STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: TEORIA WZGLĘDNOŚCI

Wszystko na świecie jest względne.

To żadne odkrycie Ameryki – wiedzieli o tym już antyczni Grecy. Oni uwielbiali wkładać jedną rękę do wody zimnej, drugą – do gorącej, by zaraz przenieść obie do letniej: jedna dłoń czuła wtedy intensywne ciepło, a druga – przejmujący ziąb, mimo że obie tkwiły w tej samej wodzie. Kiedy indziej, stojąc nieruchomo na brzegu, oglądali poruszające się statki, podczas gdy ich załogi, nie zmieniając położenia, wyraźnie widziały przesuwające się wybrzeże. Dla greckich filozofów sprawa była jasna: zmysły karmią nas iluzjami, nie można więc ufać żadnym obserwacjom. To założenie przywiodło starożytnych do kompletnych absurdów (patrz paradoksy Zenona), a także uniemożliwiło sformułowanie podstawowych praw przyrody, koniecznych do zapoczątkowania cywilizacji technicznej (jednym z wyjątków było prawo Archimedesa, odkryte wyłącznie dzięki chwilowemu odrzuceniu niewiary w obserwację).

Zmiana paradygmatu zajęła kilkanaście stuleci. Dopiero w okresie renesansu europejscy uczeni uznali poznawczą wartość badań empirycznych i celowych eksperymentów. Dzięki temu z kopyta ruszył naukowy postęp, który zrodził Rewolucję Przemysłową. Oczywiście, zmysły nowożytnych mędrców nadal ulegały złudzeniu z trzema misami wody, lecz oni, zamiast rozkładać ręce, odpowiadali – nie z nami te numery, my mamy termometr. Bo to nieprawda, że zmysły kłamią: one tylko potrzebują stałego punktu odniesienia, mówiąc językiem techników – kalibracji.

Większy szkopuł był z ruchem, bo jego względności nijak nie dało się usunąć z opisu świata. Mało tego: w początkach XX wieku pewien rozczochrany szwajcarski Żyd stwierdził, że względny jest nie tylko ruch, ale też rzeczy uznawane dotąd za absolutne pewniki: przestrzeń, czas… Ba, on zrelatywizował nawet zasady zachowania masy i energii: według niego jedno mogło sobie swobodnie przechodzić w drugie.

Względność nie ogranicza się do fizyki – ona jest wbudowana w fundamenty naszego postrzegania rzeczywistości. Sam Einstein mawiał: „jeśli nie pojmujesz względności czasu, to przesiedź sobie jedną godzinę na nudnym wykładzie, a kolejną – w kawiarni z wystrzałową dziewczyną„. Podobnie w motoryzacji: przykładowo, w tutejszych komentarzach czytałem, że Łada Samara „szła jak wściekła„, zaś dwusuwowy Wartburg – nawet „jak szatan„. Natomiast na forum polskich właścicieli Mercedesa R129 napotkałem zdanie, że 230-konny sześciocylindrowiec „zamula gorzej niż taksówka„. To jak – kto tu się urwał z choinki…? Ależ nikt. Podobnie jak w greckim doświadczeniu termicznym, zmysły działają dobrze, różna jest tylko ich kalibracja.

23-letnie auto za cenę nowego, do tego zero praktyczności, dwa razy wyższe spalanie i wyraźnie droższy serwis – takie są fakty. Równie prawdziwe jest jednak stwierdzenie: Mercedes SL, w pięknym stanie, taniej od Kii Cee’d, w dodatku bez utraty wartości. Pod którym się podpiszemy…? Kwestia naszego punktu odniesienia i stosunku do klasyków.

A czy samochód z wczesnych lat 90-tych jest w ogóle klasykiem? Dla pokolenia świeżych magistrów tamte czasy to Historia przez wielkie „H”: na mapie ZSRR, NRD, Czechosłowacja i Jugosławia, na mieście sklepy Pewexu, w kinach „Pretty Woman„, „Kevin sam w domu” i „Psy„, w radiu – Bryan Adams, Roxette i Kombi. Dla ich dziadków – to przecież nowoczesne auta: Cinquecento, jajowaty Civic V, Audi 80. Motory na wtrysku, szyby w prądzie, ABS-y, poduszki… Panie, kto się na tym wyzna…?

***

Ogłoszenie na Giełdzie Klasyków znalazła moja żona. To znaczy przeglądałem ja, a ona patrzyła mi przez ramię. „Ooo, jaki ładny, to takiego szukamy…?„. W sumie tak, chociaż niekoniecznie 300-tki. „A to duży problem…? On taki piękny, niebieski, jak nasz pierwszy autek!!” (czyli, oczywiście, tamto W124). No cóż, z jednej strony SL powinien być 500-tką, ale z drugiej – ja od zawsze układ R6 stawiałem ponad V8, a wysoki poziom WAF (Wife Acceptance Factor) to kluczowa cecha samochodu, szczególnie zabawkowego. Szybki telefon do KlasykaGatunku.pl: „Niebieski…? Za późno, już zaliczkowany„. Osz kurka – przecież ogłoszenie dzisiejsze…? „Owszem, tak bywa…” Aha… „Ale zapraszamy do nas, mamy pięć niewystawionych jeszcze, przedliftowych SL-i, można przebierać…„.

Wtedy nie pojechałem, bo za dwa dni mieliśmy wylatywać do Francji – i całe szczęście, bo tam, na wakacjach, dostałem wiadomość, że klient kupił jednak inną sztukę, więc niebieski znów jest do wzięcia. Szybko zadzwoniłem do mojego nadwornego rzeczoznawcy – kuzyna Pawła z Kęt. Do Wrocławia pojechaliśmy dwa dni po przylocie.

Klasyka Gatunku mieści się w starych budynkach powojskowych. Umówionego sprzedawcy nie było, ale pracujący na miejscu mechanik wydobył nam z hali dwa najfajniejsze auta, oba ze Szwajcarii. Podał kluczyki, pozwolił oglądać i wrócił do roboty. Na sprzedawcę czekaliśmy półtorej godziny, ale to może lepiej, bo nikt nad nami nie stał i mogliśmy na spokojnie powęszyć.

Zaczęliśmy od TEGO EGZEMPLARZA. Zielony lakier, zielona skóra, zielone dywaniki z weluru – esencja epoki Bruno Sacco. V8 na wtrysku elektronicznym, pełne wyposażenie, włącznie z arcyrzadkim komputerem pokładowym i hydropneumatycznym zawieszeniem. Do tego rachunki na 20 tys. CHF: nowy dach, nowa hydraulika, nowy katalizator… W papierach wpisany prezes UBS-u z Genewy. Wspaniale, tylko cały prawy bok malowany na grubo, a dna drzwi – przegnite na wylot (częsta sprawa – bo który kierowca sprawdza drożność odpływów…?).

Z kolei niebieska 300-tka wyglądała zjawiskowo. Mocniejsza, czterozaworowa wersja silnika (300-24), rzadki automat pięciobiegowy (dostępny tylko z tym motorem), ASD (samoczynna blokada dyferencjału – namiastka kontroli trakcji), wycieraczki ze spryskiwaczami reflektorów. Produkcja kwiecień ’93 – ostatnie chwile przed liftingiem. Przebieg 162.500 km udokumentowany nie tylko zeszytem serwisowym, ale i oryginałami szwajcarskich świadectw z corocznych badań technicznych, do tego komplet kluczyków w oryginalnej kasetce z plexi. Lakier w większości drugi, ale bez śladu rdzy, a struktura nadwozia i podłoga – jak z salonu. Na zgrzewach widoczny żółtawy, fabryczny wosk antykorozyjny – po 23 latach. Zauważyliśmy natomiast kilka pękniętych drobiazgów wnętrza, mokrą miskę olejową, lekkie falowanie wolnych obrotów, parę niesprawnych gadżetów (I bieg wycieraczek, tempomat, antena elektryczna), no i najważniejsze: zużyty soft-top i ślady oleju w chłodnicy. Sprzedawca – w końcu się pojawił – obiecał zrobić wszystko w cenie, oprócz wymiany dachu, którego stan był wkalkulowany. Niestety, zaprzeczał też konieczności zrobienia głowicy: tłuste plamy w płynie chłodniczym skwitował obietnicą… wymiany płynu (!!). Ponieważ 300-24 nagminnie wydmuchuje uszczelki, pomyślałem, że ten wydatek i tak by mnie nie minął, i po prostu doliczyłem go do ceny.

Pojechaliśmy na próbę i na SKP, gdzie diagnosta potwierdził perfekcyjny stan karoserii i zawieszenia (wszystkie amortyzatory w okolicach 75%).

Czy oferta była dobra? To oczywiście względne. W aucie pięcioletnim te wszystkie problemy byłyby zniechęcające, ale w 23-latku… Miałem już wtedy obejrzane kilkanaście SL-i i ten wyglądał zdecydowanie najlepiej. Wywoławcza cena 63,5 tys. zł (po opłatach) może się zdawać wysoka, ale tylko komuś, kto ogląda Internet, a nie same auta powystawiane po 30-40 tys. zł. Te wrocławskie bynajmniej nie były idealne, ale ideały, to w Niemczech kosztują 30-40 tys. euro, nie złotych. Plus opłaty. Nie dołożyłbym razy dwa (tyle zresztą nie miałem), poza tym taką perełką nie dałoby się jeździć – bo zaraz straciłaby dziewiczą kondycję i połowę wartości. Dlatego, po naradzie z kuzynem, zostawiłem zadatek i uzgodniłem dostawę do Wieliczki, po usunięciu wyszczególnionych braków.

Samochód przed transakcją, z oryginalnym hardtopem. Twardy dach występował seryjnie, bo model projektowano do intensywnej eksploatacji całorocznej. Dziś jednak, przy użytkowaniu rekreacyjno-youngtimerowym, hardtop tylko przeszkadza: zajmuje mnóstwo miejsca i trzeba go podnosić we dwóch. Pożytku nie daje żadnego (w warunkach zbyt ciężkich na dach materiałowy klasykiem się nie wyjeżdża), więc nie używam go wcale.

Foto: klasykagatunku.pl

Maska to jeden z elementów w pierwszym lakierze – tak wyglądała po 23 latach. Znakomicie zachowały się też oryginalne alufelgi (z całkiem niestarymi Michelinami 225/55 R16) i lustra reflektorów.

Foto: klasykagatunku.pl

Dwukolorowe malowanie to jeden z fajniejszych smaczków Mercedesów Bruno Sacco. Mimo dostojnego wyglądu, R129 nie jest wielki: rozstaw osi wynosi 2.515 mm, długość – 4.470 mm (odpowiednio 74 i 13 mm mniej niż w aktualnej Škodzie Rapid!!). Od przeciętności odbiegają za to szerokość (1.812 mm) i wysokość (1.303 mm z soft-topem). To proporcje porównywalne z Mazdą RX-8 (4.425 x 1.850 x 1.340 mm).

Foto: klasykagatunku.pl

Bagażnik z zewnątrz wydaje się spory, lecz schowany tam soft-top z elektrohydraulicznym mechanizmem ogranicza pojemność do 260 litrów

Foto: klasykagatunku.pl

Plastiki wnętrza to słaby punkt modelu – z wiekiem pękają, a kosztują krocie (100-400€ za każdy drobiazg). Tutaj są bardzo ładne, a kilka drobnych braków sprzedawca poprawił przy pomocy kleju i sprawnych dłoni. Pozostał nadpęknięty przycisk klaksonu (występuje tylko z airbagiem) i ledwie zauważalne wybrzuszenie drewna konsoli. Działa całe wyposażenie: pełna elektryka z pamięcią, klimatyzacja (niesamowicie efektywna – wieje autentycznym lodem zaraz po włączeniu), wycieraczki i spryskiwacze reflektorów, tempomat, fotochromatyczne lusterko wewnętrzne i oryginalne radio Becker Grand Prix 2000 z elektrycznie wysuwaną anteną (pięknie odtwarza pirackie kasety z lat 80-tych, jakie znalazłem w szafie u mamy 🙂 ).

Foto: klasykagatunku.pl

W SL-u brakuje, niestety, porządnego schowka – jego miejsce wypełnia poduszka pasażera. Sorry, takie były czasy (a według niektórych od tamtej pory postęp stoi). Są tylko wąskie, zamykane kieszenie na drzwiach, trzy skrytki między siedzeniami (nożny hamulec postojowy kłania się nisko!!) i jedna ponad nawiewami centralnymi (ledwie mieści okulary słoneczne, ma za to zamek na klucz). Z braku środkowego słupka górne mocowanie pasów przytwierdzono do boku fotela. Marszczona skóra i welurowe dywany – jak nowe.

Foto: klasykagatunku.pl

Auto przyjechało dokładnie 2 sierpnia, razem ze sprzedanym po sąsiedzku Fiatem 130 (rozładowanym wcześniej)

Foto: praca własna

Pewnie ciekawi Was, co powychodziło w serwisie. Otóż, poza sprawami wiadomymi wcześniej, praktycznie nic. Auto odwiedziło dwa kolejne warsztaty: najpierw autka.pl (którego właściciel, mój znajomy, udostępniał mi kiedyś do przejażdżki dwa AMG-ki, a potem asystował w poszukiwaniach SL-a), a później mojego nadwornego, mercedesowskiego specjalistę – www.mercgal.com. Poza gruntownym przeglądem okresowym konieczny był wspomniany już nowy soft-top (23 lata to 200% jego przewidzianej żywotności) oraz uszczelka pod głowicą (fachowiec potwierdził tu nasze amatorskie podejrzenia). Nowe elementy zapłonu (świece, kable, kopułka, palec) i nową pompę wody (stara lekko ciekła) zaliczam do rozszerzonego pakietu eksploatacyjnego, podobnie jak regulację i czyszczenie wtrysku KE-Jetronic i kalibrację podciśnienia sterującego w skrzyni biegów. W warsztatach zostawiłem łącznie 15% ceny zakupu – czyli akceptowalnie. Ponad połowę z tego pochłonęły dach i głowica.

Mechanik przysłał mi poniższe zdjęcie

Foto: www.mercgal.com

Wyjeżdżając z warsztatu przeżyłem niefajną przygodę: po około 20 km, na autostradowej obwodnicy Krakowa, auto zgasło!! Wytracając prędkość cudem zdążyłem się wcisnąć między ciężarówki na prawym pasie – bo gdybym stanął na lewym… Brrr!! Pobocze, trójkąt odblaskowy – wyciągałem go pierwszy raz w życiu… Rozrusznik kręci, silnik nie zapala. Myślę sobie: zapłon jest nowy, więc albo wtrysk, albo może głowicę źle złożyli…? Na szczęście chłopaki byli jeszcze w pracy i zaraz przyjechali, w dodatku z konkretnym podejrzeniem, które okazało się słuszne: oto nowy palec rozdzielacza (firmy Bremi, jeśli to kogoś interesuje) był uprzejmy spalić się po kwadransie pracy. Podmieniony natychmiast stary pozwolił mi dotrzeć do domu. Po kilku dniach zostałem zaproszony na ponowną, gwarancyjną wymianę, tym razem na Boscha (różnicę ceny warsztat wziął na siebie). Nowy palec działa, ale oryginalny na wszelki wypadek wożę :-).

Została konserwacja. Zaprzyjaźniony szef zakładu s-point.pl stwierdził, że tak pięknego podwozia szkoda pryskać na czarno, jeśli auto ma nie jeździć po soli. Zaproponował zabezpieczenie samych profili, powłokę polimerową lakieru i impregnację skóry oraz nowego dachu.

Tak może wyglądać 23-letnia blacha z oryginalnym lakierem, nawet nie umyta. Właśnie ten widok, porównany do oglądanych wcześniej egzemplarzy (w dodatku nie zawsze tańszych!!), przekonał mnie do tego auta.

Foto: s-point.pl

Foto: s-point.pl

Ponieważ był już grudzień, z odbiorem długo czekałem na okno pogodowe (w miarę suchy asfalt). W międzyczasie auto stało na firmowej ekspozycji s-point.pl w doborowym towarzystwie 🙂

Foto: praca własna

Na zimę nie przykrywałem auta pierzyną – ponieważ mechaniczny wtrysk (i nie tylko on) nie lubi wielomiesięcznych przestojów, starałem się regularnie wyjeżdżać choćby na chwilę, kiedy tylko drogi przesychały.

***

Co sądzę o R129 przejeździwszy nim półtora sezonu i 4.000 km…? Po wstępie pewnie się domyślacie: wszystko jest względne.

Dla mnie, od dzieciństwa uwielbiającego styl klasycznych Mercedesów, SL z samego środka Epoki Plastiku to coś wspaniałego – spełnienie mojego marzenia o prawdziwym Gran Turismo, ulubionej marki i z najfajniejszych czasów (owszem, za bardziej romantyczną uważam Epokę Chromu, ale 50-letnie GT to zdecydowanie zbyt wysokie progi dla nie-milionerów).

Gdzie tutaj względność? Otóż przez ostatnie kilkanaście miesięcy ten samochód wypróbowało paru moich znajomych. Ich odczucia… powiedzmy, że silnie korelowały z poziomem doświadczenia oldtimerowego. Oczekiwania wszyscy mają ogromne: bo Mercedes SL, bo klasyki takie cool, bo cabrio, bo osiem cztery do setki, bo Linda w „Reichu„, księżna Diana i Maradona, bo takiej jakości, panie dzieju, nikt już dzisiaj nie robi… Jednak w praniu banan na ustach pojawia się tylko tym, którzy dobrze wiedzą, co to jest zabytkowy samochód i z czym się go je. Słowem – ludziom z odpowiednio wykalibrowanymi zmysłami. Przykładowo, zachwycony jest każdorazowo mój kuzyn Paweł (ten od MG TD i VW Varianta, który cierpliwie asystował mi w poszukiwaniach), natomiast kuzyn Michał (posiadacz Hondy CR-Z) – już niekoniecznie. Ba, nawet mój tata – człowiek o ogromnej motoryzacyjnej wiedzy, prowadzący salon z serwisem – po przejażdżce zapytał: „tu na pewno jest 230 koni…? Nie zepsuło się coś…?„. Widocznie zdążył już zapomnieć swoje niegdysiejsze – właśnie z około 1993r. – zachwyty nad 60-konnym W115 220D, który targał przyczepę N-126 z zawrotną prędkością dziewięćdziesięciu na godzinę i potrafił przy tym nawet wyprzedzać Jelcze (właściciel przyczepy, brat taty, aż bał się o jej integralność). Nie, nie ma awarii (odpukać!!) – to tylko kalibracja zmysłów. Właśnie dlatego poszukiwania prowadziłem z kuzynem, a nie z tatą, choć to on zawodowo handluje autami.

W tamtych czasach Polacy marzyli o Favoritce, Polonezie Caro, albo o pięciobiegowej skrzyni do przegnitego Kadetta. W Niemczech funkiel-nowy Passat rozwijał 72 KM, 161 km/h i przyspieszał do setki w 16,6 sekundy, a jego specjalna, sportowa edycja G60 z kompresorem legitymowała się 160 KM, 210 km/h i 9,6 s. Oto właściwy punkt odniesienia dla 300 SL-24 z jego 230 KM, 235 km/h i 8,4 s. Czy ktoś jeszcze chce powiedzieć, że on „zamula gorzej niż taksówka„…? Albo może – słyszę to co rusz – że „od lat 90-tych motoryzacja stoi w miejscu„…? Dodam jeszcze, że przesławna Lancia Thema 8.32 z V8-mką od Ferrari (!!) osiągała 205 KM – o 25 mniej niż „biedna” ponoć, sześciocylindrowa wersja SL-a. To nie SL zamula – to taksówki nabrały absurdalnych osiągów.

Silnik 300-24 to trzylitrowe R6. Ma cztery zawory na cylinder, zmienne fazy rozrządu i wielopunktowy wtrysk mechaniczno-elektroniczny. Kręci się aż do 7.000 obrotów, a rozwija 231 KM przy 6.300 i 272 Nm przy 4.600 (stosunek maksymalnego momentu do 1/10 pojemności przekracza tu 90%: spróbujcie to policzyć dla swoich ulubionych silników wolnossących). Automatyczna przekładnia DB 722.5 jako pierwsza w świecie dysponowała elektromagnetycznie dołączanym, piątym biegiem, a dyferencjał – samoczynną blokadą antypoślizgową. W 1993r. wyżej mierzyły wyłącznie supersportowce.

„Słaba” wersja silnikowa i wyposażenie dalekie od pełnego przeczą stereotypom na temat rynku szwajcarskiego. Co innego stan: w Szwajcarii na badanie techniczne trzeba przyjechać idealnie umytym samochodem – inaczej wyrzucają za drzwi. Mam nawet rachunek za takie „przygotowanie do przeglądu”, trwające pół dniówki i kosztujące 400 CHF. Przechodząc corocznie podobne czyszczenie i nie oglądając soli, samochód ma szanse dożyć zabytkowego wieku w takim stanie. Oczywiście, o ile fabryka pracowała według standardów Daimler-Benz ze starych, dobrych czasów – tutaj każdy element emanuje Jakością przez wielkie „J” (zdjęcia zrobiłem we wrześniu 2017, ponad rok po ostatnim myciu silnika).

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Skrzynia biegów ma długie przełożenia: 100 km/h na piątce odpowiada 2.300 obrotów, ale tyle samo można pojechać na dwójce. Ponadto, jak każdy klasyczny Mercedes, rusza defaultowo z dwójki. Przy umiarkowanym gazie trójkę wrzuca przy 35 km/h, czwórkę – około 45 km/h, a redukuje jeszcze niżej. Z tego powodu przyspieszenie… powiedzmy, że odstaje od obecnych standardów. Wystarczy jednak przełączyć bieg ręcznie albo wdusić kickdown, by obrotomierz wystrzelił w kierunku liczby 7.000 – wtedy, wyjeżdżając z podporządkowanej, nietrudno zamieść tyłem na suchym asfalcie (ASD reaguje, ale subtelnie). Na krętych, górskich drogach pomiędzy 40-100 km/h wystarcza czwórka i lizanie gazu w zakresie 1.300-3.000 obrotów. Można tak pokonać nawet spore podjazdy, ale na wciskanie w fotel nie ma co liczyć – w końcu to 1,7 tony i konwerter bez blokady. Rozbujanie do prędkości autostradowych też trwa wyraźnie dłużej niż w nowoczesnych turbodieslach (jeśli nie chcemy katować silnika kickdownem), za to można je ciągnąć pozornie bez końca i dowolnie wysoko ustawić tempomat. W niedzielny wieczór na „Zakopiance” SL dotrzymuje kroku podwójnemu sznurkowi srebrno-biało-czarnych Insignii, Kadjarów i X3-jek na nizinnych rejestracjach, szalejących po górach 120 km/h, choć trzeba mu wtedy mocno cisnąć gaz i raz po raz redukować (ręką lub półsekundowym, głębokim kopnięciem w gaz). 25 lat temu takie ekscesy były zarezerwowane dla samochodów marzeń – kto o tym nie pamięta, srodze się rozczaruje.

Ponieważ uważam, że klasyczny cabriolet nie służy do wyścigów, to więcej mi nie potrzeba. Jasne, ofertę zamiany za identyczne V8 przyjąłbym chętnie, ale nie dopłaciłbym. Pięciolitrowy motor M119 pod wieloma względami imponuje, lecz łączona z nim skrzynia ma tylko cztery biegi, co zjada część mocy i pogłębia różnicę w spalaniu. Cięższy przód pogarsza prowadzenie, naprawy ośmiocylindrowego KE-Jetronica kosztują krocie (w R6 jest znacznie taniej), w tym konkretnym przypadku gorzej wypada też brzmienie: jako fan szóstek mogę być nieobiektywny, ale 300-24 wszędzie zbiera pochwały za odgłos, podczas gdy mercedesowskie ósemki wcale nie bulgoczą jak te z Detroit. Zgadzam się, że ideowo w klasie GT należałoby się V8 – dlatego zamieniłbym się jeden do jeden – ale wypróbowawszy obie wersje świadomie stwierdzam, że do przyspieszenia dodatkowe konie wnoszą sporo, lecz do całokształtu – niewiele. W każdym razie nie w klasyku.

Projektowane w głębokich latach 80-tych zawieszenie SL-a (ze słynną, pięciowahaczową osią tylną) długo uchodziło za cud techniki, do tego dochodzą sportowe proporcje: krótki rozstaw osi, szeroki rozstaw kół i niski środek ciężkości (ponad maskę wystaje tylko szyba czołowa, ludzie siedzą nisko, a masywne wzmocnienia karoserii, jak w każdym cabriolecie, idą wzdłuż podłogi i progów). Dzięki temu auto zachowuje wzorową stabilność, ale… na tle swojej epoki. Dzisiaj podwozie SL-a wydaje się niedorzecznie miękkie, kierownica – wielka i powolna, zaś opony 225/55 R16… Na większych i szerszych jeździ aktualny Civic 1,5. W rezultacie w szybszych zakrętach karoseria mocno się przechyla, a reakcje na skręty przywodzą na myśl raczej jacht niż gokart. Te symptomy możemy jednak śmiało zignorować: dopóki nie przesadzimy naprawdę zdrowo, koła zawsze pojadą, gdzie chcemy, zachowując przy tym prostopadłość do podłoża (wielowahacz rządzi!!). Czy to ciasne serpentyny, czy autostradowe łuki, nierówności wzdłużne czy poprzeczne – rozsądnie prowadzony SL nigdy nie traci stoickiego spokoju, choć buja pasażerami jak jacht na pełnym morzu. Dzisiejsi kierowcy, przywykli do zupełnie innej charakterystyki, boją się tego i nie ufają. Niepotrzebnie – ale tak mają skalibrowane zmysły.

Faktycznie uważać trzeba za to na hamulce. To one najdobitniej przypominają o wieku konstrukcji. By dostrzec postęp w tej dziedzinie warto czasem wsiąść w samochód 20 lat starszy od własnego – naprawdę można się zdziwić. W normalnych sytuacjach hamulce SL-a nie zwracają na siebie uwagi, bo inaczej niż w modelach Epoki Chromu, nie wymagają stu kilo nacisku na pedał, ale normalne hamowanie z „dzisiejszą” skutecznością wykorzystuje większość ich potencjału. W sytuacji podbramkowej, albo choćby przed zakrętem na ostrzejszym zjeździe, naciskamy mocniej i wtedy… natychmiast odzywa się ABS. Zatrzymanie rozpędzonych 1.700 kilogramów to naprawdę ciężka praca, a dzisiejsze drogi są znacznie ciaśniejsze niż 30 lat temu – dlatego margines ówczesnych hamulców jest niewielki, a klocki i tarcze znikają błyskawicznie. Warto nadmienić, że czujniki i kontrolki zużycia okładzin jako pierwszy w świecie wprowadził właśnie Daimler-Benz, w modelu W116 – bo jego masa i przebiegi międzyserwisowe wydłużone do 15 tys. km stwarzały realne ryzyko, że klocki nie dożyją wymiany oleju. W R129 jest podobnie.

Ze zużyciem paliwa rekordowo zszedłem poniżej 9 litrów – w czasie wrześniowego Zlotu Pojazdów Minionej Epoki na Śląsku (wraz z dojazdem – około 280 km stałym, spokojnym tempem). Najczęściej jednak pokonuję kilkudziesięciokilometrowe trasy po sporych górach i wtedy wychodzi 10-12 litrów. O mieście nie powiem wiele, bo tam SL-em zapuszczam się rzadko, ale bardziej doświadczeni mówią o 13-15 litrach. Dużo to, czy mało…? Oczywiście, to względne. Giełdowi handlarze mawiali kiedyś – „panie, jak w lekko rozregulowanym Polonezie”. Ja zaś powiem, że przy przebiegu 3.000 km rocznie i zwiększającym zasięg, 80-litrowym baku, nie ma co narzekać: stukilometrowa wycieczka kosztuje jak dwa bilety do kina, a jeśli policzyć samą nadwyżkę ponad spalanie nowego kompaktu – to mniej niż jeden bilet. Uważam, że warto.

Miękki dach w pełni chroni przed pogodą, choć przy większej prędkości hałasuje. Ciszę zapewnia hardtop, ale już ustaliliśmy, że on zostaje w garażu.

Foto: praca własna

Pleksiglasowe okna po pewnym czasie mętnieją i pękają, zwłaszcza, gdy składuje się je „zmięte” (przy schowanym soft-topie – to kolejny argument przeciwko używaniu dachu twardego, montowanego przy złożonym miękkim). Warto uważać na martwe pole, bo jakkolwiek lusterka z 1993r. mają już ogrzewanie i elektryczną regulację z pamięcią, to są całkiem płaskie. Smaczkiem epoki jest elektrycznie wysuwana antena.

Foto: praca własna

U poprzednika, W107, przed skutkami dachowania zabezpieczała wyłącznie pancerna rama szyby czołowej. R129 ma już specjalny pałąk wysuwany automatycznie przy pewnym przechyle nadwozia. Na mrozie zaleca się podnieść go ręcznie, pardon, elektrycznie – bo może przymarznąć. Oczywiście niezależnie od pozycji dachu, bo jego stelaż nie jest obliczony na dachowanie.

Foto: praca własna

W ten sposób jeździ się najfajniej: otwarty dach, podniesione szyby i postawiony za fotelami wiatrochron. To niesamowite, ile daje kawałek plastikowej siatki za plecami – wiatru w kabinie w zasadzie nie ma, nawet przy prędkościach autostradowych (pojechałem raz 160 km/h bez dachu, w celu testowym – jest bardzo głośno, ale żadnego tornada nie ma). Włączywszy ogrzewanie można tak jeździć nawet zimą, choć oczywiście nie bardzo jest po co.

Foto: praca własna

Elektrohydrauliczny mechanizm składa i rozkłada dach w dwadzieścia kilka sekund. Do tego celu samochód musi stać w miejscu z zapalonym silnikiem. Pilot działa jak w telewizorze – trzeba go wycelować dokładnie w kierunku jednego z trzech zamków. Umieszczone obok bębenków diody, czerwona i zielona, sygnalizują zamykanie i otwieranie.

Foto: praca własna

Niektórzy pytają o hak – to zamontowany w szwajcarskim salonie zaczep do wożenia rowerów

Foto: praca własna

Wiatrochron, przywiązany paskami do wspomnianego pałąka przecikapotażowego, daje się kłaść. Przy odrobinie wprawy – nawet jedną ręką zza kierownicy, bez odrywania wzroku od drogi. W ten sposób można poczuć wiatr we włosach, albo poprawić widoczność do tyłu (przy zamkniętym dachu to obowiązkowe). Egzemplarz posiada opcjonalną quasi-kanapę tylną z biodrowymi pasami bezpieczeństwa, ale dla dorosłych jest ona bezużyteczna, a dzieci mogły tam jeździć jedynie w czasach przedfotelikowych. Dziś quasi-kanapa służy jako ekskluzywna, skórzana półka na drobiazgi :-).

Foto: praca własna

Praktyczność 260-litrowego bagażnika ogranicza bardzo mała długość (to przez wielki bak i mechanizm soft-topu), oraz wysoka krawędź załadunku. Sporo miejsca zajmuje też czarny futerał wiatrochronu, Mały kufer, mało schowków, brak tylnej kanapy – funkcjonalność karoserii SL-a… nie, nie jest względna, a bezwzględnie beznadziejna. Na urlop dla dwojga powinno wystarczyć, ale z trudem. Przesiadający się z dowolnego coupè Mercedesa, gdzie poza średnio wygodnym wsiadaniem do tyłu mamy pełny komfort dla czterech osób i bagażnik jak w taksówce, będzie bezwzględnie rozczarowany (sprawę mogłyby uratować dedykowane walizki dopasowane do kształtu bagażnika. Ja nie posiadam i nie potrzebuję).

Foto: praca własna

Głębokie, miękkie fotele otulają jadących jak pierzyna, choć przyzwyczajonym do nowoczesnych, pompowanych oparć i siedzisk będzie ich brakowało. Polecam zwrócić uwagę na bardzo wysokie progi (w cabriolecie tylko tak da się uzyskać sztywność), oraz, po raz kolejny, na wszechogarniającą Jakość.

Foto: praca własna

Manualna klimatyzacja to w klasyku zaleta – liczba potencjalnie fiksujących elektromotorków zmniejsza się o wartość dwucyfrową. Pod radiem umieszczone są przyciski ogrzewania szyby tylnej (tylko w hardtopie), świateł awaryjnych i podnoszenia pałąka, na panelu skrzyni biegów – przełącznik trybu standardowego i ekonomicznego (nie polecam – skrzynia całkiem przestaje reagować na gaz). Po jego bokach widać joystick elektrycznych lusterek (wszystkich trzech – elektryczne lusterko wewnętrzne to trochę przesada, ale przynajmniej ma pamięć), sterowanie mechanizmem dachu, elektrycznymi szybami i ogrzewaniem foteli. Ponieważ w Polsce nie da się całkiem uniknąć deszczu i błota, kupiłem na Allegro gumowe dywaniki.

Foto: praca własna

Prawdziwy Mercedes ma wskaźnik ciśnienia oleju” – mówią fani marki. Test zdany. R129, podobnie jak W/C140, ma pięć zegarów zamiast trzech (brakuje tylko temperatury oleju i prądu ładowania). Egzemplarze przedliftingowe wyróżniają się analogowymi licznikami przebiegu. Lampki ostrzegają między innymi o niskim poziomie oleju, płynu chłodniczego i spryskiwacza, spalonych żarówkach, awarii pałąka, ASD, ABS-u, airbagów i zużyciu klocków. Trójkącik na szybkościomierzu sygnalizuje aktywację systemów antypoślizgowych (tutaj – tylko ASD). Ja nazywam go lampką „ILE TY MASZ LAT…?!?!” i bardzo cenię jako smaczek marki oraz epoki.

Foto: praca własna

Klasyka najłatwiej docenić w takich sytuacjach. R129 nie krzyczy, gdy na zakręcie koło wyjedzie za linię, nie włazi z butami w kompetencje kierowcy ani nie wmawia mu ochoty na kawę. Co najwyżej powie, że jemu samemu doskwiera brak płynów ustrojowych albo podwyższona temperatura. Człowiek sam odpowiada za siebie i swoje postępowanie – jak w najlepszych latach naszej cywilizacji (zdjęcie zrobił mój kolega, Adrian Nowak, w maju 2017r. w czasie wspólnej, górskiej wycieczki w trzy SL-e: ten czarny, który widać za moim, to opisywana niedawno w „Classic Auto500-tka Maćka Majewskiego, kupiona przez jego ojca w 1991r. w polskim salonie i wciąż jeżdżąca na czarnych tablicach).

Foto: Adrian Nowak

***

Klasyczna motoryzacja nie jest zabawą dla każdego samochodziarza. Nie chodzi bynajmniej o koszta – wszak stary wehikuł można kupić za cenę dobrego roweru, a i jego utrzymanie nie powinno nadwerężyć budżetu (zwłaszcza jeśli ktoś, inaczej niż ja, posiada jakieś umiejętności manualne). Rzecz w tym, że nie dla każdego samochodziarza będzie zabawą. Nawet tak ceniony i rzekomo niestary model jak Mercedes R129 jednoznacznie rozczarowuje nadzwyczaj wielu ludzi przykładających doń współczesną miarę: w ich oczach okazuje się głośny, powolny, paliwożerny, a nawet niezupełnie komfortowy. Również ludzie pokroju mojego taty – który pół życia przepracował przy autach, a zaczynał od Wartburga 312 – obcując permanentnie z techniką XXI wieku zapominają o minionych czasach i ich uwarunkowaniach. Nieustanny postęp każdego dnia na nowo kalibruje nasze zmysły.

Klasyczny samochód to niesamowita frajda, ale tylko dla kogoś, kto cieszy się z widoku analogowego licznika kilometrów, mechanicznego rozdzielacza i wtrysku, z potrzeby ręcznego mieszania biegami w automacie, albo obserwacji ustawicznych wahań temperatury silnika, podążających z minutowym opóźnieniem za sytuacją drogową. Kto celebruje rytuał regularnego sprawdzania płynów i ciśnienia w kołach. Kogo nie rusza, że koreański kompakt, wiozący pięć osób z wakacyjnym bagażem, wyprzedza Mercedesa SL zarówno na prostej, jak i w zakręcie, spalając przy tym połowę mniej. Klasyczny samochód jest jak emerytowany olimpijczyk, którego fani wciąż wysławiają i podziwiają za dawne wyczyny, mimo że że maraton zajmuje mu dziś pięć godzin, a jego niegdysiejsze rekordy bije każdy zawodnik z prowincjonalnego klubu. To wszystko nieważne – liczy się to, że kiedyś walczył z najlepszymi, a spotykając go, uczestniczymy w Historii przez duże „H”. Upływ czasu relatywizuje wprawdzie liczbowe wyniki, ale na pewno nie talent, nie sławę i nie ludzkie emocje. O ile potrafimy je docenić i przeżywać.

Czas relatywizuje też ceny. Wszyscy – zwłaszcza sprzedawcy – jak mantrę powtarzają, że oldtimery to najlepsza inwestycja we Wszechświecie. Aktyw, który nigdy nie tanieje. Jednak każdy, kto liznął choć odrobinę ekonomii doskonale wie, że takie krzyki nieodmiennie pojawiają się niedługo przed krachem. Szybkie wzrosty to zdecydowanie przeszłość, trudno zresztą wierzyć, że nabywcy zechcą płacić wyraźnie więcej niż dziś (zwłaszcza za model powstały w prawie ćwierci miliona egzemplarzy). Dlatego, kupując klasyka, nie powinniśmy liczyć na zysk – a tylko na czystą Radość, w najlepszym wypadku nie okupioną spadkiem wartości. Choć nie wiadomo, czy spadki nie nadejdą – wszak sielankę w każdej chwili może przerwać Warszawa z Brukselą, jednym ruchem wprowadzając… Cicho być, nie tym razem, nie w tym wpisie.

Na upływ czasu odporna jest chyba tylko stylistyka R129. Jej autor, Bruno Sacco, mawiał, że Mercedes powinien zawsze wyglądać jak Mercedes. Nie oznacza to wcale zastoju: gdy porównamy kolejne generacje XX-wiecznych modeli marki, dostrzeżemy ogromny postęp, ale równocześnie – niezakłóconą ciągłość. To jednak projekty Sacco jawią się jako najbardziej ponadczasowe. Rzadko używam tego nader wyświechtanego przymiotnika, ale oceńcie sami: chromy i skrzydła olśniewały publikę lat 50-tych, ale już 20 lat później dobrze wyglądały wyłącznie w muzeum. Ze 190-tką, W124, W126 albo R129 jest inaczej: mimo upływu nie dwóch, a trzech dekad laik wciąż nie widzi w nich zabytków – to właśnie ponadczasowość. Kręcąc się SL-em po małopolskich serpentynach można słuchać Vivaldiego, Milesa Davisa, Toma Jonesa, Stonesów i Eaglesów, Modern TalkingQueen, albo Jamesa Blunta. Można MetallikiNirvany, Jarre’a i Vangelisa. Można puścić Iglesiasa – bez różnicy, ojca czy syna, bo pasują obaj. Nie razi żaden kawałek ze składanki z kolejnych filmów o Jamesie Bondzie, od „Dr No” do „Spectre„, chociaż ten pierwszy jest od auta ćwierć wieku starszy, a ostatni – o tyle samo młodszy. Z R129 współgrają wszystkie – bo klasyka zawsze pozostanie klasyką.

SL ma jeszcze jedną cechę kojarzącą się z teorią względności – mianowicie zakrzywia czasoprzestrzeń. Co prawda nie całkiem w ujęciu einsteinowskim, za sprawą swej masy lub osiąganej prędkości, bo to jednak nie te rzędy wielkości. Chodzi o zjawisko, jakie już dawno temu odkryły Dzieci z Bullerbyn, których droga ze szkoły trwała kilkakrotnie dłużej niż do szkoły. Z SL-em jest tak samo: przykładowo, do szwagra mam z domu pięć kilometrów. W drugą stronę tyle samo, ale tylko jeśli jadę nowoczesnym samochodem – bo w klasyku, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, wychodzi czasem i czterdzieści. To jest dopiero względność!!

Każdemu z Was życzę takiej względności. To nie musi być Mercedes SL – po ponad pięćdziesięciu „PRZEJAŻDŻKACH PO GODZINACH” z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że czasoprzestrzeń prawdziwego pasjonata równie skutecznie zakrzywia Fiat 500, a nawet Syrena 105. Bo z oldtimerami jest jak z emerytowanymi sportowcami: techniczne parametry są całkowicie względne, ale ludzkie emocje, wspomnienia i poczucie obcowania z Historią – w żadnym wypadku.

Foto tytułowe: praca własna

Share Button
Tagi: , ,
118 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: TEORIA WZGLĘDNOŚCI
  1. Oberon napisał(a):

    Dzięki za artykuł. Lubię w twoich tekstach ciekawe, głębsze przemyślenia na temat motoryzacji. Poza tym nie każdy właściciel takiego auta miałby odwagę przyznać, że nie każdemu może ono odpowiadać. Większość takich zazwyczaj uważa, że ich wóz to szczyt techniki, nic mu nie dorównuje a współczesna auta to totalny szmelc, ty natomiast zręcznie ująłeś kwestię względności. Ja właśnie należę do tych co pomykają koreańcem i ważne jest to, żeby się nie psuł i w miarę mało palił.Pozdrawiam

  2. Yossarian napisał(a):

    Wypowiedź z tym cięższym przodem w V8 pogarszającym prowadzenie mnie trochę zastanawia. Z jednej strony faktycznie więcej kg, a z drugiej lepiej rozłożone, bo V8 chyba mniej wystaje do przodu?

    • SzK napisał(a):

      Ja sam jeżdżę za słabo, żeby to zbadać (nie mam zreszta na podorędziu 500tki), ale tak gdzieniegdzie pisza. Auto w każdym razie jest ciężkie, czuje sę to i w zakrętach, i przy hanowaniu.

  3. benny_pl napisał(a):

    oooo moj komentaz o Samarze 😀 ona na prawde tak szla 🙂
    Odnosnie Mercedesa:
    Bardzo ladny stan techniczny, dla mnie tam z hardtopem jest duzo ladniejszy, no chyba ze tylko z daleka ten hardtop jest ladny, ale i tak nie lubie szmacianych dachow, a wszystkie Vitary czy Samuraie w akceptowalnych pieniadzach zawsze musza miec te beznadziejne softtopy, oczywiscie zawsze podarte i poklejone czym popadnie..
    Dobrze, ze kupiles niebieskiego, wnetrze tego zielonego wyglada paskudnie, takie zgnilozielone, ochyda, no ale silnik V8 na wtrysku… trzeba bylo negocjowac zamiane zespolow napedowych 😉
    a tak na serio, to nie liczac k-jetronica to R6 i tak latwiejszy w naprawach od V8 wiec w sumie lepiej.
    Tak jak kiedys powiedzialem – mnie on nie podnieca, ale to nie istotne, bo podobac ma sie Tobie (no i zonie 🙂 ), mnie po prostu nie podniecaja takie auta, wspomnianym w poprzednim artykule Maserattim mogl bym sie przejechac kiedy bym chcial, bo szef ma, ale nie kusi mnie to w najmniejszym nawet stopniu

  4. Robert napisał(a):

    Bardzo dobry artykuł autorze. Z przyjemnością przeczytałem do porannej herbatki. No i bardzo dobre porównanie do współczesnych aut. Akurat mam w pracy jako auto służbowe nowoczesnego koreańskiego turbodiesla a w rodzinie dwóch fanów klasyków (BMW 7 e32 z 3 litrowym R6 i tego samego szeregu 750 V12 oba z automatami bodajże z 1991 r.). Miałem okazję odbyć krótkie przejazdy i pełni potwierdzam wrażenie autora. W tamtych czasach (na początku lat 90) to wypasione rakiety – dzisiaj „aż tylko” klasyki. Niby przyśpieszają (oczywiście V12 nieporównywalnie lepiej), niby hamują, niby skręcają ale … . Nowoczesne konstrukcje robią wszystko to samo dużo lepiej, elektryczno – hydrauliczne, progresywne wspomaganie kierownicy, pedał hamulca wystarczy dotknąć, żeby auto zaczęło zwalniać (dotknąć, nie naciskać), wciśnięcie pedału przyśpieszenia wciska w fotel od 1600 obr/min. praktycznie na każdym biegu poza 6. Nie wspominam o poziomie hałasu, pozycji za kierownicą czy ergonomii wnętrza bo za dużo by pisać. Pytanie tylko czy za 25 ktoś na blogu (albo na czymś co wtedy będzie funkcjonować w podobnej formie) opisze wrażenia z zakupu i jazdy KIĄ? Pożyjemy zobaczymy. A może stanie się tak jak dzisiaj z samochodami z lat wcześniejszych niż 70. Może będą istniały w garażach kolekcjonerów, pojawiać się na aukcjach, ale nikt już nie będzie o nich pisał ani nawet użytkował sporadycznie.

    Gratuluje zakupu Panie Szczepanie, niech cieszy oko i serduszko a przejażdżki będą jak najdłuższe. Pozdrawiam

  5. Daozi napisał(a):

    Auto ładne (nie podoba mi się, ale obiektywnie jest ładnie narysowane), a i artykuł ciekawy. Dobrze poczytać, bo dzięki temu coraz bardziej rezygnuję z zakupu podobnego youngtimera – Supry.
    I dobrze, że piszesz o tym, jak bardzo motoryzacja idzie naprzód – wielu ludzi obecnie uważa, że stanęła w miejscu w latach 90-tych, to taki motoryzacyjny mit.
    A jeszcze zabawniejsze jest to, że obecnie np. można kupić Yarisa od Gazoo Racing, który ma 200KM i osiągi lepsze niż klasyczne GT z lat 80-tych… Ale nie ma w sobie „tego czegoś” i wątpię, żeby za Clio GT, 500 Abarthem, Yarisem GMRN ktoś oglądał się za 25 lat. Może za 50, ale czy wtedy jeszcze będą jakieś autonomiczne samochody benzynowe?

    • SzK napisał(a):

      Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś nie wierzy w postęp ostatnich 20 lat, to zapraszam do siebie, na porównanie dwóch sportowych Mercedesów o identycznej pojemności i mocy z roku 1993 i 2005. Róznica jest taka, że na poczatku aż samemu trudno mi było uwierzyć 🙂

      A za 25 lat może faktycznie być problem z jakimikolwiek samochodami spalinowymi / autonomicznymi, poza tym ich utrzymanie na chodzie w takim wieku może się okazać niemożliwe, albo eż na tyle trudne, że nawet pasjonaci odpuszcza.

      • benny_pl napisał(a):

        zalezy po prostu jakie samochody z jakimi porownujemy.
        ja na ten przyklad porownalem sobie swojego bylego Villagera z nowym Berlingiem 1.6HDI no i… nie dal bym za to berlingo 5 tysiecy, takie to byleco, tandetne, plastikowe, marnie przyspieszajace, duzo palace (jak ja nim jezdze to pali 13 ropy)
        jesli chodzi o komfort jazdy no to ok, jest „niezly” tzn w sumie niema sie do czego przyczepic, prowadzi sie normalnie, ale zadnej rewelacji, o frajdzie zadnej nie mowiac, ale frajda nie jest niczym obiektywnym.

        moze w samochodach wysokich klas faktycznie duzo sie zmienilo, ale popularne miejskie samochody niczym sie nie roznia, a czesto odnosi sie wrazenie duzo wiekszej tandetnosci nowszego modelu siedzac w srodku, ale moze to kwestia dziwacznego paskudnego wzornictwa dzisiejszych czasow.. bo np deska rozdzielcza w takiej Fiescie MK3 mimo ze cala z plastiku, to jest po prostu BARDZO ladna, wszystkie pozniejsze maja juz jakies takie „wyrzygane i rozplyniete morze szarego plastiku”
        podobnie ma sie rzecz np miedzy Cinquecento-seicento-panda – w Cinquecento siedzi sie wygodnie, wszystko jest ergonomicznie, w seicencie bardzo podobnie, choc kierownica bardziej wystaje (jest inna z poduszka) i juz jest mniej wygodnie, a w Pandzie „nowej” ktora mi sie na prawde bardzo podoba z zewnarz – w srodku jest tragicznie ciasno, niewygodnie, ze juz o beznadziejnej tylnej kanapie, ktora sie nawet normalnie nie sklada nie wspomne (no wspomnialem)

      • Wojtek napisał(a):

        Gdybym nie miał Seicento to może bym uwierzył. Pod względem ergonomii to jest najgorszy samochód świata. No, przynajmniej mojego świata – nigdy nie jechałem gorszym. Ktoś kto go zaprojektował nie miał pojęcia o ludzkiej anatomii, albo był sadysta.

      • Hshan napisał(a):

        Benny, ale wiesz, że Villager to sporo wyższa klasa niż Berlingo?

      • Daozi napisał(a):

        Mnie tam w Seicento nie było źle, ALE ja mam 172 cm, a kiedy mieliśmy w rodzinie Seicento, to miałem jeszcze parę cm mniej 😉
        To jak w Corolli E11 albo Civicu VI – ja nie jestem wielki i dla mnie te auta były super. Ale jakby ktoś miał tak ze 185 cm (albo więcej) i posiadał któreś z tych aut, to złożyłbym mu kondolencje.

        Co do nowych aut – miałem okazję jeździć przez jakiś czas najnowszym Pulsarem. Myślałem, że kosztuje jakieś 50 tys. i uważałem, że to strasznie drogo jak za taką jakość. Z ciekawości skonfigurowałem sobie na ich stronie taki sam model. Wyszło ponad 75 tys. Aż szkoda komentować.

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Stary Villager i nowy Berlingo? No jest różnica klas, z tym, że raczej na korzyść nowego Berlingo 😉 Nie mówię o wielkości samochodu żeby była jasność.

        Benny, parę dni temu zielony Villi tablice LU widziałem na Szeligowskiego, to jeszcze byłeś ty czy już „nowy”?

        No i pochwal się co kupiłeś/kupujesz?

      • ndv napisał(a):

        Myśle, ze głównym problemem z klasykami za 25 lat jest obecny stosunek do samochodu – dla coraz większej liczby ludzi to po prostu narzędzie do poruszania i tyle. Kto dziś jako na klasyka poluje na Nexie czy Espero?

      • SzK napisał(a):

        Na Nexie czy Espero się nie poluje, bo one sa skrajnie nudne. Opel Kadett czy Ascona też nie bija rekordów cenowych na aukcjach, również jako generacje z lat 60-tych. Popularne samochody staja się poszukiwane jedynie w przypadku wyjatkowo charyzmatycznych modeli, jak np pięć europejskich maluchów Epoki Chromu (Garbus, 2CV, R4, Mini i 500-tka).

        Oczywiście postrzeganie samochodu się zmienia, ja nie przeczę (nawet cały wpis kiedyś o tym popełniłem, przy okazji likwidacji marki Scion), ale przy wspomnianych przez Ciebie modelach nakładaja się oba zjawiska.

      • benny_pl napisał(a):

        Wojtek: mowie ze w Cinquecento jest lepiej a w seicento juz gorzej, a sproboj w Pandzie, tam to jest zle, ja mam 183cm i mi jest bardzo wygodnie w CC, w SC tez niezle (nie liczac wygladu deski rozdzielczej przyprawiajacej o wymioty) a w Pandzie bylo mi o wiele za ciasno, juz w Tico jest mi wygodniej, choc musze przerobic mocowanie fotela zeby mozna go bylo troche bardziej odsunac i bedzie zupelnie OK

        Hshan: no w naszych realiach to wyzsza klasa, ale w USA to nic ponadprzecietnego, tyle ze tam pewnie berlingo bylo by klasyfikowane jako „taczka dla robotnika” bo i na takie cos zasluguje, osobiscie fajniej mi sie jezdzi Kadettem Combo niz berlingiem, choc obiektywnie oczywiscie Berlingo troche lepiej idzie i sie prowadzi

      • benny_pl napisał(a):

        Marek Jarosz: raczej nowy, sprzedal sie ponad tydzien temu, ze znakow szczegolnych ma ledowe lampki dzienne pod tym swiecacym pasem miedzy reflektorami, no i naklejka zlomnika „ten woz ma ponad 20 lat i jezdzi dalej” na tylniej klapie

        jako ciekawostke powiem, ze na gielde Elizowke w niedziele przyjezdza gosciu sprzedajacy rozne rzeczy wlasnie z takiego samego zielonego Villagera tylko jeszcze na czarnych tablicach i w stanie niemal idealnym, ale nie chcial go sprzedac, nie dziwie mu sie, pewnie zaplacil kiedys za to furmanke pieniedzy, albo sam go sprowadzil z USA i puki sam mu nie zaszkodzi, to sam z siebie sie powaznie nie zepsuje nigdy

        ndv: od zawsze straszliwie podoba mi sie Espero, jak by byl taki nie pognity i za tysiaka-poltora z gazem to bym sie nawet nie zastanawial, moze byc zajechany 🙂
        w sumie Nexia tez bym nie pogardzil, ze wzgledu na to ze to Kadett, a Kadetty bardzo lubie odkad mialem pierwszego
        nigdy natomiast nie chcial bym Lanosa, jest przeohydny, i to jego wybrali do cynkowania, a nie Espero 🙁 no ja sie pytam DLA CZEGO?!

      • Wojtek napisał(a):

        Cinquecento tez mialem 🙂 Tam jest tak samo. Tak samo blednie rozplanowany uklad pedaly-kierownica
        Do tego pedal gazu dotykajacy srodkowego tunelu, tak ze caly czas trzeba wyginac stope zeby go nacisnac. Mokry sen kazdego ortopedy.
        I nie jest to kwestia ze samochod jest maly i musi tak byc, bo jakos w Yarisie tak nie ma i da sie siedziec normalnie. Nawet ten sam Fiat, w Uno potrafil zrobic to lepiej.
        Pandy niestety nie prowadzilem zadnej.

      • benny_pl napisał(a):

        Wojtek: no costy, moze miales Cinquecento z wygniecionymi starymi fotelami zapadnietymi, to wtedy faktycznie jest duzo gorzej, ja tam takie mialem krotko, potem zalozylem cale wnetrze z Seicento, siedzi sie wyzej i jest bardzo wygodnie, a co do gazu, fakt ze noga trze sie po dywaniku, ale mnie tam to nie przeszkadzalo, oczywiscie w wielkich buciorach niebardzo sie jezdzi, ale w zwyklych bez problemu

        nawet ostatnio pojezdzilem pare dni moim dawnym Cieniasem i znow stwiedzilem „alez to fajne autko, musze sobie jakiegos trupa z gazem skombinowac, bo bude mam ladna w stodole” 😉

        Marek Jarosz: narazie nic nie kupuje, musi sie trafic cos fajnego w fajnych pieniadzach, takie rzeczy sie trafiaja zadko, ale nie spieszno nam, ostatnio byl na OLX citroen C8 za 1200 w automacie ale z dieslem 2.0hdi zdechlym, nie przepadam za dieslami, a jeszcze takimi elektronicznymi to tym bardziej, automat tam pewnie tez jakis Aisin tyfusiasty, wiec olalem

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        SzK, z autami „popularnymi” to różnie bywa. Zobacz sobie jak w ciągu ostatnich 2-3 lat poszły w górę BMW E30. I to nie M-ki bynajmniej , a zwykłe 316, czy 320. Na otomoto wrost w kombi stoi za 4 tyś zł. Lekko sfatygowane 318ki stoją po 10-12 tyś zł, 320ki od 13 w górę. 10 lat temu nie do pomyślenia. A co by nie było wóz popularny swojego czasu, na każdej ulicy można było spotkać. To samo mogę powiedzieć o znanym Ci W124. Rozumiem 70 tyś zł za 500E, ale żeby ponad 20 tyś zł kosztował diesel w sedanie?

      • SzK napisał(a):

        Mercedes i BMW to sa marki premium. Weźmy sobie pochodzace z podobnego okresu Renault 14 albo Fiata Ritmo – mimo że nieporównanie rzadsze, to jak się już gdzieś pojawia, nie ma kto dać za nie funta kłaków.

        A co do W124 diesla w sedanie – spróbuj znaleźć sobie niezajeżdżony egzemplarz, a potem zobaczyć, ilu będzie na niego chętnych. Sadzę, że za naprawdę ładny 20 tys zł to jest nic – na Giełdzie Klasyków widziałem już takie po 40-50, z tym że to były 300D Turbo (nie wiem, w jakim stanie). To prawda, że SL jest niewiele droższy – tylko że ładnego SL-a przy odpowiednim budżecie znajdziesz stosunkowo szybko, a diesli fizycznie nie ma prawie w ogóle.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Teoretycznie diesel ma jeździć, a nie być chuchany i dmuchany jak maskotka. Raczej w Niemcowni Hansy nie kupowały diesli na weekendowe przejażdżki 😉 A że mercedesowskie diesle pancerne to robiły kilkaset tysięcy.

      • gumi napisał(a):

        Co do wzrostu cen e30 i w124 – może warto zacząć wyrywać z chodników wrośnięte(zglebione) W220 póki ceny nie poszybowały w górę?W sumie perła reichu sprzed ery ciapatych…

      • SzK napisał(a):

        W220 nie da się utrzymywać na chodzie w rozsądnych kosztach, niestety. Z dostępnością odpowiednich części też za kilka lat może być potężny problem, a ślusarz tutaj niestety niewiele pomoże.

      • truten23 napisał(a):

        A szkoda, bo W220 to chyba jedyna S-ka która naprawdę mi się podoba. Poprzednie i nowsze są takie przyciężkie wizualnie.
        Kiedyś w Katowicach nie daleko od pewnego przejścia podziemnego stała opadnięta i zakurzona W220 Brabus. W kolorze butelkowej zieleni. Od jakiegoś czasu już jej nie widziałem.

  6. Krzyś napisał(a):

    Artykuł bardzo mi się podoba ze względu na staranność w chęci opisania posiadanego i wymarzonego przez Autora modelu w sposób możliwie obiektywny. Gratuluję zakupu tak zadbanego i zdrowego egzemplarza.

    Dla mnie R129 raczej nie byłby pierwszym wyborem niemniej jednak zgadzam się w 100%, że jest przedstawicielem tych „prawdziwych” Mercedesów i w tym kontekście to, że nie jest wyczynowcem osiągającym setkę w 3 sekundy jest zaletą. Mocnym punktem na pewno jest stylistyka – nie ostentacyjna i nie nachalna ale jednak kojarząca się z solidnością, elegancka i zdecydowanie ponadczasowa. Przykładowo moja żona nie mogła uwierzyć, że W201 produkowany był od 1982 roku.

    Opisana przygoda z wyłączeniem silnika na autostradzie bardzo stresująca, dobrze że wszystko się skończyło szczęśliwie. Zaś co do tego fragmentu opisu: „W niedzielny wieczór na „Zakopiance” SL dotrzymuje kroku podwójnemu sznurkowi srebrno-biało-czarnych Insignii, Kadjarów i X3-jek na nizinnych rejestracjach, szalejących po górach 120 km/h” Chyba przy skrajnie ostrzejszym potraktowaniu Mercedes jednak by był lepszy? Ale to już by było oczywiście po pierwsze mało bezpieczne a po drugie – szkoda tak zachowanego egzemplarza 🙂 Piszę tak, bo mój obecnie czternastoletni japończyk 1,6l 97KM daje radę na dwupasmowym odcinku zakopianki zaraz za rogatkami Krakowa utrzymać tempo 110km/h choć z przyspieszaniem pod górkę jest już oczywiście spory problem.

    W odniesieniu natomiast do tego fragmentu „stosunek maksymalnego momentu do 1/10 pojemności przekracza tu 90%: spróbujcie to policzyć dla swoich ulubionych silników wolnossących” policzyłem to dla mojego auta z 2004 roku ale którego konstrukcja wywodzi się z lat 90tych. Maksymalny moment to 150Nm przy 4000obr/min, pojemność 1.584cm3 – z obliczeń wynika 0,9469. Stąd może subiektywne wrażenie, że ten samochód pomimo obiektywnie takich sobie parametrów „daje radę” (teoria względności 🙂 ).

    Mercedes świetny, oby zawsze stanowił taką samą radość jak teraz.

    • benny_pl napisał(a):

      phi, „czternastoletni japończyk 1,6l 97KM daje radę” to wyobraz sobie miny kierowcow jak na autostradzie wyprzedzam ich Tikiem jadac 140-150 ;D

      • SzK napisał(a):

        Ale ta autostrada, jak domniemywam, nie ma 10-procentowych podjazdów i ostrych zakrętów, jak Zakopianka, prawda? Przyjedź do Małopolski Tikiem, to ja Ci pokażę, o jakich drogach dyskutujemy tu z Krzysiem 😉

      • benny_pl napisał(a):

        staram sie tam nie jezdzic wogole, znasz moja niechec do Krakowa, ktory zreszta jest wg mnie polska stolica zla z ekoterroryzmem na czele, aaaaale jak bym mial kiedys byc, to dam znac, wogole mozna bylo by zorganizowac jakis zlot 🙂

        wg mnie glownym wyznacznikiem „zwinnosci” auta jest stosunek mocy do masy, bez wglebiania sie w sprawnosci silnika, ktore niewele znacza jesli buda jest za ciezka
        dla Tica jest to 41KM/0.65tony = 63

      • SzK napisał(a):

        MB 190 2,0: 118 KM / 1,1 t = 107
        MB 300 SL-24: 231 KM / 1,72 t = 134

        🙂

        Sprawność silnika omówiłem nie w celu oceny osiagów, tylko samej konstrukcji – żeby pokazać, że w tamtym czasie to była perełka.

      • benny_pl napisał(a):

        to trzeba by jeszcze obmyslic jakis procentowy spadek osiagow dla danego automatu, bo teoretycznie, to one powinny isc swietnie.

        wspomniane 131 Mirafiori ma jak sprawdzilem 115KM i 1100kg, czyli 104 i jak mowie idzie jak wsciekle, no ale w manualu

        trzeba by znalesc jakis dosc stary samochod, ktory ma przy tym samym silniku skrzynie reczne i automatyczne i porownac przyspieszenia do 100 i obliczyc straty konwertera, najlepiej juz to zrobic na przykladzie tej 190tki, zeby rozwiklac zagadke jej „nieiścia”
        a moze zagadka polega na szynach kolejowych pod podloga i betonem w progach i podlodze? 😉
        niema sie z czego smiac, kolega ojca mojego kolegi kiedys kupil taka syrene ktora palila jak smok i nie szla wogole, rozbierali caly silnik, wszystko sprawdzali, gaznik, zaplon, no nic, a okazalo sie jak sprzatal w srodku, ze na ramie polozyl ktos zbrojenie, zaszalowal i wylal podloge z betonu 😉

      • SzK napisał(a):

        Najpierw, to trzeba by było zdefiniować pojęcie „iść świetnie”, „iść jak wściekły” tudzież „zamulać jak taksówka”. Ja myślę, że to tutaj jest główne źródło nieporozumienia. Dopóki obie osoby nie porównaja bezpośrednio obu aut, takie dyskusje będa mało produktywne 😉

      • benny_pl napisał(a):

        no ale jak kol. molibden pisze „dziś jestem królem prawego pasa, a jeżeli jest taka możliwość, to wyprzedzają mnie wszyscy” to ja przez to rozumiem, ze wlecze sie za tirami, w zwiazku z tym wyobrazam sobie to jedynie jak jazde w/w DFem, jetta lub Fiesta ze zdechlym CTXem, bo faktycznie proby wyprzedzania tira tymi autami moga skonczyc sie smiercia w wyniku zawalu lub wypadku 😉

    • SzK napisał(a):

      Potraktowany brutalnie SL potrafi pokazać pazur, obrócić się na asfalcie i przejść jedynkę do 7000 obrotów naprawdę w mgnieniu oka, ale, tak jak piszesz, to jest mało madre. Katowanie nieustannym kick-downem szybko zniszczy silnik i skrzynię, a i ze względu na bezpieczeństwo nie warto tym autem rozpędzać się do prędkości realnie grożacych mandatem (czyli licznikowo >20 ponad znak).

      Widzę, że znasz Zakopiankę: dla mnie wzorcowym testem jest podjazd pod Mogilany w stronę DO Krakowa. Na piatce SL ledwie tam przyspiesza, na czwórce – całkiem swobodnie jedzie 120, ale zakręty (zwłaszcza ten ostatni, lewy, tuż przed wiaduktem) odwodza mnie od przekraczania około 110 km/h, chociaż rezerwa mocy jest. Młodzi gniewni bywaja tam znacznie szybsi, ale naprawdę nie o to chodzi w klasyku.

      Moment / 10% pojemności to wielkie przybliżenie tzw. współczynnika napełnienia, czyli miary sprawności silnika. Jednostki SI (Nm i litry) tak się tu układaja, że szczyt możliwości silnika wolnossacego wypada mniej więcej na 100% – wskaźnik jest więc dość obrazowy. Bardzo nieliczne silniki przekraczaja tu 100% (np. niektóre nowoczesne BMW i Mercedesy, w tym mój CLK: 315 Nm / 3 litry), ale 90% to już jest znakomicie. Oczywiście trurbodiesle potrafia mieć pod 200% – bo ich napełnienie jest sztucznie zwiększone przez sprężarkę.

      • Krzyś napisał(a):

        To, że znam to trochę nadużycie. Po prostu w każde wakacje jeździmy z małżonką jeśli nie na urlop to chociaż na przedłużony weekend w Tatry. Kojarzę ten podjazd. Zakręt przed wiaduktem rzeczywiście nie zachęca do nieprzepisowej jazdy. W tym roku utknąłem tam na prawym pasie za dostawczym busem i wytraciłem prędkość a lewym sunęły srebrno-biało-czarne turbodiesle i nie miałem już szans na zmianę pasa bo inni użytkownicy drogi mogli by być mocno zirytowani takim manewrem 😉

        Zakopianka to dobra trasa dla dokonania oceny sprawności samochodu. Ja oczywiście niemal zawsze jadę tam samochodem z obciążeniem więc ocena jest nie do końca miarodajna ale ta trasa ma w sobie „to coś”. W przyszłym roku mam nadzieję tam „przetestować” tegoroczny nabytek czyli egzemplarz 10 lat nowszy.

        Dziękuję za uzupełnienie o akapit o sprawności.

  7. molibden napisał(a):

    Jeżdżę na co dzień Mercedesem W201 z 1987 roku i chyba rozumiem co masz na myśli, pisząc o tym, że wszystko jest względne. Moje auto ma silnik 2.0 benzyna, 118 KM i czterobiegowy automat. Kiedyś taka konfiguracja była wystarczająca, dziś jestem królem prawego pasa, a jeżeli jest taka możliwość, to wyprzedzają mnie wszyscy.

    Również w odniesieniu do frajdy z posiadania klasycznego samochodu trafiłeś w punkt. Ja to lubię, ale moja żona powiedziała weto, więc mamy też koreański kompakt. Co do mnie, to po prawie rocznym jeżdżeniu na co dzień starym Mercedesem, wiem już jedno – chcę jeździć starymi autami na co dzień. Sprawia mi to nieopisaną satysfakcję i pozwala się odstresować po pracy.

    Aha, podziwiam i zazdroszczę Ci łatwości pisania.

    • benny_pl napisał(a):

      to jakis zdechly ten mercedes, kolega ma Mirafiorke 2.0 DOHC ktora ma bodajze 105 koni i ona idzie jak wsciekla, no chyba, ze ten automat jest az tak leniwy, albo ledwozywy, taki ledwozywy automat mam we Fiescie mk3, ale Zonka tam jezdzi i nie narzeka bardzo, mnie szlak trafial i juz kupilem druga skrzynie ale jeszcze nie przelozylem

      mialem Kadetta 1.6 w automacie 3 biegowym i on tez bardzo ladnie szedl, choc tam tez jest konwerter z duzym poslizgiem, no ale bez przesady, jedyna wada (poza korozja) to byl brak 4 biegu – przy 120 on juz tak wyl, ze niemialem sumienia dusic go bardziej

      w sumie to poza Duzym Fiatem to mialem tylko jette mk1 1.6D ktorej przyspieszenie tez mozna bylo mierzyc kalendarzem, ale zarowno DF jak i jetta byly zajechanymi zywymi trupami, jetta to nawet nie raczyla zapalic jak bylo ponizej 0 i miala ponoc ponad 700tys przebiegu, cala reszta samochodow byla calkiem dynamiczna, nawet Nissan Micra K10 1.2 automat calkiem niezle przyspieszal mimo spadnietej linki do skrzyni biegow i pracy caly czas tylko na 3 biegu, i tak przyspieszala lepiej od Fiesty i myslalem ze to tez CVT 😉 przyjechalem tak ze Szczecina do Lublina, dopiero u siebie na spokojnie jak ogarnialem rozne rzeczy to znalazlem ze ta linka jest spadnieta i ze sa 3 biegi 😉 wtedy to dopiero zaczelo isc ladnie!

      • Hshan napisał(a):

        Myślę, że niekoniecznie zdechły Mercedes, a bardziej kwestia stylu jazdy i skali oceny. Coś, co dla jednego idzie jak wściekłe, dla drugiego może być lekkim ślimakiem. Jeden może w normalnej, codziennej jeździe wykorzystywać 70% możliwości silnika, drugi nie wykraczać poza 30%. Wszystko jest względne 😉

      • Daozi napisał(a):

        Pytanie brzmi czy: „Idzie jak wściekły”, czy: „kierowca ma poczucie, że idzie jak wściekły”, bo np. wygłuszenie gorsze, układ kierowniczy bardziej bezpośredni itp. itd.
        W Micrze K11 miałem wrażenie, że auto szybko się zrywa (tam było 60KM na tonę masy). W Corolli była niecała tona sto i 97KM. Na papierze Corolla była o wiele szybsza, a w praktyce… Micra WYDAWAŁO się, że idzie jak burza. Teoria względności raz jeszcze.

  8. _KL_ napisał(a):

    Piękny SL, a także piękny artykuł! Mnóstwo bardzo celnych uwag dotyczących starszej i/lub klasycznej motoryzacji. Świetny wstep jak zawsze, nadający motyw przewodni do całego wpisu.
    Czytanie go sprawiło mi podobną przyjemność, co jazda klasykiem właśnie 🙂

  9. SMKA napisał(a):

    „Klasyczna motoryzacja nie jest zabawą dla każdego samochodziarza. Nie chodzi bynajmniej o koszta – wszak stary wehikuł można kupić za cenę dobrego roweru, a i jego utrzymanie nie powinno nadwerężyć budżetu (zwłaszcza jeśli ktoś, inaczej niż ja, posiada jakieś umiejętności manualne). Rzecz w tym, że nie dla każdego samochodziarza będzie zabawą”

    Całkowicie się zgadzam- jak ludzie pytają się mnie o BX-a, to często mówiąc o nim i o „jaktajmerach” stwierdzam po prostu że „trzeba to lubić”.

  10. Pawian123 napisał(a):

    No wreszcie jest 😉 Wyczekiwałem długo. Piękny zaiste. Stan zachowania, lakier, marszczona skóra i cała reszta. Ja tam jestem zdania, że nowe auta w większości nudniejsze i jakieś takie bez charakteru. Niech tam sobie będzie postęp i większa dynamika, mniejsze spalanie sranie w banie :)bezpieczeństwo itp. pełno irytujących pikaczy i to, że auto „wie lepiej” strasznie mnie drażni. Tutaj analogowe liczniki, wskaźniki i prawdziwe wskazówki. Raj dla oczu. Najlepsze szlachetne materiały i brak emisji dźwięku silnika przez głośniki tylko tam gdzie powinno być słychać. Czyli z tyłu z wydechu 🙂 Auto to nie smartfon, żeby tak przedobrzać jak teraz. Dzięki za napisanie trochę o radiu, jestem maniakiem, tak o mnie znajomi mówią 😉 sprzętu audio. Samochodowego też 🙂 Wiem jak gra ten Becker. Posiadam Monzę 2130 taką samą jak była montowana w Porsche 911 gra wybitnie z kaset, tuner też niezły ale Denony (tak są samochodowe) były jeszcze lepsze. Jako maniak mam jeszcze ze dwie szuflady oryginalnych kaset ale i tak najlepsze były nagrywane samodzielnie na taśmy chromowe i metalowe na dobrym decku. Już sobie wyobrażam jazdę z otwartym dachem w lecie i słuchanie np. Pink Floyd albo Dire Straits. Jak mnie kiedyś będzie stać to do tego radioodtwarzacza dokupię sobie klasyka 🙂

    • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

      Marszczona skóra, kek 😀

      …przepraszam, MUSIAŁEM.

      • Pawian123 napisał(a):

        Wiedziałem 🙂 No ale jak ją inaczej nazwać ? Fajnie taka tapicerka wygląda, szkoda że już takich nie robią 😉 Też przepraszam. Też musiałem 😉

      • SzK napisał(a):

        Hahahaha,

        Absolutnie się nie krępuj 🙂

      • truten23 napisał(a):

        hehe, zastanawiałem się kiedy ktoś tak napisze 😀
        Najlepsze jest to że ludzie mają tu poczucie humoru 🙂

    • benny_pl napisał(a):

      Pawian123: to skombinuj sobie jakiegos szpulowca, chocby jakiegos Philipsa N4410, one dosc tanie sa, ja po jakies 40-50zl kupilem ze 2 szt, tam tylko paski trzeba powymieniac (no i wymyc te stare benzyna ekstrakcyjna, ktore zamieniaja sie w klejacy glut) i nagraj sobie cos na dobrej tasmie na predkosci 19cm/s spodoba Ci sie, dla mnie niema nic lepszego od szpulowca, one maja piekny, bardzo przyjemny dzwiek

      • Pawian123 napisał(a):

        Benny myślałem o tym. Miałem polską Uwerturę Stereo. Wiem nie rewelacja, mechanizm z ZK. Nie wiedziałem że te Philipsy takie tanie są.Muszę się rozejrzeć.
        Teraz mnie nie stać ale celowałbym w jakiegoś Akai a, Teaca, Studera Revoxa czy coś takiego najmniej na taśmy 1/2 cala i z małą studyjną tak żeby jeszcze o poziom skoczyć. Dzięki za sugestię, sprawdzę ceny.
        Ja bardzo lubię analogowy dźwięk. Teraz naprawiam Yamahę K-700 z 83 roku. Ciężko będzie o części do mechanizmu ale grała świetnie. Elektronika sprawna, Ja lubię
        kaseciaki. Fajne uczucie pokazać komuś wychowanemu na mp3 i srajfonach ile potrafi taki np. Denon z Dolby C na chromie. Zazwyczaj trzymam go mocno i podsuwam krzesło 😉

      • benny_pl napisał(a):

        Philipsy te sa bardzo fajne, sa na miekkiej mechanice, 3 silnikowe, rewelacja wg mnie, niewiele ustepuja tym mega drogim na tasmy amatorskie. Profesjonalne to zupelnie inna liga, ale na Studera mnie nie stac, kiedys mialem okazje kupic Nagre IV za 700zl… i jak to ja jeszcze sie o stowe targowalem i kupil ktos inny ;p teraz taka Nagra najbidniej 3tys kosztuje, takze zaluje, ale co zrobic

        co do kaseciaka – to co tam niby wymienic trzeba poza paskami/gumkami?! moze kondensatory jeszcze.
        paski i wszelkiego rodzaju gumeczki na rolki (oprocz tej dociskajacej tasme do walka kola zamachowego) spokojnie mozesz zastepowac oringami ze sklepu z hydraulika silowa, oringi sprawdzaja sie znakomicie i sa o wiele lepszej jakosci od paskow ze sklepow RTV, ktore sa twarde i beznadziejne a w dodatku 10x drozsze, przekroj wcale nie musi byc kwadratowy, okragle sprawdzaja sie tak samo

        jesli zdycha silnik napedowy (nierownomiernosc predkosci) to polecam wymienic go z jakiegokolwiek „chinskiego” radiomagnetofonu targowego z lat 90 (byle jednokasetowego, 2 kasetowe maja inne silniki). te niby chinskie silniki sa na prawde bardzo dobre, bardzo ladnie trzymaja parametry i maja wbudowane regulatory predkosci wiec ustawiasz z tylu przez dziurke srubokrecikiem jakie chcesz obroty i one sa wieczne, czesto je zakladalem w polskich deckach, bo polskie silniczki zawsze byly beznadziejne we wszystkich kaseciakach

        ps. ja tez lubie kasety, zdecydowanie wole niz CD, w zasadzie nie uzywam wogole CD, na plyty nagrywam tylko backupy wszelakie z komputera, a tak to uzywam mp3 i kaset

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Benny, do updejtu danych z kompa lepiej kupić dysk zewnętrzny na USB. Wygodniej i szybciej niż nagrywanie. Dysk do kieszeni/plecaka i masz wszystkie zdjęcia i muzę ze sobą 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        gorzej jak taki dysk spadnie, albo polozysz kolo glosnika 😉 dyski tez czasem potrafia umrzec same z siebie, czesto potrafi sie rozsypac tablica alokacji plikow podczas zawczesnego odlaczenia kabla USB, albo jak taki kabel przerywa, mialem juz takie przypadki
        plyty CD nagrywane z mala predkoscia (max 8x) i lezace w ciemnosci sa bardzo bardzo bardzo trwale, tylko mechanicznie mozna je zepsuc, przez mocne porysowanie, albo dlugie lezenie na sloncu

      • SzK napisał(a):

        Ja mam mobilny dysk jako backup. Szczerze mówiąc, to parę razy łapałem się już na tym, że dysk leżał koło głośniczka (chociaż wiem, że nie powinien, ale człowiek nie zawsze myśli, szczególnie jak na na biurku taki „twórczy nieład” jak ja 🙂 ). Mimo to – działa. Kilka razy już sobie coś z niego kopiowałem i nigdy nie było problemów. Bardzo polecam metodę.

      • ndv napisał(a):

        A SSD? Ten powinien być raczej odporny na upadki i pole magnetyczne. Nie wiem jak z nagłym zanikiem sygnału (chociaż fakt, że cena trochę wyższa a jak się trzyma tylko jakieś smieci nie koniecznie warto dopłacać)

      • benny_pl napisał(a):

        mam tez dyski zewnetrzne, a ssd tylko w laptopie, bo one strasznie zadko sie zdarzaja na zlomach 🙂 dyski jednak nie traktuje jako pewna metode backupu, to co wazne zawsze co jakis czas zgrywam na CD (dvd odradzam, zdychaja prawie od razu po nagraniu)

      • Wojtek napisał(a):

        Po to istnieje RAID żeby nie mieć takiego problemu. Albo chmura, ale tu już za większe pojemności trzeba płacić. Płyta CD to zdecydowanie najgłupsze możliwy pomysł. Nie ma chyba bardziej nietrwalego nośnika. To już taśmy są znacznie lepsze.

      • truten23 napisał(a):

        Może ja swoje dołożę:
        Dyski hdd najczęściej bezpiecznie wytrzymują przeciążenia do 3-5G. W stanie spoczynku oczywiście i w obudowie. Czyli jak spadnie Ci z biurka/kieszeni to się nic nie powinno stać. Dyski po prostu pozycjonują głowicę poza talerzami.
        Są też dyski optyczne typu M-disc. Dane mają na nich wytrzymać do 1000 lat. Działa to tak, że bity wypalamy w innym materiale niż barwnik.
        Minusem jest cena i to że potrzeba odpowiedniej nagrywarki.

        Tak że, no. Technika idzie do przodu.

  11. nudny napisał(a):

    W końcu się doczekałem obszerniejszego wpisu o twoim R129, gratuluję zakupu. Gdybym to ja miał szukać takiego modelu dla siebie, również wziąłbym ten egzemplarz, stan zachowania i konfiguracja robi piorunujące robi wrażenie. 🙂
    Od jakiegoś czasu dzięki znajomemu często mam możliwość obcowania ze starszymi Mercedesami, głównie W124 i W201 – benzynowe i diesle (za dzieciaka siedziałem tylko w taksówkach tej marki, nikt w rodzinie nie posiadał). Do niedawna nie byłem w stanie zrozumieć na czym polega fenomen „starych Mercedesów”, teraz wiem, że faktycznie są to prawdopodobnie najlepiej przemyślane pojazdy, wszystko jest w nich „jaktrzeba”. Ciężko mi uwierzyć w „zamulanie jak taksówka” twojej trzysetki, W124 z tym silnikiem idzie jak złe, ale w bardziej dostojny sposób niż mój dawny 150-konny kompakcik. Nie bez znaczenia pozostaje również kwestia masy, wyciszenia i wiekowości danego samochodu. W nowych autach uczucie prędkości jest znacznie mniej odczuwalne niż ich przodków z tego samego segmentu.
    Od kilku miesięcy pracuję przy firmowej flocie samochodowej i czasem mam okazję przejechać się testowymi nówkami, głównie marek popularnych. Skoda Rapid 1.6 TDI przy 180km/h jedzie jak po sznurku i nie trzeba podnosić głosu by rozmawiać, w moim ZX’ie przy tej prędkości musiałem mocno trzymać kierownicę i prawdopodobnie doznałem trwałego uszkodzenia słuchu.
    Całkowicie się zgadzam z kalibracją naszych zmysłów – po przesiadce z nowego auta w mojego niespełna 25-letniego ZX’a każda obiektywnie mierzalna cecha była gorsza, jednak to jazda starym autem sprawia że podskakuje mi poziom adrenaliny i pojawia się uśmiech na twarzy.
    Podsumowując – nie jestem hejterem nowych aut, sam bym chętnie jakieś przygarnął na codzienne dojazdy w nudnych korkach do mojej nudnej pracy, na weekendy jedynie klasyk sprawiłby mi przyjemność. Z racji braku funduszy na posiadanie dwóch samochodach, pozostanę przy starszych konstrukcjach 🙂

  12. Pawian123 napisał(a):

    Postęp oczywiście jest chociaż ja pamiętam taki moment w połowie lat 90 tych gdzie nie produkowało się mocnych wersji np. hothatchy. Pamiętam taki tekst bodaj z Auto Świata ” To najmocniejsza wersja Fiesty. Mocniejszej nie będzie w trosce o nasze bezpieczeństwo.” Wiem, że to marketingowy bełkot ale faktycznie po XR 2i nie było dość długo w ofercie takiej wzmocnionej odmiany. A co do Skody Rapid to czytałem o słabym wygłuszeniu wnętrza 😉

    • nudny napisał(a):

      Względność – to co dla dziennikarza codziennie testującego najnowsze modele jest przeciętnie wygłuszone, mi daje lepszy komfort akustyczny niż jakiekolwiek auto 20+, którym jeździłem (oprócz e39, ale to model 2 segmenty wyższy niż Rapid). 😉
      Ogólnie największy postęp jest widoczny właśnie w samochodach segmentu B/C, po przejażdżce BMW 5 f10 wrażenia z jazdy miałem niemal takie same jak w e39, różnica była dla mnie widoczna jedynie w ilości gadżetów.

  13. Carman napisał(a):

    Cudowny samochód. Choć wnętrze nawet jak na swoje czasy jest dość nudnawe to solidność i jakość można wręcz poczuć na zdjęciu.
    Z zewnątrz już takiego problemu nie mam, bo proporcje są wspaniałe, a dwukolorowe nadwozie to trochę moja słabość 😉 .

    Kiedyś w dzieciństwie wracając do domu spotkałem takiego SLa (wtedy względnie nowego), który zatrzymał się na poboczu żeby złożyć dach. Stanąłem jak wryty i oglądałem „spektakl”. Bardzo dobrze to pamiętam, więc musiał być dobry skoro tak wbił się w psychikę 🙂 .

    Gratuluje świetnego pojazdu. Szerokości i ładnej pogody.

    PS: Oczywiście musiałem przeliczyć moje dokładnie 10 lat młodsze 2.0 JTS:
    206 / 2 = 103 🙂

  14. hooligan. napisał(a):

    Rzeczony Wartburg miał w sumie poniżej 1000 ccm pojemności i 100 Nm momentu. Czyli współczynnik 1,0. to dlatego właśnie szedł jak szatan 🙂

  15. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Cóż mogę dodać… Piękny. Wspaniały wybór, choć mi wizualnie oczywiście bardziej podoba się zielony (znasz mnie chyba na tyle, by wiedzieć, że to po prostu mój ulubiony kolor). Niech długo i bezawaryjnie słu… WRRRRÓĆ. Niech długo i bezawaryjnie dostarcza masy przyjemności 😉

    A co do kalibracji zmysłów – coś w tym jest. Szczególnie pod względem ciszy przy wyższych prędkościach – to jedna z kategorii, w których nowe auta są nieporównywalnie lepsze od starych. Inna rzecz, że ilekroć przejadę się „nówką salonówką”, jaram się, jak wszystko fajnie działa (no, może poza Capturem, w którym nie podobało mi się nic, i A4, które irytowało natręctwem licznych pomagierów), ale potem wsiadam do ćwierćwiecznego Skanssena i zastanawiam się, za co tak naprawdę – poza ciszą i wyposażeniem – miałbym dopłacać kupując nowy samochód. Ale znowu ja nigdy nie byłem normalny.

    • SzK napisał(a):

      Za co się płaci – to ja wiem. Nowe auta sa bez porównania szybsze, bezpieczniejsze, wygodniejsze. Tyle tylko, że w pędzie do doskonałości gubi się radość. Życie nie polega na uzyskiwaniu coraz wyżeszj efektywności za wszelka cenę, tylko na przeżyciu czegoś fajnego – a tutaj nowoczesność nie ma startu do klasyki.

      • Daozi napisał(a):

        Ale Panowie, strzelam, że ok. 90% kupujących auta wybiera je tak jak my lodówkę, albo pralkę! I to widać np. po ilości wersji najmocniejszych (czyli teoretycznie dla petrolheadów; wszystkich GTi, RS, Type-R, TS, itp.*), stanowią one może z 5% całości produkcji danego modelu?
        No i nowe auta są wygłuszone bo ludzie chcą żeby było cicho. Ja np. nie używałem nigdy w aucie radia, bo zawsze słucham silnika. Nieważne ile to ma cylindrów i pojemności – ważne, że silnik fajnie brzmi (ale ja z kolei jadam ser biały z keczupem, więc też nie jestem do końca normalny).

        *itp. to nie nazwa wersji

      • benny_pl napisał(a):

        a kto wogole w polsce kupuje nowe samochody?
        glownie firmy – im zalezy tylko na stosunku cena/jakosc czyli jak najtaniej kupic cos co sie nie psuje i malo pali i zeby sie vat odliczal
        oraz dziadki – najpodstawowsze wersje jakiejs przez nich uznawanej za solidna marki
        to nie USA, ze normalny nowy samochod jest tani, szczegolnie w relacji do przecietnych zarobkow
        poza tym „prawdziwi petrolheadzi” maja tak ogromny wybor aut uzywanych, ze w cenie nowego najtanszego badziewia moga sobie kupic niemalze dowolna fajna fure

      • Wojtek napisał(a):

        Wielu ludzi którzy trochę lepiej zarabiają kupuje w Polsce nowe samochody.
        Większość tych „firm” to ludzie pracujący na jednoosobowej działalności.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        @Daozi – podobno w UK 20% Octavii to wersje RS

        @Wojtek – nie wiem czy „większość” ale na pewno spora część – leasing jest bardziej opłacalny niż kredyt, więc sam tak zakupiłem swój wóz

      • czarli napisał(a):

        Z tego co zauważyłem to osoby kupujące samochód nie będące petrolheadmi to przy nowych samochodach przede wszystkim oprócz ceny interesuje ich przede wszystkim spalanie, wielkość bagażnika (kij z tym, że większość i tak głównie powietrze w nim wozi) i ilość elektronicznych gadżetów. Marka to sprawa trzeciorzędna a moc silnika to w zasadzie sprawa dziesiętnorzędna. Zauważam, że nawet w złym tonie jest posiadanie dużego i mocnego silnika. Takie 1.6l to jest optimum. W przypadku aut używanych to kryterium podstawowe jest takie by mieć jak najmłodsze auto z jak najmniejszym przebiegiem przy danym budżecie. A oczekiwania vs budżet powoduje, że zazwyczaj takie osoby próbują znaleźć dany model poniżej najtańszej ceny na allegro.

      • benny_pl napisał(a):

        jednoosobowa dzialalnosc to tez firma, a firma kupuja nowy samochod glownie dlatego, by zminimalizowac straty – czyli haracz panstwowy

        osobiscie znam tylko 2 osoby ktore kupily nowy samochod:
        – dziadka – kupil nowa Felicje 1.3 w 98r (gnojek wymusil pierwszenstwo i przekosil przod, a byla taka zadbana 🙁 )
        – kolege z pracy – kupil nowe Uno 900 w 2001r (zgnilo)

      • gumi napisał(a):

        Za co się płaci, to się przekonacie jak taka srebrno-biało-czarna Insignia Kajdar albo inna X3 zahamuje nagle przed wami jak przed moim CC wspomniana Insignia (ja trafiłem akurat na czarną). No ja rozumiem odstępy (połowa prędkościomierza…), ale odsuń się na krajówce więcej to już w powstałą lukę ładują się ze dwie oklejone skody i z odstępu nici.Ja rozumiem droga jest dla wszystkich i są organy które tego pilnują ale czasami pchać się w ten kocioł już gorszym youngtimerem to jak misja samobójcza.

      • SzK napisał(a):

        Gdyby to była Warszawa M-20, to faktycznie, w sznurku pojazdów mógłby być problem. Z R129 aż tak źle to nie jest, żeby nie dało się rozsądnie jeździć w normalnym ruchu.

      • benny_pl napisał(a):

        Gumi: przeciez CC bardzo dobrze hamuje, oczywiscie o ile ma sie dobre opony, szersze niz seryjne 135 😉 155 pasuja idealnie i duzo poprawiaja prowadzenie i hamowanie

  16. Maciek napisał(a):

    Pamietam, ze kiedy kilka miesiecy temu po raz pierwszy trafilem na automobilownie, poczulem sie troche rozdrazniony Twoim, lub moze powinienem napisac Pana, stylem pisania. Wydal mi sie wtedy zbyt rozciagniety, wodolejny i taaaaaki dluuuugi.
    I to byl kolejny przyklad na relatywizm rzeczy, bo przyzwyczajony do krotkich blogow, cwierkow, wiadomosci tekstowych, lub emotikonow, zapomnialem jak przyjemnie czyta sie piekne teksty.
    Podziwiam Pana za erudycje, ciesze sie, ze znajduje Pan czas na takie pisanie, zazdroszcze nie tylko tego Mercedesa i bardzo serdecznie pozdrawiam z Montrealu. Niestety nie Alfy Romeo, tylko miasta.

    • SzK napisał(a):

      Przepraszam za rozwlekłość – to jest swego rodzaju ułomność, ale inaczej, niestety, nie potrafię.

      P.S. Ja nie obrażam się za bezpośrednie zwracanie się do mnie, ale rozumiem, że nie kazdemu to odpowiada, więc absolutnie nic nie narzucam w tym względzie 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        jaka tam rozwleklosc! tak ciekawie pisane artykuly mogly by byc 5x dluzsze, zeby przyjemnosc z czytania trwala dluzej 🙂
        takze bron borze (lisciasty) skracac 🙂
        i jak najwiecej dygresji i wstepowych kontekstow historyczno-kulturowych, swietne sa!
        te wstepowe konteksty i dygresje tak samo znakomite sa na Fotodinozie, tam to czasem nawet fajniejsze dla mnie od samego glownego tematu artykulu, gdyz same artykuly czesto tam sa z dziedzin malo mnie interesujacych, ale tak sie to fajnie czyta.
        to jest najwieksza wartosc pisarza – sprawic, zeby z przyjemnoscia czytal ktos o czyms co go nawet niebardzo interesuje
        no i Zlomnik oczywiscie tez swietnie wnikliwie pisze, szkoda, ze juz niema zabardzo czasu na takie fajne artykuly jak kiedys, no ale kazdemu moze sie znudzic ciagle pisanie, nie dziwie mu sie, i tak kawal dobrej roboty zrobil i czasem jeszcze robi 🙂

      • Maciek napisał(a):

        Prosze nie przepraszac. Teraz uwielbiam Twoje wspisy i nie moge sie doczekac kolejnych. Czytanie jest ogromna przyjemnoscia!

    • Pawian123 napisał(a):

      Bo widzisz Szczepan pielęgnuje tradycje i prawdziwe wartości pisarskie. Tu nie ma miejsca na skróty i bezrefleksyjność dla odbiorcy. Dla mnie to miejsce jest wytchnieniem od niepotrzebnego pędu udawanej nowoczesności. Taki styl pisania jest właśnie jak klasyczny samochód. Ma dawać radość i przyjemność czytania a nie najwyższą wydajność. Wartość edukacyjna to również niezaprzeczalny atut tego bloga. Jak trafiłem tu po raz pierwszy to byłem przekonany że pisze ktoś o wiele starszy kto jest historykiem i całe dotychczasowe życie pracował jako mechanik z pasją w jakimś teamie wyścigowym 😉 A tutaj niespodzianka. Zastanawiam się tylko jak Szczepan znajduje czas na gromadzenie tak ogromnej ilości materiałów. Poddawanie tego weryfikacji, tłumaczenie… Szok i niedowierzanie. Przecież ciężko to pogodzić z wymagającą pracą i domowymi obowiązkami. Złomnik też fajnie pisał i pisze. Tam jest z kolei obserwacja ludzkości pod kątem pomysłów motoryzacyjnych i pochwały albo beka 😉 zawsze świetnie poprawia humor bo trudno się z nim nie zgodzić.

  17. benny_pl napisał(a):

    UWAGA PRYWATA! jest ktos z Wroclawia albo ma blisko/wybiera sie tam i chcial by pomoc? chodzi o to zeby podwiesc gdzies blizej Lublina plazme 42″

    • Bartosz napisał(a):

      Przepraszam ale to chyba żart.Szczepan jest niemal pisarzem a Ty tu wstawiasz tekst rodem z ogłoszeń drobnych Aaa ?

      • SzK napisał(a):

        Spokojnie, ja wyrozumiały jestem, na stałych komentatorów nie będę krzyczał o takie rzeczy (co już nieraz mówiłem wprost). Co innego, jeśli ktoś pojawiałby się tutaj wyłacznie w takich celach.

  18. zrazik napisał(a):

    Naprawdę dobry tekst jak i auto

    Fakt że klasyki nie „ciągną” tak jak nowe auta zwłaszcza uturbione, przerobiłem 944 n/a jak i Xedosa9 również n/a idą ładnie rozpędzają się liniowo, 160 na autostradzie pojadą, ale czasem brak im kopa przy automacie. A hamowanie zawsze staram się ogarnąć z mocniejszego/nowszego modelu marki, często jest z tym trochę zachodu przy ori felgach, ale dla chcącego nic trudnego 🙂

    Niestety ostatnimi czasy, po użytkowaniu nowszych aut trochę lepszej klasy, zauważam że brak mi diagnozy przez złącze OBD2 i komputer – jak się ogarnie podstawy to laptop staje się bardzo przydanym narzędziem. No i w starszych autach więcej druciarstwa z racji wieku i różnych łap co macały po silniku i wywalały takie „wymysły” jak np podgrzewana przepustnica, czy podciśnienia do zmiennej długości dolotów. Lubię hobbystycznie grzebać w autach, lecz powoli na „analogi” nie starcza mi czasu. Brak do nich dobrych schematów, tutoriali, jak i co zmodyfikować/zamienić gdy nawali, do nowszych aut większość da się znaleźć w internecie.. Niestety im starsze auto tym więcej uwagi i opieki wymaga niezależnie od swego stanu.

  19. Ausf. F2 napisał(a):

    Ujmę to tak: szanuję takie podejście do klasycznej motoryzacji, ze świadomością jej niekwestionowanej wartości, ale też i niekwestionowanych ograniczeń. Irytują mnie bowiem niepomiernie opowieści z mchu i paproci, zgodnie z którymi samochody z lat 70. czy 80. były nie tylko prostsze konstrukcyjnie i łatwiejsze w naprawach (co jest zasadniczo prawdą), bardziej niezawodne (z tym bywa już różnie) ale też pod każdym względem lepsze — szybsze, bardziej komfortowe, miały lepsze właściwości jezdne etc. etc. A Volvo 240 było najbezpieczniejszym samochodem w historii, bo szwedzka stal, od tego czasu wszystko popsuto. Od czegoś takiego naprawdę odechciewa się wszystkiego.

  20. czarli napisał(a):

    Dobry tekst a auto jeszcze lepsze 🙂 Ale nie zgodzę się z tym, żeby osiągi SLa z tym silnikiem były w ówczesnych czasach zarezerwowane dla supersamochodów. W zasadzie to ten czas 0-100 w 8,5s szału nie robił wtedy, zwłaszcza w swojej kategorii cenowej. W zasadzie Mazda MX-5 z tego okresu z silnikiem 1.8l podobnie przyspieszała. A co do Jakości przez wielkie J to sorry, ale pękające i wybrzuszające się plastiki nie bardzo o tym świadczą. We wspomnianej Maździe o takich historiach się słyszy jedynie w przypadku aut mocno zaniedbanych, w których ktoś prawie dosłownie sobie urządził kurnik w środku. Sam mam właśnie taką Mazdę z ’97 i nie słyszy się takich historii.
    Co do sprawności silnika to w moim drugim (w zasadzie pierwszym aucie) bawarskiej marki z 1999r. fabrycznie było 100NM z 1l pojemności przy wolnossącym silniku. Teraz po paru modyfikacjach jest już koło 114NM z 1l, wciąż przy wolnossącym silniku 🙂

    • SzK napisał(a):

      Co do plastików – one mogą popękać, ale po ponad 20 latach. Żaden samochód na świecie nie jest obliczany na taki okres eksploatacji.

      • zrazik napisał(a):

        Wszystko to zalezy od traktowania – czy garażowany czy na mrozie lub na słońcu często stał, w USA np na każde auto można kupic dywanik na deskę rozdzielczą by nie pękała od słońca w południowych stanach.

      • SzK napisał(a):

        W tym konkretnym przypadku tworzywo staje się kruche z wiekiem, nawet, jeśli nie było nigdy używane (np. leżało 20 lat w pudełku, albo nie było nigdy wystawione na słońce – jak w przypadku nagminnie pękających zawiasów kieszeni na drzwiach). Po prostu ówczesne tworzywa stosowane przez Mercedesa mają kilkanaście do 20 lat trwałości, później łamią się bardzo łatwo, chociaż wyglądają rewelacyjnie. W wieku oldtimerowym zalecana jest w związku z tym delikatność w obchodzeniu się z elementami wnętrza – mnie przez 1,5 roku udało się niczego nie złamać, ale trzeba uważać.

      • ndv napisał(a):

        Planowana nieprzydatność w Mercedesie z pierwszej połowy lat 90? Toż to jakaś Herezja 😉

    • BaltazarGąbka napisał(a):

      Odnośnie przyspieszenia tego SL-a – faktycznie coś w tym jest. Starszy Fiat Uno w najmocniejszej wersji dotrzymywałby kroku, o ile nie byłby szybszy. A jaka to jednak rozbieżność jeśli chodzi o klasy.

  21. Pawian123 napisał(a):

    @benny_pl
    Widzę Benny, że siedzisz mocno w temacie. Dzięki serdeczne za rady znam takie sposoby też przerabiałem 😉 i przerabiam nadal 😉 Faktycznie te oringi są dużo lepsze niż paski, przekrój nieistotny (kształt). Akurat w mojej Yamasze rozpadły się elementy plastikowe. Koło wyboru funkcji, to z żłobieniami) i zębatka głowicy rewersyjnej. Pierwsze już opanowane przez dorobienie metalowej skuwki a drugie przez zmyślne dorobienie blaszki do ustawiania skosu głowicy i wywiercenie otworu z przodu w kieszeni 😉 Zrezygnowałem z autorewersu ale za to mam własnoręcznie dorobiony Play Trim co jest ważniejsze, na pewno sam wiesz, bo pozwala podregulować minimalnie skos do każdej kasety i wydobyć wysokie tony. Jak w Nakamichi albo NAD ach 😉 Szwankuje mi jeszcze autoselektor wyboru taśmy, były kiedyś pogięte blaszki. Kondensatory są OK. Zdziwiłem się nawet ale tam same ELNY i Rubycony to może i nie dziwić no ale po tylu latach „powinny” być wyschnięte i nie trzymać pojemności. Silniki tam są trzy Sankyo. Takie jak mówisz z zabudowanym stabilizatorem obrotów i regulacją śrubokrętem z tyłu. Obroty OK. To wolałem tego nie ruszać. Miękka mechanika. Fajna ale dość głośna.
    Ja tam lubię CD ale najlepiej te stare. Znakomite były stare Philipsy, Marantze i Grundigi. Mam Philipsa CD 303 i wzmacniacz lampowy. Gra to zacnie. Mp3 tez używam bo takie czasy ale nie traktuję ich poważnie bo to format stratny tak jak dcc, MD czy inne kodeki AAC+ Vorbis itp. Wolę bezstratny FLAC, ALAC, WAV i DSD. Chociaż im nowsza wersja kodeka stratnego to jest faktycznie lepiej. Jeszcze co do tych silników to prawda. Mabuchi to mistrzostwo świata. Te chińskie silniczki to siedzą i w autach np. do napędu elektrycznych lusterek albo regulacji foteli i też w sprzętach elektronicznych najtańszych jak i najdroższych high endach. Są bardzo tanie i odporne na zużycie. Szkoda, że nie kupiłeś tej Nagry… cholera. Z chęcią bym posłuchał. Teraz ceny w kosmos poleciały jak takich aut jak ten Mercedes. Pozdr.

    • Michal_Op napisał(a):

      Myślę że problemem osiągów tytułowego wozu ktore sa nieadekwatne do oczekiwań – jest „leniuchowata” skrzynia. W moim w201 gdzie miałem tylko 166kuniów ale za to manual – reakcja na but do podłogi była zawsze spektakularna Niełagodzone przeciążenie to jest zapewne to co robi wrażenie na niespodziewającej sie tego osobie, tym nadziej ze reszta wozu sugerowała kapeluszniczy temperament. Mam teraz przyjemność poruszać się w202 w leniuchu – i jest przyjemnie, cicho i zdecydowanie niesportowo.

    • Michal_Op napisał(a):

      Odnośnie kondensatorów w sprzeciw audio mogę powiedzieć że zaliczyłem zdziwko gdy wymieniałem elektrolity w naszej ARII STEREO. Wszystkie elwy trzymały parametry. Tak ze polskich nie ma co wymieniać hurtem dla zasady. Sam jestem fanem Marantza i Yamahy.

  22. Pawian123 napisał(a):

    @Michal_OP
    Może to to, że starsza produkcja. Ja mam doświadczenie z nowszymi polskimi sprzętami i tam ELWY nie trzymały parametrów przeważnie.
    Nawet w newralgicznych miejscach zdarzały się w polskim sprzęcie zagraniczne kondensatory. Tam gdzie warunki ich pracy były trudniejsze, więc chyba o tym wiedzieli. Zgadzam się z Tobą co do jakości sprzętów Yamaha i Marantz. Tyle, ze nowsze Yamahy miały oszczędności na spoiwie i luty były bardzo kiepskie. Niespecjalnie też przepadam za wyostrzonym charakterem brzmienia Yamahy ale ogólnie jest bardzo dobrze. To poprawia czasem czytelność. Marantz bardziej mi brzmieniowo pasuje co nie umniejsza jakościowo nic Yamasze. Pozdr.

    • Michał_OP napisał(a):

      Zgadza się Aria swoje lata ma – z tego względu kupiłem od razu cały komplet kondensatorów i okazuje się że niepotrzebnie, bo płytki przedwzmacniacza straciły ‚koszerny’ charakter. Felerem okazał się lut przewodu sygnałowego pomiędzy ścieżkami – ścieżek dwuwarstwowych w Unitrze nie znali :). Trzeba przyznać że Aria gra świetnie , szczególnie na 19cm/s – o ile trafi się egzemplarz dobrze wykonaną głowicą. Smaczkiem tego sprzętu jest specyficzny zapach unoszący się w pokoju po dłuższej pracy (trochę zapach starego smaru, trochę kurzu i czegoś jeszcze). Co do Yamachy może i gra ostro – ale rodzaj muzyki jaki słucham zupełnie się z tym się nie kłuci. Mam do tej pory karton kaset nagranych na kx-w 492 – to był sprzęt! Wyszukiwanie przerwy pomiędzy utworami i dwie kieszenie z autorewersem Dolby BC Hx-Pro!. A wzmacniacz do dziś Marantz PM250 – żona bardzo sobie chwali brzmienie w mojej kawalerskiej „jaskini”

      • Michal_Op napisał(a):

        Poprawka: „płytek dwuwarstwowych” miało być

      • Pawian123 napisał(a):

        Tak. Racja bardzo dużo zależy od jakości głowicy. Wykonanie i parametry muszą być dobre. No i musi być dopasowana do preampu odczytu. Najlepsze decki miały układ dual capstan i nie miały autorewersu. A Dolby HX Pro zwiększał zapas dynamiki i polepszał efektywność redukcji szumu przez Dolby B,C,S NR regulując ciągle prąd podkładu do zastosowanej taśmy.
        W ogóle nauczenie się poprawnej obsługi takiego magnetofonu wymagało od użytkownika zaangażowania i stanowiło taki mały spektakl,rytuał przy nagrywaniu/słuchaniu. Pozytywny 😉 Coś jak operacja składania/rozkładania dachu w takim kabriolecie. Człowiek to chłonie i ciekawe wrażenia to mu daje. Podobnie jak ten zapach,o którym piszesz. On najczęściej pochodzi od żywicy, którą zalewane są transformatory, ale nie tylko. Pachną ciekawie różne inne materiały. Od ciepła. W erze impulsowych zasilaczy odbierają nam to. Jak w motoryzacji dźwięk silników i inne przyjemności. Przy całej wygodzie plików jak mp3 utracamy powoli całą tą otoczkę taką jak w klasycznej motoryzacji. Było i nie ma. Pseudonowoczesność oszukana. Jak ktoś mi mówi że nowe auto które kupił „pachnie nowością” a ja wsiadam i czuję smród taniego plastiku to zwyczajnie się śmieję. W duchu. Bo przypominam sobie zapach prawdziwej skóry momo z Alfy Romeo, nie marszczonej 😉 Pozdrowienia da Leniwca Gniewomira 😉
        Moja Yamaha K-700 mimo, że z 83 roku to już ma wyszukiwanie utworów i programator odtwarzania sterowanie procesorem.

      • benny_pl napisał(a):

        mi sie Aria nigdy nie podobala, mialem kiedys, ale sprzedalem, zdecydowanie wolalem M2405S, czyli to samo w zasadzie co Aria, ale w duzo ladniejszej obudowie ZK240/246
        glownuym mankamentem tych mechanizmow jest kiepski system naciagania szpulki odwijajacej (z tym sznureczkiem), przez co na poczatku szpuli jest naciag za slaby (i tasma slabo przylega do glowicy) a na koncu tasmy za mocny (czasem az falszuje bo nie ma sily ciagnac z rownomierna predkoscia) jest to tez spowodowane starzejaca i twardniejaca rolka dociskajaca tasme, wogole te rolki potrafia sie krzywo scierac i dziwnie przylegac i to powoduje wciaganie tasmy pod rolke jak i nad rolke i w konsekwencji niszczenie tasmy, taka stara rolke strasznie ciezko ustawic zeby rowno prowadzila tasme, a i tak czasem zawinie, najlepiej wymienic

        a co do glowic, to nawet mialem kiedys kilka nowych, ale chyba sie juz rozeszly, musial bym zobaczyc..

        znajomy nauczyciel z warsztatow elektroniki z technikum tak poprzerabial M2405s, ze dolozyl sprzezenie zwrotne napiecia szpulek prowadzone przez dodatkowe rolki oraz powymienial glowice z jakiegos lepszego sprzetu no i tor audio, takze ten magnetofon mowil ze jest „prawie jak koncert” 🙂

        a co do kaseciakow, to ja nieraz wymienialem glowice na stozkowe nawet w zwyklych magnetofonach, wtedy jest duzo lepiej, nawet mialem Wilge ze stozkowa glowica 🙂 nagrywalem kiedys na niej audycje „Radio Truck” ktore byly od polnocy do bodajze 3 w nocy, nie pamietam juz w jaki dzien, potem nagrywalem tez na niej „Strefe rokendrola wolna od angola” ktora byla w Bisce od polnocy do 6 rano 🙂

      • truten23 napisał(a):

        Pawian, pachną też te woski, którymi potrafią być pokryte płytki drukowane i cewki. Lakiery W połączeniu z kurzem i różnymi wazelinami do smarowania ruchomych części. Po rozgrzaniu takiego „pieca” faktycznie miło się siedzi w pokoju 🙂

        Hehe co do skór w Alfie, nie używaj określenia Aromat marszczonej skóry 😀

        Benny, ten patent z oringami to faktycznie świetna sprawa. Że też przez tyle lat na to nie wpadłem. :/

  23. Fabrykant napisał(a):

    Z SL-em R129 mam następujące przebłyski wspomnień:
    Rok 1989, w którym wyjeżdżam po raz pierwszy i ostatni do roboty „na Zachód” jako licealista (zaproszenie od rezydenta z zagranicy, czekanie na paszport itp., a w tym czasie Okrągły Stół) – zrywa się pomidory w Holandii, koło Hagi. Do domu wracam codziennie tramwajem i codziennie wysiadam przystanek wcześniej, żeby w salonie Mercedesa posiedzieć sobie w nowym SL-u, podotykać marszczoną skórę 😉 he he i wyszarpać prospekty. Potem na ich podstawie zrobiłem o Mercedesie ścienną gazetkę szkolną.

    Rok 1990. Na Targach Poznańskich gość podjeżdża nowym egzemplarzem, otwiera dach i w tym momencie gromadzi się dosłownie mały tłum (w nim- ja), który z opadniętą szczęką ogląda ten spektakl, mało że braw nie bije, same ochy i achy- to był pierwszy samochód w którym kładzenie dachu wyglądało jak jakieś misterium.
    Miło że masz to na codzień! Zazdraszczam i jeszcze raz gratuluję!

    • SzK napisał(a):

      Ja z dawnych lat pamiętam tylko wiedeńczyka w czerwonym R129, który rozmawiał sobie przez telefon czekając na skrzyżowaniu. To był 1992r. Połączenie SL-a i telefonu mobilnego – po prostu kosmos. Pisałem już o tym w artykule o początkach telefonii samochodowej.

      Potem oczywiście wakacje we Francji i mnóstwo egzemplarzy R129 w Monaco i okolicach. Ale wtedy wzrok przyciągały raczej marki bardziej egzotyczne niż Mercedes.

  24. Aleksander napisał(a):

    Też długo czekałem na ten wpis, R129 bardzo mi się podoba, to jeden z moich ulubionych Mercedesów. Ten który kupiłeś znacznie lepiej wygląda od tego zielonego. Ten drugi był… zbyt zielony 😉 Lakier zewnętrzny, fotele, wykładziny i plastiki w jednej barwie to przegięcie. Ciemny lakier i kontrastująca jasna skóra zawsze dobrze wyglądają w tej klasie. Dla mnie po przeczytaniu artykułu największym zaskoczeniem były rozmiary, szczególnie tylnej kanapy i bagażnika. Przez stylistykę samochód wygląda na duży, ja widuję dziennie nawet do parudziesięciu R129 i nie miałem pojęcia, jakie są małe.

    Co to jest samoczynna blokada przeciwpoślizgowa? Jak to działa i jaki jest efekt w praktyce? Wie ktoś może czy w R129 dało się zamówić zwykłą szperę (LSD)? Podobno nawet w W124 500E nie było takiej możliwości, dopiero w AMG 300E Hammer. Więc może chociaż w SL60 AMG występuje.

    • SzK napisał(a):

      ASD to właśnie szpera, z tym że włączana w momencie pojawienia się poślizgu któregoś z tylnych kół – zazwyczaj przy ruszaniu pełną bombą. Wyłącza się po przekroczeniu bodajże 20 albo 30 km/h, bo powyżej sztywny dyfer mógłby być groźny, ale na samym początku redukuje poślizg. To taka namiastka ASR.

      Pełny ASR występował na pewno w R129 V8 (opcjonalnie) i V12 (seryjnie).

      • Aleksander napisał(a):

        Może niezbyt jasno się wyraziłem, zastanawiałem się czy był dostępny mechanizm różnicowy o ograniczonym poślizgu. Coś co jest cały czas, niezależnie od prędkości, nie uruchamiane przez kierowcę, ani żadne czujniki. W tamtych latach w BMW to było w opcji i zdecydowanie zwiększało radość z jazdy, podczas gdy ASD jest raczej w czysto praktycznym celu, a ASR tylko denerwuje 😉

      • SzK napisał(a):

        Szukałem na listach wyposażenia i nie znalazłem. Bardzo prawdopodobne więc, że nie było takiego bajeru.

      • ndv napisał(a):

        „Radosc z jazdy” moze i tak – z drugiej strony trafilem kiedys na artykul o roznych mechanizmach roznicowych z ograniczonym poslizgiem pisany przez gosci od wyscigow i generalny wniosek byl taki, ze szybkiej jezdzie szpera szkodzi 😉

      • Klakier napisał(a):

        Nie wiem Szczepanie jak to jest z tym ASD w Twoim merolku ale w moim 124,którego miałem krótko ale miałem ASD spinało dyfer gdy pojawiła się różnica szybkości pomiędzy osiami a nie tylnymi kołami z prostego powodu ,mianowicie fabryczny ABS miał tylko centralny czujnik na tylnej osi a nie dwa jak to teraz bywa.

      • SzK napisał(a):

        No i dzięki Tobie sam się czegoś dowiedziałem: Okazuje się, że faktycznie, różnica ma być między osiami, a nie kołami jednej osi (tego nie byłem świadomy) – różnica musi wynosić ponad 2 km/h w zakresie prędkości 2-28 km/h. Poza tym ,co jeszcze ciekawsze, częściowa, 35%-towa szpera działa ZAWSZE. O tym też nie miałem pojęcia. Dzięki za zmotywowanie do poszukania wiedzy 🙂

      • Klakier napisał(a):

        Nie ma sprawy Szczepanie sam się musiałem kiedyś zmotywować jak nie znalazłem czwartego czujnika a właściwie czujników przy kołach tylnych tylko w dyfrze i do tego tylko jeden.Ciekawe czy pełny ASR w V8/V12 też potrafił działać na trzech?

  25. Mikaell napisał(a):

    „nowy palec rozdzielacza (firmy Bremi, jeśli kogoś interesuje) był uprzejmy spalić się po kwadransie pracy.”
    A to ciekawe. Dla mnie kolejny przyczynek do oceny jakości części sygnowanych przez tą markę. Cewki WN Bremi – skądinąd do prawie tego samego motora w W124 również nie działały od nowości.

    „tu na pewno jest 230 koni…? Nie zepsuło się coś…?„.
    Dokładnie te same wrażenia miałem z +/- tym motorem (220KM) w W124

    ” W niedzielny wieczór na „Zakopiance” SL dotrzymuje kroku podwójnemu sznurkowi srebrno-biało-czarnych Insignii, Kadjarów i X3-jek na nizinnych rejestracjach, szalejących po górach 120 km/h”
    Raz (w zasadzie dwa razy, bo również z powrotem) jestem „królem zakopianki:P” w mojej 135 konnej Previi Jajku. Na odcinku KRK-Zakopane wyprzedziło mnie ostatnio jedno BMW i motocykl :P. Previa jedzie na skraju możliwości silnika, ale ciągle trzyma się drogi. A nowe mocne auta mają zapas mocy, ale się boją wypaść z drogi.

    „Człowiek sam odpowiada za siebie i swoje postępowanie – jak w najlepszych latach naszej cywilizacji ”
    Mi tam szkoda odejścia tej cywilizacji.

    Przy okazji ewentualnej wizyty w mieście stołecznym zapraszam nieustająco na przejażdżkę Previą oraz LS400 (ucf20 wprawdzie)

    • SzK napisał(a):

      Dziękuję za ponowne zaproszenie i nieustająco pamiętam.

      A odejścia klasycznej cywilizacji europejskiej też mi szkoda – bo prawdziwy postęp przyszedł wraz z nią (patrz początek artykułu) i wraz z nią powoli odchodzi.

    • benny_pl napisał(a):

      previą to i ja bym sie przejechal 🙂
      co do palca, to tam jest zatopiony w srodku opornik, cholera wie poco, pogloski mowia o jakims przeciwzakluceniowym dzialaniu jego, ale one wlasnie lubia zdychac, zreszta niezawsze wogole sa, mozna go zalutowac (zalutowac drucikiem w miejscu gdzie sciezka „znika” i „pojawia sie znowu” czyli poczatek z koncem i juz jest dobrze na wieki 🙂

    • BaltazarGąbka napisał(a):

      „tu na pewno jest 230 koni…? Nie zepsuło się coś…?”

      Moc maksymalna to jest taki trochę dziwny parametr – niby coś tam mówi o silniku, ale jednak nie do końca. Tak naprawdę żeby faktycznie coś można byłoby powiedzieć o danym silniku (czy porównać z jakimś innym) to trzeba byłoby mieć wykres jego momentu (i ewentualnie pochodnej, czyli mocy). Bo to co tak naprawdę odczuwamy przy przyspieszaniu i co daje efekt wgniatania w fotel to nagły przyrost momentu obrotowego. W R129 przyrost momentu jest zapewne łagodny i jednostajny (jak to w wolnossącym silniku o słusznej pojemności), co nie daje tego poczucia, ale nie znaczy też, że ma słaby silnik.

      „Dodam jeszcze, że przesławna Lancia Thema 8.32 z V8-mką od Ferrari (!!) osiągała 205 KM – o 25 mniej niż „biedna” ponoć, sześciocylindrowa wersja SL-a.”

      Tak się składa, że te V8 z Themy ma mniejszą pojemność niż sześciocylindrówka z 300 SL 😉 Choć trzeba przyznać, że samo sformułowanie „V8 od Ferrari” może obiecywać dużo 🙂

  26. Pawian123 napisał(a):

    @benny_pl
    Nie słyszałeś nigdy trzasków w radiu na AM w samochodzie z uszkodzonym tym opornikiem ?.
    Teraz to nieaktualne ale kiedyś było powszechne.

    • benny_pl napisał(a):

      to raczej bylby warkot a nie trzaski, takim radiom jak „safari” szkodzi cokolwiek i zakluca je wszystko, na szczescie „wspolczesnym” tj takim z synteza juz nie, i mozna tez sluchac fal Srednich i Dlugich, choc szczerze mowiac nie sprawdzalem wplywu palca na to 🙂
      a na Srednich jest co posluchac, czasem fajnie gra „Radio Romanija Aktualite”, i lubie sluchac „Radio Lipsko” jak jestem w okolicach Lipska, bo ono niestety nadaje z moca tylko 100W i nawet w Lublinie juz nie slychac, fajne jest tez „Ceske Radio Country”, ale bardzo zadko da sie je odbierac, bodajze 1063kHz

      • Pawian123 napisał(a):

        Dawno temu znajomy miał Poloneza. 86 rok produkcji. Podmienialiśmy palce na taki z opornikiem nowy i „poratowany” kawałkiem gwoździa. Radio trzeszczało zgodnie ze wzrostem obrotów silnika i spadkiem. To jest takie szybkie skwierczenie. Nie sprawdzałem czy radioodbiorniki z pll tak się zachowują ale myślę że system strojenia nie ma tu nic do rzeczy. Fakt to było radio gałką strojone jakiś wiraż czy skald. Ostatnio zaglądałem do stacji multimedialnej Blaupunkt i przerażające są te oszczędności na ekranowaniu. Nowe konstrukcje to w dużej mierze dziadostwo przepłacone. Zbierają zakłócenia bardzo mocno. Nawet te stare polskie Unitry były lepiej ekranowane chociaż w polskich sprzętach były z kolei kardynalne błędy konstrukcyjne z niewiedzy popełniane. Np. Złe prowadzenie masy albo kabla zasilającego blisko toru sygnału tam gdzie elementy były wrażliwe na pole elektryczne. Dzięki za info o stacjach. Nie słucham nic poza FM z analogowego radia bo mi przeszkadza jakość i brak stereo. Słuchałem strefy rock and rolla wolnej od angola ale w trójce. Jedna z niewielu normalnych audycji jakie się ostały.

  27. truten23 napisał(a):

    Obcowanie z klasykami jest analogicznie jak z posiadaniem psa.
    Czasem jesteś jesteś wściekły kiedy nasika Ci do butów.
    Ale nic nie zastąpi tego uczucia, kiedy wieczorem padnięty otwierasz drzwi, a on czeka za nimi i macha ogonem.
    Tak samo z klasykiem. Bywają upierdliwe, wymagające i kapryśne. No ale wystarczy tylko na takiego spojrzeć. I od razu robi się milej.

  28. Pawian123 napisał(a):

    @truten23

    Tak racja. Trudno wszystko na szybko wypisać.

    Co do oringów zamiast pasków to stara metoda.

    A co do skóry to nie napisałem tak jak Ty 😉 Wiem że to humorystyczny zlepek.
    W tej Alfie akurat była zwyczajnie szyta. W artykule Szczepan napisał sam o takiej marszczonej a że lubię takie tapicerki to wspomniałem. Oczywiście zaraz ktoś „skojarzył” Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*