VENI, VIDI: NOWOCZESNY KRAJ

Zgodnie z niedawną zapowiedzią, opowiem Wam dzisiaj o kraju, z którego wróciłem przed nieco ponad tygodniem. Kraj ten jest jednym z najniezwyklejszych na Ziemi, zarówno pod względem przyrodniczym, jak i kulturowym, przy czym niezwykły jest także jego aspekt automobilowy. Ten kraj to Islandia.

Do Islandii nie jedzie się opalać ani jakoś specjalnie wypoczywać, bo tamtejszy klimat się do tego nie nadaje, a poziom cen zniechęca do nieróbstwa (po prostu, jak człowiek sobie policzy, ile go kosztuje minuta wakacji, to natychmiast chce każdą chwilę wykorzystać jak najefektywniej). My jednak nigdy nie spędzamy urlopu biernie, a z kosztami poradziliśmy sobie w ten sposób, że po pierwsze, znaleźliśmy bardzo okazyjne bilety lotnicze, po drugie, polecieliśmy w cztery osoby (z moim kuzynem i jego żoną), co pozwoliło podzielić pewne wydatki na pół, a po trzecie, skróciliśmy wakacje ze zwyczajowych dwóch tygodni do jednego. W sumie więc, mimo że w ujęciu nominalnym islandzkie ceny naprawdę przyprawiają o zawrót głowy, całość wyszła nawet odrobinę taniej niż zwyczajowy wyjazd nad Morze Śródziemne, co poczytujemy sobie za wielkie osiągnięcie. O ile pominąć skrócenie urlopu aż o połowę.

W ciągu tygodnia mieliśmy okazję objechać wyspę dookoła wynajętym samochodem (żółtym Oplem Corsą ECOTEC), co zajęło cztery dni, oraz spędzić pozostałe trzy w stolicy (tzn. spaliśmy w stolicy, ale we dnie również jeździli ile się dało). W tym czasie oglądaliśmy niesamowite krajobrazy, fiordy, wulkany, wodospady i urokliwe wioski składające się dwóch albo trzech farm (całkiem jak książkowe Bullerbyn – teraz wiem, że takie osady naprawdę na Północy istnieją). Oczywiście, ten wpis nie powstałby, gdyby obok wrażeń typowo turystycznych nie udało mi się zebrać ciekawych obserwacji motoryzacyjnych.

O Islandii wypowiadał się Jeremy Clarkson w swojej książce "Motorworld". Opisywał tam głównie sam kraj oraz szaleńcze wyścigi potężnych terenówek na olbrzymich kołach, napędzanych doładowanymi V8-mkami, które potrafią wspinać się na niemal pionowe, wulkaniczne zbocza, a także ślizgać po wodzie. Ja skupię się raczej na tematach bardziej przyziemnych, czyli samochodowej codzienności, zacznę jednak od kilku słów wstępu ogólnego.

Islandia to kraj nordycki, czyli należący do kultury północnogermańskiej. Niektórzy uważają, że "nordycki" to to samo, co skandynawski, ale Półwysep Skandynawski jest węższym pojęciem – leży w północnej Europie i obejmuje jedynie Norwegię, Szwecję i Danię, podczas gdy do kultury nordyckiej należą jeszcze wyspy północnego Atlantyku: Islandia, Wyspy Owcze i Grenlandia (politycznie będąca częścią Danii, ale geograficznie leżąca daleko). Błędem jest też mówić, że narody nordyckie to potomkowie Wikingów – oni sami tego nie lubią, bo "Wiking", a raczej "wikingowanie" (jako czasownik) nie było określeniem narodowości, a sezonowego zajęcia części populacji nordyckich rybaków i pasterzy, polegającego na terroryzowaniu i łupieniu reszty kontynentu. Nazywać dzisiejsze narody Północy "Wikingami" to tak, jakby na Greków mówić "hoplici", albo na Włochów – "legioniści", bo tak kiedyś nazywali się wojownicy z ich stron.

Kraje nordyckie kojarzą się powszechnie z socjalizmem, mroźnym klimatem, białymi niedźwiedziami, reniferami, świętym Mikołajem w wersji wypromowanej przez Coca-Colę oraz najbardziej represyjnym kodeksem drogowym na świecie. Tymczasem Islandia ma relatywnie niski poziom podatków i transferów socjalnych (na tle Europy Zachodniej), tamtejsza zima jest łagodniejsza niż w Polsce (temperatura rzadko spada poniżej -5 stopni!!), jedynym dzikim ssakiem lądowym jest polarna odmiana lisa, a dzieci dostają prezenty od 13 trolli, a nie od chrześcijańskiego świętego. Zostaje jeszcze legendarna nadgorliwość w stawianiu absurdalnych ograniczeńu szybkości i egzekwowaniu ich, a także powszechna niechęć do samochodów: tutaj właśnie doznałem największego szoku, ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od warunków naturalnych i dróg, bo to właśnie one determinują automobilową kulturę każdego kraju. Islandia, jakkolwiek niesamowita pod względem krajobrazowo-turystycznym, nie jest łatwym miejscem do życia. Leży prawie na kole podbiegunowym, przez co w lecie słońce zachodzi tam tylko na moment (mam zdjęcie zrobione o północy, na którym jest niemal zupełnie jasno, a byliśmy tam już miesiąc po przesileniu). Oczywiście, w zimie – prawie nie wschodzi: w grudniu nikłe światło dzienne występuje tylko pomiędzy 10-14h (co dla turystów jest wspaniałą okazją do oglądania zórz polarnych, ale miejscowi postrzegają to inaczej). Klimat jest znacznie łagodniejszy niż syberyjski czy lapoński, a to z powodu położenia wyspy na środku oceanu. Atlantyk ma niemal nieograniczoną pojemność cieplną, przez co w zimie jest przeważnie od -5 do +5 stopni, a w lecie – od 0 do +15. Przez cały rok występuje bardzo dużo opadów. My mieliśmy wielkie szczęście (tylko jeden dzień większego deszczu na siedem), ale średnie prawdopodobieństwo spadnięcia deszczu lub śniegu w danym dniu wynosi dwie trzecie. Do tego dochodzi górzyste wnętrze wyspy usiane wulkanami, z których spływają lodowce (bo w górach śnieg pada cały rok), no i przecinająca cały kraj szczelina między płytami kontynentalnymi Europy i Ameryki (odpowiedzialna za niebezpieczne zjawiska sejsmiczne, a także powstanie gejzerów i gorących źródeł dających krajowi darmową energię elektryczną, ogrzewanie i ciepłą wodę, chociaż siarkowodorowy zapach kranówki wymaga przyzwyczajenia).

Te wszystkie uwarunkowania sprawiają, że na Islandii prawie nie ma ziemi uprawnej, przez co z kolei całą wyspę zamieszkuje zaledwie 300 tys. ludzi. Prawie 60% z nich zasiedla Reykjavík (po polsku nazwa ta oznacza "zatokę dymów", to z powodu tej geotermii), zaś resztę wyspy liczącej ponad 100 tys. kmª – zaledwie 130 tys. Jednym słowem, stolica kraju jest wielkości Bytomia, a resztą – o powierzchni jednej trzeciej Polski – dzieli się populacja, powiedzmy, Gorzowa Wielkopolskiego. Wydawałoby się więc, że miejsca do pojeżdżenia nie brakuje. Otóż – i tak, i nie.

W praktyce sytuacja wygląda tak, że 100% owej ludności jest rozmieszczone na samym wybrzeżu. Interior jest całkowicie bezludny. Clarkson pisał, że islandzka droga nr 1 biegnie dookoła całego kraju (mierzy 1.340 km), a droga nr 2 nie istnieje. Może dwójki faktycznie nie ma, ale dróg jest sporo, tyle tylko, że faktycznie są skoncentrowane w wąskim pasie nadmorskim. Podzieliłbym je na trzy kategorie.

Pierwsza to normalne asfaltówki. Są różnej jakości: od nielicznych, dwujezdniowych arterii w rejonie Reykjavíku i pobliskiego lotniska Keflavík, aż do wyboistych ścieżynek w rodzaju naszych dróg gminnych z lat 90-tych. Większość zaklasyfikowałbym gdzieś w połowie tej skali – są wąskie, ale o przyzwoitej (wcale nie idealnej) nawierzchni. Często brakuje na nich oznakowania poziomego, chociaż pionowe jest bez zarzutu. Czasami spotyka się mostki o szerokości tylko jednego pasa – nawet na "jedynce". Pierwszeństwo należy wtedy do tego, kto pierwszy wjechał na most (a potrafi on być wcale długi i nie mieć żadnych mijanek). Najwyższe ograniczenie szybkości na asfalcie to 90 km/h.

Kategoria druga (moja, nie formalna) – to szutrówki. Jest ich bardzo dużo – do niedawna szutrowe fragmenty miała nawet "jedynka". Dziś jest ona już wyasfaltowana, ale wiele innych, nawet dość ważnych traktów – niekoniecznie. Szuter jest jednak znakomitej jakości i w większości przypadków pozwala na jazdę z maksymalna dozwoloną prędkością, to jest… 80 km/h!! Tak, 80 km/h na szutrze, całkiem oficjalnie, i to nawet naszą pożyczoną Corsą!! Po prostu, nawierzchnia jest najczęściej ubita na kamień i gładka. Kanonada kamyków i żwiru o podwozie czasami nas niepokoiła, ale na lakierze nie pozostał żaden ślad.

Wreszcie trzeci rodzaj dróg, tym razem – oficjalnie wyróżniony literą "F" w numeracji, to trakty przeznaczone wyłącznie dla terenówek. Należą doń wszystkie szlaki przecinające górzysty interior wyspy. Podobno przynajmniej jedną taką drogę – znajdującą się na zachodzie F35 – można pokonać każdym samochodem, ale tylko na własną odpowiedzialność. Wypożyczalnie zabraniają jazdy nie-terenówkami po F-kach, więc nie próbowaliśmy. Co bardziej doświadczeni wskazują też, że w razie nagłej burzy (a ta może przyjść błyskawicznie, jak to w górach) może się okazać, że zarówno przed jak i za sobą mamy rwące rzeki, których jeszcze pół godziny temu ne było, radzą więc, dla pewności, nie wybierać się do interioru pojedynczym samochodem, nawet najlepszym (teren jest całkowicie bezludny, do najbliższej osady może być ponad 150 km, a telefony nie mają zasięgu). 

Niezależnie od kategorii drogi, Islandia to miejsce, gdzie wszystkie cztery żywioły mieszają się z sobą i to nie zawsze w pokojowy sposób. Bardzo silne wiatry wieją prawie non-stop. Deszcz pada ze wszystkich stron, czasem nawet od dołu (to przy wodospadach, których na wyspie są setki). Śnieg i grad może spaść w każdym momencie roku, a burze klasyczne i piaskowe bywają niebezpieczne nawet na "jedynce" (zerodowane skały wulkaniczne na południu tworzą grubą warstwę bardzo twardego żwiru, który przy silniejszym wietrze potrafi całkowicie zmasakrować każdą karoserię). Pozostałe siły natury – wulkany, ruchy sejsmiczne i lodowce – raczej nie grożą kierowcom na co dzień, ale świadomość ich istnienia na każdym kroku dopełnia grozy sytuacji (wszechobecny jest np. smród siarki i skondensowana para wodna unosząca się ze skalnych rozpadlin) .

W tej sytuacji nie może dziwić, że na Islandii, zwłaszcza poza stolicą, najbardziej typowymi pojazdami są ciężkie SUVy oraz prawdziwe terenówki. Zadziwiająco wiele z nich jeździ na big-footach – kołach o średnicy nawet półtora metra. To, co w bardziej przyjaznych miejscach świata kojarzy się głównie z pokazami kaskaderskimi, tam bywa normalnym środkiem codziennego transportu towarów i ludzi, w tym turystów, bo wiele miejsc jest dostępnych jedynie w ten sposób. My musieliśmy się obejść smakiem, bo czasu było mało, a i ceny takich eskapad lub wypożyczenia samochodu 4×4 były mało zachęcające (nie trzeba chyba dodawać, że Islandia to Mekka offroaderów z całej Europy, ale muszę ostudzić Wasz zapał: przeprawa promowa z własnym samochodem kosztuje kilka tysięcy euro i trwa trzy lub cztery doby, z przesiadką i noclegiem na Wyspach Owczych, bo rozkłady się nie zgadzają).

Największym szokiem było jednak dla mnie to, że kraj z kulturowego kręgu lewo-/eko-/wege-, kojarzącego się jako wybitnie nieprzychylny automobilistom, jest w istocie niemalże samochodowym rajem. Co w sumie zgadza się z opisem Clarksona, ale w praktyce naprawdę zaskakuje.

Wyobraźcie sobie, że na 1000 Islandczyków przypada aż 747 samochodów – daje im to 5 miejsce w świecie, za San Marino, Mionaco, Liechtensteinem i USA. Mimo tego, a także braku dróg szybkiego ruchu, korki są zjawiskiem nieznanym – po prostu, przy tak małej populacji miejsca wystarcza dla wszystkich. Do pracy prawie każdy dojeżdża samochodem, bo transport publiczny działa jako-tako wyłącznie w stolicy. Zresztą, nie może być inaczej, bo przy tak małej gęstości zaludnienia zbiorkom musiałby kursować albo raz dziennie, albo na pusto.

Kolejna sprawa to podatki, z których kosmicznej wysokości słyną wszystkie kraje nordyckie. Otóż w Islandii samochody są w istocie obłożone wysoką akcyzą – 30 lub 45%, zależnie od pojemności (próg jest ustalony na 2.000 cm³), ale nikt nie wspomina o wieku ani normach ekologicznych. Podatek drogowy zależy z kolei wyłącznie od masy auta, co jest dość logiczne (chociaż według mnie powinien być wliczony w paliwo, jak w Polsce, bo w ten sposób płaci go ten, kto naprawdę jeździ). Nie trzeba w tej sytuacji dodawać, że nie obowiązują też żadne ograniczenia ruchu samochodów starszych ani "nieekologicznych".

Ceny paliw? Ogólnie Islandia jest krajem horrendalnie drogim. Za cztery bułki w piekarni zapłaciłem raz 660 koron, czyli 18 złotych. ZA CZTERY ZWYKŁE KAJZERKI. Cztery banany i dwa polskie Prince Polo (najpopularniejszy wyrób czekoladowy na Islandii) kosztowały 1.000 koron, czyli 28 zł, i to w odpowiedniku naszej "Biedronki" (sieć "Bonus"). Pokój dwuosobowy w standardzie naszych schronisk PTTK, ze wspólną łazienką dla całego piętra, ciężko znaleźć poniżej 100 euro za noc. Tymczasem za benzynę w momencie naszego pobytu każda stacja w kraju liczyła tyle samo, czyli 223 korony (6.27 zł), a za diesla – 205 (5.77 zł). Przyznacie, że w porównaniu do innych towarów paliwo jest śmiesznie tanie (inna sprawa, że ceny wybrałem trochę tendencyjnie – pieczywo czy owoce są drogie, bo rolnictwa w kraju praktycznie nie ma, ale ryby i mięso, nawet w restauracji, wychodzą znacznie korzystniej – ćwierćkilowy stek z dodatkami można zjeść za 50-60 zł, podobnej wielkości rybę albo hamburgera – prawdziwego, nie z McDonalda – nawet poniżej 40).

Kolejny gorący temat to oczywiście szybkość. Same limity wyglądają standardowo: 50 km/h w zabudowanym, 90 poza, również na nielicznych dwupasmówkach (autostrad brak). Tyle przepisy. A praktyka? Tutaj moje zdziwienie było największe.

Rzeczywistość wygląda dwojako: w stolicy i kilku innych miasteczkach (drugie największe, Akureyri, ma zaledwie 15 tys. ludności), ludzie faktycznie jeżdżą zazwyczaj karnie (co zresztą popieram, bo miasto, to miasto). Z akcentem na "zazwyczaj" – na dwupasmówkach w Reykjavíku niektórzy rozpedzają się do 80, zamiast nakazanych przez znaki 60, a raz wyprzedziła nas Corvette'a jadąca z szybkością autostradową. Większość jednak trzyma się znaków. Piesi również – wcale nieprawda, że wszystko im wolno, niemal zawsze trzymają się chodników i przejść, a na czerwonym grzecznie stoją. Co ciekawe, w mieście nie ma strefy czysto pieszej – auta wjeżdżają nawet na sam rynek!! W centrum parkowanie jest płatne. Ceny: przy rynku 230 koron za godzinę (6,45 zł), ale wystarczy odejść 300 metrów (trzysta, nie trzy tysiące) i spadają do 125 koron (3,51 zł), a po następnych kilkuset metrach – do 85 (2,38 zł). Osławione "strefy 30" istnieją, ale tylko w promieniu jakichś 200m od rynku oraz na wąskich uliczkach osiedlowych. W obu przypadkach prędkość "naturalna", czyli taka, a jaką jeździłbym przy braku ograniczeń, wcale 30-tki nie przekracza. Znak "30" widziałem też przy kilku szczególnie ruchliwych przejściach dla pieszych, ale to wszystko.

Poza miastami zaś jeździ się… tak jak w Polsce. Teoretycznie – 90, ale taka prędkość nie jest zbyt bezpieczna, bo generuje setki manewrów wyprzedzania przez tubylców. Ci jeżdżą zwykle 100-110, co na dosyć wąskich, krętych i pagórkowatych drogach jest tempem może nie sportowym, ale żwawym i przyjemnym dla kierowcy-entuzjasty (przy braku limitów na pewno nie jechałbym szybciej). Nawet nie schodząc ze 110 jest się czasami wyprzedzanym, a rekordziści, których spotkałem, grzali chyba ze 140 – było takich po kilku dziennie (zgadnijcie, czym się poruszali – dla ułatwienia podam, że powtarzały się dwie marki, zaczynające się na pierwszą i drugą literę alfabetu). Na zakrętach, owszem, stawia się znaki z liczbami oznaczającymi km/h, ale ich kolor jest zazwyczaj niebieski, nie czerwony, co oznacza, że mają one moc zalecenia, a nie limitu z mandatami za przekroczenie. Owe szybkości zalecane są przy tym dość liberalne – nie radziłbym przekraczania ich o więcej niż kilkanaście km/h (przynajmniej w pełni obciążoną Corsą). W każdym razie w Islandii, w przeciwieństwie do Polski, człowiek nie musi się co pięć sekund zastanawiać, ile tutaj wolno jechać, ale trzeba pamiętać, że wolność wiąże się z odpowiedzialnością: nawet trzymając się znaków musimy mieć oczy dookoła głowy i używać mózgu, bo szybkości dozwolone prawem nie pozostawiają tak ogromnego marginesu jak u nas, szczególnie w deszczu.

Obszary zabudowane poza dużymi miastami są również wyznaczane bardzo liberalnie – nie ma ich w wielu miejscach, w których u nas by były (np. na przelotowych drogach w małych wioskach), a nawet tam, gdzie są, szybkość często jest podniesiona do 70 km/h. Fakt, że w owych wioskach najczęściej nie widać żywego ducha, ale w naszym kraju obszar zabudowany i fotoradary stawia się nieraz w głuchym lesie.

No właśnie, jak z mandatami? Formalnie – oczywiście są, i to wysokie, ale w praktyce ani razu nie widziałem na drodze policjanta. Fotoradary w miastach, czytaj – w Reykjavíku – są częste i nieoznakowane (pewnie dlatego ludzie jeżdżą tam grzecznie), ale poza zabudowanym widziałem je całe trzy razy na "jedynce" i ani razu poza nią. Tak jak u nas, zapowiada je tablica, a one same są kilka razy większe niż nasze i pomalowane na żółto, przez co na tle wulkanicznego krajobrazu widać je z bardzo daleka. Efekt jest podobny jak u nas: zbiorowe hamowanie przed radarem i kickdown tuż za nim, jak na komendę.

Słowa kickdown użyłem świadomie, bo prawie wszystkie auta na Islandii maja automatyczne skrzynie. Nasza Corsa – również, chociaż nie dopłacaliśmy za to. Po prostu, wypożyczalnia  nie miała na składzie manuala i to jest u nich raczej norma (mój kuzyn śmiał się, że to wpływ bliskości Ameryki – jako bywały kilka razy służbowo w USA widział wiele podobieństw obu krajów, włącznie z zapachem w supermarketach, ale ja za oceanem nigdy nie byłem, więc się nie wypowiadam).

Pokażę Wam teraz kilka specyficznie islandzkich znaków drogowych, a potem – trochę zdjęć. Nie spodziewajcie się na nich nic superwyjątkowego, po prostu – motoryzacyjny krajobraz egzotycznego kraju.

 

Na początek – specyficznie islandzkie znaki drogowe. Ten tutaj oznacza jednopasmowy most.

300px-Iceland_road_sign_J41.11.svg

 

a ten – takiż tunel

300px-Iceland_road_sign_J41.51.svg

 

Ślepy wierzchołek (tzn. trzymaj się prawej, bo ktoś może wypaść znienacka z przeciwka)

301px-Iceland_road_sign_J33.11.svg

 

Znaki z szutrówek nie wymagają objaśnień

301px-Iceland_road_sign_J39.11.svg301px-Iceland_road_sign_J32.31.svg300px-Iceland_road_sign_J34.11.svg300px-Iceland_road_sign_J31.11.svg

 

Tego raczej nie zgadniecie – oznacza atrakcję turystyczną

537px-Iceland_road_sign_E02.61.svg

 

Tutaj bez komentarza

480233896

 

Jak przystało na nowoczesny, ekologiczny i bogaty naród, Islandczycy nigdy nie wożą ludzi i towarów starym złomem sprowadzonym z zagranicy

MWSnap116

 

Dwudziestoletnie, skorodowane karoserie łatane za pomocą szpachli nie mają tam racji bytu

MWSnap115

 

Podobnie jak sztuczne dodawanie sobie prestiżu za pomocą pełnoletnich samochodów luksusowych marek

MWSnap114

 

Do ścisłego centrum nie wpuszcza się samochodów, a już na pewno – starych (uliczka przylegająca do rynku w stolicy)

MWSnap111

 

Wzorem Paryża, nie ma wyjątków dla tzw. "klasyków" (to jest sam rynek – zwróćcie uwagę, że jest tutaj też postój taksówek)

MWSnap120

 

A to – główny deptak turystyczno-handlowy, a na nim – hotelowa taksówka pozostająca w aktywnej służbie

MWSnap121

 

Również na wsi dominują auta nowe i oszczędne. Naprawy powypadkowe są wykluczone

MWSnap112

 

Pamiętajcie, że SUVy i starocie o wielkich pojemnościach niosą śmierć dla planety i ludzi

MWSnap118

 

W cywilizowanych krajach nikt nie przedłuża sobie męskości za pomocą gargantuicznych SUVów…

MWSnap131

 

…ani wozów sportowych (nie, to nie ten, co jechał ponad 100 km/h po mieście, Corvette'y są widokiem prawie że powszechnym)

MWSnap129

 

SUVy…? Stare limuzyny…? Tylko w zacofanych krajach!!

MWSnap165

 

Postępowe społeczeństwa złomują wszystko, czemu skończyła się gwarancja

MWSnap163

 

Drogi wielopasmowe powinny być zakazane, a przewożenie ładunków z otwartym bagażnikiem to sprowadzanie zagrożenia życia

MWSnap144

 

Transport publiczny odbywa się wyłącznie najnowocześniejszym i najbardziej ekologicznym sprzętem…

MWSnap126

 

…a i on nie ma wjazdu na tereny objęte ochroną przyrody (to jest szlak turystyczny w parku narodowym Skaftafell)

MWSnap133

 

A teraz już na poważnie – kilka profesjonalnych terenówek, w sam raz na islandzki interior

MWSnap130

 

Żona ma 165 cm wzrostu (po lewej – nasza Corsa)

MWSnap122

 

Big-footów używają też oczywiście służby ratunkowe

MWSnap123

 

Z dedykacją dla użytkownika @Klementyna Fi

MWSnap132MWSnap125MWSnap128

 

Również turystom przydaje się ciężki sprzęt

MWSnap127

        

Czasami jest nawet nieodzowny (to ten sam wehikuł, co na zdjęciu tytułowym, tutaj przed przystąpieniem do akcji. Miejsce do lodowa laguna Jökulsárlón, gdzie realizowano zdjęcia do jednego z filmów o agencie 007)