CI WSPANIALI MĘŻCZYŹNI: NAJGENIALNIEJSZY PRZEKRĘT W HISTORII

 

Odkąd ludzkość wymyśliła prawo, ustawy i przepisy, jedną z bardziej przydatnych umiejętności życiowych stało się ich studiowanie i znajdowanie luk. Interpretowanie na swoją korzyść – tak by formalnie prawa nie złamać, a ominąć sformułowane przez nie restrykcje. Prawodawcy wiedzą o tym i najczęściej wykorzystywane luki likwidują, lecz ludzka kreatywność jest nieograniczona i zawsze wyprzedza tok rozumowania biurokratów. Czasem natomiast ktoś pójdzie zbyt daleko i zamiast szukać furtek umożliwiających lawirowanie między zakazami, próbuje maskować ich jawne łamanie, w przekonaniu że jest na tyle sprytny, że nikt nie da rady go złapać.

Naturalnie, o takich sprawach dowiadujemy się tylko wtedy, gdy władza delikwenta jednak przyłapie. Gdy okaże się bardzie przenikliwa niż się wydawało, albo – co zdarza się częściej – ktoś po prostu ją powiadomi. Z rzadka będzie to przypadkowy ideowiec, częściej ktoś rozżalony lub wściekły na denuncjowanego. Z jakiegoś powodu sfrustrowany. Przykładowo jego konkurent w biznesie albo pracownik, który został zwolniony lub nie dostał oczekiwanej podwyżki. Zresztą tożsamość takiego informatora rzadko wychodzi na jaw.

Tym razem, mówiąc o władzy i przepisach, nie mam na myśli instytucji państwa, tylko władze sportowe – konkretnie FIA, która organizuje i reguluje międzynarodowe imprezy wyścigowe i rajdowe. Odkąd powstała taka dziedzina życia – a zwłaszcza odkąd przyszły do niej wielkie pieniądze – zawodników i ich ekipy kusi perspektywa zdobycia nieprzepisowej przewagi, choćby na moment. Gdy stawka jest wielka, proporcjonalnie rośnie pokusa.

Dziś chciałem opowiedzieć o historii rajdowej Toyoty Celiki GT4, której konstrukcja zawierała pewien nielegalny element. Nie chodziło o żadną lukę w przepisach czy niedopatrzenie prawodawców, ale o zupełnie oczywiste złamanie regulaminu. Zespół Toyoty dołożył starań, by całą sprawę uczynić niewykrywalną zwyczajowymi środkami – w tym względzie okazał się autentycznie kreatywny i bardzo staranny. Jednakże… z jakiegoś powodu to nie wystarczyło. Rzecz wyszła na jaw, zakończyła się surową karą i wielkim skandalem.

W przypadku Toyoty takie oszustwa rażą szczególnie, bo właśnie ten koncern wszem i wobec chwali się swą wyjątkową filozofią, w której na nieuczciwość nie ma miejsca, a co więcej – ogromna większość jego publicznie znanych działań wydaje się tę filozofię wypełniać. Najwidoczniej jednak zdarzają się wyjątki, bo w rajdowej aferze z 1995r. wina japońskiego zespołu nie podlegała najmniejszym wątpliwościom. Szwindel został wykryty, mimo że pomysłowość, jaką wykazali się inżynierowie, budzi naprawdę szczery podziw…

***

Toyota – podobnie jak np. Mercedes-Benz – jest marką o tysiącu twarzy. Zwykle nie kojarzy się ze sportowymi emocjami, a z samochodami pragmatycznymi i niezawodnymi, jednak jej wyczynowe dokonania też są imponujące: Toyota ma na koncie starty i sukcesy w Formule 1, Formule 3, NASCAR, IndyCar, wyścigach samochodów sportowych, rajdach terenowych, a także w rajdowych mistrzostwach świata. W tej ostatniej dyscyplinie jako zespół triumfowała już ośmiokrotnie (1993, 1994, 1999, 2018, 2021, 2022, 2023, 2024), a jej kierowcy – dziewięciokrotnie (1990, 1992, 1993, 1994, 2019, 2020, 2021, 2022, 2023).

Pierwszy rajdowy występ – w australijskiej rundzie Mobilgas Rallye – zaliczył już model Toyopet Crown, w roku 1957. Załogę stanowiło dwóch Japończyków, Kunio Kaminomura i Koujiro Kondo, oraz miejscowy pilot Lindsay Hedley, świetnie znający lokalne warunki. Był to pierwszy start japońskiego pojazdu w międzynarodowym sporcie motorowym.

Mimo braku rajdowego doświadczenia, nikłej mocy półtoralitrowego silnika (48 KM), a przede wszystkim braku zaplecza serwisowego (na trasie zawodnicy byli zdani wyłącznie na własne siły) udało się ukończyć jedną z najtrudniejszych imprez świata – polegającą na przebyciu w 19 dni aż 16 tys. km, z czego tylko kilkaset wiodło po nawierzchniach asfaltowych. Toyopet osiągnął metę na 47 miejscu z 86 startujących, natomiast spośród załóg zagranicznych był trzeci.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: Morio, Licencja CC

Foto: Morio, Licencja CC

W 1968 i 1969r. zawodnik z RPA, Jan Hettema, startował 1,6-litrową Toyotą Coroną w Rallye Monte Carlo. Niestety miał pecha: za pierwszym razem wyeliminował go kamień, który rozbił szybę czołową, za drugim – awaria elektryczna. W obu latach Hettema zdobywał natomiast rajdowe mistrzostwo swojego kraju, dokładnie tym samym modelem Toyoty.

Z początkiem lat 70-tych japoński koncern postanowił poważnie zaangażować się w rajdy, przygotowując do tego celu swój model sportowy – Celicę TA22. Kluczową postacią był tu szwedzki kierowca Ove Andersson, który pod koniec 1972r. w brytyjskim RAC Rallye zdobył pierwsze miejsce w klasie i dziewiąte w klasyfikacji generalnej (na 192 pojazdy startujące i 80, które osiągnęły metę).

Ove Andersson i Geraint Phillips na trasie RAC Rallye ’72

Foto: materiał producenta

Andersson stworzył w Europie podwaliny profesjonalnego zespołu rajdowego Toyoty. Zaczął od zatrudnienia czterech mechaników w małym warsztaciku w szwedzkiej Uppsali, ale wkrótce przeniósł się do Belgii, by łatwiej podróżować po kontynencie. W 1973r. przemianował swoją ekipę na Toyota Team Europe.

Celica była mocnym wejściem na rynek aut sportowych, ale do ścigania lepiej nadawała się lżejsza Corolla – którą już w 1973r. Kanadyjczyk Walter Boyce w sensacyjnym stylu wygrał amerykański rajd Press on Regardless

Foto: materiał producenta

W sezonie ’74 Corollą TE27 grupy 4, wyposażoną w przygotowywany przez Yamahę silnik 16-zaworowy (1,6 litra, 180 KM), Björn Waldegård wygrał Rajd Walii, a w Grecji w zwycięstwie Achima Warmbolda przeszkodził jedynie wypadek z ostatniego etapu. Producent rozwijał jednak oba auta – i tak w 1976r. również 16-zaworowa, dwulitrowa Celica Ove Anderssona zajęła drugie miejsce w Portugalii.

W kolejnych latach szanse TTE w Europie zniweczyły zmiany przepisów. Najpierw zakazano przeróbek seryjnych głowic dwuzaworowych na rajdowe czterozaworowe, a potem zezwolono na używanie turbosprężarek i napędu 4×4, którymi Toyota nie dysponowała. Stąd chwilowa koncentracja na innych kontynentach – imprezach australijskich i afrykańskich (np. rajdzie Safari i Wybrzeża Kości Słoniowej).

Toyota Team Europe próbował nadrabiać zwiększaniem pojemności silników, ale realną zmianę przyniosła dopiero turbodoładowana Celica z 1983r., opracowana w nowym biurze konstrukcyjnym w Kolonii. Równocześnie z nią zadebiutował złowiony przez Anderssona młody talent – Fin nazwiskiem Juha Kankkunen.

Celica Twin-Cam Turbo (TE63) została zbudowana według liberalnych przepisów Grupy B, choć zachowała napęd wyłącznie na koła tylne. Prowadzona przez Waldegårda i Kankkunena aż sześciokrotnie wygrywała w Afryce: w latach 1983, 85 i 86 w Rajdzie Wybrzeża Kości Słoniowej, a w 1984, 85 i 86 w Safari.

Foto: Rikita, Licencja CC

W 1987r. miała pojawić się rajdówka czteronapędowa, oparta na lekkiej, centralnosilnikowej Toyocie MR2. Zapewne miałaby ona realne szanse na nawiązanie walki z zespołami Lancii, Peugeota czy Audi, ale likwidacja Grupy B odesłała ją do lamusa jeszcze przed dokończeniem projektu.

Jako rozwiązanie tymczasowe wybrana została wolnossąca Supra 3.0, która zdołała odnieść tylko jedno zwycięstwo (za to bardzo ważne marketingowo – w rajdzie z Hongkongu do Pekinu, na rodzącym się właśnie rynku chińskim). Później udało się opracować jej wersję turbodoładowaną, która jednak nie była konkurencyjna i nie wygrała niczego.

Natomiast w 1988r. zadebiutowała zupełnie nowa jakość: A-grupowa, turbodoładowana Celica GT-Four ST165

Foto: morgado, Licencja CC

***

Celica GT-Four była pierwszą Toyotą liczącą się w rajdowych mistrzostwach świata, chociaż nie od początku. Przez pierwsze półtora roku TTE borykało się z ustawicznym przegrzewaniem się silnika i przeniesienia napędu, którym trudno było zaradzić bez podejmowania zabronionych w Grupie A modyfikacji karoserii (inżynierowie wymyślali takie półśrodki jak jazda z uchyloną pokrywą silnika albo podniesionymi reflektorami). Mimo to, weteran Waldegård wygrał pomniejszy Rajd Cypru ’88, a w kolejnym sezonie, w Rajdzie Australii, opuszczający zespół Kankkunen przyniósł Toyocie jej pierwsze zwycięstwo w rajdzie zaliczanym do Rajdowych Mistrzostw Świata.

Juha Kankkunen na trasie Rajdu Australii 1989

Foto: materiał producenta

W 1990r., zgodnie z oczekiwaniami, Toyota walczyła już o mistrzostwo. W klasyfikacji zespołowej po zaciekłej walce pokonała ją Lancia (ze stosunkiem zwycięstw 6:5), natomiast tytuł indywidualny zdobył jeżdżący Celicą Carlos Sainz. To był pierwszy tego formatu sukces Japończyków.

W 1991r. Lancia znów okazała się lepsza, tym razem zarówno zespołowo jak i indywidualnie. W 1992r. Włosi również zwyciężyli jako drużyna, choć wśród kierowców wygrał już Sainz na nowej generacji Celiki (oznaczonej ST185). W sezonie 1993 sytuacja się zmieniła: Toyota wygrała aż 9 na 13 rajdów zdobywając oba tytuły (w tym indywidualny dla Kankkunena, który właśnie powrócił do zespołu), a sezon kolejny przyniósł identyczny wynik – poza tym że miejsce Fina zajął Francuz, Didier Auriol.

Celica GT-Four Turbo ST185 z 1993r., na której mistrzostwo świata zdobył Juha Kankkunen

Foto: Rally Paradise, Licencja CC

***

Od czasu śmiertelnego wypadku Henriego Toivonena i Sergia Cresty na Rajdzie Korsyki 1986r. FIA usilnie próbowała spowolnić rajdowe bolidy. Wycofana została legendarna Grupa B, zaś zastępująca ją Grupa A wymagała realnego oparcia się na samochodach seryjnych, ze ściśle określonym zakresem dopuszczalnych modyfikacji, mającym trzymać w ryzach osiągane szybkości.

Oczywiście, takie regulacje są zwykle nieskuteczne. W latach 30-tych moce silników usiłowano pośrednio zredukować ograniczając masę bolidów (w nadziei, że wymusi to zmniejszenie silników), jednak rozwój inżynierii materiałowej zniweczył cały misterny plan. Podobnie tutaj: „stępione” rajdówki Grupy A szybko zaczęły bić rekordy OSów ustanawiane w czasach Grupy B, jednak poziom bezpieczeństwa faktycznie się podniósł – z uwagi na efektywniejsze konstrukcje podwozi, wspomniane niższe moce i oczywiście postęp w zakresie bezpieczeństwa biernego. Kombinacja tych zmian ułatwiła kierowcom kontrolowanie pojazdów i rzeczywiście zatrzymała falę groźnych wypadków.

W 1995r. oficjele FIA uznali, że bezpiecznie będzie nie dopuścić do wzrostu mocy silników powyżej 300 KM. Jak to zapewnić?

Moc silnika spalinowego najsilniej zależy od masy mieszanki paliwowo-powietrznej spalanej w jednostce czasu. W praktyce chodzi o masę „przerobionego” powietrza, bo dostarczenie odpowiedniej dawki paliwa nie jest żadnym problemem – dlatego właśnie najprostszym sposobem podniesienia mocy jest zwiększenie pojemności skokowej (objętości powietrza przepompowywanej w każdym cyklu pracy silnika). W następnej kolejności inżynierowie usprawniają przepływ ładunku cylindrów optymalizując układ dolotowy i wydechowy, a gdy chcą iść na całość – powietrze dopychają siłą, co bardziej elegancko nazywamy doładowaniem silnika.

W latach 90-tych samochody rajdowe powszechnie używały turbin. Moc wyposażonych w nie silników najłatwiej kontrolować regulując ciśnienie doładowania, dlatego FIA nakazała montaż zwężek w korpusach sprężarek – tak by masa wdmuchiwanego do silnika powietrza została ograniczona. Takie rozwiązanie, poza redukcją mocy, wpływa też na charakterystykę silnika: maksimum momentu obrotowego wypada relatywnie nisko, a w wyższych obrotach moment wyraźnie spada (na skutek braku odpowiedniej ilości powietrza), co też wymaga przyzwyczajenia kierowcy i nieco innej techniki jazdy.

Przepisowe zwężki były oczywiście jednakowe dla wszystkich, niezależnie od konstrukcji silnika i sprężarki, a po każdym rajdzie komisarze wyjmowali i skrupulatnie kontrolowali zwężki, z uwagi na łatwość manipulacji przy tak prostym elemencie. Układy dolotowe były rozbierane na śrubki i dokładnie mierzone w czasie obowiązkowej kontroli technicznej.

Zwężki w turbosprężarkach zrodziły taki paradoks, że seryjne specyfikacje samochodów typu Subaru Impreza GT czy Mitsubishi Lancer Evo potrafiły rozwijać moce wyższe od rajdówek WRC – bo nie musiały być sztucznie dławione. O szczegółowe dane jest trudno, bo rajdowe zespoły nigdy ich nie podają (wskutek nieustannego rozwoju osiągi zmieniają się zresztą bez przerwy), a i z autami cywilnymi sytuacja jest specyficzna, bo mówimy o producentach japońskich: w latach 90-tych zawarli oni pomiędzy sobą dżentelmeńską umowę o dobrowolnym limitowaniu mocy seryjnych aut do 280 KM, ale tajemnicą poliszynela jest, że limitowali głównie dane papierowe. Pamiętam tamte czasy i dwuminutową przejażdżkę Lancerem Evo V z Robertem Herbą – który wyraźnie podkreślał, że jego prywatny egzemplarz jest „mocniejszy od WRC” właśnie z powodu braku zwężki. A przypominam, że zwężka miała na celu zmniejszyć moc do około 300 KM – oznacza to, że oficjalnie podawane 280 było najprawdopodobniej wartością niedoszacowaną.

Wracając do rajdów: w doładowanych silnikach tkwiły potężne rezerwy, tylko przepisy nie pozwalały ich wykorzystać. A tam, gdzie przepisy blokują technikę, inżynierowie uruchamiają swą kreatywność…

Foto: Smudge 9000, Licencja CC

***

Od sezonu 1994 Toyota wystawiała Celicę ST205 – z poprawionym zawieszeniem i inaczej rozwiązanym układem chłodzenia, radzącym sobie z każdymi warunkami bez uchylania maski. W 1995r. doszła do tego obowiązkowa zwężka.

W tymże sezonie Toyota Team Europe reprezentowało aż czterech kierowców: Didier Auriol, Juha Kankkunen, Armin Schwarz, a w pojedynczym Rajdzie Szwecji również lokalny zawodnik, Thomas Rådström.

Foto: Neil, Licencja CC

Toyota odniosła tylko jedno zwycięstwo – w Rajdzie Korsyki, gdzie wygrał Didier Auriol. Na więcej nie pozwoliła rosnąca w siłę konkurencja: po wycofaniu Lancii najgroźniejszy stał się zespół Subaru, oraz robiące szybkie postępy Mitsubishi.

Oczom obserwatorów nie umknął jednak fakt, że na tzw. równoległych odcinkach specjalnych Toyoty przyspieszały wyraźnie szybciej od konkurentów, zostawiając ich w tyle na każdej prostej. Wskazywało to na istotną różnicę mocy i wyglądało bardzo podejrzanie. Komisarze FIA też to zauważyli i każdorazowo zwracali szczególną uwagę badając toyotowskie zwężki. Niczego zakazanego jednak nie znaleźli – każdy detal dokładnie odpowiadał przepisom. Bomba wybuchła dopiero pod koniec października, po zakończeniu przedostatniej eliminacji sezonu – Rajdu Katalonii.

W zasadzie do dziś nie wiadomo, jak to się stało. Najbardziej prawdopodobna jest wersja o donosie napisanym w zemście przez sfrustrowanego pracownika – bo w możliwość odkrycia tego konkretnego oszustwa przez choćby najdokładniejszą kontrolę nie wierzą nawet doświadczeni sędziowie techniczni. Po prostu, z samej istoty przekrętu wynikała jego swoista niewykrywalność. „To najbardziej wymyślny fortel, jaki widziałem w życiu” – skomentował ówczesny szef FIA, Max Mosley. A on w życiu widział wiele forteli.

Zwężka w turbosprężarkach Toyoty była oczywiście zgodna z przepisami. Po wymontowaniu i wzięciu do ręki nie wzbudzała najmniejszych podejrzeń – tyle że wtedy samochód stał w parku zamkniętym. Trick polegał na tym, że złożenie układu dolotowego wymuszało zmianę położenia zwężki, tworząc dodatkowy kanał poza jej obrysem: zwiększało to masę przepływającego powietrza o około 25%, dając mniej więcej 50 KM dodatkowej mocy. 50 KM na 300 – to naprawdę przepaść.

Sędziowie FIA byli prawdziwymi ekspertami i doskonale wiedzieli, czego w turbosprężarkach szukać. Rzecz w tym, że kluczowe elementy dolotu można oglądnąć jedynie po ich wymontowaniu – a wtedy wszystko było w porządku. Zwężka zachowywała wszystkie nakazane wymiary. Czary zaczynały się w momencie założenia rury ssącej, przypinanej do turbosprężarki kilkoma klipsami: klipsy te naciskały na metalowe pierścienie wzmacniające końcówkę rury, które z kolei wypychały sprężynujące podkładki w obudowie zwężki. Dzięki temu zwężka przesuwała się o około pół centymetra, przepuszczając powietrze poza swym głównym przelotem. W tej pozycji była całkowicie niewidoczna z zewnątrz – a żeby ją w ogóle zobaczyć, należało najpierw odpiąć klipsy na rurze, co automatycznie przywracało legalną pozycję zwężki. Jednym słowem: w trakcie każdej kontroli układ dolotowy był zupełnie w porządku, ale w czasie jazdy już nie. Co więcej, przejście pomiędzy tymi stanami dokonywało się samoczynnie, bez jakiejkolwiek akcji z niczyjej strony.

Całość była starannie dopracowana – łącznie z precyzyjnym ukształtowaniem i polerowaniem sekretnego kanału „obwodowego”, by zoptymalizować jego przepustowość. Ten patent z pewnością pochłonął sporo pracy i pieniędzy. Niektórzy nawet zastanawiają się, czy taka inwestycja nie przyniosłaby lepszych efektów, gdyby poszła w rozwiązania legalne, chociaż przy ich pomocy wyciśnięcie aż 50 KM nie byłoby chyba możliwe. Poza tym – nie oszukujmy się: która sportowa ekipa, walcząca o mistrzostwo świata, nie zdecydowałaby się na zabroniony krok mając niemal całkowitą pewność, że nikt nigdy jej nie przyłapie…?

To było przepięknie zrobione” – opowiadał Mosley – „elementy wewnątrz rury zostały wypolerowane tak, by nie stawiały oporu powietrzu. Ugięcie podkładek bez dźwigni zapewnianej przez pierścienie i klipsy wymagałoby wielkiej siły. Nie było zresztą żadnej widocznej szpary ani innego znaku sugerującego jakąkolwiek możliwość przesuwania„. Jedno, o co Toyota Team Europe prawdopodobnie nie zadbał, to pełna lojalność wszystkich zaangażowanych – bo jakkolwiek dowodów nie ma żadnych, to większość fachowców jest zgodna, że jedyną możliwością wykrycia tego konkretnego oszustwa był insiderski donos.

No cóż – podobno mafie przyjmując nowych członków obowiązkowo zlecają im zabójstwo, żeby odciąć opcję zostania świadkiem koronnym. Legalne firmy nie mają takich możliwości, więc każdy dodatkowy człowiek zaangażowany w jakiekolwiek malwersacje stwarza ogromne ryzyko. Zwłaszcza że przecież mówimy o etatowych pracownikach, których z firmą łączy jedynie pojedynczy, bardzo kruchy papierek zwany umową o pracę.

***

Konsekwencją przyłapania na oszustwie była dyskwalifikacja Toyota Team Europe, odebranie wszystkich punktów zdobytych w 1995r. i zakaz startów do końca kolejnego sezonu. FIA uniewinniła natomiast kierowców, bo nie zdołała wykazać ich udziału w aferze (co prawda ciężko obronić tezę o nieświadomości posiadania pod nogą dodatkowych 50 KM, ale w sądzie konieczny jest twardy dowód współwiny, którego wówczas nie udało się znaleźć). Toyota odwoływała się od wyroku twierdząc, że szefostwo nie miało pojęcia co też wyczynia cały wyścigowy zespół, ale argumentacja nie przekonała sędziów i decyzja została podtrzymana.

Ciekawe w tej historii jest również to, że w 1995r. Toyocie wcale nie szło najlepiej. Moc zapewniana przez oszukańczy układ dolotowy nie przełożyła się na sportowe wyniki – w momencie dyskwalifikacji zespół zajmował trzecie miejsce na czterech klasyfikowanych producentów (za Subaru i Mitsubishi, wyprzedzając jedynie Forda). Jak widać, oszustwo – nawet bardzo zmyślne – wcale nie zawsze popłaca.

Czytając takie historie nie sposób nie zadać sobie pytania o wykrywalność podobnych szachrajstw w szerszym kontekście. Trudno sobie wyobrazić, że usłużny informator znajduje się za każdym razem. Znawcy innych dyscyplin sportu – np. lekkoatletyki czy kolarstwa – od dawna już mówią, że niedozwolony doping stosuje cała czołówka, bez wyjątku, tylko że nie wszyscy dają się złapać. Wskazuje na to również logika: gdyby oszustwa nie mogły ujść płazem, nikt nie siliłby się na ich popełnianie. Pytanie więc, jak dużą (albo małą) część stanowi znany nam wierzchołek góry lodowej…?

 

Foto: Andros Hadjilucas, Licencja CC

Foto tytułowe: materiał producenta

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

31 Comments on “CI WSPANIALI MĘŻCZYŹNI: NAJGENIALNIEJSZY PRZEKRĘT W HISTORII

  1. Brakuje info czy ktoś za „beknął”? Bo Andersson chyba nie. A z sukcesami w F1 w przypadku Toyoty to bym nie przesadzał.

    • Kar indywidualnych wtedy nie wymierzano, a zespół był umoczony w całości, więc w całości powinien wylecieć, więc już postanowili przeznaczyć ten czas na rozwój Corolli WRC 😉

    • Źródła jako karę podają tylko dyskwalifikację w sezonie bieżącym i zakaz startów w następnym, A pracowników nikt z roboty nie wyrzucił, bo kto miałby to zrobić? Ci, którzy wydali polecenia i płacili za zakazane patenty…? 🙂

  2. Nikt. TTE bezstresowo dopracowywało wóz w RME, gdzie Schwartz zdobył tytuł mistrza, mając za konkurencję takich przeciętniaków na sprzęcie z demobilu jak Hołowczyc czy Bertone. Kankkunen zaś powalczył rok w teamie Toyoty ze Szwecji, potem w TTE, aż w końcu pożegnał się z Toyotą i zastąpił Schwartza (dla mnie najgorszy kierowca fabryczny lat 90tych z niewiadomo z czego wynikającą pozycją) w Fordzie, gdzie dolaczyl do Sainza.

    Najbardziej ukaranym całą tą akcją był właśnie Sainz, który na rok 1996 podpisał kontrakt z Toyotą i został jak Hinilsbach z angielskim. Poszedł do Forda, który z Escortem RS i WRC był cieńki jak Polsilver. Przez dwa sezony wygrał tylko 2 rajdy.

    • Może i Sainz wygrał 3 rajdy w ’96 i ’97, ale za to aż 13 razy stał na podium. W sumie chyba nienajgorzej, biorąc pod uwagę, że przegrywał tylko z Makkinenem i McRae. Choć i tak był najniżej ze wszystkich zawodników jeżdżących pełen sezon – pytanie, czy kwestia kierowcy, auta, czy obu. A już dużo gorzej wyszedł na całym przekręcie Kankkunen, który w ’96 nie miał miejsca w WRC, a w ’97 przejeździł tylko te pół sezonu.
      Armin, jak Armin. Najlepszy nie był, ale biorąc pod uwagę, jakie nazwiska potrafił fabryczny team Mitsubishi obsadzić, to nie był też najgorszy.

      • Fakt. Zapomniałem, że Indonezja była w 97 w WRC.

        A Kankkunen jeździł jeszcze w Fordzie w 98 i w Subaru. Potem zaś poszedł na odwyk

  3. Czy są jakieś zdjęcia lub rysunki w internecie, gdzie można byłoby się zapoznać lepiej z tym trickiem ? Bo czytając najlepszy nawet opis słowny, nie potrafię sobie wyobrazić, jak w rzeczywistości to wyglądało.

  4. fajny pomysł z tą ruchomą zwężką 😀
    już myślałem, że ten przygotowany przez Yamahę silnik 16-zaworowy (1,6 litra, 180 KM) to ten zamontowany po wywaleniu korby w orginalnym, w Toyocie AE86 w Initial D, ale tam założyli 5 zaworowy
    https://www.reddit.com/media?url=https%3A%2F%2Fpreview.redd.it%2Fthe-actual-takumi-engine-v0-dk4xqb3k0qkb1.jpg%3Fwidth%3D1080%26crop%3Dsmart%26auto%3Dwebp%26s%3D1235269ab59e88225bef72005075e67999086eec
    choć z drugiej strony mogło właśnie chodzić o ten Yamahowy 16 zaworowy silnik z artykułu…
    https://www.youtube.com/watch?v=i0U5hmjl1jA

  5. Dzięki, szczerze mówiąc ja również dokopałem się do tego rysunku i oczywiście rozumiem idee, ale wciąż nie widzę tego jak sposób montażu zwężki uruchamiał/otwierał ten dodatkowy kanał.

    • a wiec Spiegel podaje że, w czasie montażu trzeba było użyć jakiegoś specjalnego narzędzia a dopiero potem opaska zaciskowa blokowała zwężkę w pozycji otwartej / nielegalnej.
      Jak kiedyś tez czytałem na ten temat i z tego co pamiętam, to było to tak zrobione, że normalny montaż pozostawiał to ustrojstwo w poz. zamkniętej / legalnej.

      • Ja znalazłem tylko jeden dokładny opis patentu, ten który opisałem. Ale pewnie są źródła, które mówią coś innego. W komentarzach pojawił się już schemat.

  6. Przepisy i graniczenia, które psują całą zabawę. Wyobrażam sobie sytuację, w której jedynym ograniczeniem byłaby wyobraźnia konstruktorów – ktoś uważa, że kluczem do zwycięstwa jest lekka konstrukcja ze stopów używanych przez NASA – w porządku, ktoś upatruje z sukcesu w 10-litrowym silniku z pięcioma sprężarkami – dlaczego nie, ktoś wypuszcza rajdówkę z napędem 6×6 – proszę bardzo. Jakie wspaniałe pojazdy mogłyby powstać i o ile przesunięte zostałyby granice ich możliwości.
    Nieprzypadkowo wiele wynalazków rodzi się w czasie wojen, kiedy regulacje schodzą na plan dalszy, a najważniejszym wyznacznikiem dla konstruktorów jest cel, któremu dane urządzenie ma służyć.

    • Coś w tym jest – wystarczy popatrzeć na star wyścigi w Anglii, gdzie ścigały się Mustangi V8 i Mini. Problem polega na tym, że jeden pomysł zapewne okazałby się najlepszy i minęło by pół sezonu, albo i więcej, żeby reszta nadgoniła. Po paru latach takiej gonitwy większości skończyłaby się kasa, a i tak większość szła by torem najlepszych – tak jak było w 2009 z podwójnym dyfuzorem w F1. W końcu i tak wszyscy skończyliby z podobnymi rozwiązaniami.

    • To trochę jakby znieść kontrole antydopingowe na olimpiadzie – wtedy zobaczylibyśmy dopiero, do czego naprawdę jest zdolny ludzki organizm;)

      • No właśnie nie byłyby to zdolności organizmu. NA dopalaczach można wiele, ale krótko – skończyłoby się zaraz zawałem serca, a każdy, kto chciałby normalnie żyć, byłby automatycznie skazany na ostatnie miejsca. Nie miałoby to nic wspólnego ze sportem.

    • Jeśli nie ma ograniczeń, to może odrzutowcem przylecieć na rajd? O to miałoby chodzić?

      Kiedyś już były tzw. „wolne formuły” (ostatni raz pod nazwą „Grupy B”) i każdorazowo po krótkim czasie okazywało się, że jest zbyt niebezpiecznie i zbyt daleko od czegokolwiek, co można porównać z samochodem drogowym. W dodatku po wprowadzeniu jasnych reguł tempo wcale nie spadało – tzn. z dnia na dzień może odrobinę, a po 2-3 sezonach zawodnicy bili nowe rekordy.

      Każda rywalizacja musi mieć jakieś reguły – inaczej w szachach zawodnicy zrzucaliby figury przeciwnika na ziemię, a w biegu maratońskim podjeżdżali samochodem. Pytanie oczywiście, jak daleko mogą iść ograniczenia, bo kilkusetstronicowe regulaminy to oczywiście też problem. Jak we wszystkim w życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek.

      • Wystarczyłby zapis o konieczności sprzedaży (sprzedaży, nie wyprodukowania) np. 1.000/10.000 sztuk takich pojazdów w specyfikacji identycznej do wyczynowej. Jednak Gr.B sprzedawana klientom była mocno ułagodzona.

      • Specyfikacja wyczynowa jest praktycznie zawsze nielegalna z punktu widzenia przepisów drogowych, więc dokładnie tego samego sprzedawać się nie da. I tu wracamy do listy dozwolonych przeróbek, czyli obecnego stanu i obecnej możliwości kombinowania…

      • Powstaje pytanie na ile rajd ma być sportem, tj. zmaganiem kierowców, a na ile zmaganiem producentów i konstruktorów. Jeżeli to pierwsze, to w zasadzie wszystkie biorące w nim udział samochody powinny być identyczne, a w dodatku losowane bezpośrednio przed rozpoczęciem rywalizacji, tak żeby nikt nie był uprzywilejowany (przykładowo na olimpiadzie w zawodach jeździeckich konie są losowane, co jest akurat dużo głupszym pomysłem niż losowanie auta przed rajdem, bo między wierzchowcem a jeźdźcem tworzy się więź). Jeżeli to drugie, to ograniczenia powinny być minimalne, bo niby dlaczego nakładać inżynierom ograniczenia co do pojemności, masy, mocy, aerodynamiki etc. – powinni mieć możliwość testowania i ewolucyjnego odrzucania różnych rozwiązań w warunkach „bojowych” (w przeszłości dzięki takiej różnorodności, gdzie Jaguar stawiał na tarczowe hamulce, Ferrari na mocne silniki, a Lotus na niską masę, motoryzacja miała szansę rozwijać się do poziomu, który znamy dzisiaj).

      • MA być jednym i drugim. Ma sprawdzać kierowców, ale też stymulować rozwój techniki. Oczywiście w miarę tego rozwoju różnorodność będzie zanikać, bo stopniowo odnajdują się optymalne ścieżki, ale jakieś warunki też trzeba narzucić, inaczej błyskawicznie dojdzie się do absurdów. To już się zresztą zdarzało – na pewnych etapach aerodynamika w F1 pozwalała osiągać w zakrętach prędkości powyżej tolerancji organizmów kierowców, którzy doznawali blackoutu od przeciążenia, jak piloci myśliwców. Dlatego rozsądne ograniczenia są konieczne.

      • Tylko, że z grupą B wiązały się niebezpieczeństwa wynikające z tego, że kibice uskakiwali przed samochodami, które po dojechaniu do mety czasami przywoziły ze sobą oberwane palce tych pierwszych (co wyczytałem we wspomnieniu jednego z kierowców, bodajże Waltera Röhrla). Sądzę, że zabezpieczenie imprez sporo by poprawiło, chociaż oczywiście kierowcy także ginęli, to fakt. Nie wiem natomiast czy to akurat ograniczenie mocy się do tego przyczyniło w decydującym stopniu.
        Co do ograniczeń – również jestem zdania, że powinno się znieść niemal wszelkie i niech wygra ten z największym budżetem, bo i tak się wszystko do tego sprowadza od dawna. Odrzutowcem? Nie – odrzutowiec nie jest samochodem, a jednak da się stworzyć jakąś sensowną definicję samochodu, więc nie przesadzajmy. Limity istnieją i tak: czytałem w kontekście Veyrona, a potem SSC Tuatary, że opony były w czasie ich powstania jednym z głównych wyzwań, bo zwyczajnie nie było takich, które wystarczyłyby do odpowiednich mocy i obciążeń.
        Odnośnie innych sportów – podobnie. Doping bierze mnóstwo osób, niektórzy wpadają, inni nie. Wystarczy wykombinować jedną z setek substancji, która akurat obecnie nie jest zakazana i tyle. Niektórzy się od tego przekręcają, inni nie. Ktoś chce wprowadzić tytanowe nogi albo doszyć trzecią rękę, czemu nie. Jak nie oglądam kompletnie żadnych relacji sportowych tak wyścig cyborgów mógłbym. Nie chodzi o całkowity brak zasad, ale to chyba logiczne; samochodem na maraton nie dałoby się przyjechać, bo maraton to bieg. Można zdefiniować definicję biegania czy skakania.
        Przecież i tak w sporcie zawodowym nie chodzi nijak o zdrowie tylko o pieniądze. Jak ktoś nie chce się wykańczać, to nie powinien przechodzić na zawodowstwo. Jak to u nas mówili w sekcji: „przez sport do kalectwa”.

      • Tak jak mówiłem, istniały już formuły wolne i nie kończyło się to dobrze. Po postu dziecinnie łatwo jest stworzyć potwory, które będą nie do opanowania – tak było zawsze, od początku XX wieku (patrz 999 Forda i temu podobne wynalazki). Co do innych sportów: nie jestem fanem piłki nożnej, ale słyszałem, że kiedyś eksperymentalnie rozegrano mecz bez przepisu o spalonym – no bo kto to widział, żeby się kłócić o to, czyj czubek buta był o centymetr dalej? Ale w tym eksperymentalnym meczu w ogóle nie było gry, tylko napastnicy czekali w polu karnym, aż ktoś im z daleka poda – i zakończyło się wynikiem w rodzaju 20:20, bez grama walki i widowiska. Także ja, mimo że jestem zaciekłym przeciwnikiem NADMIERNEJ regulacji czegokolwiek, nie jestem też anarchistą. Uważam, że pewne minimum reguł jest konieczne – byle nie za dużo. A czy w dzisiejszym sporcie jest za dużo – zdecydowanie tak, ale to temat na osobną dyskusję.

        PS. Grupa B nie zabijała wcale kibiców – impulsem do jej likwidacji była śmierć zawodników, Toivonena i Cresty. A na Rajdzie Portugalii, gdzie problem szpalerów na trasach był największy, w całej historii zginęła JEDNA osoba, i nie był to kibic, tylko dziennikarz, który położył się w trawie na wyjściu z zakrętu, dla lepszego ujęcia. Podjął ryzyko, żeby mieć najlepsze fotki i najdrożej je sprzedać. No i ryzyko się zrealizowało – jeden kierowca się przeliczył z zakrętem, i dziennikarz z pozycji leżącej uciec nie zdążył…

      • * stworzyć definicję. Tak to jest jak się człowiek spieszy…

      • „Co do ograniczeń – również jestem zdania, że powinno się znieść niemal wszelkie i niech wygra ten z największym budżetem, bo i tak się wszystko do tego sprowadza od dawna.”
        To taki trochę trumpizm, przepraszam, truizm.

      • Nie jestem pewien jak „sport” ma stymulować rozwoj techniki, jak w wielu przypadkach samochody „cywilne” są/były pod wieloma względami bardziej zaawansowane – ot choćby elektronika albo gaźniki.

      • Tak, jak najbardziej, wiem o wypadku Toivonena. Czytałem (co zresztą widać było i na nagraniach), że kibice, którzy dosłownie uskakiwali spod jadących pojazdów ryzykowali sporo. Nie wiedziałem, że, jak piszesz, wydarzył się tylko jeden wypadek śmiertelny, to niesamowite biorąc pod uwagę jak to wyglądało. I w tym kontekście czytałem, że bezpieczeństwo ogólnie – także postronnych osób, miało przeważyć. Ale miałem tylko do czynienia z artykułami w internecie, na blogach itp., których podstawy są jakie są. Opis oberwanych palców wydał mi się wystarczająco barwny.
        Odnośnie grupy B trzeba też pamiętać, że to były monstra, które ciężko było kontrolować nawet najlepszym. Czy przy dzisiejszej technice wpakowanie choćby i kilku tysięcy koni też uczyniłoby pojazdy niemal niesterowalnymi? Nie wiem.
        Co do zniesienia ograniczeń to i tak miało wydźwięk ironiczny, bo nie wierzę w znaczące zmiany w sporcie, który w sferze zawodowej istnieje przede wszystkim dla pieniędzy i wokół nich się kręci. Chyba, że mówimy o niszowych dyscyplinach, które cieszą się najmniejszą popularnością – może tam jest lepiej, tego też nie wiem.

        Truizm czy nie – osobiście żałuję, że F1, WRC, NASCAR i co tam jeszcze są niedostępne dla półamatorskich zespołów. Gdyby istniało coś w stylu: „wasz limit to 100 tys. dolarów i ani grosza więcej”, to mogłoby być ciekawie (ktoś powie, że przecież są takie serie. Są, ale kto będzie je oglądał, skoro można alternatywnie popatrzyć na ultrabolidy, wielkie, drogie tory, szampana i modelki). A skoro już mamy zespoły z dziesiątkami milionów, całymi sztabami fachowców, kosmicznymi technologiami to idźmy na całość – niech robią wszystko. Jak z supersamochodami o mocach 2000 KM, które przyspieszają już poniżej 2 sekund do setki. Może wręcz zbliżamy się do granicy wyznaczonej przez prawa fizyki. Więc czy warto dodawać jeszcze inne pomysły typu: możesz mieć 500 KM, ale pojemność tylko 1.6, ciśnienie doładowania musi wynosić tyle a tyle, a kierowca nie może być łysy?

      • Oczywiście, ja rozumiem taki punkt widzenia, tylko że sam mam inny. Wciąż podtrzymuję, że całkowity brak reguł to absurd, a np. proponowane przez Ciebie 100 tys. $ otwiera nieograniczone pole do manipulacji. Co jeśli np. ktoś zbuduje mi bolid na 100 mln, a ja go tylko wypożyczę za dolara dziennie…? Będziemy sprawdzać powiązania obu podmiotów? Obaj dobrze wiemy, że to nie do udowodnienia. A co jeśli wszyscy pracownicy będą formalnie pracować za darmo, a pensje dostawać od fabryki aut cywilnych za „konsultacje”?

        Jasne, zgadzam się, że regulaminy na kilkaset stron to patologia (podobnie jak złożone przepisy podatkowe – to tylko pożywka dla przekrętów i pasożytów). Ale JAKIEŚ reguły być muszą, zwłaszcza tam, gdzie nietrudno o czyjąś śmierć.

      • Ja tam też wolę takie sporty z minimalną ilością zasad,
        Poza tym rozpierduchy mają najlepszą oglądalność 🙂
        zwyczajne wyścigi formuły 1 są po prostu nudne jak oglądanie rowerzystów, prawie jak „film o facecie w łódce” 🙂
        Zresztą w dzisiejszych czasach wszystko zaczyna być do bólu „bezpieczne” a przez to nudne do porzygania, a sport to zawsze były emocje przez to, że właśnie było ryzyko, ryzyko, które każdy podejmował świadomie i jedynie to trzeba chronić – nie pozwalać na szantażowanie żeby ktoś MUSIAŁ robić coś, czego nie chce choćby ze strachu że zginie, czy też z jakiegokolwiek innego powodu, puki sam chce, to wszystko jest w porządku, nieważne co robi,
        tak jak z prostytucją, ja też nie widzę nic złego, że dziewczyna tak chce sobie dorobić, oczywiście puki nikt jej nie zmusza do robienia tego z kimś z kim nie chce, a puki chce, to sama ma frajdę i jeszcze dobrą kasę, i super, każdy zadowolony, na tym polega dobry biznes żeby każdy był zadowolony

  7. Całe szczęście w sporcie byli tacy mistrzowie jak Ryszard Szurkowski. Zawsze walczący uczciwie do końca. Przykład dla wielu sportowców.