TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: ODA DO MŁODOŚCI

Żyjemy w epoce masowego wymierania marek samochodowych.

Oczywiście, to nie zdarza się po raz pierwszy: podobne pogromy wywoływały swego czasu obie wojny światowe oraz Wielki Kryzys. Skala zjawiska też nie jest szczególnie duża: w Niemczech pomiędzy 1924-39r. liczba producentów samochodów spadła z 65 do 12, w USA – z 44 do 8. Do takiej hekatomby nam dzisiaj daleko, ale są inne powody do zmartwień: oto kiedyś na miejsce zlikwidowanych marek wchodziły nowe, które skutecznie zapełniały dawne nisze i tworzyły nowe. Weźmy np. marki supersportowe – one wszystkie powstały w epoce powojennej, kiedy, jak mogłoby się wydawać, karty były już dawno rozdane. Rzecz jednak w tym, że w tamtym czasie rynek błyskawicznie rósł, powstawały nowe gatunki aut, społeczeństwa nie tylko bogaciły się, ale też ogromnie fascynowały osobistą mobilnością, a rządy wspierały rozwój przemysłu i motoryzacji jako takiej. Kombinacja tych okoliczności uczyniła z Epoki Chromu złoty wiek motoryzacji. Dziś jest zupełnie inaczej: rynek jako całość wydaje się nasycony (przynajmniej w tzw. krajach rozwiniętych), wymyślanie nowych segmentów rynku sprowadza się do pisania przez marketingowców coraz bardziej bełkotliwych elaboratów i wymyślanie coraz bardziej absurdalnych krzyżówek wielbłąda ze Strusiem Pędziwiatrem, kraje Zachodu są zmuszone zaciskać pasa, ludzie wykazują coraz większe poirytowanie motoryzacją, a zwalczanie jej przez władze przybiera rozmiary histerii. W tej sytuacji likwidowanie kolejnych marek samochodów nabiera zupełnie innego wymiaru.

Tym razem nie będę pisał o Saabie, Lancii, Oldsmobile’u ani żadnym szacownym producencie z tradycjami. Nie chodzi też gryzmolenie petycji i urządzanie manifestacji w obronie czyjegoś prywatnego interesu (były już takie akcje, jak np. konwoje saabiarzy przypominające, bez obrazy, jakąś Masę Krytyczną). Ktoś zwija biznes, znaczy się – marnie na nim wychodzi, czyli albo nie zna się na swojej robocie, albo nie trafia w potrzeby rynku. W obu przypadkach lepiej, by dał sobie spokój, a nie marnował zasoby, które ktoś może wykorzystać bardziej efektywnie (tzn. produkując coś, za co ludzie będą skłonni płacić). To jest właśnie idea rynku.

Wracając do rzeczy: dzisiaj będzie o jednej z najmłodszych marek samochodowych świata, w dodatku dość dla nas egzotycznej, bo nieobecnej na polskim rynku, ale bynajmniej nie ekskluzywnej. Mimo że powstała ona ledwie 13 lat temu, to niedawno – dokładnie 3 lutego –  jej właściciel podjął decyzję o zwinięciu żagli. Przeliczył się, mimo tego, że liczyć z całą pewnością umie. A to może oznaczać tylko drugi z opisanych powyżej przypadków, czyli brak klientów.

Ciekawe jest to, że chodzi o klientów szczególnego rodzaju – tych, o których marketingowcy zabiegają najbardziej. O owych mitycznych „młodych, dynamicznych profesjonalistów aktywnie spędzających wolny czas i usilnie pragnących podkreślić swoją indywidualność„. Tak wielkie zainteresowanie nimi powinno na chłopski rozum oznaczać, że to ich jest najwięcej, albo że są szczególnie zasobni. Niestety, twarda rzeczywistość pokazała coś innego: rzeczona marka, stworzona specjalnie dla nich, przetrwała zaledwie trzynaście lat, przy czym przez ostatnie dziesięć znajdowała się na równi pochyłej. Owa marka, to Scion.

Scion to jeden z oddziałów Toyoty, czyli firmy, którą można podziwiać z wielu względów, ale która nigdy nie wykształciła wyrazistego wizerunku. Jej produkty, jak zresztą większość samochodów z Dalekiego Wschodu, należą do kategorii tzw. niewidzialnych – często nie zauważamy, ile ich jeździ po ulicach. Nawet powołując do życia Lexusa nie zadbano o zbudowanie wyrazistego image’u, choćby stylistycznego: te auta, choć należą do najlepszych w swoich klasach, z generacji na generację wyglądają całkiem inaczej i niezbyt charakterystycznie. Nie posiadają, jak to mówią marketingowcy, „własnego DNA”, pozwalającego natychmiast rozpoznać nowy model jako członka danej rodziny – czasem nawet po cieniu rzucanym na ścianę, po kształcie świateł, rozplanowaniu kokpitu albo dźwięku zatrzaskiwanych drzwi.

Być może właśnie owa niewidzialność Toyot spowodowała, że pod koniec XX wieku marka ta miała jedną z najwyższych średnich wieku klientów (54 lata). A ponieważ wiadomo, że przyszłość leży w młodych, decydenci koncernu postanowili zawalczyć właśnie o nich. W tym celu uruchomili w 1999r. projekt Exodus, mający określić założenia i przygotować grunt pod wykreowanie nowej marki, dysponującej osobną gamą modelową, siecią dealerską, a przede wszystkim – wizerunkiem tryskającym indywidualnością i przebojowością na miarę pokolenia X/Y/Z, czy jak się tam ono zwie.

Japończycy współpracowali przy tym z kalifornijską firmą designersko-marketingową Fresh Machine. Początkowo myślano tylko o specjalnej kampanii marketingowej trzech istniejących już modeli: jednego taniego sedana (Echo) oraz dwóch sportowych coupé (MR-2, Celica), ale wkrótce rozszerzono projekt i postanowiono powołać zupełnie nowy byt.

Debiut marki nastąpił podczas New York International Auto Show w 2002r. Jej nazwa, Scion, ma w języku angielskim dwa znaczenia: po pierwsze – określa kogoś pochodzącego z tzw. dobrego domu, dziedzica fortuny lub chlubnych tradycji (czyż to nie znakomita nazwa dla produktu młodzieżowego…?), po drugie zaś – „scion” to część rośliny używana do szczepienia (co też świetnie pasuje do nowego pędu wypuszczanego przez skostniałą Toyotę). Początkowo rynek ograniczono do obszaru Kalifornii, gdzie powstało 105 salonów sprzedaży. Dopiero w połowie 2004r. sieć dystrybucji objęła całe Stany Zjednoczone. W tym czasie oferowała już trzy różne modele.

Scion stosował innowacyjne strategie marketingowe: reklamowano go w kinach, na zawodach sportowych, ale przede wszystkim – w rodzących się dopiero mediach społecznościowych, czyli wszędzie tam, gdzie zbierali się ludzie młodzi. Na szeroką skalę wykorzystywano marketing wirusowy, polegający na zachęcaniu potencjalnych klientów do spontanicznego rozgłaszania informacji o firmie i jej produktach (np. propagowanie w Internecie memów czy zabawnych filmów, które użytkownicy sami sobie podsyłają).

Nietypowo zorganizowano też sam proces zamawiania samochodu, redukując do minimum interakcję klienta ze sprzedawcą (na wzór transakcji online). Głównym czynnikiem były tu sztywne, niepodlegające negocjacjom ceny zawierające od razu podatki pośrednie i opłaty stanowe („pure price„). Samochody oferowano w pojedynczych wersjach silnikowych i wyposażeniowych – bo kogo młodego obchodziłyby takie farmazony, jak pojemność skokowa, rodzaj przekładni albo system kontroli trakcji…? Jedyna możliwość wyboru dotyczyła koloru lakieru oraz akcesoriów montowanych już u dealera. Ich fabryczny katalog liczył około 150 pozycji, lecz dużo więcej oferowały firmy zewnętrzne w ramach partnerskiego programu Optōmize Scion (pisownia celowo stylizowana na transkrypcję japońską). Niektóre gadżety wywoływały pusty śmiech petrolheadów (sporą część stanowiły np. naklejki na karoserię), ale były też subwoofery i inne modyfikacje systemu audio, zestawy spoilerów (pod szumną nazwą Ground Effect Package), a nawet odśrodkowa sprężarka doładowująca, jaką przez krótki czas dało się zamówić do modelu tC (podnosiła ona moc ze 160 do 200 KM, ale szybko wycofano ją z rynku z uwagi na sporą ilość reklamacji).

Sciony odziedziczyły po Toyotach znakomitą opinię, dlatego sprzedaż szła początkowo nieźle, osiągając w 2006r. 173 tys. egz. Od tego momentu było już jednak tylko gorzej. Samochody zalegały w salonach – by je upłynnić, managerowie postanowili rozszerzyć rynek i wziąć szturmem Kanadę. Wypuszczali też serie limitowane, ale nie takie jak w Europie:”ekskluzywne” auta kosztowały tyle samo, co „zwykłe”, ponadto w ogóle ich nie reklamowano. Wysyłano tylko dealerom po kilka aut – czasem zaledwie dwie albo trzy sztuki na dany salon – o nieseryjnym kolorze lakieru albo odjechanym wzorze dywaników. Te egzemplarze, jako przyciągające uwagę, sprzedawały się łatwo, ale w żaden sposób nie pomagały opróżniać magazynów. W 2010r. sprzedaż spadła do zaledwie 45 tys. sztuk – nieco ponad 1/4 wyniku sprzed czterech lat.

Jak wyglądały same auta? Mimo założenia maksymalnego uproszczenia oferty w ciągu 13 lat logo Scion nosiło aż dziesięć różnych modeli.

Scion xA z lat 2002-2004 był tradycyjnym, 5-drzwiowym hatchbackiem segmentu B, bazującym na oferowanej w Japonii Toyocie ist, a konkretnie – na jednej z jej wersji (pamiętacie – nadmiar opcji przemęcza mózgi nabywców). Auto mierzyło 3,914 mm, było napędzane przez półtoralitrowy, 108-konny silnik DOHC połączony z czterobiegowym automatem i dysponowało pierwszym w historii samochodowym złączem iPoda. W ofercie Sciona stanowiło propozycję dla tej mniej młodzieżowej części młodzieży.

Scion xA2004_Scion_xA_--_NHTSAFoto: public domain

Drugi model, xB, był produkowany do 2007r. i stał się prawdziwym symbolem Sciona, chociaż nie wszyscy  zauważyli, że i on był w zasadzie przemetkowaną, JDM-ową Toyotą bB. Najważniejszymi zmianami były indywidualne fotele przednie zamiast kanapy i dźwignia automatycznej skrzyni w podłodze, a nie przy kierownicy.

Ten samochód adresowano oczywiście do „młodych i dynamicznych profesjonalistów, aktywnie spędzających wolny czas i usilnie pragnących podkreślić swoją indywidualność„. Był dłuższy od xA o całe 3 cm i wyglądał trochę jak mikrofalówka, a trochę jak karton na nią. Układ napędowy nie różnił się od tego z xA (napęd to przecież napęd – każdy tak samo warczy i smrodzi, więc nad czym się zastanawiać), chociaż oryginalna Toyota bB dawała wybór dwóch silników, dwóch skrzyń biegów (manualnej i automatycznej), a nawet opcję 4×4. W Scionie zrezygnowano też ze znanego z Toyoty, wysuwanego schowka pod siedzeniem pasażera – wszak smartfon mieści się w kieszeni, a innych rzeczy nie wozi się samochodami, tylko zamawia w Internecie z dostawą kurierem.

Niech Was nie zwiodą pojawiające się na niektórych egzemplarzach oznaczenia xB RS 1.0, 2.0, 3.04.0. Takie pojemności silników w Scionach byłyby pewnie ciekawe, i niewykluczone, że kiedyś jacyś hot-rodowi trolle zaczną takie zabawki fabrykować. W istocie jednak pod tymi symbolami, nawiązującymi do zwyczajów branży software’owej, kryły się jedynie wspomniane już wersje limitowane: ich jedynymi wyróżnikami były dziwaczne schematy kolorystyczne, wzory gałek lewarków, kołpaków kół, a w jednym przypadku – nierdzewne aplikacje w drzwiach.

Scion xB 2002-20072006_Scion_xB_Foto: public domain

Druga generacja xB weszła na rynek w roku modelowym 2008. Zgodnie z ówczesnymi  trendami, a także – podobno – preferencjami Amerykanów, urosła o aż 30 cm i utyła o ponad ćwierć tony, tracąc przy tym wszelkie związki z Toyotą bB. Półtoralitrowy silnik również wymieniono – na aż 2,4-litrową, 160-konną jednostkę z Toyoty Camry (!!), dzieloną z innym modelem Sciona, tC. Spowodowało to oczywiście wydatny wzrost zużycia paliwa oraz liczby niedźwiadków polarnych tonących w oceanie przy każdym przekręceniu kluczyka.

Ważną, szeroko reklamowaną innowacją była możliwość odtwarzania na centralnym wyświetlaczu filmów z płyt DVD, a nawet łączenia się z Internetem i downloadowania multimedialnego kontentu z dedykowanych serwerów firmy Pioneer (w końcu kokpit samochodu jest optymalnym środowiskiem dla kinomaniaków). Standardem stało się też automatyczne dostosowywanie głośności systemu audio do poziomu hałasu tła, a od 2011r. – także łącze Bluetooth.

Równocześnie zerwano z tradycją odmawiania klientom jakiegokolwiek wyboru: oprócz kilku kolorów nadwozia oraz rodzajów nagłośnienia niespodziewanie zaoferowano dwie przekładnie – ręczną i automatyczną. Trudno powiedzieć, która ze wspomnianych zmian spowodowała katastrofalny spadek sprzedaży. Nie pomogły nawet kolejne serie limitowane, aż do xB RS 10.0 włącznie: druga generacja Sciona xB osiągnęła zaledwie połowę sprzedaży poprzednika. Było to wielkim ciosem dla producenta, który pokładał w modelu spore nadzieje, a tymczasem doczekał się nie tylko drastycznego spadku przychodów, ale też marketingowej klęski w postaci średniego wieku nabywców wynoszącego… 46 lat!! Analitycy i dziennikarze zwalili wszystko na „niedostatecznie JDM-ową aparycję auta„.

Scion xB 2008-20151280px-Tino_Rossini's_Reviews_-_041_-_2011_Scion_xBFoto: Tino Rossini, Licencja CC

 

Największym hitem marki był Scion tC, czyli sportowe coupé oparte na technice Toyoty Avensis. Występowało ono w dwóch generacjach o identycznej długości (4,420 mm), ale różnych silnikach: pierwsza miała pod maską jednostkę 2,4-litrową o mocy 160 KM (tę samą, co nowszy xB), druga – mocniejszą o 20 KM 2,5-litrową. Do tej pierwszej można było domówić wiele tuningowych akcesoriów marki TRD (Toyota Racing Development), począwszy od aluminiowego korka wlewu oleju aż po kompresory doładowujące i całe zawieszenia, ale do tej drugiej – już nie. Jeśli myślicie że sportowy charakter tC przeczy mojej tezie o alergii młodzieży na zapach benzyny i palonej gumy, to dodam, że podobnie jak w przypadku xB, przeciętny wiek nabywcy okazał się znacznie wyższy od spodziewanego. Nie mówiąc o tym, że pojęcie „największego hitu marki” też bywa względne: w 2006r. sprzedano 79 tys. sztuk tC, ale w 2015-tym – już tylko 16 tys. 

Scion tC 2004-2010Scion-tCFoto: public domain

Scion tC 2010-20162011_Scion_tC_--_04-01-2011Foto: public domain

Scion xD zastąpił w 2007r. pierwotny model xA. Nie mam pojęcia, dlaczego tym razem zmieniono nazwę, mimo że nie uczyniono tego w przypadku xB i tC. Auto było nieco wydłużoną, japońską Toyotą Vitz, której trzydrzwiową wersję sprzedawano w Stanach pod doskonale znaną nam nazwą Toyota Yaris. By zrobić na rynku miejsce dla Sciona, nie wprowadzano w USA pięciodrzwiowego Yarisa, ale ta sytuacja nie potrwała długo: już po dwóch latach i skonstatowaniu porażki młodzieżowej marki Toyota zaoferowała Yarisa 5d równolegle z xD. Skutek był natychmiastowy: w 2015r. wersja ze znaczkiem Scion skusiła oszałamiającą liczbę 794 klientów.

Scion xD08_Scion_xDFoto: public domain

Scion iQ, jak łatwo się domyślić, to przemetkowana Toyota iQ, a więc równocześnie i Aston-Martin Cygnet. W latach 2011-2015 sprzedało się nieco ponad 15 tys. sztuk. Przewijajcie dalej.

Scion iQ2012_Scion_iQ_--_NHTSA_2Foto: public domain

Zostały nam jeszcze trzy modele produkowane aktualnie: FR-SiA oraz iM. Od poprzednich różnią się głównie tym, że w momencie ich debiutu nikt już nie wierzył w sukces idei samochodu młodzieżowego i eutanazja marki była wyłącznie kwestią czasu.

FR-S został pokazany w 2013r. Jego nazwa oznacza Front-engine, Rear-drive, Sport. Brzmi ekscytująco, i w ogóle nie-scionowo, prawda? I słusznie, bo FR-S to jedna z wersji długo wyczekiwanej Toyoty 86, czyli nowego wydania JDM-owej legendy znanej jako Hachi-Roku. Najważniejszą różnicą w stosunku do pierwowzoru jest – zgadliście, zupełny brak wyboru. Tutaj posunięty dalej niż kiedykolwiek: nawet system audio mamy tylko jeden, w dodatku prześmiewczo nazwany BeSpoke (słowo to oznacza coś indywidualnego, szytego na miarę – albo ktoś u Toyoty miał wyjątkowo wredny humor, albo po prostu nie wiedział co czyni i nie sprawdził w słowniku). To zdecydowanie najfajniejszy Scion w historii, tylko tyle, że nawet najstarsi górale spod Fujiyamy nie wiedzą, po co przyczepiono mu logo tej marki zamiast poprzestać na owianej legendą nazwie Toyota 86.

iA to nic innego, jak aktualny Yaris 4d, czyli równocześnie Mazda 2 w wersji sedan (jedynymi różnicami są przedni zderzak i grill). To pierwszy czterodrzwiowy sedan Sciona i pierwszy model marki produkowany poza Japonią (konkretnie – w Meksyku). Wreszcie iM to odpowiednik Aurisa, tylko bardziej agresywnie stylizowany i usportowiony (niższe zawieszenie, koła 19-tki, lepsze hamulce). W gamie marki zastąpił zupełnie wycofanego xB, chociaż w momencie premiery producent nie przyznawał tego wprost, bo w końcu xB miał być kwintesencją marki Scion, więc wyszło trochę łyso. A Japończycy wyjątkowo nienawidzą, kiedy robi się im łyso – czasami skłania ich to nawet do nadziania się na miecz.

iA oraz iM weszły na rynek w bieżącym roku modelowym, tzn. na jesieni 2015, a wyjdą z niego w sierpniu, kiedy wszystkie Sciony zostaną hurtem przemetkowane na Toyoty. Nie będzie z tym chyba ani wiele pracy, ani żalu.

Scion FR-SScion_FR-S_(8228624509)Foto: Steve Lyon, Licencja CC

Scion iAScion-iA_2016_1024x768_wallpaper_01Foto: materiał producenta

Scion iM'16_Scion_iMFoto: public domain

***

Co poszło nie tak? Czy koncern, który potrafi najskuteczniej w świecie sprzedawać samochody, doznał chwilowego zaćmienia umysłu? A może źródło niepowodzenia leży poza firmą?

Do przedstawienia mojej subiektywnej opinii na ten temat posłużę się fotografią pochodzącą z samego środka Epoki Chromu i z drugiego najbardziej zmotoryzowanego kraju ówczesnego świata. Zrobił ją niejaki Josef Heinrich Darchinger, autor wielu albumów sugestywnie dokumentujących epokę zachodnioniemieckiego cudu gospodarczego. Co znamienne, na większości jego prac centralne miejsce zajmują właśnie samochody.

med_med_joseph-heinrich-darchinger-015-944x944Foto: Josef Heinrich Darchinger, http://www.thephilanthropicmuseum.org

Ilu z Was identyfikuje się z chłopakami ze zdjęcia…?

Ja – oczywiście tak. Jedną z moich pierwszych lektur, jeszcze zanim poszedłem do szkoły, była instrukcja obsługi czerwonej Łady 2103 ojca. Miałem ledwie 7 lat, kiedy podpowiadałem tacie prawidłowe wartości ciśnienia w oponach (to one zmusiły mnie do nauczenia się ułamków dziesiętnych, bo wynosiły 1,6 i 1,9 atmosfery). Znałem na pamięć odbiorniki prądu zabezpieczane przez poszczególne bezpieczniki i interwały pomiędzy czynnościami obsługowymi.

Wyjątkiem bynajmniej nie byłem. Niemal każdy chłopak z mojego pokolenia, jeśli nawet nie znał funkcji bezpieczników w aucie rodziciela (wszak wielu rodzicieli auta nie posiadało), to przynajmniej przyklejał się do szyb co egzotyczniejszych pojazdów by sprawdzić „ile wyciągają”, co było oczywiście tożsame z końcem skali na szybkościomierzu. Kiedyś myślałem, że brało się to z ogólnej elitarności motoryzacji w PRL, ale dziś, po przetrawieniu odrobiny źródeł zachodnich i obejrzeniu takich filmów, jak „Christine” lub „American Graffiti„, wiem, że tamtejsze dzieciaki niewiele różniły się od naszych: dokładnie tak samo marzyły o byciu kierowcą, co zresztą widać na zdjęciu Darchingera. Jedyną różnicą było to, że im, po osiągnięciu pełnoletności, łatwiej było te marzenia urzeczywistnić.

Jeszcze do końca XX stulecia – choćby wśród moich znajomych – prawo jazdy robił w zasadzie każdy, kto dobił do wymaganego prawem wieku, bez względu na to, czy miał dostęp do pojazdu mechanicznego, czy nie. A jak jest dzisiaj…?

W korporacyjnym środowisku, w którym się obracam, występuje niemal stuprocentowa korelacja pomiędzy posiadaniem rodziny i samochodu. Kto ma małżonka, względnie dzieci, ma też auto. Single natomiast w ogóle nie czują takiej potrzeby – a oni stanowią blisko 100% ludzi przed 30-tką. Pokrywa się to z niemieckimi statystykami wskazującymi, że przeciętny wiek, w jakim człowiek kupuje swój pierwszy samochód, to obecnie 29 lat. DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ!! A jeszcze w latach 90-tych wynosił dokładnie 18, i to tylko dlatego, że wcześniej nie wolno było prowadzić.

Na kim więc miałaby się opierać egzystencja Sciona? Na czterdziestoletnich tatusiach? Ci przecież wolą stateczne Toyoty, a tych kilku hipsterów, którzy kupili Sciony, nie miało szans utrzymać marki. Tymczasem główna grupa docelowa wcale nie kwapiła się zjawiać w salonach.

Czy Toyota tego nie zauważyła? Oczywiście, że zauważyła – właśnie dlatego Scion został wysłany do krainy wiecznych driftów. Ta zmiana dokonała się jednak w mgnieniu oka: kiedy startował projekt Exodus, trwał jeszcze XX wiek. Ja sam byłem wtedy ledwie po egzaminie na prawko i upajałem się pierwszymi samodzielnymi wycieczkami z licealną paczką (na początku kwietnia opublikuję tu moje wspomnienia z tamtego czasu – tekst jest już skończony, tylko czeka sobie grzecznie na mój urlop). Jednak w następnej dekadzie stało się coś nieoczekiwanego: miejsce samochodu w umysłach młodzieży zajęły elektroniczne gadżety: laptop, Playstation, smartfontablet. Młodzi uciekli do świata wirtualnego, w którym samochody w ogóle nie są potrzebne.

Obok fascynacji elektroniką odwrót młodzieży od motoryzacji jest też spowodowany wprowadzanymi na Zachodzie od przełomu stuleci urzędowymi utrudnieniami w eksploatacji starszych pojazdów. Ponieważ nastolatków nie stać na nowe samochody, przestali kupować jakiekolwiek. Urządzili sobie życie bez nich i na co dzień wcale nie zauważają, że czegoś im brakuje.

Mimo popularności wszelkich teorii spiskowych i faktycznie wielkiej siły korporacyjnego marketingu trendy rynkowe nadal dyktują przede wszystkim klienci. Kiedyś tworzono fascynujące auta, bo takich pragnęli nabywcy. Przychodzili oni do salonów nie po środek transportu, ale po swoje dziecięce sny. Prawie każdy producent miał w ofercie ekscytujące modele dla młodzieży, jak Mustang, Mini CooperManta czy Capri, a później – Tigra, Puma, 205 GTi. Dziś marzenia nastolatków nie mają podwójnych wydechów i rozrządu DOHC, tylko ekrany dotykowe i łącza Bluetooth. Kupuje się je nie w salonie samochodowym, ale przez kliknięcie na portalu aukcyjnym. Tanie auta stają się więc nieskończenie nudnymi wozidłami kupowanymi z konieczności, a podnosić tętno potrafią jeszcze tylko modele bardzo drogie, których nabywcy – ci chłopcy ze zdjęcia Darchingera, którzy w międzyczasie stali się dziadkami – mają jeszcze benzynę we krwi. Ich dzieci – już znacznie rzadziej, a wnuki – jedynie w wyjątkowych przypadkach. Ogromna większość z nich nie umie już zmienić koła albo piórka wycieraczki, nie mówiąc o opanowaniu poślizgu. Niedługo będzie ich przerastało parkowanie równoległe.

Nie to jest jednak najgorsze. Wszak mamy wolność i demokrację, każdy może żyć, jak lubi i kupować, co mu się podoba. Gorzej, że młodzi chcą swój model narzucać całemu światu i robią to z żarliwością godną hiszpańskiej Inkwizycji (nikt się nie spodziewał, prawda?). W poprzedniej pracy znałem człowieka, nazwijmy go umownie Plackiem, który większość dotychczasowego życia spędził na walizkach, uczestnicząc w różnych Erasmusach i wolontariatach. Ani myśli zakładać rodziny czy szukać stałego zajęcia – i w porządku, jego prawo. Niestety, na jego prawach się nie kończy: Placek co chwilę wrzeszczy na Facebooku, że jeśli on, który zjeździł świat od Kalifornii po Tajlandię, nigdy nie potrzebował samochodu, to znaczy, że nie potrzebuje go nikt. No fakt, na międzykontynentalne wyprawy też nie jeżdżę samochodem. Jestem jednak bardzo ciekaw – tylko szkoda mi nerwów, żeby kopać się z koniem – czy w swoich niezliczonych wojażach Placek nigdy nie łapał stopa. A jeszcze bardziej chciałbym wiedzieć, czy kiedykolwiek musiał odstawić do lekarza trójkę gorączkujących dzieci. Albo odbyć w ciągu dnia cztery spotkania z klientami po czterech różnych stronach miasta, a w tak zwanym międzyczasie wpaść jeszcze do skarbówki i podrzucić zakupy niedomagającej babci. Lub też wykonać remont w gabinecie dentystycznym na Starówce, dowiózłszy tam uprzednio wszystkie narzędzia i materiały oraz sto metrów kwadratowych glazury (po krakowsku – fliz).

Ja sam pod wieloma względami przypominam Placka: też nie mam dzieci, też spędzam całą dniówkę w jednym biurze i też docieram tam tramwajem, a jeśli nie pada, to ostatnie 3,2 km idę pieszo (to dla mojego kręgosłupa, który dobitnie przypomina o swoim istnieniu, jeśli nie dostanie swojej żelaznej działki 5.000 kroków dziennie). Samochodu używam prawie wyłącznie w weekend. Ale w przeciwieństwie do szanownego kolegi, poza czubkiem własnego nosa widzę też innych ludzi z ich potrzebami, i nigdy, PRZENIGDY nie twierdzę, że moja sytuacja i mój styl życia są jedynie słuszne, a wszystkich innych trzeba zabronić.

Sciona nie jest mi szkoda: przegrał, bo, jak to mówią Amerykanie, stanowił odpowiedź na pytanie, którego nikt nigdy nie zadał. Zastanawiam się tylko nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, kiedy podobny status osiągnie nie jakiś jeden pomysł marketingowy, ale samochód osobowy jako taki. Po drugie zaś – na ile owa przemiana (która trwa już od dawna) faktycznie dokonuje się wskutek spontanicznej, dobrowolnej zmiany mentalności społeczeństw, a na ile za sprawą propagandy oszołomów, którzy między innymi właśnie w tępieniu motoryzacji upatrzyli sobie prosty sposób na zbijanie kapitału politycznego. Ostatnio mam naokoło przerażająco wiele przykładów na to, jak wiele opinii powtarzanych jest nie z przekonania, ale dlatego, że tak wypada, a głoszenie czego innego to obciach.

W ciągu dekady samochody mają jeździć bez kierowców. W osłupienie wprawiają mnie inżynierowie Google’a twierdzący, że jazda samochodem to „czynność przykra i niebezpieczna” – wszak całe moje pokolenie marzyło o takiej „przykrości”, odkąd tylko odrosło od ziemi. Patrząc jednak na młodzież sądzę, że Google może naprawdę wyrażać ich zdanie. W sumie mało istotne, czy jest ono autentyczne czy wymuszone praniem mózgu, bo rezultat będzie taki sam. Nasi ojcowie nigdy nie kupiliby autonomicznego pojazdu, ale wiele wskazuje na to, że jeszcze za naszego życia wszystkie inne zostaną zakazane. Klęska młodzieżowego Sciona zwiastuje nam właśnie ten moment.

Na koniec zostaje jeszcze jedno pytanie: jeżeli pasjonaci automobilizmu są skazanymi na wymarcie dinozaurami, to dlaczego koncernowi marketingowcy wciąż bredzą o „młodych, dynamicznych…„? Czyżby nie wiedzieli, że owa mityczna grupa nic od nich nie kupi…? Ależ oczywiście, że wiedzą. Prawdziwi klienci bynajmniej nie są młodzi, tyle tylko, że… chcieliby być. Jeszcze w latach 80-tych na prospektach Mercedesa widać było siwe głowy, bo takie właśnie mieli potencjalni nabywcy. Dziś jednak starość to temat tabu. Wszyscy mają wyglądać, myśleć i zachowywać się jak nastolatki – nawet jeśli są emerytami zastanawiającymi się nad wyborem ostatniego auta w życiu. Reklamy pełne roześmianych, tryskających energią młodzieniaszków mają tylko poprawić samopoczucie klientów, pozwolić im choć przez chwilę połudzić się, że ten właśnie produkt w cudowny sposób ich odmłodzi.

A co do prawdziwej młodzieży – proponuję zapytać o nią sprzedawców Sciona. Byłych sprzedawców.

Share Button
Tagi: , ,
147 comments on “TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: ODA DO MŁODOŚCI
  1. Fabrykant napisał(a):

    Przepraszam Autorze, ale chyba w drugim zdaniu artykułu zabrakło „nie”.
    Jest: „Oczywiście, to zdarza się po raz pierwszy”.

  2. kierowca bombowca napisał(a):

    Celne spostrzeżenia.

    Czasami wśród ludzi z mojego pokolenia czuję się dziwnie. Tak, chciałem mieć prawo jazdy jak najszybciej. Około połowa moich kolegów i koleżanek z liceum miała podobny cel, reszta mówiła „później”. Już na studiach prawo jazdy miało na oko jakieś 25% znajomych. Większość samochodu nie potrzebowała, bo poruszała się zbiorkomem.

    Teraz mam te swoje 28 lat i wchodząc na takiego fejsbuka czasami czuję się, jakbym to ja był sprawcą wszelkiego zła. Dlaczego? Bo mam samochód i mam czelność używać go codziennie. To ja przyczyniam się do krakowskiego smogu. To ja okupuję chodniki. To ja taranuję ludzi na przejściach. To ja jestem mordercą ( potencjalnym ). Dodatkowo, jestem też liberałem i kapitalistą – a te słowa obecnie zaczynają brzmieć równie pejoratywnie jak tuż po wojnie.

    • SzK napisał(a):

      Cały czas się zastanawiam, czy zrobić jeden wpis na temat inwazji marksizmu we współczesnym świecie. Powstrzymuja mnie dwie rzeczy: po pierwsze, ten tekst tylko nieznacznie zahaczałby o motoryzację (chociaż jakiś zwiazek byłby), a po drugie – mógłby wywołać burzę. Nas tu co prawda nie jest aż tak dużo, żeby ożywiona dyskusja była nie do ogarnięcia, tym bardziej, że w większości mamy zbliżone poglady (które bardzo fajnie opisałeś), ale i tak się trochę waham.

      • RoccoXXX napisał(a):

        Zdecydowanie zachęcam. Właśnie kończę czytać opasłą biografię Lenina.

      • Daozi napisał(a):

        Ależ pisz, pisz! Jako historyk (z wykształcenia) chętnie przeczytam 🙂 A co do burzy – lepiej żeby była ona, niż piszczące świerszcze, albo ganiające z lewa na prawo kłębki gałęzi. Wiecie, takie jak w westernach na środku każdego małego miasteczka.

      • tomee napisał(a):

        Pisz!

      • SMKA napisał(a):

        Szczepan, ja na Twoim miejscu dał bym sobie spokój. Choćby z tego względu że w mojej ocenie znacznie bardziej obiektywnie podchodzisz do motoryzacji, niż do polityki. Albo dosadniej: pisząc o polityce jesteś w mojej ocenie niezbyt obiektywny. Zresztą, jak dla mnie teza o jakiejś „inwazji marksizmu we współczesnym świecie” to teza mocno naciągana.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        daj sobie spokój – jeszcze się między sobą pokłócimy i po co to? niech Automobilownia łączy, a nie dzieli! 😀

      • And napisał(a):

        zdecydowanie
        53°37′38″N
        21°48′45″E
        117 m n.p m.

      • SzK napisał(a):

        OK, będzie
        52°25’47.9″N
        21°26’06.1″E

        😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        no to będzie
        52°07′56″N
        14°42′10″E

      • SzK napisał(a):

        Muzeum Bociana Białego…?!?!

        😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        a bo mi się wszystko z ptaszkami kojarzy…

    • Fabrykant napisał(a):

      Jeśli czujesz się sfrustrowanym petrollheadem to polecam na Fejsbuniu stronę „Warszawa przyjazna ludzią” (pisownia jak w oryginale).

    • SMKA napisał(a):

      Że niby słowa „liberał” i „kapitalista” zaczynają brzmieć równie pejoratywnie jak tuż po wojnie? Jak dla mnie to jakaś Twoja „licentia poetica”, albo coś mające jeszcze mniej wspólnego z rzeczywistością. Tym bardziej że akurat pewien polski polityk z muszką ma bardzo duże poparcie wśród ludzi młodych. Podobnie na forach dyskusyjnych wielu młodych ludzi to wręcz fanatycy tego pana nazywający każdego kto ma inne poglądy mianem „lewak”.

      • kierowca bombowca napisał(a):

        Niestety nie. Spora część moich znajomych, ma poglądy mocno lewicujące, niektórzy nawet udzielają się w partiach typu Razem – więc wchodząc na FB niemal z automatu jestem atakowany treściami, które na ten użytek wytwarzają. Często i gęsto nawołują do wprowadzania przeróżnych zakazów, podwyższania podatków ( w imię wątpliwej wiary, że tzw. „państwo” wyda te pieniądze lepiej od obywatela ) i tym podobnych rzeczy. Przeciwników nazywają właśnie (neo)liberałami i kapitalistami, chcącymi dbać tylko o swoje dobro.

        Aczkolwiek zgadzam się, że działa to i w drugą stronę – i na tym samym fejsbuczku też widać do doskonale.

  3. Yossarian napisał(a):

    Proszę nie grzybieć i nie robić tu wpisów z cyklu „Ta dzisiejsza młodzierz!” 😉

    1. Scion padł, bo oferta była kretyńska. 13 lat zajęło wprowadzenie modelu, który ktokolwiek chciałby kupić. Właśnie FR-S. Tylko, że skoro jest pod marką Toyota i Subaru, to po cholerę komu Scion? A reszta to było wszystko grzybowozy z efektownym marketingiem. Wbrew temu co chcieliby marketingowcy, nie zawsze da się przykryć wady produktu głupią gadką. Wszystkie auta Sciona z dynamiką miały niewiele wspólnego. Nawet tC – miał nędzne osiągi, mimo dużej pojemności i ogólnie wyglądał jak pomniejszona Camry Solara (czyli najbardziej grzybowe coupe na rynku). Cała reszta to powolne, nudne hatchbacki i jakieś dziwadła. i nawet 25-calowe felgi i pstrokate dwyaniki tego nie zmieniały. Całość sprawiała wrażenie marki stworzonej przez grzybów dla grzybów i w wyniku jakiegoś korporacyjnego błędu pozycjonowanej jako marka dla młodych. Ale grzyb z tych fur wyłaził wszystkimi stronami i żadna ilość marketingowego bełkotu nie była w stanie go zasłonić. I w zdecydowanej większości, klienci nie dali się oszukać.

    Jakoś o GT 86 ludzie się niemal tłuką w salonach (oczywiście nie u nas, choć też trochę tego jeździ) i to nie są grzyby. Dlaczego? Bo te auto jest JAKIEŚ. Ma wygląd, prowadzi się. A nie jest nudnym grzybowozem, któremu ktoś doczepił parę tanich, pstrokatych akcesoriów.

    2. Ekoświry były zawsze, tylko mniej rzucały się w oczy, bo facebooka nie było. Kryzysy w motoryzacji były zawsze. Tak raz na 30 lat mniej więcej. Po jczym ludzie mieli tego dość i nagle znów pojawiały się idiotycznie mocne auta, które się świetnie sprzedawały i ludzie ogólnie chcieli mieć auto (nawet nie najmocniejsze), bo ile można się pierniczyć w tych autobusach. Zapał do ekologii kończy się w zatłoczonej komunikacji miejskiej w godzinach szczytu, do której jakiś świr właśnie próbuje wepchać się z rowerem. W końcu ludzi trafi szlag i skończy się także i eko-błazenada.

    Będąc przed 30-stką i pracując z ludźmi w podobnym wieku mogę powiedzieć jedno: niemal wszyscy przyjeżdżamy do pracy samochodami. Dla wielu nie są to ich pierwsze auta. I nie, nie wszyscy jesteśmy fanami motoryzacji. Po prostu jest wygodniej, niż w autobusach. Także, ja bym z tym głoszeniem apokaliptycznych wizji nie przesadzał.

    • SzK napisał(a):

      Co do Sciona, w dużym stopniu się zgadzam, ale pozostaje faktem, że chyba jedyna w świecie marka skierowana do młodzieży interesowała tylko ludzi w wieku 40+.

      Oszołomów też nigdy nie brakowało, ale dzisiaj to oni nadaja ton obowiazujacej ideologii, słowo-klucz – poprawność polityczna. Właśnie dlatego zastanawiam się nad tym wpisem o marksizmie (patrz moja odpowiedź na komentarz kierowcy bombowcy), bo on by bardzo wiele wyjaśnił.

      • Yossarian napisał(a):

        Dzisiaj oni nadają ton, wczoraj nadawał ktoś inny, jescze wcześniej ktoś jeszcze inny. Oszołomy też przeminą.

    • Daozi napisał(a):

      Tu bym się wachał: GT86 w Polsce to bardzo rzadki wóz. Kosztuje 120 tys. w podstawowej wersji, bardzo dużo dla przeciętnego Polaka (sam myślałem o tym aucie, ale ze względu na cenę odpuściłem). W Krakowie (po którym codziennie jeżdżę) widziałem może 2 – 3 egzemplarze (+ jedno Subaru BRZ, a to ten sam wóz).
      Myślę, że z przyczyn tu podanych zakończyła życie Celica – kultowe auto swego czasu, a w ostatniej wersji już tylko ładne optycznie.
      Z drugiej strony, produkuje się więcej niż kiedyś hot-hatchy (Megane RS, R-Type, Focus RS, jest nawet 200-konne Clio i Pulsar o podobnej mocy; którego na żywo nie widziałem nigdzie).
      I o ilę normalnie nie narzekam na młodzież i nie uważam, że kiedykolwiek było lepiej, to jednak zgadzam się tak w 99% z autorem odnośnie tego artykułu.

      • PstrykEJ9 napisał(a):

        Nie wiem jak to jest w innych krajach , ale faktycznie GT86 u nas mało. Celica chyba lepiej się sprzedawała, zwłaszcza VII-genów troszkę się sprzedało. Pamiętajmy , że to bardziej następca Toyoty AE86 , a nie Celici. GT86 przez tylny napęd , mocny silnik i jednak mimo wszystko mniej przestronne wnętrze to raczej auto czysto nakierowane na sport.Natomiast Celica zwłaszcza T23 to było jednak bardziej , że tak powiem „lifestylowe” coupe.

        @Yossarian, nie zapominaj że mieszkamy w Białymstoku. Tu „moda” dochodzi z opóźnieniem. Póki co codziennie stoję w dość denerwujących korkach na Piastowskiej , że o wjeździe na rondo Lussy nie wspomnę. Statystyki mówią , że niby tu najmniej samochodów ze wszystkich miast wojewódzkich. W większych miastach jednak ludzie korzystają z KM, bo można szybciej dotrzeć niż autem. No ale to też kwestia rozwoju samej Komunikacji Miejskiej.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        nowe Celiki też się nie nie sprzedawały za bardzo – większość sprowadzono w różnym stopniu dezintegracji; poczekamy jeszcze z 2-3 lata i pojawi się GT86 trochę więcej (choćna poewno nie tyle co celic, bo moda minęła)

      • Yossarian napisał(a):

        @PstrykEJ9
        Wiem, sam mieszkając w Warszawie korzystałem z komunikacji miejskiej. Ale po przeprowadzce do Białegostoku najbardziej cenie sobie właśnie jeżdżenie autem. Może i czasem stoję w korku, ale chociaż nikt mi nie próbuje wepchać roweru na plecy, nie śmierdzi i nie odpala disco polo z telefonu :P. Dlatego uważam, że im więcej osób przesiądzie się do komunikacji miejskiej (czyli komfort podróżowania nią jeszcze spadnie), tym bardziej ludzie będą tęsknić za samochodami i w końcu tendencja się odwróci 🙂

      • versus napisał(a):

        Mała ilość samochodów takich jak GT86, Focus RS, Type R itd. wynika paradoksalnie również z tego, że ich dostępność w salonach jest ograniczona. Przykładowo, nowego Focusa RS nie da się kupić ze względu na to, że cały zapas (bodajże 80 sztuk) został już sprzedany.

  4. RoccoXXX napisał(a):

    Pełna zgoda co do diagnozy tego czym dla młodych ludzi jest obecnie samochód a czym był kiedyś. Chyba już o tym wspominałem, ale powtórzę. Zapytałem moich chrześniaków (16 i 18 lat), czy u nich w klasie ktoś się interesuje samochodami? Odpowiedź jaką usłyszałem to jedno słowo „nikt”.
    W tekście jest jeden istotny błąd, otóż napisałeś: „Niemal każdy chłopak z mojego pokolenia, jeśli nawet nie znał funkcji bezpieczników w aucie rodziciela (wszak wielu rodzicieli auta nie posiadało), to przynajmniej przyklejał się do szyb co egzotyczniejszych pojazdów by sprawdzić „ile wyciągają”, co było oczywiście tożsame z końcem skali na szybkościomierzu.”. Z tego co pamiętam zawsze zasadą było, że od tego co na szybkościomierzu należało odjąć 20 🙂

    • Fabrykant napisał(a):

      Nie wszyscy odejmowali 😉

    • SzK napisał(a):

      Nie mam wiele kontaktu z młodzieżą, ale nieraz już słyszałem, że samochodziarze zdarzają się dzisiaj wyłącznie w szkołach samochodowych.

      A o odejmowaniu 20 km/h pierwsze słyszę 🙂

    • Yossarian napisał(a):

      też tych -20 km/h nie kojarzę 😛

    • zwolak napisał(a):

      Niektóre auta miały nietypowe w naszej opinii liczniki – do 100 skala była co 20, a potem co 30, a jeszcze dalej nawet co 50 km/h. Wtedy z kolegami uznawaliśmy, że to jakieś oszustwo i że takie auto nie da rady tyle pojechać. 🙂 Byliśmy na tyle młodzi, że nie znaliśmy pojęcia nieliniowości wskaźników.

      • Daozi napisał(a):

        Ja odejmowałem, bo ojciec mnie uświadomił, że to taki „chłyt marketindody” i tak naprawdę 20 – 30 mniej to norma. Ale też pamiętam moją radość, kiedy zmienił auto na takie, które miało 220 zamiast 200, a potem nawet 240 (albo i więcej, to była stara BMW 7-ka).

      • SzK napisał(a):

        No to musisz być trochę młodszy ode mnie, bo za moich szczeniackich lat nie było takich cudów, jak nieliniowe wskaźniki 🙂

    • hurgot sztancy napisał(a):

      a duży fiat miał 180 na liczniku, więc był lepszy niż Fiesta, która miała tylko 160!

      • SzK napisał(a):

        Amerykańce wszystkie przez kilka lat miały tylko 136 – nawet Syrena i Maluch był szybsze!!

      • Pawel napisał(a):

        A ja w podstawówce przeżywałem dramat. Ojciec z Ameryki przywiózł cudne Audi 5000 i wszyscy się śmiali bo licznik w milach i faktycznie wyglądało to niepoważnie 🙂

  5. Fabrykant napisał(a):

    Bardzo dobry artykuł i analiza końcowa. Przeczytałem z wielką przyjemnością i zgadzam się w 100%. Zastanawiam się nad zmianą modelu życia, opisaną w artykule. Jaki Nowy Wspaniały Świat powstanie z tej zmiany i czy zmiana ta jest trwała. Wydaje mi się że chyba nie- zbytnie przeideologizowanie (w każdą stronę) w zetknięciu z życiem, a jeszcze lepiej w zetknięciu z inną kulturą/ cywilizacją nagle zaczyna świecić niedoróbkami i pęknięciami i ujawnia swoje wady. Wiecie o czym piszę- o aktualnej wojnie kultur, która na razie kłębi się niczym buldogi pod dywanem, ale niewiele brakuje, żeby skończyła się linczami, pogromami i wojną realną. Na razie Europa pomimo kryzysów jest całkiem silna i zdolna do spychania problemów z powrotem pod dywan, ale to co się dzieje na pewno jej nie wzmacnia.

    Co do efektów zmian kulturowych, o których pisze Autor- tracą na nich (bardzo) producenci samochodów, ale pytanie kto na nich zyskuje, oprócz producentów rowerów i smartfonów? Wydaje mi się, że ów przysłowiowy Placek, ale też i my wszyscy podlegający tym zmianom świadomie czy nieświadomie, coraz bardziej zanurzamy się w zamknięte nisze, w których nam przyjemnie i ciepło, ale coraz bardziej tracimy szeroki obraz świata. Bardzo łatwo dzisiaj jest usadowić się w takim przyjemnym grajdołku i odsunąć od siebie wszystkie sprzeczne z naszymi poglądami opinie, wyrzucić nieprawomyślnych znajomych z Facebooka, wylogować się z dyskusji na konkrety i zalogować do tej, która niesie same przyjemne banały (dowodem na to jest nawet to, że popieram Autora w 100%-tach). Ludzie, a zwłaszcza młodsze pokolenia przestają żyć kontaktami realnymi, a wystarczają im wyłącznie wirtuale. Zapytałem młodzież- Czy nie masz ochoty spotkać się z tym kumplem, z którym grasz w pięć gier, gadacie na fejsie i nagrywacie filmiki? A PO CO? Co mielibyśmy robić innego?- odpowiedział. To mnie zastanowiło. Kontakty wirtualne zastępują zatem (przynajmniej w dużej części) te realne.
    To powoduje jeszcze jedno- mniej chęci do działania realnego. Kiedyś zmuszał nas do tego świat, a dzisiaj już prawie wcale. Ogólne dążenie do ułatwiania i stagnacji. Po co jechać samochodem do Rzymu, skoro można go obejrzeć na ekranie, wraz z muzeami. Przecież to prawie to samo.
    Ułatwienie. I brak ducha działania.
    Ciekawe jak się to sprawdzi.
    Możemy się cieszyć- już to kiedyś chyba pisałem na Złomniku (a potem Szanowny Waldeck13 mnie zjechał za ten pogląd)- że mieszkamy na pewnych ubocznych rubieżach, dość konserwatywnie podchodzących do „nowoczesności”. Ma to wiele wad, ale ma też trochę zalet.

    • Fabrykant napisał(a):

      Nieco niezręcznie napisałem o banałach w kontekście artykułu na Automobilowni, który banalny nie jest ani trochę. Ale chodziło mi o zamykanie się w wirtualnych kręgach, które potwierdzają nasze poglądy.

    • SzK napisał(a):

      Bardzo cenne uwagi, zgadzam się w 100%.

      Ja jak dotąd straciłem na FB dwoje znajomych, przy czym, co ciekawe, ja nigdy nie publikuję opinii skrajnych ani agresywnie sformułowanych, i zawsze staram się szanować poglądy innych.

      Co do tego zamykania się w kółkach wzajemnej adoracji to zastanawiam się, na ile jest to wywołane zamknięciem na samą dyskusję, a na ile – poziomem agresji w podobnych dyskusjach. Ja sam – o czym wspomniałem w tekście – nie wchodzę w dyskusje z Plackiem i jemu podobnymi, bo szkoda mi na to nerwów. Wolę spożytkować mentalną energię na ciekawą lekturę albo napisanie kolejnego artykułu. To fakt, że w ten sposób tracę możliwość obcowania z „przeciwnikami”, ale naprawdę niewielu spotykam ludzi, którzy potrafią kulturalnie i z szacunkiem polemizować z kimś o zupełnie przeciwnych poglądach (nie żebym w ogóle takich nie znał, ale oni są wyjątkami).

      • Fabrykant napisał(a):

        Może właściwie niepotrzebne te moje zastanawiania się. Bo pewnie świat wąskich i zamkniętych kręgów tak wyglądał od zawsze, tylko teraz można go obejrzeć detalicznie, jak pod mikroskopem, dzięki niejakiemu Zuckerbergowi, który tę skłonność społeczną wykorzystał do swego biznesu.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        wyjścia są 2:
        1 – albo Placek się ożeni i ustatkuje, więc będzie potrzebował fury
        2 – Placek się nie ożeni i nie rozmnoży, więc nie przekaże materiału genetycznego

        Oba wyjścia bardzo optymistyczne!

      • SzK napisał(a):

        10/10 !! Takich ludzi potrzeba dzisiejszemu światu!! (tzn. takich z Twoim podejściem, nie takich jak Placek).

        P.S. A co będzie, jak się nie ożeni, ale rozmnoży…? 😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        cała nadzieja w matce!

      • truten23 napisał(a):

        Hehe, podoba mi się Twoje podejście @hurgot 😀
        A co do zamykania się w kółkach to też jest tak, że nie tylko chodzi tu o wygodę i unikanie konfrontacji.
        Po prostu jeśli mamy paru znajomych o zainteresowaniach informatycznych, mechanicznych, ornitologicznych czy innych „icznych” to rozmawiacie o sprawach które wszyscy doskonale rozumiecie, a inni zazwyczaj nie mają o tym pojęcia.
        Dlatego też siedzisz w tym kręgu wzajemnej adoracji bo:
        a) nie masz z innymi odpowiedniej ilości wspólnych tematów.
        b) nie chce Ci się strzępić języka żeby komuś wytłumaczyć o czym rozmawiacie z ekipą. (bo to taka nuuuda…)
        c) no przepraszam, to jest przecież cholernie wygodnie…

      • Fabrykant napisał(a):

        @ Hurgot: Ale matka siedzi z tyłu! (cytat).

      • hurgot sztancy napisał(a):

        no i sprawdzić czy nie ksiądz!

      • SzK napisał(a):

        Właśnie tak bym odpisał, ale byłeś szybszy.

        A z ptaszkami kojarzy mi się tylko Skoda – bo ma kurę na masce 😉

  6. dżony napisał(a):

    Ja mam 26 lat, od małego samochody były moją największą pasją, po czym w momencie rozpoczęcia dorosłego życia po prostu mi przeszło.
    Prawko zrobiłem zaraz po osiągnięciu wymaganego wieku, wtedy też dostałem pierwszy samochód, co prawda był tylko starym Mercedesem, ale człowiek i tak był zachwycony, bo nie liczyło się auto tylko to, co dzięki niemu możesz zrobić i gdzie dotrzeć, potem studia i różne spontaniczne wypady. Potem praca i dojazdy do pracy, sporadyczne wyjazdy na urlop i autentycznie zostałem mentalnym zgredem w młodym wieku. Oczywiście nadal sprawia mi przyjemność przejadżka fajnym autem, ale nie czuję potrzeby posiadania takiego, bardziej cieszy mnie to, że moja japońska taczka mało pali, dużo mieści na małej powierzchni i jest tania w eksploatacji.
    Autentycznie czekam aż samochody autonomiczne trafią pod strzechy, bym mógł wykorzystać czas marnowany na dojazdy do pracy, albo do miejsca wypoczynku na coś przyjemniejszego np. czytanie książki, oglądanie filmów itd.
    Na fora internetowe przestałem praktycznie zaglądać, bo odnoszę wrażenie, że polacy interesujący się motoryzacją bardzo identyfikują się z marką auta/krajem jego pochodzenia, zachowują się jak kibole motoryzacyjni, odechciewa się, bo tak jak w życiu, tak w motoryzacji nie cenią różnorodności(akurat tu automobilownia jest chlubnym wyjątkiem).
    Jestem z przekonań lewakiem i może dałem się propagandzie zielonych, albo po prostu w czasach gdzie ciągle jesteśmy kontrolowani, gdzieś mi ta wolność z jazdy samochodem umkneła na rzecz rutynowej czynności, właśnie przykrej konieczności niezbędnej do dotarcia do celu.

    • SzK napisał(a):

      Widzisz, Ty potrafisz rozmawiać z dystansem do świata, do siebie i z szacunkiem dla innych.

      Ja nie wymagam od nikogo, by dzielił moją pasję, tylko nie chcę, żeby ktoś mi jej zabraniał. Tylko tyle i aż tyle. A poglądy każdy niech ma własne i niech każdy żyje sobie, jak chce. Jeśli ludzie chcą autonomicznych samochodów – super. Byleby tylko politycy nie zakazali innych.

      Ja też staram się efektywnie wykorzystywać czas dojazdów do pracy, tylko tyle, że mam szczęście miec dobre połączenie tramwajowe. Dwa razy dziennie po pół godziny na czytanie to znakomita sprawa.

      • dżony napisał(a):

        Ja tą pasję w pewnym sensie wciąż podzielam, tylko zeszła na dalszy plan.
        Lubię czytać i motoryzacja jest jednym z tematów, które mnie interesują, tylko właśnie raczej w formie serwowanej przez automobilownię, poznajemysamochody itp. czyli teksty o konkretnych zagadnieniach, genezach marek, ciekawostkach ew. popatrzeć w miksach jak wiele nietypowych aut można wyłapać w Polsce w zalewie srebrnych VW, renówek i toyot.
        Opisy nowości, testy aut, porównania jakoś przestały mnie kręcić, kupuję co prawda parę czasopism z przyzwyczajenia, ale pierwsze co wertuje to dział o autach używanych i klasycznych, po prostu uważam, że oceny aut z perspektywy czasu są znacznie ciekawsze.
        Pracę mam niestety taką, że muszę być mobilny w trakcie jej trwania (bo place budów często są w miejscach gdzie niekoniecznie można szybko dostać się komunikacją miejską, inna sprawa, że czasem się dowozi różne narzędzia).

    • truten23 napisał(a):

      Mam podobne odczucia.
      Pamiętaj jak za gówniarza człowiek dostawał drgawek żeby tylko wskoczyć za fajerę i tłuc kilometry nawet jeżdżąc dookoła „komina”. Bo to była frajda, był mniejszy ruch, mniej policji etc…
      Teraz mając te 30 lat zauważam że codzienna jazda to już nie zawsze jest TO.
      Praca, rutyna, zabija przyjemność jazdy.
      Rany, do czego to doszło że już nie chce się po robocie wracać do domu przez okolice leżące zupełnie nie po drodze?
      Teraz ratują sytuacje dalekie wyjazdy, niestandardowe trasy. mocny silnik grający dużą ilością cylindrów.
      Jesteśmy zapięci do kieratu tak sprytnie, że nawet nie jesteśmy tego świadomi.
      A kiedyś wystarczał „malczan”, parę złotych na wachę i trochę wolnego czasu żeby poczuć się szczęśliwym…

      I tak, ja też jestem za autonomicznymi pojazdami. Pod warunkiem że będą miały fajerę 😉
      Po prostu przydała by się funkcja: „Ok, Klamot! Ale się nawaliłem u znajomych. Weź zawieś mnie do domu.”

  7. PoGOOD napisał(a):

    Przez całe lata podczas spotkań z kandydatami do pracy nawet nie zadawałem pytania o prawo jazdy i umiejętność prowadzenia samochodu, bo było to praktycznie oczywiste, że 100% chłopaków i jakieś 70% dziewczyn taki wymóg spełnia.
    Dziś muszę to pytanie zadawać na każdym spotkaniu, bo nawet na stanowiska handlowców aplikują ludzie, którzy prawka nie mają i… nie widzą potrzeby, by je posiadać.
    Jednego takiego delikwenta zatrudniłem w zeszłym tygodniu – ciekawe jak będzie sobie radził… Cóż. Po owocach ich poznacie… 😀

    • zwolak napisał(a):

      Sprzedawca bez PJ będzie sprzedawał przez facebook i może nawet osiągnąć niezłe zyski, bo jedno jego ogłoszenie trafia do dziesiątków ludzi.

    • Daozi napisał(a):

      Rany, jak to, sales rep. bez białej Skody jadącej 160 w terenie zabudowanym?!

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Teraz będą Tipo, bo biały sedan za 42600 to ne byle badyle.

      • ndv napisał(a):

        I do tego bez turbo;). Serio zastanawiam się jak Tipo się przyjmie, bo jest to dzisiaj jakaś „inna” propozycja (przynajmniej silnikowo, nawet Dacia ma 3 gary i turbo a 301/C-Elysee nie występuje w zach. Europie). A właśnie – jak się wyróżnić w takim Scionie, skoro wszystkie były takie same? Wydaje mi się, że to też miało spore znaczenie (skoro „wszyscy młodzi” chwalą się „personalizacją” pewnego „prostokąta z zaokrąglonymi rogami”).

      • SzK napisał(a):

        Tipo też ogromnie mnie ciekawi, tym bardziej, że od zawsze mam słabość do Fiatów i boli mnie bardzo obecna kondycja tej marki.

        Co do personalizacji, to temu właśnie miały służyć owe wersje limitowane i akcesoria, które nie były drogie (bo chodziło głównie o bzdurki w rodzaju naklejek albo gałek lewarka). Nie wiem, jaki procent nabywców bawił się w takie rzeczy, ale jeżeli średnia ich wieku przekraczała 40 lat, to chyba niekoniecznie duży (a może to byli panowie z kryzysem wieku średniego…? Kto wie…).

      • hurgot sztancy napisał(a):

        miesiąc temu kupowałem nową furę i gdyby było dostępne Tipo kombi (tak, dziecko, rodzina…) to na pewno bym go rozważył! bardzo mi się podoba koncepcja taniego, prostego, ale nowoczesnego kompaktu

      • hurgot sztancy napisał(a):

        ostatnio repowozy jeżdżą 99 na zabudowanym, od czasu gdy gliny zabierają prawka od razu za przekroczenie o 50km/h

      • Daozi napisał(a):

        @hurgot sztancy: podsunąłeś mi pewien pomysł. Otóż skoro zabiera się prawo jazdy za przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 50 km/h, to żeby uczynić polskie drogi w pełni bezpiecznymi, można wprowadzić ograniczenie prędkości maksymalnej 10 km/h. Dzięki temu nikt de facto nie jechałby szybciej niż 59 km/h, co jest stosunkowo bezpieczną prędkością!

      • hurgot sztancy napisał(a):

        o matko, przepraszam i cofam to co naopisałem!!!
        przecież jest pewna grupa „praworządnych” obywateli, którzy faktycznie jeździliby te 10 km/h…

      • SzK napisał(a):

        Tak – przecież to byłaby „umowa społeczna”!!

      • truten23 napisał(a):

        Tipo dobrze się przyjmie bo będzie się nadawało do łatwego montażu podtlenku LPG.
        A niestety, nowych aut do taniego tłuczenia na co dzień dzięki LPG jest już mało…

  8. Przemo napisał(a):

    Mam syna 16 latka, który chodzi do normalnego liceum, zrobił jak najszybciej prawko B1 i stara się jeździć wszystkim co się uda podprowadzić z garażu mojego czy dziadków. Rozpoznaje po zdjęciu, że Porsche 968 CS nie jest oryginałem tylko badge tuningiem, zna na pamięć osiągi wszystkich aktualnych supercarsów i co chwilę podsyła linki do ogłoszeń z otomoto. Generalnie zachowuje się tak jak ja 30 lat temu. Czy jest takich wielu? Nie wiem. Ale pewien jestem, że bakcyla złapał ode mnie tak samo jak ja złapałem od mojego ojca. Jeśli czytacie ten blog i te komentarze to wiedzcie, że to Waszą rolą jako ojców (i matki) jest żeby swoje dzieci zarazić motoryzacją. A z innej beczki jak patrzę na imprezy typu spotkania Youngtimer Warsaw to jednak wcąż widzę sporo młodych pasjonatów więc chyba nie jest tak źle.

  9. zwolak napisał(a):

    Boziu, jakie te wszystkie (poza FR-S) sciony są nudne i nijakie! Jak takie paskudztwa miałyby zachęcić młodzież? Ani jednego kabrioletu, ani jednego samochodu dającego frajdę, zwaną też fun’em. Same pierdzistołki do przemieszczania się z punktu A do B. Te produkty nie są w stanie zainteresować nie tylko młodych, ale nawet petrolheadów. Odnoszę wrażenie, że ten cały scion nie miał żadnej grupy docelowej.

  10. Jerzy napisał(a):

    Ja bym nie tragizował. Po pierwsze patrzymy na wszystko z perspektywy Europy, gdzie faktycznie nastąpił pewien przesyt, ale nie można zapominać o Chinach i Indiach, które będą teraz prawdziwą lokomotywą wzrostu – tam samochód jeszcze długo będzie obiektem aspiracji. Nadto jak słusznie zauważyłeś podejście zmienia się kiedy człowiek zakłada rodzinę i musi mieć samochód aby zawieźć chore dziecko do lekarza, do przedszkola, zrobić duże zakupy itp., zatem nawet dzisiejsi przeciwnicy, za jakiś czas zejdą z rowerów, no chyba że posiadani rodziny w dzisiejszych czasach też jest passe, co z przykrością zaczynam dostrzegać w swoim najbliższym otoczeniu…

    • dżony napisał(a):

      O to to to, w dzisiejszych czasach samochód wśród młodych przestał być przedmiotem szczególnie pożądanych, bo jest czymś łatwo osiągalnym.
      Mam na myśli oczywiście bogactwo i przystępność rynku wtórnego.
      Za poprzedniego ustroju na auto czekały latami całe rodziny, to było wydarzenie, teraz na zakup auta stać praktycznie każdego, inną kwestią jest utrzymanie.
      Inna sprawa, że współczesne auta są praktycznie bezobsługowe na tle aut naszych rodziców/dziadków, to też sprzyja zawiązywaniu więzi, człowiek wsiada, dojeżdża i raz w roku jedzie na przegląd, w miedzyczasie wymieni olej i filtry no i opony, tyle.
      Zanika też różnorodność pomiędzy markami, auta z czasów gdy nawet laik mógł zauważyć różnice w podejściu do projektowania aut np. francuzów i niemców są już albo zezłomowane, albo widuje się je na zlotach.
      Oczywiście spora część wciąż żyje starymi przekonaniami, ale umówmy się, nie mając w głowie bagażu stereotypów mało kto potrafiłbym jednoznacznie stwierdzić, że np. Auris jest lepszy od Meganki.

  11. Daozi napisał(a):

    Ja tu zostawię kilka swoich przemyśleń:
    Po pierwsze – rynki państw rozwijających się (czyli 2 i 3 świat ładnie nazwany); tam auto to wciąż marzenie. Byłem w Indiach i co nieco poobserwowałem; auto to luksus, wielu ludzi chce je mieć. Team leader w korporacji jeździ tam co najwyżej motocyklem. A mówimy tu o ponad miliardzie ludzi w Indiach i ponad 1,3 miliarda w Chinach. Do tego szereg innych, mniejszych państw…
    Na razie nie skreślałbym motoryzacji; wątpię by za naszego życia (a mam 31 lat) auta zniknęły, albo zostały wyparte przez pojazdy autonomiczne, jeszcze nie teraz.
    Po drugie – rzeczywiście – auto coraz częściej jest tylko sprzętem domowym, tak jak RTV czy AGD, tylko nieco droższym. Może to nawet dobrze, bo jeżdżąc raptem starą Celicą wyróżniam się chociaż trochę 😉 No i jest szansa, żeby kupić coś ciekawego, typu Mitsubishi 3000GT, stara Supra, albo 300ZX za pieniądze dostępne śmiertelnikowi. Bo popyt jest jaki jest; chociaż podaży kosmicznej nie ma, to też fakt.
    Po trzecie – przyklejanie twarzy do szyby, wertowanie katalogów z samochodami świata (co roku ukazywał się nowy, pamiętacie je jeszcze?) czy zbieranie autek, naklejek itp. pamiętam doskonale. Pamiętam też, że wielu chłopaków miało wtedy takie zainteresowania. Teraz chyba ma je mniejszy odsetek młodzieży, ale w tej kwestii potrzebne byłyby jakieś dane, a nie luźne dywagacje.
    No i po czwarte – jeżeli ojciec interesuje się motoryzacją, to nie problem żeby zaraził syna (tym zainteresowaniem, czym innym niech go nie zaraża). Poniekąd mamy sami wpływ na to co się dzieje. No i nie wiem na ile gry komputerowe powodują chęć posiadania auta ciekawego, albo auta w ogóle.

    Aha – i na koniec – interesuję się motoryzacją od małego (albo nawet od kolan, he he, taki suchar), ale swoje pierwsze auto kupiłem mając 25 lat. Po prostu, auto musi mieć chociaż cień praktyczności, po co 18-to latkowi prawo jazdy i auto? No i z czego ma je utrzymywać? Rzadko kiedy to ma sens.

  12. Paweł napisał(a):

    Jestem przedstawicielem tego najmłodszego pokolenia i nie do końca się z tobą zgadzam. Jestem tuż przed 18tką, właśnie kończę kurs na prawo jazdy. I tak samo jak ty, w dzieciństwie znałem na pamięć instrukcję obsługi auta ojca (Polonez Caro), zaglądałem razem z kolegami do aut stojących na ulicy patrząc „ile wyciągną”, a czytać nauczyłem się na podbieranych ojcu „Motorach”.

    Wśród znajomych wcale nie jestem odosobnionym przypadkiem. Jasne, znajdą się „komputerowcy” o zerowym zainteresowaniu tematem, ale o nich ciężko powiedzieć że są „aktywni i dynamiczni” 🙂

    • SzK napisał(a):

      Miałem cichą nadzieję, że w komentarzach odezwie się samochodowa młodzież, i jak widać – udało się. Bardzo się cieszę, że petrolheadzi jeszcze nie wymierają całkowicie!!

  13. Filipeq napisał(a):

    Z posiadaniem auta/prawa jazdy w zauważyłem pewną zależność. W mojej i młodszych grupach wiekowych (za chwilę kończę 28 lat) największy odsetek ludzi z prawem jazdy to osoby pochodzące z małych miast i wsi. Powodów można się domyśleć. Kulejący transport zbiorowy, likwidowane połączenia itd. To sprawia,że prawo jazdy oprócz przyjemności staje się koniecznością. Widać to już wśród gimnazjalistów ,którzy na wsiach masowo jeżdżą skuterami i motorowerami.W dużych miastach jak Warszawa, Kraków itd, komunikacja miejsca jest przeważnie nieźle rozwinięta więc wielu nie czuje potrzeby posiadania auta,a tym samym prawa jazdy. Od prawie 3 lat mieszkam w Pradze. Zbiorkom jest tu bardzo tani (670kc za miesięczny na wszystko papierowy lub 550kc na OpenCard) i przy tym dobrze rozwinięty i nie dziwi mnie ,że wiele osób ,które tu poznałem nie myśli nawet o zrobieniu kursu. Ja sam bardzo lubię prowadzić,ale auta używam średnio raz w miesiącu w samej Pradze, za to w rodzinnym Piotrkowie ciężko mi bez niego żyć bo zbiorkom jest bardzo słaby. Zdravim!

    • SzK napisał(a):

      Oczywiście, że w wielkich miastach łatwiej się poruszać zbiorkomem – tak jak pisałem, sam auta prawie nie tykam w mieście, bo to faktycznie rzadko ma sens w mojej sytuacji. Ale to nie oznacza, że używania samochodów należy zabronić, a do tego dzisiaj zmierzamy.

      • Filipeq napisał(a):

        Oczywiście, ja jestem ogólnie przeciwnikiem narzucania innym swojego zdania, w mojej odpowiedzi nawiązałem tylko do tego,że wielu młodych nie czuje potrzeby posiadania auta. Ja czuję aż za bardzo 😉 Do tego jestem zwolennikiem podejścia zdroworozsądkowego ,które niestety nie jest popularne wśród różnej maści aktywistów.

      • Daozi napisał(a):

        Pobawiłbym się w adwokata diabła: to o czym piszesz to jest podejście zdroworozsądkowe. Logicznie myślący człowiek tak by zrobił. Tzn.: masz samochód – ok; od Ciebie zależy jak często go używasz i wychodzimy z założenia, że używasz go wtedy, kiedy potrzebujesz i tylko wtedy.
        Ale de facto, najczęściej ludzie wożą w aucie zaledwie dwa pośladki zamiast ośmiu albo dziesięciu, co więcej nierzadko robią to nawet wtedy, kiedy mogą użyć zbiorkomu, roweru, albo nóg. (sam używam roweru ile mogę, ale kiedy kropi albo leje to mi się nie chce, no i mam tylko 8 km do pracy).
        I dlatego pojawiają się komunistyczne pomysły typu: „zabrońmy używać”, albo „dowalmy podatki i opłaty; jak kogoś stać na auto to jest burżuj i wróg klasowy i niech płaci!”
        A ludzie sami z siebie – zwłaszcza w Polsce – nieszczególnie przejmują się środkowiskiem i prospołecznym myśleniem, bo mniej lub więcej w nich egoizmu. No i mamy to co mamy.

  14. toughluck napisał(a):

    Jedna uwaga: Moje dwie córki (2,5 i 4 lata) lubią jeździć samochodem, a telefon, tablet i komputer traktują jako urządzenie do oglądania bajek, a nie gadżet sam w sobie.
    Poza tym gdybym nie miał urządzenia przypominającego o zapięciu pasów, to ich płacz wystarcza. Są zainteresowane tym, co się dzieje w samochodzie i ogromną frajdę sprawia im siedzenie za kierownicą (oczywiście na podwórku).
    To wszystko jest w przeciwieństwie do mojego dzieciństwa, gdy samochód był „złem koniecznym” (albo wcale niekoniecznym), potem do trzydziestki nie zrobiłem prawa jazdy, jeżdżąc zbiorkomem, a od zrobienia prawa jazdy zastanawiam się, gdzie ja miałem oczy przez te trzydzieści lat…

  15. laisar napisał(a):

    Szanowny Autorze! Zapewne znasz stare przysłowie pszczół „jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę”. Zatem wcale nie trzeba wypatrywać żadnym spisków oszołomów, anty-samochodowych krucjat czy zmian mentalności – wystarczy spojrzeć na ZAROBKI. I kto jak kto, ale akurat Ty powinieneś być wyjątkowo dobrze przygotowany do tego zadania. Ile zarabiali amerykańscy robotnicy Wielkiej Trójki w Złotych Latach Automobilizmu – latach 50-60? Jak się to miało do dochodów producentów i cen samochodów? I co się stało, że się zes***, gdzieś tak od lat 80 XX w.

    • SzK napisał(a):

      Taki samochód, na jakich młodzież w tamtych latach zaczynała swa motoryzacyjna przygodę, dzisiaj kosztuje tyle, co trzy tankowania. Albo inaczej – tyle, co pół iPhone’a.

  16. mql napisał(a):

    Samochody faktycznie beznadziejne, ale to nie pierwszy efektowny marketingowy niewypał (p. mój „ulubiony” Dodge La Femme). W sumie to w pewnym stopniu optymistyczne – znaczyłoby, że nawet dziś nie można stworzyć czegoś z niczego, potrzebny jest jakikolwiek realny zalążek, cokolwiek, co dopiero można opakować w brednie.
    Na temat bardziej ogólny („ta dzisiejsza młodzież”) kłębi mi się tyle, że aby nie popaść w banał i jednocześnie bełkot, nie odzywam się.
    Jedynie pokrótce: „oni” w tzw. masie (choć znam wyjątki) nie interesują się niczym poza nieustającą zabawą. Wszystko, co wykracza poza powierzchowne liźnięcie (często równe wyśmianiu) jest za trudne (pardon – „za ciężkie”). Bo wymaga zgłębienia, wysiłku czy to intelektualnego czy fizycznego. Nieważne – samochód, rower, książka, fotografia, turystyka, żagle… Po co? Ma być zabawa, a co nią nie jest – nie istnieje.

    • Krzysztof napisał(a):

      Pan chyba nie zna młodzieży

      • Krzysztof napisał(a):

        My nie myślimy tylko o zabawie, obowiązki tez są. A jeżeli chodzi o zabawę: „młodość musi się wyszumieć”.

  17. Krzysztof napisał(a):

    Poczułem, że jako przedstawiciel młodego pokolenia (rocznik 1996) muszę skomentować ten artykuł i wypowiedzieć się w kwestii komentarzy.

    Primo: Nie zgadzam się, że „samochodziarze” trafiają się wyłącznie w samochodówkach. Jestem studentem Mechaniki i budowy Maszyn na Politechnice Krakowskiej. Większość moich kolegów to samochodziarze, duża ich część jest po liceum! Ja również jestem po liceum i miałem w klasie dwóch kolegów zapaleńców (jeden samochody, drugi motocykle) i kilku kolegów dyskutujących z nami na temat samochodów, mimo, ze to nie było ich główne hobby.

    Secundo: Czy widzieliście młodego człowieka, koło 20. kupującego NOWY samochód w salonie? Może tam kilku si trafiło, ale musieli mieć naprawdę bogatych rodziców. Nie mamy samochodów, bo nas po prostu nie stać. Nie wszyscy odłożyli, nie wszyscy z nas pracują. Nawet jeśli trochę się dozbiera, rodzice trochę dołożą (aczkolwiek nie lubię brać od nich kasy) to nie zawsze starczy na utrzymanie samochodu. HORRENDALNE stawki ubezpieczeń OC i inne koszty skutecznie przeszkadzają mnie i części moich kolegów w kupnie samochodu. Poza tym… I tak na rynku nie ma ciekawych samochodów w miarę niskiej cenie.

    Tertio: „Taki samochód, na jakich młodzież w tamtych latach zaczynała swa motoryzacyjna przygodę, dzisiaj kosztuje tyle, co trzy tankowania. Albo inaczej – tyle, co pół iPhone’a. ” – czy admin przegląda często ogłoszenia z samochodami? Bo ja tak i okazje trafiają się rzadko. I nie każdego stać na iPhona i nie każdy go potrzebuje. Ja wole swoja stara Nokię, przynajmniej bateria trzymie 10 dni. 😉

    Po czwarte (bo już łaciny zabrakło): OK, siedzimy na tych fejsbukach, kontaktujemy się przez internet… I co z tego? Trzeba mieć do tego zdrowe podejście i tyle. Są ludzie z którymi inaczej nie da się skontaktować, są ludzie z którymi rozmowa przez fejsa jest tylko uzupełnieniem i pogłębieniem znajomości.

    • SzK napisał(a):

      Ad primum: bardzo mnie to cieszy!!

      Ad secundum: w Polsce oczywiście młodzieży nie stać na nowe auta, ale Sciona sprzedawali w Stanach, nie u nas. Tam cena nie jest problemem i nigdy nie była – młodzi ludzie jeździli nowymi Mustangami już 50 lat temu (przynajmniej spora ich część).

      Ad tertium: Mnie chodziło o to, że iPhone’y sa wśród młodzieży obiektem kultu, podczas gdy samochody (które wcale niekonieznie kosztuja więcej) – już nie, chociaż jeszcze niedawno były.

      Ad quartum: Ja też dużo siedzę w necie i na FB, bez tego nie miałbym bloga ani żadnych kontaktów na scenie oldtimerowej. Samo spędzanie czasu online nie jest niczym złym, o ile nie wypiera wszystkich innych rodzajów aktywności.

      • witko napisał(a):

        „HORRENDALNE stawki ubezpieczeń OC i inne koszty skutecznie przeszkadzają mnie i części moich kolegów w kupnie samochodu. Poza tym… I tak na rynku nie ma ciekawych samochodów w miarę niskiej cenie.”

        Nie mogę się zgodzić – nawet za 1500 zł da się kupić ciekawego starucha, który jeszcze pojeździ – wystarczy dobrze poszukać i sprawnie negocjować. Ubezpieczenie nie jest aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać (do tego jest możliwość uzyskania zniżek za wiek pojazdu będąc w PZM).

        Koszta utrzymania nie są wysokie. Trzeba trochę się zmobilizować samemu – popracować dorywczo, zacisnąć pasa, samemu próbować naprawiać auto. Sam ciągnę tak od początku studiów i zawsze jakoś to wychodzi i dostarcza masę radości.

      • SzK napisał(a):

        Dokładnie tak – to po prostu kwestia priorytetów. Priorytety się zmieniaja i to jest główna myśl artykułu.

    • Daozi napisał(a):

      Co do cen samochodów… Mamy małą, starą Micrę. Kosztowała 3000. Wymiany, zabezpieczenie antykorozycjne, nowe opony i wszystko inne – drugie tyle i jeździ bez większych problemów trzeci rok.

      ALE: 6000 + ubezpieczenie + przeglądy + benzyna, to często nie na studencki budżet i z tym się w pełni zgadzam. Jak pisałem wcześniej: sam kupowałem auto mając lat 24 albo 25 (mam już sklerozę) i stałą pracę. Bo to nie jest tak, że auto MUSISZ mieć jak tylko skończysz 18 lat; moim zdaniem to jest idiotyczne podejście.
      Zresztą prawo jazdy też nie jest konieczne w wieku 18 lat, bo często przez pierwsze kilka lat po zdaniu, jeździ się raz na miesiąc albo i rzadziej.

      I jeszcze jedno: sam mam starą Nokię, nie wiedziałem, że wśród młodszego pokolenia ludzie też jeszcze używają takich wynalazków 😀

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście, że samochód nie jest konieczny – to wyłacznie wzorzec kulturowy. I o zmianie tego wzorca opowiada ten artykuł (tzn. jego ostatnia część).

  18. Hans napisał(a):

    Sciona mi nie szkoda. To był czysty bezsens. Pamiętam jak byłem w Stanach ze trzy lata temu i mijałem salony Sciona z palcami zastawionymi co do centymetra bez ani jednego klienta. Nie miało prawa wypalić.
    Z innej beczki, jeśli chodzi o młodzież. Jako szczęśliwy posiadacz dwójki z przodu i dwójki z tyłu (czyli mając 22 lata mówiąc po ludzku) czuje się w obowiązku wypowiedzieć 🙂 To prawda że młodzi ludzie, zwłaszcza w dużych miastach zupełnie nie czują potrzeby robienia prawka. Najlepszy przykład to mój znajomy który niby nawet zaczął jazdy ale egzaminu nie zdaje bo praca, studia, brak czasu itp. A potem dzwonił do mnie jak się przeprowadzał czy bym nie podjechał i mu nie pomógł przewieźć paru rzeczy.
    Poza tym widzę to jak przyjeżdżam na wydział moim 23-letnim Mercedesem. Niektórzy wyraźnie patrzą na mnie jak na nieszkodliwego ale jednak świra.
    Pomijając już że to co pisali niektórzy moi przedmówcy o tym że młodych ludzi nie stać na nowe samochody to bzdura. Przyjedzcie sobie kiedyś na parking dla studentów przy WZ UW i zobaczcie co tam stoi. Panamery, BMW serii 7, Q3-ki są na porządku dziennym. Nie mówiąc już o tym że mój Mercedes i jeden PF 125p to jedyne samochody starsze niż 10 lat. Wiadomo, część z tych aut to z pewnością samochody rodziców. Ale czy wszystkie? Nie sądzę…

    • SzK napisał(a):

      Nieszkodliwym świrem mogę być – nawet mnie to trochę łechce. Gorzej, jeśli ktoś robi ze mnie przestepcę albo przynajmniej krzywdziciela ludzkości – a tak dzieje się coraz częściej.

      P.S. Ja też za studenckich czasów miałem Mercedesa dokładnie o rok starszego od siebie!! Piąteczka!! 😉

    • Daozi napisał(a):

      No ja przepraszam, ale taka Panamera w średnim stanie, używana, to jakieś 180 – 200 tys. Jeżeli należą do studentów, to raczej nie ma bata, żeby to nie były auta od rodziców. Ile osób w wieku ok. 20 – 22 lat ma takie pieniądze?! Musieliby chyba opanować granie na Forexie do perfekcji…
      Poza tym to mogą być auta wykładowców.
      Spójrzmy prawdzie w oczy: mediana zarobków w naszym kraju to ok. 2300 – 2400 PLN netto. Weź się za do utrzymaj, opłać wszystko i kup nowe auto mając 20 – 30 lat. Nawet zarabiając dwa razy tyle, w dużym mieście na nowe MAŁE auto poodkładasz parę lat. A na przyzwoite używane trzeba mieć tak ze 30 tys. plus minus.
      No i ile może dorobić przeciętny student (nie kierunków IT)?

      • toughluck napisał(a):

        Daozi, jeśli to parking dla studentów, to zwykle jest bardziej odległy i mniej wygodny od parkingu dla pracowników uczelni, więc to jednak prawdopodobnie samochody studentów.
        Tutaj jest mowa o wydziale zarządzania, więc zapewne kierunek dla byznesmenuf jedynaków, którzy przejmą interes rodziców, więc zapewne samochody kupione za pieniądze rodziców.
        Ale dlaczego wykluczasz studentów kierunków IT? Ze znajomością angielskiego przeciętna pensja dla najmniej płatnych stanowisk w IT w Warszawie to 5-6 tysięcy netto. Wiem, że pani Bieńkowska ma swoje zdanie na temat ludzi zarabiających tyle, ale spójrzmy prawdzie w oczy — nawet płacąc 2-3 tysiące za utrzymanie ciągle zostaje w kieszeni około 3 tysiące złotych, a za tyle można wziąć w leasing lub na kredyt całkiem drogi samochód.
        Spójrz innej prawdzie w oczy: pracując na uczelni kokosów się nie dorobisz, więc do tych samochodów robią maślane oczy nie tylko inni studenci, ale też wykładowcy 😉

      • Daozi napisał(a):

        @toughluck – ale ja właśnie dlatego wykluczyłem tych z branży IT! Bo ich rzeczywiście stać na nowe auta (pytałem retorycznie ile może dorobić student, a zazwyczaj mało). 5 -6 tys. netto to pensja marzeń w całej masie branż i to często uwzględniając kilku – kilkunastoletnie doświadczenie.
        Myślałem o wykładowcach, bo pamiętam że przed UE w Krakowie (Ekonomiczny) stały czasem ładne auta – po prostu wykładowcy dorabiali np. na rynkach kapitałowych, własnych firmach itp. Oczywiście nie wszyscy, no ale ile i gdzie dorobi doktor historii? A ekonomista czy „IT guy” już prędzej sobie może…

  19. SMKA napisał(a):

    To może ja się odezwę. Taki młody już nie jestem, ale już w moim pokoleniu zauważyłem jakiś spadek zainteresowania motoryzacją. Oczywiście, jako chłopiec coś tam o samochodach byłem w stanie powiedzieć, podobnie jak rówieśnicy. Jednak przykładowo ja uznałem dość szybko motoryzację za coś oklepanego. Samochód nie był w moich oczach jakimś „marzeniem”, był zwykłym urządzeniem. Jednocześnie uważałem że interesowanie się motoryzacją to coś „oklepanego”, uważam że to podświadomie spowodowało że zainteresowałem się bronią pancerną (choć bezpośrednim powodem było to że dostałem model Pantery w skali 1:35). Później moje zainteresowania w dość znacznym stopniu przeszły na broń strzelecką. Jakiś czas później zainteresowałem się motoryzacją (nie tak dawno temu), ale moje zainteresowania od prawie od razu przeszły na motoryzację sprzed kilkudziesięciu lat. Zresztą, nawet jak nie uważałem motoryzacji za moje zainteresowania, to też w ramach odskoczni coś tam zdarzało mi się o motoryzacji czytać i czytałem wtedy o samochodach z „demoludów”, więc miałem jakieś zadatki na fana klasyków. Zresztą, to zainteresowanie się motoryzacją na serio zaczęło się od samochodów współczesnych, ale od pojazdów francuskich, więc od pojazdów mocno kontrowersyjnych (w Polsce przynajmniej). Ot, zawsze byłem przekonany że „Francuz to zło”, ale przez przypadek zacząłem mieć do czynienia z samochodami francuskimi i stałem się nieco neofitą. Gdybym nie miał przekonania że „Francuz to zło”, to pewnie wyrobami francuskiej motoryzacji bym się nie zainteresował.

    Dodam że ja prawo jazdy zrobiłem dość wcześnie, ale bez przesady, nie byłem człowiekiem który bardzo się spieszył (ot, rozpocząłem mając 18 lat, a dokończyłem mając 19 lat). Jednocześnie trochę dziwi mnie to że niektórzy moi rówieśnicy prawa jazdy nie mają. Z drugiej jednak strony, ja przez bardzo długi okres czasu samochodu nie miałem, bowiem nie był mi do niczego potrzebny (na uczelnią łatwiej było dojechać tramwajem), a samochód w sumie prawie zawsze mogłem od kogoś pożyczyć jak potrzebowałem. Jednocześnie uważałem że trochę głupio prosić kupić samochód i utrzymywać go za pieniądze rodziców, skoro za pasjonata motoryzacji się nie uważałem, więc jakiś czas temu samochód był by dla mnie co najwyżej urządzeniem poprawiającym moją wygodę, a nie uważałem aby taki poziom wygody był mi niezbędny. Prawo jazdy zrobiłem zaś na wszelki wypadek, ot, uważałem że samochód to przydatne urządzenie i dobrze mieć możliwość jego wykorzystania.

    Ogólnie rzecz biorąc, uważam że motoryzacja spowszedniała, spowszedniała na tyle że jakaś tam część społeczeństwa ma do niej podejście jak ja do pralki. Pralkę uruchomić potrafię, ale pralki nigdy mnie nie interesowały. Dodam że nie uważam takiego podejścia za coś złego. Wręcz przeciwnie, według mnie to normalne że niektóre rzeczy powszednieją i stają się czymś zwykłym, czymś czym trudno się interesować.

    No i jeszcze jedno. Będąc młodym człowiekiem poszedłem w kierunku broni pancernej z jeszcze kolejnego względu. Otóż zawsze samochody wydawały mi się strasznie delikatne. Ot, kraska przy kilkunastu kilometrach na godzinę i już trzeba do blacharza. W broni pancernej nie ma tego problemu 🙂

    Swoją drogą, jakiś czas temu oglądałem film dokumentalny w którym padła teza (nie wiem na ile prawdziwa) że to USA są państwem w którym nastąpił spory odwrót młodzieży od motoryzacji. Zastanawia mnie ile w tym prawdy.

    • Daozi napisał(a):

      W pełni rozumiem zainteresowanie bronią pancerną (historię studiowałem), ale kurczę, czołgiem sobie nie pojeździsz po mieście. Do ludzi też nie postrzelasz – a jeżeli już to tylko raz. A używanie pralki może przynosić radość chyba tylko chomikowi. Jazda samochodem natomiast może sprawiać przyjemność – nawet jeżeli to jest jakieś pierdzikółko.

      • SMKA napisał(a):

        No właśnie, to jest jeden z powodów które chyba podświadomie skłoniły mnie do zainteresowania się motoryzacją. Tym bardziej że karabin czy pistolet to też dla cywila gadżet, a kupno czołgu, choć możliwe, to bardzo duży wydatek. Natomiast samochód, nawet „jaktajmerowy”, nadaje się do jazdy na co dzień.

      • Daozi napisał(a):

        A tak w ogóle, to gdzie wolno jeździć czołgiem? Bo ze względu na gąsienice nie da się po drogach z tego co mi wiadomo? Są jakieś „dni otwarte” na poligonach?

      • SMKA napisał(a):

        Są nakładki gumowe na gąsienice, wóz z takimi nakładkami nie powinien nic zniszczyć, choć wątpię aby były dostępne do wszystkich wozów (nakładki były dostępne). Gorzej z zarejestrowaniem, nie słyszałem aby ktoś w Polsce zarejestrował czołg, tym bardziej że tego typu pojazdy są bardzo słabo dostosowane do ruchu ulicznego (choć zimnowojenne czołgi niemieckie były już dość dobrze, Leopard 1 i Leopard 2, podobnie bwp Marder, mają choćby lusterka wsteczne). A gdzie jeździć- są różne imprezy militarne, jak choćby znane i oklepane Darłówko. Można też mieć własny teren. Albo postąpić rozsądniej i kupić coś takiego jak samochód pancerny lub kołowy transporter opancerzony. Tego typu pojazdy nie dość że z tego co kojarzę już da się zarejestrować (choć raczej potrzebne jest prawo jazdy na ciężarówkę), to jeszcze sporo takich pojazdów potrafiło lepiej bądź gorzej pływać. Dodatkowa zaleta jak na zabawkę.

      • SzK napisał(a):

        Przydałby się też chyba własny szyb naftowy.

      • SMKA napisał(a):

        Wiesz, jakby od czasu do czasu uruchomić czołg, po czym przejechać się trochę po wertepach, to możliwe że nie zrujnowało by to budżetu. Zużyciem paliwa czołgów nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem, ale sądzę że wozy z Dieslami powinny spalić gdzieś 200-300 litrów na 100 kilometrów. Oczywiście, w terenie zużycie palia jest większe, ale z drugiej strony, odpalić wóz czasem i się przejechać to nie „robienie” 100 kilometrów. Problem polega w mojej ocenie na tym że o ile samochody są, a przynajmniej były, przystosowane do eksploatacji przez przeciętnego człowieka, to nie da się tego powiedzieć o czołgach. Sądzę że już łatwiej znaleźć mechanika który „ogarnie” takiego BX-a niż kogoś kto ma pojęcie o tym jak naprawić czołg. Zresztą, kiedyś widziałem na sprzedaż skrzynię biegów do T-34 za 10 000 PLN. Za takie pieniądze to można kupić sensownego „jaktajmera” w bardzo sensownym stanie.

      • SMKA napisał(a):

        Swoją drogą, zainteresowałem się czy czterobiegowa skrzynia biegów z przesuwnymi kołami zębatymi była w T-34 jakimś ekstremalnie mało nowoczesnym ewenementem. Dochodzę do wniosku że nie, bowiem były zachodnie wozy z lat 40. które też miały skrzynie biegów z przesuwnymi kołami zębatymi. Zaczynam też mieć wrażenie że skrzynie biegów z przesuwnymi kołami zębatymi chyba dłużej utrzymały się w ciężkich pojazdach niż w samochodach osobowych. Taki link- http://www.livesteammodels.co.uk/dhmg/driving-1.html

      • SzK napisał(a):

        Proste zęby przenoszą większe siły, o czym pisał już tutaj Yossarian, w komentarzach pod artykułem o przekładniach.

  20. SMKA napisał(a):

    No i co do artykułu i marki Scion. Według mnie dzisiaj prawie wszystkie marki samochodów reklamowane są jako coś dla młodych. Chyba na Wikipedii przeczytałem kiedyś stwierdzenie zgodnie z którym samochód reklamowany dla starszych nie będzie kupowany przez młodych, ale już samochód reklamowany dla młodych starszym też będzie pasował (nie dosłownie, ale o to chodziło). Być może też to było jednym z gwoździ do trumny marki Scion (a być może nie 😉 ).

  21. ndv napisał(a):

    Dużo mięcha, mięsne komentarze, duży ruch – chyba raczej spowodowany klasyczną bombą dyskusyjną pod tytułem polityka/współczesna młodzież.

    Scion to chyba twór korporacyjnej schizofrenii. Jak już wyżej pisałem – oferowanie tylko jednego produktu praktycznie wyklucza poczucie indywidualności, podobnie działa moim zdaniem sztywny cennik (chociaż ja to akurat wolę niż negocjacje w stylu arabskiego targu). Oba w połączeniu raczej nie stwarzają atmosfery „premium” (chociaż w przypadku produktu ekskluzywnego mogłoby pewnie ten efekt jeszcze wzmocnić – ale nie w przypadku zwykłej Toyoty) – raczej produkt z supermarketu (zdaje się, że w USA określenie „produkt z WallMartu” jest dość jednoznacznie nacechowane). A nie oszukujmy się, samochód to jest symbol statusu (podobnie jak wspomniane wyżej telefony „zaprojektowane w Kalifornii, wyprodukowane w Chinach”).

    Chyba jedynym modelem, który się jakoś wyróżniał była pierwsza generacja xB, chociaż ona też raczej nie kojarzy się z powszechnie przypisywanej młodzieży zabawie, buntem itd. itp. na których wyrosły Mustang i Camaro.

    Czyli w sumie zwykłe samochody, w zwykłej cenie (pewnie bez metki „pramium” jak w przypadku Applea) w kraju, w którym cena auta nie czyni cudów.

    A co do rozpoznawalności kształtów ja znam tylko dwie marki, które są charakterystyczne i rozpoznawalne na pierwszy rzut oka (przynajmniej jeśli chodzi o całokształt a nie pojedyncze modele/generacje) – Audi i Cadillac.

    • SzK napisał(a):

      …Mercedes, BMW, Rolls-Royce, Jaguar, Saab, Citroen…

      • ndv napisał(a):

        Dzisiejsze Mercedesy są moim zdaniem w ogóle niepodobne do swoich poprzedników, Jaguary również. BMW wg mnie straciło swój charakterystyczny, jednoznaczny „rekinowaty” wygląd w latach 90 a Chris załatwił sprawę ostatecznie. Z Citroenem ciężko mi powiedzieć, czy XM bardziej przypominał CX czy 25, obie generacje C5 są do siebie podobne jak pięść do nosa. Opel 9-3 na SAABa nie wyglądał. RR/Bentley – w czasach przedniemieckich każda generacja była długowieczna, Niemcy moim zdaniem zupełnie odmienili wygląd.
        Co do Cadillaca nie będę się kłócił, bo to u nas rzadki widok, ale „kanciastość” się utrzymuje od lat 90. A Audi? Od czasów A4 one wszystkie wyglądają tak samo.

      • SzK napisał(a):

        Audi jest bezapelacyjnie rekordzistą – ja zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wszystkie nowożytne modele mają w sobie coś z NSU Ro80, aż do dzisiaj 🙂

        Cadillac – jeśli 20-letni okres uznamy za wystarczający, to trzeba będzie przyznać, że bardzo wiele marek ma niezmienny image. XJ-owaty Jaguar trzymał się lat 40, cegłowate Volva – niewiele krócej, Mercedes – od II wojny światowej do końca stulecia, BMW – od Neue Klasse do Bangle’a, Citroen – od DS-a do XM-a albo i pierwszych C5.

      • Daozi napisał(a):

        Ja bym złośliwie dorzucił Toyotę. Jeżeli widzisz na ulicy nijakie a przy tym brzydkie auto, (były wyjątki, Supra IV, Celica VII GT2000), to zapewne jest to Toyota 😛
        I żeby nie było – sam od początku jeżdżę Toyotami.

      • SzK napisał(a):

        eee tam, są barrdziej niewidzialne auta. Fakt, że większość z nich jest z Azji, ale nie wszystkie.

      • truten23 napisał(a):

        Można dorzucić początkowe kie i hyundaie.
        Bo teraz to już wyglądają dość fajnie.

    • Fabrykant napisał(a):

      @ndv: A co to już nawet klasyczną bombą nie można się pobawić? 🙂 . Poczekajmy na wpis o komunizmie, to będzie dopiero rozrywka.

      • witko napisał(a):

        ndv – XM nie miał przypominać CX. Jest duchowym spadkobiercą SM – wystarczy spojrzeć na boczną linię, tylne lampy, przód, umiejscowienie lamp i kierunkowskazów no i oczywiście nazwę XM-SM

      • truten23 napisał(a):

        Będzie to w pis z serii kij w mrowisko. To było by ciekawe 😀
        Taki eksperyment społeczny 😀

      • SzK napisał(a):

        To będzie wpis. Na pewno nie „w pis” (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać).

  22. Paweł napisał(a):

    Zwyklę nie wklejam linków do zewnętrznych portali, ale tak mi się skojarzyło, że będzie idealnie pasować do tematu (a szczególnie zakończenia):http://kopalniawiedzy.pl/starosc-starzenie-senior-muzyka-pop-teksty-analiza-Jacinta-Kelly,24151

    Bardzo dobrze spuenowane tą wzmianką o prospektach reklamowych dla „siwych głów”. Pozdrawiam!

  23. Szczelinowiec napisał(a):

    Od zawsze lubiłem motoryzację, i też w podstawówce przyklejałem się do szyby, żeby zobaczyć, ,,ile wyciągną”. Wyścigi, rajdy mogę oglądac pasjami. A mimo to, nie zrobiłem prawka. Jako jedyny z całej klasy LO! 🙂 Mieszkam w centrum dość dużego miasta, do pracy mam dwa kilometry, do sklepów o rzut beretem. Okazjonalne przewiezienie czegoś nie było problemem, albo taxi albo ktoś z rodziny/znajomych. Auto zwyczajnie nie było mi potrzebne. Albo tak mi się wydawało.

    Bo gdy pare lat temu zbliżała się czterdziestka postanowiłem się wreszcie ogarnąć. Taki prezent na mid-life crisis 🙂 Mimo to i tak myślałem, że auto będzie więcej stało niż jeździło. Bo w sumie po co mi.
    Ale nie stoi. Zawsze zanajdzie się powód, żeby sobie pojeździć; nawet taki, żeby auto nie stało, bo jak stoi, to się psuje :). Mam frajdę. I to większą, to większość znajomych w moim wieku prawko ma od stu lat, jeździ bo musi i ma z tego zero przyjemności. A ja mam, i to jak diabli. A gdy mnie już jazda znuży, to będę miał siedemdziesiątkę, Alzhaimera, i zapomnę, że mnie znużyła, więc zacznę znów od zera. Haha, pokonałem system :).

    Ale Sciona nie kupiłbym. Nudny, nijaki, dla nikogo. Sorry. Już wolałbym białą Skodę Oktawię po repie.

    Nie, jednak nie wolałbym. To jest jednak straszne auto. Parę dni temu jechałem rano kilkaset km autostradą i były TIRy, białe Octavie i ja. Brrr. Ale przedliftową Multiplę chętnie.

    • Fabrykant napisał(a):

      Bardzo ciekawe podjeście. Ja na midlife crisis wyciąłem wielką dziurę w dachu mojego Renault Clio I i zamontowałem przy pomocy kolegi rolldach od Twingo. Jedyny taki na allegro, kultowy unikat, zobacz 😉 .

    • SzK napisał(a):

      Serce roście, patrząc na te komenty!!

    • ndv napisał(a):

      Życzę, żeby Ci się ta frajda utrzymała. Ja niby prawko zrobiłem przed 19 i siadałem za kierownicę kiedy tylko mogłem – teraz tylko kiedy muszę (no są pewne wyjatki, ale współczesna jazda w miarę nowoczesnymi samochodami jest dla mnie po prostu nużąca) (a jeszcze jestem przed 30).
      Inna sprawa, że nie wyobrażam sobie współczesnego świata bez motoryzacji i komfortowego życia bez samochodu (jednocześnie uważając, że jazda samochodem po mieście zakrawa na masochizm).

  24. Fabrykant napisał(a):

    Jeżdżę od zawsze do dzisiaj z wielką, wielką przyjemnością. Wszystkim, tj. każdym autem, a każde nowe ( w sensie niejeżdżone) stanowi dodatkową przyjemność. W liceum zacząłem kolekcjonować „przejechania się” wszystkim czym się dało i notowałem to na liście- do końca studiów doszedłem do 100 samochodów, ale było to oczywiście naciągane- kilkoma z nich np. manewrowałem tylko na parkingu. Niemniej przyjemność trwa do tej pory i czuję ją z każdym dojazdem do pracy (pomimo posiadania dość plebejskiego auta codziennego). Znam tylko jednego człowieka, którego prowadzenie auta kręci jeszcze bardziej- ten jeździ sobie czasem dla przyjemności bez celu.
    W prowadzeniu najbardziej podoba mi się uczucie panowania nad maszyną i drogą- może mam jakieś kompleksy i je w ten sposób rekompensuję, czy co? Mam nadzieję, że to nie przechodzi.

  25. Skittles napisał(a):

    Jako przedstawiciel młodego pokolenia czuję się dotknięty tymi uogólnieniami. Mam 20 lat, powtarzam właśnie rok na studiach i zatrudniłem się na myjni ręcznej, bo choć praca jest dość wyczerpująca fizycznie, to daje mi możliwość dokładnego obejrzenia dużej ilości różnych samochodów oraz prowadzenia ich (o ile można tak nazwać wprowadzanie ich na halę i wyprowadzanie). Najbardziej ze wszystkich spodobało mi się Volvo 940, chociaż ostatnio widziany W201 również robił wrażenie 😉

    Znajomy, który jest w podobnej sytuacji, postąpił dokładnie tak samo. Drugi dorabia w warsztacie. Trzeci zafascynował się dzięki nam motoryzacją do tego stopnia, że wznowił kurs na prawo jazdy. Czwarty pracuje w warsztacie od dwóch lat. Piąty jak najszybciej zdał B1, tak samo B. Szósty właśnie skończył 18 i czeka już na odbiór prawka. Nie mówiąc o tym, że studiuję Budowę Maszyn, gdzie ze 180 osób na roku zdecydowana większość ma własne 4 koła.

    Także tego… widać negatywny trend, i bardzo mnie to smuci, ale duch w narodzie jeszcze nie ginie 🙂

    • SzK napisał(a):

      Przepraszam, jeśli ktoś poczuł się dotknięty uogólnieniem, nie to było moją intencją, a ukazanie trendu. A to, że duch jeszcze nie ginie całkowicie, bardzo mnie cieszy.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      no właśnie popatrz na kierunek, który studiujesz – na socjologii, pedagogice, zarządzaniu czy europeistyce mógłbyś mieć trudność ze znalezieniem 2 osób zainteresowanych …

  26. Robal napisał(a):

    Nudne te Sciony. Nic dziwnego, że się nie sprzedawały.

  27. Wojtek napisał(a):

    Samochód był obiektem kultu, gdy był symbolem wolności i bogactwa. Dziś wolny jest ten kogo stać na to by samochodu nie mieć. Nic dziwnego, że nie jest już obiektem fascynacji (jak wielu znacie ludzi których fascynują pralki automatyczne albo tostery?). Czy to źle? Równie dobrze, można by narzekać że nikt już się nie fascynuje końmi i najnowszymi modelami francuskich karet, które też kiedyś były symbolem wolności i bogactwa.

    • SzK napisał(a):

      Na Zachodzie fascynacja motoryzacją zaczęła się właśnie wtedy, kiedy samochód stał się dostępny. W czasach kiedy był atrybutem milionerów prosty lud nienawidził automobilistów, politycy zresztą też.

      • Wojtek napisał(a):

        Bo działał element nowości. Coś co przed chwilą mógł mieć milioner dziś kupuje sobie zwykły obywatel i zaczyna się czuc prawie jak ten milioner. Tylko za jakiś czas zaczyna zdawać sobie sprawę, że taki sam samochód ma każdy jego sąsiad, więc to przestaje działać. Coś jak z Passatem – od symbolu niedostępnego luksusu do symbolu obciachu.

      • SzK napisał(a):

        Pasja, to jest pasja. Ja przy swoim pierwszym aucie ani nie myślałem, że jestem milionerem, ani przed nikim nie szpanowałem, ani nie czułem się lepszy od sąsiada. Po prostu, to było spełnienie marzeń, samodzielna jazda gdzie się tylko chciało, no i wycieczki z licealną paczką (W tamtym czasie Kraków-Zakopane i z powrotem wychodziło na osobę za cenę nieco powyżej dorosłego biletu MPK). Dziś pasje są już inne – też nie można powiedzieć, że chodzi o naśladowanie milionerów, bo kart SIM jest w Polsce więcej niż ludzi. Może 15 lat temu komórki były symbolem czegoś tam, dziś to jest po prostu fajny gadżet, który ludzie lubią – tak jak moje pokolenie samochody (oczywiście są na pewno wyjątki, ale ja mówię o ogólnym trendzie).

  28. Michał napisał(a):

    Szanowni Forumowicze,
    ja mam obecnie 34 lata, i do 24 roku auta zupełnie mnie nie interesowały. W mieście w którym mieszkam wszędzie mam blisko – do politechniki 300m a do podstawówki i technikum miałem 4 przystanki MPK. Posiadanie auta wtedy nie było zupełnie moim marzeniem. Jeździłem zbiorkomem a na dyskoteki i imprezy autem kolegi który zwykle prowadził (bo był z wioski obok i jakoś musiał dojechać i wrócić). Kolega o którym wspominam był zmotoryzowany odkąd sięgam pamięcią – jako jeden pierwszych miała auto. Było widać że kilka lat dojeżdżania PKS do szkoły skutecznie „pomagało” w zmotoryzowaniu moich kolegów z miejscowości ościennych. Egzamin zaraz po 18tce to był standard, w zasadzie dziwne było jak ktoś nie robił. Dla mnie jednak przełom nastąpił później, a mianowicie wtedy gdy okazało się iż bardzo ładna dziewczyna poznana na jednej z takich imprez mieszkała kilka wiosek za miastem. Kłopot żeby tam się dostać, konieczność proszenia ojca żeby „podwiózł do koleżanki” to był impuls który uświadomił mi że auto to może być coś, co znacznie ułatwi mi życie i otworzy nowe możliwości. W tym samym roku praca za granica i przywiązanie do tych którzy mieli „prawko” było kolejnym bodźcem – sam chciałem jeździć i być panem swojego losu a nie być wożonym wedle czyjegoś widzimisię! Będę jeździł gdzie chcę i kiedy chcę! Po wakacjach zapisałem się na kurs i zdałem kat. B. Pierwszym autem był nieodżałowany Kadett D, później MB w201, cc700, a teraz jest to Omega B. Dodatkowo w ramach fantazji i celem gorszenia posiadaczy nowych crossoverów czy suvów posiadam Warczyburga 1.3(jeżdżę sobie nim do pracy – a co) W międzyczasie wielu z moich znajomych stwierdziło że auto to nie wszystko i zrobiliśmy kat. A, pokupowaliśmy motocykle, przeżyliśmy fajne chwile na wyjazdach. Wśród kopro znajomych uchodzę za maniaka – ale to chyba tylko dlatego że uwielbiam grzebać w mechanice a ponad to jeździć,jeździć,jeździć – tak po prostu zamiast po pracy prosto do domu – wybrać inną drogę, pojechać na niezaplanowany spacer z żoną do lasu lub nad jezioro. Auto mimo wielu problemów i kosztów to ciągle jest wolność! Myślę że do posiadania auta trzeba po prostu dorosnąć (co dziś przychodzi coraz później) jak i mieć realną potrzebę jego posiadania. Jeśli młodzież w wieku 18 lat nie ma takiej potrzeby – dajmy im czas – potrzeby się znajdą. Mój 18 letni krześniak ma dziewczynę w mieście obok, a do szkoły 6km – prawko zrobił w zasadzie do razu po 18 urodzinach 🙂

  29. Bartek napisał(a):

    W zeszłym roku osiągnąłem pełnoletność, a zanim to się stało miałem już zdany egzamin. Czekałem na tę chwilę od momentu uzyskania świadomości samochodowej, czyli od kiedy byłem brzdylem. Duża większość moich znajomych również za prawo jazdy zabrała się niemal od razu. Lecz zgodzę się z brakiem potrzeby kupowania samochodu. Mam swobodny dostęp do samochodu rodziców, w zasadzie kiedy tylko zechcę. Z tego powodu nie poczuwam się na razie do kupna swojego wozidła. Poza tym, myślę, że większości ludzi w moim wieku – w tym mnie – na to po prostu nie stać. A kupno rzęcha za 500 zł od Mietka nie jest wyczynem i racjonalnym wyborem.

  30. benny_pl napisał(a):

    (pisze to ale nie przeczytalem komentarzy za co przepraszam, bo mogl cos juz ktos powiedziec, ale juz pozno, jutro przeczytam)

    o nie! szkoda Sciona, XB tak strasznie mi sie podoba, a nie jestem juz nawet zbyt mlody.. kiedys sobie go kupie, jak jeszcze stanieje 🙂 jeden w lublinie jezdzi, piekne pudeleczko!
    ja tez bylem z tych co to podgladali jak ktos dlubal w samochodzi, jak dziadek dlubal przy WSK, i wydlubywalem sobie co tam jeszcze ciekawego zostalo z porzuconych wrakow (liczniki lubilem najbardziej, ale zadko kiedy byly).. i na smietnikach telewizory rozkrecalem, a teraz juz nawet na smietniku telewizora nie wolno.. nic juz nie wolno co bylo fajne, to co dziwnego, ze dzieciaki sa jakie sa? do tego od tego „bogactwa” (bo czesto na kredyt) ludziom sie we lbach poprzewracalo i same lewe rece maja, to jak dzieci maja miec przyklad? no ale kazda wladza woli miec glupich podwladnych, tacy sa najprostsi w rzadzeniu…

    a co do starszych ludzi, to cos w tym jest ze wlasnie kupuja takie nowoczesne paskudztwa, wszak Lanosy glownie kupowaly dziadki, czego pojac nie moge, bo mimo ze tyle lat minelo, to nadal jest to paskudne, choc juz to paskudztwo postapilo o wiele dalej w innych modelach, no ale to kwestia gustu, widac ze styl na robala sie podoba…

    • SzK napisał(a):

      Cześć Benny, już myślałem, że wyjechałeś do jakiejś Puszczy Białowieskiej, albo coś 🙂

      Ty zawsze potrafisz w dwóch rozbrajająco prostych akapitach wyjaśnić coś, na co ja bym potrzebował 3000 słów nudnego ględzenia…

      • benny_pl napisał(a):

        hehe, nie nie, tylko mialem wolne czwartek i piatek, a jak ja mam wolne, to mam 10x wiecej roboty niz normalnie, a pozatym ja nie mam poczucia czasu, nigdy nie wiem jaka jest godzina, dzien, nawet miesiac, wiec jak artykul jest co pare dni, to nigdy nie wiem kiedy jest nowy, a ja zawsze komputer biore w standby i tylko odswiezam te strony ktore chce na drugi dzien, nie wchodzac na glowne, no i tak potem bywa ze sie zagapiam 2 dni 😉

        a co do puszczy bialowieszczanskiej, co rosna stuletnie drzewa, sie scina, sie rznie, jest deska, jest sek 🙂 to ja bym sie tam na smierc zanudzil 🙂

        Twoje 3k slow (a slowo to 8 bitow 😉 ) jest ciekawie zawsze napisane, i nigdy nie jest przy dlugo. jak bym ja to pisal, to bylo by krotko ale pomotanie, ze tylko najwytrwalsi chcieli by to czytac 😉

  31. benny_pl napisał(a):

    uff, przeczytalem, dobrze ze jutro sobota, zle ze z rana do dziadkow mamy jechac na jakies urodziny czy imieniny, kto by to zapamietal?! 😉
    prawko robilem jeszcze przed 18, a zdawalem zaraz po odebraniu dowodu 🙂 zdalem za 1 razem 🙂 ale samochod kupilem gdzies po roku, Duzego Fiata z gazem za 600zl (wlasne, zarobione na drobnych naprawach) i byl to moj wymarzony samochod jeden z dwoch wymarzonych i branych pod uwage (drugim byla Zastava 1100), dzieki temu Fiatu nauczylem sie baaaaardzo duzo z mechaniki i jestem mu za to bardzo wdzieczny (mimo ze tylko licznik z niego stoi na regale). oczywiscie jak sie juz zaczelo, a przy okazji poszedlem do pracy (i zarabialem minimalna wtedy niecale 700zl) to kupowalem co raz jakiegos „grata” do tysiaca zeby sobie w nim podlubac, pojezdzic, sprzedac i znow inny (ale Fiat byl zawsze glownym), dzieki czemu przerobilem wiekszosc samochodow z PRL (niestety nie mialem nigdy Warczyburga, a tak mi sie podoba, ale wszystko przedemna), teraz troche skapsanialem, juz 30stke mam (i bynajmniej nie ciagnik) i juz z pol roku nic nie kupilem… ale sie rozgladam 🙂

    Pralki sa bardzo fajne, szczegolnie od gory ladowane, bo jest dobry dostep do obu stron jak sie boczki zdejmie 🙂

    szajsbuka ani macafona nie mam (probowalem macafona, katorga) i mnie do tego nie ciagnie, mialem kupe lat 3310 ale wygrzebalem na zlomie Motorole ex115 i bardzo mi sie spodobala klawiatura qwerty, bo lubie pisac smsy, i odtwarzacz mp3 sie przydaje zeby wciaz kaset kolejnych nie nagrywac 🙂

    dobra ide spac, moze w koncu bedzie wiosna to sie komara wyciagnie i pojezdzi w niebieskawych klebach mixolu (ach jak sie fajnie jezdzilo Trabantem 601)!

    • hurgot sztancy napisał(a):

      Pierwszy wypadek w życiu spowodowałem 601 – miał przełożone zawieszenie z Trapolo bez ustawienia zbieżności. Wpadłem w dziurę i zaczęło nim rzucać na lewo i prawo, a ja doświadczony kierowca z ok. 500km najechanymi nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Trabi na bok, a potem do rowu i na dach. Bliznę mam na ręce do tej pory. Najgorsze, że było to auto pożyczone od znajomych… Ehh… nie wspominam 601 najlepiej.

  32. toughluck napisał(a):

    Pomyślałem jeszcze na ten temat i doszedłem do pewnego wniosku. Jest bardzo pozytywna strona tego wszystkiego: koniec z blacharami 😀

    • SzK napisał(a):

      Właśnie – czy ktoś może wie, na co one teraz patrzą…? Bo telefony nie są chyba jednak wystarczająco drogie… 😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        hehe, a że tak zapytam z ciekawości, dlaczego pytasz? 🙂

      • SzK napisał(a):

        Wiesz, gdyby mnie to interesowało od strony praktycznej, to raczej nie musiałbym zadawać takich pytań 🙂

      • toughluck napisał(a):

        20-letnie BMW z dziurą w wydechu udające samochód sportowy też nie jest wystarczająco drogi. Z telefonami jest ryzyko, że dziunia telefon będzie mieć lepszy, więc tym się nie zaimponuje.

    • Daozi napisał(a):

      Ja myślę, że teraz lecą na inteligencję i rozum. Jak czytasz Schopenhauera w oryginale to masz rwanie. Serio, spróbuj!

  33. nudny napisał(a):

    To ja też dorzucę swój grosik, wcześniej nie miałem czasu żeby przeczytać wszystkie komentarze.

    Miesiąc temu skończyłem 23 lata, czyli należę raczej do młodszego pokolenia.
    Motoryzacja jest moją największą pasją od zawsze, odkąd pamiętam. Już jako 3-4 latek interesowały mnie głównie zabawkowe samochodziki. Do 4 roku życia mieszkałem w innym miejscu, pamięć już słabo sięga w tamte czasy, ale pamiętam jak dziś sytuację, kiedy na własne oczy widziałem pierwszą samochodową stłuczkę. Osiedlową uliczką na Ochocie (jedna z przecznic Pawińskiego) pojechał jakiś wariat/pijany Fiatem 125p i po drodze zdemolował kilka samochodów na parkingu (głównie Maluchów, jednemu nawet odpadł tuningowy spoiler z epoki). Chodząc do szkoły przyklejałem się do szyb zaparkowanych samochodów i sprawdzałem ile mają na prędkościomierzu. Pamiętam też jak w gnijącym Trabancie ktoś „wyrąbał” dziurę w przednim błotniku i od tego czasu wiedziałem, że Trabanty mają nadwozie z „kartonu”. 18 lat chciałem skończyć nie dla fajek, czy alkoholu, a właśnie dla możliwości zrobienia prawka.
    Gdy zbliżały się moje 18 urodziny, cała bliższa rodzina zrobiła zrzutę na kurs prawa jazdy dla mnie, na kursie zresztą pierwszy raz w życiu prowadziłem samochód (ojciec nigdy nie chciał mnie uczyć). Egzaminy słabo mi szły, zdałem dopiero za 6ym razem, ale nie poddawałem się bo zdobycie prawka było moim marzeniem. Jeszcze chodząc do technikum, za zaoszczędzone pieniądze kupiłem swój pierwszy samochód (Citroena BX’a). Do czasu skończenia szkoły i znalezienia pracy więcej stał niż jeździł bo nie było mnie stać na jeżdżenie. 20pln i tak dawało frajdę na kilka dni, jeździłem nim wszędzie, nawet po bułki do osiedlowego sklepu. Od czasu ukończenia szkoły i podjęcia się stałej pracy stać mnie było na jeżdżenie wszędzie tam, gdzie mi się podoba, i nie mam zamiaru tłuc się do pracy KM (samochodem dojeżdżam 3x szybciej). Mimo tego, że jazda samochodem stała się dla mnie codzienną rutyną i obowiązkiem (dojazdy do pracy), to wciąż czerpię z tego ogromną przyjemność i nie mogę się doczekać kiedy znowu wyruszę w jakąś dłuższą trasę. Teraz ujeżdżam ZX’a 16v, więc frajda z jazdy jest jeszcze większa 😉
    Dodam tylko, że patrząc na wybór moich samochodów nie znaczy to, że jestem frankofilem. Po prostu nie mógłbym znieść jeżdżenia czymś pospolitym, Skodą czy Oplem. Ja muszę jeździć czymś nietuzinkowym. Samochód i muzyka, której słucham są częścią mojej osobowości.

  34. benny_pl napisał(a):

    a co to sa kudosy? bo propsy to takie profesjonalne psy 😉

  35. Klakier napisał(a):

    Czytam te wpisy i widzę że od moich czasów niewiele się zmieniło w świecie „petrocholików”,a minęło ładnych kilka-naście latek.PJ miałem zrobione jak miałem 17 lat i dało się już wtedy powozić samemu,z resztą pierwszy egzamin zdawałem jeszcze „na piechotę”,dla niewtajemniczonych nie było WORD-ów i egzaminator przychodził do szkoły jazdy,mało tego nie było testów!!!,ot gość rysował sobie krzyżówki na kartce a ty musiałeś rozjechać monetami lub w bardziej cywilizowanej formie Matchboxami,następnie juz jazda na placu i miasto.Pierwsza trasa Warszawa,ode mnie to jakieś 320 km dało się przeżyć,gorzej sama Warszawa dla takiego człowieka z kresów kraju do złapania rytmu dała nieźle popalić dobrze że ojciec znał dobrze drogę.Pierwsza fura,Skoda 100 *73 kupiona w stanie agonalnym i zreanimowana na podwórku kamienicy ,jeszcze wtedy traktowana jako grat a nie youngtaimer,w ostatecznej formie u mnie miała nawet elektryczne szyby co nie było takie oczywiste wówczas,obrysówki a-la USA i parę innych gadżetów z epoki .Moi kumple wyżywali się na syrenach ,df-ach ,motorynkach,jawach,mz-tkach i jeden nawet miał Junaka. Oczywiście byli tacy co woleli pograć na gitarze lub posiedzieć dwie doby ciurkiem klepiąc zx spektrum do stanu przebicia styków w klawiaturze i tym pozostało tak do dzisiaj tyle że teraz na tym zarabiają.Wiadomo czasy były inne i sposoby realizacji (kombinacji)swojego hobby wymagały wielu karkołomnych zachowań.Następne auta to dwie skody 120 trzy cieniasy jako drugi w rodzinie jeden maluch i dwa paszczaki aaa jeszcze pojawił się „prosiaczek” 124 w szerokiej listwie ale po reanimacji poszedł do ludzi bo sumienie nie pozwalało trzymać go na podwórku pod chmurką.Teraz już niestety auta spowszedniały być może z racji wykonywanego zawodu,koledzy też dorośli (zestarzeli się)i piłeczkę przejęli synowie ,którym nawet nie w głowie jest życie bez samochodów ot taka zmiana pokoleniowa…

  36. And napisał(a):

    Osz dokota, człowiek na chwilę gdzieś wyjedzie, a tu komentarzy jak na Złomniku za szczytowych czasów!? No to uważajcie teraz na to wykopalisko:

    Blogomotive #198:

    „Najlepszy Scion | Najgorszy Scion

    Scion to słaba moim zdaniem próba podreperowania wizerunku Toyoty w USA i obniżenia średniej wieku jej użytkowników. Założę się, że za 5 lat przestanie istnieć.

    Wpis z końca listopada 2010.

    http://www.blogomotive.pl/index.php/2010/11/22/198-najlepszy-vs-najgorszy-s/#more-5012

1 Pingi/Trackbacki dla "TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: ODA DO MŁODOŚCI"
  1. […] wraz z nim odchodzi też motoryzacyjna pasja młodzieży. Jak pisałem ostatnio, dla obecnych licealistów prawo jazdy rzadko bywa priorytetem, nawet wielu dorosłych […]