WPIS GOŚCINNY: PO 20 LATACH ESKORTY

 

Dziś będzie wpis gościnny, który przygotował dla nas użytkownik Hurgot Sztancy. To już drugi jego występ (debiut znajduje się TUTAJ), ale pierwszy opisujący osobiste wspomnienia. Zachęciłem Hurgota do sięgnięcia po pióro (klawiaturę), bo uważam, że warto spisywać i przekazywać potomności nie tylko encyklopedyczne fakty, ale również – a może przede wszystkim – obraz szarej codzienności. „Moje dwa i cztery kółka” Witolda Rychtera są pasjonującą lekturą nie dlatego, że zawierają opisy i dane techniczne przedwojennych aut albo tabele z wynikami wyścigów i rajdów, ale dlatego, że stanowią niezwykle żywy, pierwszoosobowy opis nieistniejącego już świata. Nasz świat też kiedyś przestanie istnieć – ten z końca ubiegłego stulecia, który często tutaj wspominamy, na dobrą sprawę już przestał, mimo że nam często wydaje się inaczej. Uważam, że warto utrwalać wspomnienia: choć nam samym często jawią się one jako banalne i niewarte czasu Czytelników, to kolejne pokolenia z pewnością będą miały inne zdanie. Tutaj nie chodzi o jakieś wielkie dokonania i niesamowite przygody, a o opowieść o codziennym życiu, w tym przypadku – życiu automobilisty. Takie relacje będą zawsze w cenie, bo ciekawość świata, w tym historii, jest jednym z podstawowych ludzkich instynktów, nie dającym się sprowadzić do żadnych innych.

Jeśli więc ktoś z Was chciałby kiedyś napisać podobny, wspomnieniowy artykuł – dotyczący lat 90-tych, a być może jeszcze wcześniejszych przygód Waszych lub Waszych bliskich – to zapraszam do kontaktu. Nasze czasy, podobnie jak każde inne, też zasługują na swoje kroniki – wszak to właśnie w tym celu ludzkość wynalazła pismo.

A teraz już czas na mięso.

W zamierzchłych latach 90-tych w Polsce samochód reprezentował… no, właściwie to wszystko mógł reprezentować. Tacy nowobogaccy na przykład zasuwali BMW i „Mercami” – tu samochód reprezentował kasę i pozycję. Poza tą oczywistą dwójką do wyboru była też cała masa samochodów ściągniętych ze Stanów na tzw. mienie przesiedleńcze – kto żył, ten pamięta – w dobie gigantycznych ceł można było sobie ściągnąć samochód bez cła ze Stanów, pod warunkiem, że się tam mieszkało jakiś czas. No, oczywiście nie tylko ze Stanów, ale głównie, bo niewielu było przesiedleńców z Japonii. Zabawa polegała na tym, że wcale się do Polski nie musiało wrócić na zawsze, a na dodatek nie było ograniczenia co do ilości samochodów sprowadzonych. Przynajmniej na początku. Czyli można było ściągnąć i tysiąc samochodów. Bez cła. Ze Stanów. No to jeśli ktoś nie pamięta, to już będzie pamiętał skąd się wzięły te wszystkie wymierające powoli Grand Cherokee ZJ, Caravany i Windstary (te to już chyba wymarły). Ale to temat na osobny wpis, kogoś kto się na tym zna lepiej, albo pamięć ma lepszą.

Ci, którym się w miarę udało, ale nie mieli aż takich genialnych pomysłów/kontaktów/sumienia, jeździli sobie czym popadnie. Różnorodność była. Jeździło trochę gratów, pereł Peerelu, trochę zachodnich, no i sporo nowych wynalazków zza żelaznej kurtyny, którą już dawno przerobiono na szmaty. Do czego mogły służyć żelazne szmaty, pozostawię Waszej wyobraźni. Wśród tych aut była jedna perełka: Škoda Favorit. Była ekstra. To takie zachodnie auto już było, mimo że ze wschodu. Ludzie się o nią dosłownie zabijali… no, dochodziło nieraz do rękoczynów (choć to jej następczyni, Felicia, spowodowała drastyczny wzrost współczynnika zabójstw na giełdach samochodowych). Taką oto perełkę postanowiła nabyć moja siostra. Jak postanowiła, tak uczyniła. Z niewielką pomocą mojego dziadka, który podarował jej przedpłatę na „Malucha”. Dziadek zaczął wpłacać na „Malucha” w latach 70-tych, ale do końca Peerelu nie doczekał się swojego wozu – przedpłata kwalifikowała tylko do losowania, odbioru już nie gwarantowała. Chciałem napisać, że to temat na oddzielny wpis, ale tutaj system został już dokładnie opisany: LINK.

Po upadku Peerelu władze III RP zrobiły ukłon w stronę właścicieli przedpłat oferując im w ramach rekompensaty zniżki na nowe samochody. Notabene rekompensaty obowiązują do dziś (ponad 12 tysięcy, więc jeśli ktoś ma dziadka/babcię, to warto zapytać, czy gdzieś tam jeszcze nie leży ona na strychu – przedpłata, nie babcia). Tym sposobem w mojej rodzinie pojawiła się śliczna, bordowa „Favoritka”. Była ekstra, świetna i nie miała wad. Przynajmniej tak się wtedy wydawało. Mieliśmy kilka przygód z nią związanych, jak np. zatankowanie benzyny z beczki mojego dziadka. Beczka ta była zakopana w ziemi od wojny… no, trochę pewnie przesadziłem, ale parę lat tam sobie przeleżała. Na szczęście filtr paliwa wyłapał co było do wyłapania i skończyło się na gruntownym czyszczeniu układu paliwowego. W weekend. W trakcie dalekiej podróży. Daleko od domu.

Największą przygodę związaną z „Favoritką” siostra miała na jednym z warszawskich blokowisk, gdzie pojechała na spotkanie ze znajomymi. Po spotkaniu wrócić do domu nie miała już czym. Komuś spodobała się bordowa Škoda i sobie ją wziął. Proceder to był wtedy nagminny. Stąd te wszystkie multiloki, blokady na pedały, kierownice, oznakowanie szyb. Na szczęście ludzie byli świadomi procederu i nowe samochody były już często ubezpieczane. Z ubezpieczenia siostra dostała jakąś okrągłą sumkę, zapewne około 3/4 wartości auta.

Ale to pozwoliło na zakup dzisiejszego bohatera –  sprowadzonego z Włoch, wspaniale wyposażonego i oszczędnego Forda Escorta 1.8D Turnier Ghia z rocznika 1989. Po naszemu Escort kombi w dizlu i na wypasie. Tak, dziś już wiemy, jak cudowny był to okres dla Escorta, ale wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy i samochód wydawał się być pod każdym względem lepszy of „Favoritki”. W każdym razie, w porównaniu do niej wypas był nieziemski.

Uwaga, wyliczam co miał na wyposażeniu kompakt z lat 80-tych:

– elektryczne szyby,
– elektryczne lusterka,
– centralny zamek,
– welurowa tapicerka,
– regulowany dwupłaszczyznowo zagłówek,
– podłokietnik z tyłu,
– antena radia ukryta gdzieś głęboko (nawet nie wiem gdzie),
– plus takie oczywistości jak wspomaganie hamulców, obrotomierz, bagażnik dachowy, czy skrzynia 5-biegowa.

Przebieg też wyglądał nieźle, 80 tysięcy dla wolnossącego diesla to żadne wyzwanie. Siostra, a właściwie szwagier, jeździli nim kilka lat. Znów, przygód kilka z nim zaliczając. Jedną z nich było zamarznięcie paliwa. No, zdarza się. Ale w „Favoritce” z oczywistych względów nie. Wyjazd na zakupy do IKEI zwieńczony holowaniem Escorta z dwiema osobami na pokładzie przez „Malucha” z czterema osobami na pokładzie – niezapomniany. Inna przygoda też związana była z zimą. Akumulator był słabawy, a 1.8D potrzebował niezłego kopa na rozruch. Akumulator nocował więc w domu. Ważne było zapamiętanie, że centralny zamek po podłączeniu akumulatora może się uaktywnić i zatrzasnąć położone na przednich fotelach kluczyki… Daleko od domu, w święta itd… Zapasowe kluczyki przyjechały pociągiem.

W każdym razie, po kilku latach użytkowania, nastała pora pozbycia się Forda. Wartość na polisie ubezpieczeniowej to 12 tysięcy. Przy wystawieniu go za podobną cenę, zbyt wielu chętnych nie było. Przyjeżdżali głównie handlarze oferujący jakieś 7 tysięcy. No, za tyle pójść nie mógł. A jednak. Po pewnym czasie nocowania pod chmurką udało mi się dogadać ze szwagrem i odkupiłem od nich klekota. Takim oto sposobem stałem się w wieku lat 19 szczęśliwym posiadaczem własnych czterech kółek!! Szpan na max!!

Była to moja pierwsza fura i dla mnie reprezentowała ona wolność. Wolność od tłoku w autobusie, konieczności sprawdzania rozkładów, powrotów do domu o 23:00 (wtedy odjeżdżał ostatni autobus, to i tak lepiej niż gdy mieszkałem w Szklarskiej, gdzie ostatni autobus z wojewódzkiego miasta odjeżdżał o 19:40, a pociąg o 20:50), no i wolność od nadmiaru gotówki….

Jeśli przebieg 80 tkm wydaje się Wam mało prawdopodobny dla dizelka, to pewnie macie rację. W tym przypadku trudno mówić o kręceniu licznika, bo w Escorcie miał on całe 5 cyfr. Więc mogło to być 180, albo i 280… Raczej obstawiałbym tę środkową wartość, w innym razie musiałby jeździć jakieś 50 tkm rocznie, co nie wydaje się realne.

Większość moich znajomych samochodów nie miała, więc byłem wykorzystywany do przewożenia prania, przeprowadzek i odwózek z imprez. Przez tydzień. Bowiem w pierwszy weekend użytkowania dałem się przejechać koledze. Nie zdołał przejechać więcej niż 100 metrów, zanim wymusił pierwszeństwo na Renault 11, które przywaliło nam w lewe drzwi, błotnik i zderzak. No i koło. Mówi się trudno, zdarza się, ale cieszyć się autem przez tydzień to jednak trochę mało. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Auto wylądowało w warsztacie w Warszawie na Bokserskiej (zainteresowani wiedzą, który to), gdzie przestało dwa miesiące, ponieważ warsztat nie potrafił znaleźć drzwi. Wiedzieliście, że drzwi kierowcy w Escorcie kombi różnią się od wersji hatchback? Ja też nie wiedziałem. Przy okazji okazało się, że Ford miał już na koncie przynajmniej jeden wypadek i łatany był po włosku. Południowo-włosku. Na pytanie, czy może być szary zderzak z przodu zamiast czarnego, odpowiedziałem, że nie, bo będzie się różnił od tego z tyłu. A pan blacharz oznajmił, że przecież ten z tyłu jest właśnie szary… Po dwóch miesiącach czekania i zapewnień, że może za tydzień drzwi się znajdą, przekazałem furę do małego warsztatu pod Warszawą, który znalazł drzwi w tydzień. Po kolejnym tygodniu fura była do odbioru. Ale nie wziąłem pod uwagę, że to byli prawdziwi C & G – blacharka była naprawiona, ale mechanika ni w ząb. Ponieważ uderzone zostało koło, do naprawy było zawieszenie oraz maglownica. Wróć!! Przekładnia kierownicza – pisanie dla Automobilowni zobowiązuje!! Moja radość z odebrania Escorta trwała 10 minut, do wyjazdu za bramę. Jednak mechanika była łatwiejsza w naprawach niż blacharka i już po kolejnym tygodniu cieszyłem się sprawnym Escortem. W miarę sprawnym. Przestał działać zamek bagażnika. A centralny zamek nie otwierał prawych tylnych drzwi. Radio przewłaszczyli źli ludzie (na szczęście był to Pionnier). I już nie pamiętam co się stało, ale lewe lusterko przestało być elektryczne. Aha, ponieważ opony były do wymiany przednie dostały odrobinę inny rozmiar niż tylne. Ale to wszystko jakoś jeździło!! I dawało frajdę!!

Moc pełnych 60 koni nie pozwalała co prawda na wyścigi, choć z maluchami wygrywałem zawsze, ale to pewnie kwestia piątego biegu. Tu wypadałoby wstawić emotikonkę, ale w poważnym tekście jednak nie wypada. Aha, w każdych warunkach był szybszy niż autobus (bus-pasów jeszcze nie było). Zawieszenie też nie było skore do szaleństw na torze. Dopiero w kolejnych generacjach Ford rozwiązał problem z kluchowatym zawieszeniem i stał się synonimem świetnego prowadzenia.

Za to obszerne wnętrze, mimo stosunkowo krótkiego nadwozia (4.080 mm, czyli o ponad 60 cm krótszego niż dzisiejsza Astra kombi i tylko odrobinkę dłuższego niż nowa Fiesta), pozwalało zapakować ekipę na weekend. W pięć osób spokojnie można było jeździć nawet w dłuższą trasę. W krytycznych momentach dwie osoby mogły się w miarę wygodnie przespać w bagażniku po złożeniu tylnej kanapy. Fakt, że trasa długości stu kilometrów wydawała się wtedy dłuuuga, a w porównaniu do zatłoczonych autobusów wszystkim się dało jeździć. A i tyłki były w czasach studenckich jakby trochę węższe…

Przez mniej więcej dwa lata, gdy byłem w jego posiadaniu, dojeżdżałem nim tylko na działkę i co niedziela do kościoła!! No dobra, ściemniam, codziennie dojeżdżałem na uczelnię ok. 15 kilometrów, a w weekend na jakąś krótką wycieczkę ze znajomymi. W trasie rzeczywiście nigdy mnie nie zawiódł, to znaczy nigdy nie musiałem wzywać lawety. Czasem, gdy coś się popsuło, albo częściej – ja popsułem, a finanse nie pozwalały na natychmiastową naprawę, musiał biedaczek stać pod drzewem kilka tygodni. W sumie przejechałem nim około 12 tysięcy kilometrów. A piszę o tym teraz, bo na końcu postaram się podliczyć ilość problemów z nim związanych w przeliczeniu na tysiąc kilometrów.

Jedną z głównych bolączek właścicieli starszych aut były przeglądy okresowe, czyli niewiele się zmieniło od dawnych czasów, poza tym, że trudniej jest w dużych miastach przejść przegląd trupem wkładając w dowód 50 zł. Co prawda w tamtych czasach rzadko miałem 50 zł, a już na pewno nie chciałem ich wydawać na propozycje korupcyjne dla przekupnych kontrolerów. Jeździłem więc co roku do SKP przy jednym z dużych ASO, w którym pracował Pan w średnim wieku, a jego córka zdawała na studia kilka lat po mnie. Kiedyś podsłuchałem, jak rozmawiał z kolegą o oblanym przez córkę egzaminie z biologii i postanowiłem użyć tego argumentu w razie problemów. Problemy oczywiście były, większość wymienionych już powyżej oraz jedna niespodzianka – nie można było właściwie ustawić lewego reflektora, który opadł i świecił prosto w dół, ponieważ jego obudowa była połamana. W sumie poważny problem i dziś na pewno coś takiego by nie przeszło, chyba że u Waldka Śledziony. Jednak ja, jako biedny student, ukorzyłem się i zobowiązałem do naprawy świateł, gdy tylko zdam już te egzaminy z biologii. Wtedy zobaczyłem błysk w oku kontrolera i nić porozumienia została  zawarta. Usłyszałem zdanie, które potem usłyszeć miałem jeszcze dwa razy – „bo oni na tej biologii to mogą pisać całą encyklopedię o dżdżownicy”. Faktycznie, pierścienice to interesujący temat, czasem ratujący życie, albo pieczątkę w dowodzie. Reflektorów nie naprawiłem, głównie ze względów finansowych, do momentu sprzedania auta. Co roku odwiedzałem to samo SKP i co roku historia o dżdżownicy zapewniała ”warunkową” pieczątkę. Korzę się przed wszystkimi karcącymi spojrzeniami i wiem, jak aspołeczne było to zachowanie, ale gdy się nie ma na wachę, to światła świecące w dół jakoś mniej przeszkadzają. Młode oczy lepiej widzą w ciemności.

Kolejnym wątkiem ulubionym przez właścicieli złom… klasyków jest ubezpieczenie. O AC nawet nie myślałem, a w pierwszym roku korzystałem z OC szwagra. W kolejnym roku przyszedł szok. Ubezpieczyciel obliczył mi składkę OC na 2.200 złotych!! Tak!! Dlaczego? Pojemność powyżej 1.600 ccm, Warszawa oraz wiek ubezpieczającego poniżej 25 lat. I to było PZU. A Warta chciała zaledwie 2.600 zł. Udało mi się znaleźć najtańszą ofertę, bodajże Samopomoc, w wysokości 1.900 zł. Nie było wtedy linków czwartych, ani rankomatów. A teraz słychać narzekania, że OC  komuś wzrosło z 700 na 1000. Magia czasu… Za to paliwo kosztowało 1,50 za litr i bardzo było mi przykro gdy wzrosło do 1,80.

W kolejnym roku koszt ubezpieczenia był głównym powodem pozbycia się Forda. O tym będzie trochę później.

Po drodze jeszcze opiszę kilka przygód blacharsko-lakierniczych, nieuniknionych u „ambitnych” młodych kierowców. Po pierwsze wracałem kiedyś wieczorową porą z wycieczki po rower. Na dwupasmówce drogę zajechał mi beczkowóz, a ja nie zdążyłem wyhamować (o tym też będzie później). Delikatnie dotknąłem zderzaka szambiarki, ale uznałem, że to nie mogło skończyć się jakimiś uszkodzeniami, bo naprawdę tylko ją dotknąłem. Pojechałem więc dalej, nie zdając sobie sprawy, że prawy kierunkowskaz poszedł w niepamięć. Aż do pierwszego skrętu, gdzie częstotliwość mrugania wzrosła dwukrotnie. Trudno, pomyślałem. Pojeżdżę tak z miesiąc i znajdę zastępstwo. Jednak w trakcie weekendu popełniłem błąd parkując Forda pod akademikiem, gdyż jakiś rozbawiony student postanowił przywrócić mym kierunkowskazom symetrię i rozbił lewy. Do pary.

Słupy na parkingach bywają bardzo złośliwe. Rano podjechałem pod uczelnię i zostawiłem furę na świeżutkim parkingu, na którego środku stał sobie słup (to swoją drogą też dobry pomysł projektantów!). I nawet o tym pomyślałem wysiadając: uważaj na ten słup przy wyjeżdżaniu. A przy wyjeżdżaniu łup w ten słup. Tym razem lampa tylna w drobny mak. Na rynku takowych nie było, więc zaprzyjaźniony warsztat wstawił mi tylne lampy od Escorta Mk 3. Takie schodkowane, w sumie chyba ładniejsze.

W okresie letnim jeździłem na praktyki w polu. Codziennie ta sama trasa, o tej samej porze. Codziennie mijałem człowieka czytającego gazetę, z psem idącym przy nodze. To chyba Berneński Pies Pasterski, czyli całkiem spore bydle, osiągające nawet 50 kg. I tak się codziennie mijaliśmy, aż pewnego dnia po przeciwnej stronie ulicy szedł sobie kotek, a piesek zapragnął się z nim spotkać w trybie pilnym. Przebiegł przez ulicę dokładnie przed moją maską. Zahamować nie zdążyłem (będzie, będzie) i piesek wylądował na czterech łapach spadając z całkiem sporej wysokości. Na szczęście nic sobie nie zrobił, bo widziałem go kilka dni później, już na smyczy. Ale na masce pojawiła się rysa. Taka niewinna, ledwie widoczna, która po trzaśnięciu maską zrobiła się długa na jakieś 70 cm. Tak, to szpachla pękła, czyli maska do wymiany. Prawdopodobnie już trzecia. Nie ufajcie czworonogom, bo pomysły mają swoje!!

Dobra, hamulce. Prawdopodobnie dwie z powyższych przygód nie miałoby miejsca, bądź byłyby mniej bolesne, gdyby hamulce były sprawne. A nie były – po rozgrzaniu po prostu nie działały. Można było deptać z całej siły, a one nic. Płyn hamulcowy był podobno kiedyś wymieniany, ale kiedy? Zaprzyjaźniony warsztat mówił, że co roku. Jasne. A może chodziło o coś innego? W każdym razie na stanowisku w SKP wszystko było w normie. Jazda z czymś takim nie była przyjemna, ale jak już kilka razy wspominał Szczepan w raportach z przejażdżek, słabe hamulce to już taki urok klasyków…

Drugą bardzo denerwującą usterką był uszkodzony wiatrak chłodnicy. W normalnej jeździe nie było problemów, ale wystarczyło stanąć w korku na 10 minut i temperatura szalała. Opracowałem wtedy manualny system start-stop. Działał średnio, ale pozwalał się dotoczyć do domu. Znowu – dało się jeździć, więc naprawa została przełożona na później.

Zapalanie samochodu zimą nie było łatwe, ale po minucie, dwóch (tak…) kręcenia rozrusznikiem, zazwyczaj zapalał. Jednak któregoś zimowego dnia, nastąpił strajk i Escort nie chciał zapalić, mimo usilnych nalegań z mej strony. Akumulator był cieplutki, przyniesiony prosto spod kaloryfera. A ponieważ było zimno, no to pewnie zamarzło paliwo. Przerzuciłem się na zbiorkom. Aż nastał 14 lutego, czyli Walentynki. Oczywiście oświadczyłem mojej przyszłej małżonce, że Walentynek nie obchodzę, bo to głupie święto amerykańskie, z czym moja luba się zgodziła. Ale gdy przyszło co do czego, siostra kopnęła mnie w sempiternę i oświadczyła, że mam jechać do dziewczyny, bo jej na pewno smutno. Zabrałem się więc do naprawy Escorta – okazało się, że paliwo może i było zamarznięte, ale przede wszystkim mocowanie jednej klemy zostało naderwane i prąd rozruchowy był mizerny. Po tej szybkiej naprawie pognałem uszczęśliwiać moją Walentynkę swoją obecnością.

Jak wspominałem, zbliżał się termin kolejnej składki ubezpieczenia. Obliczona składka wynosiła mniej więcej tyle samo, co w roku poprzednim. Zniżki za bezszkodową jazdę nie było, bo bezszkodowo rok nie upłynął: na naszej uczelni pracował pewien docent, taki prawdziwy, ze starych czasów. I miał swoją perełkę – wychuchanego i kochanego Volkswagena Polo. Gdy przychodziło lato, okrywał go kocykiem, żeby lakier nie wyblakł. Gdy zapowiadała się burza, również kocyk szedł w ruch, żeby grad nie uszkodził nadwozia. A w zimie śnieg i mróz. Myty był ręcznie co kilka dni, jeździł 5 km/h po kostce brukowej na naszej drodze, gdzie wszyscy inni wybierali drugą opcję minimalizującą wstrząsy – powyżej 60 km/h. No, kochał ten samochód. Ale pewnego dnia Pan Docent zaparkował troszkę za blisko mnie, choć wydawało mi się, że się spokojnie zmieszczę przy wyjeżdżaniu. Drzwi Polo wgniecione, Docent w apopleksjach, a moja zniżka wyparowała w niebyt. Dobrze, że mnie z uczelni nie usunęli pod pretekstem zamachu na zdrowie wyższych kadr.

To był znak, że z Fordem należy się rozstać. A ponieważ nie śpieszyło mi się za bardzo, na dzień przed terminem składki zadzwoniłem do kilku handlarzy. Wszyscy oferowali 4.000. Ale jeden – 4.500!! Wybrałem oczywiście tego. Facet był całkiem uprzejmy i po zobaczeniu auta nawet mnie nie wyśmiał, ale stwierdził, że 4.500 to on z całą pewnością nie da, chyba, że weźmiemy go do serwisu i ja zapłacę, za naprawę wszystkich znalezionych tam usterek. Dobra zagrywka z jego strony. Wziąłem 4.000 i szczęśliwy pojechałem do domu autobusem.

Po miesiącu otrzymałem kopię umowy z nowym właścicielem – handlarz sprzedał go za 7.000 zł. Niby 3.000 zysku, ale musiał zapłacić za ubezpieczenie i pewnie parę drobiazgów naprawić.

To na pewno nie wszystkie problemy i przygody, po prostu części już nie pamiętam. Łącznie naliczyłem 14 problemów z autem na dystansie 12 tysięcy kilometrów i dwóch lat – średnio co 850 kilometrów i 52 dni coś mi się przytrafiało. Polecam youngtimery Forda o nieznanym pochodzeniu – każdy może się na nich nauczyć życia.

Czy warto było kupić to auto? No jasne!! Wydatek był to ogromny, łącznie pewnie około 14.000 przez dwa lata. Ale zyski też niemałe. Jak tu wycenić zawiezienie dziewczyny do kina swoim samochodem, a nie autobusem? Możliwość powrotu z koncertu czy imprezy o dowolnej porze (ale na trzeźwo…). Wyprawa na wycieczkę ze znajomymi z pełnym bagażnikiem. Stanie w korku na wygodnym siedzeniu (siedzenie w korku?). No i pobudka do uczelni o pół godzinny później, czyli zasypianie o pół godziny później. Czysty zysk!!

Przy przeprowadzce po kilku latach znalazłem to: jeśli czyta nas przypadkiem aktualny właściciel (jasne…) Escorta, to proszę o kontakt, oddam za możliwość spotkania i dopowiedzenie historii.

Share Button
Tagi: , ,
99 comments on “WPIS GOŚCINNY: PO 20 LATACH ESKORTY
  1. zwolak napisał(a):

    Fajnie sie czytalo. Chyba zbiore moje motoryzacyjne wspomnienia w jedna calosc i podesle Szczepanowi. Moze opublikuje? 😉

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      dzięki! A Szczepan na bank takie coś opublikuje – takie wspomnienia niedługo będzie się czytało jak legendy, bo młodsi nie będą sobie w stanie wyobrazić, jakie przygody mogły się wiązać z posiadaniem auta

    • SzK napisał(a):

      Napisz, podeślij, dogadamy się. Wspoknienia warto utrwalać i opowiadać, a i ja się ucieszę, bo na okresy urlopów nie zawsze jestem w stanie przygotować wszystko sam 🙂

  2. pstrykEJ9 napisał(a):

    Takiego wyposażenia to nie ma i mój samochód z końcówki lat 90. Notabene też pierwszy, póki co 😉

  3. wojluk napisał(a):

    OC nadal jest wysokie co do wartości. Moje pierwsze ubezpieczenie OC na Xsarę 1.6i 2000 rok (szczęście, że zwlekałem do 25 urodzin, więc dodatek za młodocianego odpadł) i tak oscyluje w okolicach 1700. Ale dzisiaj siła nabywcza 1 PLN jest inna niż w latach 90, więc można przyjąć, że jest taniej.
    A takie osobiste wspomnienia zawsze się dobrze czyta. Proszę o więcej:)

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Ja bym nie wytrwał 😉 Za Hondę płacę 1300.

    • nudny napisał(a):

      Za dwulitrowego ZX’a liczyli mnie 1500pln przy maksymalnych zniżkach (mam 24 lata, więc dochodzi zwyżka za wiek). Udało mi się ukroić 500pln poprzez wirtualne przeniesienie postoju samochodu z Warszawy do domu letniskowego w Jastrzębiej Górze. Stawki OC są strasznie bandyckie, jak młody kierowca bez możliwości przejęcia zniżek po członku rodziny (pierwsze auto współwłaścicielowałem z ojcem) ma w ogóle mieć możliwość utrzymać pierwsze 4 koła? Przykład kumpla: kupił kiedyś CC 900 za 800pln, OC wyszło 1400pln.

      • wojluk napisał(a):

        To prawda. U ns ubezpieczalnie zakładają, że młody kierowca = zabójca na kołach. Kiedyś czytałem, że w Niemczech jest trochę inaczej. Ceny są korzystne, ale trzeba je potwierdzić bezwypadkową jazdą. W razie zdarzenia drogowego lecą podwyżki. U nas są od razu 🙂

      • SzK napisał(a):

        Ja od zawsze powtarzam, że OC powinno być płacone od kierowcy, nie od samochodu, i zależeć wyłącznie od wypadkowosci oraz częstotliwości mandatów za poważne zagrożenie bezpieczeństwa (czerwone światła, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, szybkość 30+, itp.)

      • ZIWK napisał(a):

        Dodatkowo ubezpieczenia kalkuluje się wg pojemności…
        Czyli delikatnie mówiąc mułowaty ZX 1.9D jest na pewno jest bardziej „szkodotwórczym” pojazdem niż jakieś 1.4 turbo benzyna…

      • Daozi napisał(a):

        Ubezpieczenie płacone od pojemności jest nielogiczne, ale od samochodu już owszem. Jeżeli jeżdżę autem za pół miliona i ktoś we mnie wjedzie, to ubezpieczyciel musi mi wypłacić kilkanaście tysięcy co najmniej. Skąd ma je wziąć, skoro z jadącego ściąga małe pieniądze (bo do tej pory jeździł w porządku), a i ze mnie ściągałby mało (gdybym płacił nie za samochód)?
        Natomiast zwyżka dla młodych kierowców wynika ze statystyk – oni powodują bardzo dużo wypadków. A skąd ubezpieczyciel ma wiedzieć, że konkretny młody kierowca akurat jest ostrożny? Tego nie sposób przewidzieć; nawet po roku jego jazdy.
        Natomiast co do OC od kierowcy: mam osobę w rodzinie, która jeździ jak drogowy Francis Drake. Ale mandaty wypisywane są w większości na jego ciotkę, bo inaczej już dawno nie miałby prawa jazdy. Tak więc on sam miałby niskie OC. Ciotka nie, ale ona nie ma samochodu i tak… Polacy niestety kombinują.

      • SzK napisał(a):

        OC jest za szkody powodowane przez Ciebie. Poszkodowany może mieć OC zupełnie gdzie indziej, więc wartość Twojego auta nie mma nic do rzeczy. Zresztą pojemność również nie ma nic do wartości.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        Wiesz, ubezpieczenie OC człowieka a nie samochodu sprowadza się do tego, że nigdy nie jedziesz dwoma autami na raz, więc dlaczego niby masz płacić za ubezpieczenie Twoich dwóch samochodów? Jeśli żona jeździ drugim, to ona też będzie miała swoje OC. I Ty będziesz płacił, powiedzmy 1000, a ona 800. Poza tym tutaj dochodzi taka zaleta, że pokryte byłyby też szkody rowerowe.
        W przypadku twojej Cioci, nie ma to znaczenia – składka wzrosła by JEJ.

        Ubezpieczenie OC od wartości samochodu nie ma żadnego znaczenia, bo dziś jadący Bentleyem wjedzie w Tico, a jutro Tico wjedzie w Ferrari. I niby dlaczego ten w Ferrari miałby płacić więcej niż ten w Tico? On już płaci większe AC, na wypadek gdyby to on spowodował wypadek.

      • Krzyś napisał(a):

        Ja też uważam, że obecny system jest korzystny dla ubezpieczalni a nie dla użytkowników i że ubezpieczenie od kierowcy a nie od samochodu byłoby uczciwsze. Tak samo nie rozumiem dlaczego np. w Niemczech można zarejestrować samochód sezonowo i wydawane są odpowiednie tablice rejestracyjne a w Polsce już niestety nie. Sam mam teraz jeden pojazd, który użytkuję od maja do października ale OC muszę płacić za cały rok. W ogóle to tym autem jeżdżę stosunkowo rzadko ale z oczywistych względów mój zasadniczy samochód wtedy nie jest w ruchu.

        Zawsze pojawia się kontrargument, że obecny system jest bardziej szczelny ale moim zdaniem to wymówka ze względu na fakt że baza CEPIK dalej za bardzo nie działa a poza tym jest korzystniejsza ekonomicznie dla ubezpieczalni.

        Najlepsze jest to, że jak kupowałem swoje drugie auto to okazało się, że poprzedni właściciel za OC zapłacił ponad połowę kwoty za jaką samochód odkupiłem.

      • Daozi napisał(a):

        Możliwe, że ubezpieczenie OC dla kierowcy zamiast samochodu jest korzystniejsze dla użytkowników. Ale w bardzo wielu krajach (większości?) stosuje się jednak OC samochodu. Czy jest to spiseg ubezpieczalni? Nie wiem, ale skądś się to bierze, ciężko mi uwierzyć żeby ubezpieczyciele aż tak silnie lobbowali w tylu różnych krajach na całym świecie.
        OC czasowe jest dobrym pomysłem, tylko nie wiem co się dzieje jeżeli w niejeżdżący samochód ktoś puknie? Spisuje się oświadczenie ze strony sprawcy na aktualną polisę a poszkodowanego na starą? Niemcy musieli to jakoś rozwiązać, ale nie wiem jak.

      • SzK napisał(a):

        Jeśli ktoś puknie, to OC poszkodowanego nie ma nic do rzeczy – numer polisy wpisuje się do oświadczenia jako czystą formalność, na wypadek, gdyby to jednak jemu znaleziono jakąś winę. OC to odpowiedzialność cywilna, która wg kodeksu cywilnego jest wyłącznie po stronie sprawcy.

        Poza tym jednak w DE auto bez OC nie może stać na drodze publicznej, a tylko na prywatnej działce lub garażu. To na wypadek, gdyby się np. zapaliło, wylałyby się albo płyny albo zjechałoby z pochylości.

        OC za samochód to po prostu forma zdzierania kasy – masz duże auto, można z Ciebie doić. Zresztą w Austrii i Niemczech istnieje możliwość rejestracji kilku aut na jedne tablice i jedno OC. Płaci się wtedy za najdroższy z samochodów i przykręca tablice przed każdym wyjazdem, reszta czeka sobie w garażu.

      • benny_pl napisał(a):

        watpie, ze w tej kwesti cokolwiek zmieni sie na lepsze, ubezpieczalnie, jak i banki to najwieksze siedlisko prawnikow, a oni raczej zawsze dopna swego

      • Daozi napisał(a):

        Aha – no to chowanie auta ma sens, teraz rozumiem.
        Co do ubezpieczenia za pojemność już pisałem, że owszem, to jest bez sensu. Jaskrawy przykład? Mazda RX8 ma nominalnie pojemność… 1.3 l. Nieważne, że to Wankel i powinno być ok. 2.6 (spotkałem się z kalkulacją wyliczającą nawet blisko 3.9 dla Renesisa, bo liczono bodaj całą komorę).

    • gumi napisał(a):

      A jak młody szczyl (18) kupi sobie NÓWKĘ 1.4 turbo to ile zapłaci OC? 400 stówki – jak nie mniej – bo nikt nie pyta wtedy o wiek.I nie mam na myśli że 1 rok tylko tak jest.”promocja” trwa niby 10 lat.

  4. hooligan. napisał(a):

    Choróbcia. Sporo tego. To teraz ja – rok 1996, pierwsze własne auto w życiu, Wartburg 353W rocznik 1978 kupiony od rodziny pierwszego właściciela-nieboszczyka za 1000 PLN nowych. 18-nastoletni wówczas enerdowski gruz miał jakieś 150 tysięcy przebiegu i jeden remont wału za sobą (w sumie normalna sprawa). W sumie auto zadbane mimo wieku, całe życie w ciepłym garażu. Po drobnej kosmetyce i kilku wymianach, które uznałem za priorytetowe (choć nie konieczne, dało się bez tego jeździć), czyli wymiana aparatu zapłonowego na nowy wraz z regulacją, wymiana przewódow hamulcowych, wymiana rozrusznika na 4-szczotkowy nowy Zelmot od Syreny etc i wymiana tego „jabłka” przy dźwigni zmiany biegów na dorobiane mosiężne, przez kolejne 4 lata Wartbim przejechałem 44 tysiące km absolutnie bez żadnych problemów technicznych w każdych warunkach drogowych i klimatycznych. Zapłon zawsze od pierwszego przekręcenia. Sorry, był jeden zonk, musiałem wymienić włącznik dmuchawy, bo raz łączył raz nie, co bywało irutyjące. Tyle. Do tego żadnych przygód wypadkowych, nawet jednej obcierki. Oczywiście żadnych problemów przy przeglądach. No ale to ja byłem ten biedny i głupi, co to musiałem turlać się złomem po komumie, nie wiedząc jaka to przyjemność i prestiż użykować wspaniałe auta z drugiej ręki ściągane z z zachodu 🙂

    • Jerzy napisał(a):

      To Wartburg miał wał?

    • benny_pl napisał(a):

      zazdraszczam zadbanego Warczyburga 🙂 przedni naped i rama to duze plusy, ale ja zawsze chcialem miec albo DFa albo Zastave 1100p – te 2 auta najbardziej mi sie podobaly od zawsze, ale niebardzo dawalo sie znalesc Zastave z gazem a koniecznie chcialem miec gaz zeby tanio jezdzic, wiec kupilem DFa – z dzisiejszej perspektywy troche zaluje, Fiat palil zawsze 13-15 gazu, wiec to wychodzilo na to samo co by palila Zastava te 7l benzyny, a Zastava nie dosc ze naped na przod to jeszcze uniwersalne nadwozie hatchback, no ale Zastavy tez byly okolo 7 lat starsze (zwykle byly te z przelomu lat 70/80) od DFa (te zwyle byly z koncowki lat 80), wiec o tyle bardziej zgnite byly Zastawy, a 7 lat dla auta z FSO to jest bardzo duzo 🙂

      jak sie sprawowaly biegi przy kierownicy w Warczyburgu? ja mialem pozniej Trabanta 601 i baaaaardzo mi sie podobaly biegi przy kierownicy, byly bardzo wygodne, no i ten dwusow ktory szedl jak szatan w porownaniu z totalnie mulastym DFem, ktory mial totalnie wywalone na to czy sie cisnelo gaz troche, czy do dechy, czy redukowalo bieg, co najwyzej inaczej warczal i sobie powoli przyspieszal 😉

  5. Ola napisał(a):

    Ja tam byłam, widziałam i na chłopa a nie auto poleciałam 😉 Świetnie opowiedziane 🙂

  6. Hurgot Sztancy napisał(a):

    ciąg dalszy przygód, które siostra mi przypomniała:
    1. szwagier dostał swoją pierwszą w życiu premię z pracy, niewielką – a chwilkę potem wyjeżdżając z bramy zahaczył tyłem o klon, który rósł tram od zawsze – premia została przeznaczona na malowanie tyłu (szczegół – kolor lakieru to biały diament, które go w warsztacie nie mieli, więc pomalowali białym, jakim mieli)

    2. w zaufanym warsztacie młody mechanik nalał płynu do spryskiwaczy do chłodnicy. Po telefonie do warsztatu szwagier został uspokojony, że spoko, może tak być, płyn do spryskiwaczy nie zamarznie.
    Ale gdy wracali do domu z chrzcin, płyn owszem nie zamarzł, ale się zagotował, bo alkohol jakby troszkę szybciej wrzał… kłęby płynu do spryskiwacza wydostające się spod maski… Może to też było jedną z przyczyn jego przegrzewania w późniejszym czasie?

    • RoccoXXX napisał(a):

      Moja historia jest taka. W latach 90tych sprzedałem znajomemu mojego dobrego kolegi kilkuletniego Civica. Gość tego samego dnia strzelił mocnego dacha. Nie wiem dlaczego ale od tego czasu zawsze na mnie krzywo patrzył, jakby ten wypadek i utopiona przez niego kasa to z mojej winy.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        bo mu wszyscy mówili, że civic to jest megasuperauto bez wad i będzie w nim jeździł jak miszcz, a Ty mu sprzedałeś bubla, który się od razu wywrócił

        a tak na poważnie, podejrzewam, że to wstyd – człowiek się wstydził, że rozwalił Twoje byłe auto

  7. Cayman napisał(a):

    Bardzo ciekawy wpis, fajnie się czyta takie wspomnienia. Ja odniosę się do jednej rzeczy. Moje dzieciństwo przypadało na lata 90. i wtedy właśnie na podkarpackiej wsi, pośród Maluchów, Fiatów 125, Polonezów i samochodów zachodnich widywałem pojedyncze egzemplarze samochodów ściągniętych z USA, chyba właśnie na wspomnianej we wpisie zasadzie. Wtedy, gdy nie było jeszcze tak szeroko dostępnego internetu to ich nazwy były dla mnie całkowicie egzotyczne. Zresztą niektóre egzemplarze pamiętam do tej pory m.in. czarnego Forda Probe, zielone Geo Metro, również zielony Geo Prizm, szary bądź czarny Eagle Vision, natomiast nadal widuję jeszcze jeżdżącego po okolicy wiśniowego Saturna SL. W USA samochody te należały do modeli budżetowych, za to u nas to były modele zupełnie nieznane.

    • benny_pl napisał(a):

      niedawno rozebralem na zlomie rozbite Geo Metro 🙂 wymontowalem caly zespol napedowy gdyz byla skrzynia automatyczna a ja mam do nich slabosc 🙂 pozatym byl z malym przebiegiem, niecale 100tys mil

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        Geo Metro to w był przebadżowany Swift – absolutnie budżetowa pozycja w USA; zawsze mnie to zastanawiało, że opłacało się ściągać tego typu modele, zamiast prawdziwych krążowników; pewnie zużycie paliwa miało tutaj jakieś znaczenie

      • SzK napisał(a):

        No i pewnie jeszcze polskie opłaty, łatwość eksploatacji i późniejszej sprzedaży w Polsce oraz cena zakupu…

      • benny_pl napisał(a):

        raczej Colt, choc to prawie to samo 🙂 dla tego tez go rozebralem, bo jak mi sie trafi jakis niezgnity Colt to sobie zaloze swoj zespol napedowy i bedzie automat 😀

        wogole duzo takich sprowadzali kiedys, pontiaki le mans (czyli kadetty) merkury (czyli scorpio) itp
        pewnie z dwoch powodow:
        1. kiedys ludzie byli bardzo podejzliwi i kupowali tylko to co w miare znali, przyzwyczajeni do tego ze ich „perly peerelu” psuly sie regularnie, wiec to tez bedzie i skads trzeba brac czesci
        2. takie tanie modele byly tez tanie uzywane w usa wiec mozna bylo wiecej zarobic lub mniej zaryzykowac

      • Krzyś napisał(a):

        W latach 90tych sąsiadka z bloku wyjechała do stanów do pracy. Jako mienie przesiedleńcze sprowadziła sobie samochód – Forda Aspire. Samochód ten kupił jej pracodawca, żeby miała czym jeździć po zakupy. W realiach amerykańskich jak zobaczyła ten samochód to stwierdziła, że po co jej takie auto klasy malucha. Tak tam on po prostu wyglądał. Po sprowadzeniu do Polski przeżyła duży szok, że ten w/w Ford był bliżej Escorta niż np. Fiesty.

        Ciekawostka: po Trójmieście w tamtym czasie jeździły 2 prawie identyczne egzemplarze, tego drugiego na czarnych tablicach widywałem jeszcze 3 lata temu.

        Ten Aspire to był jednak mało osobliwy model, duże wrażenie robił Pontiac Trans Sport, który był widywany w okolicach Trójmiasta i półwyspu helskiego we wczesnych latach 90tych. W porównaniu do naszego malucha rocznik 83 wyglądał jak pojazd z innej planety, później ten sam albo taki sam egzemplarz jeździł jako taksówka. Koledzy z podstawówki robili sobie co jakiś czas zrzutki, żeby tą taksówką po prostu pojeździć.

        Najbardziej podobały mi się przeróbki świateł w „amerykanach”. Reflektory np. ze 126p czy z czego popadnie w miejsce sealed-beam i pomarańczowe wklejane wstawki w tylne lampy zespolone. Fajny skecz w tych klimatach był w programie „Za chwilę dalszy ciąg programu” – zaaranżowane badanie na SKP. Jedną z ról miał tam Trabant, który prywatnie należał bodajże do Hirka Wrony.

      • benny_pl napisał(a):

        tez pamietam jak Trans Sport robil na mnie szalone wrazenie w latach 90, kosmos po prostu, a Lumina bez tych fałd jeszcze fajniejsza, szczegolnie taka czerwony metalik z czerwonym wnetrzem, miodzio

      • gumi napisał(a):

        wklejki w lampy…
        Po mojej okolicy dalej jeździ Dodge Durango z kierunkowskazami z Ursusa C 330 wklejonymi tak misternie ,że jak się nie podejdzie bliżej jak na metr to wygląda jak Ori.

    • RoccoXXX napisał(a):

      W latach 96-97 tata miał Aerostara, choc oczywiscie marzył o Windstarze. W sumie fajne auto (totalne przeciwieństwo tego co teraz) i to co podoba mi sie do dziś, czyli przesuwane drzwi tylko z jednej strony. Ostatnio miałem szalona myśl: może kupić cos takiego i powozić sie przez kilka miesięcy. Całe szczęście na drugi dzień mi przeszło, choć nieraz zerkam na olx i allegro co słychać w tym temacie (ach te sentymenty)

      • benny_pl napisał(a):

        Aerostar super wyglada, szczegolnie czarny ze srebrnymi stopniami i nakladkami, ciezko znalesc nie zgnitego…
        ten wyglada na prawde niezle
        https://www.olx.pl/oferta/ford-aerostar-CID5-IDnNcEY.html
        uszczelki pod glowicami to nic strasznego, to OHV wiec nawet rozrzadu (ktory jest na lancuszki!) ruszac nie trzeba przy sciaganiu glowic, wiec szybka latwa naprawa, niestety to dla mnie drugi koniec Polski i choc tam juz bylem zamienic sie Tico za Micre K10, to jednak Micra byla (jako tako) jezdzaca, taka wyprawa z laweta to zdecydowanie mniej fajna sprawa

  8. benny_pl napisał(a):

    noo, zawsze zastanawia mnie skad w tak mlodym wieku ktos mial 7 tysiecy…
    moj pierwszy wlasny samochod to Duzy Fiat za 600zl ktore sam zarobilem bedac jeszcze w technikum, na roznych naprawach RTV, oczywiscie odlozone mialem sporo wiecej, zeby starczylo jeszcze na oplaty, czesci do napraw (samodzielnych lub z kolegami), razem cos kolo 2tys, z tym ze ja na poczatku mialem zawsze auto na wspolwlasciciela-moja mame ktora miala znizki wiec mi OC na DFa wychodzilo ok 350zl (co i tak bylo duzo, ale bez znizek to bylo kiedys ok 1zl/cm^3, czyli za malucha bylo ok 700zl za DFa ok 1500zl) tez mialem na poczatku w Samopomocy, ktora w miedzyczasie zmienila nazwe na HDI – mi tam sie nazwa samopomoc bardzo podobala, taka swojska 🙂
    DF wymagal sporo napraw na poczatku, bo byl zaniedbany, ale za solnidnie wykonane naprawy odwdzieczal sie 5 letnia w zasadzie bezawaryjna praca (nie liczac uszkodzen z mojej winy jak wjechanie w cos, rozwalenie miski oleju itp) ale nigdy mi nie stanal na drodze (no chyba ze zabraklo gazu i benzyny)

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      Odpowiedź jest prosta – matka sprzedała mieszkanie i skapnął mi taki właśnie udział. Za to sam musiałem go utrzymać, a że byłem oszczędny i nie piłem, to jakoś to szło. Za naprawę po dzwonie zapłacił sprawca, czyli mój kolega – pojechał na całe wakacje do Niemiec pracować na budowie.

      HDI przejęło Samopomoc, więc siłą rzeczy zmieniło nazwę, choć też wolę starą. I tak HDI lepsze niż Circle K…

      • RoccoXXX napisał(a):

        Bodaj w Samopomocy miałem w 99 r. Ubezpieczonego Lanosa. Auto było nowe więc był to pierwszy samochod, na który miałem AC. Auto ukradli mi z działki pod Wyszkowem. Tym co nie wiedza wyjasnie, że w latach 90 miasto w którym pomiędzy stróżami prawa a mafią nie było żadnej granicy (pełne zblatowanie). Najpierw kilka tygodni trwało postępowanie na „policji” a potem przywolana Samopomoc bankrutowala. Chyba po roku dopiero odzyskslem pieniądze. Po drodze były jeszcze negocjacje ze złodziejami którzy chcieli jeszcze od nas pieniądze za zwrot auta. W 98 dziadkowi buchneli na warszawskiej Pradze praktycznie nowego Golfa, bez AC – to dopiero była gimnastyka jak odzyskać auto. Filmy można by kręcić. Dzisiaj sie z tego śmieje, ale były to straszne czasy pod względem tego bandytyzmy.

    • pstrykEJ9 napisał(a):

      Te wnikanie skąd ludzie mają pieniądze, tak bardzo Polskie. Znam ludzi którzy w wieku 18 lat jeżdżą samochodami za ponad 30 tyś zł, bo dla ich rodziców to nie są de facto żadne pieniądze i co? SzK zrób coś z takimi komentarzami.

      • benny_pl napisał(a):

        to bylo raczej pytanie retoryczne 🙂 mnie tam wszystko jedno przeciez skad co ktos ma, w zaden sposob to na mnie nie wplywa 🙂
        mi by bylo po prostu szkoda wydac kilka/kilkanascie tysiecy na samochod, czy na cokolwiek (procz budowy/remontu domu), bo sknera jestem i „zydem” 🙂

      • pstrykEJ9 napisał(a):

        No to gdyby wszyscy tak myśleli jak Ty to nie byłoby samochodów klasy premium nawet na ulicach.

      • benny_pl napisał(a):

        poupadaly by tez wszystkie sklepy oprocz spozywczych, a zlomowiska swiecily by pustkamu bo bylo by wszystko wykupione i skad bym ja bral wszystko wtedy? 🙂
        jak to kiedys Zlomnik napisal – w dzisiejszych czasach mozna bardzo dobrze zyc na smietniku bogatych ludzi – mi sie to zdanie bardzo podoba, bo jest bardzo trafne!

      • Mav napisał(a):

        @pstrykEJ9
        „Te wnikanie skąd ludzie mają pieniądze, tak bardzo Polskie.”

        No właśnie wydaje mi się, że bardziej polskie jest zatajanie takich informacji… dochodzi do tego, że spotykam się z tym, że sąsiedzi z bloku nie chcą nawet w normalnej, trywialnej rozmowie powiedzieć gdzie pracują (bez pytania „za ile” czy na jakim stanowisku – po prostu gdzie). Oczywiście jak ktoś nie chce to nie ma co go zmuszać do podawania informacji, ale wsadzanie do jednego worka pytania o konkretne zarobki i pytania „jak i gdzie” uważam za przesadzone.

        Przecież w tym pytaniu nie było insynuacji o nielegalność źródła pieniędzy. Skoro są legalne to czemu zainteresowanie źródłem miałoby być tajemnicą?

    • SzK napisał(a):

      Ja na studiach miałem kilka stów stypendium za dobrą średnią, poza tym dawałem lekche języków i udzielałem się w rodzinnej firmie, a mając utrzymanie w domu i wydając mało (ja też nigdy nue imprezowalem) mogłem odkładać większość z tego, co zresztą bardzo się przydało na starcie w życie. Znam ludzi, którzy jako studenci prowadzili własną działalność gospodarczą albo jeździli na wakacjach do pracy za granicę i przed obroną dyplomu mieli własne mieszkanie, a nie tylko starego Escorta. Naprawdę istnieją w życiu najróżniejsze drogi.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        Był moment, że na studiach wykonywałem jednocześnie 5 prac – sprzątałem biuro, wklepywałem dane z faktur do systemu, pracowałem jako ogrodnik, przepisywałem ogłoszenia o pracę z gazety (tak, ktoś chciał za to płacić) i dodatkowo drobne prace na uczelni, w laboratorium. To, po sprzedaży Escorta, pozwoliło mi na zakup 4-letniego punciaka.

      • benny_pl napisał(a):

        oo no tak, tez mialem kiedys na studiach stypendium, o ktorym nie wiedzialem nawet, bo nie lazilem po zadnych dziekanatach czy czym stakim bez calkowitej koniecznosci, no i kilka razy jakis tam kolega mowil zebym gdzies tam poszedl do jakies kasy czy cos (gdzie nigdy nie bylem), ale myslalem ze sobie jaja robia 🙂 az ktoregos razu sami mi powiedzieli ze juz tam prawie z roku na mnie czekaja, okazalo sie ze sie uzbieralo cos z 1500zl i kupilem sobie za to Samare, oczywiscie z gazem 😉 w porownaniu z DFem to byl demon predkosci i przyspieszenia, a do tego palila tylko 10l gazu, ale podloga jak zaczalem dlubac okazala sie kompletnie zgnita, a wtedy jeszcze nie umialem lepic nawet na nity, do tego chcialem podholowac kawalek zuka i przy probie pociagniecia go urwal zie tylny zaczep razem z podluznica 😉 zawieszenie tylne nie ucierpialo, ale Lady sie pozbylem zamieniajac sie za Tarpana 1500 😉

    • Mav napisał(a):

      Nie wiem jak Hurgot, ale w moim przypadku nie 7, a 4. Tyle zostawało na czysto po dwutygodniowym winobraniu we Francji.

      • Daozi napisał(a):

        A mnie z kolei zawsze zastanawiało dlaczego niektórzy ludzie jak odłożyli na studiach powiedzmy kilka tysięcy, to kupowali samochód, czyli czynili najgorszą możliwą inwestycję pieniędzy (a, przepraszam, inwestycja w wódkę i fajki bywała gorsza). Ani mnie to ziębiło, ani grzało, ale dziwić dziwiło.
        Sam pierwsze auto kupiłem, jak już miałem pracę i była to Corolla E11. Niestety, albo na szczęście, nie mam z nią związanych barwnych historii, bo to żelazo było bardziej pancerne niż Panzerkampfwageny. Może z wyjątkiem jednego incydentu: jadąc do ówczesnej dziewczyny wiozłem składniki na sałatkę porową (bardzo smaczna; polecam!), w tym jajka. Otóż okazuje się, że na jajka ułożone na fotelu pasażera działa siła odśrodkowa, która w przypadku ostrego zakrętu sprawia, że zawartość jajek wydostaje się na zewnątrz – czyli na fotel. Rzeczony fotel czyści się długo. Bardzo, cholernie, długo – tego w przeciwieństwie do sałatki nie polecam.

  9. Gepard napisał(a):

    Bardzo ciekawy wpis. Takie wspomnienia to jeden z najciekawszych tematów. Korci mnie, żeby napisać coś podobnego.
    Odniosę się do gabarytów samochodu – bohater wpisu, Ford Escort, a więc kompakt i to w wersji kąbiacz, jak mawia Basista był tylko o 4cm (!) dłuższy od najnowszej, młodszej o ok. 30 lat Fiesty, samochodu klasy B. Taka Insignia B kombi przerosła o segment wyższą piątkę E39 Touring, ba, powoli dogania serię 7.

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      no, a ten sprzed liftingu był nawet krótszy od dzisiejszej Fiesty 😉

      • Daozi napisał(a):

        I dlatego klasa D znika, bo niedługo nowe Aygo czy Up! będą miały po 4.5 metra długości i tyle prestiżu i dodatkowego wyposażenia co dwa Accordy naraz.

  10. SMKA napisał(a):

    Swoją drogą, mój wuj miał swego czasu Fiestę Mk 3 i był tam ten licznik przebiegu skalowany do 99 999 (to znaczy, do 100 tysięcy z zaokrągleniu). Nie dziwiło mnie to- domyślałem się że na zachodzie taki pojazd to raczej mały samochód, a nie pojazd rodzinny do robienia dużych przebiegów. Jednak swego czasu (niedawno, kiedy wujowa Fiesta pewnie już poszła na żyletki) dowiedziałem się że takie same liczniki były w Sierze, Taunusie, a nawet Granadzie (Scorpio załapało się na licznik do miliona). To już mnie zdziwiło- przecież Taunus, Sierra, a tym bardziej Granada to były duże samochody, jak najbardziej na długie trasy. Na szczęście mój Citroen BX ma licznik do miliona i zawsze mogę pochwalić się w stylu „parzcie, taki przebieg a samochód jeszcze jeździ” (no dobra, mój BX nie ma wielkiego przebiegu, przynajmniej oficjalnie, ale po prostu uważam że wśród fanów staroci licznik może służyć nie do chwalenia się jak mały przebieg ma samochód, ale też do chwalenie się jaki wielki ma przebieg, aby podkreślić trwałość pojazdu, a licznik skalowany do 100 tysięcy nie nadaje się do tego).

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      jasne, przebieg powyżej, powiedzmy, 400.000 to już ewidentnie powód do chwały; wiele zabawek tyle nigdy nie zrobi

      • benny_pl napisał(a):

        no no, uwaga, bo sie zacznie nowy trend – krecenie licznikow w klasykach do przodu, to nawet zabronione nie jest, i ogloszenia w stylu „polonez caro plus z najlepszej serii, ma juz przejechane 680tys i nie widac tego po nim! specjalna wzmacniana seria dla policji/wojska/rzadu/czegostam” 😀

      • KL napisał(a):

        Ha, mój BX miał 400 tysięcy na liczniku, ale ile realnie to nie wiadomo bo jak go kupiłem to nie działał prędkościomierz 😉

      • benny_pl napisał(a):

        moja Xantia miala 410 🙂 nic jej nie dolegalo oprocz zapowietrzajacej sie po nocy pompie wtryskowej, ale rozwiazalem to poprzez dolozenie przed pompa elektrycznej pompki paliwa od traktorka podlaczonej po zaplonie – dziala do dzis 🙂
        i nawet w hydro sie nic zepsuc nie chcialo 🙂

    • SzK napisał(a):

      Kiedyś 5 cyfr na liczniku było standardem, bo auta rzadko dożywały wyższych przebiegów, a potem szło to siłą rozpędu. Mercedes dodał szóstą cyfrę dopiero w W116/107, czyli w 1971r., wiele innych marek zwlekało jeszcze dłużej.

    • Daozi napisał(a):

      Ojciec miał 3 Sierry – jedną po drugiej. Jak sobie przypomiam te auta, to rozumiem czemu liczniki były do 100 tys. – więcej to one mogły nie dożyć 😛

  11. Skittles napisał(a):

    „A teraz słychać narzekania, że OC komuś wzrosło z 700 na 1000. Magia czasu…”

    Hahahahahahahahaha

    Wiecie ile wyszło mnie ostatnio OC za benzyniaka 1.8? 1700zł, i to tylko dlatego, że wskazałem matkę jako głównego kierowcę. Mam 22 lata, we wrześniu miną mi 4 lata z prawkiem w portfelu i nie miałem w tym czasie żadnej szkody. Gdybym chciał sam ubezpieczać to wyszłoby mnie to 3000zł bez jakichś groszy, a to była opcja absolutne minimum. Całe szczęście że mam gaz, bo jakbym jeszcze miał płacić 4,30 za litr paliwa to mógłbym sobie od razu w łeb strzelić, bo to nie jest zbyt ekonomiczny silnik. Magia czasu, dobrze powiedziane

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      Tylko ja wspominam ceny sprzed 20 lat, gdy ON kosztował 1,38 zł, a średnia pensja wynosiła 1200 brutto…

      • benny_pl napisał(a):

        1200 to byla na prawde swietna pensja, nie wiem jak bylo 20 lat temu, ale 10 lat temu w pierwszej prawdziwej pracy na normalny pelny etat (serwisant sprzetu medycznego) zarabialem 680zl na reke hehehe 😀

      • Krzyś napisał(a):

        Ja co prawda wtedy jeszcze sam nie jeździłem ale pamiętam, że coś koło 1999 czy 2000 roku ceny paliwa mocno wzrosły do coś około 3zł/litr. Jak już sam prowadziłem to pamiętam, że najdroższa Pb95 w okolicy kosztowała 3,33zł/litr i to było drogo. Na stacji PKSu można było tankować poniżej 3zł.

        Pierwsze kroki, które stawiałem na maluchu w latach 90tych robiłem na żółtej E94, która kosztowała na pewno mniej niż 2zł/litr, niestety nie pamiętam ile dokładnie.

      • Daozi napisał(a):

        Hm, dziwne. Ja do pierwszej poważnej pracy poszedłem ok. 9 lat temu i zarabiałem 1300 netto. W Krakowie. To była bardzo, bardzo słaba pensja, ale żeby 680? o.O

      • SzK napisał(a):

        Ja w 2004r., tuż po studiach, miałem 1000 netto, ale już moja żona -600 z groszami. Co prawda szybko pracę zmieniła na dużo lepszą (ja zresztą też), ale takie były realia.

      • benny_pl napisał(a):

        taka byla wtedy minimalna krajowa 😉 krotko to bylo, bo potem podrosla jakos na 730 czy cos takiego 🙂

  12. kierowca bombowca napisał(a):

    U mnie w domu od Escorta zaczęło się przywiązanie mojej matki do Fordów. W 1997 r. odkupiła od byłego już znajomego Escorta z 1993 roku, z silnikiem 1.3 60km jeszcze na gaźniku. Dlaczego „byłego znajomego”? Otóż lekko oszukał przy sprzedaży i o ile sam samochód był z 1993 roku, to silnik był z 1986. Były jakieś przeboje z papierami, policja, ogólnie nieprzyjemności. Wóz jednak sprawował się nienagannie, cała elektryka była sprawna i co ciekawe, wbrew ogólnej opinii o szybkiej korozji Fordów z tamtych lat – blacharka trzymała się wyjątkowo dobrze. Forda prawie nie uśmiercił olej napędowy – zalany omyłkowo zamiast benzyny. Wóz sprzedaliśmy w 2002 roku – poszedł „od ręki” i za dobre pieniądze. Matka zaś kupiła następnie Focusa I, po nim dwójkę, teraz zaś „upala” trójkę 🙂

    • benny_pl napisał(a):

      bo Fordy to na prawde znakomite samochody! ja mam juz druga Fieste MK3 1.3i i jest to najfajniejszy samochod jaki mialem, jezdzi sie nim znakomicie, ma fajne wygodne welurowe fotele, i baaardzo ladna deske rozdzielcza na ktora az milo sie patrzy, dobre zawieszenie i prawie nie rdzewieje, jedyne co mnie denerwuje, to ze jest taaaaaki mulowaty, ale to z powodu zajechanego automatu CVT ktory od okolo 2600obrotow/min juz sie tylko slizga, wiec trzeba jezdzic po dziadkowemu, najlepiej w okolicach 2tys, no i max predkosc to ledwo osiagalne 120, no ale mam juz upatrzona druga skrzynie CVT ponoc w bdb stanie 🙂
      ale ten silniczek Endura chodzi tak wspaniale, rowniutko nawet na gazie ktorego nawet regulowac ciagle nie trzeba ze niewiem, po prostu jak zegareczek (i cyka tez jak zegarek hehe)

      na prawde nie mam pojecia skad w ludziach jest niechec do Fordow, bo jedyne co mozna im zarzucuic to rdza w Escortach i Focusach

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        ale C&G Forduf nie robio….

      • benny_pl napisał(a):

        Transity im jakos nie przeszkadzaja 🙂
        innych nie robia bo Fordy sie w zasadzie nie psuja, a jak zgnija to tego wogole zadko kto robi (a juz porzadnie to prawie nikt)

      • Daozi napisał(a):

        Ja może tylko się wypowiem o Sierrach, bo w rodzinie były 3. Skąd niechęć? Pękające deski rozdzielcze, sypiące się wydechy, ogólnie nękające je drobne awarie, padnięty automat w jednej (padnięty na śmierć znaczy się). No i podatność na rdzę.
        Do tego wujek upalał Mondeo pierwszej generacji. I też klękał na robocie niestety – samochód, nie wujek.
        A jakiś rok temu myślałem o Pumie, albo Ka, dla żony. Dostać to w stanie niezżartym przez rudą na amen graniczy z cudem. Odpuściłem te modele.
        Nic do Fordów nie mam, ale solidnych aut to oni chyba nie robią. Chociaż ponoć Focusy Igen. dawały radę. Ponoć. Może ktoś kto jeździł się wypowie.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        pierwsze focusy mechanicznie spoko, ale też rdza chrupie

      • SzK napisał(a):

        Potwierdzam – teść kupił nowego Focusa w 2000r., po 9 latach odziedziczył go jrgo syn (mój szwagier, znaczy się). Dziś auto ma 17 lat i jeździ bezawaryjnie, ale lakier .a już cały drugi (tak, mówiłem im, ze lakierowanie nue ma sensu, ale oni wiedzieli swoje).

      • kierowca bombowca napisał(a):

        Z Focusami mechanicznie nigdy nic poważnego nam się nie przytrafiło:
        -Focus I ( 2002 1.6 100km benzyna ) był praktycznie bezawaryjny – jedyne co kojarzę, to „padło” kilka drucików w przedniej szybie podgrzewanej oraz przez kilka poranków jeździł tak jakby stracił połowę mocy – przeszło samo i nigdy nie wróciło. Blacharsko było raczej słabo – samochód sprzedaliśmy po 9 latach, ale chrupało go już powoli – nawet nie błotniki a podłogę, progi i dolne krawędzie drzwi. Sporo Focusów ma problemy z zawieszeniem spowodowane przez zaniedbania użytkowników – w wielowahaczowym zawieszeniu lepiej wymieniać gumy od razu, gdy coś zaczyna hałasować. Wielu tymczasem zwlekało, co później sprawiało że koszt naprawy rósł znacząco
        -Focus II ( 2006 2.0 145km benzyna ). Bez większych problemów przez 230 tys. km – poza eksploatacyjnymi sprawami jedyne problemy sprawiły wodziki od skrzyni biegów. Pod względem zabezpieczenia antykorozyjnego było znacznie lepiej niż w Focusie I – z zewnątrz powoli brało krawędzie błotników, pod autem skupisko rdzy tworzyło się w okolicach wnęki na koło zapasowe. Bardzo lubiłem ten wóz.
        -Focus III ( 2012 1.6 105km benzyna ). Na gwarancji naprawiane uszczelnienie półosi ( standard w tym modelu ). Po gwarancji padł fragment podgrzewania przedniej szyby oraz odkleiły się uszczelki drzwi od spodu. Mimo większej masy i silnika o podobnych parametrach co posiadany wcześniej Focus I – pali zauważalnie mniej. Śladów korozji póki co nie widać.

      • Gepard napisał(a):

        Rodzice mieli Focusa II kombi z 2005 roku, z 2.0 TDCi 136KM pod maską, przebieg ponad 230 tys. km. Mechanicznie igła, silnik jak dzwon (2.0 HDI z PSA), jedynym problemem były rdzewiejące błotniki tuż za przednimi kołami. Tata miał to robić, ale w międzyczasie ktoś uszkodził dość poważnie Focusa, co przesądziło o jego sprzedaży.
        Kupił właściwie to samo, bo Volvo V50 rocznik 2006 z tym samym motorem. Mechanika identyczna jak w Fordzie, kilka elementów wnętrza również. V50 od Foki różni się niewiele, poza designem lepszą blachą, mniejszym bagażnikiem, ciut mniejszą ilością miejsca z tyłu i lepszym wykonaniem wnętrza. Słupki B w V50 na oko są z dwa razy grubsze niż w Focusie.
        Jeśli Focus 2 generacji gnije, to tylko dolne krawędzie przednich błotników, Ford poprawił zabezpieczenie antykorozyjne w porównaniu z 1 generacją czy Escortami.

  13. Mav napisał(a):

    Miałem escorta i miałem też kilka przygód;) Jeśli można to sobie pozwolę:
    1) Klapa bagażnika – tam było takie sprytne rozwiązanie, że nie było kabli poprowadzonych do klapy. Przewody szły do progu bagażnika, a w klapie były styki na sprężynkach. Działało to dość dobrze, aż nie nastała zima. Wówczas po wyjeździe z garażu szyba tylna grzała, ale tylko przez jakiś czas – do pierwszego ochłodzenia styków, które zamarzały w pozycji „nie stykam”. Co się tego wówczas naszukałem…
    2) Przegrzewanie – miałem sprawny wentylator chłodnicy, a w korku i tak się przegrzewał. Wersja 1.3 OHV z łańcuchem. W sumie troszkę podobny do diesla, bo też wolny i też głośny. Tylko niezbyt oszczędny;)
    3) Stłuczki – z mojej winy nie było żadnej, ale oba zderzaki miałem połamane. Pierwsza historia to gdy stałem przy bankomacie (chyba jedynego w mieście) i wybierałem pieniądze jakiś jegomość cofając uderzył mi w zderzak. Huk był zaskakująco głośny. Patrzę a facet ucieka. A w bankomacie karta i właśnie mają wylecieć pieniądze. Co robić? Winowajca po drodze zahaczył jeszcze lagunę 2 (chyba funkiel nówkę) i pojechał sobie. Razem z właścicielem laguny próbowaliśmy dogadać się z okolicznymi sklepami i bankiem o nagranie z kamery. Wszędzie mieli tylko atrapy… albo tylko tak mówili.
    Tylny zderzak za to połamał mi urwany tłumik. Opadł na drogę po czym wpadł w wyrwę i obrócił się na wieszaku tak, że otwór wylotowy skierowany był do przodu auta. Podskakując połamał cały zderzak.
    4) Licznik był „the best” – prędkościomierz nie działał w wielkie mrozy. Nie działał też przy wielkich upałach. Chyba że przywaliło się pięścią w górną część daszka nad licznikiem. Nieoryginalna linka była zbyt długa i powodowała klinowanie wskazówki. Również po długiej jeździe autostradowej (ze stałą prędkością) wskazówka zostawała w jednej pozycji. Zanim w nerwach uderzyłem w deskę to jeździłem na obrotomierz wyskalowany z autem kolegi;)
    5) Kluczyk – czy wiedzieliście, że ten śmieszny fordowski kluczyk powinien zamknąć wszystkie fordy, ale otworzyć tylko tego Jedynego. Po jakimś czasie działa to odwrotnie – dowolny kluczyk otwierał mojego forda, a mój kluczyk nie otwierał żadnego.
    6) Ominęła mnie na szczęście przygoda z zimnymi lutami w skrzynce bezpieczników, ale okazało się, że któryś z poprzednich właścicieli zamontował alarm, ktoś inny go wymontował, a kable zabezpieczył… delikatnie mówiąc niezbyt dobrze. Zwarcie przewodów podłączonych bezpośrednio do akumulatora spowodowało niewielki pożar w progu pod drzwiami kierowcy. Na szczęście tylko plastiki do wymiany i tyle.

    Wszystko w aucie (poza regulacją zbieżności) robiłem sam. Dzięki temu wiem jak sobie prosto i szybko poradzić z „choinką” w tylnej lampie każdego auta;)

    Ubezpieczenie – OC w tym roku (w czerwcu) wyszło mnie 680zł… w pakiecie dealerskim z obowiązkowym AC, czyli w sumie 2500.

    • Krzyś napisał(a):

      Znam ten motyw z kluczykami zamykającymi samochód. Swego czasu i ja i kolega mieliśmy Fiesty. Moja miała do pewnego czasu centralny zamek ze sterowaniem kluczykiem, u niego od momentu gdy kupił auto centralny zamek działał tylko poprzez przekręcenie kluczyka w drzwiach kierowcy. Gdy dowiedziałem się o tym „patencie”, że dowolny kluczyk zamyka drzwi w każdym Fordzie, to się zgrywałem i swoim kluczykiem zamykałem mu auto gdy szedł np. na drugą stronę coś wyjąć. Był skołowany i skonsternowany 😉

      A centralny zamek (sterowany na podczerwień) mi wysiadł z mojej winy. Moja Fiesta miała instrukcję użytkowania w języku niemieckim więc nie za bardzo chciało mi się ją czytać. Jak wysiadła bateria to rozebrałem kluczyk, wyjąłem baterię i pojechałem do zegarmistrza kupić nową. Jak założyłem nową to pilot już nie działał ponieważ nową baterię należało zamontować w kilkadziesiąt sekund aby pilot w kluczyku się nie rozkodował.

      Kodowanie wtedy było jakieś niewspółmiernie drogie i dostępne niemal tylko w ASO i aż do sprzedaży już tego nie zrobiłem.

    • nudny napisał(a):

      Kluczyk od Golfa II otwiera też inne Golfy II, ale tylko zamek bagażnika – potwierdzone info 😉

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      mój kluczyk też się tak wyrobił, że aby otworzyć drzwi trzeba było go przekręcić i pociągnąć do góry; zapasowy otwierał bez problemu.
      A w Punto odwrotnie – gdy mi włamywacz zepsuł zamek, dorobiłem zamek do kluczyka – też wyrobionego. Zapasowy, nie zjechany, otwierał tylko po stronie pasażera.

  14. Paweł napisał(a):

    W kwestii fajnego Forda. Moja żona jeździ wyłącznie automatami. Więc jakieś 11 lat temu mając niewiele kasy postanowiłem kupić w Niemczech tanio Pumę ale bez silnika i skrzyni biegów. Do kompletu kupiłem rozbitą Fiestę rocznik zbliżony z silnikiem 1.25 i automatem. Znajomy mechanik połączył to w jedno. Polecam każdemu. Zawieszenie pumy plus te nędzne 75 koni. Po prostu kosmos! Auto sprzedałem z wyjącym automatem do Krakowa… Nigdy więcej niestety nie miałem już tak customowego pojazdu…

    • Krzyś napisał(a):

      W Fieście ale z manualem te 75KM subiektywnie stosunkowo nieźle dawało radę, pod warunkiem że klimatyzacja była wyłączona 😉 Kierowcy innych, większych aut często na światłach byli zdziwieni 🙂

    • benny_pl napisał(a):

      automat w Zeteku to taki sam CTX (bezstopniowa CVT) jak do Endury? bo ja mam Fieste 1.3 Endura (ohv) wlasnie z automatem CTX 🙂

  15. Fabrykant napisał(a):

    O! Fajne, Panie Hurgot. Dawaj Pan dalej!

    Z doświadczeń własnych i Rodzicieli- 100 tys. km
    przejeżdżały silniki fiatowskie, a potem był remont. Nasz Taunus 1,6 rocznik ’81 przejechał bodajże 160 tysięcy, ale ja nawet pamiętam, że jego osiągi wyraźnie spadły i nie chciał dociągnąć do maksymalnej na niemieckim autobanie. Od jego czasów mam pewien sentyment do Fordów.
    A Escort XR3i był pierwszym autem jakim z lekka „podriftowałem” sobie na asfalcie- było to na niezamkniętej jeszcze wtedy zewnętrznej pętli toru Miedziana Góra. Do tego auta czuję dużą miętę do dziś. Nawet mógłbym mieć. Był naprawdę bardzo solidny (należał do rodziców mojego kumpla) i wytrzymywal nasze licaealne wariactwa bez sprzeciwu.

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      podziękował!
      a XR3i z którego roku?

      • Fabrykant napisał(a):

        1987 jak pamiętam. Było to auto kupione od pana handlarza, który zapewniał, że Niemiec tylko do kościoła jeździł, we wczesnych latach 90-tych wierzyło się jeszcze w takie rzeczy. Potem się okazało że musiał mieć solidnego dzwona. Kolor chabrowy metalic z perłowymi kołpakami „tarcza telefoniczna”. Lubiło się toto wkręcać na wysokie obroty i wydawało się w tamtych czasach czymś na kształt superauta- pięknie chodziło, wręcz rwało do przodu. A miało zaledwie 105 koni. Był to pierwszy samochód z przyspieszeniem poniżej 10 sekund do 100km/h jakim mogłem sobie trochę pojeździć. Wcześniej z rasowych wyścigówek był tylko Duży Fiat 1300, w którym zmierzyliśmy stoperem przyspieszenie 0-100. Wyniosło minutę i 5 sekund.
        To z serii „Zamienię Syrenę 104 na inny samochód sportowy”

      • benny_pl napisał(a):

        hehehe majac Fiata 1500 i wiedzac jaki to byl mul, to wierze calkowicie w kwestii przyspieszenia tego 1300 😉

      • benny_pl napisał(a):

        fajnie musial jezdzic ten Eskorcik, szkoda, ze to nie ten poprzedni do 85r z przodem jak Taunus, te przody super wygladaly

  16. RoccoXXX napisał(a):

    Jakoś tak zdecydowanie wolę wpisy tego typu niż te o wielkich ludziach i jeszcze większych wynalazkach.

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      dzięki, takie komentarze faktycznie dają kopa

  17. mocnyvito napisał(a):

    wspomnienia fajne, ale technicznie po wpisach gościnnych dopiero widać jak lekkim piórem dysponuje Szczepan (bez urazy Hurgot)