CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: WYLUZOWANY SZWAJCAR

 

O życiu w Szwajcarii marzy wielu, bo tam jest naprawdę bogato. Zbierając dane do wpisu o dylemacie szwajcarskiego ginekologa sam aż się zdziwiłem przeliczając ceny Ferrari i Bentleyów na tamtejsze zarobki. Z kolei pisząc o Lamborghini Revéntonie niechcący dowiedziałem się, że milionerami jest prawie 15% Szwajcarów.

Z drugiej jednak strony naprawdę nie wszystko można przeliczyć na pieniądze, a pęd do porządku, jak wszystko na świecie, powinien mieć swoje granice. Nie mówię tylko o tym, że w Szwajcarii w niektórych okolicznościach można trafić do aresztu za przekroczenie prędkości o 16 km/h – tam zdarzają się jeszcze większe absurdy. Mam paru znajomych, którzy dłużej mieszkali w Szwajcarii i opowiadali np. o weselach rozpędzanych przez policję o 22.10h, z powodu czyjejś skargi na zakłócanie nocnej ciszy zgłoszonej o 22:01h. I nie, nie chodziło o żadne pijackie awantury na podwórku, tylko o kulturalne wesela, organizowane za grube pieniądze w przeznaczonym do tego lokalu. Mało tego: za “zakłócanie ciszy nocnej” może uchodzić nawet głośniejsze trzaśnięcie drzwiami (również drzwiami samochodu, na własnym podjeździe), a w budynkach wielorodzinnych – chodzenie po mieszkaniu na twardych obcasach albo… puszczanie wody w łazience. W WC również. Najbezpieczniej więc czekać do rana – inaczej Państwo Sąsiadostwo mogą zadzwonić po policję. To nie zdarza się często, ale czasami owszem, a prawo jest wtedy jednoznacznie po ich stronie.

A słyszeliście o zakazach posiadania pralek? W Szwajcarii prywatne pralki w mieszkaniach uchodzą za wielkie niebezpieczeństwo dla całego budynku – bo jak tak kogoś zaleje? Nie wiem, czy statystycznie sąsiadów częściej zalewają ścieki z pralki, czy z jak najbardziej dozwolonego prysznica czy zlewu, w każdym razie do prania szwajcarscy mieszkańcy budownictwa wielorodzinnego używają pralni zbiorowych, urządzanych w piwnicach. Żeby uniknąć kłótni dostają od dozorców żetony i grafiki dostępu. To nie żart. Nie mam pojęcia, co robią np. rodzice trójki małych dzieci, albo ludzie wracający z dłuższego wyjazdu. A jeśli niosąc stos pachnących koszul przypadkiem upuścisz je na schodach, albo w wyznaczonym czasie wypadnie ci coś nagłego? Nie twoje godziny, nie masz wstępu: w standardowych regulaminach wspólnot mieszkaniowych stoi jak byk, że “nieautoryzowane pranie” upoważnia dozorcę do wyrzucenia suszących się ciuchów do śmieci, żeby zwolnić miejsce dla “prawowitego” użytkownika!! Aha – po każdym praniu należy odłączyć wtyczkę z kontaktu, zakręcić dopływ wody i ręcznie wyczyścić filtr, a zapominalskim grożą kary pieniężne. W wielu przypadkach pozwolenia wymaga też trzymanie we własnym mieszkaniu jakichkolwiek zwierząt (z gryzoniami włącznie) albo… przemalowanie okien i ścian (od wewnątrz też). To naprawdę nie dowcip, a codzienność i normalność jednego z najzamożniejszych i najbardziej podziwianych krajów świata.

Mimo to, istnieją weseli Szwajcarzy. Jednym z nich jest bez wątpienia Frank Rinderknecht – założyciel firm Rinspeed.

***

Jeśli mowa o motoryzacyjnej wesołości, na myśl zaraz przychodzą lata 90-te.

Tak naprawdę, beztroskie okresy były trzy: lata 20-te do Wielkiego Kryzysu, lata 60-te i wczesne 70-te do kryzysu naftowego, oraz półtorej-dwie dekady na przełomie tysiącleci. Podłożem każdego z tych szaleństw był oczywiście gospodarczy wzrost i optymizm. A jako że hossy mają swój zasięg geograficzny, pierwszy motoryzacyjny boom dotyczył głównie USA, drugi – USA i ich sojuszników, zaś trzeci – w zasadzie całego świata, do którego masowa motoryzacja zdążyła była dotrzeć.

Do czynnika gospodarczego dochodzi kwestia kultury. To zresztą sprawy powiązane: w czasach tłustych ludzie są szczęśliwsi i pewniejsi siebie, więc opuszczają gardę, rozluźniają obyczaje i mniej stronią od ryzyka. Lata 20-te nazywa się często “Roaring Twenties“, o ekscesach hippisów i rewolucji 1968r. nawet szkoda gadać, zaś pod koniec stulecia… Wtedy dobrobyt był już znacznie powszechniejszy i trwał od dłuższego czasu, więc ludzie nie czuli takiej presji na “spuszczanie pary”, odreagowywanie wcześniejszych dołów i upajanie się dostatkiem – szczęśliwość objawiała się więc przede wszystkim w uśmiechu, wesołości i optymistycznym spojrzeniu w przyszłość (czego wyrazem była choćby wielokrotnie wspominana przeze mnie książka pt. “Koniec Historii” Francisa Fukuyamy, który po końcu Zimnej Wojny i upadku ZSRR przewidywał globalne, ostateczne i wiekuiste zapanowanie pokoju, wolności i nieba na ziemi).

W tamtych czasach etap szaleństw i ostentacji Zachód miał już za sobą, co jednak nie znaczyło, że nie korzystał z prosperity. A zabawy ludzi, którzy od dawna już wszystko mają i niczego nie muszą udowadniać, wyglądają zwykle odmiennie od wyobrażeń tych, którzy mieć dopiero by chcieli.

Frank Rinderknecht

Foto: GriinBlog, Licencja CC

Frank Rinderknecht urodził się w 1955r. w Zurychu. W trakcie studiów na tamtejszej Politechnice zaliczył dwuletni epizod kalifornijski, a w 1977r., po powrocie i uzyskaniu dyplomu, zaczął ze Stanów importować szyberdachy do różnych typów aut. Dwa lata później założył firmę Rinspeed, która w 1982r. uzyskała przedstawicielstwo AMG (przypomnę, że do 1993r. AMG było niezależną firmą tuningującą różne samochody, nie tylko Mercedesy), a w 1988-mym – również AC Schnitzera. Równocześnie Rinderknecht rozwijał własną produkcję części tuningowych oraz działalność doradczą w zakresie szeroko pojmowanego transportu. Zasłynął natomiast w latach 90-tych, gdy w celach PR-owych zaczął budować ciekawe concept cars, przedstawiane wiosną każdego roku na kolejnych Salonach Samochodowych w Genewie.

***

Początkowo samochody Rinspeeda były przeznaczone na sprzedaż. Przykładowo, w 1979r. ukazał się pakiet tuningowy dla Volkswagena Golfa GTI, zawierający turbosprężarkę Rotomaster, tłoki obniżające sprężanie z 9,5:1 na 8:1, większe hamulce i prostokątne reflektory, które na pewien czas zostały symbolem marki. Moc 1,6-litrowego silnika wzrosła ze 110 na 135 KM, moment obrotowy – ze 140 na 166 Nm.

Jak we wszystkich ówczesnych silnikach turbo, dynamika objawiała się dopiero powyżej 4.500 obrotów. Niżej dzieło Rinspeeda jeździło wolniej od egzemplarzy fabrycznych – dlatego “Auto Motor und Sport” prześmiewczo pisał, że “szybciej zajedziemy przede wszystkim na stację benzynową“, nawiązując do spalania sięgającego 15 litrów na 100 km. Inni tunerzy proponowali Golfy z 1,9- i dwulitrowymi silnikami wolnossącymi – tańsze, elastyczniejsze i oszczędniejsze, więc Rinspeed nie przebił się.

Foto: materiał producenta

Dodatkowe 25 KM nie robiło dostatecznego wrażenia, dlatego w 1981r. powstał Rinspeed Aliporta Turbo Golf: z techniką jak w roczniku ’79, ale też drzwiami w formie skrzydeł mewy, wnętrzem Porsche 928 i nie czterema, a sześcioma prostokątnymi reflektorami

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W ten sposób firma zaistniała na rynku i w świadomości samochodziarzy, a jednocześnie przeniosła się z małej miejscowości Küsnacht do centrum Zurychu. Rok później Frank Rinderknecht został wyłącznym importerem AMG na całą Szwajcarię.

Rok 1983 przyniósł modyfikację BMW 320, nazwaną Rinspeed Two-Tone. Pięć lat później w salonie Rinspeed zagościły produkty AC Schnitzer.

Foto: materiał producenta

Większy rozgłos zdobył Rinspeed 939 Targa, określany jako krzyżówka Porsche 911 Turbo i 928, ale z nadwoziem otwartym (które w Zuffenhausen oferowano jedynie z motorami wolnossącymi). Części plastikowe zostały zastąpione kevlarem lub włóknem węglowym, do wyboru.

Liczba 939 wzięła się z dodania 11+28, ale później, z uwagi na jej zastrzeżenie przez Porsche, auto zostało przemianowane na R39. Ciekawostka: od 1988r. Rinspeed montował projektorowe reflektory, które szybko zostały wizytówką marki.

Foto: materiał producenta

W 1985r. fantazja Franka Rinderknechta stworzyła model R69 – czyli “911 Turbo inspirowane Ferrari Testarossa”. Firma specjalizowała się też w przeróbkach seryjnych 911-tek, również używanych, na tzw. slant nose, czyli płaski przód, bez podniesionych błotników.

Foto: materiał producenta

Umowa z AMG nie powstrzymała pana Rinderknechta przez dzikimi wariacjami na temat Mercedesów (na zdjęciu – Rinspeed Rainbow AB na bazie SL-a R107).

Foto: materiał producenta

Pewnie zastanawiacie się, co też za głupoty pisałem z tymi nietypowymi zabawami bogatych, bo powyższe wariactwa są bardzo sztampowe. To prawda, ale ja miałem na myśli lata 90-te, do których jeszcze nie doszliśmy.

***

Ostatnia dekada XX wieku była najbardziej wyluzowaną, optymistyczną i pełną nadziei. To wtedy rodziły się Renault Twingo, Suzuki Cappuccino, Volkswagen New Beetle, Smart i Toyota Prius. Natomiast Frank Rinderknecht w 1990r. przeniósł siedzibę firmy z centrum Zurychu do pobliskiego miasteczka Zumikon i szukając rozgłosu zaczął się wspinać na nowe poziomy kreatywności.

Pierwszym concept-carem marki został w 1992r. Rinspeed Speed-Art – przygotowany z okazji srebrnego jubileuszu Nissana w Szwajcarii, a będący podrasowanym do 420 KM modelem 300 ZX – ozdobionym malunkiem 420 koni, wykonanym wprost na białym lakierze przez szwajcarskiego artystę, Rolfa Knie. “To najszybsze dzieło sztuki w całej Szwajcarii” – mówił Rinderknecht podając osiągi auta (300 km/h, 4,9 sekundy do setki) i dodając, że tradycję artystycznego ozdabiania pojazdów kołowych kultywowano już w czasach bojowych rydwanów starożytnych Egipcjan.

Foto: materiał producenta

Nie znam wysokości honorarium zapłaconego Rolfowi Knie ani kosztów opracowania któregokolwiek concept-cara Rinspeeda (firma – jak zresztą większość przedsiębiorstw szwajcarskich – słynie z nieujawniania swych sprawozdań finansowych). Biorąc pod uwagę coroczne prezentacje myślę, że to bardzo drogi rodzaj reklamy. Po pierwsze jednak, w kosztach partycypują partnerzy dostarczający różnych elementów (ich lista i opis stanowią każdorazowo sporą część komunikatów prasowych), a po drugie – mówimy o firmie sprzedającej ekskluzywne samochody w najbogatszym mieście najbogatszego kraju Europy. Szwajcarzy, mimo antysamochodowego prawodawstwa i wspomnianego na początku, smutnego usposobienia, zawsze stanowili jeden z najważniejszych rynków motoryzacyjnego segmentu premium.

W 1993r. ukazał się Rinspeed Veleno (po włosku “jad, trucizna”): jadowicie zielony Dodge Viper z ośmiolitrową V10-tką wzmocnioną do 550 KM i powieszonym w kokpicie “najmocniejszym telefonem komórkowym świata” – to jest Nokią 121. Telefon miał moc nadawczą 6W, przy masie zaledwie 275 g. Witamy w 1993r.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rok po zielonym Viperze przyszedł czas na niebieskie Bugatti. Według pana Rinderknechta auto nawiązywało do przedwojennych tradycji marki w zakresie dostępności indywidualnych karoserii (szkoda tylko, że powiększony wlot powietrza stracił “mysią dziurę” – mikroskopijną imitację podkowiastej chłodnicy). Głównym konsultantem i testerem został kierowca Formuły 1, Jochen Mass. Moc wzrosła z seryjnych 540 do 600 KM, zainstalowany telefon – Nokia 2110 – ważył już tylko 197 g, zaś właściwy sportowym markom francuskim, intensywnie niebieski kolor dał prototypowi miano Rinspeed Cyan.

Foto: materiał producenta

Rinspeed Cyan był zapowiadany jako pojazd produkcyjny, w astronomicznej cenie 600 tys. CHF. Niestety, ani on ani żaden z kolejnych concept cars szwajcarskiej firmy nigdy nie trafił na rynek. Tak naprawdę trudno powiedzieć, czy za każdym razem występują jakie nieprzewidziane trudności, czy po prostu pan Rinderknecht nie ma zamiaru sprzedawać owoców swej wyobraźni, a tylko przyciągać uwagę świata. To ostatnie udaje mu się zresztą świetnie, bo dzięki niestrudzonemu pokazywaniu oryginalnych (choć tylko jednostkowych) wehikułów świat faktycznie kojarzy jego firmę – która musi chyba jakoś zarabiać, bo działa nieprzerwanie od ponad 40 lat.

W 1995r. świat ujrzał Rinspeeda Roadster, zbudowanego z nierdzewnej stali i aluminium. Technika (5-litrowe V8, manualna skrzynia 5-biegowa, zawieszenie tylne, hamulce) pochodziła z Forda Mustanga. W wersji R moc wynosiła 218 KM, w mechanicznie doładowanej SC-R – 305 KM.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Pamięta ktoś łezkowatego Talbota-Lago z karoserią Figoni-Falaschi? Pan Rinderknecht chyba pamiętał, bo w 1996r. przedstawił jego replikę nazwaną Rinspeed Yello Talbo, we współpracy z muzycznym zespołem Yello. Za napęd posłużyła doładowana, 5-litrowa V8-mka sparowana z automatyczną skrzynią biegów, a układ jezdny opracowywała firma Eibach.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 1997r. na kolejny poziom oryginalności wspiął się Rinspeed Mono Ego (po grecku – “tylko ja”). Według słów Rinderknechta był to pierwszy z dziejach jednomiejscowy samochód drogowy (haha, on chyba Multicara nie widział 🙂 ). W procesie twórczym uczestniczyły firmy Eibach i Dunlop, a także francuski projektant mody, Jean-Charles de Castelbajac (który jednak nie zawahał się użyć świateł i lusterek Hyundaia Tiburona). Kompresorowa V8-mka osiągała moc 410 KM.

Foto: materiał producenta

W kolejnym roku czynnik oryginalności osłabł, bo wystawiony wtedy Rinspeed E-Go Rocket przypominał poprzednika, zarówno technicznie, jak i stylistycznie (deklarowaną inspiracją były rekordowe bolidy lat 40-tych). Zaskoczyły tylko dżinsowa tapicerka i mini-szybka czołowa o pochyleniu regulowanym zależnie od prędkości.

Foto: materiał producenta

Spragnionym dziwaczności spodobał się za to Rinspeed X-Trem M.U.V. z 1999r., napędzany 5,5-litrowym, 354-konnym silnikiem Mercedesa-AMG. W zamyśle była to re-interpretacja idei pick-upa z urządzeniem do samoczynnego za- i rozładunku (X-Tra-Lift): Rinderkencht zauważył bowiem, że z powodu trudności załadunkowych klasyczne pick-upy jeżdżą często z niską przyczepą i… pustą skrzynią. W czasie demonstracji za ładunek służył rekreacyjny poduszkowiec japońskiej firmy Sorex oraz włoskie skutery Malaguti (czy mówiłem już o udziale firm-partnerów w większości projektów Rinspeeda?).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W rok 2000 Rinspeed wjechał modelem symbolizującym “emocje, erotyzm i piękno ludzkiego ciała“, a także nazwanym od adresu internetowego – TATOOO.COM (przypomnę, że giełda przeżywała wtedy szczyt tzw. bańki dotcomowej). Auto łączyło koncepcje samozaładowczego pick-upa i amerykańskiego hot-roda, napędzanego 5,7-litrowym V8 o mocy 409 KM. Miało też pneumatyczne zawieszenie o regulowanym prześwicie. Tym razem na pace postawiono jednoosobowy mini-batyskaf BOB (Breathing Observation Bubble), zdolny do zanurzenia na głębokość 9 metrów, oraz motocykl Ducati Monster 900 S. W końcu rozwój musi być.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

W nowym stuleciu świat zaczął się zmieniać. Priorytetem stała się ochrona środowiska, dlatego pierwszy XXI-wieczny concept-car Rinspeeda, nazwany Rone, miał łączyć radość z jazdy z dbałością o przyrodę.

Z wysokością 97 cm auto było podobno najniższym w historii, przy czym kokpit kierowcy, zajmującego pozycję prawie-leżącą, podnosił się i obniżał zależnie od prędkości. Rone był też pierwszym samochodem czerpiącym energię z biogazu pozyskiwanego z kompostowania odpadów organicznych, dlatego w jego opisie – znów po raz pierwszy w motoryzacji – użyto słowa CO2-NEUTRAL. Przy tym wszystkim parametry silnika (R4, 1,8 litra, 120 KM) i zastąpienie lusterek trzema kamerami można uznać za sprawy drugorzędne.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rok 2002 to Rinspeed Presto, którego za naciśnięciem guzika elektryczne silniki wydłużały lub skracały o 746 mm, nadając mu formę dwuosobowego roadstera lub czteroosobowego cabrioletu, względnie pick-upa. Do napędu wybrano coś uchodzącego wówczas za najbardziej ekologiczne – 1,7-litrowego turbodiesla common-rail, pracującego na mieszance oleju napędowego z gazem ziemnym. Ciekawostka: Rinspeed Presto nie miał otwieranych drzwi, a jedynie pałąki ułatwiające wsiadanie od góry – dzięki temu żaden nadgorliwy Szwajcar nie zadenuncjowałby jego posiadacza za zbyt głośne trzaskanie po 22h.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rinspeed Bedouin z 2003r. również był motoryzacyjnym polimorfem, przybierającym kształty czteroosobowego kombi lub dwuosobowego pick-upa (skrzynia ładunkowa, obok funkcji transportowych, mogła też służyć do spania). W ten sposób pan Rinderknecht usiłował oszczędzać zasoby, tzn. produkować jeden samochód zamiast dwóch. Silnik też szanował środowisko, bo pracował na gazie ziemnym – tyle że pochodził z Porsche 996 Turbo, miał więc pojemność 3,6 litra, dwie turbiny i moc 420 KM, co szczytem energooszczędności raczej nie było. Frank Rinderknecht mógł się za to chwalić najszybszym gazowym samochodem świata (250 km/h, 5,9 sekundy do setki).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rok później pojawiła się jeszcze ciekawsza krzyżówka: zbudowany z polimerowych kompozytów Rinspeed Splash łączący funkcję samochodu i… wodolotu, który za sprawą zasilanego gazem, 750-centymetrowego silnika z dwoma cylindrami i turbodoładowaniem osiągał moc 140 KM, prędkość 200 km/h na lądzie i 45 węzłów na wodzie. Tę drugą zdolność zapewniała klasyczna śruba okrętowa i hydraulicznie rozkładane pływaki, które do pełnego rozłożenia wymagały akwenu głębokości przynajmniej 1,3 metra. W 2006r. Rinspeed Splash pokonał Kanał La Manche w 3h:14m.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rinspeed Senso z 2005r. poszedł w jeszcze innym kierunku: nie tylko jeździł na gazie ziemnym (co w przypadku tej marki stało się już oczywistością), ale przede wszystkim badał psychofizyczny stan kierowcy i usiłował go poprawić przez odpowiedni dobór muzyki, kolorów wnętrza (zielony, niebieski, pomarańczowy) i zapachów (waniliowo-mandarynkowy dla uspokojenia lub cytrusowy dla pobudzenia). Dodatkowo, po wykryciu senności kierowcy, zaczynał potrząsać fotelem. Dane dla systemu zbierały kamery, pulsometr wbudowany w naręczny zegarek oraz czujniki gwałtowności ruchów kierownicy i pedałów. Oprogramowanie jednostki sterującej opracowywali naukowcy z Instytutu Psychologii Uniwersytetu w Innsbrucku. Pod maską – dokładne opisy napędu wciąż jeszcze podawano, nawet w takich pojazdach – siedział 3,2-litrowy motor Porsche Boxstera, osiągający 250 KM.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rok 2006r. to prototyp ZaZen, nazwany od buddyjskiego terminu oznaczającego wewnętrzne oświecenie. Najbardziej zachwalanym elementem było holograficzne światło hamowania, rozbłyskujące na powierzchni przezroczystej kabiny wykonanej z poliwęglanu zwanego Makrolonem, a opatentowanego przez firmę Bayer MaterialScience. “Transparentność” pojazdu podkreślały kryształy Swarovskiego zdobiące wiele elementów karoserii. Technika znów pochodziła z Porsche, tyle że 997 – 6-cylindrowy boxer rozwijał 355 KM. Co ciekawe, to auto spalało wyłącznie benzynę – możliwość zasilania gazem była tylko “rozważana na przyszłość“.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

“Przezroczystość” pozostała główną cechą Rinspeeda ’07 – modelu eXasis. Zaprezentowany na jubileusz 30-lecia producenta miał on wyglądać “jak żaden inny samochód przed nim” – a to za sprawą karoserii, wykonanej (włącznie z podłogą) z przejrzystego Makrolonu. “W przezroczystości widać ducha eXasis – jego niematerialnej idei nagle można dotknąć” – mówił pan Rinderknecht podkreślając, że eXasis jeszcze nie całkiem przybył do naszego materialnego świata“. Spalający bioetanol silnik miał dwa cylindry i pojemność zaledwie 750 cm³, ale każdy z jego 150 mechanicznych koni ciągnął tylko 5 kg, więc dynamika dorównywała poprzednikom. Co bardzo znamienne, w tym modelu pojawiły się ekrany dotykowe.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 2008r. pan Rinderknecht zainspirował się Jamesem Bondem – ale nie pokazywanym wtedy “Quantum of Solace“, a ponad 30 lat starszym “The Spy Who Loved Me“. Konkretnie – występującym tam podwodnym Lotusem. Tyle tylko, że w filmowej scenie wystąpił plastikowy model, a pokazany w Genewie Rinspeed sQuba naprawdę potrafił nurkować i – według słów twórcy – “pływać jak ryba“!! Z uwagi na takie środowisko pracy silnik spalinowy zastąpiły trzy motorki elektryczne, więc w opisach auta pojawiło się nowe słowo: “zeroemisyjny” (jak podkreślał Rinderknecht, w Szwajcarii 80% energii elektrycznej pochodzi z hydroelektrowni). Jeden silnik napędzał koła, dwa pozostałe – śruby, wspomagane przez odrzutowe dysze. sQuba nie miała oczywiście dachu (zamknięta kabina dawałaby zbyt dużą wyporność), ale na pokładzie znajdowała się instalacja tlenowa. Image’u zabawki dla milionerów dopełniały dekoracje wnętrza z diamentów i masy perłowej.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W kolejnym roku zadebiutował Rinspeed iChange. Nazwa symbolizowała “nieuchronne zmiany w indywidualnej mobilności“, które wtedy, w 2009r., wydawały się jeszcze odległe, ale o których mówiono już głośno. iChange miał być oczywiście zeroemisyjny, a w celu oszczędzania energii – bardzo lekki i aerodynamiczny, z karoserią typu dwa w jednym, mieszczącą jedną lub trzy osoby. Całość mierzyła 103 cm wysokości, ważyła 1.050 kg (jak niegdyś limuzyny klasy średniej – to tyle w temacie oszczędności) i była napędzana 150-kilowatowym silnikiem elektrycznym, dającym prędkość 220 km/h i przyspieszenie do setki w 4 sekundy. Do doładowywania baterii służyły zamontowane na dachu panele słoneczne, do obsługi większości funkcji – w tym zamków drzwi – Apple iPhone, natomiast ogrzewanie kabiny zapewniała… dmuchawa spalinowa. Tyle że zasilana bioetanolem.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Rinspeed UC? z 2010r. potwierdza moją prywatną teorię, że prawdziwy automobilizm zaczął umierać w drugiej dekadzie XXI wieku. To przedziwne autko nie dość, że miało w swej nazwie pytajnik, to jeszcze powstało po to, by… jeździć pociągiem!!

Jako bazę pan Rinderknecht wybrał już nie Porsche czy Mercedesa AMG, a Fiata 500, oczywiście elektrycznego. Prędkość maksymalna spadła do 120 km/h, kierownicę zastąpił joystick, natomiast kwestia zasięgu nieprzekraczającego 100 km została rozwiązana bardzo radykalnie: oto równolegle Rinspeed zaprezentował pociąg służący do przewożenia autka między miastami. UC? miał nawet specjalny terminal z kartą SIM pozwalający rezerwować bilety, oraz ładowarkę pasującą do gniazd w rzeczonym pociągu. Niestety nikt nie wyjaśnił co mają zrobić ci użytkownicy, którzy nie chcą się dostać z Brukseli do Berlina, a np. z Ustrzyk Górnych do Kołczewa. Oni najwidoczniej nie mieszczą się w nowoczesnych wizjach przyszłości. Ich miejsce jest na tzw. śmietniku historii (cytat), względnie – jak wyraził się kiedyś na Automobilowni pewien Komentator – “będą musieli zmienić swoje nawyki“.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rinspeed Bamboo z 2011r. był cięższy (1.090 kg), ale równie szybki (120 km/h) i równie dalekosiężny (105 km, z tym że już bez kompatybilności z pociągami). Jego innowacyjność polegała na zastosowaniu miękkiego dachu z płótna bambusowego oraz aluminiowych foteli, które zamieniały się w plażowy koc i leżaki – autko było więc nowoczesnym wydaniem plażowozów, świetnie znanych milionerom pokolenia jet-set. Ekologia poszła jeszcze dalej, bo prądem zasilane było również ogrzewanie (dobrze że to wehikuł dla strefy tropikalnej – tam elektryczne kaloryfery nie skrócą przynajmniej zasięgu). W kabinie przewidziano ekrany i dostęp do Internetu, a atrapę chłodnicy zastąpił wyświetlacz nazwany Identiface i mogący wyświetlać np. facebookowy profil kierowcy, jego stronę internetową, albo nawet… logo Rinspeed!! Niesamowite – logo marki na przedzie!! To się nazywa przełom!!

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Concept-car z 2012r. zwał się Dock+Go i był elektrycznym Smartem ForTwo z przyczepką zbudowaną z tylnej części drugiego Smarta. Wrócił więc pomysł Transformersa, tyle że w dodatkowej przestrzeni producent nie przewidział siedzeń, a przestrzeń bagażową – do dyspozycji jadących, względnie zabudowy dodatkowych baterii, ogniw paliwowych albo… spalinowego range-extendera. Pan Rinderknecht wspominał o wykorzystaniu Dock+Go przez mobilnych mechaników lub dostawców pizzy. Po raz drugi użył też wyświetlacza Identiface.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Zaprezentowany w 2013r. Rinspeed MicroMAX to uzupełnienie miejskiego autobusu, o długości 3,6 m i wysokości 2,2 m (pomad dwukrotnie większej niż w iChange – widać trendy zmieniały się szybko i radykalnie). Pojazd oferował miejsce dla kierowcy, trójki dorosłych, jednego dziecka i sporego bagażu, a prócz tego – dostęp do Internetu LTE, lodówkę i zintegrowany ekspres do kawy. O tym prasowe materiały pisały szczegółowo, całkowicie znikły natomiast odniesienia do radości z jazdy oraz jakiekolwiek informacje o technice (poza jedynie rodzajem napędu: “elektryczny”). Pomyśleć, że ledwie kilka lat wcześniej concept-car Rinspeeda był przerobionym Porsche 997.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Było już więc zero emisji, zero radości, tablety, Internet LTE i multiinterfejsowość – została jeszcze jazda autonomiczna. Tę funkcję zyskał Rinspeed XchangE z 2014r., czyli “alternatywa dla pociągu lub samolotu klasy biznes“, oparta na Tesli i wyposażona we wszystko, co potrzebne w nowoczesnym biurze, tudzież lokalu rozrywkowym. W ten sposób, zamiast skupiać się na jeździe, użytkownik mógł pracować lub relaksować się muzyką, grami komputerowymi albo filmami. Kierownicę na wszelki wypadek jeszcze pozostawiono.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Rinspeed Budii z 2015r. to znów autonomiczny elektryk, tyle że bazujący na BMW i3. Jego główne cechy to laserowo-optyczny skaner mapujący otoczenie, prześwit regulowany w zakresie 100 mm i kierownica na specjalnym ramieniu, do wykorzystania przez osobę siedzącą z prawej lub z lewej, albo jako rozkładany stolik (jeśli stery oddać automatyce). W bagażniku znalazło się miejsce na dwa pojazdy przypominające Segwaye, a w kabinie – na słoik M&Msów. Niestety, ich zapas nie uzupełniał się sam – a szkoda, bo autem z nielimitowanymi słodyczami sam bym się chętnie zanteresował.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Po BMW i3 przyszedł czas na i8 – swego czasu testowane dla Automobilowni przez Imć Fabrykanta, natomiast u Rinspeeda służące za bazę prototypu Σtos. Podobnie jak poprzednik, Σtos był elektryczny, autonomiczny i multiinterfejsowy – do tego stopnia, że lusterka boczne, oczywiście w formie wyświetlaczy, działały tylko wtedy, gdy kierowca w nie patrzył. Gwoździem programu było jednak lądowisko dla drona umieszczone w miejscu klapy bagażnika. Na życzenie dało się je zamienić na ekran złożony z 12.000 kolorowych diod, głównym zamysłem było jednak użycie auta jako lotniskowca. Po co nam podręczny aeroplan? Np. w celu zrobienia selfie z lotu ptaka, streamowania na żywo naszego przejazdu przez Passo Stelvio, względnie do przywiezienia (przylecenia…?) nam posiłku albo kwiatów dla naszej partnerki (sprawdzić, czy to nie seksizm). A w ostateczności – do eskortowania nas z powietrza w czasie podjeżdżania z pompą pod hotel czy dyskotekę. Ach, jakiż ten postęp jest postępowy, przodem do przodu – rozsądny, zasobooszczędny i zielony, nie to co jakieś boomerskie Citroëny 2CV, jakże słusznie już zakazane… Rinspeed Σtos też jednak miał jeden boomerski detal: ekskluzywny mechaniczny zegarek Patravi Traveltec szwajcarskiej firmy Carl F. Bucherer. Prawdziwy eklektyzm.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Ciekawą formę zieloności – w sensie dosłownym – prezentował Rinspeed Oasis z 2017r.: wprawdzie tylko dwuosobowy, ale za to elektryczny, autonomiczny, ze zintegrowaną aplikacją car-shareingową (umożliwiającą samodzielną “pracę samochodu dla społeczności“, bez udziału właściciela) i… uwaga!! – z prawdziwym ogrodem urządzonym na desce rozdzielczej!! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł? Innych gadżetów też było tam sporo, ale w większości przejęto je z poprzednich Rinspeedów – nowy był tylko ogród.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Obecne czasy są chyba mało kreatywne. 30 lat temu każdy kolejny Rinspeed był zupełnie inny, a teraz, niezmiennie od długiego czasu, każdy jest elektryczny, autonomiczny i multiinterfejsowy. Kiedyś też każdy był szybki – tymczasem model Snap z 2018r. rozwijał tylko 80 km/h i – to chyba nic zaskakującego – przejeżdżał najwyżej 100 km na raz. Ciekawostką były dwie osie skrętne, przydatne przy manewrowaniu prawie 4,7-metrowym pojazdem, natomiast najważniejszą cechę konstrukcji stanowiła rozdzielność ruchomej platformy i karoserii (skateboard/pod), jak w dawnym coachbuildingu. Platforma miała tu jedynie transportować “karoserię”, przeznaczoną nie tylko do przewozu ludzi i rzeczy, ale też, po ustawieniu w odpowiednim miejscu, do różnych funkcji stacjonarnych (tymczasowe biuro, gabinet lekarski, jadalnia, sauna, kwietnik, itp.). Snap zerwał też z długoletnią tradycją – zadebiutował bowiem nie w Genewie, a w Las Vegas (z początkiem stycznia).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W kolejnych latach powstawały już tylko wariacje na ten sam temat: w 2019-tym zmniejszona wersja microSnap (2,6 metra długości), w 2020-tym – znów większy MetroSnap, a w 2021-szym – dostawczy CitySnap. Ich opisy, publikowane w komunikatach prasowych, są prawie identyczne – co zresztą uwiarygadnia ich treść, mówiącą o ludzkim pragnieniu maksymalnego upraszczania życia (np. za pomocą skrótów ctrl-c – ctrl-v).

Czyżby brak nowych idei oznaczał poważne zajęcie się tematem platform wożących wielofunkcyjne kapsuły, czy też może na tej koncepcji skończył się po prostu kreatywny geniusz 67-letniego obecnie Franka Rinderknechta?

Rinspeed microSnap z 2019r.

Foto: materiał producenta

Rinspeed MetroSnap z 2020r.

Foto: materiał producenta

Rinspeed CitySnap z 2021r.

Foto: materiał producenta

***

Historia Franka Rinderknechta i jego firmy pokazuje nam wiele rzeczy. Po pierwsze – że istnieją na świecie wyluzowani Szwajcarzy. Po drugie – że kreatywność i determinacja to niesamowite potęgi (warto pamiętać, że wszystkie opisywane tu dziwadła powstawały rok po roku, i zawsze były gotowe na kolejną wystawę w Genewie). Po trzecie – że automobilizm to świetna zabawa, w dodatku stymulująca rozwój techniki. Po czwarte – że świetna zabawa najczęściej drogo kosztuje, więc żeby się jej oddawać, trzeba najpierw zbudować sobie odpowiednie zaplecze finansowe (np. sprzedając superszybkie samochody w najbogatszym kraju Europy). A po piąte – że w XXI stuleciu motoryzacja zmieniła się nie do poznania i że jej klasyczna forma, jaką znamy i kochamy, być może się już kończy. Czy wkrótce zastąpią ją elektryczne, autonomiczne platformy, samodzielnie rozwożące po mieście plastikowe kioski i kwietniki (oczywiście dla naszego wspólnego, ogólnospołecznego dobra)? Czy słowo -speed, wciąż obecne w nazwie marki z Zumikonu, tkwi tam wyłącznie przez czyjeś niedopatrzenie?

Na tę chwilę może to tak wyglądać, ale warto pamiętać, że mimo odważnych zapowiedzi na rynek nie trafiła jeszcze ani jedna ze śmiałych wizji Franka Rinderknechta. W salonach mamy już oczywiście pojazdy elektryczne i sterowane tabletami, ale to nie były jego pomysły. Z kolei samochodów o regulowanym rozstawie osi, samochodów-wodolotów, samochodów-łodzi podwodnych, samochodów-lotniskowców ani samochodów-ogrodów nikt jeszcze na rynku nie oferuje. To wszystko pozostaje w sferze marzeń i fantazji, mimo że pochodzi z mało marzycielskiego kraju.

Foto tytułowe: Norbert Aepli, Licencja CC

Share Button

34 Comments on “CO BY TU JESZCZE WYMYŚLIĆ…?: WYLUZOWANY SZWAJCAR

  1. Bzdura w filmie Szpieg, który mnie kochał nie użyto animacji tylko pływającego modelu, który lata później kupił Elon Musk.

  2. Fantastyczny wpis – śmiałość projektów i ich rozmach zapierają dech. Niestety, te ostatnie ze strachu, w którą stronę podąża motoryzacja…

  3. Ale świat zszedł na psy… Kiedyś rzeczywiście te projekty budziły emocje, pożądanie. A teraz?
    Elektryczny autobus …
    Żałosne…

  4. te prototypy z przed ery “eko” całkiem pomysłowe, no i zupełnie różne, a w dodatku nie wyglądające jak ulepy i konstruowane w rok czasu, co na prawdę zasługuje na uznanie, a te ostatnie to jak nic inspirowane “człowiekiem demolką” 😉

    tak czy siak nigdy bym nie chciał mieszkać w Szwajcarii

    a z artykułem mam tyle wspólnego, że moją pierwszą komórką była właśnie Nokia 2110 🙂 kupiłem ją w technikum za 20zł 🙂 starter Idea Pop też wtedy kosztował 20zł, nie było jeszcze po 5zł, minuta po 1.40zl bez naliczania sekundowego a sms 40gr
    bateria była tak zdechła, że wytrzymywała jeden dzień… czyli jak się rano wyjęło z ładowarki to do wieczora wytrzymała jeśli podświetlenie było wyłączone 😉 ale potem zdobyłem jeszcze kilka takich zdechłych baterii, rozdłubałem wszystkie i pociąłem na ogniwa (w każdej było bodajże 5 ogniw NiMh), wybrałem najlepsze i złożyłem jedną która wytrzymywała już dwie doby 🙂

  5. Nie wiem jak teraz, ale kiedyś na TVN Turbo był jakiś program gdzie pokazywali różne concept-cars z aktualnych targów motoryzacyjnych. Zawsze było coś od Rinspeeda i zawsze sprawiało wrażenie “tak może wyglądać motoryzacja za 20lat”, ale mniej więcej ostatni ich koncept jaki widziałem to był Splash, potem przestałem oglądać. Większość to kompletnie dziwolągi, ale Rinspeed Roadster i Bedouin nawet mi się podobają 🙂
    A co do zespołu Yello – myślę, że ich muzyka dobrze się wpasowuje w klimat tych conceptów 😉 https://www.youtube.com/watch?v=6jJkdRaa04g

    • Ja pamiętam prototypy Rinspeeda z pierwszych lat dostępu do Internetu – koło 1998-99. Były faktycznie ciekawe, ale traktowałem je jako folklor i chyba takie podejście było powszechne.

  6. Ech, przypomniało mi się jaką radość sprawiało kiedyś oglądanie prototypów i zastanawianie się jak będzie wyglądała motoryzacja przyszłości – takie samochody jak VW Futura, czy Citroen Activa naprawdę rozpalały wyobraźnię. A obecnie ostatnim prototypem (albo raczej technologią), które zrobiły na mnie naprawdę wrażenie był “niewidzialny” Mercedes pokryty diodami wyświetlającymi na karoserii obraz za samochodem i Concept BMW GINA – obydwa sprzed 10-ciu lat.

    • Generalnie concept cars stosunkowo rzadko zapowiadają realną przyszłość. A jeśli już, to zdarza się to głównie tym najmniej radykalnym, czyli najmniej interesującym dla dziennikarzy.

    • Słuszna uwaga i uzasadnione żądania, które i ja popieram.
      Franko Sbarro – przy Franku Rinderknechcie można go nazwać wielkim producentem. A i jeszcze własną szkołę dla stylistów prowadził…

  7. Co to tego że żaden z prototypów nie trafił na rynek w wywiadzie dla nieistniejącego już Motomagazynu (numer 9/2001) Rinderknecht przyznał że wyprodukowali 6 sztuk Roadstera.
    R one miał dodatkowo fjuczer, że kabina się pochylała na boki (do 22,5 stopnia) więc efekt był trochę jak przy jeździe na motocyklu.

  8. Cytat:

    “Tę funkcję zyskał Rinspeed XchangE z 2014r., czyli “alternatywa dla pociągu lub samolotu klasy biznes“, oparta na Tesli 3”

    Raczej Tesli S. W 2014 byla Tesla S. Tesla model 3 zostala zaprezentowana w 2017 roku, zreszta na zdjeciach wyraznie widac Tesle model S

  9. Ooo właśnie ja też poproszę o Sbarro !!!
    P.S na zdjęciach jest Tesla S a nie 3ka .

  10. Jak już jesteśmy w temacie mniej lub bardziej “odjechanych” concept cars, to może następnym razem Luigi Colani? To wprawdzie nie producent, a jedynie stylista – za to, jak na Niemca, wyjątkowo szalony.

    • i do tego lektor czyta jakby był botem, albo syntezatorem mowy 😉

  11. Jakby kogoś to interesowało, to kilkoma starszymi konceptami Rinspeeda można się przejechać w grze World Racing 2 🙂 Na pewno był tam Bedouin, Mono Ego chyba też

  12. Bedouina i Presto kojarzę, reszty o dziwo nie.
    Jak dla mnie fajne koncepty, może dlatego zapamiętałem.
    Ale te reflektory z popularnych modeli “wklejone” w te finezyjne karoserie powodują jakiś dysonans poznawczy w mojej głowie 😉

    A Szwajcaria na kilka dni ok, ale później ten nadmiar ładu aż przeszkadza, w drugą stronę nie każdemu spasuje choćby Gruzja – totalne przeciwieństwo.
    Szwajcarom trzeba wytłumaczyć, że obecnie pralki mają czujnik na spodzie i elektro-zawór na zasilaniu w wodę więc prędzej rzeczywiście kran zacznie lać niż sprzęt typu pralka czy zmywarka.

    • Ja nie miałem okazji widzieć Szwajcarii “na żywo”, ale moja siostra, która tam pracowała zawsze mówi że nawet trawa rośnie i wygląda to inaczej niż gdziekolwiek w Europie

  13. Najbardziej zadziwiający jest chyba model biznesowy tej firmy. Wszedłem nawet na ich stronę internetową i w ogóle nie ma tam mowy o czymkolwiek, na czym mogliby zarabiać. Trudno mi jednak uwierzyć, że całe to przedsięwzięcie to jedynie hobby właściciela… Przez chwilę wydawało mi się też, że przynajmniej Rinspeed Roadster trafił do produkcji pod marką Panoz. Po krótkich poszukiwaniach wyszło jednak na to, że Rinspeed po prostu zmodyfikował nieco istniejące już, choć mało znane auto Panoza (inne reflektory, wystrój wnętrza itp. detale), a następnie pokazał to pod własną marką. Fakt, że w opisie tego modelu Rinspeed nie podaje nazwy producenta i faktycznego projektanta, niezbyt dobrze świadczy zresztą o tym przedsięwzięciu.

    • Tuning i konsulting logistyczny. Na tym zarabia Rinspeed.

      Na temat Panoza milczy oficjalny press release. Ale przy innych prototypach Rinspeed podaje po kilka firm-partnerów, więc może to nie do końca tak było? Nie mam pojęcia.

  14. Koncepcja Rinspeeda Presto z elastycznym rozstawem osi jest bardzo ciekawa. Szkoda, że nigdy nie weszła do seryjnej produkcji. Fajnie byłoby jeździć po mieście autem krótkim 2-osobowym, jednocześnie mając możliwość szybkiego wydłużenia go do wersji 4-osobowej. Podobnie z dostawczakami, zależnie od potrzeb krótszy lub dłuższy w danym momencie.
    W ostatniej dekadzie w Europie chyba zbyt dużo regulacji zabiło kreatywność w kolejnych projektach (w tym Rinspeeda). Ciągłe zakazy, nawoływanie do zakazu aut, itd spowodowało, że siłą rzeczy każdy nowy projekt jest nudny.
    A z drugiej strony przed nami być może kolejny okres, kiedy będą rywalizowały ze sobą różne technologie, jak choćby auta elektryczne z wodorowymi, sposób magazynowania energii – czy rzeczywiście baterie wymagające rzadkich pierwiastków na pewno będą dominowały.
    Choć nie można wykluczyć, że przyszłością są właśnie autonomiczne auta elektryczne lub jak oczekują różni aktywiści przymus do roweru i zbiorkomu.
    Mam nadzieję, że nie.
    W geopolityce po upadku ZSRR też już miał być koniec historii, a jak widzimy jest zupełnie inaczej.

    • Samochody zmieniające typ nadwozia albo rozstaw osi powstawały w latach 90-tych jako prototypy, ale nikt ich nie wdrożył. To na pewno świetne ćwiczenie w kratywności, ale nie wiem, czy by się sprawdziło w praktyce. Niektórzy mówią, że takie auta zmniejszyłyby obroty producentów (bo ludzie kupowaliby jedną sztukę zamiast dwóch czy trzech), ale przecież dzisiaj i tak wycofuje się wszystkie gatunki poza najpraktyczniejszymi, a spadku obrotów jakoś ne widać. Myślę, że wyprodukowanie takiego ustrojstwa z odpowiednią niezawodnością w odpowiedniej cenie byłoby bardzo, bardzo trudne, no i że użytkownik musiałby pójść na wiele kompromisów.

      Co do kierunku politycznego – wszyscy widzimy, jaki on jest, ale może się jeszcze odwróci. Jak pisałem, takie rzeczy już się zdarzały 🙂

  15. Tak, pewnie przyczyną były trudności techniczne we wprowadzeniu takiego wynalazku do seryjnej produkcji.
    Odnośnie kierunku politycznego – tak, nadzieja na zmiany zawsze jest ?