystko to wciaz wtedy produkowali i wszystko to (no poza tavria) bylo lepsze od poloneza

        kilka zdjec z gazety z 92r:
        http://mreq.republika.pl/1/92oltcit.jpg
        http://mreq.republika.pl/1/92maruti.jpg
        http://mreq.republika.pl/1/92gielda.jpg
        http://mreq.republika.pl/1/92wyprz.jpg

      • hurgot sztancy napisał(a):

        Trabant/wartburg jednak lepsze od poldka nie były; favoritka była świetna ale niedostępna – czekało się na nią kupę czasu i była wyraźnie droższa. Z ładą były problemy – ludzie nie do końca chcieli nimi jeździć (bo ruskie), a wykonanie było na początku lat 90-tych dramatyczne. Poza tym strach o części – wtedy w Rosji ludziom płacili pensje w tym co zakład produkował, bo nie było kasy. A jeśli chodzi o Tavrije to polecam świetne opowiadanie z Grzybologiki 😉

      • benny_pl napisał(a):

        Trabanta 601 mialem – jezdzilo mi sie duuuzo lepiej niz polonezem, ktorego tez mialem, nawet 2, Tavrie tez mialem i to zanim wogole byl zlomnik – blacha tragiczna ale mechanicznie nie tak zle, nic tam mi sie nie psulo, i palila z 8 gazu a nie 14 jak polonez, Samare tez mialem i to juz wogole niebo a ziemia w porownaniu z pomylonezem, wszystko lepsze, tylko rdzewiala tak samo szybko, wartburga niestety nigdy nie mialem 🙁 ale moze jeszcze bede miec.
        ogolnie za polonezami nie przepadam, nie jest to zly samochod, bo to to samo co DF, wiec jak sie zadba to jest trwaly i nie psujacy sie, ale sporo ciezszy, wiec gorzej sie prowadzi od DFa, a przede wszystkim zakopuje sie wszedzie i zawsze i strasznie ciezko to wypchac… gdyby w koncu zrobili polonezowi przedni naped to byl by to na prawde niezly samochod

  26. Lucas napisał(a):

    Kuzyn w grudniu 1991 kupił nowe caro, musiał pojechać po auto do Warszawy (350 km w jedną stronę). Zapłacił chyba 68 mln za wersję z pasami z tyłu (wtedy chyba standard w caro), lanserskim lakierem burgund i radiomagnetofonem Ferrai.
    Rodzice kumpla odebrali swojego poloneza w listopadzie 1993 (jeżeli dobrze pamiętam, to było jesienią), zapisani byli na poprzedni model ale załapali się na MR93 (bodajże jeden z pierwszych w regionie).Auto z lakierem burgund (wtedy bardzo popularnym) kosztowało 104 mln, tak mi powiedział kumpel.
    W sierpniu 1994 znajomi rodziców odebrali nowe caro fajnie wyposażone (lakier turkus metalik, jasna tapicerka zamiast jodełki, sportowe fotele z przodu ale nie te bajeranckie intergroclin tylko wybrali najtańszy typ, alufelgi i gaźnikowy silnik), zapłacili 138 mln.
    Rodzice kumpla z liceum kupili w 1998 srebrne czinkłeczento 900 (tutaj nie pamiętam ile kosztowało ale za 4-letnie 900 mogli kupić np renault 19, puga 405 albo kadetta starsze o 4,5 lat). Byliśmy zaskoczeni wygłuszeniem autka (kolega jezdżący rodziców vectrą 1,8 a po liftingu stwierdził że 900 jest dużo cichsza), dynamiką i niskim spalaniem. Najlepsze że tata kolegi do momentu kupna czinkola był wiernym posiadaczem polonezów ale gdy jego MR93 skorodowało, oddał je do blacharza i lakiernika po czym szybko sprzedał i już więcej do poldona nie wrócił.

  27. ZIWK napisał(a):

    Ech łza się w oku kręci…
    Pierwszy samochód – Łerburg Turist – „dobre auto, tanio, od rodziny…” NIGDY WIĘCEJ!!!!
    Miałem go przez jedną zimę w 96. Nikt nie widział, co mu dolegało – potrafił w zimie przy stałej szybkości zagotować sobie wodę w chłodnicy – bo taką miał fantazję 🙁 wymienione zostały: chłodnica, silnik, pompa, węże – a ta zemsta Honeckera dalej sobie gotowała wodę.
    Części kupowałem jak pamiętam w kiosku na Dobrego Pasterza…
    Potem nie mając już siły i kasy na dalsze wspieranie mechesów (każdy mówił co innego, i co innego wymieniał) sprzedałem niedrogo 🙁 daleko 😉 nie wrócił 🙂
    Następny był ZX 1.1i – „maniana” – autko kochane, ale MUSIAŁO mieć coś powgniatane. Pierwsza stłuczka żona jechała – 4 dni po odebraniu autka z salonu i tydzień po odebraniu prawka – Aleje pod Muzeum Narodowym – do dzisiaj nie wiem, czy Daihatsu Charade miało światła stopu…
    Ksywka „Maniana” pojawiła się dzięki ASO przy Księży Pijarów:
    Stłuczka (kolejna) – w sumie prosta – zderzak, wzmocnienie, chłodnica, plastyki, reflektory… Pamiętam była 3 sierpnia – aso miało to zdobić w ciągu półtora tygodnia (AC bezgotówkowo)
    Zawsze było – jutro…
    Z trudem (i pomocą dealera na Małopolskę) wyrwałem autko w stanie niepomalowanym w LISTOPADZIE…
    Wiem, człowiek był głupi i młody, nie potrafił walczyć o swoje…
    Dodatkowo ASO zalało chłodnicę wodą – efekt urwany rozrząd…
    Dopiero wtedy, gdy przyszło do ustalania winnego okazało się, że to aso było bankrutem i nawet nie miało na stanie najprostszego Borygo.
    Zresztą potem błyskawicznie zmieniło nazwę (i pewnie właściciela) no i nie było ASO.
    Sprawa oparła się o CePelię (Citroena Polska) …
    W efekcie kupując następne auta – miałem u dealera taaaki rabat.

    • Jakub napisał(a):

      Hm, jakoś nie bardzo rozumiem- co ma zalanie chłodnicy wodą zamiast Borygo do zerwanego rozrządu? Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jakiegokolwiek związku.

      • ZIWK napisał(a):

        Silnik PSA rodziny TU – tam wałek rozrządu nie jest na głowicy, ale tkwi w jej otworach. dzięki temu głowica i cały silnik jest sztywniejszy, ale tutaj lód odkształcił minimalnie i wałek został zablokowany…
        Widziałem tą głowicę po ściągnięciu – nie wiele skrzywiona – 2-3mm – ale wystarczyło.

      • truten23 napisał(a):

        @Ziwk, no to jest interesujące…

      • Jakub napisał(a):

        Aha, czyli silnik po prostu „rozmroziło”. Już zastanawiałem się nad jakimś związkiem tego, że woda ma mniejszą lepkość, przez co wirnik pompy natrafia na mniejszy opór, co prowadzi do innych naprężeń paska…etc. Aż temat na Elektrodzie założyłem z pytaniem o wodę zamiast Borygo. Jak się okazuje, powód był prostszy.
        Ogólnie, ciekawy pomysł z tym wałkiem.

  28. nudny napisał(a):

    Lata 90te pamiętam dosyć wybiórczo, z perspektywy kilkulatka, ale pamiętam jak w 1996 ojciec nabył ’86 e30 od pewnych młodych, łysych panów z Ochoty. Wtedy 10-letnie BMW robiło lepszy szał na drodze niż dzisiaj seria 3 świeżo po wyjeździe z salonu – szalone to były czasy.

    Zazdraszczam posiadania takiej limuzyny jako pierwszego samochodu, nawet mimo już wtedy zaawansowanego wieku i kiepskiego stanu musiało fajnie wyglądać na drodze.

    Moim pierwszym autem był Citroen BX 1.4 z 1991 roku (kupiłem auto starsze od siebie), trafił się na sprzedaż w dobrej cenie w Warszawie, to kupiłem. Połowę miałem z pieniędzy zaoszczędzonych, pozostałą kwotę pożyczyłem od cioci i oddałem od razu po sprzedaniu motoroweru (był warty więcej niż ten Citroen). Rodzicom pochwaliłem się samochodem już po fakcie dokonanym (nie miałem jeszcze prawa jazdy, w zasadzie miałem już kilka oblanych egzaminów za sobą – na Cytrynie nauczyłem się jeździć tak, że zdałem). Niestety, padł akumulator i mogłem zajechać po blok dopiero następnego dnia. Poza tym, nie mam zbyt wielu ciekawych historii związanych z tym autem (jeździłem nim ponad 4 lata), po prostu nie specjalnie chciał się zepsuć, zawsze dojechał tam gdzie chciałem. Pół roku temu sprzedałem go za 1100pln, wciąż 100% sprawny, tylko przegląd się skończył. Do dziś za nim tęsknię, taka strata. Gdyby dało się po prostu czasowo wyrejestrować auto i nie płacić OC to nawet bym go nie sprzedawał, tylko gdzieś sobie zabunkrował.

  29. eugeniusz_geniusz napisał(a):

    No i takie historie lubię najbardziej. Ja urodzony 11 lat później, pierwszy samochód to odziedziczone po ojcu Espero, też przygód kilka było 😉 Pozdrawiam

  30. Maliszep napisał(a):

    Swietny wpis 🙂

    Zabraklo mi jednej rzeczy… az sie prosi, zeby czytac ten wpis z podkladem muzycznym: Roxette – Joyride albo Sleeping in my car 🙂

    • SzK napisał(a):

      Wyobraź sobie, że w tamtym czasie raczej nie słuchałem Roxette, miałem za to trochę muzyki z okresu świetności tego auta – Abba, Joe Cocker i takie tam. Ale oczywiście każdy niech sobie włącza w tle co uważa.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        fakt, albo pasuje coś z okresu świetności auta, albo z II połowy lat 90-tych – ani tu, ani tu Roxette nie pasuje – wiesz, Roxette skończyło się na Kill ‚em all! 😀

  31. Fiatowiec napisał(a):

    Jak wskazuje nick, pierwszym samochodem był Fiat, i to jaki Fiat Punto S(sport jak to zawsze tłumaczyłem ludziom, a nie standard) z mocarnym 1.1 55 kuni. Pamiętam że jak go przyprowadziłem z Częstochowskiej giełdy to po 10 minutach od wjazdu na plac pół wsi wiedziało jakim wehikułem się woziłem. Perełkę(tak go nazwałem) sprzedałem po roku z powodu drobnej korozji(czyt.brak progów i połowy podłogi). Do dzisiaj płacze po nocach za moją perełką.
    Panie przebacz za ten grzech!!!

    • hurgot sztancy napisał(a):

      tak to już jest z punciakami – albo płaczesz bo go sprzedałeś, albo płaczesz bo go nie sprzedałeś…

      • Fiatowiec napisał(a):

        Błędy młodości co zrobić, zamiast oszczędzić i zrobić progi zaraz po zakupie to lepiej było wozić się z niewiastami.
        Ale teraz to można naprawić w Częstochowie na pewnym blokowisku stoi Punto 1.4 GT Turbo, z mojego śledztwa jeździ nim jakiś grzyb. Kolor ten sam co Perełki Grigio Steel. Tylko czekać jak lokata się odmrozi…

      • benny_pl napisał(a):

        eeetam, jak te niewiasty fajne i milo odwdzieczajace sie za wozenie to niema co zalowac zgnitego punta 😉
        poza tym zamiast placic komus za zrobienie progow, lepiej za tyle samo kupic sobie migomat i samemu sobie zrobic – nie dosc ze sie czlowiek nauczy, to jeszcze ma sprzet na kolejne naprawy blacharskie, ktore w Fiatach nie naleza do zadkosci 🙂
        zeby nie bylo – tez kocham Fiaty od zawsze i razem z Citroenem sa to moje 2 najbardziej ulubione marki, ale tak jak Szczepan – nie jestem zaslepionym fanatykiem, choc niektorzy tak twierdza 😉

  32. Tony napisał(a):

    Mam 40 lat, a prawko zrobiłem w 1993 – zaraz jak tylko mogłem. Pierwszym autem był DF ’78, kupiony jeszcze przed zrobieniem prawka, a pierwszym którym normalnie, legalnie jeździłem to oczywiście maluch, którego kupiłem miesiąc po otrzymaniu PJ. Później kaszlaków miałem chyba z 10, a aut ogółem ze 40. Lata ’90 były zupełnie inne niż teraz – wszyscy robili prawo jazdy, chociaż mało kto miał szansę na własne auto (w 1996 roku zarabiałem 600 zł, zgnity maluch kosztował 1000, ładny, sensowny z 1988 – 4000). Ja w maluchach zawsze trochę dłubałem z kumplem, kupowaliśmy kiepskie, trochę naprawialiśmy i doposażaliśmy i puszczaliśmy dalej, jakaś niewielka kasa z tego była, ale pozwalająca na utrzymanie własnego 126p. Własne auto wtedy było dla nas synonimem prawdziwej wolności – największe, najśmieszniejsze i najgroźniejsze przygody zawsze były związane z autami i ze mniej lub bardziej spontanicznymi wyjazdami. Do dziś mam w pamięci wyjazd na mazury fiatem 125p w 5 osób, maluchem do juraty, czy 3-tygodniowa objazdówka Polski trabantem dwusuwem. Gdzieś około 1996 roku przeskoczyłem z 126p na auta „zachodnie” choć leciwe (pierwszym był passat B1 ’78, później bmw e21 ’80), aczkolwiek do 126p wracałem jeszcze parę razy. Na ile sytuacja młodych „samochodziarzy” była trudna obrazuje fakt, iż w latach ’90 wśród moich rówieśników własne auto posiadało tylko dwóch kolegów… Dzisiaj, kiedy można kupić jeżdżący samochód za tygodniowe zarobki, brzmi to wręcz nieprawdopodobnie 😉