STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: W POSZUKIWANIU STRACONYCH CZASÓW

No i stało się. Zostałem youngtimerowcem.

Przez bardzo długi czas nie miałem takiego zamiaru. Po pierwsze, z braku miejsca – jeszcze kilka lat temu nie miałem garażu nawet na swoje codzienne auto, a co dopiero na zabawkę. Po drugie – z braku czasu: od wielu lat bardzo mało jeżdżę autem (7-12 tys. km rocznie, w zależności od planów urlopowych), więc dzielenie tego na dwa pojazdy ma niewielki sens. Po trzecie wreszcie – z braku zdolności i umiejętności manualnych: ktoś, kto nie potrafi samodzielnie wymienić klocków hamulcowych ani paska klinowego nie jest dobrym materiałem na właściciela klasyka. Skąd więc taka decyzja?

Kiedyś napomykałem już o tym, że moim zdaniem motoryzacja indywidualna zdążyła osiągnąć punkt, w którym przeszłość stała się ciekawsza od przyszłości. Kiedy najbardziej interesującą częścią każdej wystawy motoryzacyjnej okazuje się ekspozycja zabytków. Kiedy liczba czasopism o oldtimerach dogania z wolna liczbę tych mainstreamowych. Kiedy technika do tego stopnia się odhumanizowuje i zaczyna być na tyle nieznośna, że coraz większej ilości kierowców odechciewa się wymieniać samochód na nowszy. To godne podziwu osiągnięcie producentów: sprawić, by duża część auto-maniaków przestała przebierać nogami w oczekiwaniu na kolejne premiery, a zaczęła bronić się przed przesiadką na nowszy sprzęt. W wielu krajach do wymiany auta ludzi trzeba wręcz zmuszać środkami administracyjno-fiskalnymi, z pogwałceniem podstawowych zasad prawa (np. że prawo nie działa wstecz i że praw nabytych nie można odbierać).

Tak, ja wiem, że w tym względzie często dramatyzuję, bo przecież nie dzieje się jeszcze żadna tragedia, ale to wszystko przez to, że ja myślę długofalowo. W latach 90-tych wszyscy zachłystywaliśmy się tak zwanym Zachodem i tamtejszymi autami, które zaczynały do nas przyjeżdżać. Były milion razy lepsze od naszych, PRL-owskich, a w gazetach i telewizji oglądaliśmy jeszcze wspanialsze. Ekstrapolując ten trend oczyma wyobraźni widzieliśmy cuda-cudeńka, którymi już za kilka lat… Od tego czasu lat minęło już jednak dwadzieścia i oto okazało się, że tendencja się odwróciła. Że owszem, jeździmy efektywniej, bezpieczniej, pod pewnymi względami również wygodniej, ale niewątpliwie drożej, a przede wszystkim – mniej przyjemnie. Nie tylko z powodu wszechobecnych korków i parkomatów – te są tylko logiczną konsekwencją sukcesu masowej motoryzacji – a z powodu wspomnianego wyżej odhumanizowania techniki, która w zamyśle ma służyć izolowaniu nas od niebezpieczeństw, a izoluje przede wszystkim od radości. Coraz więcej aspektów naszego życia bardziej niż realne działanie przypomina grę komputerową, albo zabawę przedszkolaków wyobrażających sobie, że wykonują poważne, dorosłe czynności na niby. Dzisiejsze pojazdy dają nam coraz mniej satysfakcji, z którą kiedyś kojarzyliśmy wydawanie rozkazów za pomocą kierownicy i trzech (lub dwóch) pedałów. Ba, od jakiegoś czasu wprost mówi się nawet o całkowitym odebraniu nam tego cudownego przywileju!! I jakkolwiek moment ów jest, jak mniemam, jeszcze odległy, to kierunek zmian – zupełnie jasny. Jak już wspomniałem, mentalnie jestem nastawiony na długi okres, a tutaj wątpliwości raczej nie ma: bez całkowitej zmiany klimatu politycznego (na którą się raczej nie zanosi) nie mamy co liczyć na powrót Epoki Chromu i ówczesnego poziomu radości z jazdy. Na szczęście jednak do dawnych czasów możemy spróbować wrócić w inny sposób.

Na razie na co dzień jeżdżę autem, które sprawia masę przyjemności, ale obawiam się, że w dłuższym terminie mogę mieć trudności z zastąpieniem go czymś porównywalnie fajnym – stąd pomysł na ucieczkę w przeszłość. Mimo że na ten moment nie ma jeszcze przed czym uciekać, to wolę to zrobić teraz, na zapas – żeby za parę lat nie okazało się, że mój jedyny pojazd ma pod maską więcej turbosprężarek niż cylindrów, a okazy z lepszych czasów kosztują swoją wagę w złocie. Słowem – postanowiłem poszukać sobie klasyka, póki jeszcze jest on w zasięgu możliwości (tak naprawdę, to już jest trochę za późno: wszyscy wiemy, że ceny zdążyły się rozszaleć. Można śmiało liczyć, że w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat wzrosły o 100%, zaś w dłuższej perspektywie… do tego jeszcze wrócę).

Ceny rosną, znaczy się – nie ja pierwszy wpadłem na pomysł ucieczki w przeszłość. Ale wcześniej, po pierwsze, w ogóle nie myślałem w ten sposób, po drugie – nie miałem na to budżetu, a po trzecie – inne przeszkody wymieniłem w pierwszym akapicie. W pewnym momencie jednak – dokładnie, to w zimie 2015/16 – uznałem, że mimo wszystko warto z nimi powalczyć. Garaż się znalazł dzięki uprzejmości brata, który odstąpił mi skrawek nieużywanego miejsca u siebie, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Niskie roczne przebiegi to tylko kwestia motywacji do częstszego ruszania się z domu – a cóż może zmotywować lepiej niż spoczywający na szafce nocnej kluczyk do pięknej maszyny…? A co do umiejętności mechanicznych – no cóż, potrzebny był po prostu niezawodny pojazd…

W przypadku dobrze utrzymanych, klasycznych modeli mojej ulubionej marki niezawodność nie stanowi problemu. Podaż też nie – wszak w naszej części świata nie ma klasyków popularniejszych od Mercedesów. Zaś co do konkretnego modelu – opcji miałem wiele.

Rocznikowo ograniczyłem się do okresu sprzed 1993r. Po pierwsze, dla marki to symboliczny rocznik: wtedy zmieniły się oznaczenia modeli (wprowadzono podział na „klasy”, przez co literki powędrowały przed liczbę: np. S 500 zamiast 500 SE), ale przede wszystkim – wprowadzono wodne lakiery, powszechnie obwiniane za katastrofalną korozję. Wcześniej jakość wykonania, zwłaszcza karoserii, systematycznie rosła (za najlepsze w historii firmy uważa się wczesne roczniki 90-te), później zaś weszła na równię pochyłą. Po drugie – auta z tamtego okresu mają już, można powiedzieć, pierwiastek historyczności: pomarańczowe migacze, analogowe liczniki przebiegu, a przede wszystkim – mechaniczne sterowanie większością podzespołów. Te późniejsze nie potrafią jeszcze przenosić w przeszłość.

Poza odpowiednim wiekiem chciałem, żeby auto miało co najmniej sześć cylindrów, a optymalnie – dwoje drzwi i automatyczną skrzynię, chociaż w tych kwestiach nie byłem betonowym fundamentalistą. Jakikolwiek tuning dyskwalifikował egzemplarz. Wolałem też unikać modeli, które posiadałem w przeszłości (w przyjętym przedziale rocznikowym – W116, C123 i W124), a także tych, które czysto subiektywnie jawią mi się jako wulgarno-mafijne (W140/C140 i C126), albo nie dość ciekawe (190-tka). Przyjęty budżet – około 70 tys. złotych na wszystko – wykluczał z kolei samochody sprzed około 1970r., a także cały typoszereg C/R107 i kilka mocno poszukiwanych gatunków, jak W124 500E i A124 (cabriolet). Z tego, co pozostało, najstarsze było W/C114 (bardzo smakowite danie!!), najmłodsze – C124 i R129. Teraz należało pokazać je wszystkie mojej Lepszej Połówce.

Lepsza Połówka orzekła, że jeśli już ma być wożona starociem, to jak najmłodszym i koniecznie klimatyzowanym. Najżywiej reagowała na zdjęcia R129 i C124, dlatego te właśnie modele stały się obiektem poważnych poszukiwań. Nie zrezygnowałem co prawda ze sporadycznego rozglądania się za innymi opcjami (zwłaszcza C114 i W126), ale szybko okazało się, że tylko jedna występowała w przyrodzie w liczebności dającej jakikolwiek wybór: paradoksalnie, była to najbardziej niszowa R129-tka.

***

Poszukiwania rozpocząłem w marcu 2016r. Zdobyłem online niemiecką broszurę o kupowaniu SL-a (za 20€). Dowiedziałem się z niej paru ciekawych rzeczy o wersjach, rocznikach, kolorach, itp., ale o newralgicznych punktach do sprawdzenia – niewiele. Pisali na przykład, że rdzy trzeba szukać w gniazdach podnośnika, na progach, wokół zamków, gniazda anteny i wzdłuż krawędzi nadkoli – też mi odkrycie Ameryki. W praniu wyszło jednak na jaw, że w tych miejscach wszystkie auta były całkowicie zdrowe, broszurka nic za to nie wspominała o dnach drzwi, które w dokładnie połowie egzemplarzy okazywały się być przeżarte na wylot (prawdopodobnie kwestia zatkanych odpływów wody – utrzymywanie ich drożności to 50% ochrony antykorozyjnej każdego samochodu). Z niemieckiej ściągawki nauczyłem się natomiast oceniać stan poszycia dachu, jego plastikowych okien i elektrohydraulicznego mechanizmu, odszukiwać kilka mikroskopijnych, fabrycznych przetłoczeń, których blacharze zazwyczaj nie odtwarzają (np. pod tylnymi lampami), itp. Wykrystalizowała mi się też wizja konkretnej wersji: raczej 500-tka (V8) niż 300-tka (R6), na pewno natomiast nie 600-tka (V12): tutaj nie chodziło nawet o spalanie, a o koszty serwisowania (bardzo ciasno upchniętą dwunastocylindrówkę trzeba wyciągać z auta do byle jakiej roboty) i o seryjnie montowane, hydropneumatyczne zawieszenie ADS (jeżdżące fenomenalnie i nawet dość trwałe, ale kłopotliwe w diagnozowaniu i usuwaniu awarii). Ideałem byłaby 500-tka z przełomu lat 1992-3: wtedy, przez zaledwie 9 miesięcy, produkowano przedliftową karoserię (starej, dobrej jakości), ale połączoną już z elektronicznym wtryskiem – o wiele mniej problematycznym od starego KE-Jetronica, który zwłaszcza w wersji ośmiocylindrowej jest koszmarem mechanika oraz płacącego mu właściciela. Przediftowa 500-tka na LH-Jecie to najcenniejsza wersja R129, a co ciekawe, wielu sprzedających, nawet profesjonalistów, w ogóle o tym nie wie: zapytani o typ wtrysku zazwyczaj robili wielkie oczy i musiałem ich prosić o fotkę tyłu silnika, gdzie znajduje się (lub nie) metalowa puszka rozdzielacza ciśnienia paliwa KE-Jetronica. Niektórzy więc sami nie byli świadomi, że mają w ręce duży atut.

Starego samochodu można szukać w kraju lub za granicą. W przypadku modeli kolekcjonerskich wyższa podaż występuje oczywiście na Zachodzie, chociaż ten konkretny ostatnimi czasy stał się u nas niezwykle modny – z insiderskich źródeł wiem, że w ciągu dwóch-trzech lat do Polski trafiła ponoć trzycyfrowa liczba egzemplarzy. Dzięki temu na portalach ogłoszeniowych oraz Giełdzie Klasyków mogłem naprawdę przebierać w ofertach, zarówno prywatnych, jak i handlarskich. Doświadczenie podpowiadało mi, że stan aut sprzedawanych w Polsce będzie prawdopodobnie dużo gorszy, za to o wiele łatwiej pojechać na miejsce i ocenić to samemu.

Jak każdy rynek, również ten dzieli się na segmenty, czyli półki wyższe i niższe. W przypadku ofert prywatnych wysokość tę wyznacza kolejny numer właściciela – odwrotnie proporcjonalny do wysokości segmentu. Pierwszy właściciel to luksus, kolejne wpisy w dowodzie obniżają wartość, chociaż niekoniecznie pogarszają stan auta. Pierwsi właściciele to domena zagranicy, w Polsce takich ogłoszeń nie widziałem (chociaż znam już jednego Polaka, który ma SLa od nowości, ale ani myśli go sprzedawać). Jeśli zaś chodzi o komisy, to istnieją dwie ich kategorie: pierwszą nazywam podchmurkową (względnie turecką, chociaż wcale nie chodzi tu o o lokalizację geograficzną). Tę znamy wszyscy. Druga to salony – nie tyle Mercedesa, co wyspecjalizowane w old-, czy też youngtimerach. Tutaj oferty są najdroższe i z tego, co wiem, wywołują największe emocje wśród automobilowej braci.

W ten sposób wyróżniliśmy cztery segmenty: prywatny/handlarz pomnożone przez kraj/zagranica. W blisko półrocznych poszukiwaniach miałem do czynienia z nimi wszystkimi, chociaż sam za granicę nie pojechałem. Cały proces przedstawię nie chronologicznie, ale właśnie według tych segmentów. Prezentowane tutaj zdania na temat poszczególnych ofert są prywatnymi opiniami moimi i moich doradców, z którymi oglądałem auta. Nikt nie musi się z nimi zgadzać.

Zacznę od zagranicy, bo to krótszy temat. Na mobile.de ceny interesujących SL-i zaczynały się od 18 tys. €, a te naprawdę piękne stały dobrze ponad 20-tu. To było już powyżej mojego całkowitego budżetu (który ustaliłem na maksymalnie 70 tys. zł), a trzeba przecież doliczyć transport, akcyzę i warsztatowy pakiet startowy. Szybko więc darowałem sobie ten model i poza Polską szukałem głównie C124. I tutaj wielka niespodzianka: ceny, owszem, niższe o dobrą połowę (do 10 tys. €), ale za to podaż ładnych egzemplarzy – bliska zeru. Prawie wszystko przypominało albo zajeżdżone taksówki (mimo braku tylnych drzwi), albo dresowozy. Tylko dwoma ogłoszeniami zainteresowałem się bliżej: jedno, z Berlina, nie podawało żadnego numeru telefonu, co samo w sobie jest zawsze skrajnie podejrzane – z ciekawości, choć bez większych nadziei na kontakt napisałem maila, który pozostał bez odpowiedzi (o dziwo, nikt nie prosił o natychmiastową wpłatę zaliczki). Drugie, z głębokiej prowincji bawarskiej, było bardzo rokujące. 300CE Automatic z dość ubogim wyposażeniem (niestety bez klimy), za to w moim wymarzonym kolorze bornit metallic plus jasnoszara skóra. Typowy, niemiecki dziadkowóz – i faktycznie, auto sprzedawał syn pierwszego właściciela, zmarłego rok czy dwa lata wcześniej. Od tego czasu auto prawie nie jeździło. Cena – 8.900€.

Nie chciałem jechać w ciemno 2.000 km, zamówiłem więc badanie przez lokalnego rzeczoznawcę (99€). W Niemczech istnieją firmy oferujące taką usługę na terenie całego kraju – wystarczy wysłać im link do ogłoszenia i dokonać wpłaty, a za kilka dni na mailu pojawia się raport z pieczątką eksperta TÜV (zainteresowanym chętnie przekażę namiary). Usługa obejmuje pomiar czujnikiem grubości lakieru, dogłębne oględziny całego pojazdu, w tym podwozia na podnośniku (o ile w pobliżu jest dostępny warsztat – jeśli nie, cena nie ulega obniżeniu i o tym trzeba pamiętać) oraz jazdę próbną. W tym wypadku okazało się, że samochód, owszem, był całkowicie bezwypadkowy, ale zaniedbany: wycieki, niedziałające elementy wyposażenia, zużyte do cna tarcze i klocki hamulcowe oraz olej silnikowy niewymieniany od kilku lat mówiły, że nikt nie przejmował się należytym serwisowaniem, a nierówna momentami praca silnika wróżyła problemy z KE-Jetem, których zresztą można się było spodziewać po długim okresie nieużywania. Ostateczną decyzję na NIE przyspieszyła opinia mojego mechanika na temat montażu klimatyzacji – to, co jeszcze 10 lat temu robiło się bez problemu, dzisiaj jest prawie niemożliwe z uwagi na niedostępność części, w tym elementów wnętrza (można oczywiście sztukować graty najróżniejszego pochodzenia, dorabiać pstryczki ze sklepu elektrycznego, ale nie o to chodzi w klasyku). Podziękowałem więc właścicielowi i rzeczoznawcy.

Był jeszcze jeden 300CE, w Wiedniu, tym razem z pełnym wyposażeniem, za 10.900€. Niestety, też po wieloletnim postoju: tutaj właściciel (również prywatny) już przez telefon otwarcie przyznał, że silnik źle pracuje na wolnych obrotach. Ponieważ zastany KE-Jetronic potrafi obrzydzić nawet najwspanialszy samochód, odpuściłem i tutaj.

Tyle, jeśli chodzi o zagranicę. Znacznie szerzej zakrojone poszukiwania prowadziłem natomiast w kraju.

W Polsce ładnych C124 w zasadzie nie stwierdziłem – a poszukiwania trwały całe pół roku. Jedyna oferta, którą się wstępnie zainteresowałem, pochodziła z Łodzi i dotyczyła samochodu z bardzo rzadkim pakietem spoilerów firmy Carat (jak się potem okazało, niekompletnym i dołożonym samodzielnie przez właściciela). Specyfikacja była bardzo kusząca: topowy, 24-zaworowy silnik M104, pięciobiegowy automat (rzadkość), bogate wyposażenie, ładna kolorystyka (złoty lakier, beżowa skóra). Z drugiej jednak strony – żądana cena 39.900 zł sięgała poziomów niemieckich, a lakier na całym aucie miał mieć „sporą grubość” – według szczerego wyznania właściciela. O pomoc w zbadaniu sprawy poprosiłem jedynego znajomego mi łodzianina – samego Fabrykanta z Fotodinozy, ale w ostatniej chwili prośbę odwołałem z uwagi na pojawienie się na horyzoncie ciekawych SL-i.

Generalnie polscy sprzedawcy rzadko bywają szczerzy. Jeden z nich, z Pomorza, zapraszał mnie serdecznie w każdej chwili, o dowolnej porze dowolnego dnia. Gdy jednak zadzwonił do niego wynajęty przeze mnie rzeczoznawca – bo w Polsce też działają takie firmy, a ich usługa jest tańsza niż podróż Kraków-Gdańsk – nagle okazało się, że ma kogoś bliskiego w szpitalu i w ogóle nie może się spotkać przez czas nieokreślony („Aaa, to pan tego gościa przysyłał…? Ale po co…? Nie lepiej od razu przyjechać i załatwić sprawę w pięć minut…?” Jasne, 25-letnie auto za 45 tys. zł najlepiej kupuje się w pięć minut, bez konsultacji z fachowcem). Inny, w woj. mazowieckim, zarzekał się, że posiada „igłę ze Szwajcarii„, którą cenił na ponad 50 tys. Na miejscu zaś – tam akurat pofatygowałem się osobiście – okazało się, że do drzwi da się włożyć od spodu kilka palców na raz, całe auto jest nie dość, że po interwencjach blacharskich, to jeszcze krzywo poskładane, a z rury wydechowej dymi na niebiesko (mercedesowskie V8 z przebiegiem podobno nieco ponad 100 tysięcy!!). Tutaj moje rozczarowanie było szczególne, bo nie dość, że ładna specyfikacja (znów złoty lakier z jasnym wnętrzem), to kontakt telefoniczny sugerował poważnego człowieka, a bardzo bogaty wygląd posesji – z garażem wielkości hangaru lotniczego mieszczącym m. in. jacht na dwuosiowej przyczepie – dawał nadzieję na przyzwoicie utrzymany wóz.

(przy okazji przeprowadziłem ciekawy test porównawczy czujników lakieru: auto oglądałem z kuzynem z Kęt, który miał własny czujnik kupiony na Allegro za 300 zł, ja zaś pożyczyłem od taty profesjonalny za ponad 2.000 – okazało się, że oba dają identyczne odczyty. Być może ta informacja przyda się komuś z Was, chociaż bazuje na pomiarach tylko jednego samochodu).

Podobnie było z podwarszawskim, bornitowym (mniam!!) egzemplarzem na wtrysku elektronicznym, o inspekcję którego poprosiłem użytkownika @Hurgot Sztancy. Auto też miało kosztować około 50 tys. (dokładnie już nie pamiętam) i być absolutnie bezwypadkowe. Tymczasem pomiary lakieru nie pozostawiły wątpliwości, że, cytując klasyka, „nasi już tu byli„. Bardzo zdenerwowałem się wtedy, że z powodu nierzetelności sprzedawcy nadużyłem uprzejmości dwóch zapracowanych osób (bo Hurgot nie pojechał tam sam).

Z prywatnych właścicieli najlepsze wrażenie sprawił na mnie pan z Dolnego Śląska (jak wykazało moje szybkie śledztwo – członek zarządu wielkiej spółki giełdowej), który przysłał mi mailowo dokumentację serwisową i zdjęcia uszkodzeń auta, kupionego kiedyś z przerysowanymi w całości oboma bokami. Wyglądało to wiarygodnie: rachunki za naprawę z ASO, inne – za całe zawieszenie ADS (które, jeśli faktycznie jest nowe, stanowi raczej plus niż minus), książka serwisowa. Interesujący był też jasnoniebieski lakier z białym wnętrzem (klimat trochę jak z „Policjantów z Miami” – niekoniecznie mój ulubiony, ale oryginalny). Byłem bliski pojechania tam, ale szpachla na obu bokach, nawet po stosunkowo powierzchownym uszkodzeniu, mimo wszystko mnie zniechęciła. Bardzo doceniam jednak uczciwość sprzedawcy.

Przejdźmy do ofert handlarskich. Z tych podchmurkowych sprawdzałem dwie, obie z Mazowsza. Pierwsza z nich była podejrzanie tania – 35 tysięcy – ale sprzedawca zarzekał się, że mierzył lakier, który na całym aucie miał być fabryczny (rozłączył się nawet, żeby iść jeszcze raz to sprawdzić, po czym oddzwonił i potwierdził). Oczywiście wiadomo, że w przyrodzie cudów nie ma, dostajesz to, za co zapłacisz, ale kusiło mnie, żeby sprawdzić, bo znowu chodziło o mój ulubiony bornit metallic, a akurat w pobliżu mieszkał mój znajomy, którego mogłem poprosić o inspekcję. Przy tej cenie zostawałoby naprawdę dużo pieniędzy na uporządkowanie mechaniki. Niestety, czujnik mojego wysłannika nie potwierdził zapewnień komisanta: pokazywał wartości co prawda bardzo podobne na wszystkich elementach, ale w żadnym wypadku nie mogące uchodzić za wynik procesu fabrycznego… Tak że tego: nawet jeśli handlarz odstawia szopkę z pomiarem na poczekaniu, nie musi to niczego gwarantować.

Niestety, sama cena wywoławcza też nie jest miarą wszechrzeczy: druga z ofert podchmurkowych okazała się równie zdradziecka, mimo że była NAJDROŻSZĄ, jaką sprawdzałem – aż 74 tysiące (do negocjacji). Zielony lakier, jasne wnętrze i wtrysk elektroniczny, samochód sprowadzony z Niemiec przed kilku laty, na zdjęciach piękny. Handlarz z centralnej Polski, ale ale – ma właśnie interes do załatwienia w górach, więc chętnie pojedzie SL-em i spotka się ze mną w Krakowie. Bomba. Oglądam auto z zewnątrz, mierzę czujnikiem – w większości drugi lakier, ale do 300 mikrometrów, czyli bez szpachli. Krótka jazda próbna wypada bardzo znakomicie, z tym że chciałbym sprawdzić jeszcze spód, a jest już wieczór. Kiedy Pan wraca z gór? Za trzy dni. No to w drodze powrotnej zapraszam do salonu Hondy w Wieliczce.

Na podnośniku okazuje się, że cały spód jest pokryty grubą – BARDZO GRUBĄ – warstwą czarnej mazi. Łącznie z wydechem, elementami zawieszenia, gumami, plastikami – jak leciało… Mój ojciec, co zjadł zęby na konserwowaniu samochodów, na widok takiego partactwa załamał się całkowicie. Co jest pod czarnym? Nie wiadomo, trzeba by wszystko piaskować, ale gołym okiem widać pojedyncze dziury… Oglądam dokumenty: nie są wcale niemieckie, tylko duńskie – z wilgotno-słonego wybrzeża Morza Północnego. To wiele tłumaczy. O zakupie nie ma mowy, a na pewno nie za taką cenę. Sprzedawca wściekły, odjeżdża z piskiem opon…

Na koniec zostawiłem temat najciekawszy: polskie salony wyspecjalizowane w imporcie aut kolekcjonerskich. Te, które widać na Giełdzie Klasyków i które wzbudzają największe emocje, zwłaszcza poziomem cen.

To właśnie w jednym z nich – wrocławskiej Klasyce Gatunku – kupiłem w końcu auto. Ponadto jednak muszę powiedzieć, że wszystkie – bez wyjątku – samochody, które pozytywnie przeszły przez choćby wstępne oględziny, pochodziły właśnie z takich salonów (przypuszczam, że przejść mógłby również jasnoniebieski z Dolnego Śląska, gdyby nie odstraszyła mnie ta szpachla, o której sprzedawca lojalnie uprzedzał). Żaden inny spośród naocznie sprawdzanych przez mnie okazów nie kwalifikował się nawet do bliższego zbadania w warsztacie. A jak już wspomniałem, wcale nie wszystkie były tańsze.

Co ciekawe, w przypadku Mercedesów R129 ceny w owych salonach, choć wywołujące oburzenie internautów, były wciąż niższe od tych z zachodnich portali ogłoszeniowych. Jak to możliwe? Sprzedawcy, których pytałem – z nimi rozmawia się bardzo rzeczowo i kulturalnie, co nie zawsze jest standardem u podchmurkowców – odpowiadali, że mają dwa źródła zaopatrzenia: aukcje w Japonii, oraz prywatne oferty z Europy – ale nie z ogłoszeń online, tylko wyszukiwane aktywnie, za pomocą „siatki wywiadowczej”. Chodzi o ludzi wybitnie majętnych, często w bardzo podeszłym wieku, którzy wolą zostawić w spadku gotówkę niż kłopotliwą kolekcję aut, albo o samych spadkobierców uszczęśliwionych taką niespodzianką. Dla nich kilka tysięcy euro w jedną lub drugą stronę bywa mniejszym problemem niż kilkumiesięczny proces sprzedaży przez Internet. Tyle usłyszałem, więc powtarzam.

Nie zrozumcie mnie źle: w tych salonach też nie sprzedają aut nowych, tylko dwudziestoparoletnie. Gdyby stały tam same ideały, kupiłbym SL-a już w marcu, a nie w sierpniu, po przerzuceniu blisko dwudziestu kandydatów. Tak jak mówiłem – sama wyższa cena nie gwarantuje atrakcyjności samochodu. Faktem jest jednak, że tylko w takich salonach widywałem rokujące sztuki.

Jeśli chodzi o Japonię, to podobno tamtejsi milionerzy w latach 80-tych i 90-tych lubili kolekcjonować europejskie auta luksusowe, koniecznie z kierownicą po naszej, lewej stronie. Kupowali je w hurtowych ilościach, głównie na pokaz, skutkiem czego przez większość czasu stały one w garażach. Dzisiaj, po dwudziestu paru latach, mają wciąż niskie przebiegi – zazwyczaj 50-120 tys. km. W reklamach przedstawia się takie okazy jako „igiełki”, „funkiel-sztuki”, itp. Czy to prawda? Oto, co prywatnie i subiektywnie sadzę na ten temat.

Widziałem kilka SL-i – japończyków. Przebiegi miały owszem, małe, ale to nie musi być zaleta – mechaniczny wtrysk albo automatyczna skrzynia nie lubią długich postojów. W wielu z tych aut świeciły się lampki ABS/ASR/ASD – niektórzy tłumaczyli to długim transportem morskim w słonym powietrzu (z tego samego powodu część sprzedawców profilaktycznie wymienia elementy układu zapłonowego zaraz po odbiorze auta). Częstym problemem jest zużyte poszycie dachu – przetarte, porwane, z mętnymi, popękanymi szybami: oryginalne ma trwałość 8-12 lat, nowe kosztuje drogo, a w Japonii nie występuje pojęcie zamienników albo warsztatów nieautoryzowanych. Tam raczej nie naprawia się starych aut, zwłaszcza, jeśli ktoś ma ich całą flotę, a jeździ sporadycznie.

W Japonii Mercedesy kupuje się głównie dla szpanu, bardzo częste są więc zabiegi tuningowe, obniżone zawieszenia, wariackie, śrubowane felgi, pseudodrewniane okleiny całego wnętrza (jakości raczej chińskiej niż japońskiej), a nawet napisy „V12” przyklejane na lakier ubogich wersji i pozostawiające paskudne ślady. Zdarzają się dziwaczne radioodbiorniki z antenami klejonymi do szyb czołowych, albo elektroniczne gadżety z wielkimi ekranami (wymagające wywiercenia stu dziur w desce rozdzielczej lub konsoli).

Osobnym problemem jest sam przebieg: sprzedawcy wymachują japońskimi export certificates, gdzie jest on urzędowo potwierdzony, ale jak się dowiedziałem, owo potwierdzenie opiera się na wpisach z trzech ostatnich przeglądów okresowych – nikt nie wie, co było wcześniej.

Moje poszukiwania zaczęły się właśnie w takim salonie, i w takim też skończyły. Opowiem teraz po kolei o trzech kolejnych okazach, sprowadzonych właśnie z Japonii.

Pierwszy oglądany przeze mnie SL stał na Śląsku. Cała karoseria w pierwszym lakierze, oprócz tylnego prawego błotnika z grubością 500 mikrometrów (lakier fabryczny ma 80-150, drugi – do 300, powyżej to już zazwyczaj szpachla). Świeciła się lampka ASR-u, kombinacja kolorystyczna też była dość nudna (czarny lakier, czarna skóra), ale poza tym wszystko pięknie. Cena – 54 tys. zł. Nie kupiłem, bo chciałem się jeszcze rozejrzeć, co oferuje rynek, ale nie wykluczałem ponownego przyjazdu z gotówką.

Aha – ponieważ z moim doradcą kręciliśmy nosem na szpachlowany błotnik, sprzedawca powiedział nam, że SL w pierwszym lakierze stoi po drugiej stronie hali i kosztuje 110 tys. (to akurat była 600-tka). Oba auta sprzedały się zresztą zaraz po naszej wizycie i dzisiaj się temu nie dziwię – na tle ogółu oferty rynkowej były piękne, tyle, że ja chciałem się jeszcze rozeznać.

W podobnym salonie byłem w Krakowie. Jasnoniebieskie auto w drugim lakierze bez szpachli, za 59 tys. Wyglądało ładnie, ale jeździło tak, jakby miało 350 tys. przebiegu zamiast deklarowanych 60-ciu, więc odpuściłem (sprzedawca nic nie odpowiedział na moje uwagi co do wytłuczonego zawieszenia, szarpiącej skrzyni i niedziałających elementów wyposażenia).

Najpoważniejsza przymiarka miała miejsce w Warszawie, na majowych targach Oldtimer Warsaw. Typowa Japonia: przebieg 60 tys., piękny stan wizualny (również dzięki pieczołowitemu detailingowi w Polsce), w większości pierwszy lakier, poza tylnymi błotnikami. Do tego obniżone zawieszenie i ogromne, śrubowane felgi – obu tych rzeczy trzeba by było się pozbyć. Cena wywoławcza – 68 tys.

Szybko załatwiłem wizytę w pewnym warszawskim warsztacie specjalistycznym (sprzedawca zorganizował gratis lawetę, bo auto nie było zarejestrowane), do którego, jako mój przedstawiciel, pojechał sam Basista Za Kierownicą. Mechanicy orzekli, co następuje: wskaźnik paliwa nie działa, cieknie siłownik dachu, przekładnia kierownicza, zmienne fazy rozrządu i przód obudowy rozrządu, do wymiany reflektory, uszczelki dekli zaworowych, amortyzator skrętu, tuleje wahaczy, osłony i poduszki amortyzatorów przednich, cały wydech, wiązka czujników przód. Do tego auto miało pomalowane całe podwozie (pytanie, dlaczego…?), rozbieraną miskę olejową, oraz rozcinany i zespawany rozdzielacz ciśnienia paliwa (nie przewidziany przez fabrykę do jakichkolwiek napraw). Przydałoby się też podnieść z powrotem zawieszenie i załatwić normalne koła. Koszt napraw został oceniony na 30 tys. zł, i mimo że sprzedawca sam z siebie, nie naciskany, zaproponował obniżkę ceny do 55 tys., suma i tak wyszłaby pod 85. Zdecydowanie zrezygnowałem.

To były z grubsza wszystkie oferty, które odrzuciłem. Tę przyjętą opiszę jednym z następnych razów.

Foto: praca własna

Share Button
Tagi: , ,
156 comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: W POSZUKIWANIU STRACONYCH CZASÓW
  1. Lysy1303 napisał(a):

    Jaka to bieda nie ogarniać mechaniko-blacharko-elektryki a chcieć kupić starszy samochód 😉 ja pewno bym brał najtańszy trzymający się kupy egzemplarz 🙂 pewnie mój sposób myślenia i nabyte umiejętności techniczno-konbinatoryczne nie wynikają z niczego innego jak z typowo polskiego budżetu.

    • SzK napisał(a):

      To fakt, że samodzielne odbudowanie starego auta może przynieść ogromna satysfakcję. Ale do tego potrzebne jest trochę prostsze auto (Garbus…? 😉 ). Takie wynalazki jak R129 sa do tego zbyt złożone. Tutaj trzeba naprawdę celować w igły i utrzymywać je w takim stanie. To jedyny sposób na rozsadne koszty eksploatacji.

      Poza tym ja naprawdę żałuję, że nie umiem wiele zrobić rękami, ale niestety – swego czasu uczyłem się innych rzeczy, a dziś już nie mam czasu, by się tym zajmować. Może na emeryturze znajdę kogoś, kto mnie nauczy 🙂

      • ja napisał(a):

        Nie jestes sam Szczepan. Ja latwo psuje rzeczy wiec wole zlecac komus z wieksza zrecznoscia. Poza tym klasyki sa drogie, naprawy potrafia kosztowac majatek, ciagle cos sie psuje, problem z czesciami no i czesto cos przecieka. Wiem bo sam mam jednego klasyka:) choc kusi mnie jeszcze jeden mb z wodzislawia. Byles tam?

      • SzK napisał(a):

        W samym Wodzisławiu – nie, bo nie widziałem u nich ani jednego auta godnego uwagi (mam wrażenie, że oni maja głównie W140, a z SL-i – przede wszystkim modele poliftingowe). Byłem za to w Radlinie – to zaraz obok. To tam mieściła się firma, od której zaczałem poszukiwania (tam stała 500-tka za 54 i 600-tka za 110).

      • Daozi napisał(a):

        Ja przepraszam, ale pewnie sporo popiszę w tym wątku 🙂 Bo obecnie zbieram fundusze na coś klasycznego, tyle że mało awaryjnego i tańszego – Suprę A70. I powyższy wpis jest dla mnie bardzo cenny. Jeżeli, drogi autorze, masz namiary na rzeczoznawców, to chętnie pozbieram. Wiem, że są w Polsce ludzie, którzy dokonują oględzin i to nawet taniej niż za 400 (czyli właśnie 99 EUR). Sęk w tym, że pojęcia nie mam, którym w ogóle można ufać.
        No i niestety nie znam ludzi z całej Polski, którzy mogliby rzucić okiem na jakieś auto – co więcej starych Mercedesów jest w Polsce chyba z 10 razy tyle, co starych Toyot…
        A co do samodzielnej naprawy – tak sobie marzyłem, żeby się kiedyś uczyć jak auto naprawiać, może jakieś kursy zawodowe i też chyba dopiero na emeryturze… 😀
        Ale jakby ktoś chciał darmowego pomocnika w garażu, to kto wie czy w miarę możliwości bym nie wsparł i coś skorzystał. Tyle, że ci znajomi, którzy mają auta nic przy nich nie robią i się nimi nie interesują. To tak a propos tego, w którą stronę zmierza motoryzacja – nabywcy aut to w jakichś 80% ludzie, których kompletnie nie interesuje motoryzacja. Kolejne 19% coś tam wie, ale nie dłubie przy samochodach, no i może 1% to fanatycy, którzy uważają, że najlepsze lata w motoryzacji już były.

      • gumi napisał(a):

        Ale tu nikt nie zauważył że samodzielne dłubanie przy klasyku to nie tylko umiejętności.
        Praktycznie do każdej roboty to wychodzi że jakby miał człowiek coś zrobić potrzebuje czegoś więcej niż kompletu kluczy płaskich i dwóch śrubokrętów (płaski i krzyżakowy). Klucze dynamometryczne, ściągacze, blokady… sam zakup tego na jedną robotę potrafi wyjść niewiele mniej niż zlecenie komuś naprawy. Że nie mówimy że czasami kanał (podnośnik) by się nadał, komputer…

      • Lux napisał(a):

        Gumi, ale jak już sobie ten sprzęt kupisz, to następnym razem już go masz, a poza tym zawsze się czegoś nowego nauczysz. 😉 Ja powoli kompletuję sobie warsztat, starając się jak najwięcej prac wykonywać samodzielnie. A co do podnośnika, to większa „żaba” wystarcza do podstawowych robótek. Wiadomo, że nie do pracy profesjonalnej, ale u mnie się ostatnio bardzo dobrze sprawdza do weekendowego grzebania w autach.

      • benny_pl napisał(a):

        porzadne narzedzia sa w podobnej cenie co ze 2-3 wizyty w warsztacie (np sprzynka Jonnesway za 1000zl) ;p
        a za remont progow to juz wogole mozna sobie kupic niezly migomat z osprzetem i nowe progi, farby, szpachle, gumowke papiery scierne itd, i niema co przesadzac z tymi specjalnymi narzedziami, 99% wszystkich napraw mozna zrobic bez specjalnych narzedzi, a niektore prostsze mozna sobie samemu uspawac (np sciagacze do sprezyn makpersonow sam sobie zrobilem z pretow gwintowanych, szerokich nakretek i kawalkow blachy)
        czasem trzeba cos jedynie pokombinowac z tego co sie ma i juz, np przy wymianie sworzni pomocny jest podnosnik korbkowy wsadzony miedzy wahacz a poloske itp patenty 🙂

    • Lysy1303 napisał(a):

      Tak oczywiście, że mnie interesują auta prostsze niż SL. Jednak gdybym chciał SL to delikatne ślady rdzy, czy podobne tego typu drobne defekty by mi w niczym nie przeszkadzały. Ja lubię stare samochody i jazdę nimi (pogrzebać tez lubie) a niekoniecznie jestem kolekcjonerem. Oczywiście nie neguje tego, że ktoś potrzebuje mieć „igłę”. A będąc nogą z mechaniki tym bardziej.

      • SzK napisał(a):

        Rdza w tym modelu (R129 sprzed 1993r.) nie jest akurat problemem – widziałem tylko jeden okaz, który najprawdopodobniej był zgnity (tez zielony z Danii), poza tym – co najwyżej przerdzewiałe dna drzwi z powodu zatkanych odpływów. Drugi lakier też mi nie przeszkadzał, bo on niewiele zmienia, zwłaszcza w tym wieku. Problemem jest dopiero szpachla (zwłaszcza na elementach niewymienialnych), oraz naprawy strukturalne nadwozia. Oraz, oczywiście, nagromadzone problemy techniczne (jak w tym japończyku z targów, który wymagał inwestycji na 30 tys. zł).

        Najlepszy dowód, że kupiłem auto, na którym mało gdzie jest pierwszy lakier i gdzie mechanik miał kilka rzeczy do zrobienia, o czym wiedziałem z góry. Ale stan zachowania karoserii jest naprawdę znakomity na tle tego, co ogladałem przez pół roku. Napiszę o tym za jakiś czas.

  2. Robal napisał(a):

    Nosz kurka wodna ! Pisał, pisał i nie napisał najwazniejszego !

    😉

  3. Cham w Audi napisał(a):

    Matko, cóż za depresyjny wstęp 🙂
    Ty kupujesz klasyka za 70 kafli, a Złomnik za 1 zł 🙂 Zasobność mojego portfela mówi mi, że bliżej mi tej drugiej opcji. No ale tanie auto raczej nie spełni zadania jakie Ty stawiałeś przed klasykiem.
    Tak czy siak gratuluję i użyczę udanej eksploatacji. Ja jednak wolę Mercedesy w sedanie, coupe (nie wszystkie) mają jak dla mnie trochę zaburzone proporcje.

    • SzK napisał(a):

      Co do ceny, to trzeba zwrócić uwagę na to, że klasyki nie traca wartości. Niektórzy wierza, że one beda drożeć w nieskończoność, co jest oczywiście bzdura, ale na pewno nie powinny lecieć w dół, tak jak zwykłe auta używane. W dłuższej perspektywie zmienia to cłkowicie kalkulację kosztów, chociaż fakt, że poczatkowa inwestycja jest pokaźna.

      • Daozi napisał(a):

        Tylko moim zdaniem problemem jest to, że wg. sprzedających każde stare auto to klasyk. Maluch? Legenda PRL, klasyk! Mercedes W123 (którego natłukli chyba ponad 1mln egzemplarzy)? Klasyk! Mazda 323 w podstawowym wyposażeniu z początku lat 90-tych? Klasyk!
        Ostatnio z ciekawości i sentymentu (bo tata miał takiego) rzuciłem okiem na Peugeoty 505. W miarę przyzwoity stan – 20 tys. A do wsadzenia z 5 – 10 tys. na start, plus, być może, blacharka…
        Czasem się trafi jakieś stare auto (tylko czy to klasyk?) za małe pieniądze, ale mam wrażenie, że to nieczęsta sprawa. Jak tak dalej pójdzie to wystawię moją Celicę w dziale „zabytkowe”, jako legenda japońskich dróg, jedyna taka od konesera za 40 tys., rok produkcji z ubiegłego stulecia, kiedy jeszcze żył Papież Polak.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Daozi , przeglądam ceny starych japońców w tym Celic od kilku lat i uwierz mi , że na w górę idą tylko modele de facto topowe takie , jak Supra(Celica Supra) , Lexus LS z pierwszym UZ, Nissan Laurel , Mazda 919 , AE86 itd. Co do Celici to przykładowo masz obecnie III-gena na OLX-ie za 6700. Wisi już jakiś czas. Owszem jest paru świrów co wystawiają V i VI geny (ofc z napędem na jedną oś) za ponad 8 tyś , ale one wiszą po parę miesięcy i raczej nie znajdują nabywców. Z fabrycznie nowych Mazd które wystawiło Stradale to chyba 1 sztuka znalazła nabywcę. Pozostaje pytanie czy te 30-40 tyś zł za jakie były oferowane to wysoka cena. Myślę że jakby , ktoś odnalazł fabrycznie nowe Mercedesy nawet W123 z tamtych lat to lekką ręką sprzedał by je za 3 razy tyle. Aczkolwiek to tylko moje spekulacje.

      • Lux napisał(a):

        Ale co ma liczba wyprodukowanych egzemplarzy do „klasyczności”? Liczy się raczej niewystępowanie w codziennym ruchu.

        Niedawno na ebayu poszedł prawie „nowy” W123 200D za 15,5 tys. euro. „Nowy” z pewnością byłby znacznie droższy.

        http://www.ebay.de/itm/Wunderschoner-Mercedes-200-Diesel-Wagen-123-aus-1981-mit-nur-26900-km-original-/292063034644?hash=item4400503d14%3Ag%3AHCkAAOSwopRYdLX0

      • benny_pl napisał(a):

        a ja tam nie bardzo czuje jakakolwiek klasycznosc u Mercedesow, one tak jak Audi w wiekszosci wygladaja tak samo, dla mnie tam beczka to taki duzy fiat tylko solidniejszy, solidny to dla mnie ma byc samochod do codziennej jazdy, a klasyk ma byc fajny, a ja nic fajnego akurat w Mercedesach nie widze, doceniam je, ale dla mnie to nuda, kolega z pracy ma W126 jak nowy, zupelnie bez rdzy, w orginale i wogole, no fajnie, bardzo wygodnie sie tym jedzie, ale nudno 😉 nie wzbudza to we mnie wiekszych emocji, chce za niego jakies 40tys, wczesniej mial Nive jak nowa za ktora chcial 10tys i byla duzo fajniejsza od tego Mercedesa… no ale 10tys to kupe pieniedzy, zdecydowanie za duzo zeby to wrosnac w stodole bo szkoda jezdzic takim fajnym zadbanym samochodem 🙂

  4. Michal napisał(a):

    Lekko otarte boki nie muszą dyskwalifikowac. Każde auto w każdej chwili może się otrzeć, nawet nowe. Niestety prace lakiernicze premium trwają dlugo . Gratuluję zakupu.

    • SzK napisał(a):

      Zgadza się – drugi lakier to dla mnie nie problem. Jednak szpachla na wszystkich elementach po obu stronach to już nie jest fajna sprawa, bo za kilka lat może zaczać pękać i będzie całe auto do poprawiania i malowania.

      • Michal napisał(a):

        Tu leży przyczyną dlugo trwałości. Dobrze wyprostowanie. Szlif. Epoxyd. Akryl. Czekamy Szlif szpachlowanie czekamy Szlif szpachlowanie czekamy Szlif. Epoxyd akryl czekamy. Szlif, niekiedy trzeba poprawiać w nieskończoność, aby światło na lakierże
        Slizgalo się jak po nowym elemencie. To może trwać tygodniami, muszą odprowadzania lotne związki organiczne. Promiennik podczerwieni w przypadku klasyka i wykonania premium nie zastąpi czasu. Efekt może być niemal doskonały. Przepraszam za pisownię, ale piszę z cudzego tabletu i tu ssytemu wie lepiej… Masakra, szkoda że nie można jechać na komputerach klasykach.

      • benny_pl napisał(a):

        mozna, ja mam laptopa Panasonic CF-T8 ktory ma juz pewnie ponad 10 lat i pieknie chodzi wszystko na XP, nawet bateria trzyma nadal ze 3-4 godziny!

      • Jakub napisał(a):

        Tak długo, jak robisz coś na komputerze to się da… gorzej, gdy chce się skorzystać z internetu. Dzisiejsze strony, a zwłaszcza facebook czy youtube są tak absurdalnie zasobożerne, że nie sposób z nich wygodnie korzystać na starszym komputerze. Pentium 4 3ghz, 2 gb RAMu DDR i na prawdę porządna karta graficzna, zdaje się najwyższy model Radeona pod AGP (choc ona tu za wiele do gadania nie ma), a mimo to przeglądanie wielu stron nie jest komfortowe.

      • benny_pl napisał(a):

        ale dowolny 2 rdzeniowy intel i conajmniej 2G ramu daje rade bardzo dobrze ze wszystkim (oprocz gier)

  5. PawełH napisał(a):

    Wspaniały samochód!!!
    Też miałem taki tyle że 500SL, kupiłem, doprowadziłem do stanu fabrycznego i po 4 latach sprzedałem. Trochę mi szkoda… ale cóż takie życie. Zawsze można poczytać Automobilownie:)
    Mój egzemplarz to 500SL z silnikiem M119.960 czyli KE-jetronic. Nie miałem z tym problemów, ale nie bałem się go bo te urządzenia wtryskowe znam ‚na wylot’.
    Jeśli ktoś szuka takiego auta to na pewno wtrysku nie należy się obawiać.
    Z kolei M119.97X mają rozlatującą się wiązkę silnika i to bywa problematyczne -trzeba zrobić nową.
    Ogólnie R129 obok W140 to jeden z najlepiej dopracowanych i wyprodukowanych samochodów w całej historii motoryzacji!

    • SzK napisał(a):

      Z tego, co słyszałem, wiazka elektryczna jest biodegradowalna dopiero od roku 1994, a naprawa – konieczna jednorazowo – i tak nie przekracza tysiaca złotych z hakiem. KE-Jetronic jest zaś niezawodny tylko wtedy, kiedy się o niego dba (regularne używanie, brak wody i rdzy w zbiorniku paliwa, regularna wymiana filtra, itp.). Tego nigdy nie można być pewnym w aucie z 25-letnia historia.

      W rezultacie kupiłem 300SL-24, czyli właśnie KE-Jet, ale w sześciocylindrówkach ewentualne naprawy sa prostsze i tańsze, dostępność części też jest lepsza.

      • PawełH napisał(a):

        Wszystkie silniki MB z lat 90-tych silniki z elektronicznym wtryskiem mają biodegradowalną wiązkę silnika. Ale fakt to jednorazowa naprawa i jest spokój. KE jest bardzo bardzo prosty, choć trudniej się go diagnozuje – tu wszystko jest ‚analogowe’. Komputer oczywiście można podłączyć i wskaże uszkodzone czujniki, ale to samo można zrobić porządnym miernikiem lub/i manometrem.
        Ogólnie największym wrogiem nie tylko KE-jet. jest LPG i bezgraniczna głupota ‚mechaników’, system sam w sobie (podobnie jak większość maszyn i układów z Niemiec z tamtych czasów) jest bardzo trwały, praktycznie niezawodny i oprócz wymiany filtra co 60tyś km (w PL lepiej dużo częściej) bezobsługowy.

        Twoja rzędowa szóstka M104 przepięknie brzmi 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        ja niemoge, jak to wszystko czytam to mam coraz wieksza chec na zalozenie warsztatu dla takich „klasykow”, wiazka za tysiac zlotych.. to ja takich wiazek juz narobilem pare w swoich samochodach, chetnie za tyle bede robic wiazki do Mercedesow, wysylkowo, wysyla ktos stara a ja bym robil nowa na wzor 🙂 zostal bym milionerem 🙂

      • SzK napisał(a):

        To, że z Twoimi umiejętnościami powinieneś zarabiać grube pieniądze, to ja Ci mówiłem już dawno. Nie wypowiadam się natomiast co do samej wiązki i jej ceny, bo się na tym nie znam. Generalnie ceny niszowych części biorą się w dużym stopniu z tego, że małoseryjna produkcja i bardzo długie składowanie niezliczonych rodzajów towarów generują wysokie koszty, których nie byłoby przy masowym wytwarzaniu i masowym zbycie. Dlatego do klasyka bez problemu kupisz tanio świece albo kable wysokiego napięcia, ale np. plastikowy element wnętrza w konkretnym kolorze będzie mega-drogi, mimo że w masowej produkcji mógłby kosztować np. 3 zł.

      • benny_pl napisał(a):

        nie narzekam, bo mi i tak zostaje z tego co zarabiam 🙂 mimo ze jest to mniej wiecej polowa „sredniej krajowej”
        wiem jak dziala wolny rynek 🙂

  6. Hurgot Sztancy napisał(a):

    Dzięki za wspomnienie 😉 od siebie dodałbym jedną typową cechę samochodów komisowych – obu typów, i pod chmurką i salonowych, mianowicie założone nowiutkie, nieśmigane opony… tyle, że chińskie. Próbujesz sprzedać klasyka za kilkadziesiąt tysięcy i żałujesz kilku stówek na niezłe opony (choćby uniroyale?) No zgroza.
    No i trzeba pamiętać, że fury z Japonii bardzo często mają kierownicę po naszej stronie, ale reflektory już nie. Handlarze nie zawsze to kojarzą.
    A jeszcze jedna scenka z obejrzenia R129 – facet na naszych oczach zamknął maskę w „januszowy” sposób – delikatnie ją opuścił, a potem całym swoim ciężarem docisnął tworząc na masce 2 śliczne świeżutkie wgłębienia 🙂

    • SzK napisał(a):

      Ten mój kupiony jest na Michelinach, i to nawet nie bardzo starych (produkcja 2011, jeszcze chwilę pośmigaja). O reflektorach wspominałem, że w japończyku z targów były do wymiany. A o zamykaniu maski nie wspominałeś 🙂

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        nie wspominałem o masce, bo to się stało gdy już mieliśmy wyjeżdżać, a już wcześniej ustaliliśmy, że nie jesteś nim zainteresowany 🙂

  7. nudny napisał(a):

    Ja wkrótce będę stać przed podobnymi problemami z zakupem samochodu. Co prawda nie kupuję klasyka (ZX 16v póki co skutecznie mnie wyleczył z youngtimerowania), ale będę szukać dla siebie 15-latka z niezbyt wysokim przebiegiem, sprawnego mechanicznie, w pełni bezwypadkowego, i bez rdzy. Już się boję ile złomów będę musiał obejrzeć zanim znajdę coś wartego zakupu, jakieś porady?
    Jeśli chodzi o Giełdę Klasyków to mam mieszane uczucia. Można tam znaleźć prawdziwe perełki i ciekawe modele na sprzedaż, ale mam wrażenie, że większość nie jest warta deklarowanej ceny. Mam tu na myśli wszelkie Polonezy, Audi 80, Fordy Sierra, itp., które pomimo niewielkiego przebiegu i poddaniu detailingowi i tak nie są kolekcjonerskimi pojazdami. No bo co zrobić z takim zwykłym Audi 80 B3 o przebiegu 60tys. km? Jeździć na co dzień trochę szkoda bo narażamy się na awarie i uszkodzenia, trzymać pod kocem nie ma sensu bo to zwykłe B3 1.8, które Niemcy sprzedają po 150eur. Najbardziej zniszczyło mnie ogłoszenie sprzedaży Peugeota 106 s16 po jakimś wieś-tuningu za prawie 13000zł (!) Do tego dochodzą te opisy ogłoszeń pisane jak notatki prasowe nowych aut przez stażystów jakiejś firmy marketingowej.

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      Giełdę Klasyków trzeba traktować jako specjalistyczny portal ogłoszeniowy i wziąć pod uwagę, że prowadzącemu zależy na klientach, którym nie na rękę komentarze w rodzaju: „łomatko, cena z kosmosu!”. Dlatego ostatnio wyłączył w ogóle opcję komentowania. Praktycznie nie ma tam już ofert klasyków znalezionych w polskich internetach, tylko linki do zachodnich aukcji no i płatne ogłoszenia.

      • SzK napisał(a):

        Duzo komentarzy można znaleźć na Facebookowym fanpage’u Giełdy Klasyków – tam też sa publikowane te same oferty.

      • Daozi napisał(a):

        Ja bym dodał, że na giełdzie klasyków widziałem komentarze bardzo konkretne, które wskazywały na to, że piszący zna temat (np.: zaślepka włącznika nagrzewnicy do kurczaków jest ciemnoszara, a takie wsadzano tylko w modelach na Kazachstan, po lifcie z grudnia 1991 roku, z fabryki w Dunwich, a ten model składano na Kamczatce, a jednak zaślepka jest jasnoszara itp.). I mam wrażenie, że takie komentarze były nie w smak twórcom strony, której zawartość stanowią ogłoszenia (płatne?). No a ponieważ ktoś mógł sobie deprecjonować wartość auta w komentarzach, to je wyłączono.
        Wdałem się tam raz w polemikę (kulturalną), ale zaskoczył mnie nieco agresywny ton sprzedającego (pewna firma od importu aut „klasycznych”), który sugerował, że sprzedawców się nie szanuje i w ogóle to auta zabytkowe powinny być drogie (a chodziło o tak nudne i zwyczajne auto, że naprawdę nazwać je klasykiem, to nadużycie semantyczne).

    • SzK napisał(a):

      Co do poszukiwań 15-latka, to mogę polecić duuuuużo cierpliwości (bo złomów będziesz musiał ogladać dziesiatki) i dobrego doradcę (nawet, jeśli sam dobrze się znasz, to czasami emocje albo niecierpliwość biora górę, lepiej mieć więc kogoś, kto będzie studził zapał 🙂 ). W sprawie bezwypadkowości – na pewno trzeba mieć czujnik lakieru (moje doświadczenie pokazuje, że taki za 300 zł wystarczy) i umieć odszukiwać nieoczywiste ślady prac blacharskich. Do tego pamiętać, że według statystyk przeciętny samochód w Europie odwiedza blacharza/lakiernika raz na cztery lata – realistycznie rzecz biorac szanse na znalezienie fabrycznego lakieru w tym wieku sa więc nikłe.

      Co do Giełdy Klasyków: jak już napisałem w tekście, w przypadku SL-i ceny z GK sa jak najbardziej rynkowe, jeśli szuka się czegoś ładnego, a nie złomu (choć i one nie gwarantuja dobrego stanu). Co do aut niższych segmentów – faktycznie wydaja się wysokie, nie wiem jednak – bo nie mam doświadczeń – czy da się znaleźć coś tańszego, a naprawdę ładnego. Ja wiem, że można znaleźć oferty po 150€, nie wiem natomiast, ile sa warte te auta – dla kolekcjonera pewnie mniej niż zero (bo utylizacja kosztuje). Trzeba pamiętać, że zwykłe lakierowanie karoserii może kosztować 10 tys zł, nie mówiac o pracach blacharskich albo poszukiwaniu brakujacych detali, no i zwiazanym z tym nakładem czasu.

      Z popularnymi modelami jest tak, że mało kto o nich marzy, dlatego ludzie śmieja się na widok takich cen. Jako klasyki maja one sens tylko dla kogoś, kto wiaże z nimi wspomnienia. Ja np. nawet za darmo nie chciałbym Malucha albo Poloneza, ale np. za czerwona Ładę 2103 chętnie bym zapłacił dobre pieniadze (o ile miałbym czas i chęć na powiększanie kolekcji), bo przeżyłem w niej dzieciństwo. Nie wiem, czy ktoś będzie skłonny zapłacić 13 tys. za Peugeota 106, ale jestem prawie pewien, że doprowadzenie egzemplarza za 1000 zł do dobrego stanu będzie kosztowało więcej, albo też okaże się całkiem niemożliwe. Jeśli więc ktoś będzie poważnie szukał tego modelu – pytanie, ilu takich jest – to niewykluczone, że zapłaci.

      • nudny napisał(a):

        Dzięki za odpowiedź w sprawie przyszłych oględzin. 🙂
        Oczywiście nie nastawiam się na całe auto w pierwszym lakierze, najbardziej mi zależy na braku korozji. Już przejechałem się na jednym aucie do remontu blacharskiego (podwozie, progi) i z doświadczenia wiem, że jest to walka z wiatrakami. Bardzo kosztowna walka…
        Za kilka miesięcy jak dozbieram do budżetu zacznę poszukiwania, będę raczej celować w interesujące mnie modele w cenie powyżej „średniej krajowej” i z niezbyt dużymi wypasami. Planuję zakup auta na dłuższy okres, nie nabijam dużych przebiegów, więc jeśli będzie zadbany blacharsko, zabezpieczę wszystko co się da przed korozją.
        W przypadku znalezienia interesującego mnie egzemplarza i przejścia pierwszego etapu oględzin poważnie rozważam skorzystanie ze sprawdzenia auta w ASO, warto?

      • SzK napisał(a):

        Ja nie lubię udzielać rad praktycznych, bo praktyk ze mnie żaden.

        Ale jeśli już pytasz, to odpowiem, że nieważne, czy ASO czy nie-ASO – ważne, żeby człowiek był kompetentny. A o tym nie świadczy glejt od importera.

        Jeśli znasz dobrego eksperta od danej marki, to mu zleć oględziny. A jeśli nie znasz – to przed oględzinami koniecznie poznaj 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        hehehe nie wiem co trzeba bylo by robic z pezotem za 1000zl zeby wydac 12tys, chyba zrobic go od nowa…
        jesli ten samochod za 1000zl bedzie zdrowy blacharsko (a w przypadku 106 jest to wysoce prawdopodobne) to zrobienie wszystkiego poza blacharka bedzie kosztowac max 3-4tys (to juz na prawde duzo, czyli zakup dobrego silnika ok 400zl, dobrej skrzyni ok 300zl, nowe spreglo ok 300zl, nowe oleje filtry ok 300zl, dobrej tylnej belki ok 300zl, calego nowego zawieszenia przedniego ok 300zl no i wraz wyszlo 2tys.. niewiem jakies ladne wnetrze nie poniszczone tez ze 200zl no i juz niema nic wiecej… wychodzi za calosc 3tys + OC i przeglad
        jak ktos nie ma czym robic to +1000 za porzadna skrzynke narzedziowa Jonnesway, dalej nie przekracza sie 4.5tys… wychodzi ze mozna sobie kupic i wyremontowac 3 takie pezoty za cene tego jednego za 13tys, w ktorym i tak znajdzie sie cos do zrobienia

      • SzK napisał(a):

        Mnie się wydaje cały czas, że nie wszyscy do końca rozumieją pojęcie obiektu kolekcjonerskiego. Takie pieniądze kolekcjoner płaci nie za to, żeby auto po prostu dojechało, tylko żeby było jak z fabryki. A do tego celu w normalnie eksploatowanym aucie 20-letnim faktycznie trzeba wymienić wszystko. To stąd się biorą te ceny.

      • nudny napisał(a):

        Bez własnego garażu, narzędzi i umiejętności nie zrobi się nic. Mieszkając w bloku potrafię sobie tylko wymienić tarcze i klocki (zawsze coś).
        Sam włożyłem trzykrotność ceny zakupu ZX’a w jego remont. I co? No właśnie, końca remontu nie widać. Jak w reklamie: „co tydzień coś nowego”. Dlatego po doprowadzeniu do porządku kilku innych rzeczy (jestem uczciwy i nie sprzedaję aut z wadami ukrytymi) ZX 16v idzie pod młotek. Wcześniej pisałem, że wyleczył mnie z youngtimerowania na jakiś czas. Póki nie ogarnę sobie garażu albo pieniędzy na trzymanie dwóch samochodów (jedno na co dzień, drugie weekendowe) muszę kupić coś na czym będę mógł zawsze polegać. Stąd pomysł kupienia zadbanego auta w idealnym stanie blacharskim. Każdy mechanik mówi zgodnie: „silnik da się wyremontować, elementy zawieszenia da się wymienić, ale żadna blacha nie będzie lepsza niż ta z fabryki”.
        Co do ogłoszenia tamtej 106-tki – bardzo zadbane egzemplarze tej wersji silnikowej mogą być tyle warte, ale cały żart polegał na tym, że zdecydowanie nie ten konkretny wystawiony na GK.
        Auto miało przyklejone jakieś naklejki, deskę rozdzielczą pomalowaną sprejem na biało, zmienione reflektory i lampy, i festyniarskie car audio.

      • benny_pl napisał(a):

        skoro nie sprzedajesz samochodu z wadami ukrytymi, to skoro juz wszystko to ktos Ci naprawi to po jaka cholere to sprzedawac i kupowac nastepny samochod w ktorym oczywiscie tez bedzie sporo do zrobienia? jak juz sie porobi to jezdzic trzeba 🙂

  8. Michał_OP napisał(a):

    Coś mi to przypomina ..a mianowicie moje perypetie z moim rakietowym w201 2.6L.
    Do dziś uważam go za świetny i do tego wymarzony wóz – jednak był długo nie jeżdżony przed zakupem i po kolei wychodziły rożne kosztowne kwiatki. Zastane auto to największa padaka jaką można sobie zafundować. Ile pochłonął pieniędzy na przywrócenie do stanu używalności (remont silnika, elektryki, tylnego zawieszenia, zagazowanie IIIgen) nawet nie chcę myśleć, myślę że dwukrotność ceny zakupu w 2006.

  9. Carman napisał(a):

    Gratuluje zakupu. Marzenia są po to żeby je spełniać. Oby cieszył jak najdłużej.

    Dobrze napisałeś też, że najlepiej wybierać się na poszukiwania ze „skrzydłowym”. Szukając Alfy znajomy dwukrotnie ostrzegł mnie przed wadami, których mój wzrok wolał nie zauważyć. Druga sprawa, że jak tylko wsiadłem do tej którą ostatecznie kupiłem to już wiedziałem, że muszę ją zabrać do domu i nikt mnie nie przekona żeby tego nie robić. Na całe szczęście z nią problemów akurat nie było 😉 .

  10. PstrykEJ9 napisał(a):

    Przede wszystkim gratuluję zakupu i życzę powodzenia w jego dalszej eksploatacji, oraz w dalszym spełnianiu marzeń 😉 Nurtuje mnie jednak kilka kwestii. Mianowicie dlaczego tak de facto się boisz K-Jetronica skoro auto służy tylko do weekendowych przejażdzek? o , ile silnik nie był zagazowany , raczej zwykły mechaniczny wtrysk nie powinien być jakimś większym problem , a już napewno nie większym niż standardowy gaźnik czy dual carb. Druga sprawa , dlaczego kojarzysz C126 i C/W140 z mafią , a inne modele nie? Każdy Merc przyciąga gangsterów nie oszukujmy się 😉 Akurat dobre C126 znalazłbyś taniej , niż swoje R129 , a w Polsce zauważam znacznie większą podaż SEC-ów.

    Kolejna rzecz to właściwie temat-rzeka. Mianowicie czy nie uważasz , że ceny starych Mercedesów sprzed 1995 roku w ostatnim czasie są sztucznie windowane i głównym winowajcom , są właśnie takie firmy , jak wymieniłeś? Jeszcze parę lat temu W124(ok.2011 roku) w dobrym stanie z silnikiem dajmy na to 2,3E można było dostać za 4-5 tyś złotych , obecnie juz , ze tak powiem typowe gruzy zaczynają się od 7 tyś. Zauważam jakąś właśnie modę na stare Mercedesy wśród ludzi , że tak powiem nowobogackich. Zwykłe W124 250D potrafi kosztować 20-25 tyś zł , gdzie jeszcze parę lat temu tych aut było na pęczki. Też mnie dziwi , że szukając C124 , dokonywałeś poszukiwań poza granicami kraju, sam przyznam , że jeszcze zauważam te auta w Polsce. Nie są jakimś egzotycznym widokiem.

    Kolejna kwestia to , czemu w budżecie 70 tyś zł odrzuciłeś R107? Sądzę , że w tej cenie dało by się znaleźć fajny egzemplarz(jeszcze).

    • SzK napisał(a):

      K-Jetronic sprawia problemy właśnie przy długich postojach – przy eksploatacji „taksówkarskiej” jest całkowicie bezproblemowy.

      To, co kto kojarzy z mafią, to sprawa subiektywna. Faktem jest natomiast, że W140 i C126 mafia jeździła wyjątkowo chetnie, a np. W123 już jakby mniej 🙂

      A ceny klasyków to jest trend ogólnoświatowy, trwający od początku obecnego stulecia, a nie zapoczątkowany przez parę firm z peryferyjnego kraju, sprzedających pojedyncze sztuki w skali miesiąca. Polacy oglądają w Internecie głównie ogłoszenia tych firm, bo ich jest tam pełno, i stąd opinie, że to „wina” kilku ludzi w Polsce. Jak popatrzysz na ceny zachodnie to zobaczysz, że one wyprzedzają te nasze – to przecież tam odbywa się gros światowego handlu klasykami. Zauważ też, że samochody z salonów klasyków sprzedają się błyskawicznie, co oznacza, że w oczzach nabywców są warte dopłaty tych 20%. Powtórzę jeszcze raz – nic spoza tych salonów nie nadawało się nawet do wzięcia do mechanika.

      A R107, jeśli ma być ładny, jest o wiele droższy od R129. Do tego eksploatacja kosztuje drożej (zwłaszcza paliwo – różnica to dobre 30%), a we wczesnych rocznikach korozja bywa katastrofalna. W R129 problemu korozji w zasadzie nie ma.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        W123 za to były wykorzystywane zarówno przez oficjalne władze PRL, jak i przez cinkciarzy , badylarzy i drobnych cwaniaczków na przełomie lat 80 i 90 , oczywiście zwykle z kogutem „taxi” 😉

        Z lat 70-ych koroduje WSZYSTKO.

        Rozumiem , no tylko zauważ , że przynajmniej w naszym kraju szybują w górę ceny głównie niemieckich i w mniejszym stopniu amerykańskich klasyków. No i to też nie wszystkich bo na przykład nie wiem czy by szybko się znalazł amator na Audi 100 C2 nawet z 2,2 na K-jecie, chociażby za 7 tyś zl. Jedynie model Quattro ma jakieś tam szanse u kolekcjonerów, ale napewno nie osiąga takich cen jak R107. Klasyki francuskie , czy japońskie z lat 70 i 80 można kupować spokojnie w przedziale do 10 tyś zł. i to bynajmniej nie będącę „idealną bazą do renowacji”. Właśnie głównie wśród Mercedesów , BMW(chociaż też w nieco mniejszym stopniu) i oczywiście legend PRL zauważam mocny trend wzrostowy , jeżeli chodzi o ceny.

      • SzK napisał(a):

        Zgadza się, że z lat 70-tych koroduje wszystko – m. in. właśnie dlatego wolę rocznik ’93.

        A ceny to jest sprawa popytu i podaży. Prawda, że Mercedesy są najpopularniejsze w naszej części świata i dlatego drożeją. Ale nie jest to sprawka kilku handlarzy, tylko ogólny trend międzynarodowy.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Szczepanie , ale wiesz , skoro z tego co wiem Twój tato zajmował się konserwacją , to raczej dla kogo , jak dla kogo , ale dla Ciebie rdza nie powinna być problem. Kwestia zabezpieczenia i zostawienia auta na zimę w garażu. W końcu w Polsce jest pełno zachowanych PF 125p , które parę lat po blacharce nie mają grama rdzy. A jak było pod tym względem w FSO nie trzeba mówić.

      • SzK napisał(a):

        Tata konserwacją się zajmował, ale co to ma do rzeczy…? Czy od tego na moim komputerze pojawią się lepsze oferty…? R107 może być zgnity, a prawie na pewno będzie remontowany, z niewiadomym rezultatem. R129 są wszystkie z blachą fabryczna, a 90% z nich nie ma śladu korozji. Mój wygląda od spodu tak, że warsztat detailingowy odradzuił mi konserwację (a to oni mieli ją robić!!), bo „tak piękne podwozie tylko się zniszczy przez zapaćkanie, a nie poprawi”.

        Poza tym nie do końca rozumiem, dlaczego tak Cię dziwi moja decyzja i dlaczego Ci ona tak przeszkadza…? Jak dla mnie R107 jest droższy, bardziej paliwożerny, nieporównanie bardziej gnijący, itp., w dodatku trudno go znaleźć. R129 miałem w każdym momencie kilkanaście aktywnych ofert, nawet kolory wybierałem, wszystkie auta bez rdzy, itp. W czym problem…?

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Nie wiem , czy to kwestia gustu , ale R107 wydaję się hmm bardziej majestatyczny , że tak powiem. Po prostu o wiele większe wrażenie robi na mnie ta duża ilość wszelkiego rodzaju chromów itp. A R129 wg mnie jest już , że tak powiem bardziej plastikowy. Auto to odzwierciedla dosłownie lata 90. Nie uważam tego , jak wielu za jakiś kicz itp. Co więcej uważam , że każda epoka była na swój sposób kiczowata. O tym by można dyskutować długo. No , ale cóż to Twój wybór pozostaje Ci tylko życzyć powodzenia w eksploatacji. Sam przy tym budżecie Mercedesa bym nie szukał , ponieważ kręcą mnie klasyki z kraju kwitnącej wiśni 😉 Być może bym się szarpnął na AE86(szkoda , że tylko w Polsce nie do dostania jest Trueno). No , ale każdy ma inny gust , tak 😉 Pozostaje tylko się cieszyć , z faktu , że akurat te roczniki Mercedesów nie rdzewieją, bo w późniejszych bywa znacznie gorzej.

      • Lux napisał(a):

        Moje wrażenia są podobne jak Pstryka. Jakiś czas temu krótko rozważałem zakup R129, bo jest to niewątpliwie świetne, piękne i kultowe auto, ale po bliższym zapoznaniu się z nim stwierdziłem, że jest _dla mnie_ zbyt „plastikowy”, żeby robić za weekendowego klasyka, i zbyt niepraktyczny do częstszej jazdy jako youngtimer. No i zbyt popularny – dużo ich jednak widać na drogach.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        a mi R107 się wcale nie podoba i już bym wolał jeździć jakąś perłą peeereelu

      • Aleksander napisał(a):

        Ja domyślam się, skąd skojarzenie C126 z mafią. W serialu odwróceni postać grana przez Więckiewicza jeździła właśnie SEC 😉 Ale to błąd, serial został nakręcony później, niż czasy o których opowiada. Mafiowozy to raczej głównie BMW E38, Mercedesy W140 i C140 oraz początkowe W220 i C220. C126 był wtedy po prostu… za stary i za tani. Mody na klasyki jeszcze nie było, poza tym mafiozi pochodzili z niższych klas społecznych i biedy, jakiś tam styl raczej ich nie interesował, miało być grubo i na bogato.

      • SzK napisał(a):

        To na pewno nie kwestia serialu, bo w moim przypadku skojarzenie jest od niego starsze. Raczej ogólny design, mocno przerośnięty i pozbawiony w mojej opinii stonowania wersji czterodrzwiowej. No i jeszcze częstotliwość występowania egzemplarzy „mafijnie” stuningowanych – z wielkimi spoilerami, bardzo szerokimi felgami, itp. Ja naprawdę mam na to alergię.

      • Aleksander napisał(a):

        Pomyłka, napisałem C220, a tamten CL był oznaczony C215. Tak przy okazji, to ten CL do dzisiaj mi się podoba, natomiast limuzyna – W220 – podobała mi się jak była nowa i dzisiaj bardzo mi zbrzydła.

      • Aleksander napisał(a):

        SEC jest moim zdaniem, razem z R129, jednym z najlepiej wyglądających Mercedesów 😉 SEC-a nawet lubię na felgach BBS, nie montowałbym ich sam, ale też nie wywaliłbym gdyby już były. Do dzisiaj widuję egzemplarze z tuningowymi lampami z tyłu, całe czarne albo całe białe, tego już nie toleruję. Dzisiaj śmiesznie wyglądają sedany W126 po tuningu z epoki, nawet od najbardziej prestiżowych firm. Często mają złote BBS-y i spoiler na klapie, który dziś bardzo nie pasuje.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Postać Blachy w serialu Odwróceni była wzorowana na słynnym świadku koronnym Masie, który również prywatnie w czasach „prosperity” Pruszkowa był miłośnikiem Mercedesów, aczkolwiek z tego co mi się udało ustalić nie miał jednego ulubionego egzemplarza , jak serialowy Blacha słynną ślicznotkę (zasilaną gazem). Pruszkowscy lubowali się w Mercedesach zwłaszcza W/C140 , BMW , oraz w mniejszym stopniu lexusach. Konkurenci z wołomina poważali amerykany. Wiem , że jednego z pierwszych SEC-ów w Polsce posiadał Nikodem Skotarczak ps. Nikoś (sądzę , że nikomu go nie trzeba przedstawiać) , jeszcze przed ucieczką z Polski w 1985 roku.

        Co do filmowego SEC-a na numerach WPR S463 akurat moim zdaniem był zrobiony naprawdę ładnie i nie kłuł w oczy błyskotkami i zbędnym tuningiem, smaczku dodawały BBS-y. Jest nawet scena w której mechanik ogarniający blacharkę po strzelaninie w ramach gratisu założył głośniki na tył , a Blacha go zrugał , ponieważ tym samym naruszył oryginalność auta. Śmieszne tylko było , ze w rzeczywistości auto miało LPG.

  11. RoccoXXX napisał(a):

    Od wielu lat śledzę rynek klasyków (nieraz zastanawiam się po co) i zauważam ewidentny, szalony wręcz wzrost cen w ostatnich 2-3 latach. Można przyjąć, że te popularne klasyki zdrożały dwukrotnie lub nawet więcej (jak np. Porsche 911, Lancia Delta Integrale EVO, stare BMW Alpiny). Uważam jednak, że ceny doszły do ściany i drożej z cała pewnością nie będzie (mówię o tendencji rynkowej a nie cenach wybranych modeli). Pewnie taniej też nie, bo ktoś kto dał 50 tys euro za auto, które 3 lata temu kosztowało 25 tys, nie sprzeda go teraz znacznie poniżej zapłaconej sumy. Zmiana jest jednak taka, że można spokojnie przeglądać oferty a nie ciągle żałować, że czegoś się nie kupiło, ponieważ już jest znacznie drożej (do dzisiaj nie mogę odżałować idealnego Golfa II Rallye w Belgii za 8 tys euro i jeszcze wielu innych aut, o których mógłbym pisać).
    Dla mnie R129 ma niestety dwie wady. Pierwsza, ta najistotniejsza, jest taka, że tych aut jest za dużo (kiedy się przegląda ogłoszenia jest to wręcz irytujące). Druga wada, wynikająca być może z tego, że jestem trochę starszy od autora, to kwestia gustu – lubię klasyki wyglądające jak klasyki (a R129 tak nie wygląda – właściwie po lekkim liftingu można by go wstawić do salonu ).
    Odnośnie rynku klasyków (oczywiście nie mam tu na myśli tego polskiego, bo on nie istnieje) to mam jeszcze taki subiektywny pogląd, że generalnie jest sporo ciekawych aut za kwotę około 20 tys euro, ale klasyki o ugruntowanej rynkowej renomie zaczynają się obecnie niestety od 50-60 tys euro (te wszystkie Pagody, E-typy, szerokie Integrale, E30 M3, 911, ciekawe Alfy z lat 60 i 70tych etc.). Powoduje to, że najgorzej jest tym, którzy chcą kupić coś fajnego w budżecie 25-45 tys euro. Szkoda tyle wydać na idealnego R129 (czy coś podobnego), ale z drugiej strony nie bardzo jest alternatywa.
    Szczepanie, gratuluję zakupu, świetny kolor – robi to auto.

  12. SMKA napisał(a):

    „A ceny klasyków to jest trend ogólnoświatowy, trwający od początku obecnego stulecia”

    W sumie można to połączyć z tym że obecnie samochody zabytkowe i inne youngtimery stały się bardziej popularne niż kiedyś- mam wrażenie że przynajmniej w Polsce jeszcze jakieś 10 lat temu samochód 25-30 letni nie uchodził za żaden „zabytek, jedyny taki”. W sumie ciekawe czy na zachodzie jest podobnie, tzn, czy na zachodzie też nastąpił niedawny wzrost popularności staroci, czy może po prostu ten niedawny wzrost popularności klasyków to jedynie polska specyfika (ewentualnie specyfika byłych demoludów).

    • truten23 napisał(a):

      A może po prostu stać nas na to, o czym kiedyś można było tylko pomarzyć śliniąc się na prospekt?

  13. Jakub napisał(a):

    Weźcie też pod uwagę, że kilka lat temu ceny były niskie z uwagi na kryzys finansowy. W 2011 roku idealną Pagodę można było kupić za 50 000$, w 2007 było to bliżej 100 000. A co do R107, to za 8 000$ można kupić niezły egzemplarz w USA, i poszukiwania należy zaczynać właśnie tam.

    • SzK napisał(a):

      O Pagodzie to ja miałem nawet napisać w tym artykule – jak się zaczynałem interesować rynkiem klasyków lat temu 15, to nawet za kilkanaście tysięcy euro była do kupienia. Dzisiaj trzeba liczyć 100. To jest właśnie miara wzrostu zainteresowania klasykami.

      A tanie auta z USA to są w takim samym stanie, jak Golf II od handlarza Mirka. Widziałem już takie.

    • RoccoXXX napisał(a):

      Tylko pamiętaj o tym, że r107 dzielą sie na te amerykańskie pokraki i auta europejskie dwu/trzy razy droższe.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Co za problem zmienić lampy , zderzaki itp.? Pagodę w stanie idealnym widziałem za 600 tyś zł. Ogólnie niewiele tego jest w Polsce. Chociaż nawet w Białymstoku znam dwie.

      • SzK napisał(a):

        Problem jest taki, że to już nie będzie prawdziwy klasyk z kategorii „matching numbers”, tylko kundel złożony z dwóch różnych modeli (BTW – różnic jest trochę więcej, również we wnętrzu).

        Na jednym rajdzie w Kętach widziałem kiedyś gościa z Cadillakiem Eldorado z czasów Kryzysu Naftowego (tym z 8,2-litrowym silnikiem), który zrobił sobie samodzielnie płetwiaste błotniki, bo uważał, że to taki piękny, tradycyjny styl z Detroit. Zawiesił się całkowicie, jak mu powiedziałem, że to tak jak montowanie kierownicy z Warszawy do Poloneza Caro – w końcu to taki piękny, tradycyjny styl FSO. Oczywiście, jeśli ktoś tak lubi, to nikt mu nie zabroni dowolnie bawić się swoją własnością, ale dla poważnego kolekcjonera wartość takiego zlepka jest żadna, a co za tym idzie – cena też leci.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Hmm, trochę prawdy w tym jest , tylko zauważ , że jak zmienisz zderzaki , lampy i inne detale na europejskie , to nadal masz auto z tej samej epoki, de facto z tych samych roczników, tylko dostosowane do bardziej liberalnych przepisów. Akurat postarzanie zauważam najczęściej w przypadku PF/FSO 125P. 3-4 lata temu bardzo modne było zakładanie chromowanej atrapy grilla z roczników 68-73 , oraz kłów na zderzaki na młodsze egzemplarze. Jak dla mnie wygląda to paskudnie , ale co kto lubi. A z przeróbką wersji amerykańskiej na europejską moim zdaniem jeszcze tragedii nie ma, te zderzaki wyglądają obleśnie , aczkolwiek znam osobiście człowieka , który to kocha(największy kolekcjoner Mercedesów na Podlasiu , być może kojarzysz Szczepanie), tak więc gusta są różne. Co do przeróbki w drugą stronę tj. wersji europejskiej na amerykańską to jest to w ostatnim czasie bardzo popularne wśród miłośników Hond , zwłascza Civiców EG/EH/EJ/EK, ale też w mniejszym stopniu Accordów. Ja osobiście nie chcę zakładać amberów , czy kwadratowej blendy do siebie ze względu na możliwość utraty dowodu , no i też koszt. Aczkolwiek jakoś mnie to specjalnie nie razi , ale też i nie leży jakoś mocno w moim guście, mam po prostu do tego neutralny stosunek , ale lepszy Civic zrobiony na amerykana niż taki z toną szpachli , tandetnym bodykitem , lampami seksu i lambodoorsami jakie spotykało się jeszcze do niedawna.

      • Jakub napisał(a):

        O, widzę, że kolega z Białegostoku. Mówisz o tym podwórku pełnym starych Mercedesów na wylocie na Zabłudów? Zawsze zastanawiało mnie, czy to jakiś kolekcjoner czy handlarz- zważywszy, że stadko około dwudziestu aut pojawiło się praktycznie z dnia na dzień.

        Szczepanie- masz może jakieś zdjęcie tego ulepionego skrzydlaka? Bardzo zastanawia mnie, jak to mogło wyglądać… i pewnie jeszcze było różowe?

        Z tymi Mercedesami z USA jest różnie. Kiedyś omal nie kupiliśmy R107 za… 1500$? Ze śmiesznie małym przebiegiem, pierwszym lakierem, praktycznie bez rdzy i od pierwszej właścicielki- tylko że z zatartym silnikiem, niestety przyczyna zatarcia nieznana. Jako, że wóz stał pod Chicago, to kuzyn jeździł oglądać i potwierdził znakomity stan pojazdu. Nie kupiliśmy go tylko temu, że uznaliśmy, że mając dwa kolejne zabytki do renowacji po prostu nie będziemy mieli gdzie go trzymać i kiedy zrobić. Ogólnie, w temacie poszukiwania klasyka w USA nie polecam przeglądania E-baya, tam są głównie droższe i wyszykowane auta, przeważnie od handlarzy. Warto szukać na craigslist- strona jest ultra-toporna, wygląda jakby nikt nie aktualizował interfejsu od czasów Windowsa 95 i Netscape Navigatora, ale jest tam cała masa ogłoszeń- czasem trafiają się na prawdę niespotykane auta, np. Continental Mark II.

        A w temacie upodobnienia wersji USA do europejskiej, nie widzę w tym nic złego, o ile nie próbujemy ewentualnego późniejszego kupca przekonać, że jest to wóz europejski, i Mercedes gdyby tylko mógł- to właśnie takiego wysyłałby do Stanów.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        On trzyma auta w różnych miejscach Białegostoku. Nic mi nie wiadomo aby zgromadził wszystkie w jednym miejscu. Ma łącznie około 100 aut , a samych Mercedesów ponad 70 i to w większości amerykany.

  14. Qropatwa napisał(a):

    No w końcu wpis o R129:) Pomimo, że sporo detali znałem z naszej rozmowy, to i tak bardzo przyjemnie się o tym czytało. Mam wrażenie, że zawsze poszukiwanie auta jest ciekawsze od jego ostatecznego kupna, tak jak istotą podróżowania nie jest sam cel, a właśnie podróżowanie, czyli docieranie do obranego celu.

    Co do pytań do Szczepana dlaczego nie R107 – bo to jeden z najbrzydszych Mercedesów w historii. Ma okrutnie skaszanione proporcje – za krótki rozstaw osi. W pewnym sensie widział to sam Mercedes – poprawiono to w C107 SLC. Pełnię brzydoty R107 widać w przypadku modeli na rynek USA. Tam jest totalny DRAMAT.

    Sam marzę o R129 – to auto idealne pod każdym względem. A już w takim stanie jak Twój – bajka.

    • Aleksander napisał(a):

      Mnie się podobają wszystkie wymienione – Pagoda, R107 i R129. R107 faktycznie ma mały rozstaw osi, ale C107 też wygląda dziwnie, tylko że wyżej 😉 Oba mają za to fajny kształt atrapy, reflektorów i kierunkowskazów, dość zadziorny jak na Mercedesa z tamtych lat. Uważam, że SL od R230 aż do dzisiaj wygląda trochę głupio… Chociaż po R230 nie widać, że najstarsze egzemplarze mają więcej niż 15 lat, to jego styl jakoś nie pasuje mi do tego segmentu. Kojarzy mi się z samochodem żony piłkarza 😉

      • nudny napisał(a):

        Zgadzam się z Twoją opinią o wyglądzie współczesnych SL’i. I chyba już wiem w czym leży problem. Po prostu żaden roadster ani kabriolet ze składanym, metalowym dachem nie wygląda dobrze. Albo szmata, albo coupe. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego 😉

      • Aleksander napisał(a):

        Racja, nie podoba mi się żaden samochód z metalowym, składanym dachem. Nawet Ferrari California jest dla mnie z tyłu zbyt wysoka i ciężka wizualnie. Przypomniała mi się ciekawostka. Myślałem, że już skończyły się czasy replik Ferrari, że skończyły się Pontiaci Fiero na bazę i klienci na podróbki. Okazuje się, że dzisiaj przerabia się Mercedesa R230 na Ferrari Californię 😉

        https://www.google.co.uk/amp/s/amp.carscoops.com/2015/03/this-mercedes-is-one-of-most-convincing.html

      • SzK napisał(a):

        Fiero to jeszcze rozumiem, bo inny typ ludzi, oni mogą lubić szpanować i nie będzie ich raczej stać na prawdziwe Ferrari. Ale kupować R230 po to, żeby takie cyrki robić…? http://www.żal.pl

    • Daozi napisał(a):

      Skoro już rozmawiamy o gustach… Jak dla mnie R107 był rzeczywiście straszny. Ale R129 bardzo brakowało jednej rzeczy: podnoszonych świateł (pop-up headlights). To była ikona lat 80-tych i początku 90-tych. Jakbym kupował klasyka to on musiałby mieć takie światła, bez tego ani rusz 😀

      Wiem, do R129 pasowałyby jak świni siodło…

      • SzK napisał(a):

        A czy bierzesz pod uwagę, że dziś jeździ się 24/365 na światłach…? Jeśli nie chcesz szpecić klasyka dziennymi LEDami, to nie bedzie Ci się fajnie jeździć, bo chowane reflektory sa fajne tylko wtedy, kiedy sa zgaszone…

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        poza 850i – to zawsze wygląda świetnie 🙂

      • Konrad napisał(a):

        Miałem MR2 AW11 z takimi światłami, owszem jest to fajne gdy się podnoszą i chowają, ale na codzień jest to irytujące. Podniesione światła dziwnie wygladają z perspektywy kierowcy, a poza tym jednak jest ryzyko, że przetną pieszego, który wejdzie pod koła. Nie dziwie się, że ten pomysł upadł. Dlatego też w dzień jeździłem tylko na światłach postojowych, to był taki prawno-sensowny kompromis.

  15. ndv napisał(a):

    Jak myślę o klasykach za 100 tys. USD to myślę, że bym wolał już iść w kustoma robionego od zera pod siebie, na pierwszy rzut oka wydaje się to dość realne – Art Morrison oferuje kompletne ramy z zawieszeniem, tylnym mostem i przekładnią kierowniczą za ok 25 tys. USD, 500 konny zestaw V8 + 4 biegowy automat Chevroleta to jakieś 13,5 tys. USD, zostaje 60 tys. USD na pierdoły w stylu karoseria + cała reszta. W zamian mamy niepowtarzalny pojazd idealnie dostosowany do swojego gustu (+ satysfakcja pod wieloma względami pewnie podobna do zbudowania własnego domu).

    • RoccoXXX napisał(a):

      Tylko, że z finansowego punktu widzenia 100 tys. USD włożone w odpowiedniego klasyka to dobra inwestycja, a ta samo kwota włożona w customa to utopione pieniądze (choć ku uciesze właściciela).

      • ndv napisał(a):

        Wiesz, kilka „dobrych inwestycji” juz doprowadziło do kryzysu, wiec byłbym ostrożny 😉
        Z drugiej strony o ile kojarzę niektóre warsztaty tworzące hot rody dają status „klasyk od zaraz” a i nie na każdy stary samochód panuje nieprzemijająca moda. Zreszta rozbicie starego klasyka oznacza zapewne momentalna i znaczna stratę wartosci. Zreszta mając kupę kasy na zabawkę nie trzeba sie przejmować walorem inwestycyjnym 🙂

      • SzK napisał(a):

        „Posiadanie kupy kasy” jest zazwyczaj rezultatem odpowiedniego podejścia do finansów. Nawet w dziedzinie kupowania zabawek za setki tysięcy dolarów można to zrobić w sposób zapewniajacy jakaś minimalna stopę zwrotu (choćby w formie stopy mniej-ujemnej niż alternetywna), albo będacy całkowitym wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

        Oczywiście, jeśli ktoś świadomie wydaje swoje pieniadze na coś, co kocha, to mnie ani nikomu innemu nic do tego. Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że w Polsce „posiadanie kupy kasy” jest bardzo często łaczone z obowiazkowym jej trwonieniem, podczas gdy w istocie ludzie zamożni maja zazwyczaj zupełnie inne podejście do tych spraw (sa oczywiście wyjatki, nie przeczę, ale mówię o ogólnym trendzie).

      • ndv napisał(a):

        „Kasa nie gra roli gdy pasja swawoli” – nie próbujmy racjonalizować hobby bo to do niczego nie prowadzi – zamienimy je w drugą pracę a nie odskocznie od szarej rzeczywistości. Szansa zwrotu kosztów poniesionych na lot w kosmos jest żadna a jednak kilku kosmicznych turystów się znalazło. Zrobili to, o czym marzyli. I chwała im za to.

      • Daozi napisał(a):

        Jak ktoś przeznacza 100 tys. dolarów na klasyka i kieruje się rozumem zamiast sercem (bo to ma być inwestycja), to moim zdaniem pomylił przedmioty i powinien był kupić odpowiednie akcje, złoto, obrazy, rzeźby albo cokolwiek innego.
        Wiem, że można traktować auto jak inwestycję. Kobietę też można, ale moim zdaniem to zupełnie nieprawidłowe podejście do jednego jak i do drugiego. Ale to osobista opinia.

      • SzK napisał(a):

        Dotykasz tu bardzo ważnego problemu, który sam zamierzałem poruszyć, ale nie starczyło mi już czasu i miejsca (na pewno jeszcze wrócę do tego). Dzisiaj wielu ludzi traktuje klasyczne samochody jako znakomita inwestycję, a równie wielu się na tym, nomen omen, przejeżdża 🙂

        Czy ci ludzie pomylili przedmioty? Dopóki wolno nam dowolnie dysponować swoja własnościa (o tyle, o ile), spekulacja zawsze będzie możliwa i nic na to nie poradzimy – nawet głowa ś.p. Niemieckiej Republiki Dmeokratycznej, niejaki Erich Honecker, przyznawał, że nie jest w stanie nic zrobić z ludźmi spekulujacymi na giełdach Trabantami, które dostawali na talony. Ale jeśli klasyk jest dla nas WYŁACZNIE planem na szybki zarobek tego rodzaju, to w większości przypadków po prostu srodze się rozczarujemy. Takie rzeczy sa mozliwe tylko wtedy, kiedy dokładnie wiemy co kupujemy i dlaczego, a tacy ludzie sa już zazwyczaj pasjonatami i wzrost wartości jest dla nich raczej miłym bonusem niż podstawowa motywacja zakupu. Inna sprawa, że czasami znajduja oni naśladowców, którzy ich małpuja, albo sami doradzaja milionerom – na to, jak już mówiłem, nawet ustrój NRD nie był w stanie nic poradzić (dopiero ten stalinowski zwalczył zjawisko, ale chyba nie o to nam chodzi).

      • benny_pl napisał(a):

        ja bym raczej zapytal dla czego wogole z tym walczyc??
        skoro ktos kupil ZA SWOJE tego Trabanta, bilet na mecz czy cokolwiek innego, i chce za to duzo wiecej, to o ile tylko ktos tyle zaplaci no to kazda strona jest zadowolona – sprzedawca: sprzedal samochod za cene wystawiona, „spekulant”: bo zarobil, i ostateczny klient: bo ma

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście że tak – o tym był właśnie mój komentarz, chociaż jak zwykle trochę się zakręciłem.

    • Rychu95 napisał(a):

      @ndv Bardzo dziękuję za pokazanie mi Art Morrison.

  16. benny_pl napisał(a):

    ladny Mercedes, jesli chodzi o stan zewnetrzny, bardzo ladny kolor, ale ja tam bym nie dal 1/10 tej ceny, ale to dla tego, ze mnie zupelnie nie pociaga, wolal bym sobie kupic za ta cene Traction Avanta i 2cv w dobrym stanie 🙂

  17. Mav napisał(a):

    Mam wrażenie, że ceny starszych mercedesów poszybowały bardziej niż innych klasyków dlatego że mercedes jest (albo sprawia wrażenie) bezproblemowy. Jedynym problemem przy renowacji może być zasobność portfela, a nie podaż części.

    Oczywiście nie sprawdzałem tego osobiście, ale oglądając programy w TV czy youtube odnoszę wrażenie, że producentowi zależy na tym, aby ludzie tak myśleli.
    Podobno części typu uszczelki, wygłuszenia czy elementy wnętrza są dostępne bezpośrednio od producenta… a do „starego” citroena szukaj wiatru w polu – części mechaniczne jako-tako, ale wygłuszenia, czy oryginalne nadkola…

    • SzK napisał(a):

      Do Mercedesa do niedawna wszystko było dostępne u producenta, albo jako zamienniki w każdej jakości – od chińskiej do OEM. Problem był tylko z pewnymi elementami wnętrza. Ostatnio jest trochę gorzej, ale cały czas rewelacyjnie. Nawet na Allegro używki znajduje się w 5 sekund. Inna sprawa, że faktycznie, tanio nie jest.

      Dobrze utrzymany, klasyczny Mercedes jest całkowicie bezawaryjny, tylko ze to „dobre utrzymanie” w przypadku auta w wieku zabytkowym oznacza znacznie większe nakłady niż się do wydaje posiadaczom dziesięcio- czy piętnastolatków.

      A popyt, a więc i wzrost cen jest ogromny, bo ludzie bardziej lubią mieć w garaży Mercedesa SL niż Peugeota 106, zwłaszcza w naszej części świata. Jeszcze raz powtórzę, że popularne auto ma wartość jako klasyk jedynie dla osób, które czują do niego osobisty sentyment, podczas gdy luksusowe może być atrakcyjne i bez tego. Jeśli dodamy do tego wyżej wspomnianą bezproblemowość (niezawodność i dostępność części), no i ogromną podaż (bardzo duża część egzemplarzy dożywa zabytkowego wieku w dobrym stanie), zagadka przestaje być zagadką.

      • Mav napisał(a):

        Tylko widzę znacznie więcej klasycznych Mercedesów niż np. klasycznych BMW czy Jaguarów. Luksusowa może być też Toyota Crown czy Camry albo Range Rover… a jednak Mercedes jest znacznie popularniejszy 😉

      • SzK napisał(a):

        Toyoty na pewno nie kojarzą się z wypasem w naszej części świata, do tego dochodzi niedostępność części do starszych modeli.

        BMW ma na pewno szerszą bazę fanów, ale raczej mało zainteresowanych zabytkami 🙂 Do tego w wieku 20 lat przeciętna beemka jest albo od dawna rozbita, albo zatuningowana i zakatowana na śmierć. Mercedesy z kolei nieporównanie częściej kupowali emeryci i stateczni ludzie, którzy trzymają je w garażu do dziś i sprzedają bezpośrednio kolekcjonerowi. Oczywiście przypadku bywają najróżniejsze, ale statystycznie tak bym to wdział.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Szczerze powiem , że to się powoli zmienia z BMW. Widuję coraz więcej E30-ek , czy E34 , które są już traktowane jako klasyki, nawet w moim mieście. Ale fakt do tej skali co Mercedes jeszcze daleko, że się tak wyrażę. Poza tym modele sprzed 1975 roku nawet Neue Klasse w Polsce są baardzo rzadkie w porównaniu z W114/115.

      • Daozi napisał(a):

        Jest chyba wyjątek, a może dwa: BMW 635i oraz BMW 850. Oba piękne (co się rzadko w przypadku BMW zdarza), oba piekielnie drogie w eksploatacji i dość drogie w zakupie – 635i mi się marzyła, do czasu jak zacząłem się interesować kosztami. Dziękuję postoję. Tylko, że i tak jest ich obu chyba mniej niż Mercedesów.

      • SzK napisał(a):

        Przeciwko tym modelom to sam bym nic nie miał, o czym zreszta pisałem przy okazji niedawnej przejażdżki E34. Tyle, że tak jak mówisz – ich jest mało, bo po pierwsze, nigdy nie było tyle, co Mercedesów, a po drugie, ogromny ich odsetek został rozbity już zajeżdżony (szczególnie w przypadku starej 6-tki, z 8-mka ten problem jest oczywiście mniejszy).

    • benny_pl napisał(a):

      no to dla mnie tam zdanie: „podczas gdy luksusowe może być atrakcyjne i bez tego” nie jest prawdziwe, mnie zupelnie nic nie pociaga w takich „luksusowych” autach, powiem wiecej, ze mi w Xantii sie duuuzo wygodniej jezdzi niz w Mercedesie
      poza tym ciezko nazwac 106-tke klasykiem.. jeszcze z 10 lat trzeba by poczekac…

  18. Krass napisał(a):

    Jak można, kurwa mac, napisac, ze w201 jest nieciekawe?
    Ukochane dziecko Sacco, kamien milowy, poczatek nowej epoki. Rewolucja w praktycznie wszystkim mercedesowym.
    Ze nie wspomne o tym, ze ma zwyczajnie lepsze proporcje niz przeceniany 124. I mniej gnije.
    Wstyd.

    • MK_1990 napisał(a):

      To,że ktoś ma inne zdanie to odrazu trzeba wyjeżdżać z wulgaryzmami? Komentarze w dyskusjach są w ogromnej większości kulturalne i wyważone. Proponuje trzymać się poziomu innych komentujących.

      • Krass napisał(a):

        @MK1990, ale autor nie pisal, ze mu sie nie podoba. Tylko, ze 190 jest nieciekawa.

        A prawda jest taka, ze 190 byla rewolucją. Moze sie nie podobac, ale negowac znaczenia zwyczajnie nie wolno. Bez 190 nie byloby ani przecenianego balerona, ani w zasadzie niczego z mocnego przelomu ’80/’90. Smutne, ze w polsce kladzie sie laske na ten fakt.

        A wywazone komentarze sa dla lizusow i ludzi bez wlasnej opinii.

      • benny_pl napisał(a):

        mi sie 190tka podoba najbardziej ze wszystkich mercedesow, nie jest taka przedadnie wielka, jeszcze jak by miala naped na przod, i nie gnila jak szalona to nawet mogl bym tym jezdzic, nawet kiedys sie kolega chcial zamienic ze mna 190 za CC, ale nie chcialem bo tam wogole podlogi nie bylo…

    • Aleksander napisał(a):

      Moim zdaniem to, że dany model jest udanym i rewolucyjnym kamieniem milowym, oraz ulubionym samochodem jego projektanta, nie musi automatycznie oznaczać, że posiadanie go czy jeżdżenie nim jest ciekawe. Myślę, że większość ludzi zgodzi się, że coupe klasy wyższej, albo luksusowy roadster będzie dla właściciela i otoczenia znacznie ciekawszym klasykiem od sedana klasy średniej 😉

      • Krass napisał(a):

        O, tak. Dla otoczenia… Rece opadaja.

      • Aleksander napisał(a):

        Tak, dla otoczenia też. Fajne samochody sprawiają radość, poza właścicielem, wszystkim do okoła gdzie tylko się pojawiają. Nawet przypadkowym przechodniom. Urozmaicają i upiększają krajobraz. Jak chodzi o posiadanie, jeżdżenie czy oglądanie, to SL jest definitywnie ciekawszy od 190-tki i na jego tle W201 może być nudne. Może 190-tka jest lepszym obiektem do opowiadania sobie historii o powstaniu modelu, ale to nie jest argument za zakupem 😛 A powyższy wpis jest właśnie o kupowaniu, dlatego nie ma się co czepiać.

    • jonas napisał(a):

      „W201 pojawił się na rynku 8 grudnia 1982 roku, produkcję zakończono w lutym 1993 roku w Sindelfingen, a we wrześniu 1993 roku w Bremie. Wyprodukowano 1 879 629 egzemplarzy.”

      Dodajmy do tego odbiór modelu podobny do Lexusa IS pierwszej serii – skandal, profanacja, marka się stacza z luksusowych limuzyn na poziom plebejuszy i pospólstwa (Lexus wszak zaczął od razu z grubej rury modelem LS). Nijak nie będzie to ciekawy klasyk.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        A może i będzie? A co z wersjami przygotowywanymi przez coswortha? baby benz ma oddane grono wielbicieli. według mnie pierwszym modelem „skandalicznym” była pierwsza klasa A , ale to moja subiektywna opinia.

        Lexus IS 200 a 2-3 lata będzie mentalnym następcą E36. Już widuje egzemplarze służące do upalania. Co nie zmienia faktu , że auto jest bardzo ładne , ale niestety dużo egzemplarzy skatowanych wbrew pozorom.

      • Krass napisał(a):

        Nie bedzie. Typowy polski janusz nie uwaza 190, bo nie jest prestizowa jak baleron. Bo bylo mniej taksowek sciaganych jako skladaki, wiec sie narod nie oswoil z malym sedanem.

      • ndv napisał(a):

        Nosz (seria januszowych wąsatych bluzgow;) polski rynek to nie wyznacznik.
        Mnie 190 podoba sie bardziej od balerona, moim zdaniem ma znacznie lżejsza, przyjemniejsza linie – ale ceny klasyków to tylko i wyłącznie to, co myślą inni. A za sterami 190 raczej nie poczujemy sie jak don Wołowina czy inny towarzysz dyktator czy chociażby panu prezesu sluza unizenie (bo to jest chyba główny powód zainteresowania Mercedesami, kiedyś słyszałem ze w przypadku BMW zaopatrzenie w części tez jest bardzo dobre)

      • SzK napisał(a):

        Gdzie jak gdzie, ale tutaj nie spodziewałem się potoku komentarzy koncentrujacych się na „reakcjach otoczenia”.

        Czy to naprawdę jest jedyna cecha odróżniajaca poszczególne modele i oddzielajaca auta popularne od tych z wyższej półki…? Naprawdę nie widzicie żadnego innego kryterium decyzji pomiędzy nimi…? Czy każdy człowiek wybierajacy cokolwiek ponad najtańsza opcję w każdej dziedzinie jest „januszem”…? Gdyby tak było, to cały Zachód musiałby jeździć Loganami, a jednak tak nie jest. Czyżby w Szwajcarii było więcej „januszy” niż u nas…?

        W moim przypadku większość otoczenia nie ma pojęcia o tym, czym jeżdżę. Garaż mam daleko od bloku (wielka płyta z lat 80-tych, na jednym z najtańszych i najbardziej plebejskich osiedli Krakowa) i prawie nigdy nie pojawiam się samochodem pod brama, chyba, ze mam coś bardzo cieżkiego do wyniesienia lub zniesienia (może kilka razy w roku). W pracy o samochodach, również swoich, rozmawiam wyłacznie z kilkoma petrolheadami, podczas gdy większość zaspołu również nie wie, czym jeżdżę. Nawet w rodzinie o SLu wie tylko część osób, głównie właśnie samochodziarzy – poza tym nie odczuwam potrzeby, by się tym chwalić, a wręcz przeciwnie (zreszta jeśl ijuż schodzi na ten temat, to jestem raczej wyśmiewany, że nie jeżdżę Honda za pół darmo, jak wszyscy w rodzinie). Na blogu, owszem, piszę o swoich autach, bo tutaj spotykamy się właśnie jako samochodziarze i wymieniamy swoje opinie i doświadczenia. Jednak widzac takie reakcje zastanawiam się całkiem na serio, czy by nie przestać.

        A co do „prestiżu modelu” to nie wiem, czy wiecie, ale w RFN nic innego jak właśnie 190-tka była w swoim czasie uznawana za samochód dla pozerów – takich, co nie najlepiej zarabiali, ale za wszelka cenę chcieli mieć gwiazdę na masce. U nas na ten model mówi się zazwyczaj „Baby-Benz”, ale Niemcy znacznie częściej mawiaja „Gastarbeiter-Mercedes”, bo to właśnie ten model kupowali odpowiednicy ludzi, których nazywacie „januszami”.

        Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć, że ktoś dobrze się czuje w jednym aucie, a w innym nie? Ja BMW nigdy nie chciałem, na tej samej zasadzie, jak nie chciałem ogolić się na łyso i założyć na szyję złotego łańcucha, albo słuchać rapu. Czy jeśli ktoś w zamian lubi chodzić w wyprasowanej koszuli i słuchać klasyki to od razu znaczy, że jest szpanerem i żyje na pokaz…?

        Ja swojego upodobania do Mercedesa nabrałem w dzieciństwie, kiedy nie znałem pojęcia prestiżu, a wożony byłem starym, przegnitym na wylot złomem. Mój ojciec cenił te auta za coś zupełnie innego niż „reakcje otoczenia” (które były zreszta najczęściej ironiczne), a ja właśnie po to kupiłem klasyka, żeby wrócić do tamtych czasów, kiedy dobry samochód był po prostu dobry, a nie „prestiżowy”, i nie trzeba było nic wiedzieć o hierarchii marek, żeby go docenić. Zreszta jak już miałem swoje pierwsze W116 – 26-letnie i wymagajace noszenia kaloszy w deszczowej pogodzie – woziłem nim nieraz swoja świętej pamięci Babcię. Ona nie rozpoznawała marek samochodów i nie wiedziała do czego służy kierownica, ale przy każdej okazji mówiła mi, że „tutaj, to się jedzie wygodnie i przyjemnie, a nie tak jak u twojego taty” (tata jeździł nowymi, salonowymi Civikami). Ale dzisiaj, z niewiadomego mi powodu, wszyscy mówia tylko o „januszach”.

      • ndv napisał(a):

        @SzK: ale po co się tłumaczysz czy próbujesz coś racjonalizować? Podobają ci się Merce i dobrze, tyle wystarczy.

        Ale rynek na „klasyczne Mercedesy” z czegoś się bierze – IMO właśnie z tego, że Mercedes jak żadna inna marka kojarzy się z BWO (bardzo ważna osobistość). Z tego samego powodu złoto jest cenne – bo jego zastosowania są mocno ograniczone.

      • SzK napisał(a):

        Złoto zostało środkiem wymiany ze względu na wiele cech. Rzadkość – oczywiście, ale wcale nie tylko:

        -złoto jest niezniszczalne – to bardzo ważna cecha w przypadku gromadzenia wartości (fachowo zwanego tezauryzacja),
        -jest łatwo podzielne (ważne przy płaceniu za drobiazgi),
        -ma wysoka wartość w przeliczeniu na wagę, łatwo je też przechowywać, przewozić i ukrywać,
        -podaż złota rośnie bardzo powoli, więc i wartość powinna być stabilna. Mało prawdopodobne jest nagłe zalanie rynku wielka jego ilościa (jedynym wyjatkiem w historii był podbój Ameryki Południowej i Środkowej przez Hiszpanów).

        P.S. Nie próbuję się tłumaczyć, tylko pokazuję, że motywy sa różne i nie sprowadzaja się do „januszowania”. Zdaję sobie sprawę z nieracjonalności mojej pasji i wiele razy o tym mówiłem, tyle tylko, że nie lubię, kiedy ludzie mówia, że fajny samochód to wyłacznie lans, bo to absolutnie nieprawda.

      • Krass napisał(a):

        Gastarbeiterbenz? A dzisiejszy szał na C124 to nie z biedy? A SL z 2/3 silnika to taki niby gruby strzal? 😉

        Ja nikomu nie bronie. Kupujcie, co tam chcecie. Ale na W201 zwyczajnie nie pozwolę cisnąć.

      • SzK napisał(a):

        Ludzie, odczepcie się od tej „biedy”.

        „Gastarbeiter-Mercedes” to cytat z niemieckiej prasy, nie moje zdanie. Ja akurat uważam, że Fiat 500 albo Citroen 2CV to też sa piękne klasyki (skadinad jedne z moich ulubionych, o czym już pisywałem), nie mówiac o Isetcie albo starym Mini – ich właścicielom tez będziesz wypominał „biedę”…? Jeśli tak, to nawet nie skomentuję.

        Zdanie o nieciekawości 190-tki zaczałem od słów „czysto subiektywnie jawią mi się…” i choćby z tego względu nie zamierzam się z niego tłumaczyć, bo każdy może mieć swoje własne, dowolne zdanie o dowolnym przedmiocie, od „Piety” Michała Anioła po koncert disco-polo.

        Co do SLa „z 2/3 silnika” to nie był on tańszy od przeciętnej ceny 500-tki, tyle tylko, że był w nieprzeciętnie dobrym stanie, a to liczyło się dla mnie najbardziej. W przypadku youngtimera nie wybiera się dowolnej, wymarzonej specyfikacji, tylko w pierwszej kolejności stan. Wybór przegnitego V8 zamiast pięknego R6 to w tym przypadku jest właśnie definicja „januszowania”. 6 cylindrów jest dla mnie zupełnie wystarczajace, a jeśli czytujesz Automobilownię to na pewno wiesz, że dźwięk szóstki cenię wyżej niż jakiejkolwiek ósemki (znów czysto subiektywnie i nikomu nic do tego). Tutaj akurat w 100% zgadzam się z Adamem z Giełdy Klasyków, który we wstępie do któregoś z ogłoszeń napisał, że „ludzie wypowiadajacy się o sześciocylindrówkach w S-Klasie” – bo to akurat chyba o W140 chodziło – „dziela się na tych, którzy na nie narzekaja i tych, którzy choć raz się nimi przejechali”. O ile on nieraz w tych wstępniakach przesadza, to w tym przypadku podpisuję się dwoma rękami.

      • Aleksander napisał(a):

        Mam wrażenie, że niefortunny skrót myślowy „reakcje otoczenia” został źle zrozumiany i chciałbym rozwiać wątpliwości tłumacząc czym dokładnie jest to otoczenie 😉

        Po pierwsze uważam, że to co o naszych samochodach myślą nieinteresujący się motoryzacją dalsi członkowie rodziny, koledzy z pracy, czy znajomi jest zupełnie nieistotne. Nie ma sensu im o tym opowiadać, ale jak już sami zapytają to nie ma potrzeby tego ukrywać. Zalecana jest normalność i zdrowy rozsądek 😉

        A z tymi, którzy się interesują, można po prostu się dzielić swoją radością i nie ma znaczenia, czy to rodzina, znajomi, koledzy z pracy, klubów, zlotów, czy całkowicie przypadkowi ludzie zagadujący na ulicy. To o nich wszystkich mi chodziło.

        Kiedy sam miałem wzbudzający zainteresowanie samochód, to zawsze porozmawiałem z każdym kto mnie zaczepił na ulicy, stacji benzynowej czy parkingu. Zdarzało mi się też czasem kogoś przewieźć bezinteresownie. Nie da się mieć osobiście wszystkich fajnych samochodów, więc czasem ja się podzielę swoją radością z „otoczeniem”, a czasem jakiś inny, może nawet przypadkowy i nieznajomy petrolhead podzieli się ze mną.

        Kiedy ktoś inny ma ciekawy samochód, wtedy to ja staję się częścią tego „otoczenia”. I wolałbym żeby moi znajomi mieli jak najwięcej ciekawych modeli, bo tak jest po prostu fajniej. Przykład: Załóżmy że kumpel ma Mercedesa. Jeżeli to SL albo SEC to bardzo się cieszę. Jeżeli ma W201 to dalej się cieszę, ale umiarkowanie 😉 Jestem „otoczeniem”, a mniejsza lub większa radość to moja „reakcja”.

      • benny_pl napisał(a):

        radosc otoczenia tez jest fajna, i nie musi miec nic wspolnego z burzujstwem czy zyciem na pokaz. ja doswiadczylem tego wielkoktornie majac Libero – jest to tak przesympatyczny samochodzik, ze mnustwo ludzi sie usmiecha na jego widok, i nic dziwnego, ja go tez mialem dla tego ze mi sie straszliwie podoba i ze jest przeslodki 🙂 na takie samochodziki az milo popatrzec, a na takiego zadbanego klasykowego Mercedesa tak samo fajnie popatrzec, bez wzgledu na to czy sie by chcialo taki miec czy nie, po prostu jest to przyjemne w ogladaniu, a juz najwazniejsze zeby sie samemu wlascicielowi strasznie podobal 🙂

      • jonas napisał(a):

        „Szał” na stare Mercedesy nie ma wiele wspólnego z umiłowaniem klasyki, zwłaszcza w przypadku tak powszechnych modeli jak W201 (wersja Cosworth to tylko ciekawostka występująca w ilościach homeopatycznych). Nadal pokutują mity z lat 80. i 90. o tym, że najlepsze są niemieckie samochody, a już Mercedesy to w ogóle. Potem kupuje taki jeden z drugim „niezniszczalnego” Gastarbeiter-Benza i nie wykonuje przy nim kompletnie żadnych czynności serwisowych, co stary samochód (nawet Mercedes) wytrzyma tylko do pewnego momentu. I chociaż ten typ ludzi motywuje swoje wybory podobnie do tutejszego ojca-dyrektora, to w przeciwieństwie do niego oraz niestety dla wybranych przez nich pojazdów nie zamierzają wydawać choćby grosza na serwis dopóki jadą one z grubsza do przodu. I to już jest zwyczajnie śmieszno-straszne.

      • SzK napisał(a):

        Szczerze, to nie znam właścicieli klasyków, którzy wydaja gruba kasę na fajne fury, a potem oszczędzaja na serwisie w ten sposób (chociaż w przypadku aut do codziennej jazdy jest to faktycznie powszechne). Ale być może moje wrażenia nie sa reprezentatywne, bo ja generalnie mam duże szczęście do spotykania w życiu prawie wyłacznie bardzo fajnych i rozsadnych ludzi.

      • truten23 napisał(a):

        Szczepan, Nie tłumacz się bo nie masz z czego.
        Chwała należy się Tobie że postanowiłeś „skoneserować” klamota.
        Podczas gdy niektórzy mogą o tym tylko myśleć. Niestety oczywiście.

  19. Yossarian napisał(a):

    No w końcu ktoś napisał sensownie o tych japońskich Mercach!

  20. Andrzej napisał(a):

    Szanowny Panie Szczepanie,znalazłem bląd formalny,pod koniec wpisu .Typowa Japonia:przebieg 60 tyś,piękny stan wizualny(również dzięki pieczołowitego…jest dopełniacz,a powinien być celownik,poza tym miodzio,czytalem w kawałkach,delektowałem się,wręcz upajalem czytając.Pozdrawiam

    • Marek Jarosz napisał(a):

      Szanowny Panie Andrzeju, najpierw zpoznaj się ze spacją, potem poprawiaj innych.

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Zapoznaj, kurna, telefon mi poprawił 😉

      • Andrzej napisał(a):

        Nie robię odstepów miedzy wyrazami panie kurna? Popracuj nad stylistyką.Poza tym to nie było do ciebe,kyrna

    • SzK napisał(a):

      Już poprawione, dziękuję!!

  21. Andrzej napisał(a):

    Pisałem z telefonu,poza tym mam bardzo slaby wzrok (jaskra),czytam i piszę z lupą w ręce.

  22. Mariusz Klos napisał(a):

    Gratuluje nabytku . Piekne auto. Kumpel mial takiego tylko SL500 . Super sprawa.
    P.S. Czasami wydaje mi sie ze czytanie komentarzy jest nie mniej pasjonujace od czytania samego artykułu 🙂

  23. Leniwiec Gniewomir napisał(a):

    Bardzo się cieszę, że mogłem choć trochę pomóc – choć z mojej pomocy niewiele akurat wynikło. Jak coś, mam chyba jeszcze nieco dokumentacji zdjęciowej.

    • SzK napisał(a):

      Pomogłeś ogromnie – zaoszczędziłeś mi kosztów jazdy do Warszawy i prawdopodobnie również dnia urlopu. Bardzo dziękuję Tobie, a także Hurgotowi, który zrobił dla mnie to samo z innym samochodem.

      • Fabrykant napisał(a):

        A ja się nie zdążyłem przyczynić, a i tak zostałem podlinkowany. Dziękuję Szanowny Autorze! Polecam się w razie czego.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        dla mnie to była przyjemność i forma przygody – poznać handlarza z Góry Kalwarii, to nie w kij dmuchał! 🙂 polecam się

  24. Krzyś napisał(a):

    Ciekawy artykuł (jak zawsze) choć traktuję go jako wstęp do dalszych odcinków.

    Gratuluję Autorowi podjęcia decyzji o zakupie klasyka jak i uporu przy poszukiwaniach. Podczas czytania oprócz ciekawości pojawił się pierwiastek zazdrości, ponieważ sam marzę o możliwości posiadania klasyka na niedzielne przejażdżki lecz nie mam na chwilę obecną takiej możliwości (mam jednego starego grata ale on się nie liczy).

    Zaciekawiła mnie analiza polskiego rynku i podejście ludzi sprzedających samochody (głównie spod chmurki) dla pewnej specyficznej grupy odbiorców czyli pasjonatów tzn. założenie, że przyjdą i kupią wszystko za każdą cenę nie patrząc na stan. No ale skoro jest podaż to pewnie i jest popyt. Ciekawy jest też opis egzemplarza z Bawarii, który był ładny tylko z wierzchu – to pouczające i cenne.

    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy tj. opis wrażeń z jazdy. W starych samochodach lubię wrażenia i odczucia przy ich prowadzeniu. Dlatego też mam starego grata którego Autor nie chciałby nawet za darmo ;), ale on daje mi namiastkę inności niż współczesne auta i przyjemność obcowania z prostą techniką. Na prawdziwego klasyka mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas i choć sytuacja za kilka lat się pewnie zmieni artykuł ten jest dla mnie bardzo pouczający.

    Co do dyskusji odnośnie wyboru modelu uważam, że był to świetny wybór. Świetny bo zgodny z oczekiwaniami i preferencjami Autora i pewnie jazda SLem sprawia dużo frajdy. Ja bym raczej wybrał coś innego ale to też bardzo dobrze bo dzięki temu jest różnorodność i jest ciekawie.

    • SzK napisał(a):

      Pewnie, że najważniejsza jest różnorodność.

      Napisałem, że nie chciałbym pewnych aut za darmo, bo nie mam zwiazanych z nimi wspomnień ani nie widzę w nich nich fascynujacego, ale to nie oznacza, że uważam tylko SLe – widać to zreszta chyba w cyklu „PRZEJAŻDŻEK PO GODZINACH”, gdzie ja autentycznie fascynuję się (prawie) każdym autem, niezależnie od segmentu, wieku i pochodzenia.

      Życzę spełnienia wszystkich marzeń, a po drodze – dużo radości z aktualnie posiadanych pojazdów, bo każdy jeden klasyk zasługuje na zachowanie dla potomności.

    • benny_pl napisał(a):

      napisz jaki to „grat” bo pewnie mi sie spodoba 🙂
      tylko przykre jest takie nazywanie go… ja tam kocham wszystkie moje starocia, mimo ze to nie sa zadne Klasyki z duzej litery K, to „gratami” ich nie nazywam…

      • Krzyś napisał(a):

        Już pisałem pod wcześniejszym artykułem o Fiacie 500 😉 Rok temu kupiłem sobie malucha FL z 1993 roku więc taki średnio ciekawy egzemplarz. Kupiłem go trochę „na próbę” żeby zobaczyć czy jest sens na poważnie wchodzić w temat jakiegoś klasyka lub youngtimera a zaważyło to, że jest niemal identyczny z egzemplarzem, na którym stawiałem pierwsze kroki za kierownicą oraz to, że kosztował niewiele ponad tysiąc złotych. Był zdolny do samodzielnej jazdy, miał ważne ubezpieczenie i przegląd, nie miał żadnych przeróbek. Zaletą jest jego stan mechaniczny bo jeździ świetnie lecz blacharka wymaga ingerencji w niemal każdy element i co za tym idzie malowania w całości ale póki co nie mam garażu więc to raczej dobrze, że nie ma idealnego lakieru. I obiektywnie to jest grat ponieważ wygląda na bardzo spatynowany i zużyty ale bardzo go lubię. Wczoraj pojechałem sobie nim do pracy i bardzo poprawiłem sobie humor.

        Zasadniczo to problem z moim maluchem jest taki, że wątpliwy jest sens ekonomiczny doprowadzenia do do stanu idealnego bo samo porządne wykonanie blacharki wyniesie tyle za ile można kupić zdrowy egzemplarz i obawiam się, że koniec końców kupię sobie kiedyś inny egzemplarz albo w ogóle inny samochód. Ale po kolei, najpierw własny garaż a później jakieś poważniejsze (i droższe) decyzje.

        Co do takiego a nie innego nazywania go to takie trochę przewrotne z mojej strony, bo jak pisałem bardzo go lubię ale mam świadomość wszystkich jego ułomności i faktu, że nie jest to jakiś cud techniki ani model, który byłby w jakiś sposób odkrywczy czy rewolucyjny. Ktoś inny nawet na niego nie spojrzy ale choć to nielogiczne mnie sprawia dużo frajdy i radości.

  25. Maliszep napisał(a):

    Fajny watek, gratulacje dla R129 za swietnego nowego wlasciciela 😉

    Mam jeszcze jedno pytanie w temacie youngtimerow… Jak ubezpieczacie te auta i jak wyglada proces naprawy/odszkodowania ?

    Wezmy na ten przyklad wlasciciela pieknego opla kadetta z lat 80, ktory w/g standardowych wycen ma wartosc smieciowa, a tak naprawde w/g rynku ma wartosc ~15000zl.
    W sytuacji kiedy wydtapi wypadek,
    auto powinno byc naprawione z OC sprawcy. Ubezpieczyciel stwierdza szkode calkowita i zwraca jakas sume… Jak ta suma jest obliczana. Czy wlascicuel ma szanse nie byc stratnym na takim wypadku nie ze swojej winy ? Czy sa ubezpieczenia dla youngtimerow ze specjalnymi warunkami ?

    • SzK napisał(a):

      Tutaj jest niestety problem. W przypadku prawdziwych zabytków można zrobić AC według wyceny rzeczoznawcy (która trzeba najpierw zorganizować i opłacić), ale dopóki nie ma żółtych tablic, to niestety niewiele się da zrobić. A Auto-Casco na 25-letnie auto jest nie do zrobienia w żaden sposób. Jedyne, co mozna zrobić, to nie rozbijać się 🙂 Ale na żółte tablice jest szansa już bardzo niedługo, o ile konserwator nie uzna, że R129 to zbyt pospolity model (małopolski konserwator jest akurat dość przyjazny samochodziarzom).

      • Maliszep napisał(a):

        Hmmm i tu jest problem, jak zostaniesz upolowany przez jakiegoś szybkiego i wściekłego.
        Co z tego, ze wypadek będzie nie z Twojej winy… Strata będzie konkretna.
        Dopóki nie będziesz miał żółtych tablic i odpowiedniego AC to strach jeździć…

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        SzK, a brałeś pod uwagę kwestię ewentualnej sprzedaży R129 za granicę za X czasu? (W Polsce raczej może być ciężko). Będziesz musiał uzyskać zgode konserwatora.

      • SzK napisał(a):

        Zgodę dostaje się od ręki, jeśli samochód nie ma jeszcze 50 lat, no i został sprowadzony z zagranicy za pieniądze właściciela. Ten przepis ma raczej chronić arcydzieła naszej rodzimej sztuki, a nie importowane samochody.

        Poza tym w Polsce, jak na razie, ładne R129 sprzedają się w 5 sekund – nie mówię o tych przypadkach opisywanych w artykule, tylko o tych sprowadzanych przez specjalistów, Niektóre są sprzedane jeszcze przed wystawieniem ogłoszenia (mój też był już wcześniej zaliczkowany przez kogo innego, kiedy zadzwoniłem JEDEN DZIEŃ po wystawieniu na Giełdzie Klasyków, tylko klient później zdecydował się na inny egzemplarz, więc sprzedawca oddzwonił do mnie, że jestem następny w kolejce). Oczywiście trendy się zmieniają, ale ładne klasyki z wiekiem raczej zyskują powodzenie niż tracą. Chyba, że po drodze jeżdżenie nimi zostanie zabronione albo poważnie ograniczone, ale na to się na razie nie zanosi – choćby dlatego, że bo władcy tego świata mają za dużo kasy poinwestowane w oldtimery.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        No sprzedawać się sprzedają. Ale czy klienci to w każdym przypadku Polacy to kwestia dyskusyjna.

      • SzK napisał(a):

        W ogromnej większości są to Polacy. Auta są zresztą powystawiane z opłaconą już polską akcyzą, więc zdecydowanie przeznaczone na nasz rynek (widziałem tylko jeden przypadek – to ta tuningowana 500-tka w Warszawy, z którą Basista był u mechanika – że sprzedawca mówił, że czeka z akcyzą do momentu wyklarowania się obywatelstwa nabywcy.

        To właśnie jeden z e sprzedawców mówił mi o trzycyfrowej liczbie SLi sprowadzonej niedawno do Polski.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Jeżeli faktycznie tak jest , to mamy rzeczywiście biedne społeczeństwo 😉

      • SzK napisał(a):

        Wiesz, takie wyrwane z kontekstu, pojedyncze cyferki nie świadczą o niczym. Prędzej już trendy – a te są bardzo silnie wzrostowe. Widać to nie tylko po cenach, ale też po liczbie takich old/youngtimerowych salonów. Dopóki nie zacząłem szukać na poważnie, to nawet nie wiedziałem, że jest ich w Polsce aż tyle.

    • Fabrykant napisał(a):

      Noł risk noł fan. He he.
      Jest ubezpieczenie AC dla klasyków- w Warcie, zrobię tu jej bezpłatną reklamę, pomimo że nie korzystam:
      https://wartaklasyki.pl
      Nie wiem jakie są warunki, ale się nie wgłębiałem. O ile wiem- nie potrzeba żółtych tablic.
      Całe moje automobilowe życie przejeździłem bez AC. Jak słusznie zauważył Szczepan- należy się nie rozbijać 😉 .
      Znam za to z pierwszej ręki sytuację, w której koparka odśnieżająca parking rozbiła szybę w zabytku (Humber). Była policja, spisała protokół, a PZU stanęło na wysokości zadania i zapłaciło za tą szybę jak za zboże z OC sprawcy, pomimo że auto było jeszcze na czarnych tablicach.

      • SzK napisał(a):

        Dziękuję za informację!! Na pewno się zapoznam!!

      • benny_pl napisał(a):

        a mi sie wydaje, ze wtedy najlepiej sie uprzec na naprawe bezgotowkowa w porzadnym serwisie (tutaj dam reklame Kępa Auto Centrum w Lublinie, bo robia wysmienicie, widzialem – po naprawie nie do poznania, jest tam drogo, wiec w zasadzie zyja z tych napraw bezgotowkowych, a ja ich bardzo lubie bo dodatkowo maja mini-auto zlom gdzie kupilem juz mnustwo czesci 🙂 )
        jezeli sie tylko nie stara za wszelka cene zarobic na tym wypadku, a chce sie miec przynajmniej tak samo dobry (choc od nich bedzie nawet lepszy) jak przed wypadkiem samochod, to mysle ze jest to najlepsza opcja. oczywiscie trzeba wybrac najlepszy zaklad zajmujacy sie naprawami bezgotowkowymi, a wartosc samochodu jest nieistotna, szkoda to szkoda, OC jest po to, zeby ta szkode naprawic i juz

      • SzK napisał(a):

        Jeśli wartość naprawy przekracza 70% wartości samochodu, to ubezpieczyciel orzeka tzw. szkodę całkowitą – wypłaca pełną wartość auta i zabiera wrak.

      • benny_pl napisał(a):

        w takim wypadku pewnie lepiej udac sie do jakiejs firmy „wyludzajacej” wyzsze odszkodowanie. jesli jest to cenny klasyk to pewnie sobie poradza, no chyba ze jest to „maluch za 50tys” to sie pewnie tylko popukaja w czolo ze ktos tyle zaplacil…

  26. benny_pl napisał(a):

    fajna strone znalazlem wczoraj:
    http://www.autoinfo24.ru/rukovodstva-po-remontu/inomarki/nissan/micra

    tu sa serwisowki do prawie wszystkiego, jak ktos niebardzo gawari pa ruski, to moze sobie w linku na koncu zmieniac tylko producenta i model

  27. Adrian napisał(a):

    SL R129 to piękne auto zarówno w wersji przed i po liftowej ( aczkolwiek w wersji przed liftowej jest po prostu bardziej klasyczne i cechy charakterystyczne przed lifta bardziej pasują do tego auta ). Warto wspomnieć, że nie wiele osób kupujących R129 zdaje sobie sprawę, że wszelkiego rodzaju modyfikacje w tym aucie ( głównie w autach z Japonii ) są po prostu passe dla kolekcjonera w związku z czym trzeba omijać takie poprzerabiane wersje z daleka ( w przyszłości będziemy mieli problem z ich odsprzedażą, chyba że trafi nam się fan wiejskiego tuningu J ). Jest to jednak mało prawdopodobne bo R129 trafia najczęściej w gusta ludzi dojrzałych, majętnych i na poziomie z zamiłowaniem do klasycznej sylwetki auta. Najbardziej poszukiwane są wersje z rynku europejskiego ( Niemcy, a już na pewno Szwajcaria ). Wersje europejskie z tych rynków to rzadkie okazy bo tak jak Szymon wspomniał te auta za granicą są bardzo drogie i ich ceny znacznie przekraczają wartość aut jakie można kupić w naszym kraju ( chociaż u nas wybór jest coraz mniejszy, a ceny w niedługiej perspektywie pewnie zrównają się z cenami na zachodzie ). Dlatego na potęgę ściągane są auta z Japonii i USA. Te z USA najczęściej są powypadkowe i rzadko się zdarza aby miały Clean Title. Czasem zdarzy się, że warto nabyć taki egzemplarz z USA bo jego wypadkowość jest bardzo powierzchowna ( tak było w przypadku mojego drugiego SL’a ). Kiedy w końcu dojrzałem do kupna tego pierwszego egzemplarza nie wiedziałem, że jego ewentualny zakup może być aż tak problematyczny. Ceny na portalach ogłoszeniowych ( połowa roku 2014 ) oscylowały w granicach 25 tys za podejrzane egzemplarze, do 30 kilku tysięcy za względnie akceptowalne wizualnie ( często 300SL i SL320 ) i 40-45 tys za całkiem zachęcające ( w tym przedziale cenowym było do kupienia sporo 500SL i SL500 ). Były również droższe samochody, ale tyczyło się to prawdziwych perełek lub rzadkich wersji stylistycznych ( np. Silver Arrow ) lub aut z pakietami AMG czy też rzadszymi silnikami ( np. 600SL ). Słyszałem wiele historii osób, które kupiły samochód za kwotę X a potem musiały do tej kwoty dołożyć 50 % lub więcej kwoty X. Po takich wydatkach dalej auto nie spełniało cech auta kolekcjonerskiego ( mimo, ze kwota X nie była mała ). W związku z tym wiedziałem, że będzie ciężko zamknąć się w przedziale cenowym 30-40 tys. Znam jednak także historie osób, które za rozsądne pieniądze kupiły naprawdę dobry samochód. Ja miałem to szczęście, że kupiłem swój egzemplarz ( europejski ) od majętnego człowieka, który w przeciągu dwóch lat dołożył do auta ponad 30 tys zł dokonując wszelkich napraw w ASO Mercedes. W związku z tym trafił mi się samochód, którego eksploatacja wcale nie musiała być kosztowna. Samochód pochodził z rynku niemieckiego i miał nietypową jednostkę napędową 2.8 z manualną skrzynią biegów ( wyprodukowano ich poniżej 1000 sztuk ). Był to dodatkowy smaczek, aczkolwiek trzeba zauważyć, że 204 konny silnik 2.8 dla auta o masie prawie 2 ton to było z pewnością za mało. Wystarczyło to jednak, aby cieszyć się spokojną dostojną jazdą z otwartym dachem w ciepłe weekendy. Ów egzemplarz nie był jednak pozbawiony minusów, które mogłyby je dyskwalifikować w oczach kolekcjonera. Na całym aucie był położony drugi lakier ( plus, że w Aso Mercedes ), a przód maski w kilku miejscach miał 300-350 mikronów, gdyż auto trafiło do Polski z lekkim uszkodzeniem przodu. Dodatkowo ja byłem jego trzecim właścicielem w naszym kraju i 4tym od początku. Biorąc jednak pod uwagę rewelacyjny stan auta zdecydowałem się na jego zakup i nie żałowałem. Auto spisywało się bezproblemowo i dawało bardzo dużo frajdy. Dokupiłem do niego nowe opony, naprawiłem wszystkie mankamenty mechaniczne zlokalizowane przy przeglądzie przed zakupowym i użytkowałem je prawie 3 lata ( w sumie moje nakłady finansowe oscylowały w granicach 6 tys zł ). Jednak w miarę apetytu mój głód na coś lepszego wzrastał. Ów apetyt szczególnie wzrósł kiedy miałem okazję uczestniczyć w zlocie R129 i widzieć jak sprawują się i jak wyglądają auta innych kolegów. Zaczęła chodzić mi po głowie większa jednostka napędowa oraz jasny kremowy środek i czarny kolor nadwozia. Niestety w tej opcji kolorystycznej taki egzemplarz jest bardzo rzadki i ciężki do kupienia chociaż niedługo po zlocie jeden z jego uczestników sprzedawał dokładnie takie auto o jakim marzyłem. Brak wystarczających środków finansowych spowodował, że musiałem obejść się smakiem. Minęło kilka miesięcy i dostałem cynk od znajomego, że jest do kupienia auto świeżo sprowadzone z USA ( po lekkim wgnieceniu tylnego zderzaka i złamaną tylną lampą ). Auto posiadało pakiet stylistyczny AMG, 306 konny silnik 5.0 M113, jasny kremowy środek i co ciekawe, drewnianą kierownicę ( praktycznie drewnianą w całości co się bardzo bardzo bardzo rzadko zdarza ). Nie zastanawiałem się długo, bo druga taka okazja mogła się po prostu nie trafić. Zadbane R129 to nie tylko wdzięczne auto bo pozwala na jego bezproblemowe użytkowanie, ale również takie egzemplarze zazwyczaj nie mają problemu z ich odsprzedażą. Moja 280tka sprzedała się kilka dni po jej wystawieniu. Wystawiłem ją za niewiele więcej niż kosztowała mnie całościowo przez te 3 lata. Przyznam, że trochę żałuję tej ceny, bo spodziewałem się, że auto będzie sprzedawać się dłużej, jednak jak się okazuje na rynku nie ma dobrych egzemplarzy w pewnym przedziale cenowym, a już na pewno nie takich egzemplarzy jak mój pierwszy SL. Jestem pewien, że znalazłby on nabywcę również za 10-15 tys więcej. Z pewnością bogata historia i bardzo duży zastrzyk finansowy dołożony do auta zachęciły nabywcę do jego kupna szczególnie, że dopiero zaczynał swoją przygodę z R129 i słabsza jednostka silnikowa nie odstraszała go przed zakupem. Czarna 500tka mimo, ze również poliftowa jak mój pierwszy SL jest autem zupełnie innym. Automatyczna skrzynia biegów jest dużo łatwiejsza w użytkowaniu auta ( szczególnie po mieście ), a 306 koni potrafi dać dużo frajdy. Trafiła mi się wersja od pierwszego właściciela ( Niemca ) mieszkającego w USA, który szczególnie dbał o auto, aczkolwiek 16 lat eksploatacji i 84 tys mil przebiegu wymusiło na mnie pewne zabiegi. W aucie zostały wymienione opony, kupiłem do niego również dużo ładniejsze skręcane alufelgi BBS AMG, wymieniłem amortyzatory, tarcze na perforowane, klocki, sprężyny na nieco obniżone, regeneracji została również poddana podsufitka hard topie ( często się odkleja od wysokich temperatur w autach z USA ), wymienione zostały szybki w sofcie, dodany wydech sportowy. Auto czeka jeszcze na odświeżanie lakieru, detailing wnętrza i nałożenie powłoki ceramicznej. Koszt zabiegów pochłonie grubo ponad 1/3 ceny zakupowej X tego auta. Czemu o tym piszę ? Ponieważ nie sztuką jest kupić R129, ale utrzymanie tego auta a już na pewno doprowadzenie go do bardzo przyzwoitego stanu to spore koszta. Należy jednak pamiętać, że radość jaką daje to auto jest tak duża, że nie odstrasza nawet jego wysokie spalanie często przewyższające 15 litrów na 100km. Co więcej warto zainwestować w taki samochód bo w niedługiej przyszłości ceny tych auto pójdą jeszcze mocniej do góry więc z pewnością taka inwestycja się zwróci. Już teraz widać, że ceny zadbanych egzemplarzy często zaczynają się od 75 tys, a perfekcyjnych ? Takich przeważnie nie ma, bo takie posiadacz R129 albo trzyma dla siebie, albo sprzedaje za dużo dużo więcej $$.