CI WSPANIALI MĘŻCZYŹNI: WYŚCIG PO ŚMIERĆ

 

Ryzyko jest nieodłącznym składnikiem postępu i jakkolwiek należy je minimalizować, to całkiem go wyeliminować nie sposób” – pisał pod koniec lat 50-tych katolicki publicysta, jezuita Giacomo Perico.

Perico przyjaźnił się z Enzo Ferrarim, który do kościoła wprawdzie nie chodził, ale cenił sobie zdanie duchownych i często prosił ich o rady. Zrobił tak również po tragicznym wypadku z 12 maja 1957r., kiedy to trakcie w Mille Miglia ’57, w okolicach miasteczka Guidizzolo, hiszpański szlachcic Alfonso de Portago doznał wystrzału opony w swym Ferrari 335 S i z prędkością 250 km/h wpadł w tłum zabijając jedenaście osób, w tym siebie.

Drogowy wyścig Mille Miglia nie odbył się już nigdy więcej, a specyfika włoskiego prawa sprawiła, że Enzo Ferrari został oskarżony o zabójstwo. Proces trwał cztery lata i zakończył się uniewinnieniem. W międzyczasie duchowni przyjaciele Commendatore – w tym benedyktyn Alberto Clerici i wspomniany już jezuita Giacomo Perico – dopingowali go i radzili nie rezygnować. „Etyka zna pojęcie nieszczęśliwego wypadku” – pisał Perico – „czyli śmierci nienaturalnej, za którą nikt nie ponosi bezpośredniej winy, więc nikogo nie można karać„. Ta opinia, szeroko cytowana we włoskiej prasie, prawdopodobnie wpłynęła na wyrok sądu.

Zakonnik konkludował, że „każda katastrofa to dla nas nauka pozwalająca uczynić przyszłość lepszą i bezpieczniejszą„. To dość banalny morał, rodzący pytanie o granice dopuszczalnego ryzyka. Większość z nas zgodzi się, że nie powinniśmy powstrzymywać ludzi, którzy w imię swej Pasji i Postępu dobrowolnie kładą na szalę własne zdrowie i życie, bo dzięki ofiarom pionierów różnych dziedzin – automobilizmu, lotnictwa, himalaizmu – dziś wszyscy cieszymy się bezpiecznymi samochodami, samolotami czy wygodnymi kurtkami i butami zimowymi. Nie wolno jednak zapomnieć, że tamtego feralnego dnia w wiosce Cavriana pod Guidizzolo zginął nie tylko de Portago i jego mechanik, Edmund Nelson, ale też aż dziewięć postronnych osób, w tym piątka dzieci.

Zakaz ścigania się samochodami po publicznych drogach jest ze wszech miar słuszny. Co jednak ciekawe, włoski parlament, który przegłosował go po wypadku de Portago, nie był w tym względzie pierwszy: uprzedziły go władze francuskie i hiszpańskie, które podobną decyzję podjęły już 43 lata wcześniej – w maju 1903r., po tragicznym wyścigu Paryż-Madryt.

***

W owych czasach wyścigi organizowano wyłącznie na otwartych drogach. Zamknięte tory jeszcze nie istniały, a automobile – w zamyśle służące do podróżowania pomiędzy miastami – należało testować właśnie w takich warunkach. Logiczne, prawda?

Od 1894r. i pierwszego w historii wyścigu Paryż-Rouen Rycerze Kierownicy tradycyjnie startowali ze stolicy Francji, wybierając coraz to odleglejsze cele: Bordeaux, Marsylię, Wiedeń, Berlin… W październiku 1902r. francuski Automobilklub ogłosił wyścig do Madrytu: miał on wystartować na Route de Saint Cyr w Wersalu, niedzielnym rankiem 24 maja 1903r., i dzielić się na trzy dzienne etapy: 555-kilometrowy do Bordeaux, 335-kilometrowy przez Pireneje do Vitorii i 420-kilometrowy do hiszpańskiej stolicy.

Do połowy stycznia zapisało się aż 315 zawodników w czterech kategoriach: motocykli oraz samochodów o wagach do 430, 540 i 1.000 kg. W dwóch cięższych klasach nakazano udział mechanika ważącego minimum 60 kg. Do klasyfikacji liczyła się suma czasów uzyskanych pomiędzy punktami kontroli, rozmieszczonymi na wyjazdach i wjazdach do miejscowości (w ten sposób neutralizowano czasy przejazdów przez miasteczka, gdzie obowiązywała szybkość spacerowa). Wszelkie prace przy samochodach dopuszczono jedynie w drodze, na odcinkach mierzonych.

Pierwszy etap zaplanowano na trasie Wersal – Rambouillet – Chartres – Châteaudun – Vendôme – Tours – Châtellerault – Poitiers – Ruffec – Angoulême – Barbezieux – Libourne – Bordeaux

 

O mały włos wyścig zostałby odwołany, bo francuski rząd był w tej kwestii niejednomyślny. Co rozsądniejsi urzędnicy rozumieli, że wyścigowe automobile szalenie przyspieszyły: podczas gdy jeszcze na przełomie wieków ich moce nie przekraczały kilkunastu koni mechanicznych, a maksymalne prędkości – 60-80 km/h, tak aktualny faworyt, Mors Dauphine, rozwijał 70 KM i ponad 150 km/h!! Jednak najważniejsi decydenci – francuski premier Émile Combes, hiszpański król Alfons XIII oraz merowie położonych na trasie miasteczek – kipieli entuzjazmem podsycanym przez producentów automobili i prasę. W końcu mieliśmy Belle Epoque – piękne czasy powszechnego triumfu Postępu.

Najszybszy bolid, Mors Dauphinebył napędzany czterocylindrowym silnikiem o pojemności 11,2 litra (średnica cylindra 145, skok tłoka 175 mm), którego moc 70 KM przy 950 obrotach na minutę przypadała na 995 kg masy własnej. Konstruktorzy pomyśleli i o innych aspektach: spiczasty dziób hołdował zasadom aerodynamiki, a w zawieszeniu zastosowano nowy wynalazek w postaci amortyzatora – jeden z pierwszych przejawów dbałości nie tylko o szybkość, ale i możliwość kontrolowania pojazdu. Żaden inny producent nie dysponował tak zaawansowaną maszyną.

***

W Wersalu ostatecznie stawiły się 224 załogi, w tym 54 motocykle. Wśród nich cała śmietanka automobilowego świata: René de Knyff (urodzony w grudniu 1865r. – najwcześniej spośród wszystkich kierowców wyścigowych wszech czasów), Camille Jenatzy (Belg, który jako pierwszy w dziejach przekroczył był prędkość 100 km/h), Henri i Maurice Farmanowie, bracia Louis i Marcel Renault, Fernand Charron, Victor Hémery, a także goście zza granicy: Charles Jarrott, William Vanderbilt, Charles Rolls, Herbert Austin, Vincenzo Lancia… Wielu innych występowało anonimowo, pod pseudonimami.

Szczególną uwagę przyciągała madame Camille du Gast (właściwie Marie Marthe Camille Desinge du Gast) – francuska sportsmenka, podróżniczka, automobilistka i pilotka, znana jako „Walkiria Mechaniki”

 

Na starcie panował okropny bałagan. Zawodnicy oraz widzowie – w liczbie ocenianej na sto tysięcy!! – gromadzili się już poprzedniego wieczora, bo start zaplanowano wcześnie, o 3.30h. Wymuszał to 555-kilometrowy dystans i wymóg dwuminutowych odstępów pomiędzy 224 zawodnikami, których kolejność rozlosowano.

Plątających się po jezdni tłumów nie było w stanie opanować nawet skierowane do „zabezpieczania” imprezy wojsko

 

Z powodu panujących ciemności start pierwszego zawodnika – Anglika Charlesa Jarrotta na 45-konnym bolidzie de Dietrich – przesunięto na 3.45h. Późniejsze niekontrolowane opóźnienia wymusiły skrócenie interwałów startu do jednej minuty.

 

Wilhelm Werner na najmocniejszym w stawce (i prawdopodobnie też w całym ówczesnym świecie), 12,7-litrowym, 90-konnym Mercedesie

 

Filigranowe voiturettes („samochodziki” – ważące do 430 kg) były znacznie słabsze, ale niewiele wolniejsze: pojazd Clement braci Masson rozwijał moc 18 KM i… prędkość wciąż ponad 100 km/h!! Jadący nie mieli nie tylko kasków, pałąków czy pasów bezpieczeństwa, ale nawet drzwi i szyby czołowej, a ich ciała były najwyżej położonymi częściami pojazdu.

 

Na zdjęciach dobrze widać, jak prymitywne były ówczesne automobile, a szczególnie ich podwozia. Wąskie, twarde opony wysokociśnieniowe (pompowane bez manometru, dotąd aż „zaczęły dzwonić po uderzeniu młotkiem„), piasty kół bez łożysk tocznych, zawieszenia na sztywnych osiach bez amortyzacji (sprawdzić, czy nie Mors) i słabiutkie, mechaniczne hamulce wyłącznie na tył: to wszystko wystarczało na polnej drodze, przy prędkościach rowerowych, ale nie przy 150 km/h w szpalerze rozochoconych ludzi, których większość kompletnie nie rozumiała, na co się naraża, a wielu wręcz grało między sobą w tchórza – kto najpóźniej przebiegnie przez jezdnię przed pędzącym bolidem…

Ówczesne francuskie drogi pamiętały Napoleona Bonaparte: wąskie, straszliwie dziurawe, wybrzuszone pośrodku celem lepszego odwadniania, pełne podniesionych mostków, wysadzane grubymi drzewami, a przede wszystkim potwornie kurzące. „Jedziemy po 80, 90, a czasem i 100 mph, widząc jedynie czubki przydrożnych drzew” – wspominał Charles Jarrott. Sprawę pogorszyły panujący we Francji upały i susza: o ile w Wersalu, na skrajnie zatłoczonej alei startowej, straż pożarna polała drogę wodą, to już kawałek dalej nad drogami unosiły się tony pyłu – nie tylko zasłaniające widok, ale też zacierające kierowcom oczy.

A jednak, oni naprawdę przejechali tak 555 km, z prędkościami nielegalnymi dziś wszędzie poza niektórymi niemieckimi autostradami

***

Długie aleje drzew – gęsto pokrytych liśćmi, ale ponurych w nagości swych pni. Niekończąca się wstęga jezdni, sięgająca poza linię horyzontu. Niezmordowana wytrwałość naszego pocisku, pędzącego w kierunku miejsca styku ziemi z niebem. Ulotne widoki mijanych miasteczek i szalonych, lekkomyślnych mas ludzkich, które stawały na drodze pocisków i tylko rozpaczliwym unikiem, wykonanym w ostatniej sekundzie, umykały nieuchronnej, zdawałoby się, śmierci. Błoga ulga ogarniała mnie za każdym razem, gdy zostawialiśmy tłum za sobą i po raz kolejny oszukiwali przeznaczenie, ponad wszystkim dominowało jednak paskudne uczucie bycia łowną zwierzyną” – rozpoczynał swą relację z wyścigu Charles Jarrott.

Wystartowawszy jako pierwszy, Jarrott od początku czuł presję konkurentów. Po 50 km wyprzedził go de Knyff na 70-konnym Panhardzie, potem Werner na 90-konnym Mercedesie (obaj niedługo potem doznali awarii). Wreszcie nadjechał Louis Renault – którego ledwie 30-konny samochodzik niespodziewanie znalazł się na czele stawki.

Renault wyglądało wyjątkowo niepozornie, lecz dzięki swej lekkości (klasa do 540 kg) oraz kunsztowi kierowcy (ubranego zresztą w surdut i melonik!!) na 555-kilometrowej trasie przekroczyło PRZECIĘTNĄ prędkość 100 km/h!! Na pierwszych 30 km sędziowie zmierzyli mu 112 km/h, a na pojedynczym kilometrze prostej pomiędzy Chartres i Bonneval – niewiarygodne 145!! To wszystko w czasie, kiedy ekspresowe pociągi pokonywały w godzinę najwyżej 60 km, a samoloty… nie, samolotów jeszcze w ogóle na świecie nie było…!!

 

Brat Louisa, Marcel, na identycznym pojeździe, w przeddzień startu

 

Startując z numerem 63 Marcel Renault dotarł do czoła stawki już w połowie dystansu

 

W osobnym artykule przetłumaczę szczegółową, bezpośrednią relację z wyścigu, autorstwa Charlesa Jarrotta. Teraz napiszę tylko, że do Bordeaux pierwszy przybył Louis Renault, przed Jarrottem (de Dietrich) i Fernandem Gabrielem (Mors), jednak klasyfikację według faktycznego czasu przejazdu mierzonych odcinków wygrał Gabriel przed Renault, Jacques’iem Salleronem (Mors) i Jarrottem. Zwycięzca przebył 555 km w czasie 5 godzin, 14 minut i 31 sekund, odpowiadającym przeciętnej ponad 105 km/h (faktyczny czas spędzony na trasie, z przejazdami miast i kontrolami, był dłuższy o około 3h).

Komentatorów zszokowały różnice mocy czołówki stawki: naprzeciwko 70 KM Morsów prawdziwą sensacją było zaledwie 30 KM srebrnego medalisty, Louisa Renault. To był pierwszy sygnał mówiący, że nieustanne powiększanie silników jest błędnym kierunkiem. Co więcej, o ile Renault i Jarrott jechali z numerami 3 i 1, to Salleron z 96, a zwycięzca Gabriel – dopiero ze 168!! Nie oznaczało to jednak wyprzedzenia 165 rywali, ponieważ numerów wydano 314, według pierwotnej listy zgłoszeń, natomiast załóg pojechało 224. Gabriel w istocie wyruszył jako 82 w kolejce, niektórych mijał gdy np. zmieniali opony lub stali z innych powodów, ponadto wiele załóg szybko odpadło. To jednak w niczym nie umniejsza szaleńczemu wyczynowi uzyskania przeciętnej 105 km/h.

Na poniższych zdjęciach z mety, podpisanych nazwiskami zawodników, polecam ponownie przyjrzeć się prymitywizmowi konstrukcji bolidów

***

Wyniki zawierały niespodzianki, ale tym razem zeszły na dalszy plan. Wyścig Paryż-Madryt wstrząsnął światem z zupełnie innych powodów.

Louis Renault wpadł na metę o 12.15h, lecz wraz z kolejnymi zawodnikami docierały przerażające wieści. Po południu zjawił się Fernand Charron – kierowca wyścigowy, który nie zdążył przygotować bolidu i przebył trasę turystycznie, automobilem cywilnym. „Nigdy nie widziałem tylu zabitych jednocześnie” – wyjąkał.

Jedna z wiadomości mówiła o ciężkim wypadku Marcela Renault, w oddalonym o 200 km miasteczku Couhé-Verac. Louis, nie zważając na swe wyczerpanie, natychmiast ruszył w tamtą stronę.

Marcel Renault, oślepiony kurzem w trakcie wyprzedzania, nie zauważył zakrętu: jego samochód zawadził o drzewo, dwukrotnie przewrócił się i zatrzymał w rowie. Obaj zawodnicy, wyrzuceni z pojazdu, odnieśli poważne rany: mechanik René Vauthier cudem przeżył, ale Renault, z ciężkimi uszkodzeniami czaszki, zmarł na pobliskiej farmie po dwóch dniach, nie odzyskawszy świadomości. Załamany Louis nigdy więcej nie wsiadł do wyścigowego bolidu.

 

Miejsce wypadku upamiętnia obelisk

Foto: archeos, Licencja CC

Dwa kilometry od Bonneval angielski Wolseley, prowadzony przez Irlandczyka, Lesliego Portera, wypadł z trasy, wjechał w ścianę budynku farmy i eksplodował: wyrzucony z auta Porter doznał lekkich obrażeń, ale jego mechanik, Willie Nixon, przygnieciony wrakiem, spłonął żywcem.

Pod Montguyon Anglik Phil Stead na de Dietrich zderzył się z Salleronem, który pojechał dalej i zajął trzecie miejsce. Sam Stead, uwięziony pod przewróconym samochodem, według wczesnych raportów miał nie przeżyć, ale w istocie uratowała go pomoc madame du Gast, która zatrzymała się na kilka godzin i nie odjechała, zanim ambulans nie zabrał rannego do szpitala.

Kawałek przed Angoulême jeden lub dwóch chłopców (według innych źródeł – jedna dziewczynka) wybiegło na drogę prosto pod koła bolidu Brouhot zawodnika jadącego pod pseudonimem Tourand – który desperacko skręcił wpadając w tłum i zabijając trzy osoby: żołnierza nazwiskiem Dupuy, lokalnego sprzedawcę rowerów Caillona, i własnego mechanika Eugéne’a Normanda. Sam nie odniósł groźnych ran, ale wpadł w tak silny szok, że stracił kontakt z rzeczywistością i resztę życia spędził w zamkniętym zakładzie dla psychicznie chorych.

W Arveyres Anglik Claude Lorraine-Barrow na de Dietrich – jadący w gorączce i miotany dreszczami – tuż po ruszeniu z punktu kontrolnego uderzył wielkiego psa, który utknął przy przedniej osi blokując układ kierowniczy. Samochód stracił sterowność i wjechał w drzewo: mechanik Pierre Rodez zginął na miejscu, ranny kierowca przeszedł amputację zmiażdżonej stopy, a trzy tygodnie później zmarł.

Lżejsze wypadki mieli między innymi Charles Rolls, William Vanderbilt, Henri Farman, Georges Richard, Mark Mayhew i Léon Théry (z którego bolidu wypadł reporter Rodolphe Darzens – znany francuski pisarz, poeta i człowiek kultury, który na szczęście wyszedł z wypadku bez poważniejszych obrażeń).

Rozbity de Dietrich Lorraine-Barrowa

 

Najczęściej podawana liczba zabitych to osiem osób, rannych – piętnaście, ale źródła różnią się między sobą.

Według niektórych Lorraine-Barrow, prócz siebie i mechanika, zabił też przygodnego cyklistę naprawiającego rower na poboczu. Inni z kolei wskazują, że stwierdzoną przyczyną śmierci zawodnika było zapalenie płuc – a ponieważ w wyścigu startował on już z gorączką, jest bardzo prawdopodobne, że śmierć nie miała nic wspólnego z obrażeniami powypadkowymi, które po amputacji stopy nie zagrażały życiu. Prawie na pewno przeżył Phil Stead, którego wiele raportów wlicza do zabitych, ale którego nazwisko pojawiło się na liście startowej Circuit de l’Auvergne w 1905r. (niektórzy podkreślają brak pewności, że chodzi o tę samą osobę, ale zbieg okoliczności jest mało prawdopodobny). Do ofiar wypadku Touranda czasem dolicza się dzieci – jedno lub dwoje – które kierowca próbował ominąć (ich tożsamość i faktyczny los pozostają niepotwierdzone). Gdzieniegdzie wspomina się jeszcze anonimową kobietę, rzekomo przejechaną w wiosce Ablis. Byłaby to pierwsza ofiara wyścigu, niedługo po starcie, jednak informacje są niepewne: nie zawierają nazwiska kobiety ani zawodnika, który miałby ją potrącić, wiadomo natomiast, że wcześniej tego dnia w Ablis miał miejsce śmiertelny wypadek z powozem konnym. Być może reporterzy błędnie skojarzyli tę wiadomość z tragicznym w skutkach wyścigiem.

Madame du Gast na de Dietrich dotarła do ósmego miejsca, ale udzielając pomocy Philowi Steadowi straciła wszelkie szanse. Do Bordeaux dojechała wieczorem, zajmując 45 lokatę.

***

Rozentuzjazmowany tłum nie miał pełnego dostępu do informacji i nie przestawał fetować. Co innego zawodnicy: wiele spośród 114 załóg, które osiągnęły Bordeaux, zdecydowało się wycofać, niektórzy nawet na zawsze (np. Louis Renault nigdy więcej nie wystartował w żadnych zawodach). Inni wahali się, lecz ich dylemat rozwiązały władze, które zabroniły kontynuacji wyścigu, a nawet uruchamiania silników (bolidy nakazano zaciągnąć końmi na stację kolejową i odesłać pociągiem do Paryża). Policja hiszpańska na wszelki wypadek przypilnowała przejścia granicznego, by nikt nie ośmielił się pojechać dalej na własną rękę, choćby turystycznie.

Prasa natychmiast zmieniła ton: wyczekiwaną imprezę nazwała „Wyścigiem Po Śmierć”, a dotychczasowy hurraoptymizm przeszedł w oburzenie i szukanie chłopców do bicia. Pierwsze do tej roli były oczywiście władze, które zaniedbały zabezpieczenia trasy i nie panowały nad tłumami. Pretensje można jednak uznać za tylko częściowo uzasadnione, bo w tamtym czasie mało kto miał okazję widzieć tonę stali rozpędzoną do ponad 100 km/h i pędzącą przez szpaler szalejących wieśniaków, przy czysto iluzorycznej możliwości hamowania i skręcania. Na trasie jak najbardziej rozstawiono żandarmów i żołnierzy, a newralgiczne fragmenty oddzielono od poboczy linami – tyle że tłumy powszechnie ignorowały polecenia, a nieraz wręcz demonstracyjnie przebiegały przed maskami samochodów albo tańczyły na środku jezdni zakładając się, kto ucieknie ostatni (takie relacje podawała prasa). To prawda, że zabezpieczenia były wątpliwe, ale przy zerowej ludzkiej świadomości niewiele więcej dało się zrobić.

Dziennikarze, dotąd zachłystujący się automobilowym wyścigiem zbrojeń, zaczęli nagle nawoływać do zakazania wyścigów na drogach publicznych. Oba kraje – Francja i Hiszpania – zrobiły to szybko, a i w pozostałej części Europy powzięto kroki w celu ograniczenia automobilowego sportu do specjalnie przygotowanych torów. Ponieważ takowe wówczas nie istniały, publicznych szos używano jeszcze przez długie lata, ale odtąd już tylko w formie zamkniętych obwodów z odpowiednim przygotowaniem i zabezpieczeniami (przynajmniej teoretycznymi).

Magazyn „La Locomotion Automobile” pokusił się o podanie przyczyn tragedii. Według niego pierwszą był brak ochrony zawodników. Drugą – wszechobecny kurz, spotęgowany kilkutygodniowymi upałami i suszą (to właśnie brak widoczności bezpośrednio spowodował wypadki Marcela Renault, Phila Steada i kilka innych, mniej groźnych). Trzecią – losowa kolejność startu, która przemieszała pojazdy szybkie z wolnymi, mnożąc niebezpieczne manewry wyprzedzania. Wreszcie czwartą – niedostateczne panowanie służb nad widzami. Były liny zabezpieczające, były zakazy przechodzenia przez jezdnię, ale nikt ich nie egzekwował, bo żandarmi czasem nie byli w stanie, a czasem im się nie chciało (mundurowym zdarzało się siedzieć w gospodzie zamiast pilnować ludzi). Dziś jednak wiadomo, że zabrakło przede wszystkim wyobraźni – bo moce możliwości kontrolowania maszyn i ludzkich mas nie dotrzymały kroku mocom silników.

***

Niesamowitą ciekawostkę znalazłem w austro-węgierskim tygodniku „Allgemeine Automobile Zeitung” z 24 maja 1903r. – czyli dokładnie z dnia wyścigu, choć teksty musiano zredagować już wcześniej. Artykuł pt. „Dość tej brutalnej gry!” opisuje niewiele wcześniejsze śmiertelne wypadki wyścigowych kierowców: hrabiego Elliota Zborowskiego, Paula Alberta (który zresztą zabił się 15 maja pod Moguncją, w drodze na start wyścigu Paryż-Madryt) oraz francuskiego mechanika nazwiskiem Ribauté (o którym nie znalazłem żadnych dodatkowych informacji). Autor umieścił te nowiny w kontekście „startującego właśnie” wyścigu Paryż-Madryt, gdzie pojechać miało „około 250 pojazdów, z czego mniej więcej 50 z naprawdę piekielnymi silnikami„, podczas gdy „umiejętności pozwalające panować nad taką potwornością posiada może dwudziestu kierowców w świecie […] To skłania nas do zanoszenia Bogu modłów, aby wszystko skończyło się szczęśliwie […] My naprawdę nie chcemy być czarnowidzami, ale co jeśli – Boże uchowaj!! – w wyścigu Paryż-Madryt namnożą się nieszczęścia? Pomyślmy tylko, ile wrogiego automobilizmowi wrzasku podniesie wtedy prasa? […] Każdy sport musi wprowadzać pewne niebezpieczeństwa, inaczej nie byłby sportem. Ale walorów sportowych nie powinno się mierzyć li tylko skalą ponoszonego ryzyka„.

W związku z tym – konkluduje austriacki redaktor – należałoby ograniczyć wyścigowe prędkości do „rozsądnego poziomu„. To oczywiście błędna droga, która zatrzymałaby postęp. Mądrzejsze okazały się francuskie władze, które nie zażądały spowolnienia wyścigowych bolidów, tylko ich odsunięcia od widzów – i to przyniosło rezultat, bo w następnych dekadach publiczność była już bezpieczniejsza, mimo zwielokrotnienia mocy i szybkości pojazdów (również cywilnych). Wystarczyło nie zatrzymywać rozwoju, tylko go zrównoważyć, tzn. dostosować infrastrukturę, podwozia samochodów, a także ludzką świadomość.

Tydzień później „Allgemeine Automobile Zeitung” nie omieszkało nawiązać do poprzedniego wydania. Redaktor był jednak bardzo daleki od ponurego „a nie mówiłem?„. W zamian powtórzył słowa o konieczności refleksji nad istotą automobilizmu i minimalizacji ryzyka.

***

Przedwcześnie zakończony wyścig Paryż-Madryt był pierwszym kubłem zimnej wody wylanym na głowy entuzjastów motoryzacji. Wcześniej wypadki śmiertelne jak najbardziej się zdarzały, jednak tylko sporadycznie. Natomiast liczba zabitych i rannych z 24 maja 1903r. – do dziś zresztą nieustalona ze stuprocentową pewnością – zszokowała cały ówczesny świat.

To był ostatni taki wyścig drogowy (jedyny późniejszy – włoski Mille Miglia – formalnie rozgrywano na „zamkniętym torze”, ze startem i metą na tym samym placu w Brescii, ale przede wszystkim przy wstrzymanym ruchu drogowym, co zresztą i tak nie zapobiegło śmierci aż 56 osób w 24 edycjach, pomiędzy 1927-57r. Jedenaście z nich zginęło jednocześnie, we wspomnianej tragedii pod Guidizzolo). Miejsce faktycznego zakończenia imprezy, czyli Bordeaux, było pewnym symbolem: to właśnie tam, zaledwie osiem lat wcześniej, wiodła trasa pierwszego wielkiego wyścigu samochodowego, Paryż-Bordeaux-Paryż, w którym Émile Levassor udowodnił potencjał powozu bez koni jako dalekobieżnego środka transportu osobistego, osiągając przeciętną 24,5 km/h. Teraz, po uzyskaniu ponad czterokrotnie wyższej prędkości, automobilizm należało objąć jakimiś rozsądnymi zasadami.

Śmiertelne ofiary wydarzenia sportowego – czyli zasadniczo rozrywkowego – to rzecz tragiczna. W dzisiejszych czasach wielu uznaje je za dowód głupoty homo sapiens, bo przecież „normalni ludzie” nie powinni szukać guza, tylko spokojnie siedzieć w domu. Głoszący takie poglądy zapominają, że cywilizację, która współcześnie zapewnia nam możliwość „spokojnego siedzenia w domu” – suchym, ciepłym, wolnym od drapieżników i chorób zakaźnych, z bieżącą wodą, pachnącą kwiatami toaletą i pękającą w szwach lodówką – zawdzięczamy wyłącznie awanturnikom, którzy „spokojnie siedzieć” nie potrafią. Którzy od tysięcy lat ryzykowali życiem, by zejść z drzew, ujarzmić śmiertelnie niebezpieczny ogień, konstruować proce i łuki przynoszące najwartościowszy pokarm, a potem uprawiać ziemię, udomowić dzikie zwierzęta i zaprzęgać je do pracy na naszą rzecz, przemierzać morza w drewnianych łupinach, zdobywać himalajskie ośmiotysięczniki, oceaniczne głębie i wreszcie przestrzeń kosmiczną, a po drodze – na przykład organizować samochodowe wyścigi. Bez takich „nierozsądnych” jednostek wciąż gonilibyśmy się z lwami po afrykańskiej sawannie – tak jak do dziś gonią się społeczności, które takich jednostek nie wydały, albo – co bardziej prawdopodobne – nie dały im swobody działania, tylko zmusiły do „rozsądnego” trzymania się odwiecznych zwyczajów.

Należy oczywiście ubolewać nad każdym straconym życiem – szczególnie życiem tych, którzy chcieli tylko oglądnąć ciekawe widowisko. Ale i ich miał na myśli don Giacomo Perico, mówiąc o ryzyku jako nieusuwalnym składniku i cenie Postępu. Likwidując ryzyko likwidujemy Postęp – a on przynosi nam więcej spokoju i bezpieczeństwa niż kiedykolwiek wyobrażali sobie nasi przodkowie. „Każda katastrofa to dla nas nauka pozwalająca uczynić przyszłość lepszą i bezpieczniejszą” – pisał ponad 60 lat temu włoski jezuita. Z katastrof należy wyciągać wnioski – np. przenosząc samochodowe wyścigi z otwartych dróg na tory – ale zakazanie Postępu w imię głupio rozumianego bezpieczeństwa przyniosłoby dokładnie odwrotny skutek, nawet jeśli dziś rozumie to mniej ludzi niż w jego czasach.

 

 

Ilustracja tytułowa:  „Le Petit Journal” z 7 czerwca 1903. Wszystkie zdjęcia z racji wieku należą do public domain.

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

48 Comments on “CI WSPANIALI MĘŻCZYŹNI: WYŚCIG PO ŚMIERĆ

  1. mając na uwadze taki długi odcinek drogi, tyle rozpędzonych bolidów którymi ledwo dało się panować to 8 zabitych to i tak mało, spodziewałem się o wiele więcej, poza tym tych przebiegających tuż przed autami na dobrą sprawę nawet nie powinno się liczyć – zmarli na skutek skrajnego debilizmu, pociągi już wtedy istniały i też przed nimi przebiegali?
    zresztą już za jedyne 11 lat zginie jakieś 15 milionów ludzi zupełnie na darmo

    ps: najfajniejsza ta Kobieta, powinna dostać nagrodę Fair Play, jeśli by takowa istniała już 🙂 ale ogólnie musiała być ciekawą Kobietą!

      • Znajdziesz o niej co nieco choćby w Wikipedii. Była mocno feministyczna, ale w jej czasach to coś bardzo chwalebnego 🙂

    • Kiedyś to debile mieli więcej możliwości autowykończenia a dziś to już coraz częściej dożywają emerytury a przy tym mająwievej okazji do przekazania genów… A to nie efektywne ;(

      • Zaczynając, to jeżeli komentarz odnosi się do widzów to trochę racji w tym jest. Ale dla mnie zaskakujący jest optymizm i nastawienie prostych ludzi we Francji do szeroko rozumianej technologii, w porównaniu do im współczesnych z naszego kraju. U nas chłopi burzyli anteny bo przez radio kury się nie noszą, a na sam pomysł zorganizowania wyścigi księża zapewne grzmili z ambony i gotowi byli stalowe biesy wysłać tam skąd przyszli (chociaż zapewne nie wszyscy, wszak duchowieństwo było w większości jakoś wykształcone). Szkoda tylko że pisanie o czymkolwiek przed 2 wojną światową jest zadaniem głównie dla idealistów. Liczba komentarzy pod artykułami chyba dobrze to obrazuje…

      • Nic mi nie wiadomo o duchowieństwie – czasy kościelnej krytyki wszelkich zmian pokrywały się raczej z okresem działalności Świętej Inkwizycji, czyli znacznie wcześniejszym.

        Natomiast wśród pospólstwa automobiliści długo mieli fatalną opinię, również na Zachodzie. W szwajcarskim kantonie Graubunden aż do 1925r. w ogóle nie wolno było jeździć samochodami, głównie ze względu na nieprzychylność ludu (tam o wszystkim decyduje się w referendach – dopiero w 1925r. przeciwnicy samochodów przegrali, i to tylko o włos). Przed rozpowszechnieniem się widoku samochodu bardzo częste były wypadki ze zwierzętami (konie się płoszyły i dostawały szału, a mniejsze zwierzęta zachowywały się nieprzewidywalnie), a i ludzie nie mieli ochoty uważać na auta, bo przecież „są u siebie”, więc to obcy powinien uważać na nich, a najlepiej w ogóle nie przyjeżdżać bez zaproszenia.

        W Polsce faktycznie trwało to dłużej, bo automobilizm rozwinął się później. Pamiętam wypadek Marka Sadowskiego z Rajdu Krakowskiego, bodajże w 1992r., gdzie zginęła dwójka dzieci siedzących na zewnętrznej zakrętu. Tam oczywiście był zakaz przebywania, ale nikt go nie egzekwował, bo chłopom nie dało się wytłumaczyć, że nie mogą stać pod płotem własnej zagrody i powinni przejść na drugą stronę.

      • Myślę, że dzisiaj też częściej się o takich przypadkach dowiadujemy (patrz Nagrody Darwina). Cytując znane powiedzenie – „zanim wynaleźli Internet, tylko rodzina wiedziała, żeś debil”. Obecnie różne dziwne historie szybko się rozpowszechniają 🙂

  2. Ja tylko odniosę się do kwestii rzekomej mniejszej popularności wpisów opisujących przedwojnie. Liczba komentarzy nie jest tu kluczowa. Sam faktycznie bardzo rzadko je komentuję, ale to wyłącznie dlatego, że moja wiedza jest w tym przypadku śladowa i nie jestem w stanie dodać niczego wartościowego. A skoro niewiele na ten temat wiedziałem to tym bardziej cieszę się z tego, że mogłem czegoś się nauczyć.

    Wiem, że Szczepan kocha automobilową różnorodność, więc i tak będzie o tym pisał, ale chciałem go tym samym upewnić, że faktycznych czytelników tych artykułów nie zabraknie 🙂 .

    • Zgadzam się. Łatwo zauważyć, że najwięcej komentarzy jest we wpisach mocniej związanych z polskimi realiami, zwłaszcza okresu PRL i lat 90. Po prostu więcej ludzi ma w tych tematach coś więcej do dodania lub podzielenia się 🙂

      Ja na ten przykład uwielbiam wpisy Szczepana o dawniejszych epokach bo świetnie potrafi umieścić w nich czytelnika, niemal wejść w umysły tych ludzi. I ten również bardzo mi się podobał, oczywiście czekam na więcej.

      • Kolejny wpis będzie kontynuował temat przerwanego wyścigu Paryż-Madryt – to będzie tłumaczenie bezpośredniej relacji Charlesa Jarrota.

        A co do pierwszej części komentarza – tak właśnie jest, dyskusje rozpalają tematy znane (albo kontrowersyjne – rekord klikalności pobił niedawny wpis o Acurze przeznaczonej do złomowania).

    • Staram się zachowywać różnorodność i od czasu do czasu pisać o dawniejszych epokach. Rozumiem, że komentarzy może być tutaj mało, ale odsłon ten artykuł ma tylko trochę poniżej średniej (pewnie z uwagi na brak powrotów w celu czytania komentarzy, ale częściowo też z powodu długiego weekendu z piękną pogodą – takie zjawiska wyraźnie widać na wykresie).

      • Chyba w moich szacunkach nie wziąłem pod uwagi specyfiki automobilowni gdzie czytane jest wszystko od deski do deski, bo wszystko jest po prostu wybitne. Ale opierałem się na pewnym projekcie, w którym miałem uczestniczyć. Upadł bo idea głosiła pokazanie postępu w motorsporcie z roku na rok, a lata 20 mają tak znikome zainteresowanie że nie było sensu się produkować.

      • Ad postępowości społeczeństw. Postęp ma się lepiej w społeczeństwach zlaicizowanych. Postęp wymaga wiedzy. Poszerzanie wiedzy powoduje kwestionowanie wiary. Religia nie jest nauką. Dla kosciola (każdego) rozwój nauki jest zagrożeniem bo powoduje „churn” klientów.

      • Religia i nauka są dziedzinami rozłącznymi, nie muszą sobie w ogóle wchodzić w drogę i najczęściej nie wchodzą. Z wyjątkiem sytuacji, kiedy władza zaczyna nadawać sobie samej boskie moce i przedstawiać samą siebie jako boskiego namiestnika. Wtedy władza musi się uznać za nieomylną, bo inaczej straciłaby całą wiarygodność, więc tępi każdy nowy pogląd zaprzeczający staremu – a więc tłumi postęp.

        Taka właśnie sytuacja miała miejsce w Europie przez kilkaset lat, ale zarówno wcześniej, jak i później wcale tak nie było. Przez setki lat jedynymi ludźmi wykształconymi byli duchowni i tylko oni cokolwiek nowego wymyślali – pod warunkiem, że nie utrącili ich inni duchowni, ci trzymający władzę. Kopernik też był duchownym, gdyby ktoś nie pamiętał, podobnie jak dziesiątki wybitnych naukowców (zdarza się to i dziś – radzę poczytać o osiągnięciach wybitnego fizyka i matematyka nazwiskiem ks. Michał Heller).

        Religia jako taka zajmuje się moralnymi aspektami życia człowieka, a jeśli wykracza poza to, to nie jest już religią, tylko nadużyciem władzy, polegającym na przypisaniu sobie przez władzę boskiej mocy i boskiej legitymacji. A nadużycia władzy zawsze niszczą postęp i cywilizację.

    • @Carman, tak samo nie komentuje wpisów o przedwojniu. Rzeczywistość automobilową przedwojnia znam głównie z książki Rychtera , niemniej z biegiem lat poznając realia II RP odnoszę wrażenie, że był to jednak człowiek nieco oderwany od rzeczywistości. Wtedy szczególnie w Polsce motoryzacja była naprawde elitarna.

      • Nie zgłębiając tematu zaryzykuję tezę że większość kierowców przedkładała chęć zaspokojenia własnej próżności nad „Postęp”. Podobnie jak to że potęp wykuwa się w warsztatach i laboratoriach.

      • A czy jedno przeczy drugiemu? Do pracy 90% ludzi chodzi wyłącznie w celu otrzymania pensji, a mimo to dzięki tej pracy wszyscy mamy zaspokojone swoje potrzeby. Właśnie na tym polega pozytywne zjawisko, że rodzi pozytywne skutki wykraczające poza bezpośrednią motywację uczestników.

        A co do „próżności”, to naprawdę nie każdy człowiek na świecie lubi po pracy leżeć na kanapie – dla niektórych jest to wręcz kara, jak więzienie. I to właśnie tacy ludzie budują cywilizację, z której wszyscy korzystamy, przeżywając przy okazji coś, co ich pasjonuje. Oni nie dostawali za to żadnych pieniędzy, a jeszcze sami pokrywali koszty – w zamian mieli piękne przeżycia, a my wszyscy – coraz lepsze samochody. Tak właśnie działa postęp, że wygrywają wszyscy (choć nie przychodzi to cale bez wysiłku, bez kosztów i czasem bez ofiar).

  3. Fajny artykuł o wypadku na początku samochodów, tyle że między 1903 a 1957 rokiem minęły 54 lata!

  4. „Z katastrof należy wyciągać wnioski – np. przenosząc samochodowe wyścigi z otwartych dróg na tory – ” niestety nawet to nie było wystarczające, by uratować zdrowie i życie b. wielu ludzi. Myślę tu szczególnie o początkach F1 i innych „imprezach” lat 1950-.
    Osobiście jestem daleko od zakazów itd. I też uważam, że z każdej katastrofy / wypadku powinno wyciągać się wnioski (i tak się też często robi). Ale sportowo / motoryzacyjne wypadki lat ’50. pokazują ze nawet tory nie zawsze chronią widzów ( Le Mans 1955).
    A te sławetne przebieganie przed pojazdami, w śladowych ilościach, pozostało po dziś dzień. Myślę tu o imprezach rajdowych i np. zręcznościowych , szczególnie tych mniejszego kalibru.
    voss

    • W miarę zwiększania prędkości należy oczywiście aktualizować środki bezpieczeństwa. W Le Mans w 1955r. prędkości przekraczały już 250 km/h, a kibice siedzieli przy samej jezdni. Dopiero w późniejszym – zbyt późnym!! – czasie wymyślono jeszcze większe oddalenie i pułapki żwirowe wyhamowujące bolidy. Nie wiem, kiedy miał miejsce ostatni wypadek śmiertelny dla kibiców, ale na poziomie Formuły 1 to musiało być jeszcze zanim ja zacząłem ją śledzić – czyli grubo ponad 30 lat temu.

      Co innego rajdy – bo tu kibice regularnie łamią wszelkie zasady, a służby nie są w stanie nad nimi zapanować (jak we wspomnianym przypadku Marka Sadowskiego), albo też niekoniecznie chcą – bo zgłaszanie problemów policji najczęściej skutkuje natychmiastowym nakazem odwołania odcinka, zamiast interwencji wobec kilku narwańców. Odwołanie to katastrofa dla wszystkich, więc często się po prostu nie zgłasza i próby zwrócenia uwagi traktuje jako wystarczające ostrzeżenie dla dorosłego człowieka.

      Przypadki ofiar w kibicach stojących w dozwolonych miejscach są niezmiernie rzadkie, chociaż oczywiście też się zdarzają, bo ryzyka z tego sportu nie wyeliminujemy nigdy. Na każdym bilecie F1 jest napisane, że „wyścigi samochodowe są niebezpieczne” i każdy, kto chce je oglądać z bliska, musi mieć tego świadomość. W 1903r. mogło być inaczej, dziś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek tego nie rozumiał.

      • Działaniom powinno towarzyszyć ocena ryzyka; ryzyko bywa regulowane prawem, reputacja, zamożnością, czy etyka. Działania wojenne mimo ze b często bezprawne i nieetyczne wpływają na postęp. Śmiem twierdzić że Moto-sport mimo że prawnie dopuszczalny i etyczny (choć coraz mniej „sexy”) ma b ograniczony wpływ na postęp nauki. Acz miał w okresie silnego uprzemysłowienia. Gdy był faktycznym poligonem doświadczalnym

      • Oczywiście to prawda, że dzisiaj sport motorowy bardzo oddalił się od cywilnej motoryzacji. Ale to, że nie napędza już postępu, to też wina nadmiernych regulacji. Przepisy F1 liczą ponad 1000 stron i konstruktorzy spędzają więcej czasu ślęcząc nad nimi, w poszukiwaniu jakichkolwiek możliwości zrobienia czegokolwiek, niż nad samym projektem. Pisał o tym w swojej autobiografii Adrian Newey (właśnie niedawno skończyłem czytać). To jeden z najwybitniejszych konstruktorów wyścigowych. Pisał tam, że każde nowe rozwiązanie jest natychmiast zakazywane, więc motywacja do pracy bardzo spada. Wg niego przykładowo co do silników powinno istnieć wyłącznie ograniczenie ilości paliwa na wyścig – a o tym jak konstruktor zbuduje silnik, który w tym budżecie najszybciej przejedzie dystans, powinien decydować wyłącznie on sam. Dopóki tak było, sport ciągnął technikę do przodu. W momencie nałożenia na sport kagańców kreatywność znikła zupełnie.

  5. Bardzo ciekawy wpis, czrekam na kolejny z tłumaczeniem wapomnień.
    Co do liczby zgonów, podobnie jak Benny spodziewałem się wiecej. Ale najbardziej zaskoczyła mnie dzielność tych pojeździków/samochodzików (voiturettes). To chyba prawdziwi protoplaści aut sportowych z ich zwinnością.

    • Dokładnie tak, tyle że do niektórych konstruktorów dotarło to ponad 20 lat później. Stąd brały się olbrzymy z lotniczymi silnikami, budowane we wczesnych latach 20-tych.

      • Poddanie regulacja jest częścią postępu. Co do zasady ludzie chcą korzystać. Dobrodziejstw postępu ale przede wszystkim dłużej i lepiej żyć więc jeśli postęp generuje znaczne ryzyka Państwa reagują. Zazwyczaj niemrawo i zazwyczaj „nadmiarowo”. Państwo rzadko bywa sprawne, efektywne. Zwłaszcza demokratyczne. Tymniemjiej bywa też tak że nadmierne regulacje i związany z nim koszt dostosowania pobudzają kreatywność a w efekcie postęp zwany czasem zmiana (disruptive).

      • Sport musi być regulowany i zawsze był, ale nie musi to być 1000 stron przepisów plus automatyczna delegalizacja każdej innowacji po jednym sezonie. W tym przypadku nie mówimy nawet o państwie, tylko o FIA, czyli organizacji mającej organizować i propagować sport. Wg Neweya FIA bardzo dobrze działa w kwestiach bezpieczeństwa, zwłaszcza od 1994r. i feralnego GP San Marino, ale poza tym blokuje jakiekolwiek przejawy postępu. Co gorsza, nieraz ma to podłoże „polityczne”, tzn. jeśli jakiś zespół podpadnie kierownictwu FIA, to w kolejnym sezonie przepisy są zmieniane dokładnie tak, żeby „buntownikowi” zaszkodzić. No i pozostają już takie na wieki, z czego potem robi się 1000 stron.

        To temat rzeka, nie do wyjaśnienia w jednym komentarzu. Polecam książkę Neweya pt. „How to build a car”. Tam ten mechanizm jest świetnie opisany.

  6. Świetny wpis. Przyznam się, że jeśli chodzi o wyścigi samochodowe, to można powiedzieć że jestem jaroszem, ale zawsze mnie fascynowało to, że ponad sto lat temu ludzie jeździli bardzo szybko jak na ówczesne czasy takimi „powozami bez koni” i potrafili nimi (w miarę) operować w czasie wyścigu – dzisiaj nikt by ot tak nie jechał, a co dopiero się ścigał. ; ) Zresztą chyba mało kto dzisiaj myśli jaką długą drogę przebyto od dosłownie karocy z silnikiem do czterokołowego pojazdu z bajerami, które się fizjo… filozofom i futurystom nie śniły sto lat temu :>

  7. Z jednej strony zgadzam się, że bez ryzyka nie ma postępu, z drugiej przypomina mi się wypowiedź młodego Zientarskiego, który po spowodowaniu śmiertelnego wypadku, w telewizji „przepraszał, że ma taką pasję” – w gruncie rzeczy Matczak mógłby się bronić podobnie – miał chłop pasję i możliwości aby ją realizować, a natura popychała go aby przekraczać granice poznania – tylko te polskie prymitywne, biedne, chamy ciągle rzucają człowiekowi kłody pod nogi (pewnie za podszeptem księdza).

    • No ale zaraz – my mówimy o dyscyplinie sportowej i zorganizowanych zawodach, a nie od zapierdzielaniu 200 km/h po ulicach miasta. To drugie było zakazane nawet w wyścigu Paryż-Madryt z 1903r., a dziś jest przestępstwem i ma tyle wspólnego ze sportem motorowym, co kibolska ustawka z meczem bokserskim.

  8. No tak, ale jak sam napisałeś paradoksalnie to takim awanturnikom „zawdzięczamy” cywilizację. To tak samo jak z wielkimi wodzami starożytności i epoki nowożytnej, opiewanym na kartach historii wielkim zdobywcom paradoksalnie bliżej było do Hitlera, Stalina, czy Putina niż ojcom demokracji, a ich ofiary to z perspektywy wieków jedynie dopuszczalne straty na drodze postępu.

    • Władza cywilizację głównie niszczy, a tylko z rzadka buduje – i to każda władza, w każdej epoce. A ja nie mówiłem o bandytach drogowych, tylko o konstruktorach sportowych aut i wyczynowym sporcie, organizowanym dla podejmowania wyzwań i przesuwania granic. To nie ma nic wspólnego z wypadkami w ruchu miejskim.

      • „Władza” występuje już w organizacjach liczących więcej niż 2 osoby, a jeśli patrzymy na koncerny i korporacje to one już mocno przypominają twory państwowe ze swoimi feudalnymi strukturami i innymi komitetami centralnymi… Ot, taki fajny gatunek łysej małpy.

      • Prawda, sam pracuję w korporacjach 🙂 Z tym że tam problem mocno łagodzi kryterium efektywności – w przedsiębiorstwach nadrzędne wobec wszystkiego innego, a w polityce niestety nie.

      • Są też chlubne przykłady: system ubezpieczeń społecznych, edukacja powszechna, planowanie przestrzenne (w Polsce doznajace znacznych zniekształceń) ilinfrastruktura, polityka podatkowa czy monetarna (kontrowersyjne)

  9. Wiecie czemu te jedno zdjęcie jest takie rozciągnięte? To wada migawek szczelinowych które tak rejestrowały pojazdy podczas ruchu. Podobna migawka była w zeinicie

    • W Zenicie zdaje sie migawka biegła „po szerokości” klatki i zamiast pochylenia zobaczylibyśmy skrócenie albo wydłużenie obiektu.
      Dzisiaj mamy już na rynku matryce z „globalną migawką elektroniczną” rozwiązującą problem deformacji – ale trochę to kosztuje.

    • nie jest rozciągnięte, jest normalnych rozmiarów, tylko ma zniekształcenie „trapezowe” i tak, wynika z migawki szczelinowej, ale to typowa migawka lustrzanek, nie tylko Zenit taką miał, zresztą daje ona fajny efekt szybkiego ruchu, często w bajkach były tak rysowane zasuwające samochody 🙂

      • w kineskopowych telewizorach była nawet korekcja zniekształcenia trapezowego, zwykle potencjometrem na płycie głównej, nieraz się to regulowało 🙂

      • Kurczę, faktycznie tak rysowali w kreskówkach!! To wynikało z ruchu migawki, ale nie skojarzyłem tego z bajkami 🙂

  10. Z śmiertelnych wyścigów jest jeszcze motocyklowe TT na wyspie Man…

    • W kategorii: „powinni tego zakazać” jest też sporo „konkurencji” firmowanych przez redbula. Uczestnicy nieudanych, często powodujących obrażenia czy kalectwo „ewolucji” mają umowny zakaz publicznego opowiadania o tym …

  11. Pan wybaczy. Pana felietony są arcy- ciekawe, wnikliwe, wielowarstwowe i zazwyczaj prowadzą mnie (zakładam że nie tylko mnie i E to nie przypadek) do refleksji odległych od stricte- motoryzacyjnych. Proszę traktować to jako polemika.

  12. Dla mnie najciekawsze są właśnie artykuły z prehistorii automobilizmu gdyż pokazują kompletnie inny świat motoryzacji. I dzięki nim dotarło do mnie iż ówczesny konserwatyzm większości ludzi i ich zamiłowanie do koni i wozów miał w pełni racjonalne podstawy biorąc pod uwagę jak bardzo pracochłonna była obsługa ówczesnych samochodów i jak jednocześnie awaryjne były to konstrukcje.
    Podobnie lubię na YT cykl o początkach magazynu BYTE – w tym przypadku przekonałem się iż np. ośmiobitowe komputery Atari 800XL czy ZX Spectrum to były na swój czas dojrzałe, przyjazne dla użytkownika i niezawodne komputery. W porównaniu do wynalazków ledwo o 5 lat starszych 🙂