TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: PIERWIASTEK ŻEŃSKI – cz. II

W pierwszej części historii koloru w motoryzacji omówiłem epoki poprzedzające II wojnę światową. W tamtych czasach tańsze samochody wyglądały raczej smutno, co, jak już wiemy, było w dużej części spowodowane ograniczeniami technicznymi i ekonomicznymi. Lakiery w żywych, intensywnych barwach były możliwe do wytworzenia, ale kosztowały majątek i szybko niszczały, dlatego nadawały się jedynie do najdroższych pojazdów i dla najbardziej ekscentrycznych automobilistów.

Dopiero później, począwszy od Epoki Chromu, życie kierowców stało się bardziej kolorowe. Z pomocą przyszła kolejna rewolucja techniczna – zastąpienie baz nitro żywicami syntetycznymi (polimerowymi) uzyskanymi z przetworzenia ropy naftowej. Pierwsze eksperymenty z nimi (a raczej z ich najstarszym rodzajem, żywicami alkidowymi) prowadzono już od 1930r., ale zastosowanie na większą skalę nastąpiło po wojnie. Nowa technologia pozwoliła skrócić czas wysychania lakierów (a więc obniżyć koszt produkcji aut), uzyskać większe nasycenie kolorów, ale przede wszystkim wydłużyć żywotność powłok lakierniczych. Przedwojenne karoserie szybko traciły połysk na skutek działania wilgoci, promieniowania ultrafioletowego i czynników mechanicznych, a głębsze polerowanie, jakkolwiek przywracało krótkotrwale ładny wygląd, wiązało się ze zdjęciem znacznej części grubości miękkiego lakieru i dalszym zmniejszeniem jego trwałości. Żywice syntetyczne złagodziły ten problem i w dużej części przyczyniły się do tego, że powojenna Epoka Chromu wydaje się być wizualnie najefektowniejszą w całej historii motoryzacji.

Prawie wszyscy entuzjaści automobilizmu za swą ulubioną część jego dziejów uważają albo Epokę Chromu, albo Epokę Plastiku. W istocie, ówczesne pojazdy były najciekawsze i najbardziej różnorodne zarówno technicznie, jak i stylistycznie – w tym także najbardziej kolorowe. Jednak na przestrzeni owego w sumie półwiecza trendy zmieniały się wielokrotnie.

Epokę Chromu można podzielić na trzy okresy. Pierwszy z nich trwał w Ameryce do roku 1949-50, w Europie nieco dłużej. W tamtym czasie przemysł motoryzacyjny w dużej części kontynuował produkcję modeli przedwojennych, bo istniały ważniejsze potrzeby i bardziej rentowne inwestycje niż face-liftingi samochodów osobowych. Podobnie jak w czasach Modelu T, wystarczało to, że pojazd spełniał swoją podstawową funkcję transportową, estetyka była zupełnie pomijalna. Ludzie nie byli w stanie i nie chcieli dopłacać za luksus efektownego wyglądu, dlatego też lakiery na masowo produkowanych samochodach były smutne i bure, do tego zwykle matowe. Oferowany klientowi wybór kontynuował przy tym tradycje Henry'ego Forda – był bardzo wąski, albo wręcz żaden.

Kolor najwcześniejszych Volkswagenów nie pozostawia wątpliwości co do militarnych genów projektu

6109347783_1d193bc7bd_bFoto: Thorsten Haustein, Licencja CC

 

2CV miał oczywiście mniej wspólnego z wojskiem, ale jego jedyny kolor nie był od tego ani trochę weselszy

Schaffhausen_14082006(029)Foto: Cme, Licencja GNU

 

W Stanach Zjednoczonych było rzecz jasna lepiej, ale i tam na czas wojny zrezygnowano ze zbytków. Słynne z najbardziej finezyjnej stylistyki i najszerszej palety kolorów General Motors ograniczyło się po ataku na Pearl Harbour do zaledwie czterech odcieni o mało efektownym wyglądzie, a za to bardzo bojowych nazwach: Volunteer Green, Ensign Blue, Torpedo Grey i Martial Maroon, ponadto wszystkie chromy usunięto lub zastąpiono jednolitym malowaniem w kolorze nadwozia. Innym ciekawym trendem, poniekąd odbijającym się na kolorystyce amerykańskich samochodów lat 40-tych, było użycie drewnianych elementów poszycia karoserii. Głównym motywem były tu niedobory stali, która nie dość, że była potrzeba do produkcji broni, to w większości zostawała na polu bitwy, zamiast, jak w warunkach pokoju, wracać po jakimś czasie do hutniczego pieca. Ponieważ w USA, w przeciwieństwie do Europy, ruch aut prywatnych w czasie wojny nie zamarł całkowicie, zdarzały się czasami wypadki drogowe i istniała konieczność napraw karoserii – uszkodzone (lub skrajnie skorodowane) elementy również zastępowano doraźnie drewnem. W ciągu kilku lat ludzie do tego stopnia przyzwyczaili się do takich widoków, że aż do wczesnych lat 50-tych producenci z Detroit oferowali sedany, coupé i cabriolety z częściowo drewnianym nadwoziem i traktowali to wręcz jako element dodający szyku (istniały też tzw. woody-wagons, popularne od lat 30-tych drewniane karoserie przypominające dzisiejsze kombi, ale to temat na osobny wpis). O gustach dyskutować trudno, lecz faktem była uciążliwa eksploatacja takich karoserii – wymagały one regularnej impregnacji specjalnymi lakierami bezbarwnymi, bez czego w szybkim tempie butwiały.

Częściowo drewniany Nash Ambassador z 1947r.

1947_Nash_Suburban_4-door_Slipstream_woodieFoto: public domain

 

Od czasu przestawienia się gospodarek w tryb pokojowy i ekonomicznego boomu, który rozpoczął się we wczesnych latach 50-tych, można było mówić o zupełnie nowej jakości w motoryzacyjnej stylistyce, w tym – o nowych trendach kolorystycznych. Ten etap – szczytową Epokę Chromu – nazywa się czasem samochodowym barokiem.

Wszyscy wiemy, jak wyglądały amerykańskie "krążowniki szos" z lat 50-tych (na marginesie: sam ten termin nie jest wcale amerykański, a… niemiecki – to polska kalka słowa Straßenkreuzer, którego częściowym odpowiednikiem może być angielski land yacht, ale ten nie ogranicza się ani do pojazdów z USA ani do żadnej konkretnej epoki, zaś Straßenkreuzer – owszem). Kilka razy pisałem już, że obowiązująca w tamtym czasie na Zachodzie idea postępu jako nieustannego wzrostu gospodarczego i rozwoju techniki, bez uwzględnienia zużywanych do tego zasobów, wywołała powszechną euforię i nastawienie konsumpcjonistyczne, przedstawiane jako niemal patriotyczny obowiązek. Ówczesne wzornictwo przemysłowe, w tym automobilowa stylistyka, zdają się odzwierciedlać ów nastrój hurra-optymizmu. Samochody postrzegano jako symbol nowoczesności, postępu, dobrobytu i statusu społecznego, musiały więc wyglądać jak najokazalej. Dzisiejszego obserwatora najbardziej uderza ilość chromu – czasami do 50 kg na jeden pojazd!! Same kolory dopasowywały się do samopoczucia ludzi, stąd dominacja lakierów jasnych, najczęściej pastelowych, albo intensywnych barw podstawowych – przede wszystkim czerwieni i błękitów. Misterne detale, blask chromu i infantylna kolorystyka czynią ówczesne samochody mało poważnymi, wręcz kiczowatymi dla naszych oczu – niektórzy porównują je do domków dla lalek albo weselnych tortów.

Buick '58 – najobficiej chromowany samochód wszechczasów

MWSnap084Foto: public domain

 

Mercury wyglądał nieco skromniej, ale był pomalowany w podobnym tonie

1959_Mercury_Park_Lane_2Foto: Morven, Licencja GNU

 

Oprócz chromu samochody z Detroit zdobiły często opony z białym bokiem i kontrastowe aplikacje wzdłuż boku

ChristineFoto: public domain

 

Tańszy pojazd z biedniejszego kraju ma jednolity i prostszy kolor, a także jedynie skromny ułamek chromowanej armatury Buicka, ale wyraźnie widać, że wywodzi się z tej samej szkoły

1970_Fiat_500_LFoto: public domain

 

Lakier metalizowany wciąż był czymś rzadkim i bardzo drogim, ale zaczynał się już pojawiać w katalogach producentów masowych, zwłaszcza amerykańskich

MWSnap088Foto: public domain

 

Popularna była kość słoniowa – ciekawsza i praktyczniejsza od czystej bieli (wolniej się brudziła i starzała). Inną jej zaletą było to, że dobrze komponowała się z elementami wnętrza wykonanymi z tworzyw sztucznych, które miały wtedy taki właśnie, naturalny kolor

MWSnap087Foto: Niels de Wit, Licencja CC

 

Pojazdy z założenia reprezentacyjne zachowały tradycyjną, stateczną czerń

GAZ_13_'Csajka'Foto: János Tamás, Licencja CC

 

Szczytem szyku były malowania dwukolorowe. Najczęściej łączono biel lub kość słoniową z typowymi dla epoki odcieniami pastelowymi lub intensywnymi

Merc2drwagonFoto: public domain

640px-Volkswagen_Karmann_Ghia_1600Foto: AlexanderFPbusse, Licencja GNU

images_opel_kapitan_1958_1Foto: materiał prasowy General Motors

 

…istniały jednak oczywiście wyjątki (chciałoby się napisać "potwierdzające regułę", ale to najbardziej idiotyczne powiedzenie, jakie słyszałem)

Borgward_Isabella_CoupeTS_1Foto: public domain

Rolls-Royce_Silver_Cloud_III,_Bj._1964,_Heck_(ret)Foto: Lothar von Spurzem, Licencja CC

Edsel_Bermuda,_1958Foto: public domain

 

Jeśli już mowa o wyjątkach, to nawet w tak fantazyjnej epoce zdarzały się pojazdy oferowane w pojedyncznym kolorze, jak np. pierwszy Chevrolet Corvette (występujący jedynie w kombinacji lakieru Polar White z czerwoną tapicerką) albo Dodge LaFemme (biel łączona z wpadającym w fiolet różem). Ten pierwszy przypadek nie dziwi, bo pierwsza Corvette'a była eksperymentem, którego opłacalność budziła wątpliwości, chciano więc maksymalnie ograniczyć koszty, ale jeśli chodzi o Dodge'a, możemy mówić o zagadce, bo model, jak sama nazwa wskazuje, miał być przeznaczony specjalnie dla kobiet. Do auta dodawano pasujące kolorystycznie dodatki: parasolkę, przeciwdeszczową pelerynkę i nakrycie głowy, portmonetkę, kosmetyczkę z przyborami, papierośnicę z zapalniczką i inne. Niestety, koncernem Chryslera zarządzali wtedy chyba męscy szowiniści, którzy nie pomyśleli o tym, że paniom zależy przede wszystkim na wyróżnianiu się. Apokaliptyczna wizja sąsiadki wysiadającej z identycznego auta (innego dedykowanego modelu damskiego nie było) i otwierającej identyczny parasol wyjęty z identycznej torebki była jednym z powodów słabego powodzenia LaFemme.

Corvette '53

corvette_05Foto: zdjęcie prasowe producenta

 

Dodge LaFemme

1956_Dodge_La_Femme_rearFoto: Christopher Ziemnowicz, Licencja GNU

 

Wypada też obalić stereotyp różowego Cadillaca jako symbolu epoki rock'n'rolla. General Motors nigdy nie oferowało takiego koloru, bo adresowało swą topową markę do ludzi starszych i statecznych, słuchających Glenna Millera i Franka Sinatry, a nie Elvisa. Różowe Cadillaki króla rock'n'rolla nie opuszczały fabryki w tym kolorze – legenda głosi, że Presley, goszcząc pewnego razu w salonie samochodowym, wyraził niezadowolenie z fabrycznej palety barw Cadillaca, po czym chwycił kiść ciemnych winogron i rozgniótł ją na błotniku białego auta. "Ma być taki" – powiedział. Dealer, rzecz jasna, spełnił życzenie przemalowując fabrycznie nowy samochód i od tej pory pink Cadillac na stałe trafił do pop-kultury (w latach 80-tych powstała nawet piosenka i film pod tym tytułem). Powtórzę jednak, że nigdy nie oferowno go fabrycznie.

Ładny? Tyle tylko, że nieoryginalny…

4768966819_7e9aa31f26_bFoto: Rex Grey, Licencja CC

 

Przenieśmy się teraz do Europy Wschodniej. Wczesne samochody z RWPG były malowane bez szczególnego względu na estetykę: Pobieda Warszawa zazwyczaj na biało, kremowo albo szaro, MoskwiczeIFY i P-70 – raczej na barwy przedwojenne, ciemne i smutne (warto dodać, że w Warszawach przez ostatnie lata produkcji stosowano lakiery z PF 125p, ale to ewenement spowodowany nienaturalnie długim okresem produkcji).

Fenomen "baroku" dotyczył jedynie modeli eksportowanych na Zachód oraz, częściowo, lepszych wersji Wartburgów i Škód, projektowanych i wytwarzanych w zakładach z tradycjami i przez załogi rozmiłowane w automobilizmie. Tutaj zdarzało się nawet malowanie dwubarwne.

Pobieda to typowe dziecko swojej epoki – przedwojenna technika, siermiężna kolorystyka

17Foto: praca własna

 

Jej następca bywał już efektownie malowany, ale jedynie w wersjach eksportowych (tutaj – egzemplarz z Finlandii)

GAZ-21_(2nd_series)_on_CMSh_in_Lahti,_Finland_(front_view)Foto: Gwafton, Licencja CC

 

O uroku starszych Wartburgów pisałem już TUTAJ

Wartburg-autoArchiwum-0009Foto: materiał prasowy producenta

 

Sylwetka Škody ma mniej polotu, ale lakier jest równie efektowny

s445_06Foto: materiał reklamowy producenta

 

Barok trwał dość krótko – około dekady. Gigantyczne płetwy błotników, nieprzyzwoite ilości chromu i przesłodzona kolorystyka uroczo wyglądają na zdjęciach, w muzeach i na zlotach zabytków, ale w realnym świecie były niepraktyczne. Już około 1960 roku znudziły się nabywcom, którzy po chwilowym zachłyśnięciu landrynkowym przepychem uznali go za kicz i zapragnęli czegoś rozsądniejszego. Na rynku wtórnym samochody z lat 50-tych notowały ogromne spadki wartości – przede wszystkim z powodu wyglądu, który szybko obwołano "obciachowym", zwłaszcza w Europie. W kolejnej, ostatniej fazie Epoki Chromu w salonach samochodowych zagościły więc auta o bardziej wyważonych sylwetkach i stonowanych, choć wciąż wyrazistych barwach – szafirowej, szmaragdowej, bordowej (nierzadko metalizowanych). Niemal całkowicie zanikły pastele, podobnie jak dwukolorowe malowanie. Broniła się jedynie ponadczasowa czerń eleganckich limuzyn i – przynajmniej przez jakiś czas – jednolita kość słoniowa (która – to tylko na marginesie – od 1971r. stała się obowiązkowym kolorem niemieckich taksówek i od tej pory trudno spotkać ją w innej roli).

Typowe samochody lat 60-tych miały raczej spokojne, ale ekspresyjne kolory

MWSnap089Foto: Redsimon, Licencja CC

Peugeot_404_Familiale_1968Foto: Garage de l'Est, Licencja CC

Mercedes_W111_220SB_MTP07Foto: Maly LOLek, Licencja CC

 

Specyficznym przypadkiem były dzieci-kwiaty, które odrzucały cały dotychczasowy porządek świata, nie akceptowały żadnych obowiązków – rodzinnych, zawodowych, publicznych, religijnych – oraz uważały gospodarkę rynkową i technologię za źródło wszelkiego zła i zniewolenia. Mimo to, jakimś cudem zdobywały pieniądze nie tylko na biologiczne przetrwanie i narkotyki, ale też na jeżdżenie samochodami, zazwyczaj specyficznie pomalowanymi.

VW_Bus_T1_in_Hippie_Colors_2Foto: Marshall Astor, Licencja CC

 

Rolls-Royce ich największych idoli, Beatlesów, reprezentował tę samą estetykę

1145168927_2a665a7639_bFoto: Dave Hogg, Licencja CC

 

W latach 60-tych miała też miejsce inna rewolucja: na torach wyścigowych skończyło się niepodzielne panowanie tradycyjnych barw narodowych. Jako pierwszy odwieczną tradycję złamał zespół z Rodezji (dziś – Zimbabwe) znany w latach 1962-67 pod nazwiskiem swego założyciela, John Love Racing, a później, aż do likwidacji w 1975r. – pod marką swego głównego sponsora, lokalnego koncernu tytoniowego Gunston. Bolidy Gunston Team wywołały osłupienie wśród widzów i dziennikarzy, gdy na początku sezonu '68 pojawiły się na torze z namalowanymi na boku, bardzo jeszcze dyskretnymi, reklamami papierosów. Odtąd Formuła 1 nigdy nie była już taka jak wcześniej.

Wyścigówki Gunston Team z sezonu były pierwszymi, które woziły na sobie reklamy, początkowo – bardzo nieśmiałe

gloups03_th-31a3a76Foto: archiwum własne

 

Po pięciu latach wyglądały już tak (zespół ścigał się nie tylko w F1)

IMGP9195Foto: David Merrett, Licencja CC

 

Od lat 70-tych żywice alkidowe zostały wyparte przez dwuskładnikowe lakiery akrylowe, które charakteryzowała wysoka trwałość i odporność na bombardowanie pyłem, żwirem i kamykami, działanie promieni słonecznych oraz czynniki chemiczne (benzyna, ptasie odchody). Kolorystyczna moda również zmieniła się diametralnie, na co duży wpływ miały akcje zmierzające do poprawy bezpieczeństwa na drogach. Ponieważ około roku 1970-tego skala śmiertelnego żniwa wypadków samochodowych stała się ogromnym problemem społecznym, rządy krajów zachodnich podjęły planowe, skoordynowane akcje, m. in. w dziedzinie legislacji (ograniczenia szybkości, kontrole trzeźwości, obowiązek zapinania pasów, itp.), kampanii społecznych oraz badań naukowych, w tym psychologicznych. Te ostatnie wykazały, że zauważalność pojazdu i szybkość reakcji na jego pojawienie się wyraźnie poprawia jaskrawy, wybijający się z otoczenia kolor. Dziś jest to oczywistość (pewnie dlatego większość aut maluje się w odcieniach szarości), ale pamiętajmy, że wcześniej o bezpieczeństwie nie myślano w ogóle i nie rozumiano rządzących nim mechanizmów. Jednym z rezultatów tych działań była popularność wyjątkowo krzykliwych lakierów w jaskrawych kolorach pochodnych: jadowitych zieleniach, ostrych fioletach oraz wszelkich odcieniach żółci i pomarańczu, aż do jasnego brązu.

6711901291_32c9341b21_oFoto: Juliana Luz, Licencja CC

8776357061_b24aa2ae00_k Foto: Bill Abbott, Licencja CC

1972_BMW_2002_NYFoto: public domain

1980 Triumph_Dolomite_1500_reg_1980_1493_ccFoto: Charles01, Licencja CC

 

Bardzo rzadkim i poszukiwanym kolorem Mercedesów z lat 70-tych jest byzanzgold, który fabrycznie był jaśniejszy, ale pod wpływem słońca nieco ciemniał i nabierał szlachetniejszego odcienia

8600941431_74cd857ad8_hFoto: nakhon100, Licencja CC

 

Dwa ciekawe trendy tamtych lat to malowanie czarnych, "sportowych" pasów wzdłuż nadwozia (czasami zaczerniano i matowiono całą maskę silnika, na wzór aut rajdowych, w których zapobiegano w ten sposób refleksom słońca) oraz trochę dziwaczna moda na pokrywanie dachów warstwą czarnego winylu. To ostatnie było nie tylko dyskusyjne estetycznie (chociaż komuś musiało się podobać, skoro było tak chętnie zamawiane, i to za słoną dopłatą), lecz również przyspieszało korozję poprzez zatrzymywanie wilgoci.

buick-skylark-convertible-01Foto: © Jakub Bogusz

1978_Volvo_262_Coupé_Bertone_NorgeFoto: Sudenius, Licencja CC

 

Płynne przejście Epoki Chromu w Epokę Plastiku trwało mniej więcej do roku 1980. Kolejne dwa dziesięciolecia były czasem najbardziej racjonalnych samochodów w historii. Producenci kładli nacisk przede wszystkim na efektywność energetyczną i przestrzenną, kwestie stylu zdawali się pozostawiać na dalszym planie. Przynajmniej tak wydawało się ówczesnym automobilistom, którzy w reakcji na kanciaste karoserie i zderzaki z czarnego plastiku szybko zatęsknili za wyszukanym designem poprzednich dekad. Te auta, które dziś nazywamy "perłami niepowtarzalnego stylu lat 80-tych", uznawano w swoim czasie za drętwe, płaskie pudełka rysowane przez bezduszne komputery i z trudnością odróżnialne jedne od drugich. Musiało minąć 30 lat, by entuzjaści docenili tamtą estetykę – być może faktycznie jest tak, że większość ludzi przypomina inżyniera Mamonia z "Rejsu", któremu podobały się tylko te melodie, które znał już z przeszłości…?

Trudno jest pisać o kolorystycznych trendach lat 80-tych i 90-tych, bo wbrew rozpowszechnionym (przynajmniej kiedyś) opiniom o nudnym designie ówczesnych samochodów, ich barwy były najbardziej urozmaicone w historii. Być może zdecydowały o tym kwestie technologii, która nie stawiała już żadnych ograniczeń w tym względzie, a być może kultura, która stawała się coraz luźniejsza i również przestawała narzucać sztywne normy. W każdym razie w Epoce Plastiku można było spotkać samochody wszystkich możliwych barw – od stosunkowo bezpłciowych czerni, szarości i granatów, poprzez intensywne kolory podstawowe i pastele, aż po metalizowane, ekscentryczne odcienie w stylu disco (pod koniec stulecia lakiery metallic miało już 75% nowych pojazdów). Nie jestem w stanie ukazać tu całej tej nieprawdopodobnej różnorodności, ograniczę się więc do charakterystycznych przykładów, które wyczerpują jedynie skromny ułamek ówczesnego repertuaru.

Mnie osobiście białe auta z ciemnymi szybami kojarzą się nieodparcie z mikrofalówką, ale w latach 80-tych postrzegano je jako "sportowe" (pamiętacie Kadetty i Corsy GSi…?). Dopiero pod koniec wieku biel stała się atrybutem samochodów flotowych i straciła na atrakcyjności. Ma ona też pewną wadę: wyjątkowo paskudnie uwypukla korozję.

opel_kadett_1984_pictures_1Foto: materiał producenta

33eebdu-960Foto: h-a.d-cd.net

 

Nawet stosunkowo banalne kolory potrafiły wyglądać ciekawie: w katalogach występowało wiele odcieni srebrnego czy beżowego, które mogły wpadać w błękit, brąz czy seledyn.

Toyota Corolla-3Foto: © Bartłomiej Krężołek

url

 

Marki supersportowe trzymały się w dużej części narodowych barw wyścigowych, ale i tu nie było sztywnych reguł: Ferrari używało swojego rosso corsa głównie na centralnosilnikowcach, podczas gdy modele GT 2+2 malowało w elegantszych barwach.

1280px-F40ferarri20090509Foto: Will Ainsworth, Licencja CC

3952951375_6ee17d8e5d_oFoto: Spanish Coches, Licencja CC

 

Znane z dzikiego stylu Lamborghini nie ograniczało się natomiast w żaden sposób – Diablo występowało we wszystkich, najbardziej nawet zwariowanych kolorach, chociaż najczęściej widać na nim typowe barwy lat 70-tych

5505063297_89ffd5bfef_o Foto: Christian Junker, Licencja CC

1280px-LamborghiniDiabloSVFoto: Brian Snelson, Licencja CC

 

W niektórych kręgach British Racing Green był wręcz obowiązkiem

am_v8_vantage_04Foto: inż Z. Patera, http://auta5p.eu

 

Nasycone kolory podstawowe sprawdzały się też w tańszych autach sportowych

coupe_fiat_8 Foto: http://en.autowp.ru/

autowp.ru_renault_megane_cabrio_uk-spec_2Foto: http://en.autowp.ru/

B94F1420Foto: udostępnione przez archiwum prasowe Daimler AG

 

Niedrogie, młodzieżowe samochody również sprzedawano w wesołych kolorach

Fiat_Cinquecento_Sporting-1.1Foto: public domain

Renault_Twingo_I_LibertyFoto: Thomas Doerfer, Licencja GNU

1108284812_45a5c1b890_oFoto: Carl Spencer, Licencja CC

 

Na marginesie dodam, że rozpowszechnione od lat 90-tych malowanie zderzaków, lusterek itp. w kolorze nadwozia nie wydaje się mądre – te elementy z definicji "służą" do ocierania się o mury i inne pojazdy. Poniższy Ford Ka przypomina auta przedwojenne, w których błotniki i stopnie malowano na czarno – to na pewno opcja praktyczniejsza od tej z różowego egzemplarza u góry.

20150711_173900

 

Nie można zapomnieć o małych Lanciach, które można było zamówić w ponad 100 kolorach lakieru i kilku tysiącach kombinacji z różnymi tapicerkami

Lancia_Y10_front_20070502Foto: Rudolf Stricker, Licencja CC

 

Poważniejszym samochodom również nie odmawiano przyciągających barw – np. seledynowej

1-3-421Foto: Materiał prasowy producenta

 

Niebieski 406 coupé, zwłaszcza z białą skórą, swego czasu robił na mnie ogromne wrażenie. Ten odcień wyglądał też znakomicie na 206 CC, a nawet zwykłym 307.

Peugeot_406_Coupe_V6_2005_(15055204429)Foto: order_242, Licencja CC

 

Złoty świetnie nadawał się do wybicia się z tłumu

Volvo_C70_(2892717527)Foto: nakhon100, Licencja CC

 

Brązy nigdy nie odzyskały swojej popularności z lat 70-tych, ale i tu zdarzały się ciekawe propozycje, jak np. metalizowane odcienie pierwszego Opla Tigry…

1994-Opel-Tigra-8452-mediumFoto: materiał prasowy General Motors

 

albo hondowski Dakota Bronze, który świetnie pasował do pierwszej generacji CR-V.

1998 Wielicar - targi w Chemobudowie - CRVFoto: © Marek Kolaczek

 

Byłbym zapomniał: w Epoce Plastiku pojawiły się trendy retro, a wraz z nimi – powrót do dawnych schematów kolorystycznych. Citroën 2CV Charleston z lat 1984-1990 odwoływał się do lat 60-tych, ale w międzyczasie sam doczekał się nostalgicznego remake'u w postaci modelu C3 Pluriel

urlFoto: Ekki01, Licencja GNU

 

W niektórych przypadkach idea retro objawiała się głównie na polu malowania

2950252869_4d24a35cef_bFoto: Philip Telllis, Licencja CC

1280px-2006_Fiat_600_50th_AnniversaryFoto: public domain

 

Najciekawszy z tamtego okresu wydaje mi się katalog kolorów Mercedesa, i wcale nie dlatego, że to moja ulubiona marka. Już kiedyś wspominałem, że historia Mercedesa znakomicie odzwierciedla przemiany zachodzące w świecie. I tak, w latach 80-tych i wczesnych 90-tych Daimler-Benz oferował niezwykle szeroki wybór barw, wydawałoby się, zupełnie niedostosowanych do nobliwego charakteru pojazdów. Nie wrzucę tutaj zdjęć, bo trudno znaleźć na zawołanie konkretne kolory z prawem do publikacji, ale pełne listy możecie zobaczyć tutaj: W124 W126 i wygooglować sobie co ciekawsze pozycje. Polecam zwrócić uwagę na hasła maroonbraun, imperialrot, champagner, beryll, rosenholz, nutria, petrol, albo mój ulubiony bornit. Nawet ów nieszczęsny srebrny mógł wtedy wyglądać niebanalnie (rauchsilber, perlmuttgrau, silberdistell). Wybór kolorów wnętrza był równie szeroki – błękitne, purpurowe albo oliwkowe obicia z weluru to coś, o czym dzisiaj można tylko pomarzyć.

Właśnie Daimler-Benz był pionierem ostatniej rewolucji w zakresie lakierowania pojazdów – chodzi o wprowadzenie w 1993r. lakierów wodorozcieńczalnych. Miały one uwolnić środowisko od tysięcy ton rozpuszczalników, jakie emitowały każdego dnia fabryki samochodów (tak naprawdę, w tamtym okresie wiele zakładów wyłapywało trujące opary i spalało je we własnych elektrociepłowniach). Niestety, okazały się mało odporne na warunki środowiskowe, a w przypadku samego Mercedesa oznaczały początek końca marki jako synonimu trwałości. Choć auta spod znaku trójramiennej gwiazdy nigdy nie grzeszyły odpornością na korozję, to egzemplarze z ostatnich 7 lat XX wieku były pod tym względem katastrofalne. Dość powiedzieć, że dzisiaj znacznie łatwiej o przedliftowy egzemplarz W124 w dobrym stanie niż o późniejszą E-Klasse. Czytałem o kilku teoriach tłumaczących to zjawisko, z czego najczęściej powtarzały się dwie. Jedna mówi, że pierwsze wodne lakiery tworzyły na rantach ostre "szpice", które łatwo się ułamywały i otwierały dostęp do blachy. Druga zaś twierdzi, że w nietoksycznej bazie lakierniczej bez przeszkód rozwijały się kultury bakterii, które zmieniały jej właściwości. Jak by nie było, skutki dla właścicieli pojazdów, a także reputacji producenta, były opłakane – możemy je oglądać na każdym osiedlowym parkingu czy postoju taksówek. Po Krakowie krążył swego czasu całkiem młody, czarny ML z wielkimi, jasnozielonymi napisami na cały bok: "RDZA, RDZA RDZA – ZŻERA TEGO MERCEDESA, A SERWIS NIC SOBIE Z TEGO NIE ROBI". Nie znam bliżej tej historii, nie mam też zdjęcia auta, ale wiem, że w Niemczech nawet w samochodach 12-letnich zdarzały się przypadki wymiany drzwi i błotników na koszt producenta, który chciał zachować resztki twarzy.

Z nadejściem nowego stulecia wszystko się zmieniło. Jak wyglądają dzisiejsze katalogi samochodowych kolorów – każdy widzi. Dominuje pięć podstawowych odcieni: srebrny, srebrny, czarny, czarny i srebrny. Rozumiałbym, gdyby producenci wrócili do filozofii Modelu T i wczesnego 2CV w poszukiwaniu oszczędności, ale to chyba nie tak – wszak w latach 90-tych nawet FSO stosowała bardzo szeroką paletę kolorystyczną. Dostępny był m. in. burgund, kakao, błękitny lagoon, platynowy, czerwony Toledo, śliwkowy, pistacjowy, antracyt, groszek, ciemnoniebieski (zwany w żargonie sprzedawców "ZOMO") i wiele innych. Jeśli żerańską fabrykę było na to stać, jeśli taka barwna uczta mieściła się w cenie Caro bez plusa, to dlaczego dzisiejsi nabywcy znacznie droższych pojazdów takiego wyboru nie mają…?

To znaczy, wybór niby jest, ale, niczym państwo polskie według ministra Sienkiewicza, istnieje tylko teoretycznie. Wchodzę na przykład na internetowy konfigurator Mercedesa i widzę dwa kolory podstawowe: biel polarną i czarny. Odcienie metaliczne to srebrny irys, srebrny diament, srebrny pallad, szarość tenorytu, czerń obsydianu, czerń cytrynu (jak sama nazwa wskazuje, jest ona brązowa), błękit kawansytu (prawie czarny) i błękit brylantu (który jako jedyny poza brązową czernią cytrynu nie stanowi odcienia szarości). Sięgając po raz drugi do słów inżyniera Mamonia: "aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana… I wychodzę…".

Mercedes jeszcze w latach 90-tych oferował program designo, pozwalający szczególnie wymagającym klientom wybrać specjalne lakiery (w tym kameleony, zmieniające kolor w zależności od kąta padania światła), tapicerki i elementy ozdobne. Wszystko wyglądało tak, że mózg się lasował. Co lepszy pakiet designo potrafił kosztował 10 tys. euro…

2015-07-11 20-51-42_0162Foto: materiał reklamowy producenta

 

Czy dzisiaj Daimler oferuje lakiery designo? Owszem. Dwa. Biel diamentu i czerwień hiacyntu. To nie żart – zobaczcie sami w konfiguratorze. Nie widziałem ich na żywo, więc nie wykluczam, że być może faktycznie urywają głowę, ale szczerze mówiąc wątpię w to, by biel diamentu była warta dopłaty blisko 8.000 zł w stosunku do bieli polarnej. Najciekawsze jest to, że zredukowanie palety do prawie zera nastąpiło dokładnie w czasie, gdy koncern spod znaku trójramiennej gwiazdy obsesyjnie wręcz próbował odmładzać swoją klientelę. Kiedyś w Detroit myślano, że kobiety zechcą masowo kupować identyczne auta biało-fioletowe. Czyżby w Stuttgarcie naprawdę myśleli tak samo o mitycznych "młodych-dynamicznych profesjonalistach o wysokich dochodach, aktywnie spędzających wolny czas i pragnących podkreślić swoją indywidualność"…?

Psychologowie mają na to wytłumaczenie: mówią, że kiedyś ludzie byli dumni ze swego samochodu, lubili się więc nim cieszyć, wyrażać za jego pomocą swoją osobowość i pokazywać otoczeniu. Dziś jest inaczej – motoryzacja to sprawa wstydliwa, lepiej więc wybrać niewidzialny, srebrny lakier i nie zwracać niczyjej uwagi. To ciekawa teoria, ale kłóci się trochę z ogólnymi trendami motoryzacyjnej stylistyki, zmierzającymi raczej w kierunku coraz bardziej agresywnych sylwetek. W przypadku aut luksusowych popularność bieli może wynikać z preferencji arabskich szejków (w kulturze muzułmańskiej kolor biały jest wysoko ceniony), ale w tańszych segmentach dyktatura szarości jest trudna do wytłumaczenia.

Zazwyczaj jestem pesymistą, jeśli chodzi o kierunki rozwoju i ogólnie perspektywy dla motoryzacji, ale akurat na tym polu widzę światełko w tunelu. Gdy ogląda się prasowe zdjęcia najnowszych modeli, to jedną z niewielu przyciągających wzrok rzeczy jest właśnie kolorystyka. Wygląda na to, że nieśmiało wracają do łask jaskrawe odcienie z lat 70-tych i 80-tych. Bardzo ciekawie wyglądają lakiery Škody Octavii (sic!!) dostępne na rynku czeskim pod warunkiem dopłacenia za opcję Zvláštní lakování (KONFIGURATOR – ciekawe są nie tylko same kolory, ale też ich nazwy, wielka szkoda, że nie oferują ich poza Czechami). W wyższych segmentach pojawia się oryginalny trend w postaci lakierów matowych (które wcale mi się nie podobają, ale przynajmniej coś się dzieje). Niektórzy klienci uzupełniają nawet we własnym zakresie to, czego w swoim czasie poskąpiła im fabryka i oklejają samochody folią w fantazyjnym kolorze. Jeden interesujący przypadek widuję często w drodze do pracy. Czy to czyjaś przypadkowa fanaberia? A może zwiastun powrotu ciekawszych czasów?

MWSnap090Foto: praca własna

 

Foto tytułowe: Richard Lemarchand, Licencja CC

Share Button
Tagi:
59 comments on “TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: PIERWIASTEK ŻEŃSKI – cz. II
  1. Mr Mercy napisał(a):

    Mercedes zdecydował się na pogorszenie jakości lakierów i zabezpieczenia antykorozyjnego z prostego powodu – prawie zbankrutował na W123 i W124 bo po wyjeździe z salonu nie generowały już żadnego zysku dla MB, po prostu się nie psuły, a wiadomo, że najwięcej zrabia się na serwisie.

    Dla mnie jednak czarny i srebrny rządzi, ten pierwszy dodaje prestiżu, drugi też jest elegancki, a przy tym praktyczny.

    • SzK napisał(a):

      Zapewne jesteś trollem, ale odpiszę choćby po to, żeby wyjaśnić nowym Czytelnikom Automobilowni:

      Owo niby „bankructwo” Daimlera to jeden wielki mit, który obaliłem tutaj: http://automobilownia.pl/355/. W czasach W123 koncern zarabiał dokładnie tak samo dobrze jak dziś, a ludzie, którzy powtarzają takie bzdury najczęściej nie widzieli w życiu na oczy ani jednego sprawozdania finansowego.

      A co do „prestiżu”, to jeśli ktoś uważa, że dodaje go cecha posiadana przez 80% pojazdów na ulicy, to kompletnie nie rozumie jego definicji, Srebrny mógł być „prestiżowy” przed wojną, ale nie w czasach, kiedy jest prawie że jedyną opcją.

      • Mr Mercy napisał(a):

        Każdy kto się z autorem nie zgadza jest trollem?

        To w takim razie dlaczego jakość tak zdołowała? przypadkiem im to wyszło? ja nie wierzę w przypadki, skoro W123 dopracowywali prawie dekadę, a W210 pewnie rok-dwa to musieli być świadomi, że te auta będzie dzieliła jakościowa przepaść.

        Ja uważam, że porzucili swoje ideały w pełni świadomie, bo zrozumieli to co Audi, BMW czy Jaguar rozumieli od dawna – liczy się pierwszy klient, trzeba dać mu jak najefektowniejszą karoserię i dużo bajerów, a nie będzie patrzył na to co stanie się po paru latach. Ludzie odpływali bo e34 w cenie podstawowego W124 miało dwukrotnie mocniejszy silnik i pełną elektrykę + klimę, Mercedes musiał zapewnić to samo, jednak na czymś trzeba było oszczędzić bo przy zachowaniu  dotychczasowej jakości byłby 30% droższy, badanie potwierdziły, że nawet ogromne zaufanie do marki nie wystarczy by przekonać klientów premium do takiej dopłaty, stąd te oszczędności. Mam te informacje z pewnego źródła.,

        Inna sprawa, że przecież firma się nie przyzna, że potraktowała klientów jak głupków, księgowy też tego nie przyzna bo to by potwierdzało prawdę, że to księgowi zabili prawdziwą motoryzację.

        Jakość poprawili dopiero jak zauważyli, że to powoduje odpływ nowych klientów, powód jest prosty, nawet jak przez pierwsze lata ich Mercedes sprawował się dobrze to nie mogli się go pozbyć za dobrą cenę bo ludzie widząc pognite młode Mercedesy zostawiające chmury dymu nie wierzyli, że to dobry wybór na dłuższą eksploatację, to ich denerwowało i szli do konkurencji.

        Co do srebrnego i czarnego to zauważ pewną prawidłwość, tanie masowe auta jak Panda, Fabia, Clio itd. zazwyczaj są kolorowe, te droższe właśnie czarne i srebrne, sam piszesz, że większość Mercedesów jest w tych kolorach i jak myślisz, dlaczego ludzie, którzy mają pieniądze się na nie decydują w salonach? bo mają klasę.

      • SzK napisał(a):

        Przepraszam za gwałtowność pierwszej reakcji. Lubię, jak ktoś ze mną dyskutuje, ale włącza mi się czerwona lampka w moemncie, gdy ktoś powtarza bez zastanowienia ludowe mity o rzekomym „bankructwie”.

        Co do meritum. Spadek jakości aut był faktem i na pewno wynikał z kalkulacji. W drugim komentarzu podałeś bardzo ważny argument i tutaj się zgadzam – chodziło o obniżenie kosztów przy zachowaniu twarzy w porównaniu z konkurencją. Na pewno natomiast nie chodziło (jeszcze wtedy) o napędzanie koniunktury serwisom – po pierwsze, W210 wcale nie jest awaryjny (poza common-railem i wczesnymi pompami wtryskowymiLucasa), a do tego jest przyjazny dla majsterkowiczów. Zresztą wysoka zyskowność serwisów w porównaniu do sprzedaży to srtosunkowo nowa sprawa, w czasach W123 absoutnie tak nie było. Dopiero w XXI wieku koncenry zaczęły sztucznie podnosić koszty napraw (Złomnik na swoim blogu podaje często przykłady).

        Zauważ przy tym, że mówimy tu cały czas o mechanice, a nie o lakierach. Lakiery wodne to według mnie nie było celowe obnizanie jakości, tylko typowa „choroba dziecięca” – Daimler był tu pierwszy w świecie i wierzę, że naprawdę pierwsze próby były nieudane, i że w laboratorium ciężko zasymulować 15 lat eksploatacji. Najlepszy dowód, że z biegiem czasu wodne lakiery zostały poprawione i dziś mają bardzo dobrą jakość – moje auto w 2005r. wygląda jak by wyjechało z salonu może rok temu (ma nieduży przebieg i było zawsze garażowane, to fakt, ale jeździ cały rok, również po soli, i jest bardzo rzadko myte).

        Jakość MB poprawiła się według mnie na skutek zmasowanej krytyki prasowej. Clarkson z jego (uzasadnionymi) złośliwościami mógł tu zdziałać więcej niż narzekania kierowców używek.

        NA marginesie – W123 nie było doprawcowywane przez lata, ono było W115-tką ze zmienionym nadwoziem i przednim zawieszeniem. To było rozwiązanie tymczasowe, żeby zyskać więcej czasu do przygotowania następnej generacji, która była faktycznie rewolucją i kosztowała mnóstwo pracy i pieniędzy.

        A co do koloró, to „klasa” jest rzeczą względną. My jeździmy do ślubów białymi autami, Azjaci uważają biel za kolor śmierci i żałoby. Dla mnie „premium” to przede wszystkim możliwość wyboru, tymczasem dzisiaj Skoda oferuje szerszą paletę niż marki z wyższej półki. Dlatego coś mi się nie zgadza.

         

    • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

      Obywatelu Mr Mercy, JO CIE PROSZA. Wiem, że kwestia gustu, ale czarny i w szczególności srebrny są przerażająco banalne i nijakie, a zwrot że "dodaje prestiżu" sprawił, że prawie popuściłem z radości. Jak sobie walnę 18-letnią Madzię na czarno to szybciej się sprzeda, bo przyjedzie Pan Janusz który chce lansować się w Dzbądzu? A srebrny (mówimy tu o świadomym wyborze w salonie, nie o kupnie najlepszej używki w założonym budżecie) to kolor dla ludzi, którzy mówią "wziąść" i śmieją się z dowcipów Strasburgera. To taka motoryzacyjna Familiada – prawidłową odpowiedzią jest ta, której udzieliło najwięcej respondentów. Praktycznie każdy samochód w tym kolorze wygląda jak mydło – zanikają cechy charakterystyczne, pozostaje pozbawiony osobowości glut. I nie, nie jestem zwolennikiem pstrokatości (choć pociesznie kolorowe Twingo prezentowały się świetnie – acz to malutkie jeździdełko) – są piękne, eleganckie, stonowane kolory, które ani trochę nie ujmują powagi, jeżeli jest ona tym, czego potrzebujesz. Ciemny, głęboki granat, głęboka zieleń (moja ulubiona) lub burgund (o ile pamiętam, Bentley królowej Elżbiety jest w tym ostatnim kolorze). Czy nawet grafit, w którym większość aut wygląda po prostu dobrze (acz te kanciaste dużo lepiej od obłych). A nie srebro, które jest dobrym wyborem tylko wtedy, gdy lubisz gubić swoje auto na parkingu.

      • SzK napisał(a):

        Ależ ja bym chciał mieć taką ripostę… Ale co zrobić, nie mam.

        P.S. Zgadzam się, że szmaragd rządzi. To oczywiście zależy od samochodu, ale przy takich, jak ja lubię – szmaragd rządzi 🙂

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        Daj spokój. Najlepsze riposty przychodzą mi do głowy, gdy jest już po ptokach.

        A szmaragd jest wspaniały. Acz mój nowy nabytek – Volvo 940 – najchętniej widziałbym chyba w granacie. Ale jest białe. Było białe, wziąłem białe. Drzwi kierowcy są przegnite – może sobie granatowe lub zielone kupię i będę miał namiastkę.

      • SzK napisał(a):

        Jeszcze raz gratuluję nabytku!!

        P.S. Wspominając o Volviaczu przypomniałeś mi żółte 850-tki T5 🙂

  2. Ernesto napisał(a):

    Kolejny fantastyczny artykuł:-) Mam wrażenie, że na tak szerokie ujęcie tematu nie stać dzisiaj żadnej redakcji.

    Ps. Jaki jest kolor Twojego clk oraz czy miał on znaczenie gdy kupowałeś auto?

    • SzK napisał(a):

      Obecny jest niestety srebrny, z szarym materiałem w środku. Na rynku aut używanych trudno jest wybrzydzać, tym bardziej, że ogromna większość Mercedesów jest srebrna. Tak naprawdę, tylko raz zrezygnowałem z dość atrakcyjnej oferty (CLK właśnie), bo auto było strażacko czerwone. Jak to mówią, są pewne granice.

      Poprzednie CLK (W208) miałem dużo ładniejsze – ciemny szmaragd z jasnoszarym wnętrzem. Kiedyś opiszę wszystkie swoje auta po kolei, ale na razie blokuje mnie tutaj pewna rzecz, z którą powinienem sobie poradzić dość niedługo.

      • Ernesto napisał(a):

        Kojarzę tę wersję kolorystyzną w208, o ktorej piszesz – swego czasu sam rozważałem zakup dokładnie takiej.
        Popieram pomysł opisania doświadczeń z użytkowania swoich aut:-)

      • pieklonakolach napisał(a):

        Dlaczego niestety? Czy srebrny to czasem nie kolor Mercedesa dla wersji wyścigowych?

         

      • SzK napisał(a):

        W latach 30-tych, a potem jeszcze przez moment w 50-tych, na wyścigowe Mercedesy faktycznie mówiło się „Srebrne Strzały”, co wywodzono z pewnej, obalonej w międzyczasie, legendy o zdzieraniu farby z bolidów w celu zaoszczędzenia odrobiny masy.

        Nie zmienia to faktu, że dzisiaj srebrny kolor jest do bólu banalny i bezplciowy. Z tym że tak jak mówiłem, przy używkach nie ma co strzelać fochów, tylko brać to, co jest w ładnym stanie, więc nie ma co narzekać na kolor.

  3. Yossarian napisał(a):

    Heh, fajny wpis. Od razu mi się moja złota Xsara przypomniała (tutaj można ją zobaczyć: http://autobezsens.blogspot.com/2014/06/retrotest-citroen-xsara-14i.html?m=1

    Fakt, coś sie zmienia. Ciekawe barwy się znów pojawiają w pfertach. Gorzej tylko, że klienci ich nie wybierają „bo to będzie trudno sprzedać”. Moim zdaniem jak się kupuje auto z myślą o sprzedaży, to się go nie powinno kupować, no ale co ja wiem… 😛

  4. SMKA napisał(a):

    Dobry artykuł. Nawet bardzo dobry. Dobrze pokazuje że narzekanie "współczesne samochody są be" istnieje od dawna. Zresztą, słyszałem nawet anegdotę że najstarszy znaleziony tekst w historii ludzkości to narzekanie na współczesną (czy może lepiej, ówczesną) młodzież. Co do dzisiejszej palety barw, jak dla mnie nie chodzi o żadną wstydliwość (gdyby ona była ważna, to pewnie SUVy nie były by popularne), co o coś co można określić mianem "limuzynowatego wyglądu". To znaczy, bardziej prestiżowo wygląda czarny samochód, od jasnozielonego. Nie będę ukrywał że przykładowo czarny świetnie pasuje do Peugeota 607 z którym mam do czynienia

    Co do ciekawych barw, w przypadku BX-a były egzemplarze malowane na jaskrawożółty kolor. Podobno kolor ten występował tylko w przypadku egzemplarzy zamówionych przez jakąś polską firmę taksówkarską, ale firma nie zapłaciła (czy coś), a egzemplarze sprzedano zwykłym użytkownikom. Podobno jak BX jest jaskrawożółty, to prawie na pewno jest to polska taksókarka edycja. Chyba nawet jeden jest na sprzedaż w Szczecinie

    Aha, jeszcze jedno

    "Niestety, koncernem Chryslera zarządzali wtedy chyba męscy szowiniści, którzy nie pomyśleli o tym, że paniom zależy przede wszystkim na wyróżnianiu się. Apokaliptyczna wizja sąsiadki wysiadającej z identycznego auta (innego dedykowanego modelu damskiego nie było) i otwierającej identyczny parasol wyjęty z identycznej torebki była jednym z powodów słabego powodzenia LaFemme"

    Jak dla mnie chodziło o coś innego. Swego czasu oglądałem dokument o kolekcjonowaniu modeli kolejek (Piko i te sprawy). Podobno jakaś amerykańska firma wypuściła lokomotywę dla dzieczynek, pomalowaną na różowo. Dziewczynki jednak tych lomotyw nie chciały, więc lomomotywy przemalowano na czarna i dzisiaj te różowe to rarytas. Do czego zmierzam? Otóż według mnie to że nabywca samochodu jest kobietą, to nie oznacza wcale że będzie chciał zupełnie innego samochodu co mężczyźni. Żadna ze znanych mi kobiet nie chciała by różowego czy jaskrawożółtego samochodu. To już ja prędzej zaakceptował bym jaskrawożółty kolor, ale w BX-ie czy innym tego typu pojeździe, gdzie żołty podkreślił by wyjątkowość pojazdu, a gdyby był oryginalny, to mógł by się wiązać z jakąś nietypową wersją (jak wspomniana taksówkarska wersja BX-a)

    • SzK napisał(a):

      Ciekawa sprawa z tymi BX-ami, nie słyszałem o tym.

      To prawda, że do limuzyn pasuje czerń, nawet pisałem tu o tym przy zdjęciu Czajki.

      Co do różowych samochodów dla kobiet, to pewnie jest stereotyp, ale znam parę dziewczyn, którym bardzo podobał się różowy metallic na starszej Hondzie Jazz 🙂

      Jaskrawożółty też bym zaakceptował, ale na czymś mocno sportowym – Fiacie coupe albo nawet Porsche 911. W sedanie faktycznie nie bardzo, chociaż W126 żółte robili.
       

      • SMKA napisał(a):

        Wiesz, to że coś się podoba jako ciekawostka, jeszcze nie oznacza że będzie to przez daną osobę kupione. To coś jak z fanami SAABa którzy nowych SAABów nie kupują, czy z fanami hydrowozów Citroena, którzy postępują podobnie dofanów SAABów 🙂

        Zresztą, słyszałem nawet anegdotę że samochody w mocno nietypowych kolorach jako używane mają zdecydowanie niższą cenę. Zresztą, po prawdzie, ja gdybym potrzebował zwykłego nie youngtimerowego "dupowozu", to gdybym trafił na dobry egzemplarz żółtego samochodu, pewnie bym się zdecydował, ale gdyby ten samochód był różowy, na pewno dał bym sobie spokój

        Co do BX-a w kolorze "wściekły żółty", cytat z poradnika do Citroena BX

        "Typową polską wersją specjalną jest seria BX w kolorze „yellow bahama“ czyli wściekle żółtym. Widziałem kilka egzemplarzy z tej serii i tylko w Polsce. Próbowałem wyjaśnić ten ciekawy fenomen (żółte BX to rzadkość) i dowiedziałem się iż na początku lat 90-tych pewna firma chciała je używać jako TAXI. Jednak nic z tego nie wyszło i auta sprzedano po prostu w ówczesnych salonach.
        Strona 7 z 122
        http://www.citroen.autko.pl KLUB CYTRYNKI 8
        Jak poznać tą serię? To dość proste, oto wyróżniające je szczegóły:
        – czarne zderzaki (nielakierowane, czarny plastik)
        – silnik diesla 1.9 wolnossący z pompą LHM pięciotłokową
        – tapicerka z fotelami w najprostszej wersji (nieprofilowane) ale z czarnymi wykończeniami
        – kokpit i deska rozdzielcza w kolorze czarnym
        Szczególnie fotele wyróżniają tą wersję. Kolor czarny występował tylko przy profilowanych fotelech GTi – nigdy przy zwykłych"

        No i link. http://olx.pl/oferta/citroen-bx-CID5-ID7TesF.html#6d8162dfce

        Tylko że ten egzemplarz raczej wbrew temu co pisze właściciel nie jest w dobrym stanie, skoro cena jest taka a nie inna. No chyba że po prostu nikt nie ma ochoty na BX-a (wyższa podaż od popytu tłumaczyła by zresztą niskie ceny BX-a, Peugeota 405, Renault 21 czy Forda Sierry)

      • SzK napisał(a):

        Ciekawość i chęć zakupu to oczywiście dwie różne rzeczy, wiem o tym doskonale. Sam kiedyś tłumaczyłem to człowiekowi, który nie mógł się nadziwić, że Skoda nie wprowadziła do produkcji prototypu Tudor z 2002 roku, który był Superbem coupe. Facet (fan Skody) twierdził, że to by szło jak woda, a ja odpowiadałem, że być może właściciele Favoritek i Felicii bardzo cieszyli by się z takiego modelu, ale ci, co naprawdę chcą kupić nowe coupe segmentu E, do salonu Skody nawet by nie weszli. Auto wyglądało ładnie i z V6-tką 3.6 pewnie nawet jeździłoby przyzwoicie, ale chyba nie skłoniłoby wielu ludzi do podpisania zamówienia.

        Dzięki za link do BX-a. Faktycznie nie jest chyba w dobrym stanie. Citroen to marka z szeroką tzw. fan-bazą – ma wielu entuzjastów, którzy są bardzo świadomi i dobrze zorientowani. Za taki rodzynek mogliby zapłacić, jeżeli byłby coś warty. Zresztą, same zdjęcia dużo mówią: sam nie jestem wybitnym fotografem, ale jeśli ktoś robi takie fotki do ogłoszenia, zamiast pojechać na jakiś pusty parking przy dobrej pogodzie i cyknąć ujęcia całego auta z kilku stron, to albo chce coś ukryć, albo też, mówiąc wprost, średnio ogarnia podstawowe prawdy o świecie. I jedno i drugie nie jest dobrym znakiem dla potencjalnego nabywcy.

      • Mr Mercy napisał(a):

        Tak w ramach tematu, Passat B5 ma wielką fan bazę, ale jak myślicie czy to nie przesada?

        http://www.gieldaklasykow.pl/volkswagen-passat-b5-2000-26900-pln-tychy/

      • SzK napisał(a):

        Znam się z Adamem z Giełdy Klasyków i bardzo cenię to, co robi, zarówno jeśli chodzi o stronę, jak też i o fotografię, w której jest mistrzem. Jednak w sprawie B5-tki  ja na jego miejscu poczekałbym jeszcze dobrych parę lat.

      • SMKA napisał(a):

        Ja bym poczekał w przypadku Peugeota 405, który został wprowadzony do produkcji w 1987 roku, a co dopiero w przypadku Passata B5 🙂

      • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

        Ooo, ten BX jest cudny! Kurrrdeż, dopiero co kupiłem 23-letnią szwedzką cegłę (białą – taka była, taką wziąłem) i choć nie była droga, to nie umiem usprawiedliwić kolejnego wydatku (tym bardziej, że w Volviacza zdecydowanie trzeba będzie włożyć parę złociszy). Gdybym miał mniej wydatków nie-do-ominięcia, nie wykluczam, że Demoniczny już miałby na skrzynce maila o treści "weź go obejrzyj dla mnie, pliz" 😀

  5. ndv napisał(a):

    Coś mi świta, że w 1950 Ford wypuścił Mercurego, który z miejsca zaczął być kustomowany, nie wiem czy już wtedy stosowano krzykliwe metalizowane lakiery,  które na "ołowianych saniach" i innych hot rodach mi się strasznie podobają (w przeciwieństwie do 46 calowych chromowanych felg:)

    BMW chyba jeszcze nie dawno oferowało opcje pomalowania samochodu na dowolny kolor, w konfiguratorze 3 niema, a w katalogach nie chce mi się szukać.

    PS: W kwesti pi*****a o celowym pogorszeniu jakości po W123 i zyskach z serwisu – nie jest przypadkiem tak, że sieć serwisowa a producent to dwie zupełnie różne firmy, zasilające kieszenie innych osób?

    • SzK napisał(a):

      Serwisy należą do niezależnych przedsiębiorców, ale części, narzędzia i aparaturę diagnostyczną kupują od fabryki (obowiązkowo), która narzuca im ceny, a więc zarabia na obsłudze aut, tylko że odpala dealerowi marżę.

    • nocman napisał(a):

      Nie wiem czy dowolny, ale dało się zrobić praktycznie dowolną kombinację z tego, co fabryka dawała. Nazywa się to BMW Individual i taki program wciąż istnieje:

       

      http://www.bmw.com/com/en/newvehicles/3series/sedan/2015/showroom/lines_and_equipment.html?#bmw_individual

      • hurgot sztancy napisał(a):

        aktulna trójka ma tych kolorów indywidual całe 4: trzy brązowe i jeden niebieski..

      • hurgot sztancy napisał(a):

        o matko, wszedłem sobie na konfigurator nowej 7… takich smutnych kolorów nie ma chyba nawet merc… naprawdę polecam zajrzeć i wykompać się w oparach szaro-czarnego prestiżu

  6. Assasin napisał(a):

    Kolejny bardzo ciekawy i dobrze napisany artykuł, jaki przeczytałem tutaj. Ja sam kiedyś zwróciłem uwagę na ewolucję jaka zachodziła w postrzeganiu niektórych kolorów lakieru. Zwłaszcza specyficzny jest przypadek koloru białego, który jeszcze w latach 90. był lakierem najtańszym, nie wymagającym dopłaty, dlatego też bardzo często stosowany był w samochodach flotowych, a dziś jest, zwłaszcza w wersjach perłowych, pewnym synonimem luksusu i często widuję perłowo białe Mercedesy czy SUVy (swoją drogą biały lakier raczej utwierdza w tym, żeby w teren nie wyjeżdżać takim SUVem). Co do tego białego lakieru na luksusowych samochodach spotkałem się nawet z określeniem, że jest to lakier „biała perła Dubaju”, więc chyba rzeczywiście jest to nawiązanie do preferencji szejków arabskich.

    Innym ciekawym trendem było pojawienie się w latach 90. tzw. lakierów perłowych, jako uzupełnienie lakierów metalizowanych. Więcej o nich np. tu https://pl.wikipedia.org/wiki/Pigment_perłowy

    Jeśli chodzi o lakiery matowe, to mają one ponoć nawiązywać do nowoczesnych myśliwców bojowych w technologii stealth, jednak tak naprawdę większość tych matowych powłok to nie lakiery, ale oklejanie matowymi foliami.

    Na przełomie wieków pojawił si jeszcze jeden trend w lakierowaniu, a mianowicie było to stosowanie lakierów wielobarwnych tzw. kameleonów, szczególnie wśród entuzjastów tuningu z pod znaku Szybkich i wściekłych.

    Ostatnią rzeczą, o której chciałbym wspomnieć, to kwestia barw w sportach motorowych. Od wspomnianego roku 1968, aż do przełomu wieków w sportach motorowych, nie tylko w F1, ale też w rajdach i wyścigach, zdecydowanie dominowały malowania marek papierosowych i w zasadzie każde mistrzostwa mają swoje legendy startujące właśnie w charakterystycznych barwach papierosowych. Zostało to jednak ukrócone przez dyrektywy unijne, wprowadzone na początku XXI wieku, które zakazały reklamowania papierosów. W ostatnim czasie daje się zauważyć, że największym inwestorem sportów motorowych jest Red Bull, przez co i w rajdach i w wyścigach dominują zdecydowanie czerwone byki na granatowym tle.

    • SzK napisał(a):

      Bardzo cenne uwagi, dzięki!!

      O perle faktycznie nie wspomniałem, mój błąd, a o kameleonie – jednym zdaniem przy opisie pakietu designo. Kameleon to raczej trend tuningowy niż fabryczny, ale faktycznie jest ciekawy. Kiedyś rozważałem pewien egzemplarz W208 z niebiesko-fioletowym kameleonem, auto było ładne, ale po pierwsze, ja nie lubię być w centrum uwagi, a po drugie, bałem się o możliwość wykonywania poprawek lakierniczych, które w 10-letnim Mercedesie z tamtej epoki są jedną z podstawowych czynności serwisowych 😉 Dlatego też odpuściłem.
       

      Za to reklamy Camela, Marlboro i Rothmansa to nieodłączny element wyścigów z lat 70-tych i 80-tych. Chociaż jestem zdecydowanym przeciwnikiem tytoniu, to te obrazy na torach wyścigowych wywołują we mnie nostalgię 🙂

    • SMKA napisał(a):

      Assasin, post dobry, ale przyczepię się do jednego szczegółu. Matowa czarna farba to raczej U-2 (samolot rozpoznawczy), SR-71 (samolot rozpoznawczy), F-117 (samolot bombowy, czy tam uderzeniowy), B-2 (samolot bombowy). Myśliwce F-22 i F-35 raczej nie są tak malowane 😉

      No, ale czepiam się, F-117 ma w nazwie "F" (F jak Fighter, co w sumie niewiele znaczy, bo nie wszystkie amerykańskie samoloty z "F" w nazwie były myśliwcami), a na dodatek w latach 80., kiedy pozostawał tajny, były podejrzenia że F-117 to myśliwiec

      • Assasin napisał(a):

        Rzeczywiście masz rację, pisząc o samolotach bojowych w technologii stealth miałem na myśli głównie F-117, który jest bombowcem, a mi podczas pisania jakoś tak się skojarzył z myśliwcami, przyznaję się do pomyłki. 

         

  7. Assasin napisał(a):

    Jeszcze kilka kwestii, o których przypomniałem sobie już po napisaniu komentarza.

    Podobno modelem, który zapoczątkował tosowanie jaskrawych, krzykliwych kolorów (zielony, limonkowy, żółty, pomarańczowy) w samochodach sportowych, była przedstawiona w latach 60. Lamborghini Miura.

    A co do eksperymentów kolorystycznych w latach 90., to warto wspomnieć o wrzosowym Fiacie 126p, wyprodukowanym ponoć specjalnie z okazji dnia kobiet http://motokiller.pl/205659 oraz o VW Polo Harlequina https://en.wikipedia.org/wiki/File:VW_Polo_III_Harlekin.JPG

    • SzK napisał(a):

      FSO miało kiedyś kolor pod tytułem „róż tybetański”, dość podobny to tego wrzosu (trochę jaśniejszy), ale występujący bardzo rzadko.

      Specjalne edycje modeli to w ogóle temat na całą książkę, już „Garbusy” miewały kolorowe edycje. Ale fakt, że Polo było tu ekstremalne.

  8. Carman napisał(a):

    Zgadzam się z jednym z przedmówców. Jeden z najlepszych artykułów jakie kiedykolwiek czytałem (choć większość tekstów na Automobilowni wiele poziomem nie odbiega 🙂 )

    Jeśli chodzi o modę na pokrywanie dachów winylem, to mi na przykład się to podoba, ale świadomość wad tego rozwiązania nie pozwoliłaby mi na zakup takiego samochodu, a nawet na wprowadzenie go do produkcji gdybym był osobą decyzyjną w koncernie motoryzacyjnym.

    Dziwi mnie natomiast to o odchodzenie od różnorodności w kolorystyce samochodów, w czasach gdy producenci starają sie zapełnić każdą możliwą niszę kolejnym, nowym modelem samochodu. Nie tak dawno również słyszałem o specjalnych osobach w firmach motoryzacyjnych które zajmują się tylko i wyłącznie doborem gamy kolorystycznych dla kolejnych modeli danego producenta. Na przykład w koncernie Fiata zajmuję się tym kobieta (a jakże 🙂 ) i moim zdaniem wykonuje dobrą robotę, bo gama kolorystyczna Fiata jest całkiem ciekawa (czego z wielkim bólem serca nie mogę powiedzieć o ich gamie modelowej 🙁 ) .

    Na marginesie jeszcze wspomnę o występujących na przełomie tysiąclecia u producentów koreańskich (a przynajmniej Hyundai i Kia) lakierach z domieszką miki. Nie wiem dokładnie jaki to efekt dawało, ale na folderach nie widziałem wielkiej różnicy w stosunku do zwykłych metalizowanych (które też były w ofercie). Może ktoś wie coś więcej na ten temat.

    • SzK napisał(a):

      Być może chodzi o przypomniane przez kolegę Assasina lakiery perłowe? Z tego co wiem, one miewają w składzie mikę.
       

    • ndv napisał(a):

      Winylowy dach widziałem na żywo tylko raz, na Escorcie albo Capri, winylowych dachów zresztą też była cała masa – od cienkiej folii po tapicerowane poduszki występujące w amerykańskich wersjach Brougham. Co do trwałości – oklejanie folią słupków między przednimi i tylnymi szybami było/jest dość popularne a podłoga i tak niknie szybciej;)

    • nocman napisał(a):

      To odchodzenie to jakaś nasza lokalna (polska? europejska?) specyfika. W Australii jeździ tyle kolorowych (mam na myśli żywe, jasne kolory), że szczęka opada (łącznie z jasnofioletowymi ute'ami Holdena). Tymczasem w Polsce zakup auta w ładnym kolorze to jakaś farsa, same kolory handlowe, przedstawicielskie, praktyczne, niewyróżniające się i pod okleinę…

  9. benny_pl napisał(a):

    po 1 – artykul ZNAKOMITY! na prawde super ciekawie sie czytalo, pelen profesjonalizm dziennikarski!

    nocman i inni: taka jest paleta kolorow bo tacy sa klienci – firmy/floty to podejzewam jakies 60-70% sprzedazy nowych aut, jakies 20% to ludzie starsi, a wiec dla 10-20% nie oplaca sie pewnie stosowac zbyt wielu kolorow.. (choc moge sie mylic – ale Szczepan pewnie zna statystyki sprzedazy – to jestem ciekaw czy mam racje)

    bialego niecierpie, jest paskudny i zupelnie niepraktyczny, brod i czarne zacieki w mgnieniu oka sie pojawiaja
    „srebrny” – wlasciwie to szary metalik – to natomiast kolor po prostu bardzo praktyczny – miesiacami mozna nie myc samochodu a on dalej nie wyglada na brudny (sprawdzone na Uno) choc po umyciu nagle okazuje sie ze ten srebrny jest duzo jasniejszy 🙂 no i jest znacznie ladniejszy od bialego, choc i tak nic ciekawego..

    ja tam bardzo lubie jaskrawe kolory, szczegolnie metaliczne, i strasznie mi sie podobaja Cinquecenta jasny zielony metalik, jasny niebieski metalik, i czerwony metalik

    co do lakierow wodnych, to nadal one sa beznadziejne (jak zreszta wszystko co jest nakazem ekoterrorystow a nie ewolucja rozwoju technologii), tylko podloze poprawili, mozna to zobaczych szczegolnie na busach Sevel – farba z nich zlazi jak skura z weza, ukazujac kremowe podloze, a nawet czysta blache, tyle ze sa na szczescie ocynkowane wiec nie gnija w oczach…

    • Leniwiec Gniewomir napisał(a):

      Nie kupuję argumentu, że srebrny jest praktyczny. Wybór srebrnego "bo nie widać brudu" jest zbliżony do smarowania się kupą by nie było czuć, gdy z nagła puści zwieracz. Samochód się MYJE. Jak pachy czy insze elementa. No, może nie tak często, ale myje się, koniec, kropa.

      Inna rzecz, że nie tak odległy od srebrnego stalowoszary podoba mi się bardzo. Dwa-trzy tony ciemniej, nieco większa głębia i włala – mamy naprawdę fajny kolor. Szczególnie ten mercedesowski mi się podoba.

      • SzK napisał(a):

        Mnie urzekł trochę ciemniejszy stalowy na Fiacie 1100 Grzegorza, którego ostatnio ujeżdżałem (patrz poprzedni wpis). Ale mogę nie być obiektywny, bo na widok starych Fiatów naprawdę mi się gęba śmieje.

    • zrazik napisał(a):

      Na busach chyba dają dotego cieńszą tą warstwę lakieru – w końcu mało kto się przejmie faktem wychodzenia podkładu a i czasu nie będzie miał by do ASO oddać na gwarancji, bo auto ma zap… apo paru latach to i tak idzie do nowego nabywcy.

      A tak btw to busy coraz wcześniej zaczynają gnić od dołu więc się wszystko uzupełnia 😉

  10. benny_pl napisał(a):

    aaa i jeszcze mialem sie odniesc do:
    „albo też, mówiąc wprost, średnio ogarnia podstawowe prawdy o świecie” – od takich ludzi akurat warto cos kupowac, bo zwykle wlasnie nie sa swiadomi wartosci tego co posiadaja, i jesli sie zdazy przed „uswiadamiaczami” to mozna tanio kupic cos fajnego 🙂 oczywiscie zadko to sie zdarza, ale jest to moj ulubiony typ sprzedawcow 🙂

    • SzK napisał(a):

      Gorzej, jak nie ogarnia tej prawdy, że trzeba regularnie wymieniać olej w silniku, pompować czasami koła albo albo zwalniać ręczny przed ruszeniem…

      • benny_pl napisał(a):

        eee nie, dziadki dbaja o takie rzeczy, recznego wcale nie uzywaja zeby nie zdziwic sie kiedys ze sie nie da spuscic z resznego bo zardzewial i trzeba linki ucinac.. (tez nie uzywam z tego powodu),
        maja tylko mnustwo roznych patentow na wszystko co potem wychodzi w trakcie uzytkowania, ale zwykle dbaja najbardziej o stan budy, i slusznie bo to najwazniejsze, reszte mozna w miare latwo ogarnac

      • SzK napisał(a):

        Czytałeś „Grzybologike”? 😉

      • benny_pl napisał(a):

        czytalem, ale ja sie z podobnymi historiami nie spotalem, choc tez „graty” rozne od dziadkow kupowalem

  11. benny_pl napisał(a):

    aa no i tez nie wiedzialem o historii z BXem.. ten zolty mnie kusi, ale jechac do szczecina przez cala polske zeby zobaczyc, a w zasadzie nie zobaczyc podlogi to mi sie nie chce – nie twierdze ze nie ma podlogi, ale w rozmowy telefoniczne nie wieze, wszyscy zapewniaja ze sa co najwyzej drobne slady korozji a okazuje sie tragedia, tu nawet nie dzwonilem bo i tak bym tak daleko nie pojechal… za duzo zlych doswiadczen.. ale jesli ktos ma tam blisko, to nie zrazal bym sie cena, tylko jechal obejzec 🙂 tak czy siak zakupilem dopiero kolejne dwie Xantie (jedna angol 1.9D w automacie w znakomitym stanie za 1400, druga normalna 2,0b w automacie (zepsutym) za 1000 na przekladke, takze i tak narazie nic nie kupuje…)

  12. RoccoXXX napisał(a):

    Gunston Team jest to jeden z tych tematów, o których od pewnego czasu myśle żeby coś napisać u Kuby na autoArchiwum. Konkretnie mysle od czasu gdy temat Rodezji pojawil sie na zlomniku. najgorszy jednak ciagly brak czasu. Pozdrawiam Marcin

  13. kierowca bombowca napisał(a):

    Sam jeżdżę białym samochodem, z ciemnymi szybami w dodatku. Nie jest typowym flotowozem ( Fiat Bravo ), więc podoba mi się w tym wariancie, ale jest tylko kilka innych modeli hatchbackow segmentu C, które kupiłbym jako białe. Na pewno nie byłaby to Skoda, Ford, Opel – właśnie dlatego, że od razu kojarzą się z autem firmowym.

    Biały ( i jego "odcienie" – choć to niepoprawne sformułowanie, bo nie ma np. jaśniejszego czarnego ) obecnie faktycznie święci triumfy, jest tak modny jak zielony butelkowy i bordowy metallik w latach 90. Moim zdaniem biały nie jest też mniej "praktyczny" od srebrnego, jeśli można mycie samochodu rozpatrywać w tych kategoriach. W końcu nie po to kupuje się dezodorant, żeby stosować go bez wcześniejszego umycia się. Na srebrnym jednak widać zacieki, ślady po deszczu, kurz starty wokół klamek i klapy.. Już łatwiej wskazać kolor niepraktyczny – i tutaj kandydatem jest chyba niepodważalnie kolor czarny, który dobrze wygląda praktycznie tylko po umyciu..

    To przywiązanie do kilku podstawowych kolorów moim zdainem bardzo się kłóci z tym, co słyszy się dookoła. Mianowicie że każdy z nas jest inny, że ma rozmaite zainteresowania, gust i tym podobne. Jednak gdy spojrzy się na parkingi, to realizacji tych hasełek nie widać. Co gorsza, nie tylko trudniej jest sprzedać samochód w innym niż szary-biały-czarny-beżowy kolorze, ale też często nie da się takich zamówić jako nowe. Dealerzy boją się, że później taka sztuka zostanie im na placu i trzeba będzie zejść z marży.

  14. hurgot sztancy napisał(a):

    o! nowa ankieta! ja lubię ankiety 🙂

  15. benny_pl napisał(a):

    tez lubie ankiety 😉 i ciesze sie ze wygrywaja anty-szajsbukowcy 😉 tak jak podejzewalem – profesjonalne portale nie potrzebuja reklamy na lamerskich portalach 😉 choc Zlomnik twierdzi inaczej

    • SzK napisał(a):

      Bez Facebooka nie byłoby Automobilowni – to tam zacząłem pisać. Tam też zdobywam nowe kontakty, poznaję wiele nowych stron internetowych, a w przyszłym tygodniu zobaczysz sam, jaki artykuł stworzyłem dzięki przynależności do jednej z fejsbukowych grup.

      Żadne narzędzie nie jest dobre ani złe – dobre lub złe mogą być tylko sposoby jego wykorzystania. To się nie zmieniło od czasów noża kuchennego i krzesiwa.

      • benny_pl napisał(a):

        w tym przypadku w sumie musze przyznac racje,
        ale nieprawda jest ze niema zlych narzedzi – w pierwszej robocie kupowali nam najtansze narzedzia – np obcinaczki ktorym sie wyginaly raczki zamiast ucinac kabel, klucze ktorym sie rozgunaly te C zamiast odkrecac srube, srubokrety sie obrabialy na okraglo zamiast odkrecac gwiazdkowe srubki… 😉

  16. Jakub napisał(a):

    Co do tego, że nie było fabrycznych "pink Cadillaców" się nie zgodzę.

    Owszem, były, ale nie był to tak intensywny róż jak te Elvisa. Znacznie bardziej stonowany, ale mimo wszystko. Na potwierdzenie- w linku tabelka kolorów Cadillaca na rok 1956.

    http://paintref.com/graphics/chip/gm_1956_cadillac_ppg_c_01.jpg

    Co ciekawe, ten kolor potrafił z czasem wyblaknąć- dzisiaj wygląda zupełnie tak samo jak biały.

    Gratuluję bardzo ciekawego artykułu, z resztą- tak jak wszystko tutaj.

  17. zrazik napisał(a):

    EU lusterka są częściej malowane, chyba dlatego że się składają/odginają, w US lusterka często są na stałe przymocowane, więc częściej się widuje w szarym macie.

     

    No to teraz czekam na wpis o samochodowych wnętrzach, które ostatnio występują w czerni, lub czerni, zwłaszcza w Europie, w USA mają więcej beżu. A w latach 90 wnętrza czarne, beżowe, zielone, czerwone, fioletowe.

  18. Qropatwa napisał(a):

    Dobry wpis. W przypadku Mercedesów zapomniałeś o bardzo ważnym trendzie, czyli o dwukolorowym nadwoziu w W124, a konkretnie to o listwach dolnych, które malowano na jasniejszy kolor niż całe nadwozie. Wyglądało to świetnie, ale kojarzyło się chyba zbyt "oldskulowo" i w przypadku E-klasy zaczęli do tego odchodzic.

    • SzK napisał(a):

      O ile wiem, to dwukolorowe malowanie brało się stąd, że fabryka chciała ograniczyć ilość kolorów listew, żeby było łatwiej. Ale potem klienci kręcili nosem i tak jak mówisz, zaczęli dostosowywać się do oczekiwań.

  19. Cayman napisał(a):

    To nie jest jakaś reklama, po prostu wpis o zbliżonej tematyce:
    http://zmianakoloruauta.pl/blog/trendy-w-oklejaniu-samochodow.html

    • SzK napisał(a):

      Spoko, ja rozpoznaje dobre intencje, szczególnie u stałych bywalców 😉