CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: Luksus powolności

Ilu z Was marzy o powożeniu zaprzęgiem?

Nawet gdybym mógł Was teraz zobaczyć, lasu rąk bym pewnie nie dostrzegł. A ilu z Was fascynują XIX-wieczne powozy bez koni? Również i tutaj większość entuzjastów motoryzacji zachowa kamienną twarz – mało kto interesuje się dziś pojazdami choćby z lat 30-tych, a co dopiero starszymi. Nawet ja sam, choć traktuję historię automobilizmu jako jedną całość i staram się nie pomijać żadnego jej wycinka, w swoim garażu marzeń nie umieściłbym wielu wehikułów z roczników zaczynających się od „18” (wyjątkiem byłby pewnie trójkołowiec Benza, bo wypada uhonorować pierwszy automobil). Mimo to w 2005r. powstała w Niemczech firma, która w zmotoryzowanych powozach dostrzegła osobliwą niszę rynkową.

Nazywa się ona AAGLAND Manufaktur i mieści się w Prichsenstadt koło Würzburga. Na jej stronie internetowej czytamy między innymi, że „za każdym razem, gdy widzimy bryczkę, pragniemy nią pojechać”, ale niestety, „powożenie wymaga specjalnych umiejętności i dlatego dla wielu ludzi pozostaje nieosiągalnym marzeniem”. Oczywiście nie przeczę, że żyją na świecie ludzie, którzy emocjonują się powożeniem. Wyobrażam sobie jednak, że dla nich, pasjonatów, zdobycie owych „specjalnych umiejętności” nie powinno być szczególnym wyzwaniem – wręcz przeciwnie, to chyba esencja ich hobby…? Nie próbowałem nigdy trzymać w ręce lejców, ale nie sądzę, by zajęcie to wymagało jakichś nadludzkich zdolności albo tajemnej wiedzy niedostępnej dla zwykłych śmiertelników, a co dopiero dla zapaleńców. Tym niemniej, firma Aagland postanowiła wyjść naprzeciw osobom, które czują przemożną chęć poruszania się powozem, a koniecznych kwalifikacji nie posiadają i nie zamierzają zdobywać. Zaoferowała ona mianowicie BRYCZKĘ Z NAPĘDEM SPALINOWYM.

Rzeczony pojazd zaprezentowano w dwóch wersjach: Dwuosobowej Duc oraz czteromiejscowej Mylord, wyposażonej dodatkowo w dwa rozkładane w razie potrzeby siedzonka zwane z francuska strapontenami (znane swego czasu również w automobilizmie). Nazwy te kojarzą mi się z XIX-wiecznymi modelami oferowanymi przez Karla Benza, ale to nic dziwnego, są to bowiem określenia „typów nadwozi” ówczesnych ekwipaży: Duc odpowiada mniej więcej dzisiejszym roadsterom, zaś Mylord – dużym cabrioletom o czworgu drzwi, jakie z rynku samochodowego zniknęły kilka dekad temu. Oba typy uchodziły w dawnych czasach za luksusowe i były cenione szczególnie przez wytworne damy, ponieważ nie posiadając dachu pozwalały zadawać szyku bez żadnych ograniczeń.

Pod maską…, przepraszam, pod siedzeniem pojazdu znajduje się silnik spalinowy – można więc zupełnie poważnie powiedzieć, że jest on umieszczony centralnie, jak nie przymierzając, w supersportowych Ferrari. Tyle tylko, że chodzi o jednostkę przemysłową pracującą w obiegu wynalezionym przez Rudolfa Diesla, mającą trzy cylindry, pojemność 900 cm3 i moc 20 KM. Przekładnia dysponuje płynnie zmiennym przełożeniem i przekazuje napęd na tylne koła (o średnicy 110 cm) za pomocą łańcucha. Prędkość maksymalna wynosi 20 km/h, a zużycie paliwa – 1-1,5 litra na godzinę. Cały napęd jest określany przez producenta jako „łatwy w serwisowaniu i eksploatacji”: Jeśli to faktycznie prawda, to jest to chyba ostatni w świecie silnik Diesla w samochodzie osobowym, którego serwisowanie i eksploatacja są łatwe. Jeśli Aagland naprawdę, a nie tylko w katalogu, połączył te przymioty ze zgodnością z aktualnymi normami emisji spalin, to ustanowił ciekawy precedens. Ale z drugiej strony trzeba zwrócić uwagę na moc jednostkową na poziomie 22 KM/litr (W123 200D rozwijał 30 KM z litra, a W124 – 37,5) oraz na przewidywane przebiegi dieslowskich powozów. Zapewne w świetle założeń projektantów niniejsze przemyślenia są całkiem nie na miejscu, ale jako automobiliście tak mi się skojarzyło.

Kierowanie odbywa się za pomocą specjalnych drążków przypominających z wyglądu lejce, choć oczywiście sztywnych – ponoć były one największym wyzwaniem dla konstruktorów, bo bez wspomagania muszą zapewnić skręt kół odpowiadający kilku obrotom kierownicy przy skoku w granicach swobodnego ruchu ramion. Wielką wagę przyłożono do bezpieczeństwa: wszystkie elementy pojazdu spełniają unijne normy dotyczące części samochodowych. Stylowe latarnie mieszczą „nowoczesną technikę oświetleniową” (szczegółów brak), a za zatrzymywanie odpowiadają czterokołowe, dwuobwodowe hamulce tarczowe ze wspomaganiem, zaadaptowane z Audi. Mamy też kierunkowskazy i całe przepisowe oświetlenie, a także trójpozycyjny tempomat (bez niego prawa stopa bardzo szybko się nuży) i wisienkę na torcie w postaci pozłacanej, drewnianej skrzyni na miejscu kierowcy (woźnicy?) mieszczącej ekran GPS-u. Całość ma niemiecką homologację jako „samochód osobowy o nadwoziu otwartym”, powątpiewam jednak, czy wykonywano na nim testy zderzeniowe. A może pojazd rozwijający 20 km/h takowym nie podlega?

W manufakturze zatrudniony jest m. in. stolarz, ślusarz, kowal artystyczny, mechanik samochodowy, elektryk a nawet złotnik. Ogrom wykwalifikowanej pracy konieczny do złożenia dieslowskiej dorożki winduje jej koszt do około 80 tys. €. Firma byłaby w stanie wypuszczać nawet jeden pojazd dziennie, ale nie robi tego, gdyż, jak sama tłumaczy, „chce zachować ekskluzywny charakter produktu„. To kolejne podobieństwo Aaglanda do Ferrari. Diametralnie różne jest natomiast jego hasło reklamowe – „Luksus powolności”.

Odbiorcami ekscentrycznego produktu są przede wszystkim eleganckie hotele, ale producent organizuje też krótkie i dłuższe wycieczki swymi wehikułami po malowniczych okolicach Frankonii. Godzinny objazd miasta Prichsenstadt kosztuje 55€ od osoby, trzygodzinna wyprawa po wiejskich szutrówkach Frankonii – 135€, zaś pięciogodzinna – 185. Możliwa jest też oczywiście obsługa ślubów czy innych imprez.

Założyciel firmy, zmarły w 2011r. Roland Belz, był ponoć wielkim entuzjastą jeździectwa i powożenia. Tym dziwniejsze wydaje mi się więc, że postanowił ze swojej pasji usunąć jej istotę, czyli konia. Być może nie świadczy to o zbyt dobrze o moim umyśle, ale trudno jest mi sobie wyobrazić kogoś, kogo taki wynalazek zafascynuje w stopniu pozwalającym wydać 80 tys. €. W moim odczuciu ani fan automobilizmu, ani pasjonat hippiki nie będzie traktował Aaglanda poważnie. Albo jedziemy autentyczną konną bryczką, albo samochodem z nowoczesnym dieslem, bezstopniową skrzynią, GPS-em i tempomatem, albo XIX-wiecznym wehikułem samobieżnym (w ostateczności jego repliką). Tutaj mamy połączenie wszystkich tych opcji. Mnie to kompletnie nie przekonuje.

I chyba nie tylko mnie: produkcja motorowych bryczek nigdy nie stała się rentowna, a po utracie finansowania ze strony zmarłego w w 2011r. Rolanda Belza (był on dziedzicem pokaźnej fortuny i stać go było na takie ekstrawagancje) musiała ogłosić niewypłacalność. W potencjał idei uwierzył jednak nowy inwestor, Richard Gebert, który w 2013r. przedstawił nowy model – również bazujący na XIX-wiecznym typie powozu Vis-a-vis, tym razem – z miejscem dla pięciu osób oraz NAPĘDEM ELEKTRYCZNYM, zaadaptowanym z wózka widłowego firmy Linde Material Handling GmbH. Osiągi pozostały niezmienione, a brak hałasu i dymu bardzo zmienia całe przeżycie. 48-woltowe baterie o pojemności 400 Ah wystarczają podobno na aż 8 godzin jazdy. Swój pomysł na biznes opiera Gebert na leasingowaniu elektropowozów i zastąpieniu nimi konnych dorożek, których ruchu zabroniono w wielu zabytkowych, niemieckich miasteczkach już jakiś czas temu (ze względów bezpieczeństwa oraz ochrony zwierząt). Ten pomysł wydaje mi się znacznie bardziej sensowny, ale cały ostatni akapit oparłem jedynie na doniesieniach prasowych (link), podczas gdy oficjalna strona internetowa firmy Aagland wciąż mówi jedynie o pojazdach dieslowskich.

A co Wy o tym sądzicie?

P.S. Na stronie Aaglanda czytamy: „Dawny powóz nie był dla swych właścicieli jedynie środkiem transportu. Dlatego wielką wagę przykładano do ogólnej prezencji, odpowiednich koni, obsługi, strojów, itp., bo wszystko to stanowiło swego rodzaju wizytówkę właściciela i symbol jego statusu społecznego. Wielkie znaczenie miały też elementy ozdobne, które nie tylko oczarowywały przechodniów, ale przede wszystkim cieszyły samego właściciela”. Ale głupi ci koniarze byli. Nie to co my, racjonalni automobiliści!! 😉

Foto: Zdjęcia prasowe AAGLAND GmbH & Co. KG

2005-Aagland-Aaglander-FA-Studio-1600x1200

2005-Aagland-Aaglander-SA-Studio-1600x1200

2005-Aagland-Aaglander-RA-Studio-1600x1200

Share Button

5 Comments on “CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: Luksus powolności

  1. Była o tym wzmianka w którymś katalogu z serii "Samochody Świata". Dzięki za przypomnienie o tym ciekawym, choć dość bezsensownym pojeździe. Pasowałby do mojego bloga, ale że już go Ty opisałeś, to muszę poszukać sobie innych tematów 🙂

    • Ależ przyjacielu, ja nie mam monopolu na opisywanie czegokolwiek… Być może Ty zauważysz coś innego niż ja, albo wyszperasz inne szczegóły, dodasz inne refleksje własne… Poza tym zawsze możesz mój tekst skrytykować, zrecenzować, polemizować, albo po prostu się do niego odwołać – i wtedy Twoi Czytelnicy też się czegoś dowiedzą.

      P.S. Dieslowski Aaglander był jak dla mnie pomyłką, ale ten elektryczny może mieć sens jako substytut dorożek w centrach klimatycznych miasteczek. MArny substytut, ale do rozważenia, w przeciwieństwie do wersji spalinowej.

      • Już przebieram nogami na myśl o przejażdżce 20 konną bryczką z dieselkiem pod maską! Nie dość, że jest piekny, szybki, wygodny i pieści zmysły delikatnym pomrukiem silnika to jeszcze jest REWELACYJNIE TANI W UTRZYMANIU! "Panie on pali półtora litry na sto, a jak się postarasz to i pół litry. Niemiec nim jeździł tylko do hotelu." Albo ogłoszenie dla pasjonatów:

        "Jeden z ostatnich na rynku: gran turismo kabriolet z centralnie umieszczonym silnikiem i napędem na tył! Samochód dla twardzieli – nie ma wspomagania, ABS ani innych kontroli trakcji  – tylko Ty i Twoja maszyna. Podejmij wyzwanie – zapanuj nad bestią"

      • Półtora litry na GODZINĘ. Czyli na maksymalnie 20 km, a średnio pewnie sporo mniej. A ogłoszenie bardzo znakomite 🙂

      • Obawiam się, że wyczerpałeś temat 🙂 I bardzo dobrze, bo przyjemnie się czytało. A z resztą, ja teraz walczę z kolejnym wpisem o szybkich Citroenach i nie mam czasu na motobryczki 🙂

        A faktycznie, w pełni się zgadzam z sensownością wersji elektrycznej. Choć nadal sposób kierowania tym pojazdem jest dla mnie totalnym absurdem.