C’EST LA VIE: POCZĄTEK NORMALNOŚCI

 

Przez wiele lat ważnym składnikiem mojego życia były motoryzacyjne gazety („lub czasopisma” – cytat).

Pierwszy był „Motor„. Zacząłem go czytać w 1992r., w wieku 12 lat, począwszy od jubileuszowego numeru na 40-lecie pisma (do dziś pamiętam dwa historyczne artykuły z tego wydania: wywiad  z rajdowcem Mieczysławem Sochackim i tekst o 30-letniej Škodzie Octavii, w jednych rękach od nowości). To był czysty przypadek: działalność rozpoczynała właśnie krakowska firma Akson, oferująca dostarczanie prasy do domów, a moja mama do listy wybranych tytułów specjalnie dla mnie dopisała „Motor„. Zbiegiem okoliczności w żółtej skrzynce Aksonu, zamontowanej obok szarej skrzynki pocztowej, jako pierwszy znalazł się numer rocznicowy.

Firma Akson niestety szybko znikła (wraz z pieniędzmi tysięcy krakowian, którzy dostawy opłacili z góry), ale jej rolę przejął pan z osiedlowego kiosku, który odtąd prowadził nam „rodzinną teczkę” prasową. Do „Motoru” dołączyło wkrótce „AUTO International„, przemianowane potem na „auto motor i sport„. Mogę powiedzieć, że dorastałem z tymi dwiema gazetami w ręce.

Odebranie każdego kolejnego numeru było małym świętem. Głęboko przeżywałem niezliczone premiery nowych modeli, relacje z wielkoświatowych targów i plebiscytów na Europejski Samochód Roku, w których uczestniczył redaktor Wojciech Sierpowski („może byś został takim redaktorem i pisał o samochodach?” – sugerował mi tata, a mnie taka możliwość bardzo kusiła). Były podsumowania rajdów WRC i wyścigów Formuły 1: sprawozdania dla „Motoru” pisał sam Ayrton Senna, którego śmiertelny wypadek oba tytuły szeroko omawiały (podobnie jak tragedię Mariana Bublewicza i dwójki kibiców, lat 22 i 8, którzy zginęli na Rajdzie Krakowskim pod koziołkującą Mazdą Marka Sadowskiego). Były cotygodniowe „Fotoprzestrogi„, czyli zdjęcia rozbitych aut z morałami, i cenne nauki ekspertów od mądrej, przewidującej jazdy – Jerzego Pomianowskiego i Zbigniewa Drexlera. Pamiętam wstępniaki Pawła Kasprzyckiego (który w 2003r. zginął w USA, śmiertelnie potrącony przy przechodzeniu na zielonym świetle), FSO-wskie wspomnienia Zbigniewa Skoczka, techniczne porady Jerzego Dyszego, zgryźliwe felietony Janusza Atlasa (którego akurat nie lubiłem, z powodu wielkiej arogancji) i Juliana Obrockiego (on z kolei potrafił być dosadny zachowując klasę). Były znakomite testy Jarosława Maznasa i Rafała Jemielity (ależ ja im zazdrościłem wożenia się samochodami marzeń!!), gorące debaty o obchodzeniu importowych restrykcji przez przywóz tzw. składaków, o benzynie bezołowiowej, światłach mijania w dzień („a co z „Maluchami” z prądnicą…?„) i obniżeniu ograniczenia prędkości na obszarze zabudowanym z 60 na 50 km/h („co za różnica, jeśli połowa kierowców i tak lata setką…?„). Były cenniki nowych aut w „ams” i „Katalog Motoru” ze zdjęciami i danymi technicznymi. Pamiętam konkursy na Dżentelmena Jezdni, wakacyjne wspomnienia redaktora i piosenkarza, Andrzeja Dąbrowskiego, który camperem na podwoziu czeskiej Avii doturlał się aż do Hiszpanii, reportaż o bombie podłożonej na placu importera Škód Favorit i PRowy artykuł o katowickiej firmie High-Life sprowadzającej samochody klasy Ferrari, Lamborghini czy Bentleya (jej właściciel, niejaki Ryszard Bogucki, okazał się oszustem wyłudzającym towar od niemieckiego salonu Auto-Becker, a dziś siedzi w więzieniu za zabójstwo „Pershinga„). W pamięć zapadły mi też reklamy – np. auto-alarmów, usług znakowania aut, magnetyzerów mających magicznie zmniejszać zużycie paliwa albo środków smarnych Quaker State (wielkie, dwustronicowe, a przedstawiające rzeczone produkty jako iście kosmiczną technologię, zahaczającą o NATOwską tajemnicę wojskową). Istne przeżycie generacyjne dla każdego chłopaka-samochodziarza.

Obecnie na facebookowych grupach wiszą całe gigabajty skanów tamtych pism, nieraz komentowane przez samych autorów. Ja dzisiaj napiszę natomiast o dawniejszych czasach i obcym kraju – bo w ręce wpadł mi właśnie plik pdf z niemieckim wydaniem „auto motor und sport” z II połowy stycznia 1955r. – czyli dokładnie sprzed 70 lat.

Niemiecki dwutygodnik „auto motor und sport” – pierwotnie „das Auto” – ukazuje się od 1945r. Rekordowy nakład – ponad pół miliona egzemplarzy – osiągnął w latach 90-tych. Dziś, w dobie odwrotu od słowa drukowanego, wynik spadł poniżej 300 tys., ale sam tytuł – wraz z wydaniami międzynarodowymi – to wciąż czołowe branżowe pismo europejskie. Sprawdźmy więc, co donosiło w 1955r.

 

***

W tamtym czasie nasz kraj mozolnie podnosił się z ruin. Oficjalna narracja trąbiła o inauguracji Huty im. Lenina, Stadionu X-lecia czy Pałacu Kultury i Nauki, lecz wokół tych obiektów wciąż straszyły gruzy. Odbudowa dotyczyła też demografii – w 1955r. urodziło się najwięcej Polaków w historii (793,8 tys.).

Według panującej doktryny stalinowskiej posiadanie prywatnego samochodu było wprawdzie dozwolone, ale szykanowane na niewyobrażalne dziś sposoby – począwszy od wyższych cen benzyny dla osób prywatnych, poprzez obowiązek prowadzenia tzw. karty pojazdu, czyli szczegółowej ewidencji każdej podróży i jej motywów (zboczenie choćby kawałek z zadeklarowanej trasy oznaczało przestępstwo i automatyczne podejrzenie szpiegostwa!!), aż po ograniczenie swobody przemieszczania do 20 km od adresu zameldowania kierowcy (dalsze wojaże wymagały indywidualnego zezwolenia władz).

Po Polsce jeździło 40 tys. pojazdów osobowych, z czego mniej niż połowa znajdowała się w rękach prywatnych, a sumaryczna, czteroletnia produkcja licencyjnych Warszaw M-20 zdążyła była dojść do 8,8 tys. sztuk. Mimo to, gdy wreszcie zezwolono składać podania – tak, podania!! – o zakup prywatnego auta, w dwa miesiące wpłynęło ich aż 134 tys.: samo rozpatrywanie miało potrwać dwa lata, a produkcja tylu pojazdów – wielokrotnie dłużej.

Foto: Zbyszko Siemaszko

Zachodni Niemcy mieli nieporównanie lepiej. 9 maja, w dziesiątą rocznicę kapitulacji, alianci przyznali im pełnię niepodległości, prawo posiadania armii i członkostwo w NATO. W odpowiedzi ZSRR też podarował NRD suwerenność (oficjalnie) i zaaranżował podpisanie Układu Warszawskiego, oczywiście z udziałem „swoich” Niemców. Zimna Wojna wchodziła w najostrzejszą fazę.

O motoryzacyjnej przepaści dzielącej ówczesną Polskę od RFN szkoda nawet gadać. Mimo przegranej wojny i dekady okupacji w młodej Republice Federalnej jeździło nie 40 tys., a 1,75 mln aut osobowych. Tylko w pojedynczym roku 1955 wyprodukowano ich 908 tys. – ponad STUKROTNIE więcej niż u nas łącznie od zakończenia wojny. Jeszcze ważniejszy był swobodny dostęp do samochodów i wszystkiego innego: reglamentację wszelkich towarów zniesiono już w 1949r. (pięć lat wcześniej niż w zwycięskiej Wielkiej Brytanii), a wolność podróżowania ograniczały jedynie brzegi mórz. Istniała też najlepsza w Europie sieć dróg, w tym autostrad.

Masowa motoryzacja była jedną z głównych lokomotyw zachodnioniemieckiego cudu gospodarczego

Foto: public domain

ŹRÓDŁO

***

Motoryzacyjne pisma zaczynają się zwykle przeglądem najnowszych wiadomości. Nie inaczej z „am&s” 2/55.

Pierwszą podaną nowinką jest 60-markowa obniżka cen Borgwarda Isabelli (z 7.200 na 7.140 DM). Drugą – obniżka cen DKW, tym razem o aż 200-400 DM, zależnie od modelu (nowe ceny: 5.085-6.185 DM).

Borgward Isabella

Foto: materiał producenta

DKW 3=6

Foto: materiał producenta

Przy okazji redaktor ruga samochodowe koncerny za podawanie cen niezawierających 160-markowych dopłat za nagrzewnicę: od stycznia 1956r. ciepły nadmuch na szybę ma stać się przepisowym wymogiem, dlatego doliczanie dopłat jest „niepoważną praktyką„, niestety coraz powszechniejszą. „Zły przykład niszczy dobre obyczaje” – cytuje staroniemieckie przysłowie autor. Dziś tego problemu nie mamy: salonowe ceny obejmują wszystkie elementy obowiązkowe, za to potrafią w kilka lat urosnąć o ponad 50%.

Kolejne wiadomości dotyczą planów firmy BMW: od 1956r. ma ona zaoferować skuter, a już za kilka miesięcy – bardzo wyczekiwaną, licencyjną Isettę.

BMW Isetta

Foto: materiał producenta

W połowie roku w zachodnioniemieckich salonach ma się pojawić 1,5-litrowy Peugeot 203. Dystrybucję pojazdów Land-Rover („angielska wersja Jeepa”) rozpoczyna dawna karoseryjna firma Tempo.

Podpisano właśnie kontrakt na dostawy terenówek dla Straży Granicznej. W razie wystąpienia większego zapotrzebowania ruszy licencyjna produkcja w kraju„.

Foto: materiał producenta

Na luty otwarcie planuje nowy importer Renault, z siedzibą w Kolonii. Handel w drugą stronę ułatwia liberalizacja francuskich przepisów importowych: zmiany silnie krytykują francuskie branże tekstylna i właśnie samochodowa, ale bezskutecznie – one wszystkie będą musiały zmierzyć się z zagraniczną konkurencją, ku uciesze klientów.

British Motor Corporation – utworzona w 1952r. z fuzji Austina i Morrisa – emituje nowe akcje, podnosząc kapitał z 36,24 na 40 mln funtów. W 1954r. osiągnęła rekordowy zysk 21 mln funtów, z czego 12,5% wypłaciła jako dywidendy. Jeszcze.

Oponiarska firma Goodrich sztucznie otrzymała kauczuk naturalny. To nie błąd: nie chodzi o gumę syntetyczną, a naturalną, a raczej „identyczną z naturalną”, jak z drzew kauczukowca. „Na razie materiał jest bardzo drogi, ale w przyszłości może stać się interesującą alternatywą„.

W miasteczku Schwandorf władze znoszą te zakazy postoju, które kierowcy powszechnie ignorują – dedukując, że parkowanie w tych miejscach jest najwidoczniej ludziom potrzebne. To się nazywa demokracja!!

Powody do krytyki też jednak istnieją. Federalny rząd sprzedaje wyeksploatowanego Mercedesa 300 za jedyne 2.000 DM, ponieważ „generalny remont kosztowałby dwukrotnie więcej„. Komentarz redakcji: widocznie politycy uważają, że lepiej wydać 20.800 DM na nowego „Adenauera” niż 4.000 na remont już posiadanego (dziś takie same kalkulacje wciska się nam w kwestii ekologii).

Przewoźnik autobusowy Franz Rammelmann, oferujący tanie przejazdy Hamburg-Brema, po sześciu latach walki z Deutsche Bundesbahn (państwowymi kolejami) zamyka firmę. Kolejarzom nie podobało się, że rzeczoną trasę autobusy Rammelmanna pokonywały równie szybko jak ekspresowy pociąg, ale za 5,5 zamiast 7,2 DM od osoby – w związku z czym jeździły przepełnione, podczas gdy pociągi puste. Nie znam niestety szczegółów batalii: w Internecie doczytałem, że w 1950r. sądowy pozew kolejarzy został oddalony, bo w RFN obniżanie cen usług nie nosiło znamion przestępstwa. Być może jednak Rammelmann był szykanowany pozasądowo, bo w 1955r. skapitulował. Szkoda, że o komentarz nie zapytano podróżnych.

Dobrą puentę historii stanowi wiadomość sąsiednia: że Deutsche Bundesbahn zamknęły rok 1954 gigantyczną stratą ponad pół miliarda marek, a poprawa wyników „będzie wymagała ogromnych inwestycji„. Ciekawe, czy częścią planu naprawczego było likwidowanie tańszej konkurencji?

Pozostajemy przy sprawach sądowych. Frankfurcki sędzia orzekł, że skręcający kierowca musi nie tylko „wystawić kierunkowskaz” (tak się wtedy mówiło, bo kierunkowskazy były głównie strzałkowe), ale też spojrzeć w lusterko i upewnić się, że swym manewrem nikomu nie zagrozi. Inny przełomowy wyrok mówił, że w razie przebicia opony na autostradzie stanąć wolno jedynie przy samej prawej krawędzi jezdni, nawet jeśli groziłoby to całkowitym zniszczeniem opony. Zatrzymując się na pasie ruchu kierowca odpowiada za wszelkie konsekwencje.

Ministerstwo Transportu przypomina, że przepisy nie zabraniają wyprzedzania na przejazdach kolejowych. Jeśli zarządca drogi chce zakaz wprowadzić, powinien umieścić odpowiedni znak, pionowy lub poziomy.

Na genewskim Salonie Samochodowym 10-20 marca zorganizowana zostanie wystawa pojazdów historycznych. Nie podano niestety kryteriów historyczności.

W kontekście powszechnie spodziewanej III wojny światowej generał Schuyler z europejskiego sztabu NATO tłumaczy, że w przyszłych konfliktach zbrojnych wielkim wyzwaniem staną się masowe ruchy ludności, która dysponując samochodami i celowo zgromadzonym paliwem (miliony ludzi chomikowało wówczas wszelkie zapasy na okoliczność wojny) z pewnością sparaliżuje drogi i wojskową logistykę. Schuyler proponuje rozwiązania siłowe: barykadowanie wyjazdów z miast i eliminację cywilów z ruchu, również z użyciem broni.

Weselsze wiadomości gazeta przynosi turystom. Międzynarodowe ubezpieczenia komunikacyjne – tzw. Zielone Karty – są teraz ważne również na terenie popularnej wśród urlopowiczów Jugosławii.

Przy autostradzie pomiędzy Berlinem Zachodnim i RFN powstają stacje sprzedające benzynę „zachodniej jakości”, po 0,42 zachodniej marki za litr – w ten sposób władze NRD chcą pozyskiwać dewizy. Dodatkowy kontekst spoza czasopisma: w RFN benzyna kosztowała średnio 0,55 DM, natomiast obywatele NRD płacili 1,8 marki wschodniej, przy nominalnie zbliżonych wynagrodzeniach (300-500 marek miesięcznie w obu krajach).

Straż Graniczna RFN dostała nowe wytyczne ministerialne: kontrole graniczne należy przeprowadzać grzecznie i taktownie, acz stanowczo. Osoby starsze i niepełnosprawne należy obsługiwać poza kolejnością, jak dyplomatów i parlamentarzystów. Polecenie wyjścia z pojazdu można wydawać jedynie wyjątkowo, a drobiazgowości, stresowania podróżnych i pytań niezwiązanych z obowiązkami służbowymi należy bezwzględnie unikać.

Na koniec wiadomości redaktor cytuje ogłoszenie z codziennej gazety sztokholmskiej: „Młoda dziewczyna szuka chłopaka z własnym samochodem na wspólne wakacje we Włoszech. Oferty z fotografiami (wystarczą samego samochodu) należy nadsyłać redakcji„.

***

„Pełnowymiarowe” artykuły otwiera propozycja reformy podatku od samochodów. Redaktor Carl Otto Windecker, świadomy „mentalności niemieckiej biurokracji„, postuluje przeprowadzić ją etapami.

Najpierw można by zastąpić długie, skomplikowane deklaracje, składane corocznie w wiecznie zatłoczonych urzędach, zwykłymi znaczkami skarbowymi – sprzedawanymi choćby w kioskach i weryfikowanymi przy kontroli drogowej. Oszczędziłoby to dziesiątków tysięcy urzędniczych roboczogodzin rocznie. Drugi etap – wymagający dalszej ewolucji „urzędniczego ducha” – to… całkowite zniesienie podatku i zastąpienie go opłatą paliwową. Znacznie rozsądniejszą, bo zależną od faktycznego korzystania z dróg.

Możemy się cieszyć, że w Polsce – mającej jeden z najmniej przyjaznych systemów podatkowych w świecie – drogi finansujemy właśnie w tej formie, relatywnie najbardziej zbliżonej do uczciwej transakcji coś-za-coś. Niemcy chyba jeszcze nie pokonali „urzędniczego ducha„, bo propozycji redaktora Windeckera nie wdrożyli do dziś.

Kolejny artykuł traktuje o pedałach gazu.

Ponieważ zależność mocy silnika od otwarcia przepustnicy nie jest liniowa, sam pedał również nie powinien działać liniowo – postuluje autor

Źródło: „am&s

Najłatwiej zrealizować to zwiększając opór pedału po przekroczeniu „granicy rozsądku”. Ta granica mogłaby dawać się regulować, ale – jak pisze autor – niemal każdy kierowca oszczędziłby dużo paliwa, jeśli samochód podpowiadałby, od którego momentu dalsze ciśnięcie gazu niewiele daje. Byłoby to szczególnie przydatne w silnikach dużych i dwusuwowych, bardzo paliwożernych przy pełnym obciążeniu. I rzeczywiście – pomysł zrealizowało DKW (np. w testowanym na Automobilowni Auto-Unionie 1000), ale inni producenci już nie.

Kolejny artykuł chwali zalety opon bezdętkowych: większą odporność na przebicie i ubytki ciśnienia, większą ilość powietrza pracującego w tej samej objętości opony, wyższą trwałość, łatwiejsze odprowadzanie ciepła, brak przemieszczeń dętki w oponie, lepszy komfort i łatwiejsze naprawy.

W przyszłości opony będziemy naprawiać sami, strzykawką ze środkiem uszczelniającym. Po ponownym napompowaniu będzie można jechać dalej” – przepowiada cytowany materiał firmy Continental.

Foto: materiał producenta

***

Dalej czytamy o wypożyczaniu samochodów na dworcach kolejowych: koleje francuskie sprzedają taką usługę w dworcowych kasach, wraz z biletem na pociąg, a Deutsche Bundesbahn nie. Rzecznik niemieckich kolei komentuje: „obawiamy się, że jeśli pasażerowie nazbyt polubią samochody, będą je woleli na całej długości podróży – i co wtedy zrobimy?„. A czy pan rzecznik wie, że prywatne wypożyczalnie działają już przy 29 niemieckich dworcach i że Deutsche Bundesbahn mogłaby sporo zarobić, oferując wygodę załatwienia biletu i samochodu w jednym okienku? „My jednak jesteśmy tańsi od samochodów” – odpowiada po długim milczeniu rozmówca. Co chyba całkowicie wyjaśnia finansową kondycję DB.

Dalej dowiadujemy się o następnych obniżkach cen aut. Ford Taunus 12M po liftingu kosztuje 5.390 DM…

…a mocniejszy 15M Deluxe – 6.195, czyli aż o 400 mniej niż przed liftingiem ten słabszy!!

Foto: materiał producenta

Ruch spowodowała podobna akcja Opla: tu skala redukcji nie jest podana, wiadomo jednak, że za najtańszą Olympię płaci się teraz 5.250, za elegantszą Olympię Rekord – 5.950, a za luksusowego Kapitäna – 8.990 (plus sakramentalne 160 za nagrzewnicę, w każdym przypadku).

Opel Olympia sedan i kombi

Foto: materiał producenta

6-cylindrowy Opel Kapitän

Foto: materiał producenta

Motoryzacja łapie wiatr w żagle” – komentuje obniżki redaktor – „ale jeszcze bardziej pomogłaby jej reforma podatku drogowego [patrz wyżej], a także możliwość odliczania od podatku dochodowego kosztów dojazdów do pracy, przynajmniej tych powyżej 10-15 km„. Tekst kilkakrotnie podkreśla wagę branży samochodowej w kreowaniu PKB, miejsc pracy, wpływów eksportowych i budżetowych.

A czy masowa motoryzacja ma jakieś minusy? Oczywiście – np. tłok w miastach. Temu zaradzić mają parkometry, od dawna znane w Ameryce (gdzie zastąpiły zapisywanie opłaconego czasu postoju kredą na boku opony), a teraz pojawiające się w RFN. W pierwszej kolejności – w Düsseldorfie, Duisburgu i Frankfurcie.

Automaty wyglądają jak telefony alarmowe, tylko nie są czerwone. Po wrzuceniu monet nie wypluwają papierosów ani słodyczy, lecz sprzedają czas, po upłynięciu którego wystawiają znak zakazu postoju z napisem CZAS MINĄŁ„. Parkometry wzbudzają prawnicze spory dotyczące własności miejskich gruntów i podwójnego płacenia za użytkowanie dróg (podatek drogowy + parkometr), jednak występując jedynie w ścisłych centrach miast są akceptowane.

Foto: „am&s

Popatrz Sylwiu, to w sam raz wystarczy na nowy błotnik!!„. Parkometr jako nowe zjawisko wymagał oswojenia.

Źródło: „am&s„, przedruk z „Saturday Evening Post

W gościnnym artykule Anglik, Laurence Pomeroy, przedstawia refleksje na temat natury motoryzacji amerykańskiej. Te sprawy już wałkowaliśmy, ale pan Pomeroy zauważa kilka innych rzeczy: np. że Ford Motor Company zatrudnia 6.000 inżynierów, podczas gdy największe firmy europejskie – ledwie stu kilkudziesięciu. Czy to jednak oznacza, że jeden europejski konstruktor wart jest 50 amerykańskich? Absolutnie nie.

Amerykański „mały samochód” – Nash Rambler – ma długość 4,91 metra i silnik 3,2-litrowy…

Foto: materiał producenta

…podczas gdy najdroższy Mercedes – model 300, którym porusza się federalny kanclerz – 4,95 metra i 3 litry pojemności.

Foto: materiał producenta

To, że amerykańskie gospodynie domowe jeżdżą po bułki limuzyną porównywalną z reprezentacyjną karetą niemieckiego kanclerza, jest zasługą technologii i wielkości produkcji. Jeśli pojedynczy inżynier raz w roku znajdzie w samochodzie oszczędność jednego dolara, to w skali rocznej sprzedaży GM, czyli 3,8 mln aut, pokryje koszty pracy aż tysiąca swoich kolegów (zarabiających po 3.000-4.000$ rocznie). A że kosztowych rezerw znajdowano więcej, efekt widzimy na powyższych obrazkach.

Pomeroy dziwi się, że Jankesi mimo wszystko nie kupują skromniejszych aut: „Chevrolet kosztuje aż 1/3 Cadillaca, podczas gdy Austin tylko 1/15 Rolls-Royce’a”. Relacje się zgadzają, ale wniosek jest całkowicie błędny – bo nieproporcjonalnie drogi był tutaj nie Chevrolet, a przede wszystkim Rolls-Royce (aż dziw, że autor nie przeliczył tych cen na płace w obu krajach – doznałby prawdziwego szoku). W Stanach jak najbardziej dało się kupić Morrisa Minora albo Renault Dauphine, ale za kwoty nieodbiegające od cen skrzydlatych Chevy’ch i Fordów, przy nieporównywalnych rozmiarach, mocach, komforcie i wyposażeniu. Poza kosztami transportu i ceł na niekorzyść Europejczyków działał tu brak 6.000 inżynierów doskonalących technologie oraz 3,8 miliona klientów rocznie: koszty stałe dzieliły się na 10-krotnie niższą sprzedaż, do czego dochodziły administracyjne ograniczenia i fiskalizm – stąd taka różnica efektywności.

1954 – dobry rok dla angielskiej motoryzacji” – donosi kolejny artykuł. W Wielkiej Brytanii po raz pierwszy w dziejach wyprodukowano ponad milion samochodów, z czego prawie połowę wyeksportowano (spoiler alert: zachodni Niemcy prześcignęli UK już dwa lata później). Emisje akcji na kwoty odpowiednio 3 i 3,4 mln funtów ogłaszają BMC i Grupa Rootes, a angielskie oddziały GM i Forda inwestują w Anglii po aż 36 i 65 mln!! Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby nie hamulce w postaci drakońskiego, prawie 50-procentowego podatku na nowe auta (który – wraz z niewielkimi zniszczeniami wojennymi – skutkował wyjątkowo wysokim średnim wiekiem pojazdów), braku inwestycji drogowych (mimo zbierania od automobilistów w podatkach ponad miliona funtów DZIENNIE) oraz niedoborów najważniejszych czynników: stali i siły roboczej. Sektor hutniczy wciąż się rozbudowuje, lecz nie nadąża za popytem, przez co 20% z 2,5 mln ton stali zużywanej w fabrykach aut trzeba importować. Jeszcze gorzej z dostępnością pracowników: z 2 mln robotników zamieszkałych w przemysłowym trójkącie Birmingham-Coventry-Wolverhampton w dowolnym momencie pracy szuka najwyżej 3 tys., czyli 0,15%, a nieustanne podwyżki płac nie zapobiegają coraz częstszym strajkom. „Przyczyn protestów nie znają nawet ich ankietowani uczestnicy” – pisze niemiecki redaktor podejrzewając, że zorganizowane akcje związkowe zmierzają do celowego zantagonizowania pracowników z pracodawcami. Spoiler alert: miał 100% racji, ten problem (wraz z kilkoma innymi) w kolejnych dekadach unicestwi całą brytyjską branżę samochodową, na razie drugą najsilniejszą w świecie.

O dziwo, w całym piśmie nie ma żadnego artykułu o majsterkowaniu i własnoręcznych naprawach – z porad praktycznych jest tylko jeden krótki tekst wskazujący problem oślepiania kierowców nocą. Autor podkreśla wagę właściwego przełączania świateł drogowych/mijania oraz ustawienia reflektorów. Dodaje też, że oślepianie często wynika z załadowania bagażnika, nieuchronnie unoszącego przód samochodu: to wielka ironia, bo jedynemu ówczesnemu modelowi z reflektorami regulowanymi z kabiny – Citroënowi 2CV – Niemcy długo odmawiali homologacji właśnie z uwagi na „brak stałego zamocowania świateł„. Urzędnicy stuknęli się w głowę dopiero kilka lat później, a z czasem taką regulację wręcz nakazali. Nie ma to jak władza dbająca o bezpieczeństwo wbrew opiniom fachowców!!

***

W 1955r. trójkołowiec Karla Benza był młodszy niż dzisiaj pierwsze Warszawy. Mimo to, „am&s” aż dwa teksty poświęca historii.

Przeczytać możemy dzieje pięknej Hispano-Suizy z 1926r., która właśnie bez zastrzeżeń przeszła coroczne badanie techniczne. Wóz pozostaje w rękach pierwszego właściciela: „dumny pan Ch. ochronił samochód przed dziejowymi kataklizmami i rozumie, że ma on wartość prawdziwego rarytasu„. Przypomnę, że ten rarytas liczył sobie zaledwie 29 lat.

Foto: „am&s

Kilka stron wcześniej znajdujemy lekko beletryzowane opowiadanie o również anonimowym panu A.Z., który w dzieciństwie podkradał dziadkowi jednocylindrowego de Diona, rocznik 1904. W 1923r. kupił 4,7-litrowego Adlera, którym wygrał klasę w górskim wyścigu Klausenpassrennen ’24. Potem startował na Oplach, a prywatnie jeździł Bugatti, BMW 319 i 328 (tym ostatnim, w 1937r., w ramach zakładu, przejechał z Freiburga do Frankfurtu w 2h:45m).

Oba BMW przetrwały wojnę: sportowe 328 zostało ukryte w sągu drewna opałowego, a skromniejsze 319 jeździło na gaz drzewny. „Przed oficerami obu armii, niemieckiej i amerykańskiej, dobytku broniłem całą siłą gardła, a raz nawet siekierą” – wspomina pan A.Z. Przytacza też typowy przykład niemieckiego humoru: gdy policja przyznała mu odznakę za 30 lat bezwypadkowej jazdy, obecny przy tym sąsiad dodał – „ale żebyście wiedzieli, ile inni musieli się na niego nauważać!!„.

Drugi zakład A.Z. wygrał na wyścigowym torze: ścigał się mianowicie swoją stareńką 319-tką z powojennym Oplem Kapitänem, ale używając wyłącznie najwyższego biegu. Natomiast happy endem całego życiorysu jest zakup trzeciego wyprodukowanego egzemplarza Mercedesa „Gullwinga„, 1 grudnia 1954r. (sześć tygodni przed ukazaniem się naszego pisma). „To moja nagroda za 56 lat codziennej harówki w rodzinnej firmie, od 6.00h do nieraz późnego wieczora” – wyznaje na koniec bohater.

Dygresja: uwaga o wygraniu klasy Adlerem na Klausenpass ’24 pozwoliła mi (poniekąd) zidentyfikować pana A.Z.: to prawdopodobnie niejaki A. Zimber, który jednak w tabelach figuruje jako Szwajcar i zdobywca dopiero 3 miejsca. Tyle zdołałem odnaleźć.

Z bieżących spraw samochodowego sportu „am&s” omawia jeszcze szczegółowo terminarz imprez różnych klas (poświęcając cały akapit zmierzchowi historycznego toru AVUS) i przedstawia sylwetkę Stirlinga Mossa. Ten ostatni tekst kończy się życzeniami powodzenia na nadchodzący wyścig Le Mans 24h – co z perspektywy czasu mrozi krew w żyłach, ponieważ wiemy, że wtedy właśnie nastąpiła największa tragedia w historii sportów motorowych. Choć faktycznie, w momencie przerwania imprezy na czele stawki znajdował się właśnie Moss.

***

am&s” 2/55 zamieszcza aż dwa mini-przewodniki turystyczne – opisujące Szwajcarię oraz chorwacką (wtedy jugosłowiańską) wyspę Rab.

W tym pierwszym znajdujemy listę najciekawszych szwajcarskich tras i atrakcji turystycznych („wysokogórskie kolejki śmiertelnie drogie, ale warte swej ceny„), zwyczajowe informacje klimatyczne czy językowe („w strefie francuskiej i włoskiej nie każdy zrozumie niemiecki„). Ponadto czytamy, że odwiedzając Szwajcarię należy wykupić Zieloną Kartę po 2 CHF za miesiąc, a w razie zapomnienia paszportu celnik wystawi tymczasowy dokument za 1,5 DM. Wartości obu walut są podobne (1 CHF = 0,96 DM), trzeba natomiast pamiętać o wciąż jeszcze obowiązujących ograniczeniach dewizowych – obywatel RFN może prywatnie wymienić do 1.500 DM rocznie. W Szwajcarii jakiekolwiek ograniczenia prędkości obowiązują tylko przy holowaniu przyczep (30 km/h w miastach, 50 poza), wyprzedzający muszą „wystawić kierunkowskaz„, w tunelach „zaleca się” włączenie świateł mijania, w miastach bezwzględne pierwszeństwo mają tramwaje, a na górskich drogach nie wolno stawać w miejscach niewidocznych i zakrętach, o czym łatwo zapomnieć szukając widoków do fotografowania. Litr zwykłej benzyny kosztuje 0,5 CHF, Super – 0,6 CHF, diesla – 0,45 CHF, oleju silnikowego – 3 CHF, a paliwo w kanistrach podlega ocleniu. Za prosty obiad zapłacimy 3,5-5 CHF, za elegancki od 10, „sery i owoce są bardzo tanie„, koniecznie należy też spróbować fondue – „uważając, by nie poparzyć sobie podniebienia„. Bez cła wwieźć można ćwierć kilo kawy mielonej, 25 papierosów i tylko jedną tabliczkę czekolady – ale pod warunkiem zamieszkania ponad 100 km od granicy (w przeciwnym wypadku, w ramach walki z „mrówkami”, limity są zerowe!!).

W hotelach za karmę dla psa zazwyczaj płacimy ekstra. Za to napiwki wliczone są w rachunek.

Foto: „am&s

Informacje o wyspie Rab brzmią zaskakująco współcześnie. Szeroka oferta campingów z wygodami (od 0,6 DM za namiot, plus podatek turystyczny 0,1 DM) oraz żaglówek do wypożyczenia. Samochód można zostawić na stałym lądzie (w Rijece – za 2 DM dziennie), płynąc na wyspę po 6 DM od osoby. Żywność „droższa niż w RFN” (tak, w titowskiej Jugosławii w 1955r.!!), a jadłospis „monotonny i wymagający przyzwyczajenia” (śródziemnomorskie jedzenie nie było jeszcze znane na północy Europy). Warto spróbować lokalnych win (2 DM/litr) i rakiji (8 DM/litr). Klisze fotograficzne i taśmę filmową lepiej zabrać z domu.

Duży plus: można ubierać się luźno, „dorosły mężczyzna w szortach nikogo nie szokuje„. Czyżby w niemieckich kurortach szokował…?

Foto: „am&s

***

W opisywanym wydaniu „am&s” znajduje się tylko jeden test drogowy – Lloyda 400, napisany przez Wernera Oswalda, autora wielu przekrojowych książek o motoryzacji niemieckiej.

Lloyda 400 już znamy. Autko mierzy 3,35 x 1,41 metra przy dwumetrowym rozstawie osi i dopiero przed dwoma miesiącami dostało pełne poszycie blaszane (w miejsce dermy podbitej filcem). Dwucylindrowy, chłodzony powietrzem dwusuw o pojemności 400 cm³ rozwija 13 KM i 29 Nm, z pomocą trzybiegowej skrzyni bez synchronizacji ani wolnego koła rozpędza 510-kilogramowe autko do maksymalnie 80 km/h, a pierwsze 60 uzyskuje w 20 sekund. Testowe zużycie mieszanki 1:25 wyniosło 6,9 litra na 100 km. 

Foto: materiał producenta

Wysokie spalanie redaktorzy tłumaczą niskim przebiegiem egzemplarza i własnym stylem jazdy: „długie przejazdy autostradowe z gazem w podłodze„, „celowe obciążanie podjazdami bez redukcji” oraz „regularne przekręcanie obrotów na zjazdach – do nawet 95 km/h” nie zdołały uszkodzić niedotartych jeszcze mechanizmów – mimo że we wcześniejszych seriach „producent zbyt ambitnie zmniejszał luz cylinder-tłok, powodując zacieranie się ostro traktowanego silnika„. Dalsze zalety: przestronna kabina („prawie jak w Volkswagenie”), duży schowek, możliwość przestawiania kranika rezerwy w czasie jazdy, ogrzewanie wliczone w cenę (choć ledwie działające – co nie dziwi przy chłodzeniu powietrzem i braku dmuchawy kabinowej), łatwe uruchamianie silnika i wycieraczki poruszające się równolegle (wcześniej chodziły, jak chciały). Wady: bardzo ubogie wyposażenie (tylko jeden wskaźnik – szybkości, brak uchylnych okien z wyjątkiem małego fragmentu w drzwiach, brak nawiewu na szybę czołową), słaby komfort resorowania i siedzeń („w dłuższych trasach polecamy siedzieć na poduszce„), bardzo głośny silnik (dokładniej – dmuchawa chłodząca).

680-kilometrową trasę Brema-Stuttgart pokonaliśmy w 11 godzin wliczając przerwę obiadową. Pociąg jedzie godzin 12 i nie wiezie nas od drzwi do drzwi, a kosztuje drożej nawet dla jednej osoby, nie mówiąc o dwóch albo rodzinie 2+2„, „Niesynchronizowana skrzynia wymaga odrobiny praktyki, ale rozgarnięty człowiek opanuje to szybko„.

Konkluzja: „[Lloyd 400] to wóz relatywnie tani, ale w żadnym wypadku nie „biedny” [sic!!]. Został skrojony na potrzeby niezliczonych klientów, którzy chcą prawdziwego samochodu, ale nie mogą sobie nań pozwolić (…) Chodzi przede wszystkim o tych, których dochody pozwalają na utrzymanie własnego pojazdu, ale którzy nie korzystają z podatkowych przywilejów zarezerwowanych dla aut firmowych„. Grupą docelową mieliby być urzędnicy, pracownicy umysłowi, ale też przedstawiciele wolnych zawodów i rolnicy. „Lloyda można uznać za dorosły wóz, o ile zastosujemy odpowiednią miarę. Oczywiste, że Amerykanie nie powiedzą tak nawet o Taunusie czy Rekordzie, ale kto wcześniej jeździł rowerem lub skuterem, poczuje się jak król” – tak Werner Oswald kończy opis 13-konnego dwusuwa, w którym nowością jest blaszane poszycie, na fotelu nie można wysiedzieć bez dodatkowej poduszki, a przekroczenie 80 km/h wymaga przekręcenia dopuszczalnych obrotów, z wiatrem z góry.

W 1955r. Lloyd 400 kosztował 3.450 (sedan) lub 3.580 DM (kombi), czyli tylko odrobinę mniej niż „Garbus” (od 3.790). Roczny podatek wynosił 72 DM, składka OC 90 DM, auto-casco 147 DM przy udziale własnym 500 DM. Za zapasowy silnik należało zapłacić 128 DM. Niższe było natomiast spalanie i najprawdopodobniej wspomniane opłaty – niestety nie znam ówczesnych stawek podatku i ubezpieczeń za „Garbusa”.

Wykresy przyspieszenia w funkcji czasu to nieodłączna część ówczesnych prasowych testów samochodów

 

***

Dwie ostatnie ciekawostki czekają na ostatniej stronie.

Pierwsza pochodzi z Eisenach – czyli wschodniej części Niemiec, aż do 1961r. nieoddzielonej fizycznie od RFN. Sprawa dotyczy EMW 340 – pirackiej kopii przedwojennego BMW, jaką produkował enerdowski przemysł. „Samochód składa się z 2.600 elementów, z których 1.700 przyjeżdża od kooperantów. A raczej powinno przyjeżdżać, gdyż ostatnimi czasy regularnie brakuje średnio 80-90 z nich„. Ponieważ fabryka musi wykonać plan, nie zatrzymuje taśmy, tylko składa auta niezdolne do jazdy, wysyłając je prosto na zakładowe cmentarzysko. Tzn. oficjalnie do magazynu, ale tajemnicą poliszynela jest, że wyjazdu stamtąd nie będzie, bo ewentualne nowe dostawy części trafiają najpierw na halę montażową, gdzie i tak okazują się niewystarczające.

Szczegóły? Fabryka przekładni z Lipska miała w zeszłym roku dostarczyć 1.430 skrzyń biegów – a dostarczyła 1 (słownie: jedną). Wałów napędowych miało przyjść 4.760 – nie przyszedł żaden. „Nie można powiedzieć, by Ministerstwo Przemysłu Maszynowego nic nie robiło – ono jest bardzo zajęte składaniem obietnic i ustalaniem planów na kolejne okresy„. Tymczasem ubiegłoroczny plan zakład w Eisenach wykonał w 75%, przy 120% przewidzianego nakładu roboczogodzin. „Być może minister myśli, że skrót EMW oznacza Eile mit Weile” (niem. „spiesz się powoli”) – ironizuje autor. Takie wiadomości swobodnie krążyły po terytorium Niemiec i przyczyniały się do masowych migracji w kierunku zachodnim – aż w 1961r. nie zatrzymał ich mur i pola minowe.

Druga historia pochodzi z Zachodu. Oto pewien nauczyciel zorganizował klasową wycieczkę wynajętym autokarem. Niestety brakowało na niej jednej uczennicy, imieniem Marianne. Jej ojciec na listowne zapytanie szkoły odpowiedział: „Wiedzą Państwo, że pracuję w Deutsche Bundesbahn. To jedno z większych przedsiębiorstw kraju stoi przed niebezpieczeństwem plajty. Nie powinno więc dziwić, że zabrania swym pracownikom korzystać z konkurencyjnych przewozów pasażerskich, dla siebie i swych rodzin. W tej sprawie pracownicy złożyli pisemne zobowiązanie (…) Mam wobec tego nadzieję, że usprawiedliwienie mojej córki spotka się ze zrozumieniem, a ona sama nie zostanie postawiona poza nawiasem wspólnoty uczniów„. Pozdrawiamy Marianne oraz – po raz kolejny – Deutsche Bundesbahn!!

***

Zapytani o 1955r. historycy opowiedzą przede wszystkim o eskalacji Zimnej Wojny: przyjęciu podzielonych Niemiec do dwóch przeciwstawnych sojuszy wojskowych, którym przewodziły atomowe supermocarstwa, o oblatywaniu w USA szpiegowskiego samolotu U-2, wodowaniu pierwszej atomowej łodzi podwodnej i ogłoszeniu programu budowy międzykontynentalnych rakiet balistycznych, o sowieckim wypowiedzeniu zawartego w 1942r. traktatu o współpracy z Wielką Brytanią i budowie pierwszego w świecie kosmodromu Bajkonur. Samochodziarze kojarzą 1955r. z premierą Citroëna DS, MercedesaGullwinga„, BMW 507 i Forda Thuderbirda, pasjonaci wyścigów – z triumfami ostatnich „Srebrnych Strzał” i Jaguarów D-Type. Ekonomiści dodadzą, że właśnie wtedy, po raz pierwszy w dziejach, roczny zysk pojedynczej firmy przekroczył miliard dolarów netto, a firmą tą był koncern General Motors.

Warto jednak pamiętać, że codzienne życie Europejczyków wyglądało zgoła inaczej: nieporównanie biedniej i ciężej, choć w wielu kwestiach radośniej i optymistyczniej niż dziś. Taki obraz przekazuje nam ówczesna motoryzacyjna prasa – a w tym temacie trudno o lepsze źródło.

Foto: materiał producenta

Foto tytułowe: Steve Moses, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

52 Comments on “C’EST LA VIE: POCZĄTEK NORMALNOŚCI

  1. Co do czasopism:
    Ja nauczyłem się czytać w wieku 5 lat więc mniej więcej wtedy zaczęło się czytanie Motoru i Auto Techniki Mororyzacyjnej, którą zakład ojca prenumerował (ekspozytura Transbudu z ok 40 Jelczami, Kamazami i Ziłami, zastępowanym sukcesywnie przez te pierwsze).
    Potem od numeru 3/93 Auto International, który ostawilem dopiero pod koniec lat 2000, gdy stał jawnym prospektem reklamowym grupy VW.
    A co do Obrockiego (urodzony jak ja w Kluczborku) to na grupach rajdowych jest gruby temat co do jego obiektywizmu i pracy na etacie w teamie Hołowczyca. Bzdury, jakie pisał na temat polskich rajdów to była żenada dla prawdziwych kibiców.

    • To prawda, AMiS byl prospektem reklamowym przede wszystkim Volkswagena i Mercedesa. Pojazdy tych firm zawsze wygrywały wszelkie testy.

    • Ja też umiałem czytać bardzo wcześnie (co ciekawe, nikt w rodzinie nie przyznaje się, żeby mnie tego uczył, ta kwestia jest dla mnie tajemnicą 🙂 ), no i też od małego czytałem o samochodach. Tyle że nie w gazetach, a w książkach – w instrukcji obsługi tatowej Łady, w „Dziejach Samochodu” Rychtera albo „Szybkości Bezpiecznej” Zasady. Gazety, jak pisałem, doszły do tego w 1992r.

      Co do Obrockiego – nie umiem określić rzetelności jego artykułów rajdowych, bo w rajdach nie siedzę. Ale chodzi mi o to, że kiedy on krytykował np. stan sieci polskich dróg albo absurdy polskiego prawa, robił to rzeczowo i kulturalnie (czasem używał mocnych słów, ale bez obrażania nikogo). Janusz Atlas nieraz granice dobrego smaku przekraczał, robił sobie osobiste wycieczki, puszczał inwektywy po konkrentych nazwiskach, itp. Nawet będąc w szkole podstawowej nie lubiłem tego, bo mnie wychowywano w inny sposób i uczono innego sposobu dyskutowania.

      • Atlas miał ogólnie fatalną opinię. W okresie, kiedy pisał w Motorze był już na dnie swojego życia i tylko dzięki takim wierszowkóm mial za co żyć.

  2. Zazdroszczę przeszłości tego optymizmu, tej pozytywnej naiwności że będzie jeszcze lepiej i jeszcze wygodniej, bezpieczniej.. tej wiary w technikę która ma rozwiązać wszystkie problemy i pomóc człowiekowi, działać na jego korzyść. To wszystko w kontekście wiszącego nad głową atomowego armagedonu (doktryna Mutual Assured Destruction była wówczas w pełni akceptowalna jako koncepcja na przebieg potencjalnego konfliktu wschód-zachód). Na ile istotna była scenografia pozostała po latach 2 wojny w które trzeba było układać sobie życie, na ile to jednak optymistyczny klimat nieograniczonej ścieżki rozwoju. Niesamowite to jest.

    • Ja myślę, że ludzie znosili doktrynę MAD, bo od zawsze żyli w ciągłym niebezpieczeństwie. Nigdy wcześniej nie mogli być pewni, czy dożyją jutra, więc to nie była dla nich nowość (nowością było ryzyko zagłady globalnej, ale dla pojedynczego człowieka nie robi to wielkiej różnicy, czy zginę tylko ja, czy miliard ludzi poza mną). Dopiero od niedawna uznajemy to za niemalże pewnik, a czyjakolwiek gwałtowna śmierć jawi się nam jako coś niecodziennego, zupełnie niespodziewanego. Odzwyczailiśmy się od ciągłej niepewności, dlatego nie wyobrażamy sobie, jak ludzie mogli tak żyć – a to była ludzka rzeczywistość, od paleolitu aż do epoki naszych dziadków, a może i rodziców.

  3. U mnie w domu najpierw pojawiały się katalogi. Najpierw zachodnie, później ok 1991 chyba pierwszy polski. Mój starszy o 4 lata brat zaczął kupować Moto Magazyn chyba od 1993? Ja od 1995 Auto Świat.
    MM Był fajniejszy bo zawierał plakat i przez jakiś czas też naklejki z rysunkami A.Mleczki, które do dzisiaj zdobią jedną z szafek w domu rodzinnym 🙂 Lubię czasem wrócić to tych tytułów sprzed prawie 30 lat. Zapowiedzi i premiery nowych aut wzbudzały prawdziwe emocje, a zapowiadane modele były często rewolucją w swojej klasie. Może zabrzmi to dziadersko, ale teraz brakuje mi tego w motoryzacji.

    • Tego brakuje ogólnie w życiu. Kiedyś czekało się na to, co przyniesie jutro, dziś raczej wyliczamy rzeczy, które jeszcze nie znikły i próbujemy skorzystać z nich, póki się da. To jest potwornie dołujące i zwyczajnie demotywujące do pracy.

      • Cóż, trzeba się cieszyć że tego doświadczyliśmy. Jeszcze nasuwa mi się tutaj jeden przykład. To jak kiedyś szybko ewoluował sprzęt komputerowy. 2-3 lata starczyły by móc w tej samej lub niższej cenie kupić sprzęt 2 razu mocniejszy. Na przełomie 94/95 rodzice kupili do domu pierwszego PCta. Pentium 100MHz, dysk 800Mb. Reszty parametrów nie pamiętam, ale kosztował worek pieniędzy. W 1999 roku został wymieniony za połowe ceny pierwszego na AMD 600MHz z kartą Riva TNT2 (tyle pamiętam), a w 2004 na sprzęt z procesorem 2GHZ. Teraz Kupując nowy komputer za 3000PLN dostaję sprzęt tylko niewiele lepszy od mojego kilkuletniego laptopa.

      • To całkowicie zależne od indywidualnych zainteresowań i sytuacji w życiu. Ja czekam na jutro i nie użalam się nad minionym wczoraj – bo raz, że to donikąd nie prowadzi poza ewentualnie depresją, a dwa, że jedyną stałą w życiu jest zmiana, więc smucenie się nią jest absolutnie bez sensu. Zniknęło? Szkoda, trudno, żyje się dalej. To trochę jakby wraz ze zniknięciem przyzwyczajenia do przemijania ludzi zniknęło „w narodzie” przyzwyczajenie do przemijania rzeczy i zjawisk, zastąpione żalem. Nonsens, nonsens, nonsens, i poddanie się negatywnym emocjom.

      • tyle fajnych samochodów wyprodukowano przez te wszystkie lata że jest i tak w czym wybierać 🙂 mnie tam nowości nigdy nie interesowały zresztą 🙂

      • Tu rocznik 1986, ale wcześnie nauczyłem się czytać, więc również doświadczyłem magii pism motoryzacyjnych z początku lat 90’tych 🙂 I zgodzę się, że emocje związane z nowościami w motoryzacji przeminęły, jednak nie przypisywałbym tego wyłącznie przejęciem władzy biurokratów brukselskich i korporacyjnych kontrolerów finansowych nad inżynierami, sporo w tym jednak romantyzowania młodości i punktu, z którego startowaliśmy, na tle którego rzeczywistość z ówczesnych gazet wydawała się stanowić element obcej galaktyki. Dla mnie dziś punktem startowym jest rocznikowo 8 letni produkt VAG, w którym nie musiałem jeszcze nawet wymieniać klocków hamulcowych z przodu, którym da się bezproblemowo z dnia na dzień zaplanować trasę na południe Europy i dojechać bez bólu głowy i pleców, więc coraz trudniej wymyślić coś nowego. Na tym tle przypomina się jeden z listów czytelników z ówczesnej prasy, gdzie nauczycielka żaliła się, że przestarzały Polonez Caro to równowartość jej 80 pensji i pozostaje jej marzyć o nastoletniej Syrence (chyba dobrze zapamiętałem, zważywszy że Maluch kosztował kilkunastokrotność średniej krajowej, a nauczyciele, zwłaszcza młodzi nie wyrabiali średniej).
        Czy mnie to dołuje czy demotywuje do pracy – na szczęście nie. Jeszcze tyle rzeczy jest do spróbowania i miejsc do odwiedzenia.

      • Bardzo gratuluję podejścia do życia, tak trzymać!!

        MAsz rację, że w Polsce motoryzacja wzbudzała emocje z powodu swojej niedostępności, ale to nie była całość zagadnienia, bo na Zachodzie wyglądało to podobnie jeszcze z początkiem XXI wieku (patrz klasyczny Top Gear). Dopiero w II dekadzie stulecia najwytrwalsi samochodziarze zaczęli coraz bardziej oglądać się wstecz, w kierunku motoryzacji klasycznej, a od kilku lat wiadomości z rynku częściej dotyczą tego, jaki model znika na zawsze niż jaki się pojawia albo dorabia nowej generacji. To włąśnie jest dołujące – że nie ma na co czekać. No i że jeśli nasza aktualna walka z władzami nie przyniesie rezultató, będę się mógł pożegnać z klasykiem, ja i tysiące mi podobnych (nie mówiąc mnóstwie znajomych spoza miasta, którzy już teraz zadają mi pytanie – „poradź mi proszę, jak będę mógł za parę miesięcy dojechać do pracy? Bo u siebie w wiosce to mogę tylko w monopolowym sprzedawać”).

      • Ewentualnie oprócz wygaszania modeli stosuje się przebiegłe wykorzystane nazwy, np. Scenic jako ponoc całkiem udany elekryczny crossover (ktory 3 fotelikow na tyle nie zmieści) albo Audi ponoć kombinuje, zeby A4 i A6 to byly EV, a to co bylo A4 i A6 ma być A5 i cos jeszcze.
        PS. SCT w Krakowie jest na prawdę oburzająca, żeby im tam do magistratu katering nie dojechał albo jakiś hydraulik przy awarii to może otrzeźweją.

    • Ja też wychowałem się na gazetkach lat 90 tych, szczególnie właśnie Motor i Moto Magazyn. Był też Auto sukces, choć wydawał mi się odrobinę zbyt elitarny.
      A z Motoru, nie wiem czemu, najbardziej wryły mi się w beret reklamy Marlboro w formacie pełnego plakatu, przedstawiające Mclarena z kierowcą w żółto – zielonym kasku 😉 i tekstem: „Najtrudniej jest prowadzić”

      • „Auto Sukces” w moich wspomnieniach to tytuł, w którym najwięcej miejsca poświęcano na opisy techniki, lubiłem ten tytuł.

        Swój specyficzny urok miało też „Auto dziś i jutro” (i nie chodzi o ostatnią stronę).

      • Auto Sukces miał jedną przewagę, miał w środku plakat. Pamiętam jak dziś swój pierwszy: srebrny Fiat Tempra 🙂

  4. fajny artykuł, widać PKP uczy się od Niemców że tak podobnie z ich opłacalnością 😉
    najsmutniejsze w tym wszystkim że lepiej przegrać wojnę niż ją wygrać wspólnie z komunistami..
    a mój rarytas którym jeżdżę na co dzień skończył właśnie 30 lat i nic sobie z tego nie robi 🙂 tylko artykułu o niej nie piszą

  5. Podróż czasami abstrakcyjna chociaż to tylko wczoraj. Zabawną sprawą jest niemal karykaturalny konflikt z koleją 😀 Ale zabawnosc Niemców polega właśnie na nadgorliwości (chociaż wiadomo od czego jest ona gorsza).

  6. 1955 rok to również pierwsze Warszawy złożone w stu procentach z polskich części, słynny rajd pierwszych prototypowych Syren po Polsce, czy początek produkcji AWZ P70 u naszych wschodnich sąsiadów – nie zapominajmy o samochodziarzach zorientowanych na blok wschodni.🙂
    Dla mnie pierwsze kontakty z prasą motoryzacyjną to również Motor, tylko już wydania z XXI wieku, no i rozkręcające się magazyny motoryzacji zabytkowej – Automobilista i debiutujące wtedy Classicauto. Do dziś archiwalne numery tych magazynów polecam jako źródła wiedzy o samochodach z czasów minionych, obecnie coraz trudniej im idzie z rzetelnością. A, no i oczywiście roczniki „Samochody świata”.
    Widzę, że u zachodnich Niemców ten okres to był taki moment „najgorsze już było, teraz będzie już tylko lepiej” – zniesiono reglamentacje, naród się podnosił z ruin, ceny aut zaczęły maleć a wkrótce wejdą do produkcji kolejne modele niby często mikro, ale jednak samochodów – to nastrajało niespotykanym dziś już niestety optymizmem mimo życia w cieniu bomby atomowej. A, no i jak szybko się wtedy starzały samochody – wtedy 29-letni wóz to było świadectwo zupełnie innej epoki technologicznej, a obecnie będzie to Passat B5 albo pierwsza nowożytna Octavia.😀 Zresztą podobną refleksję miałem oglądając „Christine”, gdzie ledwo 20-letni samochód był uznawany za zabytek/straszydło dla dziwolągów.
    Czasy były inne, a jednak pewne rzeczy w ludzkiej mentalności wydają się niezmienne mimo upływu 70 lat.🙂

    • Obecnie Automobilista robi się z lekka – przynajmniej moim zdaniem – nudny i banerem reklamowym (oraz ogłoszeniowym), chociaż szanuję że jakiś czas temu przy Astrze Classic próbowali torpedować mit „VW i FSO”; z tym że przy niektórych artykułach skróty myślowe czy rozeznanie wołają o pomstę do nieba. Co do Classic Auto, no cóż – zegarki, fancy dodatki dla hipsterów/modnych ludzi traktujących stare auta jako nietypowe hobby, gratów czy ciekawych aut nie ma i tylko same sterylne i jak z fabryki, meh. Ostatnio jeszcze zmienili styl graficzny i papier i zostało korpogucio ; ) stylistyka na dziwnym w dotyku papierze. Także tak, Automobilista czy CA tylko archiwalne

      • Mnie teraz też odstraszają ceny… Kilkanaście zł mogłem dać, 30 niestety jest poza granicą bólu – zwłaszcza że za tyle można spokojnie kupić oldtimerowe gazety zagraniczne, zupełnie innej jakości. Niestety.

  7. Wspaniałość. Bardzo interesujący artykuł.
    Można z niego wyciągnąć wniosek, że PKP jest około 40 lat za DB i „goni powoli” jak EMW 😉
    Dzisiaj w Polsce mamy wiele 29 letnich pojazdów, które (mam nadzieję jakoś w miarę uczciwie) przechodzą przegląd techniczny i są wołami roboczymi, jak stary Ducato i oczywiście T4. Nawet pierwsze Berlingo już ma 29 w tym roku. Niesamowite jak rozwój wpłynął na trwałość.

    • Tak, wbrew obiegowym opiniom trwałość samochodów ogromnie urosła, dyskutowaliśmy o tym już wielokrotnie 🙂

  8. Pan Franz Rammelmann przegrał z DB pewno dlatego ze juz od czasów międzywojennych nie udzielano ( był taki zakaz) koncesji na liniowy przewóz osób w ruchu międzymiastowym (Überlandverkehr). Jeśli między tymi miejscowościami istniało połączenie kolejowe. Oczywiście zawsze były próby ominięcia tego przepisu. Ale dopiero tak od 2005 udało się medialnie naświetlić sprawę, co doprowadziło w 2013 do zmiany / obalenia tego monopolu. I właśnie dopiero od tego czasu pojawiły się (na większą skalę) linie autobusowe w Niemczech.
    Co do kosztów VW Garbusa to mam coś tylko z 1961
    Cena (z ogrzewaniem) 4200 DM, Podatek 173DM, OC 215 DM, ceny części zamiennych: silnik 595DM, błotnik p. 40,25 DM drzwi 43,25DM.

    Ja „Motor” zacząłem czytać ~1980, ale z prenumerata to nie była taka prosta sprawa, i trzeba było użyć znajomości cioci na poczcie. Niestety moje wszystkie rocznik przepadły. A teraz szukam jakiegoś Archiwum właśnie ze starymi numerami ( najlepiej digitalnego ). Może ktoś coś wie.I może służyć jakimś namiarem.

    • Bardzo ciekawe z tymi licencjami, bo autobusy Rammelmanna długo jeździły – tyle że w 1955r. przestały.

      Bardzo dziękuję za kwoty podatku i OC za „Garbusa” – faktycznie, różnią się mocno od mikrosamochodów, podobnie jak ceny części.

      Stare roczniki gazet pojawiają się często na portalach aukcyjnych i grupach facebookowych, ale z archiwami online jest trudniej. Streszczoną tutaj gazetę znalazłem dawno temu na jakimś niemieckim forum, ale niestety innych numerów tam nie było.

      • Dostęp do co niektórych czasopism np.: auto motor und sport, Das Auto (1946-1951) itd. można uzyskać stosunkowo tanio na „www.zwischengas.com” – mam wykupiony abonament.
        Niestety roczniki w formie papierowej raczej z powodu miejsca aktualnie nie wchodzą w grę.
        Jeśli chodzi o autobusy międzymiastowe w De, to tak jak pisałem. Przepis ten zawsze próbowano ominąć.A jedyną metodą, która rokowała powodzenie, było nazwanie takiego transportu nieliniowym. A więc powstawały Firmy Autobusowe które np. regularnie woziły wycieczki z miasta A do miasta B i z powrotem i to czterokrotnie każdego dnia. Wtedy DB zaczynało z taka firmo walczyć sądowo. Były i inne pomysły np. tworzenie „grup podróżnych” które wynajmowały sobie Autobus (takie rozwiązanie doprowadziło w końcu do otwarcia tego rynku).

      • Na „Zwischengas” też mam wykupiony dostęp i tam regularnie znajduję testy i inne artykuły z Epoki Chromu. Ale tu miałem fajniejszą okazję, czyli cały numer w jednym pliku. To daje dużo fajniejszy obraz epoki.

  9. Świetna sprawa. Uwielbiam te wpisy – takie rzeczy tylko na Automobilowni 😉
    Naprawdę ciekawe, że przeprowadzono tylko jeden test samochodu. Dziś połowa Motoru to testy, a AM&S to pewnie ze 3/4, mimo że fury tak naprawdę między sobą różnią się znacznie mniej niż wtedy.

    Aha, i co mają dzisiejsze czasy wspólnego z tamtymi? Producenci obniżają ceny swoich produktów – patrz choćby Citroen/Peugeot

    • Wtedy testowane samochody redakcja kupowała sobie w salonach, anonimowo – na nazwisko któregoś z pracowników. Uważano, że tego wymaga etyka dziennikarska. Dziś producenci podstawiają dziennikarzom zatankowane fury pod dom i zapraszają na wielodniowe balangi w ekskluzywnych kurortach. Dlatego testów jest ile kto chce.

      • Podobno testy opon dziś przebiegają podobnie (sprawdzić, czy nie ADAC 😉 )

  10. Świetny pomysł na artykuł. Jeśli kiedyś znowu wpadnie Ci w ręce jakieś archiwalne czasopismo to ja z chęcią przeczytam kolejny taki ,,przekład”. Bardzo ciekawie patrzy się na relacje osób sprzed jakiegoś ważnego wydarzenia (tak jak w Twoim przykładzie z LeMans) i to jak optymistycznie patrzą na swoją rzeczywistość (test Lloyda) i nadchodzącą przyszłość. Niestety podzielam Twoje spostrzeżenia, że dzisiaj już tak nie ma i zazdroszczę tym, którzy jeszcze potrafią tak patrzeć na nasze czasy.

    Ciekawostka, że moim pierwszym wydaniem Motoru był egzemplarz dokładnie 10 lat młodszy (na 50-lecie). Przestałem kupować pewnie niewiele przed kolejną okrągłą rocznicą, bo opisywane pojazdy już w znacznej większości mnie nie interesowały (poza tym pojawiły się niezłe sieciowe alternatywy). Potwierdza to moje niedawne przemyślenia zakończone wyznaczeniem okresu pomiędzy 2010-2015, od którego to przestałem w zasadzie marzyć o kupnie kiedyś nowego samochodu w salonie.

    Podobnie zresztą z ,,prasą internetową”. Carscoops i polski Autoblog swego czasu przeglądałem codziennie przy śniadaniu w pracy, ale kiedy opanowały je nowinki o elektrykach została przerwa zastąpiona dopiero niedawno portalem PetrolHeart :-).

  11. O to to (ostatni akapit)!
    Ja aktualnie szukam auta na podmianę i marzy mi się raz w życiu kupić nowiutki i świeżutki, ale do wyboru mam już w sumie tylko schodzące modele, jak Giulia, czy XE/XF.
    Niesamowite te testy, anonimowe, z przekręcaniem obrotów itd. Przypomniało mi się porównanie Mondeo i Passata w Auto Świecie. Jak to im nie chciało przez gardło przejść, że Ford ma lepsze chociaż właściwości jezdne:)

    • Z AutoSwiatu pamiętam test długodystansowy BMW, ten na koniec którego, po 100 tys. rozbierali samochod na części.
      Od nowości w jednym cylindrze znalazł się jakiś paproch, w wyniku czego gładź była cała porysowana. Werdykt – nieznaczące przeoczenie nie mające wpływu na doskonałą jakość wykonania 😀

  12. Pierwszą moją motoryzacyjną gazetą był „Motor”, jak u większości myślę. Pamiętam nawet który to był numer, 42/2004, później ojciec dokupił numer 41/2004 (ten z testem używanej Carówki z kierą malacza, Favoritką po pierwszym lifcie oraz Samarą z manetką poklejoną taśmą XD) – no a potem poleciało, jakoś do 2011/12 kupowaliśmy go w miarę regularnie. Później sam go kupowałem, aczkolwiek od wielkiego dzwonu i jak potrzebowałem lektury na podróż pociągiem; jak przesiadłem się na auto, to już może raz na rok, chyba ostatni numer około 2022/23 kupiłem.

    Z czasopism oprócz Motoru zdarzało mi się czytać Auto Bilda znaczy Auto Świat :> czytałem starsze numery, z okolic 2000-2002 roku, jak i nowsze, około 2006-2009 roku. Później (nie wiem, 2015?) przesiadłem się na Auto Świat Classic, aczkolwiek nie wsiąkłem w niego tak jak w Automobilistę czy CA – chociaż z regularnego kupowania trzech „gratowych” pism zrezygnowałem i chyba tylko już przy AŚK poluję na wydania roczne, gdzie są zamieszczane kompedia kilkudziesięciu starych aut. (A po tym co odwalają od dobrych prawie 2 lat to nawet mi się nie chce kupować…)

    Z takich pism jakie zdarzało mi się czytać, aczkolwiek baaardzo pojedynczo, to było chociażby Auto Moto – swego czasu siostra Motoru, bo część redakcji pisała w obu pismach. Jeszcze w sumie wspominany przez Autora Auto Moto i Sport, którego paręnaście wydań mam i takie ciekawostki jak AUTO+ i Off-Road PL Magazyn 4×4; ten drugi chyba jest dalej wydawany jak patrzę na necie. Z internetowych to hm – trochę Autobloga czytałem, ale przestałem w 2020 jak pewien redaktor od starych gratów odszedł – on był tam „najweselszą” częścią redakcji XD Próbowałem czytać wspominanego wyżej Petrolheda ale powiedziałem nie – za bardzo mi generatorem AI zalatywało. Jak komuś pasuje, okej, mi nie podszedł treścią.

    Co do formy testów – pamiętam porównywałem test z dwóch Motorów, jednego z lat 50, drugiego współczesnego – i łomatkoicurko, jak te nowe testy są ubogie pod względem technikaliów, dosłownie masz taki silnik, napęd i elo. W „Motorze”, bodajże to był test Warszawy M-20, pisano takie rzeczy jak błąd wskazań szybkościomierza, drogę hamowania czy nacisk na pedał hamulca. Patrzyłem pojedyncze skany różnych pism z lat 70, to podobnie bogate w specyfikacje. A teraz to człowiek czyta chociażby porównania i się zastanawia na ile werdykt to opinia subiektywna autora tekstu czy „coś innego” ( ͡° ͜ʖ ͡°). A, no i jeszcze jedna rzecz co mnie śmieszyła i w sumie dalej śmieszy – przedrukowane testy w AŚ z Auto Bilda, swego czasu (okolice 2006 roku?) prawie połowa artykułów o nowych autach była przetłumaczona z niemieckiego pisma-matki; chyba nie było podpisanych autorów jak pamiętam.

    • W polskich pismach od zawsze publikowali mnóstwo niemieckich tłumaczeń 1:1 (takie są od początku założenia, bo np. koszty eksploatacji samochodów zwykle są opisane w osobnej tabelce, nie w tekście, żeby można było łatwo podmieniać ceny, stawki ubezpieczeń itp. w zagranicznych wydaniach). A dawne testy to kopalnia wiedzy inżynierskiej i ogólnotechnicznej, dlatego przy pisaniu artykułów obowiązkowo szukam ich w różnych internetowych zasobach i różnych językach. Tam można znaleźć najlepsze treści.

      • Oj taak, w starszych testach potrafiono rysować krzywe momentu obrotowego czy przyspieszenia, pomiary hałasu etc teraz najwyżej jest to rysunek poglądowy z wymiarami z zewnątrz i środka auta (zawsze coś!). Jeśli chodzi o tłumaczenia, to nie widziałbym problemu, gdyby zdjęcia aut były robione u nas – a gros takich translacji ma brane zdjęcia z oryginalnego tekstu, przez co – przynajmniej ja – odnoszę wrażenie, że autorom nie chciało się/nie mogli uzyskać samochodu i samemu go sprawdzić; ot, przetłumaczyć i fajrant i tyle.

        Co do internetowych archiwów – nie wszystko jest dostępne i nie wszystko będzie na zawsze w internecie – pamiętam jak jakiś czas temu wygasły dwie strony, bodajże polskie-auta oraz borewicze.pl; były i z dnia na dzień zniknęły. I one zapewne stanowiły też ułamek starych forum i serwisów z hostingiem plików, które pewnego dnia zakończyły działalność.

      • „W polskich pismach od zawsze publikowali mnóstwo niemieckich tłumaczeń 1:1” — myślę że piszesz o czasach po 1990 r i o pismach które wtedy znajdowały się już pod wpływem / w rekach niemieckich wydawców. Albo o czasach przed 1939.
        Takich przedruków w „moich czasach ” nie było. W ogóle myślę ze lata 1980’te były tymi najlepszymi do np. Motoru. Oczywiście walczyli z za małym nakładem ze słabym papierem, złą jakością druku itd. Ale właśnie wtedy skończyła się techniczny propaganda bloku wschodniego i nawet motor mógł pisać o normalnych problemach motoryzacyjnych. Było dużo porad technicznych, tabelki, jakie części gdzie podejdą itd. Były też opisy i felietony z zachodu, ale przedruki nie miały sensu. Realia Polskie były tak różne od zachodnich ze takie np. testy niewiele dawały. Co kogo obchodziła porysowana gładź jednego cyl. ( który jeszcze jeździł ) po 100kkm – jak tu trzeba było jakoś zadbać, żeby silnik fso1500 do tych 100 kkm w ogóle dotrzymał – bez naprawa głównej. A potem to się jeszcze trzeba było zakręcić, żeby wszystko do tej naprawy dozbierać ( części ). Tak samo jak problem „wrastających aut” do połowy lat 80’tych nie istniał. Nawet najbardziej zjeżdżone auta, przed złomowaniem, dokładnie się rozbierało i zawsze było więcej chętnych niż części.
        ale to już nie na temat

      • Oczywiście że po 1990r., pisałem z osobistej perspektywy, czego zapomniałem zaznaczyć – mój błąd 🙂

      • w latach 90 też wszystkie wrastające samochody były w szybkim tempie rozbierane do gołej przegnitej budy, wszystko się przydawało, za dzieciaka najbardziej lubiłem się w takich skorupach bawić (tzn wolałem w mniej rozszabrowanych ale one szybko stawały się samymi karoseriami, a jak jeszcze ostał się jakiś „pstryczek” czy wskaźnik to i sam chętnie sobie wydłubywałem) 🙂

      • @sonykrokiet. Sprawdź te strony na webarchive, może ktoś je zapisał.

      • @Wojluk sprawdziłem i faktycznie jest : D nie wszystkie grafiki i strony działają (niektóre to tylko miniatura albo od dawna nie działały na polskie-auta :> ) ale działa

  13. A więc ja dorzuciłem trochę mojej perspektywy. 🙂 Wcale nie po to, by wytykać jakieś błędy. Zdaje sobie sprawę ze, znakomita większość czytelników, zaczęła przygodę z motoryzacją od lat ~90.
    pozd.

    • Doskonale – świadectwa żywych ludzi są jeszcze cenniejsze od starej prasy!!

  14. Moja przygoda z prasa motoryzacyjna zaczela sie ocywiscie tez od „Motoru”-tak w okolicach 1980 roku.To byla zawsze loteria i wyczekiwnie-przywiezli dzis czy trzeba bedzie czekac do jutra? Po stanie wojennym gazeta przez jakis czas byla niedostepna w kioskach.Z czasem zaczalem kupowac numery archiwalne-wszystkie zaskorniaki wydawalem na kolejne zbiory.Pod koniec mialem prawie wszystkie numery od 1 do biezacego-brakowalo mi dokladnie 8 sztuk.Skonczylem 15 lat i zlozylem podanie do Technikum Samochodowego.Jakiez bylo moje rozczarowanie gdy okazalo sie ze nic z tego nnie bedzie bo mam zbyt powazna wade wzroku.To byl dla mnie koniec marzen..Pozbylem sie wszystkich rocznikow zamieniajac je zdaje sie na zestaw stereo.Z perspektywy czasu-byl to swietny tygodnik ktorego artykuly byly na nieosiagalnym dzis poziomie.

  15. niemiecki „cud gospodarczy” 1955 to powielany mit , wtedy zaczęto uruchamiać zagrabione w czasie wojny środki ku przyzwoleniu aliantów

    • Tak mi się przypomniało „Jedź do Niemiec. Twoje srebra rodowe już tam są” jako jedna z odpowiedzi kończąca głupie żarty o Polakach złodziejach samochodów.
      Ja byn powiedział, że „cud gospodarczy” byl niewątpliwy
      wszak z ruin do produkcji przeszli. Ale powody jak to zaistniało to faktycznie wielowątkowa opowieść. Na pewno te mity powszechnie opowiadane miały miejsce, ale i to o czym Ty piszesz też odrzuciło swoje do kotła z sukcesem.

    • Cud gospodarczy miał miejsce we wszystkich krajach Zachodu, nie tylko w RFN. Oczywiście, że złodziej może sobie czasem pożyć na cudzy koszt, ale przez chwilę – bo gospodarka oznacza nieustanne wytwarzanie, każdego dnia, a nie zagrabienie i wyjazd na Kanary. Kradzione bardzo szybko się kończy.

      W tym względzie bardzo polecam postudiować historię kolonialnej Hiszpanii (ukradli tysiące ton kruszczów, a bankrutowali w kilka kolejnych pokoleń 13 razy, bo złotem nie da się najeść), albo Anglii. Tutaj jest piękna analiza pokazująca, jakie gigantyczne koszty generowało imperium, podczas gdy profity zbierała garstka arystokratów: https://iea.org.uk/publications/imperial-measurement-a-cost-benefit-analysis-of-western-colonialism/

      Po wojnie, kto tylko znalazł się po dobrej stronie Kurtyny, przeżył 30 lat najlepszej prosperity w historii świata, niezależnie czy wojnę przygrał czy wygrał. W budowaniu gospodarki przeszłość ma bardzo małe znaczenie – najważniejsza jest przyszłość.

      • Ja tylko dodam jeszcze jedno: po wojnie Europa była tak zrujnowana, że to poniekąd umożliwiło dynamiczny rozwój później. Ciężko o kilkuprocentowy wzrost PKB kiedy kraj jest już bogaty. Ale kiedy się startuje niemal od zera to już co innego. Vide Chiny czasów Deng Xiaopinga i Jiang Zemina, które startowały z poziomu trzecioświatowej nędzy.
        Chociaż oczywiście zgadzam się z tym, że potrzebna jest jeszcze ciężka praca i sporo wyrzeczeń.
        Do tego dochodzi też kwestia konkurencji; ot nasz kraj po 90-tym roku stanął w obliczu wielkiego kapitału zachodniego, czego efektem jest chociażby to, że handel w Polsce jest głównie w obcych rękach. Bo jak tu konkurować? A zrujnowana Europa w latach powojennych takiego problemu nie miała.

      • Owszem, były ruiny, tyle że poziom z 1938r. został osiągnięty i przekroczony błyskawicznie.

        Czynniki boomu? Wzrost demograficzny, ogromny postęp technologii i gospodarcza wolność, dająca bardzo wysoką stopę inwestycji. Wszędzie, gdzie wystąpiła ta kombinacja, zjawisko biedy znikło w ciągu jednego pokolenia.

        Ad ostatni punkt – to oczywiście prawda, że „ten pierwszy” ma bardzo ułatwione zadanie. To się nazywa innowacja: Henry Ford, Bill Gates, albo właśnie wielkie sieci detaliczne w Europie Wschodniej miały ten komfort. Ale innowacja zawsze jest możliwa: dziś nie da się zbić majątku zakładając nowe fabryki samochodów, ale jak ktoś znów wynajdzie coś przełomowego, jak Ford albo Gates, to powtózy ich sukces (o ile nikt go nie utrąci administracyjnie ani ogólnie „pozarynkowo”, bo takie rzeczy zdarzają się non stop).

  16. Dzień dobry. Bardzo dziękuję za jak zwykle ciekawy tekst. W Trabancie 601, którym jeździłem w liceum, było rozwiazanie do redukcji zużycia paliwa – podobne do opisanego w tekście. Z pedalem gazu byku połączone dwie sprężyny powrotne – standardowa działała przez cały czas, a po ok 80% skośny, należy pokonać opór drugiej – o wiele cięższy. W wojskowym zupełnie współczesnym Jelczu 442 też tak jest. Czuwaj!