KONFRONTACJE: NA PLAŻY FAJNIE JEST

Wreszcie przyszła do nas letnia pogoda.

Czytając od wielu lat oldtimerowe gazety (lub czasopisma) zauważyłem, że w większości z nich każdej wiosny pojawia się przegląd najpopularniejszych, klasycznych cabrioletów wraz z poradnikiem kupującego. Jako że mnie brakuje kompetencji do pisania poradników, postanowiłem przygotować podobny wpis z serii KONFRONTACJE i zaprezentować tutaj otwarte samochody pewnego szczególnego, można powiedzieć ekstremalnego rodzaju, nie występującego już na rynku od lat: bazujące na popularnych konstrukcjach z Epoki Chromu, ale z tak zwanymi plażowymi karoseriami. Skąd one się wzięły?

Otóż istnieją na świecie miejsca, gdzie lato trwa przez pół roku, a jest w całości gorące i słoneczne. Tam nie ma potrzeby chronić się przed zimnem i deszczem – co najwyżej przed słońcem, ale to dotyczy jedynie tych kilku godzin w ciągu doby, które w tamtych stronach i tak tradycyjnie przeznacza się na drzemkę, przerywając wszelkie inne aktywności. W takich warunkach wszystko jest nieporównanie prostsze i tańsze niż u nas: począwszy od ubrań i butów (większość zawartości naszych szaf jest w ciepłych krajach całkowicie zbędna), aż do konstrukcji i wyposażenia wszelkich budowli (brak ogrzewania, izolacji termicznej, oszczędności materiałowe, itp.). Stale suche i ciepłe warunki rozwiązują też wiele problemów konstruktorów aut umożliwiając wielkie uproszczenie nadwozi.

Oczywiście, praktyczność pojazdów niezabezpieczających przed złą pogodą jest ograniczona, bo chłodniejsze pory roku występują prawie wszędzie na świecie (poza pasem wzdłuż samego równika, gdzie jednak przez cały rok padają niezwykle intensywne deszcze zenitalne). Mimo to, w drugiej połowie XX wieku istniał zauważalny popyt na autka, które można nazwać plażowymi. Były one oparte na modelach tanich i masowo produkowanych, a więc ekonomiczne i niekłopotliwe w eksploatacji, a do tego nieduże i poręczne. Nie zapewniały wielkiego komfortu ani wytrzymałości, ale wybaczano im to, bo one nie miały służyć do dalekich podróży i pokonywania wielkich przebiegów. Mimo że nam, ludziom Północy, takie wehikuły wydają się bezużytecznymi zabawkami, w regionach podzwrotnikowych znajdowały one zdumiewająco wiele zastosowań.

Samochodów plażowych powstało więcej niż mogłoby się wydawać: sama włoska Wikipedia wymienia aż 37 modeli, przy czym na widniejącej tam liście gołym okiem widać rażące braki. Do dzisiejszego porównania wybrałem pięć samochodów wykorzystujących technikę najbardziej znanych, kultowych wręcz modeli wielkoseryjnych Epoki Chromu (choć czas ich największej popularności przypadł na lata 70-te i częściowo również 80-te).

Zacznę od autka, które z całej piątki było co prawda najrzadsze, ale za to najlepiej oddające ideę plażowozu. Nazywało się Ghia Jolly i powstawało na bazie małych Fiatów, przede wszystkim 600-tki. Od 1958r. kompletne, seryjne samochody były wysyłane w partiach po 10 sztuk z fabryki w Turynie do siedziby firmy Ghia, gdzie następowała przeróbka: pozbycie się całej górnej części nadwozia (dachu ze słupkami i oknami) oraz drzwi, wymiana tylnych błotników i progów, a także zderzaków i chromowanej galanterii. Oryginalne siedzenia zastępowano wiklinowymi, wyglądającymi bardziej stylowo i praktyczniejszymi w wysokich temperaturach: nie nagrzewały się one na słońcu, przepuszczały powietrze, nie powodowały nadmiernego pocenia i nie przyklejały się do ciał ludzi. Oczywiście, ich komfort nie zachwycał, ale po pierwsze, w tym segmencie oryginalne fotele były tylko trochę lepsze, a po drugie – plażowozami nie jeździło się daleko.

Typowe dla lat 50-tych pastelowe kolory, opony z białymi bokami i wiklinowe siedzenia doskonale pasują do wyjściowej sylwetki Fiata 600 i kreują niepowtarzalną, śródziemnomorsko-słoneczno-wakacyjną atmosferę

Foto: Vetatur Fumare, Licencja CC

Foto: Vetatur Fumare, Licencja CC

Foto: Vetatur Fumare, Licencja CC

Naszym oczom takie samochodziki jawią się młodzieżowo i mało poważnie, ale wtedy, prawie 60 lat temu, tworzono je z myślą o ludziach bardzo poważnych: posiadających w swych rezydencjach prywatne pola golfowe (Ghia Jolly świetnie sprawdzała się w roli wózka golfowego), albo pełnomorskie jachty (na które można było zapakować autko i używać go do zjeżdżania na ląd oraz poruszania się i przyciągania uwagi w odwiedzanych portach). Warto dodać, że nie były to pobożne życzenia marketingowców: do użytkowników plażowej wersji 600-tki zaliczali się między innymi Aristoteles Onassis (słynny grecki miliarder, mąż Jacqueline Kennedy), Gianni Agnelli (wspominany już kiedyś na Automobilowni prezes i wnuk założyciela koncernu Fiata, Giovanniego Agnellego), aktorka i księżna Monaco, Grace Kelly, cały szereg gwiazd Hollywood (w tym Mary Pickford i Mae West), a także młody Silvio Berlusconi. Słowem – pomnikowe postacie towarzysko-finansowej śmietanki lat 60-tych, którą naonczas nazywano the Jet Set, ponieważ latali odrzutowcami. Nie, nie prywatnymi, a liniowymi – z tym że w tamtych czasach bilety lotnicze nie kosztowały tyle, co tankowanie samochodu, a raczej – ile cały samochód. Przeciętni ludzie pracy z tzw. Zachodu dopiero zaczynali wtedy przygodę z masową turystyką, polegającą najczęściej na dwutygodniowych, kilkusetkilometrowych wyprawach Renault 4 albo “Garbusami” z górą walizek przywiązaną do dachu i nocowaniem w samym aucie albo namiocie. Plotkarskie artykuły prasowe o weekendowych wypadach milionerów do Paryża albo Mediolanu, ilustrowane rozmazanymi zdjęciami pierwszych paparazzi, traktowali podobnie, jak Polacy serial “Dynastia” po 1990r.

Firma Ghia wyraźnie celowała w kastę Jet Set – i nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że samochód nie nadający się do jazdy w choćby mżawce czy też temperaturze niższej od pokojowej kosztował mniej więcej dwukrotność ceny standardowego Fiata 600, czyli, z grubsza rzecz biorąc, tyle samo co Alfa-Romeo Giulietta albo Lancia Appia. Mimo że dzisiaj nie wyobrażamy sobie finansisty z Wall Street albo rosyjskiego oligarchy w tego typu zabawce, w latach 60-tych taki obrazek wyglądał zupełnie naturalnie.

Nie wiadomo, ile egzemplarzy plażowych Fiatów opuściło bramy manufaktury Ghia, ale prawdopodobnie była to liczba trzycyfrowa. Model najłatwiej można było spotkać na wyspie Catalina u wybrzeży Los Angeles, gdzie aż 32 sztuki na raz jeździły w latach 1958-62 jako taksówki. Liczbę istniejących dziś samochodów ocenia się na mniej niż 100. Dobrze zachowane, oryginalne egzemplarze są warte ponad 100.000 USD, na rynku pojawiają się też falsyfikaty (przeróbka według oryginalnej technologii Ghii nie stanowi wielkiego wyzwania dla dobrego blacharza w warunkach garażowych).

Opcjonalnie dostępny był dach w formie przypominającej plażowy parasol, który zapewniał jadącym odrobinę cienia. Przed wypadnięciem z pozbawionego drzwi auta chroniły grube, chromowane poręcze.

Foto: http://autawp.ru

Foto: http://autawp.ru

Na niektórych rynkach nie dopuszczano do ruchu pojazdów z całkowicie pustym otworem drzwiowym – tam oferowano prowizoryczne “zabezpieczenie” w postaci łańcuchów

Foto: http://autawp.ru

Bardzo niewielka liczba samochodzików powstała również na bazie Fiata 500

Foto: http://autawp.ru

Foto: http://autawp.ru

…Fiata 500 Giardiniera (czyli wersji kombi – tutaj łatwiej było przewozić niewielkie pakunki)…

Foto: materiał producenta

Share Button

41 Comments on “KONFRONTACJE: NA PLAŻY FAJNIE JEST

  1. Oczywiście w części o VW znalazłem drobny błąd 🙂 : tylne lampy “stopy słonia” nie są z modelu 1302/03, 1302 miał starsze żelazka, stopy słonia wprowadzono poraź pierwszy w 1303 w roku 73 a w roku 74 otrzymały je pozostałe modele. VW 181 był oparty o płytę podłogowa karmanna chia, czyli taka jak garbusa ale znacznie szerszą. Warto dodać że były dostępne wersje z blokada dyfra.

    • Już usunałem oznaczenie “1302” z tamtego zdania. Dziękuję za korektę i uzupełnienie!!

  2. Bardzo fajny wpis. Od razu zacząłem szukać kwater na Lazurowym Wybrzeżu. Będąc na półwyspie Amalfi niespodziewanie trafiliśmy na firmę dokonującą przeróbek na wzór Jolly Ghia. Rzeczywiście- robota garażowa. Jeżdżą w okolicy jako samochody hotelowe.
    Ale widać Citroen wyczuł jakiś potencjał w rynku skoro wypuścił E-Mehari. Obejrzałem mimochodem francuski Top Gear (naprawdę niezły, przynajmniej są tam jakieś osobowości) w którym go testowali. Wydaje się, że w małej skali ma to nadal sens

    • A propos Wybrzeża Amalfi: Sergio z wypożyczalni w Sorrento ma plażówki na bazie Fiata 500 – co prawda nie takie piękne od Ghii, a znacznie bardziej kiczowate od Vignale, ale zawsze. Proponował mi nawet takie coś w zamian za Fiata 500, bez zmiany ceny, ale ja wolałem klasykę, bo chciałem poczuć klimat dawnej, włoskiej prowincji. W każdym razie można skorzystać.

  3. Skoro plazowozy to dlaczego typ 181 a nie buggy? To przeciez symbol samochodu plazowego w ogole.

    • Ogółem plażowozów powstało dziesiatki i wspominałem o tym na poczatku artykułu – coś tutaj musiałem wybrać.

      Buggies to temat na cała ksiażkę albo i kilka. To były autka najróżniejszych producentów, większych i mniejszych, przypominajace raczej warsztatowe wynalazki. A mnie tym razem chodziło o seryjne modele noszace macierzyste marki producentów mechaniki.

  4. W latach 1988-1991 na bazie fiata 126 produkowano w Polsce a sprzedawano przez firmę POP-automobile z Mannheim kabriolet Pop650 i Pop2000 także w wersji “beach”.

    • Zastanawiałem się czy nie dorzucić tutaj Moretti Minimaxi, które też opierało się na 126p. Ale w cztery wieczory, i to niecałe, nie da się opisać całego świata, dlatego ograniczyłem się do pięciu modeli bazujacych na pięciu najważniejszych samochodach tamtych czasów.

  5. Obecnie citroen produkuje serję próbną 1000 sztuk plazowki e-mehari (ogladalem osobiscie jeden z egzemplazy – calkowicie plastikowe nadwozie itp) – jesli pomysl chwyci planowana jest produkcja wiekszej ilosci.

    • E-mehari jest elektryczne, kosztuje 25 tys € plus raty leasingowe na baterie, no i ma nowoczesną, skomplikowaną konstrukcję, a do tego oczywiście designerski styl. To nie jest do końca to samo.

      • Raczej wątpię, aby dzisiaj samochód o konstrukcji i osiągach wozu drabiniastego się dzisiaj sprzedawał jak świeże bułeczki. Trochę jak z mikrosamochodami – miały swój czas, który miejmy nadzieję już nie wróci. Zwalanie na ekologię, bezpieczeństwo to IMO strzał ślepego po litrze wódki i ostrej jeździe w wirówce – w gigantycznych crosoverosuvach te problemy są znacznie większe i nie przeszkadzają w sprzedaży.

        Rodeo (nie licząc 6) i Mini Moke są paskudnie brzydkie, UMM Alter przy nich to przykład doskonałego wzornictwa przemysłowego 🙂 Moke w ogóle wygląda jak zmutowany melex ;P

      • Ależ ja nie zwalam na ekologię – różne przepisy na pewno sporo tu przeszkadzają, ale na pewno nie tak bardzo jak preferencje dzisiejszych użytkowników (o czym zresztą wspominałem).

        Inna sprawa, że tymi Mehari na Korsyce, Peloponezie albo w prowansalskich wioskach ciągle ktoś jeździ. I ktoś kupuje do nich nowe ramy i karoserie. Czyli jakiś popyt jednak jest.

    • Urocze to e-Mehari, ale już raczej się go nie umyje w środku wodą z węża 😀

      • Podobno właśnie się da. Powiem szczerze, że Citroënowi (jak zawsze) życzę szczęścia, ale szczególnie w tym projekcie, bo stoi okoniem wobec całego przemysłu motoryzacyjnego i daje jakąś nadzieję na przewietrzenie branży.

  6. Piszesz, że dzisiaj plażowozy nie mają sensu. A Yamaha Rhino, Kawasaki Mule i Polarisy (wiele modeli)?No fakt olali stylówe i poszli w offroad (zawias, 4*4), tyle ,że dla nas DZISIAJ powyższe auta są stylowe, ale wówczas? Ghia owszem , a reszta to przerobione surowe terenówki z armii (no Moke to raczej jeep z wesołego miasteczka , żeby tym pokracznym wozidłom udającym ciuchcie w lunaparkach nie było smutno). Co do ATV z góry rozmiary, moce silników, plastikowe nadwozia na ramach, ascetyczne wnętrza, pewnie nawet cena jakby to jakoś przeliczyć się zgadza. Zrobione na motocyklowej technice bo tak prościej i z klatkami bezpieczeństwa ale to tylko wymóg czasów.

    • ATV faktycznie są blisko, ale zastanawiam się – bo nie wiem – na ile można je traktować użytkowo, jak choćby Mehari. No i sam przyznałes, ze uroku raczej nie mają, choć to oczywiście rzecz względna.

      • Cześć tych pojazdow jest wybitnie użytkowa, paka, ładowność co najmniej porównywalna z Mehari, coś kojarzę ze miewaja nawet WOM do napędu rożnych dodatkowych urządzeń ale na razie na komórce nie sprawdzę

  7. Jedyna plaża z jaką kojarzy się Kurierwagen to ta w Normandii.

    • W Kalifornii raczej nie mieli yakich skojarzeń. Fakt, że na bazie Garbusa powstawały ciekawsze Buggies, ale jeszcze raz powtarzam, że tutaj skupiłem się na fabrycznych wersjach.

  8. Ależ, dzisiaj taki pomysł też znalazłby nabywców w kręgach milionerów. Wystarczyłoby przerabiać nie Fiaty 500, a powiedzmy Bentleye Continentale, albo Porsche Cayenne. Wyciąć dach, wywalić drzwi, wzmocnić silnik (bo te duże auta mają tylko po 400 – 500 KM), pomalować złotą farbą i będzie.

  9. Ten artykuł przypomniał mi znacznie młodszego i dziwnego Smarta Crossblade. Też nie miał dachu, drzwi i normalnej szyby. Raz go widziałem zaparkowanego w znanym z ciągle prażącego słońca Londynie 😉 Teraz wyczytałem, że wyprodukowano 2000 sztuk, ciekawe kto i po co je kupił.

    Chętnie przeczytałbym w przejażdżce po godzinach o VW Typ 3. Generalnie VW jest mi całkowicie obojętne, ale ten model mało znam. To dziwadło, którego w ogóle nie pamiętam z dróg w dzieciństwie.

    • To zależy kiedy wypadało Twoje dzieciństwo 😉 . Tata mojego kumpla z podstawówki miał takiego w wersji variant. Bardzo charakterystyczne było w nim to, że nie miał silnika. Znaczy się zaglądałeś z przodu- bagażnik. Zaglądałeś z tyłu- bagażnik. Nawet zdaje się jakieś dowcipy na ten temat krążyły po Germanii za czasów wprowadzania tego modelu. O ile dobrze pamiętam był to pojazd znacznie bardziej cywilizowany od Garbusa, pojemny i dużo cichszy.

      • Znajomy, typem 3 przemycał mięso w stanie wojennym w przednim bagażniku.

      • Dopwcipów o braku silnika w Typie 3 nie kojarzę, chętnie bym poznał. Ja słyszałem tylko że oznaczenia wersji fastback – TL – tłumaczono jako “traurige Loesung”, czyli “żałosne rozwiązanie”. Zupełnie słusznie, bo jeśli Typ 3, to tylko w kombi – tylko wtedy jest praktyczny.

    • Ja pamiętam Typ 3 z ulic z lat 80-tych i z książki Podbielskiego. Wujkowy ma nieoryginalną, jasną tapicerkę na desce rozdzielczej, ale poza tym jest bardzo fajnie odrestaurowany (kolor ciemnozielony). Mam nadzieję, że w tym sezonie wreszcie się uda.

  10. Dwie uwagi – nie wszystkie Mehari miały koło zapasowe na masce, a nawet przeciwnie, większość miała je przy prawej burcie nadwozia na wysokości tylnego rzędu siedzeń, natomiast w kwestii zwolnic w VW, to nie tyle zmniejszają one wymiary mechanizmu różnicowego, co po prostu, powodują, że oś koła napędowego jest niżej, niż punkty wyjścia półosi z mechanizmu różnicowego. Zwolnica to nic innego, jak prosty reduktor znajdujący się bezpośrednio przy napędzanym kole.

  11. Zaglądam do ankiety- zdaje się że teutońska stylistyka volkswagena nie przypadła publiczności do gustu. He he. A przecież był niemal zwycięzcą sprzedaży.

    • Odbiorca VW była raz ze armia i to nie jednego kraju, dwa ze służby publiczne trzy ze eksportowane je za ocean gdzie marka miała dobra renomę.

    • W tamtym czasie wszystko, co sprzedawano w USA, wygrywało ilościowo z tym, co było tam nieobecne.

    • a ja teraz zaglądam i jest ciekawie: Mini: 2 głosy – 4%, VW – 2 głosy – 3%
      nie ważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy 🙂

      • Na początku, kiedy VW miał 0 głosów, plugin przeliczał to na -1%. Tego to Kim Ir Sen by nie wymyślił!!

  12. Trochę zaofftopuję, ale autor bloga przypomina mi Piotra Siwkiewicza z filmu ,,Zabić na końcu” – w dodatku aktor ten jeździł w filmie W124

  13. fajny artykul! dla mnie Mehari najfajniejsze od baaardzo dawna (od czasu zobaczenia go w “zandarmach”)