TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: ZIEMSKI POJAZD POZAZIEMSKI

Apollo_16_LM_Orion

Jak wszyscy wiemy, silnik spalinowy wykazuje całe mnóstwo wad. Jest skomplikowany, ciężki, ma fatalną charakterystykę momentu obrotowego, przez przytłaczającą większość czasu pracuje z bardzo niską sprawnością, wymaga stosowania skomplikowanych układów pomocniczych (przygotowanie mieszanki, zapłon, rozrusznik, przeniesienie napędu ze sprzęgłem i przekładnią), potrzebuje okresowej obsługi, no i zanieczyszcza środowisko. Większości tych wad pozbawiona jest maszyna parowa, natomiast praktycznie wszystkich – silnik elektryczny.

Oczywiście, każde urządzenie techniczne należy oceniać z perspektywy planowanych zastosowań oraz przewidywanych warunków pracy. Jeżeli elektryka nie wyparła jeszcze poczciwych tłoków w cylindrach, to głównie dlatego, że samochód musi być zdolny do pokonywania bardzo długich dystansów z jedynie krótkimi przerwami na uzupełnienie paliwa, tymczasem prąd elektryczny nie daje się łatwo magazynować, a sposoby wydajnego wytwarzania go na pokładzie auta są wciąż w powijakach. Jakkolwiek mało kto jeździ więcej niż kilkadziesiąt kilometrów dziennie, to raczej nie chcemy rezygnować z takiej możliwości, a na kupowanie osobnego auta wyłącznie na długie trasy większości z nas po prostu nas nie stać (nie mówiąc o tym, że byłoby to całkowicie nieopłacalne). Z tego powodu jeszcze przez długi czas będziemy się musieli zadowolić silnikami spalinowymi, co najwyżej sprzężonymi z pomocniczym napędem elektrycznym (hybryda).

Czasami jednak dobrze jest oderwać się od myślenia utartymi schematami i popatrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy – doskonale znane nam sprawy mogą wtedy nabrać zupełnie innego wymiaru. Przykładowo, w żadnym opisie wad i zalet silnika spalinowego nie widziałem wzmianki o jednym z jego podstawowych ograniczeń: konieczności stałego dostarczania mu ogromnych ilości powietrza. Nikt o tym nie wspomina, bo żyjąc i jeżdżąc autami na planecie Ziemia nie musimy się obawiać o brak tlenu. Jednak już 54 lata temu ludzkość rozpoczęła wyprawy poza atmosferę ziemską, a niewiele później temu dotarła do powierzchni innego ciała niebieskiego, na którym o tlenie nie ma co marzyć, a jakoś poruszać się trzeba. 

Jestem przekonany, że nasz naród powinien postawić sobie za cel, aby do końca tego dziesięciolecia umieścić człowieka na Księżycu i sprowadzić go bezpiecznie z powrotem na Ziemię” – powiedział w 1961r. prezydent USA, John Fitzgerald Kennedy. O jeżdżeniu po Srebrnym Globie samochodami nie wspominał, ale ponieważ za sprawę wzięli się właśnie Amerykanie, to nie mogło być wątpliwości, że wezmą z sobą cztery kółka – wszak w ich kraju już w tamtych czasach  zwyczaj chodzenia piechotą pomału zanikał.

Na Księżycu nie ma tlenu ani dróg, a kosmiczne rakiety nośne, nawet tak potężne jak użyty w programie Apollo Saturn V, mają bardzo ograniczoną ładowność – z tych powodów trzeba było od podstaw skonstruować specjalny, dedykowany pojazd. Z oczywistych względów w grę wchodził wyłącznie napęd elektryczny, i to na wszystkie koła. Podwozie musiało przy tym zapewniać znakomite własności terenowe, a całość – ważyć jak najmniej i być całkowicie niezawodna w próżni, pyle i temperaturach wahających się od -160 do +130 stopni Celsjusza. To nie było łatwe zadanie inżynierskie, tym bardziej, że wszelkie testy dało się przeprowadzić jedynie na Ziemi, czyli w środowisku całkowicie odmiennym od docelowego.

W szczytowym momencie wyścig kosmiczny pochłaniał prawie 4,5% budżetu najbogatszego państwa na Ziemi, nie było więc problemu z wygospodarowaniem dla NASA skromnych 19 milionów dolarów na zbudowanie księżycowego łazika – na taką kwotę wycenił projekt jego wykonawca, koncern Boeinga. Nikt nie przejął się też specjalnie tym, że ów pierwotny budżet został ostatecznie przekroczony aż o 100% – to zdarza się nagminnie w przedsięwzięciach pionierskich. A przydatności pojazdu nikt nie kwestionował: księżycowy łazik mógł umożliwić astronautom zwiększenie promienia działania oraz masy zebranych próbek skał, więc od razu zyskał akceptację, choć z nie najwyższym priorytetem – dlatego został ukończony dopiero przed piątą załogową wyprawą na Księżyc. Ale zacznijmy od początku.

Z zapytaniem o możliwość realizacji nietypowego zamówienia NASA zwróciła się początkowo do koncernów General Motors, Chrysler, Bendix, Grumman i Boeing. Przedstawiły one najróżniejsze koncepcje, w tym np. trzytonowe monstrum z hermetyczną kabiną wypełnioną atmosferą typu ziemskiego i trzymetrowej średnicy kołami z tytanowych pierścieni. Jednak w 1964r. cięcia budżetowe zmusiły NASA do użycia tylko jednej, zamiast planowanych dwóch rakiet nośnych dla każdej załogowej misji na Księżyc, więc masę łazika musiano drastycznie zmniejszyć – jej limit ograniczono ostatecznie do zaledwie nieco pond 200 kg. Dodatkowo przestrzeń, w jaką miano go zapakować, nie była większa od bagażnika typowego krążownika szos z Detroit.

Zachowane zdjęcia z testów różnych prototypów LRVApollo16-SchoonerFoto: NASA (public domain)

ONE CONCEPT OF THE LUNAR ROVING VEHICLE (LRV) BEING TESTED, 1960'S.Foto: NASA (public domain)

Pracujący w General Motors inżynier Ferenc Pavlics wpadł wtedy na pomysł zbudowania samochodu składanego, na wzór popularnych niegdyś rowerów. To jednak nie on był szefem projektu nazwanego ostatecznie LRV (Lunar Roving Vehicle) – ten zaszczyt przypadł naszemu rodakowi, Mieczysławowi Bekkerowi, który również pracował w koncernie GM (konkretnie w GMDRL, czyli General Motors Defense Research Laboratories) i został mianowany odpowiedzialnym za całokształt księżycowego pojazdu.

Ostateczne propozycje od wszystkich firm wpłynęły 11 lipca 1969r. – tuż przed pierwszym załogowym lotem Apollo 11. Po nieco ponad trzech miesiącach prób (w tym testów przy symulowanej, księżycowej grawitacji, przeprowadzanych na pokładach nurkujących samolotów) jako główny kontrahent wybrany został Boeing, chociaż większość rozwiązań technicznych była dziełem General Motors i pracującego tam zespołu Mieczysława Bekkera. Datę dostarczenia finalnego produktu ustalono na 1 kwietnia 1971r.

Apollo15LunarRoverFoto: NASA (public domain)

Ostatecznie masa pojazdu wyniosła 460 funtów (210 kg), długość – 122 cale (3.1 m), rozstaw osi – 90,6 cala (2.3 m), a prześwit – 14 cali (36 cm). Zawieszenie kół zrealizowano za pomocą podwójnych wahaczy poprzecznych, drążków skrętnych i amortyzatorów wciśniętych pomiędzy górny wahacz i ramę nośną. Rama była wykonana ze stopu aluminium, dwa fotele dla załogi – z rurek aluminiowych pokrytych tkaniną nylonową. Fotele były wyposażone w regulowane podnóżki (LRV nie posiadał pedałów) i pasy bezpieczeństwa, a między nimi umieszczono podłokietnik. Z przodu pojazdu przymocowano kolorową kamerę telewizyjną z anteną o zasięgu pół miliona kilometrów: dzięki niej miano nadzieję sfilmować misję astronautów oraz start księżycowych lądowników powracających na Ziemię (chociaż to ostatnie udało się tylko raz, podczas misji Apollo 17 – wcześniejsze załogi nie trafiały z czasem uruchomienia samowyzwalacza).

Ładowność łazików wynosiła 490 kilogramów. Choć wydaje się to sporo, to trzeba pamiętać, że astronauci w skafandrach i z pełnym ekwipunkiem ważyli aż 360 kg, a wiezione przez nich instrumenty naukowe, sprzęt fotograficzny i radio – około 100. Na próbki skał zostało więc tylko 30 kg, ale i to było dużym postępem w stosunku do poprzednich misji, które nie miały do dyspozycji samochodu.

Jednym z większych wyzwań dla konstruktorów okazały się koła, bo w momencie projektowania autka o powierzchni naturalnego satelity Ziemi nie wiedziano w zasadzie nic. W miarę zdobywania informacji przez misje bezzałogowe okazało się, że najlepsze będzie bardzo miękkie zawieszenie i takież koła, a także – że konieczne będą błotniki zabezpieczające przed wszechobecnym na Księżycu pyłem. Ostatecznie zdecydowano się koła z siatki z ocynkowanego drutu stalowego (o średnicy 0,84 mm) uzbrojone dodatkowo w V-kształtne lamelki z tytanu zapewniające lepszą trakcję. Aluminiowe „felgi” miały średnicę 32 cale i szerokość 9 cali. Układ kierowniczy wykorzystywał 75-watowy silnik elektryczny do skręcania kół obu osi w przeciwnych kierunkach – dzięki temu promień skrętu wynosił tylko 3 metry.

Lunar_Roving_Vehicle_wheel_close-upFoto: Tyrol5, Licencja CC

Za najefektywniejszy rodzaj napędu uznano cztery silniki elektryczne zabudowane bezpośrednio w kołach. Powrócono tym samym do pomysłu, na który Ferdinand Porsche wpadł jeszcze w XIX wieku: jego ciągniki artyleryjskie, a potem i osobówki z takim napędem (zasilane z akumulatorów bądź z generatora prądu napędzanego silnikiem spalinowym) przyniosły mu wtedy doktorat honoris causa, a jego pracodawcy, firmie Lohner, lukratywne zamówienia od c. k. armii. Po z górą 70 latach podobne rozwiązanie miało zapewnić człowiekowi mobilność na powierzchni innego ciała niebieskiego.

Silniki dla LRV dostarczyła firma DELCO. Pracowały one na prąd stały rozwijając moc 190 W przy 10 tys. obr/min i były wyposażone w mechaniczne hamulce. Napęd przekazywała przekładnia falowa o przełożeniu 80:1 (opis przekładni falowej znajdziecie TUTAJ). Energię zapewniały dwie jednorazowe baterie srebrowo-cynkowe wypełnione roztworem wodorotlenku potasu. Miały napięcie 36V i pojemność 121 Ah każda (nie znalazłem informacji, czy były połączone szeregowo, czy równolegle). W teorii prądu powinno było wystarczyć na pokonanie 90 km, ale ze względów bezpieczeństwa maksymalny przebieg łazików ograniczono do 32 km, a największą odległość od lądownika – do 5 km (by w razie awarii dało się wrócić piechotą bez ryzyka wyczerpania tlenu). Dodatkowo, plan misji zakładał odjeżdżanie od razu na maksymalną odległość od lądownika i podzielony na etapy powrót – tak, by zmniejszający się zapas tlenu nie uniemożliwił awaryjnego powrotu na nogach. Dopiero ostatniej załodze – Apollo 17 – podniesiono dystans do 36 km, a odległość – do 7.

Kierowanie księżycowym pojazdem było proste i przypominało grę komputerową: wychylenie na boki pojedynczego drążka umieszczonego pomiędzy siedzeniami skręcało wszystkie cztery koła na raz. Jego przesuwanie w przód powodowało przyspieszanie, a w tył – najpierw uruchamiało hamulec, a po pociągnięciu poza skrajne położenie – blokowało hamulec postojowy. Kierunek jazdy przód-tył zmieniał umieszczony na drążku przełącznik. Przyrządy podawały kierunek jazdy, aktualną szybkość, pochylenie wzdłużne i poprzeczne, stan baterii, temperaturę i inne dane. LRV dawał się kierować z obu foteli, ale zazwyczaj prowadził go dowódca załogi, który siadał z lewej strony (gdyby na Księżyc polecieli Brytyjczycy, zapewne byłoby odwrotnie).

Lunar_Rover_Control_PanelFoto: Shannon Lucas, Licencja GNU

Do nawigacji służył komputer obliczający pozycję pojazdu na podstawie danych z licznika obrotów kół oraz żyroskopu kierunkowego – innej możliwości nie było, bo Księżyc, w przeciwieństwie do Ziemi, nie wytwarza pola magnetycznego, kompas jest tam więc bezużyteczny. W razie awarii astronauci mogli wrócić do lądownika kierując się śladami kół – ze względu na brak wpływów atmosferycznych prawdopodobnie pozostaną one widoczne przez miliony lat.

W sumie wyprodukowano cztery w pełni funkcjonalne pojazdy, dla misji Apollo 15-18, ale na skutek odwołania tej ostatniej na Księżyc dotarły tylko trzy. Do tego doszło kilka egzemplarzy testowych o różnym stopniu kompletności, przeznaczonych do prób wytrzymałościowych, ćwiczeń dla astronautów, itp. Pierwszy łazik został dostarczony w marcu 1971r. i użyty przez załogę Apollo 15 po lądowaniu, które nastąpiło 30 lipca 1971r. Kierowcą był dowódca załogi, Dave Scott, a pasażerem – Jim Irwin. Razem pokonali oni dystans 28 kilometrów. Apollo 16 z Johnem Youngiem i Charlie’m Duke’iem na pokładzie wylądowało na Księżycu 21 kwietnia 1972r., a zabrany przez nich łazik pokonał 27 km. Wreszcie w ostatniej misji, która dotarła na Srebrny Glob 11 grudnia 1972r., Eugene Cernan i Harrison Schmitt przejechali 36 km. Jak dotąd, byli to ostatni ludzie stąpający (i jeżdżący) po powierzchni ciała niebieskiego innego niż Ziemia.

LRV w trakcie pakowania do księżycowego lądownikaInstallation_of_the_Lunar_Roving_Vehicle_in_the_Lunar_ModuleFoto: NASA (public domain)

Żaden egzemplarz LRV nigdy nie uległ awarii, ale to nie znaczy, że astronauci nie przeżyli z nimi przygód. Po pierwsze, kłopoty sprawiało samo rozłożenie łazika – na Ziemi trwało ono jedną do trzech minut, ale na miejscu zabrało aż prawie pół godziny (mimo że przy księżycowym poziomie grawitacji cały pojazd ważył zaledwie 33 kg). Po drugie, w pierwszym autku przez pewien czas po uruchomieniu działał tylko tylny układ kierowniczy (chociaż to akurat nie przeszkadzało zbytnio – po prostu przez chwilę pojazd był kierowany jedną osią). Po trzecie, załoga Apollo 16 uszkodziła jeden z błotników, przez co przyrządy oraz skafandry astronautów błyskawicznie zasypał pył. Wreszcie ostatnia misja, Apollo 17, przeżyła mały wypadek – Cernan przypadkowo uderzył młotkiem w błotnik łamiąc go na pół. Tym razem uszkodzenie udało się naprawić: do utrzymania fragmentów w całości użyto taśmy klejącej, klamer przenośnej latarki oraz kartek papieru wyrwanych z jednej z niezliczonych instrukcji dla załogi.

Jak widać, druciarstwo przydaje się nawet w kosmosieUSGS_in_Spaaaaace!Foto: NASA (public domain)

Pierwszy pozaziemski kierowca, Dave Scott, przekazał na Ziemię pozytywne wrażenia: „Poruszamy się z przeciętną prędkością 5 mph„. „Pył wcale nie przykleja się do kół„. „Wspaniały sposób podróżowania, całkowicie bezproblemowy„. „Układ kierowniczy jest bardzo bezpośredni„. „Pojazd prowadzi się łatwo„. Drugi z księżycowych automobilistów, Charlie Duke z Apollo 16, miał chyba większy temperament, bo przeżył na Księżycu… niekontrolowany poślizg z obrotem o 180 stopni!! (na szczęście bez negatywnych konsekwencji).

W sumie wszystkie trzy auta przejechały 90 km i przewiozły ponad pół tony skał. Rzeczywiste zużycie energii okazało się niższe od zakładanego, a maksymalna szybkość wyraźnie przekroczyła wyliczoną teoretycznie: zamiast spodziewanych 13 km/h Cernan osiągnął przez moment 18 – to aż 38% różnicy.

Wszystkie trzy egzemplarze LRV zostały porzucone na powierzchni Księżyca, bo w czasie powrotu startował jedynie górny, załogowy człon lądownika, który nie był w stanie zabrać większego ładunku. Pierwszy łazik spoczywa w regionie Hadley-Apennine, drugi – pod kraterem Kartezjusza, trzeci – w dolinie Taurus-Littrow. Ten ostatni został w 2009r. sfotografowany przez Lunar Reconnaissance Orbiter – sztucznego satelitę Księżyca przeprowadzającego rozpoznanie powierzchni naszego naturalnego satelity na potrzeby przyszłych misji załogowych (swoją drogą zastanawiam się, czy ich w ogóle dożyjemy – jeżeli już, to najprędzej chyba chińskich).

Gdyby więc ktoś z Was wybierał się na Księżyc, to mam dla Was dobrą wiadomość: stoją tam trzy prawie nieużywane samochody, po pierwszym właścicielu, z autentycznym przebiegiem zaledwie 30 km. Ekologiczny napęd gwarantuje przywileje w wielu krajach świata, a wiek – możliwość zarejestrowania na zabytkowe tablice. Pozytywna opinia konserwatora gwarantowana. Absolutny brak korozji również. Pojazdy nie wymagają wkładu finansowego, tylko baterie są do nabicia. W środku nigdy nie było palone. Dwa egzemplarze mają bite błotniki, ale trzeci jest całkowicie bezwypadkowy. Co najważniejsze, wszystkie trzy możecie sobie wziąć za darmo: ponieważ właściciel nie interesował się nimi od ponad 30 lat, łaziki może teraz objąć w posiadanie każdy zainteresowany – kto pierwszy, ten lepszy.

Na koniec podkreślę jeszcze, że trzy kolejne egzemplarze LRV to jedyne samochody kierowane bezpośrednio ludzką ręką, jakie poruszały się po powierzchni innego niż Ziemia ciała niebieskiego. Wszystkie inne konstrukcje tego typu – radzieckie Łunochody i wszelkie łaziki jeżdżące po powierzchni innych planet i księżyców poruszały się bez kierowcy (były autonomiczne lub zdalnie sterowane z Ziemi). Parafrazując Neila Armstronga można powiedzieć, że to były trzy krótkie przejażdżki dla kierowców, ale wielki skok dla automobilizmu. Oczywiście tylko symboliczny, bo jego znaczenie praktyczne pozostaje raczej skromne.

Apollo_15_Lunar_Rover_and_Irwin  Foto: NASA (public domain)

Apollo_17_Lunar_Roving_vehicle_AS17-134-20453HRFoto: NASA (public domain)

Scott_on_the_Rover_-_GPN-2000-001306Foto: NASA (public domain)

Schmitt_Next_to_Big_Boulder_-_GPN-2000-001148Foto: NASA (public domain)

Roving_Hills_-_GPN-2000-001289Foto: NASA (public domain)

NASA_Apollo_17_Lunar_Roving_Vehicle_edit_1Foto: NASA (public domain)

Lunar_Rover_Apollo_17Foto: NASA (public domain)

Irwin_next_to_Rover_-_GPN-2000-001117Foto: NASA (public domain)

AS17-140-21388Foto: NASA (public domain)

Zdjęcia z archiwów NASA należą do public domain z mocy prawa Stanów Zjednoczonych, jako dzieła amerykańskich funkcjonariuszy publicznych wykonane w związku z pełnioną służbą.

***

Ponieważ w sondzie dotyczącej krótkich lekcji finansów przedsiębiorstw zadecydowaliście na tak (77% za), nadeszła pora na pierwszy odcinek. Podkreślam przy tym, że cel jest tutaj jak najbardziej automobilowy – chodzi o przedstawienie w przyszłości prostych analiz sytuacji finansowej poszczególnych producentów samochodów (przede wszystkim największych koncernów będących spółkami giełdowymi, bo tylko ich dane finansowe są dostępne publicznie). 23-procentowej mniejszości, która nie chciała tutaj tego tematu, mogę polecić ominięcie go  – o samochodach na pewno nie przestanę pisać.

Co do wiedzy o finansach, to uważam za skandal, że szkoła, która wpycha nam do głów tony nikomu nieprzydatnych wiadomości o szczękoczułkach i nogogłaszczkach, książętach dzielnicowych i uniwersałach połanieckich, albo pogłowiu trzody chlewnej i klasyfikacji skał wulkanicznych, prawie w ogóle nie mówi o jednej z najważniejszych sił rządzących życiem każdego z nas, czyli ekonomii. Wskutek tego braku oraz zaszłości historycznych jedna czwarta Polaków uważa, że ceny w sklepach są wynikiem decyzji politycznej (!!), a słowa „finanse” czy też „zysk” mają zdecydowanie negatywne konotacje. Już kiedyś pisałem o tym  paradoksie: wielka część naszych rodaków wierzy, że pieniądze same w sobie są czymś złym i niemoralnym, a równocześnie uważa, że ma ich o wiele za mało.

To właśnie skutek braku edukacji w szkołach. Tymczasem podstawy ekonomii są proste i instynktowne jak konstrukcja cepa: maklerzy z Wall Street mawiają, że największy sekret branży to to, że… żaden sekret nie istnieje. I jakkolwiek szczegółowa znajomość wszystkich niuansów ekonomii faktycznie wymaga lat studiów i praktyki, a trafne prognozowanie gospodarcze jest równie trudne (czytaj – niewykonalne), jak w każdej innej dziedzinie, to opanowanie podstaw może wyjaśnić nam ogromnie dużo i ustrzec przed wieloma katastrofami życiowymi.

W naszym nowym mini-cyklu chodzi o zrozumienie finansów przedsiębiorstw, zaczniemy więc od ich definicji. Przedsiębiorstwo jest szczególnym rodzajem organizacji, której celem jest powiększanie majątku właścicieli (udziałowców) poprzez osiąganie jak największego zysku, czyli nadwyżki przychodów nad kosztami. Banał, prawda? Być może Was zawiodę, ale większość ekonomii składa się z podobnie „oczywistych oczywistości„, by zacytować klasyka. Oczywistościami stają się one jednak dopiero wtedy, gdy ktoś nam o nich powie – dopóki to nie nastąpi, chodzimy po tym obszarze trochę po omacku i siłą rzeczy często się gubimy. O to właśnie chodzi z tym sekretem braku sekretu.

Jak przedsiębiorstwo może osiągać zysk? Ano oferując ludziom produkty, za które będą oni skłonni zapłacić – i to zapłacić więcej, niż kosztowały one były samo przedsiębiorstwo. Znowu banał, ale wynika z niego coś ważnego: otóż przedsiębiorca musi koncentrować się na potrzebach klientów (oczywiście mówimy o warunkach prawdziwie wolnej konkurencji, a nie o monopolu, oligopolu czy działalności koncesjonowanej przez urzędników). To nieważne, ile towar jest warty dla sprzedającego – ważne, co na ten temat sądzi klient. Jeśli on nie zapłaci nam więcej, niż zapłaciliśmy my, to nie ma rady – musimy zmienić zajęcie. Każdy z nas na pewno to rozumie, bo jako konsumenci nieustannie borykamy się z ograniczonością swoich zasobów. Nikt z nas nie dopłaca sprzedawcom charytatywnie, tylko z bezmiaru potrzeb wybiera te najpilniejsze, a w celu ich zaspokojenia szuka najkorzystniejszych ofert. Jeśli więc znajdujemy się z drugiej strony i walczymy o pieniądze klienta, to musimy znaleźć jakąś niezaspokojoną potrzebę ludzką i zaproponować skuteczne rozwiązanie w cenie akceptowalnej dla potencjalnych nabywców, a jednocześnie pokrywającej koszty i pozostawiającej po ich opłaceniu jak największy zysk.

Znowu same banały, prawda? Jednak warto podkreślić ową właściwą kolejność: najpierw szukamy na rynku niszy (czyli niezaspokojonej potrzeby), a potem myślimy, jak ją zapełnić – nie odwrotnie!! W Polsce często pokutuje myślenie typu: mój ojciec jest szewcem, więc ja odziedziczę po nim warsztat i będę z niego żył, bo przecież butów każdy potrzebuje. Tymczasem może się okazać, że szewców pootwiera się w okolicy mnóstwo, że ktoś zaleje rynek tanią masówką z Chin, albo że nagle nastanie moda na chodzenie boso (to przykład teoretyczny, ale nie takie rewolucje już się na świecie zdarzały). To nieważne, czy dany produkt uważamy za „potrzebny” i „użyteczny”, ile w niego włożyliśmy i jak bardzo go cenimy – ważne, czy potrafimy przekonać do niego klientów w warunkach konkurencji i wyrobić się z kosztami poniżej ceny, jaką zechcą oni zaakceptować. Zresztą, czy zwróciliście kiedyś uwagę, że na rzeczach najpotrzebniejszych na świecie – powietrzu i wodzie – nikt jeszcze nie zarobił? I odwrotnie: produkty całkowicie zbędne, a nawet szkodliwe – jak diamentowe kolie, heroina albo hazard – potrafią przynosić krocie? Po prostu, to nie „użyteczność” czy też „niezbędność” produktu wyznacza jego rentowność, ale stosunek popytu do podaży: im jest on wyższy, tym wyższą cenę będzie skłonny zapłacić klient, czyli – przy założeniu stałych kosztów własnych – więcej zarobi sprzedawca.

Oczywiście, żeby nie było za łatwo, to w normalnych warunkach będziemy mieli konkurentów. Każdy z nich będzie starał się być lepszy od reszty, czyli uzyskać przewagę konkurencyjną przyciągającą klientów właśnie do niego. Można to zrobić na dwa sposoby: albo obniżyć ceny w stosunku do rywali, albo też wyróżnić swój produkt z tłumu. Gdy takowej przewagi nie zdobędziemy, klientela pójdzie do konkurencji i będziemy mogli z czystym sumieniem zwijać interes.

Dobrze wiedzą o tym „głupi” Amerykanie, z których kochamy się śmiać: mimo że posiadają w swej ziemi wszystkie możliwe bogactwa naturalne, wielu z nich wcale nie eksploatują. Wiedzą, że w dzisiejszym świecie podaż tanich surowców z Trzeciego Świata obniża ceny poniżej kosztów wydobycia w krajach rozwiniętych, więc zamiast kopać w ziemi wolą kręcić hollywoodzkie filmy, wymyślać zaawansowaną elektronikę i inne wyroby hi-tech (chociaż samą produkcję lokują już w Chinach), pisać software i obracać kapitałem. Na tym wszystkim zarabiają miliardy, podczas gdy minerały leżą sobie spokojnie w ziemi i czekają na lepsze czasy. Co z tego, że są „potrzebne”, jeśli w Afryce można je kupić za śmieszny ułamek kwoty zarobionej w Dolinie Krzemowej…? Zwróćmy uwagę na przykład ropy naftowej: amerykańskie łupki bitumiczne były znane od dekad, ale eksploatacja została podjęta dopiero wtedy, gdy światowa gra popytu i podaży wywindowała cenę powyżej granicy opłacalności wydobycia. Jaki procent ludzi w Polsce, chełpiących się świetną znajomością historii filozofii, przemiany pokoleń u chełbi modrej i mapy całej kuli ziemskiej, rozumuje w ten sposób, i kto z kogo powinien się w związku z tym śmiać…?

Teraz podam kolejny banał: ponieważ przedsiębiorcy chodzi o maksymalizację różnicy pomiędzy przychodem a kosztami, to wyciągnięcie od klienta dodatkowej złotówki  oznacza dla niego dokładnie to samo, co obcięcie kosztów o złotówkę. Niby wszyscy to wiemy, ale co rusz krytykujemy firmy za „cięcie kosztów”, podczas gdy sami nie chcemy dopłacać za produkt i z dwóch identycznych (a nierzadko – pozornie identycznych) zawsze wybierzemy ten tańszy. Jaki więc wybór mają sprzedawcy…?

Wielu pewnie pomyśli, że w tej sytuacji przedsiębiorcy powinni ograniczyć swą „chciwość” i poprzestać na mniejszym zysku. Przecież prywatnie wielu z nas świadomie rezygnuje z gonitwy za wyższymi zarobkami, by poprawić jakość życia w innych dziedzinach. Jednak nawet jeśli pominiemy to, że konkurencja zazwyczaj utrzymuje marże na stosunkowo niskim poziomie, to istnieje jeszcze jedna, zasadnicza różnica: otóż gdy nasz sąsiad zarabia lepiej od nas, nie zmienia to naszej sytuacji (poza samopoczuciem u pewnych typów osób), ale gdy wyższą rentowność wykazuje konkurencyjna firma – prędzej czy później wygryzie nas z rynku. Ta sama siła, która (w warunkach wolnej konkurencji) nie pozwala sprzedawcom bezkarnie podnosić cen, skłania ich też do maksymalizacji zysku – nie tylko w celu zgarnięcia go do kieszeni, ale przede wszystkim – dotrzymania kroku rywalom i zachowania przewagi konkurencyjnej. Gdy np. jeden producent samochodów będzie regularnie osiągał słabsze wyniki niż inni, nie będzie go stać na opracowanie nowych modeli o podobnym stopniu atrakcyjności, podobnie niskiej cenie, albo podobnie skuteczny marketing – a to może mieć fatalne skutki.

Pojęcie konkurencji ma wiele znaczeń – i to jest jedna z tych rzeczy, które być może nie dla wszystkich zabrzmią banalnie. Podręczniki podają tu pięć czynników: oprócz konkurentów w klasycznym znaczeniu firma zmaga się z siłą przetargową klientów (presja na obniżki cen), dostawców (groźba wzrostu kosztów), możliwością pojawienia się nowych rywali oraz całkowicie nowych produktów, które mogą zastąpić nasz i odebrać nam chleb (tak jak np. fotografia cyfrowa wyeliminowała z rynku klisze). Wśród klasycznych pięciu sił konkurencji nie wymienia się natomiast jeszcze jednego, szalenie ważnego czynnika zmuszającego do maksymalizacji zysku – rynku kapitałowego. Bo trzeba wiedzieć – tutaj sam nie wiem, czy to banał czy nie – że przedsiębiorca, jakkolwiek jest czasem nazywany „kapitalistą”, nie zawsze korzysta z własnego kapitału – często musi go pozyskiwać z zewnątrz. A obcy kapitał nie jest bynajmniej darmowy (to już znowu banał) – dysponujące nim podmioty, w zamian za użyczenie środków spodziewają się zysku i wybierają najlepsze lokaty. Kto zaoferuje zbyt mało, nie dostanie środków, a więc i szansy rozwoju (a czasem przetrwania).

Należy się tu jeszcze mała, ale ogromnie ważna dygresja: „oczekiwana stopa zysku” to termin dotyczący przyszłości, a tej nigdy nie jesteśmy pewni. Dlatego należy tu rozumować w kategoriach matematycznej wartości oczekiwanej, czyli pojęcia z dziedziny rachunku prawdopodobieństwa. To wypadkowa dwóch czynników: potencjalnego zysku i prawdopodobieństwa jego osiągnięcia (nie będę Was zanudzał konkretnymi wzorami, bo po pierwsze, każdy wzór wstawiony do tekstu nienaukowego obniża jego czytelnictwo o 50%, a po drugie, w praktyce i tak nigdy nie mamy dokładnych danych do podstawienia). Prostymi słowami: im większe ponosimy ryzyko, tym większy musi być zysk, na który liczymy, a mniejszą korzyść akceptujemy tylko wtedy, gdy jest ona pewniejsza. Lokata bankowa jest niemal stuprocentowo bezpieczna – dlatego dobrze jest, jeśli odsetki pokryją chociaż stopę inflacji. Z kolei na akcjach przedsiębiorstw można zarobić bardzo dużo – ale ryzyko jest ogromne.

Czyżby znowu banał…? Niby tak, ale gdyby wszyscy myśleli w ten sposób, nie miałyby miejsca niezliczone oszustwa i afery, od Bezpiecznej Kasy Oszczędności Grobelnego aż po Amber Gold. Po prostu, im większy ktoś obiecuje nam zysk, tym większym ryzykiem musi on być obarczony. Nie może być inaczej: ponieważ zysk kapitałowy jest niczym innym, jak wynagrodzeniem za ponoszone ryzyko, to jest do niego wprost proporcjonalny. Gdy zatem ktoś zapewnia nas, że zna cudowną receptę na zysk pewny i zarazem wysoki, to nie ma bata – zwyczajnie nas oszukuje, niezależnie od tego, jak pięknie przedstawia swój biznes i jak elegancko się nosi.

To tyle, jeśli chodzi o teoretyczny wstęp. Ponieważ uczyć się jest najlepiej na przykładach, w następnym odcinku założymy sobie wirtualną firmę, pozyskamy kapitał i rozpoczniemy prostą działalność – np. handel hurtowy, bo tam wszystko jest banalnie proste i jak na dłoni widać, co się dzieje. Proste operacje obrotu towarem, inwestowania w niezbędne wyposażenie i znajdowania środków na to wszystko będziemy zapisywać na papierze jak prawdziwi księgowi. No, może nie do końca prawdziwi: nie będziemy uczyć się szczegółów technicznych i niuansów ustawy o rachunkowości (ja zresztą sam księgowym nie jestem i ustawy nie znam na pamięć), ale sporządzimy sobie z naszej wirtualnej działalności normalne sprawozdania finansowe – takie, jakie przygotowują wielkie koncerny giełdowe, np. motoryzacyjne. Gdy sobie je sami napiszemy, to tym bardziej będziemy umieli je zrozumieć i wyciągać z nich wnioski. Zobaczycie, jak z kilku kolumn cyferek można wyczytać wszystko, co działo się w firmie i ocenić jej sytuację. To naprawdę nie jest trudne – największym sekretem jest to, że żadnego sekretu nie ma.

Share Button
Tagi: , , ,
86 comments on “TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: ZIEMSKI POJAZD POZAZIEMSKI
  1. nocman napisał(a):

    Wstęp do współczesnej ekonomii powinien się zaczynać od wytłumaczenia jednego, prostego wzoru: r>g 🙂

    A wracając do pojazdu, ciekawe jakby wyglądał współczesny LRV (oczywiście spodziewam się, że nie zyskałby jakiś fantastycznych kształtów, bo w takich urządzeniach ważna jest funkcja, a nie forma, ale technika trochę poszła do przodu i parę rzeczy można rozwiązać nieco inaczej).

    • Loopus napisał(a):

      NASA opracowała współczesny Lrv, May pomykal nim w którymś odcinku To, chyba w 19, albo 20 sezonie. Tylko nie wiem, jak mieliby go przetransportować w kosmos, jak to jest wielka krowa na 6 kołach…

      • SzK napisał(a):

        Zawsze można po kawałku, a złożyć na miejscu albo na orbicie. Albo skolonizować Księżyc i tam wydobywać surowce… ech, chyba powinienem żyć w latach 60-tych 😉

  2. Wojtek napisał(a):

    Jedną uwaga – masa nie zależy od grawitacji, więc łazik na ziemi i na księżycu miał masę 210kg. Różnił się ciężarem, ale nie masą.

    • Yossarian napisał(a):

      O dokładnie to samo miałem napisać. Tak uzupełniając: masa [kg] = gęstość * objętość. Natomiast ciężar [N] = masa * przyspieszenie (ziemskie lub innej planety).

      • SzK napisał(a):

        Nie, no ale chwila: teraz sprawdziłem i o ile nie jestem ślepy, to nie napisałem nigdzie, że masa była mniejsza na Księżycu – tylko tyle, że uwagę o podawaniu CIĘŻARÓW w ziemskich kilogramach podałem w niefortunnym miejscu (zaraz po słowie „masa”). Przesunę to gdzieś, jak będę miał okazję, ale masy z ciężarem nie pomyliłem (chyba, że przeoczyłem coś jeszcze).

      • Yossarian napisał(a):

        Może trochę źle zrozumiałem, ale chodziło o ten fragment:

        „…ograniczono ostatecznie do zaledwie nieco pond 200 kg (wszystkie ciężary w artykule są podane w odniesieniu do grawitacji ziemskiej). „

    • SzK napisał(a):

      Jejku, a tak pilnowałem, żeby nie zrobić dokładnie tego błędu!! Aaaaaa!!

      Oczywiście poprawię, ale dopiero jak będę miał dostęp do kompa.

  3. ;) napisał(a):

    Może już od razu wrzuć baner z linkiem do założenia „produktu finansowego”, stracisz mniej czasu a może kilka zł więcej z prowizji wpadnie 😉

    Lokata bankowa jest niemal stuprocentowo bezpieczna.
    Jasne czasach kilku procentowej rezerwy cząstkowej akcja „run na banki” zawali każdy system finansowy* . Bank obraca 95% – 90%(?) środkami swoich klientów. To czysty Legalny Amber Gold z częściową gwarancją BFG, wszystko się kręci do momentu gdy więcej osób wpłaca niż pobiera ;]

    *Może poza chyba krajami Islamski czy Arabskimi gdzie chyba pieniądze które są złożone w banku nie mogą być pożyczane dalej.

    • SzK napisał(a):

      Żadnych reklam tutaj nie będzie.

      Bankowość to temat rzeka – ryzyko krachu zawsze jest, ale jak dotąd realizowało się tylko bardzo lokalnie, i to z przewidywanych przyczyn. W zamian mamy za to cały zachodni dobrobyt, ktorego nie byłoby brz kredytów inwestycyjnych. Co nie oznacza, że systemu nie można nadużywać, bo każdego można.

      A islamska bankowość działa dokładnie jak nasza, tylko terminologia jest inna – np. zamiast odsetek (które u nich są haram, czyli grzeszna) mają marżę handlową (która jest halal, czyli wporzo).

    • nocman napisał(a):

      To że islam zabrania lichwy, nie znaczy że banki islamskie nie udzielają pożyczek. Są sposoby na ominięcie prawa religijnego i jak najbardziej są stosowane.

  4. Kiełek napisał(a):

    Z tymi powijakami w wytwarzaniu energii w aucie nie jest tak słabo. Toyota sprzedaje już model Mirai który jest autem elektrycznym, ale prąd wytwarza na miejscu dzięki ogniwom wodorowym. Dokumentacje techniczną udostępnili aby inni producenci pomogli rozszerzyć sieć stacji tankowania wodoru, bo w sumie to stanowi jedyny poważny problem. Tankowanie wodoru trwa mniej więcej tyle co benzyny czy lpg.

    • SzK napisał(a):

      Tak, ogniwa paliwowe bardzo mi się podobają. Pracował nad nimi Mercedes, Honda, a teraz Toyota. Problem tylko w tym, że obecnie wodór pozyskuje się z… ropy naftowej (!!). Zastąpienie jej wodą morską wymagałoby chyba opanowania fuzji jądrowej, bo nie wyobrażam sobie innego źródła takiej ilości energii.

      • nocman napisał(a):

        Można też z metanu.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        ale żeby z metanu, to też trzeba energię skądś na to wziąć: w polskich realiach – z węgla

      • SzK napisał(a):

        Dokładnie tak – w ziemskich warunkach wodór to rodzaj baterii, a nie paliwa sensu stricto.

    • ndv napisał(a):

      Z tym, że wodór jest „lekko” problematyczny, przy czym wypominana od czasu „Hindenburga” palność i wybuchowość to najmniejszy problem (swoją drogą cały sterowiec był pokryty paliwem rakietowym). Wodór ma malutkie atomy, które potrafią przenikać przez inne materiały albo się wbudować w ich strukturę powodując jej kruchość.
      Ogniwa paliwowe można też zasilać innymi paliwami, metanem, alkoholem, które są łatwiejsze z logistycznego punktu widzenia – kosztem sprawności i emisji ditlenku węgla, które jest obecnie na cenzurowanym.

  5. Mateusz napisał(a):

    „Zresztą, czy zwróciliście kiedyś uwagę, że na rzeczach najpotrzebniejszych na świecie – powietrzu i wodzie – nikt jeszcze nie zarobił?” – jak chodzi o powietrze to rzeczywiście opłata klimatyczna pewnie ma marginalny wpływ na gospodarkę, ale jeżeli chodzi o wodę to istnieje kilka koncernów nią obracających, więc myślę, że na wodzie zwłaszcza jak chodzi o inwestycje koncernów z krajów rozwiniętych w krajach tzw. 3 świata np. Ameryka Południowa lub Afryka, to na wodzie się zarabia i to nie mało. Ostatnio nawet widziałem ciekawy film dokumentalny w tej tematyce dostępny na portalach internetowych z filmami.

    • SzK napisał(a):

      Co do opłat „klimatycznych” to jest to zwykły podatek, a jego nazwa nie ma tu nic do rzeczy, ona służy tylko za pretekst. Podatki z definicji są świadczeniami jednostronnymi, czyli ich płacenie nie ma bezpośredniego związku z otrzymywaniem czegokolwiek.

      A co do wody, to miejsca, które wymieniłeś, potwierdzają, że chodzi o podaż i popyt.

      • nocman napisał(a):

        Na wodzie zarabia się niezłą kasę, trzeba tylko ją ładnie opakować. Na powietrzu… Jeśli rozpatrzyć wszystkie geszefty, które produkują coś, a zostawiają po sobie skażoną wodę, powietrze, środowisko w ogólności, to też jest jakiś sposób zarabiania. Bo najlepiej prywatyzować zyski i nacjonalizować straty.

        Na upartego można powiedzieć, że podobną działalność ostatnio prowadził VAG: sprzedawał cudowną, dieslowską maść na szczury kosztem jakości powietrza, którym oddychamy.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        prawda, butelka 0.5l na lotnisku Okęcie kosztuje 6zł

  6. benny_pl napisał(a):

    bardzo fajny artykul, czytalo sie „jednym tchem”, jak bede sie wybieral na ksiezyc to wiem gdzie ladowac i ile akumulatorow ze soba zabrac zeby sobie pojezdzic 😉 fajne!

    co do podstaw ekonomiki, to mialem takowe w technikum, wiec wszystko co napisales jest dla mnie oczywista oczywistoscia, ale pisz tak dalej, bo dzieki temu takze skomplikowane rzeczy beda omowione w banalny sposob, co jest bardzo cenna umiejetnoscia 🙂
    technikum to jest wg mnie najlepsza szkola, choc dalej sie tam uczylem bezsensownych doplywow wisly, wietrzenia skal, czy najrozniejszych dat jakis niezliczonych bitew (tego akurat nigdy sie nie nauczylem, bo ja zadnych dat zapamietac nie potrafie dokladnie, poza tym bezuzyteczne dla mnie informacje zapominam i tak od razu), ale i tak duzo ciekawych rzeczy sie dowiedzialem.
    najwieksza glupota byl jednak przedmiot „ekologia” czy cos podobnego z nazwy, gdzie nawiedzona baba probowala wciskac nam najrozniejsze kity, ale nikt jej nie traktowal powaznie, a kulminacja nastopila jak wymyslila ze kazdy po kolei ma na kolejna lekcje przygotowac 5 informacji ekologicznych pozyskanych np z wiadomosci TV. z poczatku jeszcze sie niektorzy przykladali, ale pozniej byla to istna apokalipsa, co tydzien przynajmniej kilka zatopionych tankowcow, wycietych iles tam hektarow lasow (lub spalonych dla odmiany), zabitych iles tam set zwierzat (dowolnie wymyslona liczba i gatunek), zatruta przynajmniej jedna rzeka o nic nie mowiacej nazwie w jakims dzikim kraju itp glupoty 😀 mina zmartwionej nauczycielki tymi „katastrofami” bezcenna, ona chyba na prawde w to wierzyla ;p

    uwazam tak samo jak Ty Szczepanie, ze w szkole sie powinno uczyc praktycznych umiejetnosci, przydatnych w zyciu kazdego, a o nieprzydatne jedynie zahaczac, tak, aby ci, ktorych to zainteresuje mogli sobie doczytac, czy nawet zdecydowac sie ksztalcic w tym kierunku, a tymczasem jak ja chodzilem do podstawowki to lekcje techniki powoli umieraly, i tylko dzieki mojej ciekawosci nauczyciel wygrzebywal stare pomoce naukowe – np zestawy do budowania obwodow elektrycznych i elektronicznych 😀 kiedy to wiedze bezuzyteczna w najlepsze wpakowywali do glowy na lekcjach plastyki, muzyki, polskiego, czy nawet geografii (na geografii na prawde mozna uczyc rzeczy ciekawych i przydatnych – przede wszystkim korzystania z map i ogolnie orientacji w terenie, zamiast jakis doplywow rzek czy jakis zlodowacen)… no ale o absurdach szkolnictwa mozna godzinami gadac…

    • SzK napisał(a):

      Żeby bie było wątpliwości to dodam, że ja bardzo lubię zgłębiać geografię albo historię i zgadzam się, że można w szkole dowiedzieć się dużo ciekawych rzeczy. Ale priorytet powinny mieć rzeczy praktyczne, na które aktualnie w szkole nie ma czasu.

      • benny_pl napisał(a):

        Ja tez lubie historie, inaczej by mnie tu nie bylo, uwielbiam tez ogladac „Sensacje XX wieku”, „Bylo, nie minelo” itp, ale zeby to bylo ciekawe, to musi byc to pasja nauczyciela, inaczej jest to smiertelnie nudne, podobnie geografia jest bardzo ciekawa nauka, jesli sie o niej ciekawie opowiada. Najgorsze w nauczaniu jest zmuszanie do nauki na pamiec dat, jakis rzek, miast itp rzeczy, ktore mozna znalesc gdziekolwiek w razie potrzeby (takie potrzeby to tylko w krzyzowkach chyba sa).
        Najbardziej rzecz jasna nie lubilem polskiego 😉

      • ndv napisał(a):

        Hej moment, pamiętam, że ja na WOSie miałem jakieś pojęcia w stylu popytu i podaży, więc jakieś podstawy podstaw ekonomii były (ale to było jakieś +- 10 lat temu, od tego czasu się mogło sporo wydarzyć – czytaj program mógł być bardziej przycięty niż pole do golfa).
        Swoją drogą co do amerykańskiego systemu, to od ludzi, którzy ostatnio odwiedzali Stany słyszałem raczej o brudzie, drogach w złym stanie i biurokracji na poziomie domu, który czyni szalonym z Aserixa niż o super prężnej gospodarce i powszechnym dobrobycie – zresztą warunki w USA i krajach europejskich zupełnie inne, to trochę tak jak z zarabianiem na wodzie – inaczej to wygląda w północnej Europie, inaczej w centralnej Afryce.

      • SzK napisał(a):

        Też słyszałem, że dzisiejsza Ameryka faktycznie coraz mniej przypomina XX-wieczną. Ja tam co prawda jeszcze nie byłem, ale tak mówili mi co poniektórzy tambylcy.

      • ndv napisał(a):

        Komunizm miał jedną zaletę – edukacja stała na dość wysokim poziomie, przez ostatnie 20 lat mam wrażenie program jest coraz bardziej krojony, od podstawówki przez uczelnie wyższe, przy czym ciągle stosuje się „pruskie” wbijanie łopatą do głowy – czyli kumulacja kiepskich rozwiązań.
        Nie wiem czy w USA uczą czegoś poza listą prezydentów, ale biorąc pod uwagę ilość piramid finansowych za oceanem z nauką podstaw ekonomii tam też nie było/nie jest różowo.
        Zresztą jak wiemy z historii, jedynym ideałem był ZSRR za Dżugaszwiliego – przynajmniej nikt mówił inaczej 🙂

      • SzK napisał(a):

        Edukacja była dobra w pewnych dziedzinach, ale o innych lepiej nie mówić – choćby np. o ekonomii. Znam pewną Panią Magister krakowskiej AE (dyplom z lat 70-tych), której musiałem tłumaczyć różnicę między PKB a budżetem państwa… Tak to jest, kiedy wbija się ludziom do głowy, że istnieje znak równości między gospodarką i państwem…

        A oszustów finansowych nigdzie nie brakuje – tyle tylko, że za oceanem nikt nie domaga się, żeby całe społeczeństwo wyrównywało straty ludzi, którzy dali się nabrać na gruszki na wierzbie, albo zwyczajnie przegrali w ruletkę, w którą sami zdecydowali się wejść.

      • ndv napisał(a):

        A z GM nie było tak, że jednak podatnicy dopłacili? Kilka programów zbrojeniowych w Stanach pod względem organizacji bardziej przypomina radzieckie centralne zarządzanie niż wolno rynkowy konkurs. Bo strategiczne firmy trzeba utrzymać. Świat się zmienia.
        A z programami edukacji zatwierdzanymi przez państwo jest tak, że naturalnie pomija dziedziny dla siebie niewygodne (jak ekonomia czy historia za PRLu) – tylko, że odnoszę wrażenie, że dzisiaj każda wiedza zaczyna być „niewygodna”. Całe szczęście dzisiaj dostęp do wiedzy jest bardzo łatwy – m.in. dzięki Tobie Szczepanie.

      • SzK napisał(a):

        O to to to to – świat się zmienia. Kiedyś takie rzeczy były nie do pomyślenia, dzisiaj – zdarzają się.

        Jestem jak najdalszy od bezkrytycznego chwalenia USA – tyle tylko, że tam wszelkie przejawy szeroko pojętego marksizmu zaczęły się rozpowszechniać bardzo niedawno i to jest zupełnie inny etap niż w UE.

        A system edukacyjny jest oczywiście kształtowany przez państwo, więc pracuje na jego rzecz.

      • Mavi napisał(a):

        @ndv
        „Komunizm miał jedną zaletę – edukacja stała na dość wysokim poziomie”

        Zwłaszcza w dziedzinach zaawansowanej techniki, historii, ekonomii, uczyła wyobraźni i samodzielnego myślenia. Można było wyrażać swoją opinię i występował kompletny brak propagandy (przecież to prawda, że wszystkie odkrycia w dziedzinie biologii to tylko dzięki radzieckim naukowcom). Dlatego to były złote czasy i najwięcej odkryć się wtedy dokonało po naszej stronie żelaznej kurtyny.

        Już (chyba) Seneka narzekał „nie uczymy się dla (do) życia, lecz dla szkoły” (czy jakoś podobnie). Od zawsze szkoła swoim programem nie zadowoli wszystkich.

        Pełno ludzi, którzy twierdzą, że większość matematyki (całki, pochodne, wzory skróconego mnożenia) im do niczego nie jest potrzebna. Ale gdyby nie te „bzdurne” podstawy wbite za młodu teraz ta nauka (mimo najszczerszych chęci) byłaby dla większości kompletnie niemożliwa.

    • nocman napisał(a):

      Szeroki program nauczania jest po to, byś potem posiadał aparat pojęciowy, pozwalający ogarniać tak skomplikowany twór, jakim jest świat, bez zawężąnia pola widzenia wyłącznie do końca swego nosa i paru, kulturowo wbitych wzorców przyjętych bez chwili zastanowienia, dlaczego. Oraz żebyś miał o czym rozmawiać z innymi ludźmi, niekoniecznie zorientowanymi w tajnikach blindowania droselklapy.

      • SzK napisał(a):

        Jest takie powiedzenie wśród niektórych pedagogów: „Istnieją dwie grupy uczniów: w przypadku pierwszej, wszelkie zorganizowane nauczanie jest całkowicie nieskuteczne, w przypadku drugiej – całkowicie zbędne”.

        Nie uważam żeby było to prawdą dla edukacji jako całości, ale dla prób zrobienia filozofów ze 100% populacji – jak najbardziej. Tym bardziej, że wbijanie ludziom encyklopedii do głów na siłę może tylko zrazić ich do całej idei nauki i kształcenia.

        A nawet, jeśli się uprzemy, i będziemy chcieli zaszczepić wszystkim podstawy każdej dziedziny nauki, to powinniśmy zrobić to PO nauczeniu rzeczy kluczowych w codziennej praktyce, a nie zamiast. Uważam, że nasze szkolnictwo ma tutaj kompletnie odwrócone priorytety.

      • Mavi napisał(a):

        @Nocman
        Ode mnie propsy, masz recht.

        @Szczepanie
        „A nawet, jeśli się uprzemy, i będziemy chcieli zaszczepić wszystkim podstawy każdej dziedziny nauki, to powinniśmy zrobić to PO nauczeniu rzeczy kluczowych w codziennej praktyce,”

        Które to rzeczy są „kluczowe” i komu osądzać co jest, a co nie jest „kluczowe”?

        Dla jednego pochodne i zasady dynamiki Newtona są bardzo ważne (np. dla mnie), a dla kogo innego zasady czytania nut z pięciolinii (np. dla dzieci, które w wieku 10 lat potrafią pięknie grać na skrzypcach i pianinie, a których muszę uczyć matematyki, żeby zdały do następnej klasy).

        Oczywiście zgadzam się z Tobą, że obecnie nauczanie odbywa się w sposób nieprawidłowy – wszelakie nauczania zintegrowane, duża ilość lekcji religii, itp. przy małej ilości godzin matematyki czy historii, mają negatywne skutki. Ale nie oznacza to, że należy zaprzestać edukacji teorii i „wkuwania”, gdyż pozwala to na „wyćwiczenie” mózgu w przyjmowaniu nieraz abstrakcyjnych informacji, które z czasem mogą się układać w logiczną całość.

        Po co klepać tabliczkę mnożenia? Przecież są kalkulatory. Po co działania na macierzach, przecież to do niczego niepotrzebne… chyba, że trzeba zająć się danymi statystycznymi i zapomina się o tym jak pomnożyć czy transponować prostą macierz.

      • SzK napisał(a):

        „Kluczowe” jest to, co dotyczy każdego z nas, czyli zasady, według których funkcjonuje cywilizacja i któe są niezbędne do radzenia sobie w życiu. Podstawy nauk przyrodniczych również się w tym mieszczą, podobnie jak metodologia uczenia się rzeczy, które na późniejszym etapie będziemy musieli opanować, by móc pracować zawodowo. Dla każdego są to inne rzeczy, ale wspólne dla wszystkich podstawy oznaczają według mnie coś zupełnie innego, niż wpaja szkoła – to samodzielne myślenie, krytyczny stosunek do tego, co słyszymy i czytamy oraz chęć zdobywania wiedzy, samokształcenia, samorozwoju i aktywnego działania.

        Ja sam miałem ogromnie dużo szczęścia, że te rzeczy wpoili mi rodzice. Od wieku przedszkolnego przedstawiali mi wiedzę, książki i czynność czytania jako coś magicznego, dającego pewien rodzaj wtajemniczenia – a to wszystkie dzieci uwielbiają. Dzięki temu nigdy nie trzeba mnie było namawiać do czytania i nauki. W liceum oceny miałem nienajgorsze, ale dalekie od ideału (nie pamiętam średniej, ale na oko to tak odrobinę poniżej 4), bo zamiast wkuwać na pamięć encyklopedię wolałem się uczyć języków albo czytać różne rzeczy, które mnie interesowały. Dziś okazuje się, że miałem sporo racji, bo firmy, w kórych pracowałem i ciągle pracuje, nie pytają się mnie o oceny i szkolną wiedzę, tylko patrzą właśnie na umiejętności myślenia, możliwość przyswojenia sobie nowych rzeczy i elastyczność w przechodzeniu z jednego stanowiska na drugie. W ciągu 11 lat kariery zawodowej zdążyłem już być najpierw sprzedawcą, gryzipiórkiem sprawdzającym poprawność dokumentów, obsługiwaczem klienta, potem logistykiem i wreszcie analitykiem finansowym (w dwóch kolejnych miejscach). Żadnej z tych rzeczy nie nauczyła mnie szkoła, tylko uczyłem się ich w praniu, korzystając z zaszczepionego przez rodziców pędu do czytania i samokształcenia. To właśnie, wraz z językami (których uczę się głównie samodzielnie) przekonuje dzisiejszych pracodawców – a przynajmniej międzynarodowe korporacje, w których pracuję. Mało kto pyta się nawet o studia – w każdym pracy o dyplom pytali się mnie dopiero po podpisaniu umowy, żeby móc policzyć mój staż pracy i należne dni urlopu.

        Zapewne inaczej wygląda to w przypadku inżyniera albo lekarza, ale ja nie twierdzę, że specjalistyczne kształcenie jest niepotrzebne – wręcz przeciwnie, specjaliści są najcenniejsi. Tyle tylko, że zarówno dla specjalistów, jak i przeciętnych gryzipiórków, takich jak ja, oraz robotników czy techników, podstawą radzenia sobie w życiu i rozwoju zawodowego są rzeczy, o których szkoła nie wspomina w ogóle. Co gorsza, przez kładzenie nacisku na bezmyślne wkuwanie zniechęca ona wielu uczniów do zdobywania wiedzy jako takiej.

      • Mavi napisał(a):

        @Szczepanie
        Jeszcze pociągnę temat.

        „(…) coś zupełnie innego, niż wpaja szkoła – to samodzielne myślenie, krytyczny stosunek do tego, co słyszymy i czytamy”

        Aby wyrażać sensowny krytycyzm, trzeba wiedzieć coś na krytykowany temat – bez szerokiego programu nauczania nie ma na to szans.

        „oraz chęć zdobywania wiedzy, samokształcenia, samorozwoju i aktywnego działania.”

        To są potrzeby, a nie ochoty. Chęć może być wywoływana sztucznie (np. chęć otaczania się luksusem, czy posiadania auta takiej a nie innej marki), ale potrzeba wychodzi z samego człowieka. Chociażby nie wiem jak bardzo „marketing” działał to nie zachęci Cię do zaspokojenia potrzeb, których nie masz. Przynajmniej tak jest w większości przypadków.

        „Ja sam miałem ogromnie dużo szczęścia, że te rzeczy wpoili mi rodzice.”

        Uważasz, że szkoła zmieniając program potrafiła by wpoić potrzebę do nauki innym? Ja nie sądzę.

        Pamiętaj też, że aby samodzielnie się uczyć (samorealizować) konieczne jest zaspokojenie większości potrzeb niższego szczebla.

        „(nie pamiętam średniej, ale na oko to tak odrobinę poniżej 4)”

        Czyli w środku krzywej rozkładu normalnego. Jak szkoła zmieniłaby program na bardziej odpowiadający Tobie to byś się mieścił w górnej (czy też dolnej, zależy jak patrzeć) części tego wykresu, ale reszta dalej byłaby w środkowej.

        Aktualnie studiuję – jest nas 21 osób. Wszyscy przyszliśmy sami z własnej woli i pracujemy na bardzo wąskich indywidualnych specjalizacjach. Oceny są zgodne z rozkładem normalnym. To świadczy, że niezależnie od sposobu nauczania i samych uczonych – zawsze będą uczniowie wybitni, słabi i przeciętni.

        „Mało kto pyta się nawet o studia (…) Zapewne inaczej wygląda to w przypadku inżyniera albo lekarza”

        Zapewniam Cię, że w przypadku inżyniera jest podobnie jak w Twoim, tylko dyplom jest potrzebny jako podkładka, że projekty nie są robione przez sprzątaczkę;)

        „podstawą radzenia sobie w życiu i rozwoju zawodowego są rzeczy, o których szkoła nie wspomina w ogóle.”

        I nigdy nie wspominała? Przecież były lekcje WOSu (z podstawami ekonomii), było wychowanie seksualne (czy jakkolwiek inaczej się nazywało) i środowisko (połączone fizyka, biologia i chemia). Uczniowie z którymi miałem kontakt, o WOSie wypowiadali się mniej więcej tak: „trzeba oglądać wiadomości i robić prasówki – to nudne, ekonomia to czarna magia – dużo cyferek i wzorów, a sztuka jest nudna”.

        Może zaproponuj luźny program nauczania jakiegoś przedmiotu – jestem ciekaw co Ty byś tam widział.

      • SzK napisał(a):

        Według mnie potrzeba zdobywania wiedzy jest w dużym stopniu ukształtowana przez środowisko. Zgadzam się, że ludzie rodzą się nie do końca tacy sami, ale bardzo dużo można nadrobić wychowaniem. Tak jak mówię, moi rodzice przedstawiali mi wiedzę jako wielką tajemnicę, która jest fascynująca i warta zachodu, chociaż uświadamiali mnie też, że na zrozumienie pewnych rzeczy będę musiał poczekać – a mnie to jeszcze bardziej nakręcało, jak oczekiwanie na Gwiazdkę albo wakacje. Bardzo dużo daje też sposób przekazywania wiedzy – przystępny i pokazujący, że „sekretem jest brak sekretu”, albo nudny i zniechęcający, dający do zrozumienia, że uczeń jest głupi i nieusiłujący zmniejszyć jesgo niewiedzy, tylko ją akcentujący. Nawet niektórzy nauczyciele mają taki sposób bycia (na szczęście nieliczni).

        Wiem skądinąd, że są też rodzice każący dzieciom czytać za karę. Jeszcze u mnie w szkole podstawowej nauczyciel techniki rozrabiającym chłopakom kazał za karę przepisywać regulamin pracowni – i jaki oni potem mogli mieć stosunek do regulaminu i do dokumentów pisanych jako takich…? Mnie wspólne siedzenie z tatą nad mapą albo książką było pokazywane jako przyjemność, na równi z bajką w telewizji, a nie jako kara. O takiej właśnie różnicy mówię – właściwe podejście jest naprawdę kluczowe.

        Uczniowie zawsze będą lepsi i gorsi i tego nie zmienimy. Z praktyki wiem, że korelacja między ocenami a powodzeniem życiowym jest niewielka – właśnie z powodu złego rozłożenia akcentów w szkole. Wielu tzw. prymusów ma wielkie pretensje do życia, że od pierwszej klasy rysowali piękne szlaczki w zeszytach i wkuwali na blachę wszystko, co nauczyciel zadał, a tymczasem szef w pracy chce od nich jakichś zupełnie niezrozumiałych rzeczy, a do tego nie ma ochoty dawać podwyżek, mimo że oni zachowują się grzecznie, nie spóźniają się i wykonują polecenia. Oni tego naprawdę nie rozumieją i to jest właśnie wina szkoły, że nie powiedziała im, na czym polega życie (winę może też ponosić dom, ale jego nie wybieramy i nie mamy nań wpływu jako społeczeństwo, a na system kształcenia – tak).

        Jako starszy od Ciebie o 14 lat nie miałem lekcji wychowania seksualnego – nie wiem, jak one wyglądają, więc się nie wypowiadam. Miałem za to WOS, ale o ekonomii nic tam nie było, tylko o demokracji, wolnych wyborach i takich tam. Jak powinny wyglądac lekcje ekonomii? Moim zdaniem tak, jak ja napisałem tekst o przedsiębiorstwach w poprzednim wpisie – zrobiłem to najlepiej jak umiałem. Bardzo polecam czytanie amerykańskiej INVESTOPEDII w Internecie – tam właśnie jest łopatologicznie wytłumaczona cała ekonomia, w postaci krótkich, encyklopedycznych haseł, jak w Wikipedii. Takiej medodologii brakuje w naszych szkołach, nie tylko w dziedzinie ekonomii, ale wszystkich przedmiotów.

      • Mavi napisał(a):

        @Szczepanie
        Odejdę od tematu. Chyba Ci się z kimś pomyliłem (w kwestii 14 lat różnicy)… no chyba, że faktycznie masz 44 lata. I tylko 11 lat traktujesz jako karierę zawodową, a wcześniejsza praca to nie „kariera”. Poza tym nie wyglądasz na swoje lata;)

        Wychowania seksualnego też nie miałem, ale na WOSie uczyli mnie co to inflacja, podstawy typu popyt-podaż, stopa zwrotu, po co i dlaczego jest LIBOR.

      • SzK napisał(a):

        Przepraszam, masz rację – pomyliłem Twój wiek. Ja mam 35 lat, a do pracy poszedłem tuż po studiach (dokładnie dzień po obronie), w wieku lat 23,5 (wcześniej udzielałem się trochę w firmie taty i dawałem na studiach korepetycje z języków, ale nie liczę tego jako „kariery”).

      • truten23 napisał(a):

        O to to. Jestem zdania że obszerna i kompleksowa edukacja jest jak najbardziej wskazana.
        Jasne że całki mogą Ci się w życiu nie przydać, ale powinno się wiedzieć że coś takiego istnieje.
        Podstawy geologii (ktoś wcześniej odniósł się do tego) też są potrzebne, żebyś wiedział że lawa, magma i płynny bazalt to to samo.

        Szeroka wiedza to szerokie horyzonty (zazwyczaj…).
        Bez tego pojawiają się internetowi mądrale piszący komentarze pod artykułami o odkryciu nowego izotopu, że Ci naukowcy powinni zabrać się za głód w afryce a nie wymyślać „bzdury”…
        Ranyboskie, jak ograniczonym musi być taki człowiek…

      • SzK napisał(a):

        „Szeroka wiedza to szerokie horyzonty” – podpisuję się pod tym wszystkimi czterema kończynami. Ja tylko mówię, że w obecnym programie nauczania brakuje sporo rzeczy o wiele ważniejszych od wkuwania encyklopedycznych danych, które jest kompletnie nieskuteczne w poszerzaniu horyzontów. Istnieje naprawdę wielka rzesza uczniów, którzy opanowuja materiał czysto pamięciowo (przy okazji nabierajac wielkiego wstrętu do samej idei nauki) i nie korzysta z tego w ogóle, podczas gdy sprawy kluczowe w życiu – jak np. podstawy ekonomii, które wskazuja jak zarabiać na życie, pierwsza pomoc w wyapdkach albo podstawy psychologii potrzebnej w stosunkach międzyludzkich, sa im kompletnie obce.

        Przepraszam, że powtarzam kolejny raz to samo, ale sprawa ciagle wraca: ja nie uważam, że nauka jest niepotrzebna – wręcz przeciwnie. Tylko że możliwości przekazania wiedzy przez szkołę oraz jej wchłaniania przez większość uczniów sa ograniczone i dlatego musimy przyjać jakieś priorytety (to właśnie jest podstawowa idea ekonomii – zarzadzanie ograniczonymi zasobami). Uważam, że te priorytety sa obecnie mocno zaburzone i dokładnie z tego powodu ludzi mówia, że „naukowcy zajmuja się bzdurami”. Po prostu, idea nauki kojarzy im się z „bzdurami”, które kazano im w szkole ryć na pamięć bez wytłumaczenia, co oznaczaja, bez pokazania, jak piękna jest wiedza i jak wiele daje. Nie z każdego człowieka można zrobić naukowca i właśnie dlatego musimy przyjać priorytety.

  7. benny_pl napisał(a):

    aaa no i za wode to sie placi.. albo to ja jestem na tyle glupi ze place, moze przestane, a i tak nie odetna? 😀

    • SzK napisał(a):

      Co do tej wody, to jasne, że płacimy, ale milionów nikt na niej nie zrobi – chyba, że zaczniemy w to mieszać koncesje, przetargi publiczne, programy pomocowe, dotacje państwowe i inne interwencje władz, nie mające nic wspólnego z rynkiem.

      • nocman napisał(a):

        No jak nie, jak tak? Litr wody z wodociągu kosztuje około 0.003-0.008PLN, czasami do 0.02PLN, przy czym jeśli jest to woda pobierana ze studni głębinowych, to zwykle jest wysokiej jakości, nie ustępującej wodom „mineralnym” (niektóre rozlewnie miały niezły ból dupy o kampanię „łódzka woda najlepsza”). Litr wody w butelce PET kosztuje około złotówki, litr wody dla snobów, w fantazyjnej flaszce, może kosztować i dychę. Różne Coca-Cole, Danone i inne wmówiły ludziom, że dają lepszy produkt od tego, co jest w kranie. W niektórych regionach to prawda, w innych trzeci rodzaj prawdy. Do tego została wytworzona cała aura zdrowego stylu życia.

        To jest czysty marketing, w jego najlepszej postaci: wytworzyć zapotrzebowanie na coś, co jest niepotrzebne lub było/jest dobrem ogólnodostępnym, ładnie to opakować, a następnie kosić nieprzyzwoitą kasę.

      • SzK napisał(a):

        Tak, marketingowcy nauczyli się już kreować sztuczne potrzeby. Ale model wolnorynkowy, o którym mówimy, zakłada racjonalne zachowania. Właśnie dlatego nie zawsze dobrze opisuje realny świat – bo w realnym świecie jego podstawowe założenia rzadko są spełnione.

        Po co w takim razie w ogóle rozważamy model wolnorynkowy? To punkt wyjścia przestawiający działanie praw wynikających z natury naszego świata (ograniczone zasoby) oraz natury ludzkiej (każdy chce mieć jak najwięcej). Dopiero rozumiejąc te prawa możemy wprowadzać poprawki wynikające z ludzkiej nieracjonalności, niedoskonałej konkurencji, interwencji państwa, itp.

      • nocman napisał(a):

        Cały wolnorynkowy model rozsypuje się w mig bo:
        1. ludzie generalnie nie postępują rozsądnie, bo natura wyrobiła w nas dwie ścieżki postępowania, racjonalną i szybką. Ta druga bazuje na odruchach i czymś, czymś co możemy nazwać, na potrzeby naszej uproszczonej dysputy, nazwać odczuciami. Chodzi o to, że częstokroć trzeba było podejmować jakąś decyzję w ułamku sekundy, bo to oznaczało przeżycie albo śmierć. Nie było czasu na myślenie. Dziś, pomimo tego, że warunki życia się zmieniły, nadal podświadomie używamy szybkiej ścieżki.

        2. Model wolnorynkowy zakłada równowagę między stronami. W idealnie kulistym świecie to działa, w rzeczywistym zawsze jest jakaś asymetria, czy to w dostępie do wiedzy (sprzedający wie coś, czego nie wie kupujący, patrz np. kredyty frankowe) czy to np. w wielkości, wielomilionowa korporacja może sobie pozwolić na wiele więcej niż szeregowy klient. Może eliminować konkurencję na wiele nieczystych sposobów (dumping, wrogie przejęcia), może kupować sobie prawo (w tym podatkowe), może kupować sobie ugody i ciszę zanim dojdzie do sprawy sądowej. Wreszcie dochodzimy do r>g, czyli „stopa zwrotu z kapitału jest większa od ekonomicznego wzrostu”. W dzisiejszych czasach, jeśli masz miliony, to bardziej Ci się opłaca włożyć parę baniek w giełdową ruletkę niż zainwestować te pieniądze w jakiś realny geszeft. Na koniec jest tak, że biedacy stają się nędzarzami, klasa średnia topnieje, a paru wypasionych kolesi ma jeszcze więcej luidorów do palenia nimi w piecu.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        ludzie mają wbudowane mechanizmy obronne – na kredyty frankowe dają się nabrać tylko raz; a jeśli ktoś nabierze się drugi raz, to jeszcze nie oznacza, że wolny rynek nie działa
        poza tym w ogóle przykład kredytów nie jest przykładem trafionym – nie ma tu za grosz wolnego rynku

        a dodatkowo dziś ludzie się odzwyczaili od ponoszenia odpowiedzialności – przez kilka pokoleń robiło to za nich Państwo, więc instynkt samozachowawczy zanika

      • nocman napisał(a):

        Odzwyczaili od ponoszenia odpowiedzialności bo państwo blablabla? I tak na całym świecie? (Polska czy Europa to nie jedyne miejsce, gdzie problem kredytów w obcych walutach kopnął w dupę tysiące ludzi). Czy Australia to też miejsce, gdzie państwo odzwyczajało ludzi od odpowiedzialności? A może jednak chodziło o asymetrię dostępu do wiedzy, stosunkowo prosty szwindel i przekonanie, że gospodarka zawsze będzie rosnąć (czyli niedoszacowanie ryzyka przez banki, które to ryzyko banki przerzucają potem na swoich klientów)?

      • SzK napisał(a):

        Zostawianie sobie otwartej pozycji walutowej, tzn. posiadanie przychodów i zobowiazań w dwóch różnych walutach, jest ksiażkowym przykładem spekulacji, czyli mówiac językiem potocznym – hazardu. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to właśnie jest brak podstawowej edukacji – i o tym dokładnie pisałem. Nie ma tu znaczenia, czy czyjaś narodowość jest polska, australijska, czy księżycowa…

        A jeśli już ktoś dorosły decyduje się na ruletkę, i mysli przy tym, że przez 20 albo 30 lat kulka zawsze będzie stawać tam, gdzie stała przy pierwszej rozgrywce, to już sam nie wiem, jak to skomentować. Trudno jest wskazać kraj, w którym w takim horyzoncie czasowym nie zdarzały się krachy, wojny, rewolucje i inne kataklizmy, nie mówiac o zmianach kursu waluty…

        Już kiedyś tutaj wspominałem, że mnie też zdarzało się tracić w finansowej ruletce, ale przez myśl mi nie przeszło, by żadać od kogokolwiek ponoszenia za to odpowiedzialności, bo to była moja decyzja i niczyja inna. Przeraża mnie sposób myślenia polegajacy na grze w ruletkę dopóty, dopóki kulka zatrzymuje się na obstawianych przez nas liczbach (skadinad cały czas tych samych), i wołaniu o delegalizację kasyn w momencie, gdy po latach po raz pierwszy zaczyna stawać gdzie indziej.

        A jeśli już kasyna mamy zdelegalizować z moca wsteczna, to może najpierw gracze powinni zwrócić wszystko, co do tej pory w nich wygrali…? W końcu to zysk z nielegalnego źródła… Czy też może chodzi o to, by legalność gry zależała od jej wyniku ex post…? Trudno o lepszy przykład moralności Kalego.

      • benny_pl napisał(a):

        juz kiedys cos podobego powiedzialem 😉 choc nie tak ladnie 🙂

        co to wogole za pomysly zeby cos w prawie dzialalo wstecz?! od zawsze prawo nie dzialalo wstecz, czemu wiec ostatnimi czasy sie to zmienia? i jakim prawem wogole?
        niedlugo okaze sie ze najlepiej bedzie nie wychodzic z jakiejs ukrytej pod ziemia piwnicy, bo nigdy nie bedzie wiadomo ze cos, co sie zrobilo nie stanie sie po latach zakazane, i sie za to zostanie ukaranym… co za absurd

  8. Carman napisał(a):

    Fakt, że dzisiejsza lekcja ekonomii to same oczywistości, ale jakieś podstawy trzeba ustalić na poczet przyszłych „wykładów”. Bardzo dobrze i przystępnie napisane. Dodam jeszcze, że o ile zgadzam się z tym, że wzory mogą niektórych odwieść od dalszego czytania to dla mnie osobiście mają ogromne znaczenie dla zrozumienia trudniejszych zagadnień. O ile mogę coś zaproponować to może dobrym pomysłem była by nie tyle rezygnacja z nich, ale umieszczenie w spoilerach. Nie będzie kłuło w oczy, a jak ktoś potrzebuje to sobie otworzy.

    No i jeszcze coś na temat głównego artykułu. Podziwiam konstruktorów tego cuda. Projektowanie czegoś „wirtualnie”, bez prawdziwych testów jest naprawdę trudne i wyczerpujące. Cały czas siedzi Ci w głowie myśl, która staje się prawdziwą torturą: „a jak nie zadziała”. Wielki szacunek dla tych ludzi.

  9. Klakier napisał(a):

    Dzisiaj w TVN był reportaż o projekcie nowego łazika księżycowego i jakąś kosmiczną kasę można za to zgarnąć jak się wygra,i teraz hit ,audi projektuje audi quattro w wersji moon,haha powinni TDI tam wpakować jest takie sławne ostatnio…

    • SzK napisał(a):

      Ale w tym przypadku musieliby ze dwa zapasowe silniki na Księżyc zabrać 😉

      • nocman napisał(a):

        Elektryczne, po co? 😉

      • hurgot sztancy napisał(a):

        technologie już mają – jeśli wzięliby silniki z R18 e-tron, to mamy gwarancję najszybszego łunochoda w historii! 😉

      • Daozi napisał(a):

        I jedynego, który się zepsuje przed końcem misji 😛

      • truten23 napisał(a):

        Właściwie to już można by to nazwać terraformowaniem 😉 Najpierw tworzyli by atmosferę z CO2, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć 😀

  10. Michal napisał(a):

    Drogi Szczepanie.
    Az boli.!
    Dozgonne warunkowe uwielbienie!
    PZPR czy jakos tam …

  11. Michal napisał(a):

    Ludzie!
    Nie czepiajcie sie masy, ciezaru, czy tam innej wagi. Doskonale wiecie Czytelnicy o co chodzi. Inaczej by Was tu nie bylo?
    Pozdrawiam wszystkich swiadomych i inteligentnych m.in. sympatykow Automobilowni . !

  12. komin napisał(a):

    Edukacja ekonomiczna? Ja bardzo chętnie, ale obawiam się, że skoro mamy jechać przykładami z branży, to bardzo szybko dojdziemy do wniosku, że mamy urzędniczy matriks na ultra słabym aparacie państwowym. Z tego koktajlu, albo gremialnie wzrośnie nam poziom złej chemii, frustracją zwany, albo zaczniemy tu pisać projekty ustaw.
    Tak czy owak zagrzewam do dalszej działalności na tym polu

    • SzK napisał(a):

      Ja tylko zamierzam przedstawić publicznie dostępne dane paru spółek giełdowych (oczywiście chodzi o producentów samochodów) i skomentować ich sytuację – z zastrzeżeniem, że nie chodzi o poradę inwestycyjna. A Automobilownia pozostanie strona motoryzacyjna.

  13. pieklonakolach napisał(a):

    Wg wielu ekspertów (nie bardzo lubię to określenie bo obecnie mocno się zdewaluowało) jednym z możliwych i najbardziej prawdopodobnych scenariuszy przyszłego globalnego konfliktu będzie woda (to tak tylko do wątku o tym co jest wartościowe, a co nie).
    Co zaś tyczy się ekonomii i sprawozdań finansowych to tutaj też papier wszystko przyjmie i znając mechanizmy można przedstawić trupa jako pannę z pokaźnym posagiem (zbliża się koniec roku, niektórzy pewnie wiedzą co to oznacza 😉 ). Oczywiście ktoś znający temat pozna pozorowane działania. To tak jak z picowaniem auta na sprzedaż…

    • SzK napisał(a):

      Jeszcze raz powtarzam, że nie uważam wody za bezwartościowa – Bliski Wschód i Afryka wiedza sporo na ten temat. Ja tylko mówię, że wyznacznikami cen sa podaż i popyt, a nie „użyteczność”. Gdy podaż i popyt się zmieniaja, zmieniaja się też ceny, więc konflikty na tym tle moga się zdarzać.

      Co do sprawozdań, to wiem o tym doskonale. W przypadku spółek giełdowych regulacje w tym względzie sa ogromnie restrykcyjne, ale żaden system prawny nie jest pozbawiony luk, a im bardziej go rozbudowujemy, tym więcej jest dziur. Ustawodawca nigdy nie nadaży za kreatywnościa ludzka, nie tylko w dziedzinie księgowości.

      • pieklonakolach napisał(a):

        A nie pomyślałeś, że być może ekonomia nie jest wpajana ludziom nieprzypadkowo?
        Kiedyś w pracy jeden z kolegów wygłosił taką kwestię (zupełnie serio) „skoro nie ma pieniędzy to dlaczego te debile z rządu ich nie dodrukują”. Obawiam się, że to może odzwierciedlać stan wiedzy polskiego (i nie tylko) społeczeństwa na temat ekonomii, sam często się łapię na tym, że nie do końca rozumiem niektóre z nowych instrumentów finansowych. Kapitał czasem sprawia wrażenie jakby dosłownie był przelewany z pustego w próżne. Wirtualne pieniądze bez pokrycia w rzeczywistości – jestem pewny, że większość osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że papierki które noszą w portfelach to w rzeczywistości naprawdę papierki…

      • SzK napisał(a):

        Ależ oczywiście, że rządowi nie zależy na edukacji ekonomicznej ludzi – w ten sposób można obiecywać ludziom byle co i dostawać ich głosy, a idiotyczna polityka nie spotyka się z protestami. Dla polityków nie ma nic łatwiejszego, jak obiecywać gruszki na wierzbie, a im więcej ludzi się na to łapie, tym lepiej.

        Tekst o dodrukowaniu pieniędzy jest znacznie powszechniejszy niż mogłoby się wydawać…

      • truten23 napisał(a):

        Szczepanie, a gdybyś tak w którymś wpisie poruszył sprawę publicznego zadłużenia?
        Zadłużenia państw względem innych. Zadłużenia globalnego?
        To dopiero mógłby być gęsty temat…
        Jak pisze @pieklonakolach, pieniądze już właściwie nie mają pokrycia w kruszcach, stają się wirtualne. Więc zadłużenia też. Zadłużenia rosną i nie ma chyba możliwości ich pokryć?

      • SzK napisał(a):

        Nie sadzę, żeby Automobilownia była właściwym miejscem do tego. Ja tylko chciałem pokazać Wam podstawwy finansów, żebyśmy potem mogli przeanalizować sytuację różnych producentów samochodów.

      • truten23 napisał(a):

        Nie szkodzi, trochę rozjaśniło mi w głowie to, co napisałeś @Benny’emu.
        Z resztą dyskusja i tak już mocno odeszła od tematów podbojów kosmicznych…

    • truten23 napisał(a):

      Jeśli już mamy wróżyć, to kolejny globalny konflikt raczej będzie dotyczył aktualnej wędrówki ludów niż wody. Chociaż kto wie?..

  14. Daozi napisał(a):

    Taka ogólna uwaga – jakby ludzie znali podstawy ekonomii to na socjalistów nikt by nie głosował. Na lekko nawet lewicujące partie też nie byłoby zbytniego popytu. A tak, to mamy to co mamy.
    Co do systemu edukacji – owszem, mógłby być lepszy, ale to wymaga wielkich nakładów sił i środków. A na to jak finansowane jest nasze szkolnictwo, to pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia.
    Wpis ciekawy, czekam na poszerzenie wątków ekonomicznych (niby jestem księgowym, ale do dziś pewne rzeczy mnie przerastają).

    • SzK napisał(a):

      Jeśli jesteś księgowym, to raczej niczego ciekawego się nie dowiesz. Ja nie zamierzam robić kursu mikro- i makroekonomii, bo to jest strona motoryzacyjna. Wszedłem w temat tylko po to, żeby pokazać ludziom co to jest bilans, rachunek zysków i strat oraz rachunek przepływów pieniężnych – a to raczej wiesz. W ten sposób chcę przygotować grunt pod przedstawienie tutaj analiz sytuacji finansowej różnych producentów samochodów, no i wyjaśnić różne historie z przeszłości – o ile będę miał dane (a mam już np. dla Borgwarda z ostatnich lat działalności).

      Oczywiście uwagi ogólnoekonomiczne będę wtrącał w miarę potrzeby, ale Autombilownia na pewno pozostanie stroną (czy też blogiem, jak kto woli) poświęconą historii motoryzacji.

    • Ernesto napisał(a):

      Dlaczego nikt na lekko lewicujące partie (np. demokraci w czasach kennedy´ego i johnson´a) by nie głosował?

    • nocman napisał(a):

      Rozumiem że Piketty, Kalecki, Tobin, Stiglitz czy Krugman się mylili/-lą?

      • ndv napisał(a):

        Mógłbyś rozwinąć? Jest to dziedzina o której nie mam zielonego pojęcia a chętnie się czegoś dowiem 🙂

      • SzK napisał(a):

        O Krugmanie i jego teoriach to profesorowie u mnie na uczelni dowcipy opowiadali… Np. taki: Krugman proponuje swojemu asystentowi, żeby zjadł psie odchody w zamian za 1000$. Asystent zgadza się i dostaje nagrodę, ale Krugman zaczyna żałować oferty, bo szkoda mu lekkomyślnie wydanych pieniędzy. Na to asystent mówi: oddam kasę, jeżeli pan zrobi to samo co ja. Krugman zgadza się i odzyskuje 1000$. Po pewnym czasie asystent stwierdza: „my chyba nie jesteśmy zbyt madrzy – obaj najedliśmy się g…., a mamy ciagle tyle samo pieniędzy”. A na to Krugman: „Ależ skad!! Przecież służymy gospodarce – właśnie podnieślismy PKB o 2000$ !!”. Dokładnie na tym polega państwowa „stymulacja gospodarki”.

        Był jednak jeden profesor, który Krugmana cenił. Dziwnym trafem bardzo poważał też Kaleckiego, a także Oskara Lange i kilku podobnych. To był człowiek niegdyś wysoko postawiony w partii będacej zapisana w konstytucji „przewodnia siła narodu”. Raz oblał moja znajoma na egzaminie ustnym za to, że nie wiedziała, jak nazywał się pierwszy sekretarz PZPR w jej miejscowości (okazało się, że był bliskim znajomym profesora). Dodam, że studiowałem w latach 1999-2004, nie trzydzieści lat wcześniej… Profesor pod niebiosa wychwalał centralne planowanie i gospodarkę państwowa, tyle tylko, że sam koło 1990r. założył firmę konsultingowa, która organizowała prywatyzację kilku wielkich zakładów państwowych, w tym Huty Lenina – czyli jednak akceptował urynkowienie, ale tylko wtedy, kiedy sam na nim robił kokosy. Nam to chwalił się, że na swoich kilka Lexusów oraz, cytuję, „hawirę taka, ze Biały Dom to przy niej kurnik” zarobił po transformacji dlatego, że, znów cytuję, „miał kapitał intelektualny”. No więc reasumujac, jego autorytetami byli wymienieni teoretycy (kto studiował na krakowskiej AE, na pewno wie, o kim mówię).

      • Mavi napisał(a):

        urban (celowo z małej) powiedział coś w deseń:
        „Popieram idee komunistyczne, ale to nie znaczy, że chcę im podlegać”.

        Z tym profesorem to podobnie, no nie?

      • SzK napisał(a):

        Dokładnie jak z Urbanem (ja akurat zasady ortografii przedkładam nad osobiste antypatie 🙂 ). W ogóle mam dziwne wrażenie, że niektórzy lewicowi przywódcy wcale nie mają lewicowych przekonań, tylko wykorzystują ideologię do zdobycia władzy. Lenin użył kiedyś bardzo ciekawego określenia „pożyteczni idioci” – dla niego to byli ludzie autentycznie wierzący w idee marksizmu i nieświadomi tego, że własną pracą i poświęceniem robią dobrze jedynie przywódcom, których na swoich plecach wynoszą do władzy.

  15. Ernesto napisał(a):

    Na tym właśnie polega problem ekonomii -profesor żartuje z innego profesora i nie musi już tłumaczyć studentom wyższości jednej teorii nad drugą – wszyscy wiedzą co myśleć na dany temat. Mnie chodzi jednak o te lekko lewicujące partie – czy lagarde nie jest lekko lewicująca? Jest, a przecież nie została wybrana przez „niedouczonych”. Podobnie raporty mfw. Ciekawe jak nazwalibyście obniżanie podatków i finansowaniem tego z deficytu (Reagan) jeśli nie drukiem pieniądza:-)

    Ps. Fajnie, że powstał nowy cykl:-)

    • SzK napisał(a):

      Ja chcę prowadzić stronę o samochodach, a nie prowadzić dyskusje światopogladowe, dlatego zaczynam trochę żałować, że podjałem temat. W każdym razie kolejne odcinki nie będa o teorii ekonomii, tylko o przedstawieniu finansów przedsiębiorstw i sprawozdań finansowych – po raz kolejny podkreślam, że celem jest przedstawienie stuacji kilku producentów samochodów.

      A jak chodzi o teorie, to dowcip o Krugmanie jest właśnie dobitnym wyjaśnieniem jego teorii – sarkastycznym, ale rzeczowym.

      Spór między zwolennikami wolności i interwencjonizmu nie jest kwestia wykazania czegokolwiek, tylko ideologii: jedni uważaja, że człowiek ma prawo do wolności, czyli decydowania o sobie i korzystania z owoców własnej pracy, co jest nieodłacznie zwiazane z koniecznościa samodzielnego odpowiadania za swoje decyzje. Inni zaś inni wola, kiedy nad ich życiem panuja urzędnicy i politycy decydujacy o tym, co dla kogo jest lepsze, kto ma prawo do dóbr (niezależnie od tego, kto je wytworzył) i kto za co odpowiada (niezależnie od tego, czy to on podjał decyzję) – uważaja to za bardziej sprawiedliwe i bardziej moralne niż zasadę odpowiedzialności za własne życie i dysponowania tym, co się wytworzyło. Ja nie bardzo to rozumiem, ale powiedzmy, że nie muszę.

      Problem jest w tym, że jeśli ktoś chce dostać coś, czego nie wytworzył, to ktoś inny musi nie dostać czegoś, co wytworzył – takie sa nieubłagane prawa fizyki – więc w takiej sytuacji po prostu nie opłaca się wytwarzać. Ludzie niby to rozumieja, ale wciaż wierza, że bogactwo bierze się nie z wytwarzania wartościowych produktów, a z decyzji polityków, a tym ostatnim wcale nie zależy na zmianie tego przekonania, bo po pierwsze, w ten sposób dostaja więcej władzy (przede wszystkim nad owocami pracy obywateli), a po drugie, zyskuja poparcie, bo ludzie uwielbiaja, kiedy obiecuje im się pieniadze odebrane ich sasiadom. To, czy je później faktycznie dostaja, zdaje się nie mieć znaczenia.

      Co do „druku pieniadza”: to nie jest tak, że ilości pieniadza nie wolno nigdy zwiększać – nie powinno się tylko emitować go więcej niż jest na rynku towaru. Wskaźnikiem jest tutaj inflacja – jeżeli rośnie, to znaczy że ilość pieniadza przyrasta zbyt szybko, jeżeli spada – to zbyt powoli. Sprawdź sobie inflację w epoce Reagana i oceń sam (ja sam nie znam tych danych, więc nie jest to z mojej strony pytanie retoryczne).

      Powtarzam jeszcze raz, ja nie chcę zbyt głęboko wchodzić w dyskusje światopogladowe, wolę w tym czasie napisać coś o samochodach, bo po to założyłem Automobilownię…

  16. Ernesto napisał(a):

    Ja też nie chcę by automobilownia się zmieniła w wieczną polemikę o wyższości jednej ideologii nad drugą. Na zakończenie dodam, że ekonomia (a makroekonomia w szczególności) nie ma nic wspólnego z fizyką – jak bardzo by ktoś tego chciał to nie jest nauka przyrodnicza.
    Co do tego dowcipu – pomyśl czy ta sytuacja tam opisana faktycznie była taka bez sensu. Fakt doprawienia opowieści tym co zjedli nie zmienia faktu, że każdy z nich zapłacił za usługę, którą inny oferował – nawet jeśli obaj wyszli na zero (w sensie finansowym) to czynność została wykonana.

    I ostatnie -lewicującym nie chodzi o to by urzędnik coś rozdzielał (to argument liberalnych środowisk mający dyskredytować inne poglądy) tylko o równy start – dostęp do edukacji, służby zdrowia itd.

    Ps. Może wszystkie następne komentarze luźno związane z tematem blokuj żeby uniknąć wojen światopoglądowych na automobilowni?

    • SzK napisał(a):

      Co do fizyki: uważam, że taka cecha naszego świata, jak niepowstawanie wartości z niczego, może być w języku potocznym (broń Boże nie w artykule naukowym) określona jako prawo fizyki, mimo że kontekst dyskusji jest pozaprzyrodniczy. Oczywiście można się ze mna nie zgadzać.

      Zamierzony sens dowcipu o Krugmanie jest taki: Krugman płacacy za zjedzenie psiej kupy to metafora państwa, które arbitralnie przyznaje dotacje na przedsięwzięcia pozbawione sensu ekonomicznego (gdyby sens miały, to zostałyby zrealizowane bez dotacji, dla samego zysku). Pozornie jest to pomoc dla społeczeństwa i bodziec rozwojowy, tylko tyle, że te dotacje nie moga pochodzić znikad inad niż z kieszeni tego samego społeczeństwa, bo państwo nic samo nie wytwarza, a jedynie zbiera od ludzi podatki – dlatego w ostatecznym rozrachunku asystent wychodzi na zero (w praktyce wyszedłby na minus, bo aparat państwowy kosztuje ogromna część pobieranych podatków). Nikt więc nic nie zyskuje, a wszyscy sa zaabsorbowani rzeczami, na które sami by się nie nigdy zdecydowali, zamiast zużywać te same zasoby na coś, czego naprawdę potrzebuja. Z kolei z punktu widzenia państwa mamy sukces, bo ktoś coś dostał, coś zostało zrobione, no i statystyki się poprawiły (mamy więc również przestrogę przed ślepa wiara w statystyki). Większość społeczeństwa w takie sukcesy wierzy, chociaż nie widzi żadnej poprawy sytuacji, bo niby z czego?

      Nie zgodzę się, że lewicy nie chodzi o rozdzielnictwo urzędowe – jakakolwiek redystrybucja musi być dokonana przez urzędnika, a jeżeli ktoś wydaje nie swoje pieniadze na nie swoje potrzeby, to nic dobrego z tego nie wynika. Nie znaczy to, że ja chciałbym skasować instytucję państwa – ja tylko mówię, że każda złotówka zabrana ludziom i wydana przez urzędników pogarsza efektywność. Pewne minimum aktywności państwa jest złem koniecznym, bo pożytek z istnienia np. szkół powszechnych uzasadnia spadek efektywności, ale ten spadek zawsze trzeba mieć na uwadze i pamiętać, że jeśli tylko da się go ograniczyć, to należy tak zrobić.

      A komentarzy nie zamierzam kasować – jako liberał po pierwsze wierzę w wolność wypowiedzi i nie zniżę się do wprowadzania cenzury (chyba, że ktoś będzie kogoś obrażał albo łamał prawo, ale to się jeszcze na Automobilowni nie zdarzyło), a po drugie – sam wsadziłem kij w mrowisko poruszajac temat ekonomii na stronie motoryzacyjnej i nie zamierzam unikać za to odpowiedzialności (najwyżej przestanę odpowiadać, jeśli takie dyskusje zaczna zabierać mi zbyt dużo czasu, bo blog nie jest moja praca, tylko hobby). Trzeba być konsekwentnym w swoich pogladach :-).

      • benny_pl napisał(a):

        ciesze sie Szczepanie, ze mamy takie samo zdanie na temat redystrybucji 🙂

        a skoro Ty sie tak dobrze znasz na tych finansach to wes mi wytlumacz 2 rzeczy, ktorych pojac nie moge:

        1: dla czego jak jest inflacja (nieduza) to jest dobrze? tzn jest dobrze dla politykow?? bo drozejace dobra powoduja wieksze wplywy z podatkow? natomiast rewaloryzacja rent/emerytur/placy minimalnej itd nadaza za tym duzo wolniej, wiec w wyniku roznicy czasu, daje to bardzo wymierne korzysci materialne?
        czy jednak ma to jakies pozytywne skutki dla obywatela? (ja ich nie widze)

        2: skoro nasz (i nie tylko nasz) kraj sie ciagle zadluza, i w dodatku tak na prawde przeciez widomo, ze skoro wciaz sie pieniadze pozycza, to znaczy ze ich jest za malo, i niema mozliwosci splaty tego zadluzenia (wiem, splacane sa odsetki, ktorych jest coraz wiecej, ale to tylko mala czesc samej kwoty), to na zdrowy rozum – kto jest na tyle glupi ze te pieniadze tym panstwom pozycza, wiedzac, ze ich nigdy juz nie odzyska?! czy ten ktos jednak glupi nie jest i liczy na to ze za te dlugi zabierze sobie w koncu np jakies wojewodztwo?!

      • SzK napisał(a):

        1) Inflacja to stały spadek wartości pieniądza – a to oznacza, że pieniądza nie opłaca się trzymać. O to właśnie chodzi politykom – żebyś nie chomikował w skarpecie, tylko wydawał: wtedy firmy robią biznes, zatrudniają ludzi, a państwo dostaje podatki. Jeżeli zaś występuje sytuacja odwrotna, czyli stały spadek cen, to wszelkie zakupy wolisz odłożyć – bo jutro będzie taniej. W ten sposób gospodarka spowalnia.

        Tak mówi jeden z poglądów na ten temat, który jest poglądem dominującym. Oczywiście zgadzam się, że jak pieniądz traci na wartości, to ludzie wydają więcej, ale trzeba się zastanowić, w którym momencie negatywne skutki inflacji przewyższą pozytywne (tzn. przy jakim jej poziomie). Generalnie taka inflacja, jaką mamy teraz, nie powinna mieć skutków negatywnych.

        Co do waloryzacji świadczeń, to już jest kwestia decyzji polityków. Przy obecnym systemie, w którym młodzi płacą na emerytury starych, krach jest tylko kwestią czasu. System został wymyślony w Prusach przez Bismarcka, który chciał nowych podatków, ale że ludzie się nie godzili, to wprowadził „składki emerytalne” – w ówczesnych warunkach wychodziło na jedno, bo wiek emerytalny wynosił 65 lat, a średnia długość życia – 55, więc mało kto dożywał emerytury, a młodych było mnóstwo (bardzo wysoka dzietność). Takie warunki są jednak nie do utrzymania, bo żyjemy coraz dłużej, a rozmnażamy się wolniej (i dobrze, bo Ziemia ma przecież ograniczone zasoby, nie może każde pokolenie być 2 razy liczniejsze).

        Gdyby jakikolwiek obywatel założył taką instytucję, w której nowi członkowie spłacaliby starych, a wypłacalność zależałyby tylko od liczby przyjętych do systemu, to natychmiast trafiłby do więzienia (co się zresztą zdarza). Gdy robi coś takiego państwo – nazywa się to „sprawiedliwością społeczną”. Jedynym wyjściem jest to, żeby obywatel nie przekazywał składek do jednego worka będącego w rękach polityków wybranych na króciutkie kadencje, tylko odkładał te pieniądze sam dla siebie. To jest temat rzeka, o którym można rozprawiać godzinami, a także jeden z głównych punktów spornych między poszczególnymi obozami ekonomistów.

        2) Jak na razie państwo spłaca zobowiązania i nie ma powodu przypuszczać, że w najbliższym czasie się to zmieni, mimo kumulacji długu. To jest problem dla państwa i obywateli, ale jak na razie – jeszcze nie dla wierzycieli. Pożyczki państwu udzielasz kupując obligacje, które mają określony termin i cenę wykupu. Na ich wykup państwo zazwyczaj emituje kolejne obligacje, ale dopóki sobie z tym radzi, to mimo rosnącego długu jakoś się to kręci (zauważ, że PKB i dochody budżetowe też cały czas rosną).

        Zdanie, że „obecne długi państw nigdy nie zostaną spłacone” nie oznacza, ze kupując dziś obligacje nie odzyskasz pieniędzy – obligacje mają termin wykupu od kilku miesięcy do kilku lat i w takim okresie nie ma strachu. Oznacza natomiast, że najprawdopodobniej państwa Europy nigdy już nie zmniejszą swoich długów, bo przy obecnej polityce są tak uzależnione od wydawania kasy, że nie są w stanie sfinansować wydatków znikąd inąd jak z emisji kolejnych obligacji. Kiedyś będzie z tym problem – tak jak jest już w Grecji – ale ten moment jeszcze nie nadszedł i jak na razie obligacje są jedną z najpewniejszych lokat.

        Obecny poziom zadłużenia Polski nie jest jeszcze katastrofalny, więc wierzyciele nie mają się co martwić, martwić natomiast powinni się obywatele, bo rosnący dług bez perspektyw odwrócenia trendu zjada coraz więcej pieniędzy z budżetu, czyli – z naszych kieszeni. A politycy nic z tym nie robią, bo wolą dalej wydawać – kupować sobie zabawki, popularność oraz tworzyć kolejne stanowiska urzędnicze dla znajomych, niż dbać o to, żeby za 20 lat budżet się domknął. Polityk jest wybrany na 4 lata, a w takim okresie krachu nie będzie. Co nastąpi potem, żadnego polityka niestety nie obchodzi.

  17. benny_pl napisał(a):

    dzieki wielkie za wyjasnienie 🙂 ja sie nie martwie, tylko mnie to ciekawilo 🙂 myslalem ze panstwo pozycza od jakis bankow zagranicznych te pieniadze a nie pomyslalem o obligacjach, ktore w razie czego zostana po prostu uniewaznione i po dlugu hłehłehłe… zdaje sie ze juz tak nawet bylo, bo cos kojaze ze prababcia miala troche takich obligacji, ktore mialy dac jakis spory zysk, a w koncu okazaly sie niewazne… coz, ja tam nie ufam zadnym bankom