VENI, VIDI: AMERICA THE BEAUTIFUL, cz. I

Skończyły się kolejne wakacje.

To znaczy nie dla wszystkich: uczniowie będą się nimi cieszyć jeszcze przez chwilę, a studenci (co pilniejsi) – to ho-ho. Ale ludzie pracy tak dobrze nie mają, i całe zresztą szczęście, bo praca nie wykona się sama, a artykuły na blogach – nie napiszą. Dzisiejszy wpis ma trochę wspólnego ze szkołą, bo tam, po każdym rozpoczęciu roku, temat pierwszej lekcji brzmiał zawsze „JAK SPĘDZIŁEM WAKACJE?”. Przynajmniej w niższych klasach. Jednak jako że Automobilownia rozpoczyna dopiero czwarty rok swego istnienia, to wpada jeszcze w tę kategorię.

A więc (nauczyciele ganili: „nie rozpoczyna się zdania od A WIĘC !!” – bzdura, nie ma takiej reguły, można nawet rozpocząć od „I”. I wcale nie jest to niepoprawne) – a więc w tym roku, już po raz drugi, wakacje zorganizował nam mój kuzyn Michał, który uwielbia wyszukiwać tanie loty. Dzięki jego hobby dwa lata temu bardzo okazyjnie zwiedziliśmy we czwórkę Islandię, tym razem zaś udało się zobaczyć najprawdziwszy Dziki Zachód. A dokładniej – południowy zachód. Stanów Zjednoczonych, oczywiście.

Ameryka to kraj, którym polityczna poprawność nakazuje pogardzać. I nie chodzi mi o samą politykę: tę lepiej zostawmy na boku, bo ona prawie wszędzie na świecie jest podobnym bagnem – jedyną różnica polega na wielkości środków, jakimi rozporządza. Psioczenie na Jankesów dawno już stało się formą intelektualnego snobizmu (dość zresztą taniego), rzadko jednak występuje u ludzi, którzy w Ameryce naprawdę byli.

Do całkiem niedawna, kiedy mówiłem, że znam wielu mądrych Amerykanów – a pracując w dwóch kolejnych korporacjach spotkałem ich trochę – słyszałem nieodmiennie odpowiedź, że moja próbka musi być niereprezentatywna i składać się z osobników „zeuropeizowanych”. Jasne – wszelka mądrość niechybnie pochodzi od nas, tylko głupota jest rdzennie ichniejsza. Amerykanie nieodmiennie ważą po ćwierć tony, jedzą śmieci z fast foodów (zresztą nic innego nie da się tam kupić), na mapie nie potrafią wskazać własnego domu, nie odróżniają „Poland” od „Holland”, a ich ujmująca życzliwość jest sztucznie wymuszona komercją – tak winien jest myśleć każdy światły i postępowy Europejczyk.

To wszystko jest dokładnie tak samo mądre, jak cała reszta politycznej poprawności. Podejrzewałem tak zresztą już wcześniej, ale siedziałem cicho, dopóki nie przekonałem się naocznie. Oczywiście rozumiem, że zaledwie dwutygodniowy urlop można w dalszym ciągu nazwać niereprezentatywną próbką, ale jak na razie z pełnym przekonaniem podtrzymuję: mieszkańcy Stanów Zjednoczonych nie dają podstaw do powtarzania wiadomych stereotypów. Nie egzaminowaliśmy ich z geografii, ale nie sądzę, żeby odsetek ludzi nierozpoznających na mapie Węgier albo Danii był wśród nich mniejszy niż u nas procent nie rozróżniających Paragwaju od Urugwaju, albo Gruzji od Armenii (swoją drogą chciałbym zbadać, jaka część naszego społeczeństwa potrafi poprawnie wymienić wszystkich sąsiadów Polski). Amerykanie, z którymi rozmawialiśmy, znali nasz kraj – wcale nie myśleli, że żyją tu białe niedźwiedzie, a niektórzy rzucali nawet całkiem dorzecznymi uwagami. Czasem nawet rozpoznawali nasze pochodzenie po akcencie. Każda zdawkowa wymiana zdań kończyła się udzielaniem rad, co warto zobaczyć w miejscu naszego kolejnego postoju. I nie chodziło tu o tylko o „interesownych” sprzedawców (ależ bym życzył sobie tak „interesownego” podejścia do klienta w polskich sklepach i lokalach!!), ale i przypadkowych przechodniów, którzy żadnego interesu do nas nie mieli. Owszem – na ulicach widać gdzieniegdzie ludzi o masie zbliżonej do całej naszej czwórki razem wziętej, lecz oprócz nich – równie dużo aktywnych joggerów. Nikt, kto uważa, że Amerykanie są tacy czy owacy, nie różni się dla mnie od mówiących, że każdy Polak to pijak, leń i złodziej – podstawy obu uogólnień są dokładnie tak samo solidne.

Tyle wstępu tytułem walki z mitami i polityczną poprawnością. W dalszej części artykułu skupię się już na rozpowszechnionych opiniach o amerykańskiej motoryzacji, z których, jak to w życiu, niektóre udało mi się potwierdzić, a inne – obalić.

Zanim przejdę do konkretów, chciałem bardzo podziękować Michałowi: jako bywały już wcześniej w Stanach wszystko nam zorganizował i objaśnił. On i jego żona Katarzyna zrobili też większość z pokazanych tutaj zdjęć – tak naprawdę, robiliśmy je wszyscy we czwórkę i nawet nie wiem, które jest czyje, tym razem więc, wyjątkowo, nie będę oznaczał autorstwa, za zgodą całej trójki fotografów – Michała, Kasi i mojej żony Ani. Za to im wszystkim należą się osobne podziękowania.

***

Ponieważ piszę bloga samochodowego, nie będę opisywał szczegółów wakacji, ale w skrócie podam trasę. Do San Francisco polecieliśmy z Barcelony (tak właśnie sprzedawali te tanie bilety), następnie w ciągu dwóch tygodni objechaliśmy około czterech tysięcy mil po czterech stanach: Kalifornii, Nevadzie, Utah i Arizonie. Okolice ściśle westernowe. Z lotniska udaliśmy się od razu na wschód w kierunku Reno, gdzie znajduje się jedno z fajniejszych w świecie muzeów samochodowych (ze 175 autami z kolekcji niejakiego Williama Harraha, o którym pisał kiedyś Złomnik). Zdjęcia stamtąd przydadzą mi się do wielu przyszłych wpisów. Potem było jezioro Tahoe, Dolina Śmierci, Las Vegas, Zapora Hoovera, wiele kolejnych parków narodowych i pomników przyrody (w tym Grand Canyon, Zion National Park, Bryce Canyon, Monument Valley, Antelope Canyon i Joshua Trees), fragmenty historycznej Route 66, a na końcu – Los Angeles z Hollywood, Pacific Coast Highway i samo San Francisco, z którego polecieliśmy z powrotem do Barcelony (trzy dni przed zamachem – w odróżnieniu od ubiegłorocznych wakacji w Nicei, gdzie przybyliśmy trzy dni po).

A teraz już będzie o samej Ameryce, a dokładnie – o jej motoryzacyjnych uwarunkowaniach.

ODLEGŁOŚCI

4.000 mil w 12 dni oznacza średnio 333 mile, a więc ponad 530 km dziennie (raz wyszło nawet prawie 900, plus oglądanie świata po drodze). Takie dystanse trzeba pokonywać na kontynencie amerykańskim, a przecież zwiedziliśmy zaledwie cztery z 50 stanów. Przykładowo, w miasteczku St George w stanie Utah spędziliśmy trzy noce, bo sporo atrakcji znajduje się w niedużej odległości. Niedużej – to znaczy do 200 mil w jedną stronę. To tak jakby w Warszawie zrobić sobie bazę wypadową na trzy jednodniowe wycieczki pod rząd – do Krakowa, Gdańska i Poznania, bo to przecież rzut beretem.

W Polsce jedna wioska zaczyna się najczęściej tam, gdzie kończy się sąsiednia, w Stanach – pomiędzy nimi można jechać i godzinę. Mała gęstość zaludnienia sprawia, że poza wielkimi miastami i głównymi autostradami ruch jest znikomy, w najbardziej zmotoryzowanym kraju świata. Znacznie rozważniej trzeba więc planować tankowania: w czasie wyjazdu wypalaliśmy pełny bak prawie codziennie, a na pustkowiu stacji nie spotyka się co parę minut. Lampkę rezerwy należy traktować jako poważny alarm, a nie pierwszy sygnał. Poza miastami najczęściej nie mamy też co liczyć na zasięg telefonu komórkowego, którego może nie być nawet wzdłuż autostrad międzystanowych (Amerykanie robią wielkie oczy słysząc, że w Polsce telefon i Internet LTE działa praktycznie wszędzie, gdzie da się dojechać autem – to już jest tak zwana przewaga spóźnionego, czyliu przeskakiwanie pewnych etapów rozwoju). Brak zasięgu może być problemem w razie awarii, ale też np. dla ludzi polegających w 100% na nawigacji online, która działa w Stanach fenomenalnie, ale tylko pod warunkiem połączenia z siecią.

W ten sposób można jeździć codziennie po 500 km

 

PROSTE, PŁASKIE I STRASZLIWIE NUDNE HIGHWAYE

Nie na południowym zachodzie – tutaj jest mocno górzyście, a więc i drogi bywają bardzo ciekawe (płaskie odcinki też się zdarzają, ale dość rzadko). Pojęcie highway nie jest tożsame z naszą autostradą – to tylko coś w stylu statusu drogi głównej, która może być nawet jednojezdniowa (wbrew kolejnemu mitowi, takich jest w Stanach niemało). Nawet na wielu drogach dwujezdniowych istnieją normalne skrzyżowania, i to bez dodatkowych ograniczeń prędkości – trzeba po prostu patrzeć i ewentualnie zwalniać samemu, bez urzędniczego bata. Autostrada bezkolizyjna to freeway: z dala od miast ma ona zazwyczaj po dwa pasy w jednym kierunku, wokół metropolii – nawet po sześć.

Rzeźba terenu wcale nie musi być nudna

 

Dróg jednojezdniowych nie brakuje i w USA

 

Na drogach wielopasmowych nie ma obowiązku jazdy prawym pasem, można wyprzedzać z każdej strony, chociaż na wzniesieniach spotyka się tablice nakazujące wolniejszym pojazdom zjechanie na prawo. Na większych stromiznach buduje się też osobne passing lanes – pasy ruchu powolnego, zapowiadane przez znaki nawet na kilka mil naprzód (bardzo to mądre – bo zniechęca ludzi do ryzykownego wyprzedzania). W pobliżu miast nie warto jednak zjeżdżać na bok, bo skrajne pasy – zarówno prawe, jak i lewe – lubią prowadzić bezpośrednio na zjazdy, chcąc więc jechać prosto najlepiej trzymać się środka. Nikt nie będzie trąbił, o ile nie jesteśmy zawalidrogą (kwestię szybkości jazdy omówię poniżej). Skrajny pas lewy, zwłaszcza w metropoliach, lubi też być zastrzeżony dla carpoolingu, czyli samochodów wiozących więcej osób (liczbę pasażerów monitorują kamery). „Więcej”, w zależności od miejsca, oznacza przynajmniej dwie lub trzy – jest to opisane na znakach. My byliśmy we czwórkę, więc hulaj dusza – z tym że carpooling lane nie zawsze jest luźniejszy od reszty.

(swoją drogą założę się, że w takim systemie Polacy woziliby w samochodach gumowe lalki – ciekawe, czy kamery potrafią je odróżniać 😉 ).

W pobliżu miast ruch jest ogromny (poranny wyjazd z Los Angeles)…

 

…ale z dala od nich drogi potrafią być zupełnie puste (góry Sierra Nevada)

 

Wieczorny szczyt w Los Angeles (zdjęcie zrobione z Mulholland Drive – ulicy wspomnianej w niedawnym artykule o grze „Street Rod”)

 

Carpooling lanes oznacza się rombem. Gdzieniegdzie wolno nimi jechać nawet w dwie osoby.

 

Jazda takimi drogami jest bardzo wygodna i bezstresowa, mimo olbrzymich odległości. Jest też w pełni przewidywalna czasowo: prognozy z nawigacji sprawdzają się niemal co do minuty na dystansach setek mil, jeśli odliczymy postoje – bo praktycznie nie występują komplikacje mogące nas opóźnić. Wielkie jest też poczucie bezpieczeństwa: szerokie drogi, szerokie pobocza, pasy zieleni, które mogłyby z powodzeniem pomieścić trzecią jezdnię – przestrzeni w Ameryce nie brakuje. Znaki poziome są silnie odblaskowe, wywołują też bardzo głośny i mocny efekt wibracji – najechanie na linię niezawodnie budzi wszystkich pasażerów. Á propos odblasku: po ciemku przeszkadzały mi reflektory z przeciwka. W USA są one symetryczne i to naprawdę razi. Na początku myślałem, że inni kierowcy nie wyłączają długich świateł, ale nie – po prostu tak świecą amerykańskie krótkie. Inna sprawa, że w Stanach długie światła naprawdę się przydają – nie trzeba ich gasić po pięciu sekundach, jak u nas, bo w nocy w trasie jesteśmy zwykle sami.

Inny minus to słabe wyprofilowanie zakrętów: Amerykanie raczej ich nie pochylają, co trzeba uwzględnić przy dobieraniu prędkości (nie, to nie wina kanapowych zawieszeń – jechaliśmy wzorcowo prowadzącymi się autami).

ZNAKI DROGOWE

Wszyscy Anglosasi znaki drogowe piszą, a nie rysują (z kilkoma wyjątkami, jak np. sześciokątny STOP, podobny do naszego). Podobno mózg wolniej przetwarza napisy niż symbole graficzne i to jest wada. Jednakże na amerykańskich drogach miejsca jest dużo, więc znaki można zrobić wielkie i widoczne z daleka. W zamian taki system daje pełną elastyczność – można napisać, co się chce. Z tym że jeśli kierowca całkiem nie zna angielskiego, to będzie miał duży problem.

Znaki poziome i pionowe w formie napisów

 

Co można napisać na zankach? Np. NO PASSING ZONE (zakaz wyprzedzania). RIGHT LANE MUST TURN (prawy pas musi skręcić). NO RIGHT TURN ON RED (zakaz skrętu w prawo na czerwonym – domyślnie zawsze można, po uprzednim zatrzymaniu, jak u nas na zielonej strzałce). 20 MPH IF CHILDREN ARE PRESENT (20 mph jeśli na drodze są dzieci – to w pobliżu szkół, i bardzo słusznie, bo jaki jest sens zwalniania do 30 km/h przed szkołą w nocy albo w wakacje…?).

Mówiłem już, że przed skrzyżowaniami nie ma dodatkowych ograniczeń szybkości. Na tych bez sygnalizacji świetlnej po prostu uważa wyjeżdżający z podporządkowanej. Tam, gdzie sygnalizatory są, chwilkę wcześniej stawia się dodatkowe światła żółte ze znakiem: PREPARE TO STOP WHEN FLASHING (przygotuj się do zatrzymania, jeśli miga). Czyż to nie genialne…? Ile to ton paliwa zaoszczędzonych dzięki uniknięciu milionów zbędnych hamowań przed zielonym światłem…?

Najciekawsze znaki, jakie widziałem, to PRISON AREA – DO NOT PICK HITCHHIKERS (rejon więzienia – nie brać autostopowiczów) i BUCKLE UP #YOLO (zapnij pasy #YOLO – treść zwyczajna, ale forma interesująca 🙂 )

No i amerykańska klasyka: STOP ALL WAY. Skrzyżowania w miastach ze znakiem STOP z każdej strony. Kto rusza pierwszy? Ten, kto pierwszy stanął. Ale chaos, nie? A właśnie że wcale: zero stresu, pełne bezpieczeństwo. W praktyce każdy świetnie wie, kiedy ruszyć, nie ma szybkiego przemykania przez środek ani patowych sytuacji z przysłowiowymi „czterema blondynkami na skrzyżowaniu równorzędnym”. Jeśli nawet się pomylimy, to nie spowodujemy tragedii, bo przecież ledwie ruszyliśmy, więc zdążymy stanąć, a w skrajnym przypadku zderzaki i tak ustawowo wytrzymują kolizje do 5 mph bez szkód (na marginesie: w Stanach przeprowadza się prasowe testy polegające na porównaniu kosztów naprawy auta po uderzeniu w sztywną barierę przy niedużej szybkości – i jest to ważny argument dla klientów).

Na bocznych drogach ALL WAY STOP jest tak powszechny, że przed klasycznymi skrzyżowaniami na wyjazdach z podporządkowanej piszą często CROSS-TRAFFIC DOES NOT STOP, żeby była jasność. Na początku ALL WAY STOP trochę mnie denerwował, ale szybko się do niego przyzwyczaiłem i przekonałem – bo to naprawdę redukuje ryzyko na drogach o umiarkowanym ruchu.

Uważać trzeba za to na sygnalizację świetlną: staje się przed skrzyżowaniem, a światła są tylko za. W kraju absurdalnie szerokich dróg bywa to naprawdę daleko i czerwonego sygnału gdzieś tam z przodu można nie zauważyć, albo wziąć go za kolejne, a nie najbliższe skrzyżowanie. To kolejny minus.

W miastach piesi miewają własną fazę zieloną ze wszystkich czterech stron – w ten sposób nikt nie ma szans zrobić im krzywdy, również skręcając. Wolno wtedy przechodzić przez skrzyżowanie nawet po przekątnej (znak mówi wprost – DIAGONAL CROSSING OK).

W USA istnieje całkiem sporo dróg rowerowych, gdzieniegdzie malują nawet „śluzy” umożliwiające rowerzystom ominięcie aut czekających na światłach. Nawet poza miastami wyznaczane są czasem osobne pasy dla rowerów (znak z sylwetką roweru i napisem SHARE THE ROAD). Rowerzystów jeździ jednak niewielu – nic dziwnego w kraju ogromnych odległości, górzystej rzeźby terenu i pustynnego klimatu, z temperaturami regularnie przekraczającymi 40ºC.

Kończąc temat znaków powiem jeszcze, że w porównaniu z Europą jest ich niewiarygodnie mało, również w miastach. Dopiero po powrocie do Polski zauważyłem, że nasze mózgi bombarduje czasem po kilkanaście znaków na kilometr – w Stanach znaki drogowe są zjawiskiem raczej sporadycznym, i już samo to poprawia ich widoczność – po prostu, nie ma szans przeoczyć ich w tłumie.

PRĘDKOŚĆ

Tutaj mój szok był największy.

Rozpowszechniony mit mówi, że w całej Ameryce obowiązuje limit 55 mph, a za najmniejsze jego przekroczenie grożą drakońskie kary. Takowy generalny limit, owszem, obowiązywał, ale tylko w latach 1974-87 (był zresztą powszechnie ignorowany). Później podniesiono go do 65 mph, a w 1995r. – zniesiono całkowicie. Odtąd ograniczenia wynikają wyłącznie ze znaków, z tym że stawianych na wszystkich, bez wyjątku, drogach.

W Stanach nie ma więc limitów ogólnych, nawet w miastach (pojęcie obszaru zabudowanego nie istnieje). Mniejsze ulice mają ograniczenia 30-35 mph, szersze – 35-55 (najczęściej 45). Poza miastami przy jednej jezdni wolno jechać 55-65 mph (czyli w większości przypadków szybciej niż u nas), przy dwóch – 65-85. Ta najwyższa wartość występuje wyłącznie w Teksasie, gdzie nie byliśmy, ale 80 zdarzało się w Utah i Arizonie. To w zasadzie tyle samo, co w większości Europy, z tym że zupełnie powszechna jest jazda około 10 mph powyżej limitu, co może dać tempo wyższe od europejskiego. 130-140 km/h na autostradzie albo 110 na jednojezdniówce to norma. Z drugiej strony w ogóle nie ma wariatów jadących z szaleńczą prędkością, a szerokość dróg i spokojny, płynny charakter ruchu generują znacznie mniej stresu i ryzyka. W takich warunkach, niezależnie od typu drogi, można spokojnie liczyć przeciętną co najmniej 60 mil na godzinę – ryzyko spóźnienia będzie minimalne.

Nie zdziwi chyba nikogo, jeśli powiem, że na większości amerykańskich dróg bardzo przydatnym gadżetem jest tempomat – to również dzięki niemu jeździ się bezpieczniej i ekonomiczniej, bez rwania tempa i mimowolnego przyspieszania.

Gdy dodać zwyczajowe 5-10 mph, jazda nie będzie różniła się od europejskiej

 

Na krętych drogach szybkość rzadko jest obniżana – częściej występują żółte znaki z wartością zalecaną, zwykle dość niską, ale bez mandatów za przekroczenie. Oficjalny limit w górach pozostaje dość wysoki (45-55 mph), można więc jechać całkiem dynamicznie bez ryzyka mandatu.

U nas w takich miejscach bankowo stałoby ograniczenie do 40 km/h, w Stanach jest zwykle 88 (55 mph), plus żółte tabliczki z prędkością zalecaną (takie jak widoczna w głębi na pierwszym zdjęciu)

 

W Kalifornii występują osobne znaki 55 mph dla ciężarówek i pojazdów z przyczepami, w innych stanach – praktycznie nie, poza stromymi zjazdami. Oznacza to, że potężne 18-kołowce pędzą razem z osobówkami po 75 i więcej mil na godzinę (ich kierowcy też stosują zasadę 10+). Raz na jednojezdniówce wyprzedził nas wielki pick-up ciągnący kilkuosiową przyczepę z jachtem: nasz licznik pokazywał dokładnie 70 mph (na tempomacie), kiedy on wychylił się zza nas w lewo i wcisnął kick-down – jak widać, uznał nasze tempo za niedostateczne, a droga wcale nie była całkiem prosta ani szczególnie szeroka. Czy dalej ktoś uważa, że w USA jeździ się ślamazarnie…?

Wyprzedzające się ciężarówki nie są takim problemem jak u nas, bo nie jadą wcale wolniej od aut osobowych

 

Fotoradarów nie ma w Ameryce w ogóle. Za szybkość łapie umundurowany policjant w oznakowanym radiowozie, zazwyczaj uczestniczącym w ruchu, choć czasem zaparkowanym na poboczu lub pasie zieleni. Zdarzają się patrole lotnicze – przez dwa tygodnie nie widzieliśmy takiego, ale znaki SPEED LIMIT ENFORCED BY AIRCRAFT – i owszem. W strefach robót drogowych mandaty ulegają podwojeniu, o czym lojalnie ostrzegają znaki (z tym że ograniczenia są tam albo wcale niezmienione, albo niższe o 5-10 mph).

Interesujące, że w gęstym ruchu policjant nie karze za jazdę „z tłumem”, choćby nie wiem jak szybko się on poruszał. Michał mówił mi, że kiedyś na Florydzie zdarzyło mu się jechać 100 mph, ale właśnie „w peletonie”, ja sam pod Los Angeles w godzinach szczytu jechałem w ten sposób 80/55, praktycznie zderzak w zderzak. W takich okolicznościach mandat prędzej dostanie ktoś, kto kurczowo trzyma się limitu generując zamieszanie i dziesiątki manewrów wyprzedzania/hamowania. Policja zwalcza też wariackie skakanie z pasa na pas pomiędzy autami – priorytetem, jak widać, jest płynność ruchu, nawet jeśli wiąże się z wyraźnym przekraczaniem dozwolonej szybkości.

Kończąc temat policji: w Stanach nie używa się alkomatów. Trzeźwość funkcjonariusz ocenia subiektywnie – patrzy w oczy, każe chodzić wzdłuż sznurka, albo przeliterować „Mississippi” wspak (tego chyba na trzeźwo bym nie umiał). Wzdłuż dróg często widać znaki zachęcające do denuncjowania pijanych kierowców.

PARKOWANIE

Mandatu za szybkość nie dostaliśmy, kuzyn zarobił za to 25-dolarową karę za parkowanie. Zupełnie nieświadomie – tam nie było zakazu, tyle tylko, że nie mieliśmy pojęcia, że w całej Kalifornii nie wolno stawać przy lewym krawężniku. Wystarczyło przed zaparkowaniem obrócić się o 180 stopni – tylko kto by to wiedział…?

Z parkowaniem w Stanach nie ma problemu nigdzie poza centrami dużych miast, a i w nich stawać można stosunkowo łatwo, tyle że drogo. Parkingi poza centrami są ogromne i często bezpłatne, wiele rzeczy można też załatwić bez wysiadania z auta: w wersji drive-through występują nie tylko fast-foody, ale też normalne sklepy spożywcze, apteki, itp., a także usługi (pralnie, bankomaty, okienka bankowe). To bardziej nawyk niż konieczność: częstą sytuacją jest sznurek samochodów przed okienkiem McDrive’a i zupełnie pusty parking oraz wnętrze lokalu – wystarczy stanąć i podejść do lady, ale ludzie wolą czekać kwadrans w aucie. W metropoliach mamy parkomaty przy ulicach i wielkie, wielopoziomowe parkingi o bardzo zróżnicowanych cenach.

W najpopularniejszych miejscach – np. przy molo w Santa Monica – wjazd na parking potrafi kosztować 30$, ale dosłownie kilkaset metrów dalej cena spada do 2$ za godzinę przy pierwszej godzinie gratis, warto więc przejść piechotą kilka minut

 

W eksponowanych, „prestiżowych” lokacjach popularną usługą jest valet parking: podjeżdżamy, wysiadamy bez gaszenia silnika, a samochód odprowadza na miejsce pracownik, który przy odbiorze podstawia nam go z powrotem pod sam wyjazd. Koszt takiej przyjemności zaczyna się od kilkunastu dolarów.

W wielu uczęszczanych miejscach organizowane są specjalne zatoki dla car-sharingu (Uber, itp.), żeby można było wygodnie zaczekać i wsiąść. Po miastach jeżdżą koło siebie Ubery, klasyczne taksówki, limuzyny hotelowe, ludzie odwożący do pracy sąsiadów (carpooling), autobusy, czasami też kolejki nadziemne (Las Vegas) albo tramwaje (San Francisco) – wszyscy żyją i koegzystują, wszyscy się jakoś utrzymują, nikt nikomu nie przebija opon ani nie strajkuje, a klienci mają ogromny wybór.

PARKI NARODOWE

Jak wiadomo, w Stanach wszędzie jeździ się samochodem – nawet po parkach narodowych. Tym razem chodzi jednak o coś innego niż rozleniwienie, a mianowicie o wspomniane odległości. Polskie parki narodowe zajmują zwykle powierzchnię kilkudziesięciu km², tylko kilka największych ma po kilkaset. Natomiast te, które odwiedziliśmy w USA, mają odpowiednio: Joshua Tree – 3.200 km², Grand Canyon – 4.800, Dolina Śmierci – 13.650. Ktoś chce spróbować piechotą…? Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku raczej bym nie radził – temperatury często przekraczają 50ºC (my mieliśmy na szczęście zaledwie 48), a znaki ostrzegawcze co chwila przypominają, że spacerowanie po 10.00h jest niebezpieczne dla życia. W czasie kalifornijskiej gorączki złota sporo ludzi próbowało tamtędy przechodzić – ich kości znajduje się tu i ówdzie do dzisiaj.

W takich miejscach turystyka piesza bywa fizycznie niemożliwa (Monument Valley)

 

Oczywiście, w wielu parkach są też szlaki piesze i większość turystów z nich korzysta (my również). Tyle tylko, że trasy dwugodzinnych spacerów wyglądają na mapie parku jak maleńkie kreseczki, więc dystanse pomiędzy nimi trzeba przejechać samochodem, podziwiając po drodze pejzaże z wielu specjalnych punktów widokowych. Tylko w szczególnie newralgicznych miejscach – np. w Zion National Park – ruch prywatnych aut jest zabroniony, a ludzi wożą autobusy napędzane propanem.

Strażnicy parków, po amerykańsku park rangers (pamiętacie Misia Yogi…?), są wyposażeni w radary i podobno używają ich bardziej gorliwie niż policja. To ważne, bo w parkach dozwolona szybkość jest zwykle niższa niż poza nimi.

Za wjazd do parków narodowych płaci się od samochodu, bez względu na ilość pasażerów. Zwykle dość drogo – kilkadziesiąt dolarów, ale za 80 można kupić abonament roczny na całe USA. My mieliśmy taki za pół ceny, bo kolega Michała był w Ameryce na wiosnę i odsprzedał mu karnet, korzystając z możliwości wpisania na nim nie jednego, lecz dwóch nazwisk (karnet jest ważny z dokumentem tożsamości jednej z wpisanych osób). W ten sposób zwiedziliśmy wiele parków za łącznie 10$ za osobę.

Ogromnie popularne są w Ameryce pojazdy campingowe, zwane tam mobile homes. To nazwa adekwatna do ich rozmiarów: niektóre zabudowy mieszkalne jeżdżą na podwoziach pick-upów (znacznie większych od naszych), ale nierzadko wykorzystuje się ramy wielkich ciężarówek lub pełnowymiarowych autobusów. Dla wielu Amerykanów jest to sposób spędzania nie tyle urlopów, co emerytury. Postaram się kiedyś pogrzebać w materiałach i przygotować wpis o amerykańskich domach na kołach. Co ciekawe, supermarkety zupełnie oficjalnie pozwalają na nocny postój mobile homes na swoich parkingach – bo przy tej okazji turyści kupują tam całe zaopatrzenie, jedzą śniadania i kolacje, a sami oszczędzają na campingach. Campingi jednak wcale od tego nie bankrutują – wszędzie ich pełno, i to zastawionych po brzegi camperami i przyczepami. Miejsca na rynku starcza dla wszystkich. Dla hoteli oczywiście też.

Michał z Kasią w roli skali porównawczej dla co okazalszych mobile homes. Nie mam pojęcia, ile osób może mieszkać w czymś takim.

 

Niektóre campingowozy holują samochody – wszak na miejscu trudno byłoby poruszać się autobusem. Hol stosuje się wyłącznie sztywny, bo giętki jest w USA zakazany.

 

Przyczepy też bywają niczego sobie

 

PALIWO

Ostatnia sprawa na dziś – słynne amerykańskie ceny paliw. Za najtańszą benzynę regular płaciliśmy zwykle 2,5-2,8$ za galon, czyli mniej więcej tyle samo złotych za litr (relacja PLN/USD jest podobna do litr/galon). W Kalifornii jest drożej – do 3,5$, ale da się znaleźć poniżej 3. Chyba, że na środku pustyni: tam tankowaliśmy po aż 4,99$, ale to nasza wina, że nie pomyśleliśmy wcześniej – w miasteczkach kilkadziesiąt mil dalej ceny były już normalne. W ogóle zróżnicowanie cen bywa spore, nawet wzdłuż tej samej ulicy – prawie jak z parkowaniem w Santa Monica. Warto się więc rozglądać.

Na stacjach dostępne są trzy rodzaje benzyny (liczba oktanowa AKI 87, 89 i 91, co odpowiada naszym 92, 95 i 98), olej napędowy kosztuje około 20 centów więcej od tej najtańszej. Opłatę wnosi się z góry – kasjer blokuje na karcie wybraną przez nas, maksymalną kwotę i odblokowuje dystrybutor. Ostateczna kwota obciążenia odpowiada oczywiście faktycznie zatankowanej ilości paliwa.

Lotto, broń, amunicja, piwo – typowy asortyment prowincjonalnych stacji benzynowych 🙂

 

W cenie benzyny zawarty jest podatek federalny – 18 centów za galon, czyli około 18 groszy za litr. Z takiej kwoty zostały wybudowane oraz są utrzymywane autostrady międzystanowe, czyli najdłuższa i najbardziej rozbudowana w świecie sieć dróg, długości ponad 75 tys. km, w ponad 95% bezpłatnych (płaci się tylko za niektóre mosty i sporadycznie za pewne pojedyncze odcinki). Porównajcie to sobie teraz do sytuacji w Polsce, gdzie podatki od paliwa są PIĘTNASTOKROTNIE wyższe, a autostrad mamy ledwie kilka, w dodatku z mytem za przejazd przekraczającym wartość całej benzyny potrzebnej do ich przejechania (łącznie z podatkami). Niedawno pojawił się nawet, na szczęście zarzucony, pomysł wprowadzenia kolejnego podatku paliwowego – najwidoczniej 15x tyle co w Stanach plus rekordowe opłaty za autostrady to za mało, żeby utrzymać nasz wspaniały standard dróg.

Aha – benzyna jest w Ameryce o tyle wyjątkowa, że jej cenę podaje się brutto. Za wszystkie inne towary i usługi podatek naliczany jest osobno. Przychodzimy do Subwaya po kanapkę, w cenniku widzimy 8$. Poproszę. Dziękuję. Należy się 8,70 – bo 70 centów wynosi stanowy podatek. Owi rzekomi analfabeci nie znający tabliczki mnożenia jakoś radzą sobie z tego typu rachunkami i odróżniają jedno od drugiego. U nas natomiast – już widzę, słyszę i czuję bluzgi, które usłyszałby polski sprzedawca, gdyby zastosował taki system. A przecież on tutaj nic nie winien, bo podatek nie trafia do jego kieszeni, tylko do tzw. fiskusa. W Ameryce te dwie rzeczy ściśle się rozgranicza: przy każdym wyciągnięciu portfela z kieszeni ludzie w namacalny sposób dowiadują się, ile ściąga z nich skarbówka, pojęcie „pieniędzy podatników” nabiera więc zupełnie innego, bardzo konkretnego wymiaru. Zazwyczaj chodzi o 7-10% – czyli w większości przypadków grubo mniej od naszego VATu – a mimo tego ludzie psioczą, bo codziennie widzą, ile kosztuje ich utrzymanie urzędników. Dzięki temu są niesamowicie wyczuleni na marnowanie tych środków, no i na wszelkie próby podnoszenia podatków. U nas natomiast – przy nieporównanie wyższych haraczach – czytałem ostatnio, że aż 21% ankietowanych uważa, że nie płaci żadnych podatków (czyli np. PITu, ale też VATu, akcyzy, itp.). Jeżeli nagle zostałyby one podniesione, wszyscy ci ludzie winą za wzrost cen obarczyliby zapewne sprzedawców, a za spadek pensji netto – pracodawców.

Pełne tankowanie wychodziło nam nieco ponad 30$. Paliwo na cały wyjazd kosztowało w sumie poniżej 1200 zł, na parę wyszło więc po niecałe 600. To równowartość dwóch tankowań w Polsce – na 6.500 km.

***

Oczywiście, jak każde miejsce na świecie, Ameryka też ma swoje wady, o których po części już wspomniałem, jednakże, parafrazując klasyka, minusy w żadnym razie nie są w stanie przysłonić plusów. W następnym wpisie spróbuję uzupełnić obraz drogowo-ulicznego pejzażu USA oraz przedstawić bliżej samochody, którymi poruszaliśmy się (dwa różne, od razu mówię, że oba nowe). Dziś natomiast zakończę mini-pokazem multimedialnym złożonym z naszych własnych zdjęć oraz piosenki (Kathy Mettea, „Eighteen wheels and a dozen roses„).

Share Button
Napisano w VENI, VIDI Tagi: , ,
70 comments on “VENI, VIDI: AMERICA THE BEAUTIFUL, cz. I
  1. Komin napisał(a):

    Lubię Twoje umiarkowanie. Pozdro

  2. Kris napisał(a):

    Szymonie, jak zwykle mega interesujący artykuł. Tym bardziej, że sam się wybieram do Kalifornii w przyszłym roku.

  3. Cham w Audi napisał(a):

    Zazdroszczę wakacji 🙂

  4. Marek Jarosz napisał(a):

    Zaraz wpadnie Benny i napisze, że on też ma namiastkę USA bo jeździ Villagerem ;P

  5. Erbest napisał(a):

    Szczepanie, powinieneś pomyśleć nad karierą polityka. I piszę to bez absolutnie żadnych negatywnych podtekstów. Po prostu przydałby się tam na górze ktoś z tak zdroworozsądkowym i rozumnym podejściem do rzeczywistości.
    Tylko nie wiem, czy można założyć partię jednoosobową? 🙂

    • benny_pl napisał(a):

      ja bede glosowac za!
      moze ze Zlomnikiem wspolna partia? on zazwyczaj tez dobrze gada 🙂
      razem byscie mieli spore poparcie 🙂

  6. Jakub7 napisał(a):

    Z ograniczeniami prędkości niestety tak dobrze jest tylko w tej części USA, w której byliście – w Illinois czy Michigan ograniczenia prędkości to 60-65 mil, więc znacznie wolniej, niż można jechać w Europie. A potem przekraczamy granicę kanadyjską, i spotykamy się z ograniczeniem prędkości do.. 100 km/godz. Na autostradzie. I nikt nie jedzie specjalnie szybciej…

    • SzK napisał(a):

      Michał mówił mi, że na Florydzie i w Luizjanie jest podobnie jak na pd-zach, ale w Teksasie już nie – z tym że w Teksasie można jechać do 85. W innych częściach USA na razie nie byłem.

      Zreszta w ogóle południowy zachód pod wieloma względami jest najfajniejszy – krajobrazowo, kulturowo, klimat też fajny (oczywiście nie w Dolinie Śmierci, ale w Vegas albo L.A już jest idealny).

  7. Corso napisał(a):

    Wielkie dzięki za relację, ja raczej do USA się nie wybiorę, ale ciekawi mnie jak tam jest.

  8. radekrp90 napisał(a):

    Jeśli to nie tajemnica, co oznacza „tani” lot? 🙂 Sam planuję (może nie w przyszłym ale za 2-3 lata) wyjazd turystyczny do USA.

    Co do tekstu – jak zawsze lekko i przyjemnie się czytało, i szkoda, że tak „krótko” 😉

    • SzK napisał(a):

      Barcelona-SF – niecałe 800 zł. Jest jednak taka tania linia, ale ta oferta nawet tam była wyjatkowa.

    • Ja napisał(a):

      Z norwegianem do nowego yorku bilety sa za 530 pln, los angeles 580, plus inne lotniska w usa, tak do 7 stowek max, przy 2 miesiecznym wyprzedzeniu. Oczywiscie wyloty z oslo. Ale do Oslo sie dostac to grosze jakies. Sam sie moze niedlugo wybiore

      • Michał napisał(a):

        @Ja – podaj chociaż jeden przykład takiego lotu. Norwegian ma, owszem, takie ceny, ale one way.

        Oczywiście rozmawiamy- jak to „w branży” poszukiwaczy tanich lotów- o lotach RT. Szczepan mówił o koszcie tam i z powrotem. Lecieliśmy do San Francisco z Barcelony za 780zł tam i z powrotem. Sorry, ale Norwegian tego długo nie przebije.

  9. KL napisał(a):

    I to jest to za co strasznie cenię Automobilownię. Niemal każdy wpis zawiera jakiś rys społeczno-kulturowo-historyczny (niepotrzebne skreślić) który poszerza horyzonty (wyświechtane określenie, ale w tym wypadku bardzo na miejscu).
    Super wpis!

  10. hooligan. napisał(a):

    Choróbcia, Narobiłeś mi „smaka”. Tak się składa że na Islandii pracuję w tzw. lotnictwie i od firy raz do roku przysługują mo vouchery na bilety. Linia ma kilkanaście destynacji do USA i Kanady. W tym do LA, San Francisco i Miami. Tylko nigdy nie ma czasu by lecieć. Ale w przyszłym roku obowiązkowo. Potwierdzam Twoje obserwacje co do Amerykanów i stereotypów na ich temat wyznawanych przez Europejczyków. To przecież oczywiste, że naród który wysłał ludzi w kosmos, produkuje Jumbo-Jety i Chevroleta Corvette, tworzy Sears Tower, fortepiany Steinway i Coca-Colę musi stać minimum o trzy rzędy rozwoju niżej od narodu, gdzie Maryja hetmanką. Zresztą można by długo… A z tego co ma miałem okazję poznać Amerykanów i ich filozofię bycia, uwielbiam ich właśnie za to, że starają się by wszystko było proste, przydatne, możliwie najmniej uciążliwe. Widzę to choćby na co dzień, mieszkająć w osiedlu wybudowanym niegdyś przez Jankesów, z jankeskich materiałów, na ich modłę. Jeśli ten kraj jest zbudowany podobnie, to kiedyś tam się przeprowadzę 🙂

  11. RoccoXXX napisał(a):

    Szczepanie, kwestia podania ceny na półce to szerszy problem świadomości obiegu pieniądza. To fajnie, ze ludzie wiedza jak państwo ich łupi ale jest tez druga strona medalu. Państwo to tez szpitale, szkoły, przedszkola etc świadczące „bezpłatnie” usługi warte tysiące złotych. Ludzie myślą ze to za darmo. Proponuje zatem: wysylasz dziecko do przedszkola dostajesz informacje ze wlasnie gmina dała ci 10 tys zł (żłobki 20 tys zł), szkola dostałeś 7 tys zł, opracja wyrostka robaczkowego dostałeś z NFZ 20 tys zł, a jak miales pecha i masz raka kuracja gratis 500 tys zl. I tak dalej. Niestety ludzie myślą ze wszystko jest za darmo nie majac zupełnie świadomości ile to wszystko kosztuje i ile dostają kasy od państwa/gminy a potem narzekają ze ciagle im źle i w jakim to do dupy państwie żyjemy).

    • SzK napisał(a):

      PRzeciętny obywatel (żyjacy przeciętna liczbę lat, przeciętnie zarabiajacy i chorujacy, itp.) odbiera z ZUSU przez całe życie 7-15% wpłaconych środków – reszta, tzn. 85-93% – przepada.

      Kiedyś słyszałem fajna analogię: gdyby za całe te pieniadze kupować piwo, to ze sprzedaży butelek po nim mielibyśmy lepsza stopę zwrotu niż dostajemy z ZUSu. Zawartość byłaby dla nas, podczas gdy w ZUSie wypija ja państwo,

      • RoccoXXX napisał(a):

        ZUS to nie jest dobry przykład. Problemy tej instytucji biorą sie głownie z tego ze ty i ja i miliony takich jak my finansujemy emerytury naszych ojców i dziadków bo to co oni odłożyli w ZUS przejadla komuna.

      • SzK napisał(a):

        Oczywiście – gdyby ktokolwiek z nas założył taka instytucję (nazywana w prawie karnym piramida finansowa), to natychmiast poszedłby do więzienia. W wykonaniu państwa nazywa się to „sprawiedliwość” i „zdobycz cywilizacji”.

        Ale efektywnosć kosztowa większości państwowych przedsięwzięć jest podobna, bo po pierwsze, nie maja one konkurencji, a po drugie, nikt z decydentów nie ma interesu w dbaniu o efektywność – a wręcz przeciwnie, może mieć wielki interes w sytuacji odwrotnej.

      • Daozi napisał(a):

        7 – 15% – może. Ale co z kobietami, które zachodzą w ciążę jakieś dwa – trzy razy? Przecież pensje wypłaca im wtedy ZUS, a na zwolnieniu można być dobrych siedem – osiem miesięcy?
        Żeby nie było – ZUS to porażka. Ale z kolei w USA mają kompletnie idiotyczny system opieki zdrowotnej. Jak nie zapłacisz za ubezpieczenie, albo masz niewystarczające, to dostajesz rachunek na 100 – 200 tys. dolarów za ugryzienie przez węża, albo operację usunięcia wyrostka. A czasami nawet sporo więcej.

    • hooligan. napisał(a):

      Jest jeszcze trzecia strona medalu. Wszelkie usługi dostarczane przez państwo bądź przez podmioty będące jego własnością są z reguły przepłacone i goovnianej jakości. Wczoraj kupiłem bilet lotniczy z Wrocławia do Warszawy za 20 PLN (z góry odpowiadam – nie jest to LOT 🙂 Jakoś prywatnego przewoźnika stać zaprponować taką cenę, wyjśc na swoje i mieć zysk, Gdybyv to było państwowe, a niedaj Boże zminopolizowane przez państwo płóciłbym minimum 20 razy tyle. coś jak przedwojenne czasy „wspaniałej” polskiej kolei. Non stop dofinansowywanej z budżetu mimo paskarskich cen za bilety i fracht. Mimo bandyckich przepisów wycinających w pień samochodową konkurencję w dziedzinie przewozów (tragiczny stan infrastruktury drogowej to inna sprawa). No ale najważniejsze jest do dzisiajm że „łolaboga jaka ta kolej była wspaniała, według pociągów regulowało się zegarki (kto miał wtedy na wsi zegarek) a maszynista żył jak pan”. Tak, ale za jaką cenę? Mentalność tych ludzi i środowiska dobrze pokazuje „Człowiek na torze” Munka. Ot, podejscie przedwojennego pana maszynisty – nieważne ile spalę węgla, nieważne że z powodu byle pierdoły odstawiam parowóz na warsztat (przecież kilka zawsze jest w rezerwie stojąc sobie ot tak). Ważne że o czasie podstawiam parowóz pod skład i o czasie wyjeżdżam. Niby racja, ale chyba nie do końca

    • Michał napisał(a):

      @RoccoXXX

      Po krótce- popełniasz jeden prosty błąd.
      Dopóki ww. usługi o których mówisz (zwłaszcza medyczne!) nie są poddane ocenie pełnego wolnego rynku, nie można realnie i wiarygodnie podać ich cen.

      Prezydent Warszawy ostatnio zapłaciła za konsultacje PR jakiejś podrzędnej blogerce 7500zł. Rozumiem, że to jest „tyle warte” i mamy się cieszyć, jeśli Szczepan pisze nam bloga za darmo i widzieć 7500zł w kieszeni po każdym przeczytanym poście na Automobilowni?

      • Grzesiek napisał(a):

        „Podrzędna blogerka” przypadkiem jest również uznaną specjalistką w dziedzinie, w której udzielała konsultacji. Nie mam z nią nic wspólnego, po prostu to dziedzina, którą się interesuję. I abstrahując od dywagacji na temat tego, czy takie konsultacje są cokolwiek warte, czy nie, uwierz proszę, że te 7,5 (inne źródła mówią o 7k) tysiąca nie było najbardziej wygórowaną kwotą, jaką zapłacili urzędnicy za konsultacje.

      • Mav napisał(a):

        @Grzesiek

        Fakt, że tym razem jestem tylko przeziębiony, a nie że mam chorą nerkę ma stanowić powód do radości?

        Jak następnym razem wydadzą 5 tysięcy na Cyber Mariana to powiesz, że to nic nie szkodzi, bo mogli wydać 7 na Monikę?

  12. Jerzy napisał(a):

    Z tymi podatkami pośrednimi to nie wiadomo jak patrzeć – niby obciążają konsumenta, ale w mojej ocenie przede wszystkim uderzają w przedsiębiorcę – jest to szczególnie widoczne w usługach opartych na pracy umysłowej, gdzie nie bardzo jest co odliczać. W widocznym rozbiciu ceny na netto i brutto widzę bardziej rodzaj zabiegu marketingowego, na zasadzie „to nie moja wina”, że tyle to kosztuje.

    • ndv napisał(a):

      A potem tworzą sie legendy, jakie to samochody w USA sa tanie;)
      W Polsce (i chyba w całej Europie) na każdym paragonie tez mamy informacje jaka suma wspomogliśmy budżet państwa i nie ma niespodzianki ze przy kasie musimy dopłacić 1/4 ceny. Inna sprawa, ze co kraj to obyczaj, we Francji ponoc w knajpach cena nie obejmuje obsługi 😉

      • Daozi napisał(a):

        Miałem z tym do czynienia we Włoszech, ale wydaje mi się, że nie jest to normą.

      • SzK napisał(a):

        Samochody w USA są ogromnie tanie – warto przeglądnąć sobie tamtejsze strony producentów, również europejskich. To fakt, że te ceny są netto, ale podatek to jest kilka procent, a nie 40, tak jak u nas.

        Na paragonie mamy oczywiście napisany VAT, ale i tak co piąty człowiek tego nie kuma, a podatku dochodowego to w ogóle co drugi – „nie mów mi, ile brutto, bo to mnie nie obchodzi – ważne ile jest mojego zarobku”. Zarobek cały jest jego, tylko nie on wypełnia przelew. A potem nikt nie reaguje na podwyżki podatków, bo przecież „ja ich nie płacę”.

      • ndv napisał(a):

        Sam niedawno pisałeś, że co trzeci u nas uważa, że ceny w sklepach dyktuje rząd, więc to, że aż 80 % ogarnia co to VAT to świetny wynik 😉

        A co do buntowania się przeciw podatkom – cała polityka to gra emocji a nie rozsądku. Na rozsądek być może może sobie pozwolić Kim Dzong Un – ale on z kolei nie musi.

      • SzK napisał(a):

        21% uważa, że nie płaci ŻADNYCH podatków, co do poszczególnych ich rodzajów rozpoznawalność jest różna.

        Tutaj jest źródło:
        http://www.bankier.pl/wiadomosc/21-proc-Polakow-uwaza-ze-nie-placi-zadnych-podatkow-3670159.html

    • SzK napisał(a):

      Tam ludzie zawsze rozgraniczają podatki od faktycznej ceny. Również podatek dochodowy płaci się samemu, a pensję dostaje całą brutto.

  13. Daozi napisał(a):

    Cóż – na pewno jest to kraj niezły pod pewnymi względami, ale pod pewnymi bardzo kiepski do życia. Istotnie podatki są niższe a zarobki wyższe, ale z kolei służba zdrowia to dramat, ilość więzionych obywateli na 100 mieszkańców jest bodajże najwyższa na świecie, broń jest dostępna i dzięki temu średnio 93 obywateli tego kraju ginie dziennie od postrzału (dane za 2015)… Jak to mówią: każdy kij ma dwa końce.

    • benny_pl napisał(a):

      a co to jest 93 osoby na tak wielki kraj?
      a w Polsce to niby jaka jest sluzba zdrowia? panstwowa to tez dramat

      • Daozi napisał(a):

        To jest 93 / 323 miliony mieszkańców – dziennie. Jeżeli wierzyć polskiej policji i jej statystykom, to u nas przestępstw z użyciem broni mamy 325 ROCZNIE (za rok 2014). Z czego 32 zabójstwa wliczając usiłowania z użyciem broni palnej. Co daje w przybliżeniu 0.08 dziennie. Na circa 36 milionów mieszkańców. Nawet doliczając usiłowania zabójstw z użyciem innych narzędzi mamy 0.9 dziennie (ale wchodzą tu też usiłowania). A więc gdyby było nas tylu ilu mieszkańców USA mielibyśmy 0.71 (8.07) wobec 93. To bardzo ogólna statystyka – natomiast chodzi mi o to, że Polska jest krajem o niebo bardziej bezpiecznym niż USA, który to kraj bezpieczny nie jest.
        Służba zdrowia to może i dramat – tyle, że u nas czekasz na operację rok, a tam musisz za nią zapłacić, a jak Cię nie stać to operacji nie ma w ogóle.

      • Michał napisał(a):

        @Daozi,

        Podobnie jak Ty bardzo ciesze się i jestem dumny z naszego kraju- bo jest krajem bardzo bezpiecznym, nie tylko w odczuciu stereotypowym, ale też jak widać statystycznym.

        Podobnie jak w USA, również w Polsce broń użyta do przestępstw jest bronią w zasadzie w zupełności nielegalną- tutaj się różnimy bardzo niewiele. Przestępcy mają dostęp do nielegalnej broni wszędzie na świecie.

        Pozostaje tylko pytanie, dlaczego w USA występuje statystycznie dużo większe natężenie przestępczości- w pewnych, bardzo konkretnych, rejonach. To już zadanie dla socjologów.

        Natomiast co też ciekawe, obszary z największą proliferacją legalnej broni są w USA najbezpieczniejsze. Polska z pewnością stałaby się dużo bezpieczniejsza, gdyby łatwiej (a przede wszystkim przejrzyściej) dało się zdobyć legalną broń. Na przykład jak ultra-bezpieczna Szwajcaria, czy Niemcy, gdzie broni jest wielokrotnie więcej niż w Polsce.

      • SMKA napisał(a):

        Jestem zwolennikiem małej uznaniowości w dostępie do broni, nie uważam że broń w rękach cywili to armageddon, ale bez przesady w drugą stronę, jak dla mnie teza że Polska przy większym dostępie do broni była by dużo bezpieczniejsza, to teza naciągana- w Czechach dostęp do broni od wielu lat jest łatwiejszy niż w Polsce, ale z tego co wiem Czechy jakoś szczególnie bezpieczne nie są na tle Polski.

      • SzK napisał(a):

        Według mnie poziom bezpieczeństwa do kwestia lokalnej demografii – tak jak zauważył Michał. W USA istnieją miejsca przypominające strefy wojny (np. osławione Detroit i niektóre dzielnice większych metropolii), w Meksyku podobnie, ale już w Szwajcarii w ogóle nie, mimo najwyższego w świecie poziomu legalnego uzbrojenia ludności. To nie jest kwestia ilości pistoletów, tylko kultury danej społeczności, względnie (jak w USA) jakichś jej wycinków. Ludzi zabijaja inni ludzie, a nie broń – podobnie jak wypadki drogowe powoduja ludzie, a nie pojazdy.

      • ndv napisał(a):

        Pamiętajmy, że USA to kraj wielkich przekrojów – zarówno pod względem ekologi (od puszczy i gór po pustynie) jak i społeczeństwa (mamy tam chyba wszystkie możliwe źródła konfliktów – etniczne, religijne, finansowe w pełnym spektrum). U nas cytując Muńka „Hitler i Stalin zrobili co swoje” więc jako kraj jednolity mamy znacznie mniejsze pole gry dla gangów czy seryjnych zabójców.

        A USA fakt – w rankingach obrywają za poziom bezpieczeństwa i poziom opieki zdrowotnej znacznie niższy niż w tzw. zachodniej Europie.

        PS: Polska to chyba jeden z niewielu krajów świata, w którym można legalnie posiadać broń masowej zagłady (zakazaną również w większości stanów) w postaci noża motylkowego ;P

  14. Nowy nick napisał(a):

    Dzięki za relację, no i właśnie, chciałoby się wincy!

    Przy okazji – jak daliście rade znosić te temperatury? Bo poniżej 30C chyba nigdzie nie było, a pewnie raczej sporo więcej?

    • SzK napisał(a):

      Całkiem spoko to było po spadku do dwucyfrowych wartości Fahrenheita, czyli poniżej jakichś 38C 🙂

      Ale w suchym powietrzu da się wytrzymać naprawdę wysokie temperatury – w Dolinie Śmierci mieliśmy 115F, na pustyni Mojave (tam właśnie tankowaliśmy po 4.99) – nawet 118, czyli 48C. Inna sprawa, że w takich miejscach rzadko wychodziliśmy z klimatyzowanego samochodu 🙂

      Ale poza tym dużo jeździliśmy po górach – w Grand Canyon, powyżej 2500 metrów, było całkiem zimno – nie pamiętam temperatury, ale trzęśliśmy się w koszuli i swetrze. Na wybrzeżu Pacyfiku też jest chłodno, zwłaszcza w mglistej zatoce San Francisco – tam też był potrzebny sweter.

  15. benny_pl napisał(a):

    swietna wycieczka! bardzo zazdraszczam 🙂 takie wycieczki to ja rozumiem 🙂 a nie 2 tyg nudzenia sie, marzniecia nad morzem i uciekania przed deszczem, brr, okropnosc (na szczescie w tym roku nie bylem na zadnych takich „wakacjach”)

    no i swietny artykul, bardzo fajny wstep 🙂 mysle ze to „obrzydzenie” do Ameryki to sie wzielo od Ruskich, ktorzy za wszelka cene starali sie zawsze pokazywac jak to tam jest zle a u nich cudownie 😉 a jest z tym tak jak z automatem – narzekaja na niego ci, ktorzy nigdy nim nie jezdzili, a jak ktos pojezdzil, to nie chce innej 🙂

    tez bym chcial kiedys odwiedzic Ameryke…
    puki co szykuje mi sie wyjazd do Gruzji (sluzbowy), co mam nadzieje bedzie o wiele ciekawsze ciagle ta sama nudna Szwecja, zobaczymy

    ps. no Villagery mam nawet 2 🙂

    ps2: a od „no” mozna zaczynac zdanie? 🙂

    • ndv napisał(a):

      Ja odnoszę wręcz przeciwne wrażenie – USA jest u nas wprost uwielbiane, Eden co najmniej 🙂
      Co ciekawe w rankingach jakości życia USA jest w czołówce (chociaż raczej nie pierwsze) razem z np: Niemcami czy Norwegią (te na ogół są wyżej) mimo zupełnie odwrotnych modeli państwa

      • Daozi napisał(a):

        Sprawdziłem to na kilkunastu różnych stronach, z różnych źródeł dla lat 2015 – 2017. Polska oscyluje wokół 30 miejsca (na 164 kraje), USA – to zależy. Wg. SEDA – są na 19 miejscu, wg. innych rankingów – są około miejsca 10. Co ciekawe, w rankingach dotyczących poczucia szczęścia lądujemy już około miejsca 60. Bo Polacy uwielbiają narzekać i niestety bardzo często myślą, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu 🙂

      • ndv napisał(a):

        @Daozi – coś jest w tym naszym narzekaniu – ostatnio byłem na wycieczce po Litwie z zahaczeniem o Łotwę i Estonię (o tej parę lat temu pisano jak o przykładowym kraju szybkiego rozwoju) i generalnie tam ludzie mówią, że polski paszport jest lepszy;)

        PS. Na północnym wschodzie zdziwiła mnie znaczna ilość dróg gruntowych – u nas generalnie jeśli nie ma asfaltu to znaczy, że nie można jeździć.

  16. nudny napisał(a):

    To jest właśnie ta Ameryka, która mnie najbardziej interesuje.
    Setki mil pustej, płaskiej jak stół drogi przez pustynię, gdzie można się zatrzymać, krzyknąć „Wolność!” i absolutnie nikt nas nie usłyszy. Jest w tym coś magicznego, o ile nie skończy się paliwo pośrodku niczego. 😀
    Jak zawsze artykuł na bardzo wysokim poziomie. W końcu zrozumiałem, dlaczego w sklepach w USA podaje się ceny netto. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim wyjaśnieniem tego zwyczaju.
    To może przy następnej okazji jakieś stany północne? Sam chciałbym kiedyś osiąść w takiej Minnesocie lub Wisconsin, nie jestem fanem upałów.

  17. zrazik napisał(a):

    Pozazdrościć wyprawy :)Ja najbliżej US&A jak mawiał Borat byłem na Dominikanie, jeszcze przed trzęsieniem na Haiti – teraz to już się tam ponoć nie pozwiedza. I też uderzały mnie te symetryczne krótkie, choć tam po latynosku to niektórzy na długich cały czas latali, albo tylko na pozycjach, bo księżyc świeci 😉

    A z cenami w knajpach to tam mieli ciut inaczej -Na paragonie: Cena netto + napiwek obowiązkowy + od całości dopiero podatek 😀

    Benny jak już wrócisz z Gruzji to też coś napisz, bo być może też się tam w interesach będę zapuszczał

    • SzK napisał(a):

      Napiwki w USA dopisuje się długopisem na kwitku od karty. Też dziwny zwyczaj, ale działa.

  18. Fabrykant napisał(a):

    Superaśne i ekstraśne! (cytat). Co ciekawe ja też przebywam w Sierra Nevada, tylko jakimś zupełnie innym. Jestem ciekaw następnych części, a przede wszystkim ocen różnic kulturowych. No i samochodów.

  19. wojluk napisał(a):

    Co do drogich dróg w Polsce to jedna uwaga. Polska to bogaty kraj. U nas projektuje się drogo / ekstradrogo (odpowiednie skreślić). Wystarczy pojechać do Rep. Czeskiej lub Słowację i od razu widać różnice. Projekty stypizowane, rozwiązania techniczne proste i łatwe w utrzymaniu.

    • nudny napisał(a):

      Zgadzam się, u nas wychodzą z założenia, że wszystkiego ma być w opór.
      Autostrady na Słowacji są równym poziomie z naszymi ekspresówkami, Węgierska M1 jest już autostradą z prawdziwego zdarzenia.

  20. Krzyś napisał(a):

    Tradycyjnie wpis jest rewelacyjny, czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy 🙂

    Wakacje robią wrażenie, ale opis chyba robi jeszcze większe. Ja na razie odniosę się tylko do kwestii podatków i tego co nam w zamian za to daje państwo gdyż jestem na urlopie i piszę na smartfonie.

    Moja małżonka ma to nieszczęście, że pracuje w służbie zdrowia którą nadzoruje i finansuje nowotwór pod nazwą NFZ. Normą jest rozliczanie pacjentów na dolegliwości poboczne bo te są lepiej „punktowane”. Z drugiej strony kobiecie w ciąży przysługuje tyle badań usg ile to jest koniecznie a np. W Holandii przysługuje tylko jedno ( chyba że są jakieś powikłania) na najbliższe prywatnie panie jeżdżą np. do Niemiec. W Australii też w podstawowym pakiecie są tylko jakieś podstawowe zabiegi A jak ktoś się nie ubezpieczył to płać i płacz. A pacjenci u nas naprawdę uważają często że badania są darmowe…

  21. Michał napisał(a):

    Jak zwykle doskonały artykuł- tutaj też w sensie dosłownym, a miałem okazję sprawdzić naocznie i koronnie!!!

    Zachwytom nad artykułem nie ma końca, to oczywiste- a skoro już i tak się powtórzyłem, to może ode mnie coś konkretniejszego w popularnym tutaj temacie polityczno- społecznym.

    Przy ogromie, ekhm, ekhm, „niedoskonałości” i „niedociągnięć” w amerykańskiej służbie zdrowia generalnie, powiem tylko, że, jak zwykle, prawda leży gdzieś głębiej niż w nagłówkach lewicującej prasy.

    Na poniższe stwierdzenia mam oczywiście odpowiednie „kwity”, które mogę na specjalne życzenie odnaleźć.

    * Statystyczny pracujący Amerykanin jest zazwyczaj ubezpieczany przez swoją firmę de facto na jej koszt- jest to ubezpieczenie pełne, łącznie z pokryciem leczenia szpitalnego najcięższych chorób. Ubezpieczeniem objęta jest także rodzina. Udział w składce jest albo symboliczny albo zerowy.

    * Nawet jeśli nie, to średni roczny koszt ubezpieczenia na osobę to około $3000 rocznie brutto- zależnie oczywiście od stanu, również stanu zdrowia 😉 , wieku, itd itp.
    Porównajcie to proszę ze średnimi zarobkami

    * Podstawowe wizyty lekarskie owszem, mają zwykle co-payment i jest znacznie drożej niż u nas, ale;

    * Amerykanie zmuszani są przez ubezpieczycieli do corocznych badań profilaktycznych. Przez to wykrywalność chorób jest lepsza, cena leczenia niższa a rokowania lepsze.

    * Co za tym idzie, statystycznie i średnio, w USA np. nowotwory przeżywa o ok 10% więcej pacjentów niż w Europie Zachodniej! Tak- statystycznie, na przekroju populacji, uwzględniając również rozdmuchaną do gigantycznych rozmiarów przez propagandę grupę biednych- nieubezpieczonych!

    * Wałęsa latał z Polski leczyć serce do USA, nie odwrotnie.

    * Wreszcie- kto chce być naprawdę WOLNY ten ma możliwość, jak człowiek a nie jak zagrodowe bydło zaganianiane owczarkami pasterskimi, się NIE UBEZPIECZAĆ i przysłowiowo lewicowo „zdychać pod płotem”, ale przynajmniej za darmo a nie po 50 latach płacenia na ZUS/NFZ czy jak to się tam nazywa, czekając na swój czas w 3-letniej kolejce i nie dożywając operacji.

    To tyle.

    • Michał napisał(a):

      Rzecz jasna dość świadomie, chcąc walczyć z ogólnym stereotypem, chwilowo „zniknąłem” ObamaCare, który niestety dodatkowo skomplikował sprawę.

      W efekcie- bardzo upraszczając- stawki dla zwyczajnych ubezpieczonych wzrosły (bez wzrostu jakości ubezpieczenia), a najbiedniejsi zostali zmuszeni do wykupu ubezpieczeń najgorszej jakości. No chyba, że i tak ich nie stac i tego nie zrobią. Wtedy- surprise- płacą kary finansowe.

  22. Mav napisał(a):

    Wszystko pięknie, bardzo zazdroszczę wycieczki… ale 😉

    Chciałbym wiedzieć ile w sumie taka podróż kosztuje. Podałeś Szczepanie koszty paliwa i bardzo okazyjnego przelotu. Również fajnie, że wspominałeś o parkach. A co z cenami reszty – noclegi, jedzenie, wynajem auta (focus?). Nie pytam o konkretne kwoty z wyszczególnionymi pozycjami. Raczej o to czy idzie się zmieścić w np. 8-10 tysiącach za dwie osoby.

    Lokowanie produktu „Chevron” to niby ma działać jakoś na podświadomość (komunikat podprogowy – „kup citoena!”)? Mam już jednego, dziękuje 😉

    Wycieczka bardzo fajna, ja też chciałbym raczej właśnie te okolice zobaczyć. Ale dopisałbym do listy oryginalny disneyland:)

    • SzK napisał(a):

      My wydaliśmy odrobinę więcej niż piszesz, ale niewiele i sadzę, że dałoby się zmieścić w 10 tys. Ważne jest, żeby rezerwować wszystko kilka miesięcy wcześniej – można zaoszczędzić nawet 50% na hotelach i samochodzie. No i my dodatkowo dzieliliśmy auto i paliwo na cztery osoby.

      Focus kosztował poniżej 400$.

      Jedzenie to jest około 8$ za duża kanapkę Subwaya, 10-12 za porzadne danie meksykańskie albo mega hamburgera z dodatkami (takiego z prawdziwego mięsa, nie śmieciowego) i 15-25$ za wypasione danie w restauracji w rodzaju łososia z grilla. Warto wiedzieć, że taka porcja restauracyjna w USA wystarcza zazwyczaj na dwie osoby, i to z okładem (my z żona tak zamawialiśmy i nie było nam mało), więc faktyczna cena jest połowę niższa i wychodzi to często lepiej niż hamburger. Do tego można robić zakupy w supermarketach, gdzie ceny sa dużo niższe niż w Europie Zachodniej (trochę wyższe niż polskie, ale niewiele).

      Hotele mieliśmy po taniości – można rezerwować najtańsze, karaluchów na pewno nie będzie, pokoje sa też zawsze dobrze wyposażone i czyste, chociaż zewnętrzny wyglad budynku może być różny (czego nie należy się bać). Oferty aktualne sa na Hotels.com (Booking.com jest w Ameryce droższy). Czasem też warto rezerwować hotele dalej od atrakcji – koszt dojazdu na amerykańskim paliwie jest bardzo niski – za głupie 15$ różnicy w noclegu można zatankować pół baku i dojechać nawet 200 km.

      W razie czego służę dokładnymi radami pod mailem.

    • Michał napisał(a):

      Do dokładnej odpowiedzi Szczepana dodam tylko proste i ogólnikowe: wakacje w USA kosztują zauważalnie mniej niż wakacje w Europie Zachodniej- spędzane na podobnym poziomie.
      Moim zdaniem, tańsze i korzystniejsze jest wszystko.

      No i USD znów zaczyna kosztować tyle, ile mniej więcej powinien 😉

      Szczepan nie dość wyraźnie zaakcentował chyba to, że za daną cenę otrzymujemy w restauracji czy w hotelu znacznie więcej niż w Europie Zachodniej a moim zdaniem też nawet niż w Polsce.

      Fakt, nie ma kwater po 30zł / osobę i obiadów domowych za 2 dolary, ale już normalny hotel za cenę ~150-200zł / pokój zaoferuje *dużo* więcej niż hotel w tej samej cenie w Polsce- o zachodniej Europie nie wspominając.
      A obiad w restauracji za 30-40zł będzie dużo lepszy niż to samo w Polsce. O Europie… 😉

      Wszystko moim zdaniem i na podstawie moich skromnych doświadczeń, rzecz jasna.

      Przykładowo, w czerwcu tego roku na Florydzie, bardzo niedaleko oceanu i blisko Miami / Fort Lauderdale, płaciłem za hotel z basenem i ogromny pokój hotelowy z klimą, codziennym sprzątaniem, kosmetykami, czysty schdludny porządny- mniej niż 200zł / dobę.
      Rok temu w sierpniu miałem poważny problem ze zdobyciem najtańszego pokoju 2 osobowego w linii brzegowej przy Kołobrzegu w podobnej cenie. A kwatera prywatna 2mx2,5m kosztowała 90zł na dobę.

      Co do pożyczania aut- korzystajcie z pośredników, najlepiej rentalcars.com i jego klony.
      W USA wliczone w cenę są wszystkie ubezpieczenia i zerowy wkład własny i znowu okazuje się, że jest po prostu taniej niż w Europie, to uwzględniwszy.

      Odliczam jedynie koszty dotarcia na miejsce- ale tutaj też jak widzicie, może być różnie. Trzeba polować na okazje i błędy.

      • Mav napisał(a):

        Dzięki za odpowiedzi. Kwotę walnąłem „z czapki”. To, że w Polsce jest drożej to wiem nie od wczoraj – nad „naszym” morzem czy w „naszych” górach to byłem ostatnio chyba jeszcze w jakiejś szkole. Z tego co znajomi opowiadają dużo się nie zmienia…

        Forma wycieczki pt. dużo wcześniejsza rezerwacja nigdy mi za bardzo nie odpowiadała, ale (uwaga, będę się chwalił!) jutro (planowo, bo życie zweryfikuje) rodzi mi się drugi potomek. Chyba się będzie trzeba przestawić jednak na jakieś planowanie bo z tego co zdążyłem zauważyć, z dzieciakami ciężko jest być elastycznym i robić co do głowy przyjdzie;)

        Jeszcze Szczepanie mógłbyś powiedzieć coś o wizach. Tyle mitów wokół tego tematu krąży, że hej. Konsul daje tylko prawo do „wlotu” do stanów, a faktyczną wizę to dopiero na lotnisku dają (albo i nie)? Jeden znajomy, któremu podanie odrzucili upatrywał swoich problemów we wcześniejszej wizycie w Moskwie i we Lwowie. Myślisz, że to faktycznie może mieć wpływ? O ile wcześniej Wy się ubiegaliście? Jak nie chcesz pozamotoryzacyjnej dyskusji to mojego maila znasz.

      • SzK napisał(a):

        Nie mam pojęcia, czy wizyta w Moskwie może mieć znaczenie – bardzo szczerze wątpię. Kiedyś słyszałem plotki, że bywałych w krajach arabskich nie wpuszczają do Izraela, a mnie i Anię wpuścili. W drugą stronę też nie było później kłopotu.

        My dostaliśmy wizy w czerwcu, po ledwie dwuminutowej rozmowie, ale oboje pracujemy w Polsce na dobrych stanowiskach w międzynarodowych korporacjach i dużo jeździmy po świecie w celach turystycznych. Być może to z kolei coś ułatwia. Michał wcześniej już miał wizę z uwagi na częste podróże biznesowe do USA, jego żona dostała również po krótkiej rozmowie, przy czym ona poszła do nią dopiero w lipcu 🙂

        Tak, zdarzają się przypadki odmowy wjazdu już na lotnisku, ale są sporadyczne (podobno znacznie częściej przydarzają się obywatelom krajów „bezwizowych” i z tego powodu bezpieczniej jest jednak tę procedurę przejść, ale to też niesprawdzone info).

        A planować gorąco polecam – ceny są naprawdę zupełnie nie te.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        z Izraelem jest odwrotnie – nie wpuszczają do krajów arabskich, jeśli byłeś w Izraelu
        http://taniezwiedzanie.com/sites/206/klopotliwa-pieczatka-czyli-gdzie-nie-wjedziemy-ze-stemplem-z-izraela
        i to jest oficjalne, nawet na stronie MSZ, tu np. Liban:
        http://www.msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/profile_krajow/liban

      • SzK napisał(a):

        Ooo, o Libanie akurat nie myślałem, bo się tam nie wybierałem.

      • MOCNYVITO napisał(a):

        MAV ja bym powiedział 100% odwrotnie: z dzieckiem ciężko jest coś planować (czy raczej trzymać się planu) i trzeba przestawić się na bycie elastycznym 😉

  23. laisar napisał(a):

    Amerykańskie autostrady zostały wybudowane za czasów znacznie większych podatków i nie tylko za podatki „samochodowe” – https://en.wikipedia.org/wiki/Interstate_Highway_System

    Po drugie, od tamtego czasu nieustająco obcinano wydatki na utrzymanie, czego efektem jest ich obecny tragiczny stan – http://www.asce.org/infrastructure/http://www.infrastructurereportcard.org/cat-item/roads/ (ichniejsze „D+” to w naszej skali szkolnej „2+”…).

    * * *

    Otyłość – https://en.wikipedia.org/wiki/Obesity_in_the_United_States

    * * *

    „Przyjazność” tubylców w USA okiem anglosaskiego blogera – entuzjasty motoryzacji, a zarazem inżyniera, tyle że z Krainy Kangurów – http://www.autospeed.com/cms/article.html?&title=-USA-Diary-Part-1&A=113201

    Dla porównania: Europa & UK – http://www.autospeed.com/cms/article.html?&title=Diary-of-a-trip-to-Europe-and-the-UK-Part-1&A=113263 – Niemcy – http://www.autospeed.com/cms/article.html?&title=Germany-Diary-Part-1&A=113079 ).

    * * *

    Itd, itp… Stereotypy, mity i pseudo-mity czy polityczna (nie)poprawność pojawiają się z każdej strony – dlatego zamiast zachwycać się lub ganić jakieś cudze oceny lepiej spojrzeć po prostu na _fakty_ (najlepiej liczbowe), i samemu je ocenić.

    • Michał napisał(a):

      Ciach reszta, bo ręce opadają, ale jak już linkujesz coś konkretnego, to linkuj coś konkretnego. ‚
      Bo o przyjazności tubylców w USA znalazłem tyle, że się gościowi podobało Pearl Harbor, ale- w Jego opcji zwiedzania- było drogie.

      A, oczarowany jestem również zarówno ogromem pracy, jaki włożyłeś w badanie problemu otyłości w USA jak i jej wynikiem w postaci linku do Wikipedii po angielsku. Dzięki. Już zmieniam opinię o Amerykanach- grube świnie!

  24. k1 napisał(a):

    Kolejny świetny artykuł. Genialna zdolność pisania i przekazywania informacji w pigułce i w ciekawy sposób.
    Co do prędkości to gdzieś czytałem, że generalnie najniższe limity prędkości (55-65 mph) są na północnym-zachodzie, a na południowym-zachodzie właśnie najwyższe. Być może to kolejny przejaw racjonalnego podejścia (tzn. limity zależne np. od gęstości zaludnienia, a więc i od gęstości ruchu ulicznego).

    • SzK napisał(a):

      Może to być kwestia gęstości zaludnienia (chociaż w pobliżu miast ruch i w Arizonie jest duży, nie mówiac o Los Angeles – drugiej największej metropolii w USA), ale być może też inna, „kowbojska”| mentalność, widoczna tam na każdym kroku.

  25. k1 napisał(a):

    z tymi najniższymi limitami chodziło o północny-wschód.

  26. laisar napisał(a):

    @Michal „Ciach reszta”

    Zamiast ciachać trzeba było jednak doczytać mój komentarz do końca, to byś się dowiedział, że ja nie zaprzeczam artykułowi Szanownego Autora, tylko wskazuję, że ocena w żadną stronę nie jest jednoznaczna – USA to ani raj, ani piekło, tylko zwykły kraj wielu kolorów, w tym odcieni szarości. Dokładnie jak reszta świata.

    Link do innego bloga to właśnie pokazanie innych ocen niż polit-pop i anty-polit-pop.

    Komentarz był owszem, skrótowy, bo nie ma sensu przepisywanie liczb, które stanowiły sedno komentarza.

    Amerykanie nie są także grubymi świniami, ale jako społeczeństwo rzeczywiście mają największy na świecie problem z nadwagą – czego nie unieważnia brak napotkania takich ludzi przez Autora et consortes.

    Ogólnie: chwyty erystyczne jak reductio ad absurdum czy zwalczanie własnego chochoła są straaaasznie słabe…

  27. MOCNYVITO napisał(a):

    słabe to sa komentarze Daoziego… proponuje przesiąść się na rower

1 Pingi/Trackbacki dla "VENI, VIDI: AMERICA THE BEAUTIFUL, cz. I"
  1. […] Ostatnio opisałem swoje wrażenia z Ameryki koncentrując się na ogólnych uwarunkowaniach motoryzacyjnych, dziś natomiast przedstawię „PRZEJAŻDŻKI PO GODZINACH” dwoma używanymi tam przez nas samochodami i dorzucę parę słów o kilku motoryzacyjnie ciekawych miejscach. […]