KONFRONTACJE: PEŁNOWYMIAROWE-LUKSUSOWE-SPORTOWE-UŻYTKOWE

Rewolucja, którą przechodzi obecnie nasz świat, bardziej niż którakolwiek wcześniejsza objawia się przewartościowaniem pojęć. Wszystko, co dawniej uchodziło za chwalebne, staje się wstydliwe – i odwrotnie.

Przykładowo, kiedyś ceniono sukces, a odnoszących go ludzi wynoszono na piedestały. Wybitne postacie wypytywano o wskazówki, bo każdy chciał iść w ich ślady, przezwyciężać przeszkody i własne słabości. Dziś jest dokładnie odwrotnie: poważanie zdobywa się nie przez prezentowanie dokonań, a wyolbrzymianie porażek i krzywd. Zaradność, a zwłaszcza samodzielność budzą podejrzliwość i niechęć, zaś obowiązującym wzorcem jest dryfowanie z prądem, głową pod wodą. Coraz mniej popłaca rozwijanie i eksponowanie swojego potencjału kreowania wartości i czynienia dobra, zdecydowanie bardziej – pozowanie na ofiarę i obrażanie się. Obrazą może stać się cokolwiek – nawet uprzejmość, uśmiech albo zdawkowy komplement. Decyduje o tym wyłącznie obrażany.

Przykładów odwracania wartości znajdujemy więcej. Zdanie ignorantów ceni się bardziej niż ekspertów (o ile jest prawomyślne – w przeciwnym razie ignorant pozostaje ignorantem). Tradycyjne piękno obwołuje się bezguściem, świat wirtualny – realniejszym od prawdziwego życia. Tchórzostwo staje się dojrzałością, odwaga – błazeństwem, pracowitość – tyranią, wierność jakimkolwiek zasadom, własnej społeczności czy choćby współmałżonkowi – frajerstwem i zniewoleniem, prawdziwe zaś zniewolenie – najwyższą formą wolności i postępowej demokracji. Obronę uważa się za atak, a atak – za obronę. Przestępcy współczuje się bardziej niż ofierze. Tolerancja staje się cnotą najwyższą – ale tylko wtedy, gdy dotyczy głoszącej ją strony, bo kto toleruje jej oponentów, jest automatycznie bandytą. Przewartościowaniu podlegają nawet instynkty biologiczne – np. chęć posiadania potomstwa, czyli podstawowa cecha każdej formy życia i konieczny warunek jego przetrwania, została już uznana za skrajny egoizm i zbrodnię przeciwko przyszłości.

Przewartościowanie dotyczy też oczywiście motoryzacji. W dłuższym okresie kierunek jest jasny: samochodów ma po prostu nie być (odpowiednie prawo, z konkretnymi datami, jest już sukcesywnie uchwalane). Natomiast w okresie krótszym samochód najlepszy to ten, który najgorzej spełnia swą funkcję – miast poszerzać ludzką swobodę, maksymalnie ją ogranicza. Ograniczanie przybiera wiele form: od postępującej autonomizacji jazdy, poprzez automatyczne przekazywanie wrażliwych danych odpowiednim podmiotom, aż po elektryfikację, która w forsowanej obecnie formie wcale nie ratuje środowiska, za to zawęża krąg automobilistów do finansowych elit i zrównuje mobilność kierowcy z mobilnością pasażera transportu publicznego.

O dziwo jednak, właśnie w tych chorych warunkach popularność zdobywają mega-SUVy – pojazdy jednocześnie ogromne, luksusowe i sportowe, a więc akcentujące cechy cenione w epokach przedrewolucyjnych. Mimo gargantuicznych rozmiarów nadwozi i silników aut tych używa się zwykle do celów, w jakich świetnie sprawdziłby się normalny kompakt.

Nie, nie zamierzam nikomu wypominać tego, czym jeździ, bo każdy ma prawo konsumować swe plony w dowolnie wybrany sposób. Zastanawia mnie tylko kontrast między tym, co propagowane, a tym, co praktykowane – zwłaszcza że nabywcom rzeczonych pojazdów najczęściej bliżej do autorów medialnego przekazu niż do jego audytorium. Z tego powodu, w ramach rzadkich na Automobilowni wycieczek we współczesność, postanowiłem przyjrzeć się dostępnym aktualnie w USA tzw. full-size luxury SUVs – pojazdom najmniej pasującym do panującej ideologii, a mimo to niezwykle popularnym.

Zrazu chciałem przygotować zestawienie globalne. Szybko jednak zauważyłem, że wybór luksusowych SUVów jest ogromny i przerasta możliwości przedstawienia w pojedynczym wpisie. Dlatego ograniczyłem się do rynku amerykańskiego i produkcji tamtejszej oraz japońskiej (czyli modelom projektowanym stricte na rynek Ameryki Północnej). Za warunki przynależności do segmentu uznałem przy tym tradycyjnie prestiżową markę oraz długość nadwozia przekraczającą pięć metrów.

***

Przegląd zacznę od Cadillaca Escalade.

Cadillac to w Stanach uosobienie konserwatyzmu – nie dziwi więc klasyczne podejście do rozróżnienia automobilowych cnót i słabości, z drugiej jednak strony szokuje samo wejście marki do nietradycyjnego segmentu. Taki ruch wymusiła oczywiście konkurencja – też tradycyjna, pod postacią koncernu Forda, który w 1998r. zaprezentował Lincolna Navigatora. General Motors odpowiedziało błyskawicznie, przerabiając swojego flagowego SUVa marki GMC Yukon Denali – tak, by odpowiadał on standardom marki Cadillac oraz jej klienteli.

Od tamtego czasu minęły już 23 lata. Obecnie sprzedaje się piąta już generacja Escalade (nazwa modelu oznacza szturm na mury obleganych fortyfikacji). Samochód został zaprezentowany w kwietniu 2020r., jako model roku ’21: jak to w tamtym czasie, prezentację zorganizowano w „formie zdalnej” – czyli trójwymiarowej, interaktywnej aplikacji pozwalającej obracać auto, zmieniać kolorystykę i zapalać światełka.

Forma premiery odpowiadała rokowi 2020, sam samochód – to zależy. Rozstaw osi 3,07 metra, wymiary 5.380 x 2.060 x 1.950 mm i masa od 2.556 kg to najwięcej w historii modelu. Nie znalazłem niestety współczynnika Cx (a jestem go bardzo ciekawy), ani wysokości maski silnika. W tym drugim przypadku dziennikarz Andrew Hawkins zrobił natomiast obrazowe zdjęcie swojego własnego synka.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Ciekawie nazywają się pakiety wyposażenia: najtańszy to Luxury (sic!!), następne – Premium Luxury, Sport, Premium Luxury Platinum i Sport Platinum. We wnętrzu, mieszczącym 7 lub 8 osób, dominuje wypukły wyświetlacz o przekątnej – uwaga – 38 cali (tak naprawdę są to trzy osobne panele – 7,2, 14,2 i 16,9 cala – ale producent woli epatować liczbą 38). Testerzy potwierdzają, że żaden SUV nie oferuje tak zaawansowanego infotainmentu, ale przynajmniej jednemu z nich zdarzyło się zawieszenie systemu, które wymagało aż 10-minutowego re-bootu na wyłączonym zapłonie (!!). Witamy w XXI wieku!!

Foto: materiał producenta

Imponuje też opcjonalny system audio AKG, w skład którego wchodzą 3 wzmacniacze i 36 głośników (w tym 6 wooferów), a który wedle słów producenta oferuje wrażenia równoważne „1-calowemu ciosowi mnicha z Shaolin prosto w bębenek uszny„. Nie wiem, jak to rozumieć, ale bardziej niepokoi mnie funkcja wzmacniania i transmitowania rozmów pomiędzy trzema rzędami siedzeń – po pierwsze dlatego, że widocznie wymaga jej kubatura kabiny, a po drugie – w dzisiejszych czasach nie możemy być pewni, co ze zbieranym materiałem naprawdę robią słuchające nas non-stop mikrofony.

Gdyby komuś było mało, GM oferuje też PRZEDŁUŻONĄ wersję Escalade ESV, z rozstawem osi 3,41 metra i wymiarami 5.770 x 2.060 x 1.950 mm. Ta waży ponad 2,7 tony, ma okazalszy przód i szersze rury wydechowe (bo przecież dawno już ustaliliśmy, że maczyzm skompromitował się ostatecznie i nieodwołalnie).

Foto: Mr.choppers, Licencja CC

Ponieważ nie jesteśmy w Europie, internetowa strona producenta sporo pisze o silniku: tradycyjne, 6,2-litrowe V8 OHV oferuje 420 KM i 624 Nm (pod warunkiem zatankowania benzyny premium), co każde 125 milisekund sama decyduje, czy pracować ma wszystkie osiem, czy tylko cztery cylindry, wybiera też jedną spośród 17 kolejności zapłonów, oraz zapewnia przyspieszenie do 60 mph w 5,9 sekundy. Alternatywą jest trzylitrowy turbodiesel z sześcioma cylindrami w rzędzie, który dzieli architekturę z 1,5- i 2-litrowymi jednostkami Opla: rozwijając 277 KM i 624 Nm daje on lepszą moc jednostkową niż benzynowy big-block (!!), ale przyspieszenie ma znacznie gorsze (0-60 mph w 8,9 sekundy).

Oba silniki współpracują z zaprojektowaną wspólnie z Fordem automatyczną przekładnią 10L80 o aż dziesięciu przełożeniach. Według producenta spalanie w trasie i mieście wynosi 20/15 mpg dla benzyniaka i 27/21 mpg dla diesla (dotyczy napędu na tylną oś – wersje 4×4 przejeżdżają na galonie średnio o milę mniej). Do czteronapędówek można domówić dwustopniowy reduktor, przydatny podczas holowania przyczep – bo Escalade może pociągnąć nawet 7.400 funtów (3.356 kg).

Cadillac, jak wszystkie omawiane dziś auta, jest zbudowany na ramie, ale jego zawieszenie nie przypomina amerykańskiej ciężarówki: jest w pełni niezależne, z układem wielowahaczowym z tyłu i komputerowo sterowanym systemem Magnetic Ride Control. Za dopłatą można je wzbogacić o pneumatyczną regulację prześwitu, działającą na żądanie kierowcy lub samoczynnie, zależnie od warunków.

Krótka V8-mka kosztuje od 76.195$, napęd 4×4 i dłuższy rozstaw osi – po równe 3.000 (wszystko netto-netto – bez kosztu transportu, podatków i rejestracji). Wersji hybrydowej brak, natomiast czysto elektryczna zapowiadana jest na 2025r.: ta ma posiadać największe na rynku baterie (pojemność 200 kWh) i trzy silniki napędzające obie osie, a rozwijające w sumie około 1.000 KM.

Aha – Cadillac dołączył do wyścigu po autonomię: tryb Super-Cruise obiecuje jazdę bez dotykania kierownicy „na kompatybilnych autostradach„, umożliwiając jazdę wzdłuż pasa ruchu z utrzymaniem odpowiedniego odstępu oraz „zmianę pasa na życzenie” (po włączeniu kierunkowskazu system sam wybiera bezpieczny moment manewru).

Takie monstrum powinno relaksować kierowcę, nieprawdaż? Redaktor Hawkins – ten od zdjęcia dzieciaka przed maską – napisał jednak, że jazda Escalade’em mocno go zestresowała, bo auto ledwie mieściło się na osiedlowej drodze, a na podjeździe pod jego prywatny garaż nie zmieściło się wcale. Co więcej, w martwym polu przed maską schować się może nie tylko trzyletni syn redaktora, a TRZYNAŚCIORO przedszkolaków, ustawionych gęsiego!! Sprawdzone i udokumentowane!!

General Motors usiłuje ponoć zbudować przyszłość „bez wypadków, bez spalin i bez tłoku” („zero accidents, zero emmissions, zero congestion„). Logika mówi, że może to oznaczać wyłącznie przyszłość bez ludzi, ale abstrahując od tego przydałoby się zastanowić, czy w rzeczonej wizji naprawdę mieści się 5,77-metrowy, 6,2-litrowy mastodont, ukrywający w cieniu maski cały oddział przedszkolny?

***

Tam gdzie General Motors, tam i Ford. Tzn. tak naprawdę to często odwrotnie – np. w przypadku luksusowych mega-SUVów pionierem był Lincoln Navigator.

Pierwszy Navigator pojawił się w 1998r., aktualny – w 2017-tym, jako luksusowa odmiana Forda Expedition. On też występuje z dwoma rozstawami osi (3.112 i 3.343 mm, ten drugi nosi oznaczenie L), co przekłada się na dwie długości nadwozia (5.334 / 5.636 x  2.029 x 1.989 mm). W stosunku do poprzednika aut urosło, ale i schudło, a to dzięki szerokiemu zastosowaniu aluminium.

Do produkcji nie trafiły śmiałe elementy prototypu – taki jak drzwi w formie skrzydeł mewy (pojedyncze dla pasażerów dwóch pierwszych rzędów siedzeń) i rozkładane schody do wsiadania

Foto: Accord14, Licencja CC

Krótki Lincoln jest o 5 cm dłuższy od Cadillaca, ale wygląda bardziej proporcjonalnie, ze względu ma mniejszy grill i nie tak grubo ciosaną sylwetkę. Swoje robią też „niewidzialne”, czarne słupki środkowe i tylne.

Foto: materiał producenta

Stylistyka upodobniła się do reszty gamy marki, w tym przede wszystkim do Continentala

Foto: materiał producenta

Sporą część wnętrza zajmuje centralna konsola, na której nie znajdziemy dźwigni 10-biegowej przekładni (tej samej, co w Cadillacu) – tę funkcję przejęły przyciski na desce rozdzielczej i łopatki pod kierownicą. Główny wyświetlacz mierzy jedyne 12 cali, liczba głośników wynosi „tylko” 20, brakuje też trybu jazdy autonomicznej (choć jest adaptacyjny tempomat, asystent pasa ruchu i monitorowanie martwych pól z automatycznym hamowaniem awaryjnym). Producent zachwala za to hot-spot WiFi 4G LTE dla aż dziesięciu urządzeń (choć auto mieści tylko osiem osób), podczas gdy cadillacowy potrafi obsłużyć tylko siedem. Odpowiednia aplikacja wymaga jednak subskrypcji – chociaż tyle, że w cenie auta dostaje się ją na pierwsze 5 lat.

Foto: materiał producenta

Długi Navigator jest 14 cm krótszy od rywala z GM. Tutaj widzimy wersję Black Label – odpowiednika dawnych Designer Series, z „tematycznie zaaranżowanym” wnętrzem. Dostępne warianty nazywają się Chalet, Destination i Yacht Club.

Foto: materiał producenta

W odniesieniu do wnętrza testerzy (nie producent) piszą o „estetyce połowy XX stulecia„. Z tamtych czasów nie kojarzę co prawda wysuwanych ekranów ani konsol o szerokości trzeciego fotela, ale kształt kokpitu, tradycyjne materiały i niebanalna kolorystyka faktycznie przypominają Epokę Chromu. Poza tym dobitnie podkreślają, że to jednak LUXURY SUV

Foto: materiał producenta

Lincoln bije Cadillaca pneumatycznym zawieszeniem adaptacyjnym, które oferuje seryjnie. Dostępnych jest pięć lub sześć trybów pracy (Slippery, Excite, Conserve, Deep Conditions i Normal, a w egzemplarzach z napędem 4×4 i pakietem holowniczym – również Slow Climb). Oprócz charakterystyki tłumienia i przeniesienia napędu zmieniają one też reakcje skrzyni biegów

Za największy brak modelu uważam niedostępność silnika V8: jedyną możliwością jest 3,5-litrowe V6 DOHC biturbo z bezpośrednim wtryskiem, dające 450 KM i 690 Nm – czyli więcej niż 6,2-litrowy potwór Cadillaca. Przyspieszenie do 60 mph trwa jednak identycznie (5,9 sekundy), podobne jest też katalogowe spalanie (20/16 mpg). Testerzy mówią o subiektywnie lepszej dynamice Lincolna (zwłaszcza na wysokich obrotach) i realnej różnicy około 2 mpg na jego korzyść (wyniki testowe są oczywiście gorsze niż deklarowane, o około 2-4 mpg). Ze specjalnym pakietem holowniczym Navigator może pociągnąć 8.700 funtów (3.946 kg).

Lincoln nie oferuje nie tylko V8, ale też diesla, hybrydy ani silnika elektrycznego – choć ten ostatni ma się pojawić niebawem. Auto kosztuje od 76.705$ – o 510$ drożej od Cadillaca, co jednak traci znaczenie wobec powszechnej w USA praktyki negocjacji cen. Z kolei Navigator L Black Label, z ceną ponad 103 tys. $, jest najdroższym osobowym pojazdem w dziejach Forda, za wyjątkiem jedynie GT40.

***

Trzecim jankesem w blokach startowych jest oczywiście Jeep. Marka niegdyś należąca do „niezależnego” konglomeratu AMC, wraz z nim przejęta przez Chryslera, a potem kolejno przez DaimlerChrysler, FCA i Stellantis, pokazała model Grand Cherokee już w 1992r. Dlaczego więc pierwszeństwo przyznaje się 6 lat młodszemu Lincolnowi? Wystarczy podać gabaryty pierwszego GC: rozstaw osi 2.690 mm, długość 4.539 i masa 1.621 kg wywołałyby dziś pusty śmiech. Ba – nawet obecna generacja, po 30 latach puchnięcia, w podstawowej wersji ledwie dobiła do 4.999 mm, więc nie kwalifikuje się na niniejsze zestawienie. Szczęśliwie w bieżącym roku, po pandemicznym opóźnieniu, na scenę wjechało coś znacznie potężniejszego – Jeep Wagoneer.

Powrót nazwy Wagoneer (używanej przez Jeepa od 1963r.) oraz prezentację godnego rywala Escalade’a i Navigatora już dziesięć lat temu zapowiadał świętej pamięci Sergio Marchionne, udało się jednak dopiero teraz. Podobnie jak rywale, flagowy Jeep również bazuje na bardziej masowym modelu, to jest Dodge’u Ram 1500.

Auto występuje w jednym rozmiarze: rozstawie osi 3.124 mm i gabarytach 5.453 x 2.123 x 1.920 mm (a podobno to Escalade nie mieści się drogach!!). Waży też słusznie – od 2.700 do aż 2.910 kg. Droższa wersja Grand Wagoneer różni się wyposażeniem i wykończeniem.

Swą wielkością Wagoneer przewyższa krótkie wersje Cadillaca i Lincolna, ale jego tradycyjna stylistyka, opatrzona od dziesiątków lat, potrafi to zamaskować. Na karoserii nie ma oznaczeń marki, a tylko nazwa modelu. Ten manewr podnosi podobno prestiż: ponieważ Chrysler nie dysponuje odpowiednio ekskluzywną marką, po prostu nie pokazuje żadnej, choć historię Jeepa można przecież traktować jako atut.

Foto: materiał producenta

Silna prostokątoza nie ominęła i off-roadowej legendy

Foto: materiał producenta

Przekątne ekranów wynoszą dwa razy po 10,1 cala. Standardowa konfiguracja siedzeń 2+3+3 może być za dopłatą zamieniona na 2+2+3, a na liście wyposażenia jest wszystko – począwszy od gniazdek na 12 i 110V, poprzez pełny zestaw asyst (choć bez trybu hands-free), aż do hot-spota WiFi.

Foto: materiał producenta

Grand Wagoneer wygląda drożej: ma dużo pseudo-chromów, czarny dach, bardziej efektowne oświetlenie, a także wyjeżdżający z progu stopień do wsiadania (którego nie zdecydował się wprowadzić Lincoln). Prasowe zdjęcia w śnieżycy mogłyby dodawać autentyczności wizerunkowi marki – gdyby tylko producent owej marki nie ukrył.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Atmosferę luksusu zagęszczają elementy z drewna lub aluminium, oraz droższa skóra, pokrywająca nawet przycisk rozrusznika (!!). Środkowy ekran tym razem mierzy 12,3 cala, a standardem jest siedem miejsc (środkowa kanapa dostępna w opcji – odwrotnie niż u skromniejszego brata).

Foto: materiał producenta

Oba modele mają ośmiobiegowe, automatyczne skrzynie Stellantis, ale silniki są inne: Wagoneera napędza układ mild hybrid zwany eTorque, z 5,7-litrowym Hemi V8 i dwoma silnikami elektrycznymi, o łącznej mocy 392 KM i momencie 547 Nm. Z kolei Grand Wagoneer to 6,4-litrowa wersja Hemi, która ze swymi 470 KM i 616 Nm nie potrzebuje elektrycznego wsparcia. Oba auta dysponują zmiennymi fazami rozrządu i potrafią odłączać po 4 cylindry. Do 60 mph przyspieszają w odpowiednio 6,8 i 6 sekund, na galonie benzyny przejeżdżają 20/15 i 18/13 mil, a holują nawet do 10.000 funtów, czyli 4.536 kg (rekord w naszym zestawieniu).

Jeep oferuje kilka systemów napędu. W Wagoneerze standardem jest RWD, opcjami – stałe 4×4 typu Quadra-Trac I (bazowy), Quadra-Trac II (z dwustopniowym reduktorem i asystentem hamowania na zjazdach) oraz najdroższe Quadra-Drive II (z elektronicznie sterowaną blokadą tylnego dyferencjału). W Grand Wagoneerze seryjnie występuje ta ostatnia opcja. Podobnie wygląda porównanie zawieszeń: w tańszym aucie standardem są klasyczne, stalowe sprężyny, zaś opcją – pneumatyczny system Quadra-Lift z regulowanym prześwitem, który Grand Wagoneer dostaje seryjnie.

Jeepy kosztują najmniej z całej trójki: Wagoneer zaczyna się od 59.995$ (a jest przecież większy od podstawowych wersji rywali), Grand Wagoneer – od 88.995$ (który zawiera wiele opcji płatnych u konkurencji).

***

Po propozycjach Wielkiej Trójki czas wspomnieć o imporcie – tym razem tylko z Japonii. Pierwszym przedstawicielem będzie Lexus LX.

Pierwsza generacja LXa ukazała się w 1995r. i bazowała na Land Cruiserze J80, czyli modelu prawdziwie terenowym (z „komfortowej” linii, ale zawsze). Aktualna pozostaje na rynku od 2007r., czyli już czternasty sezon. To jednak będzie już sezon ostatni, bo na 2022r. przewidziany jest następca.

Od 2007r. miały miejsce trzy liftingi, ale konstrukcja pozostała niezmieniona. Auto jest najmniejsze z całej listy: ma rozstaw osi 2.850 mm i mierzy 5.005 x 1.970 x 1.865 mm, waży jednak ponad 2.630 kg. Wersji przedłużanej nie przewidziano.

Firmowy grill w kształcie klepsydry pojawił się w LX-ie w 2007r., ale dopiero drugi lifting, z 2012r., wyeksponował go w całej okazałości. Teraz, mimo skromniejszych gabarytów, swym majestatem auto dorównuje Cadillacowi i Lincolnowi.

Foto: materiał producenta

Ta sylwetka liczy sobie już prawie 15 lat, co widać nawet po trzech restylizacjach: mniej tutaj linii prostych, a więcej pękatych przetłoczeń.

Foto: materiał producenta

Wersja z dwoma rzędami siedzeń mieści pięć osób, z trzema – osiem. Na tle konkurencji również wnętrze wydaje się skromne i przestarzałe. Faktycznie – nie ma tu hotspota WiFi ani zintegrowanych systemów Android Auto / Apple Carplay, jest natomiast 12,3-calowy ekran, bezprzewodowa ładowarka, kompatybilność z Alexą, a opcjonalnie również lodówka i 19-głośnikowy system audio Mark Levinson (w standardzie głośników jest 9). Ciekawostka: darmowa subskrypcja usług online trwa u Lexusa aż 10 lat. Jest też pełny zestaw asyst kierowcy (łącznie z automatycznym dozowaniem gazu i hamulca w terenie oraz rozpoznawaniem rodzaju nawierzchni przez system ABS), choć brak możliwości zdjęcia rąk z kierownicy – tę obiecuje wyłącznie Cadillac.

Foto: materiał producenta

Odmiana designerska u Lexusa również istnieje: nazywa się Inspiration Series, a wyróżnia wyposażeniem (zawierającym między innymi układ klimatyzacji o frapującej nazwie Climate Concierge) oraz kolorystyką. Ta ostatnia, wbrew nazwie pakietu, nie jest zbyt inspirująca (czarne felgi, czarny grill, czarne szyby, czarne klamki, czarne relingi, czarne napisy i czarna skóra. Z kolei lakier może być…. uwaga, niespodzianka!! – czarny lub biały).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Każdy Lexus LX jest napędzany na cztery koła, za pośrednictwem ośmiostopniowej skrzyni automatycznej i centralnego mechanizmu różnicowego Torsen, a wysokość wielowahaczowego zawieszenia reguluje się pneumatycznie. Klienci amerykańscy skazani są na wolnossące, 5,7-litrowe V8 DOHC ze zmiennymi fazami rozrządu, które rozwija 383 KM i 546 Nm. Przyspieszenie nie dorównuje jednak rywalom (0-60 mph w 7,3 sekundy), a na galonie paliwa auto przejeżdża tylko 16/12 mil, w trasie i mieście. Maksymalna masa holowana to skromne 7.000 funtów (3.175 kg).

W Australii, Indiach, Południowej Afryce i krajach postradzieckich dostępny jest również 4,4-litrowy turbodiesel (268 KM, 650 Nm), a wcześniej lokalnie oferowano benzynowe V8 4,7 litra (tylko w Hong-Kongu, do 2014r.) oraz 5,7-litrówkę z mechanicznym doładowaniem (specjalna edycja na Bliski Wschód – 450 KM, 703 Nm). Jak na Lexusa szokuje brak wersji hybrydowej (obecnie daje ją tylko Wagoneer), nie ma też opcji elektrycznej (co u tego producenta dziwi jakby mniej).

Podstawowy LX 570, z dwoma rzędami siedzeń, kosztuje w Stanach od 86.930$ – prawie tyle, co pachnący świeżością Grand Wagoneer i aż 10 tys. więcej od Cadillaca i Lincolna. Biorąc pod uwagę najmniejsze rozmiary, najsłabsze osiągi i najstarszą konstrukcję Lexusa (wiek dobrze widać zarówno w stylistyce, jak i parametrach), wycenę należy uznać za nadzwyczaj śmiałą. Myślę jednak, że po kilku latach eksploatacji kalkulacja może się zmienić – zwłaszcza przy uwzględnieniu utraty wartości oraz nerwów właściciela (nie mówiąc o subskrypcji appek).

***

Piątym i ostatnim w zestawieniu modelem jest Infiniti QX80. Podobnie jak Lexus, ono również opiera się na ciężkiej, ramowej terenówce – Nissanie Patrolu, który w Ameryce zwie się Armada.

Infiniti QX80 też ma już swoje lata – premierę święciło wiosną 2010r., jako II generacja modelu Q56 (oznaczenie zmieniono w 2013r., przy okazji pierwszego liftingu). Jak przystało na produkt japoński, auto występuje w tylko jednym rozmiarze, z jednym silnikiem i jedną skrzynią biegów, wybrać można natomiast napęd RWD lub 4×4.

Po ostatniej modernizacji, z 2017r., Infiniti zyskało chyba najciekawszą i najłagodniejszą stylizację z całej piątki (w każdym razie na pewno najmniej kanciastą). Rozstaw osi równy jest 3.075 mm, rozmiary nadwozia – 5.290 x 2.047 x 1.940 mm, masa – najwięcej w zestawieniu, nie licząc wersji powiększonych, bo 2.785 kg (co częściowo wynika z całkowicie stalowej konstrukcji nadwozia, bez użycia stopów lekkich).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Kabina oferuje 7 lub 8 miejsc, z tym że środkowa kanapa nie jest dostępna w najbogatszym pakiecie wyposażeniowym Limited. Na tle rywali wyposażenie nie zachwyca: dwa wyświetlacze mają przekątną zaledwie 8 cali, maksymalna liczba głośników to 17 (ale standardowa – 13), a hotspot WiFi obsługuje siedem urządzeń. Nie występują też żadne szokujące ekstrasy.

Foto: materiał producenta

Infiniti napędza 5,6-litrowe V8 bez doładowania, ale z dwoma wałkami, zmiennymi fazami rozrządu i wtryskiem bezpośrednim, dające 400 KM i 560 Nm. Biegów jest tylko siedem (najmniej w zestawieniu), za to opcjonalny napęd 4×4 zawiera reduktor i wspomaganie ruszania pod górę. Do 60 mph QX80 przyspiesza w 6,3 sekundy, na galonie paliwa przejeżdża 19/16 mil, a jego maksymalny uciąg 8.500 funtów (3.855 kg) ustępuje tylko Jeepom.

Swoją drogą – czy to nie ciekawe, że Japończycy oferują Amerykanom wyłącznie benzynowe, wolnossące V8-mki, podczas gdy Lincoln – wyłącznie sześć cylindrów biturbo, a jedynego diesla można kupić od Cadillaca? Co więcej, w opinii testerów Infiniti ma wyjątkowo leniwą skrzynię biegów i podwozie (z opcjonalnym samopoziomowaniem hydraulicznym), podczas gdy Navigator resoruje sztywniej i chętniej redukuje biegi, do tego spala najmniej. Ani chybi – świat stoi na głowie.

Byłbym zapomniał: podstawowa cena Infiniti to 69.150$. To drugi najtańszy wóz na liście, po Wagoneerze.

***

W roku 2019-tym – jak dotąd ostatnim, przy którym możemy mówić o normalnym rynku – amerykańskim liderem segmentu był Cadillac Escalade z 35.424 sprzedanymi egzemplarzami. Z opisywanych modeli na drugim miejscu uplasowało się Infiniti (19.113) przed Lincolnem (18.656) i Lexusem (4.718). Jeep nie miał jeszcze swego przedstawiciela w klasie, bo Grand Cherokee zalicza się do kategorii mid-size (sic!!).

Wielkości sprzedaży należy jednak zwielokrotnić, bo podobne rozmiary i charakter mają bliźniacze modele bardziej masowych marek. GM oferuje aż trzy tańsze odpowiedniki Escalade’a (Chevrolety Tahoe i Suburban znalazły w 2019r. łącznie aż 153.117 nabywców, GMC Yukon – 74.672), Ford – model Expedition (86.423), NissanArmadę (32.044), a ToyotaSequoię (10.289). Nie mówiąc o pominiętych tu modelach europejskich, z których np. BMW X7 depcze po piętach Caddy’emu.

Czy to niespodzianka? Jasne, że Amerykanie od lat uwielbiają gigantyczne pick-upy, ale one akurat naprawdę służą im do pracy (najczęściej). W kwestii zwykłych osobówek też nigdy nie grzeszyli skromnością, jednak dawniej takie preferencje miały swoje uzasadnienie. Kto nie wierzy, niech spróbuje przejechać w pełni lata np. 650 mil pustynnej międzystanówki z Dallas do Alburquerque – w jedną stronę Chevroletem Bel Air V8 z klimatyzacją i automatem, a w drugą równoletnim, 30-konnym „Garbusem” z nieotwieralnymi oknami z tyłu (oczywiście całą rodziną). Dziś jednak sprawa wygląda inaczej, bo XXI-wieczne auta kompaktowe (przypominające XX-wieczną klasę średnią) potrafią naprawdę wszystko, czego można od samochodu wymagać. Wiem to, bo kilka lat temu, wraz z kuzynem i naszymi żonami, w dwa tygodnie objechaliśmy 7.000 km po pustynnych stanach USA podstawowym Focusem – nie brakowało nam niczego, z bagażnikiem włącznie (ba, w dwa ostatnie dni zmieściliśmy się z wszystkimi walizkami w Mustangu cabrio – a była nas czwórka, w tym dwie kobiety, w dodatku w międzyczasie kupowaliśmy jeszcze to i owo).

Oczywiście, motoryzacja nigdy nie polegała na rozsądku. Jestem ostatnią osobą na Ziemi, która wypominałaby komukolwiek wybory konsumenckie, albo chciała zamordystycznych restrykcji w tym względzie. Sam zresztą marzę o samochodach wysoce nieracjonalnych (w powszechnie przyjętym, utylitarnym rozumieniu racjonalności), a jednego takiego starocia trzymam nawet w garażu. Tyle że wszystko na świecie ma swoje granice – i tak jak wzdycham do Mercedesa Pagody albo Ferrari 456, tak np. Bentleya Brooklands albo Eldorado ’72 uważam za karykatury. To nieprawda, że od przybytku głowa nie boli: jeśli doświadczony amerykański dziennikarz pisze, że jazda Cadillakiem Escalade po lokalnej dróżce potrafi zestresować, to chyba coś poszło nie tak. A jednak – kolejne generacje mega-SUVów wciąż rosną i bynajmniej nie tracą od tego klientów.

Na uwagi o całym oddziale przedszkolnym mieszczącym się w martwym polu przed monstrualną maską silnika Escalade’a producent odpowiada, że przecież montuje pełny zestaw kamer i system samoczynnego hamowania. To jednak chyba nie całkiem wystarcza, bo według statystyk w Stanach Zjednoczonych SUVy zabijają dziś pieszych aż 80% częściej niż „normalne” samochody. To może chociaż pasażerów chronią lepiej? Owszem, w wypadkach podróżujący SUVami istotnie giną rzadziej – o całe 1,6%. A podobno takie krowy kupuje się dla bezpieczeństwa?

Jeszcze raz powtórzę, że nigdy nie krytykuję ludzkiego pragnienia komfortu, czy nawet luksusu. Po to pracujemy, żeby żyło się nam fajnie. To dążenie motywuje nas do codziennego wysiłku, który ulepsza świat, o czym zresztą pisałem w artykule na temat Rolls-Royce’a Silver Ghost. Tyle że Silver Ghost o całe lata świetlne wyprzedzał ówczesne tanie automobile, pod każdym względem. Podobnież Mercedes W116 wyprzedzał Kadetta, a Ferrari 355Fiata Bravo. O dzisiejszych mega-SUVach nie potrafię tego powiedzieć, a przecież to dzisiaj, inaczej niż w ubiegłym stuleciu, elity nie tylko pouczają, że indywidualna motoryzacja jest beee, ale i przekuwają to w obowiązujące prawo. Tymczasem same poruszają się coraz bardziej groteskowymi czołgami bez luf, którym coraz trudniej zmieścić się na drodze publicznej.

Amerykański popyt na samochody przesuwa się tak szybko, że General Motors chce zupełnie zaprzestać produkcji w USA aut innych niż pick-upy i SUVy. Czy to oznacza, że Escalade zostanie niedługo jedynym Cadillakiem? Zjawisko nie ogranicza się do Ameryki: w Europie delegalizowanie automobilizmu postępuje znacznie szybciej, ale i tutaj wymierają modele małe i ekonomiczne, podczas gdy w segmencie mega-SUVów wybór jest coraz większy – od Volkswagena Touarega po Rolls-Royce’a Cullinana. One na pewno doczekają się kolejnych generacji, być może jeszcze większych od obecnych. A czym pojeździmy sobie wtedy my?

Share Button

57 Comments on “KONFRONTACJE: PEŁNOWYMIAROWE-LUKSUSOWE-SPORTOWE-UŻYTKOWE

  1. Suvy full size to chyba jedyne suvy jakie mógłbym mieć w swoim garażu. Idealne na wycieczki po Stanach z całą rodziną, w Polsce już pewnie byłbym problem gdzie takie wielkie ustrojstwo parkować… No i niebezpiecznie zbliżają się do kat. C jeśli mają duża ładowność, a tak zapewne jest.
    Swoja drogą ciekawe jak wypada przestronność takich aut w porównaniu do naszych europejskich vanów, będących ich swoistym odpowiednikiem w europejskich realiach.

    • Nigdy nie siedziałem w takim aucie, poza oczko mniejszym RXem. W RXie było w opór przestrzeni, ale tutaj, w tych amerykańcach, widzę ogromnie szerokie konsole środkowe. Jak w Hummerze prawie – a w Hummerze miejsca dla ludzi jest bardzo mało. Ciężko więc powiedzieć, jak by się tam siedziało.

  2. Wierzę, że to szaleństwo musi się kiedyś skończyć i tak jak w 1959 r. Cadillac zrozumiał, że w kolejnym Eldorado nie da się już zrobić większych „skrzydeł”, tak kolejny Escalade będzie pewnie mniejszy, a może nawet przybierze zupełnie inną formę, bo nic nie jest tak stałe jak ciągła zmienność ludzkich gustów i chęć wyróżnienia się. Widzę po sobie – obecnie mam Crosovera, bo podobał się żonie i taka była moda, ale kolejny samochód na pewno już Crosoverem nie będzie, bo zamiast ze Sport-Utility za bardzo kojarzy mi się z dmuchanym pegazem w bagażniku i odwożeniem dzieci do przedszkola 😉

    • Prawda, że wiele większe już by nie mogą, bo się nie zmieszczą nigdzie fizycznie, do tego będą wymagały kategorii C (chociaż w papierach można mniejszą ładowność wpisać, to nie problem – znam przypadki ciężarówek rejestrowanych na 3,5 tony, mimo że konstrukcyjnie mogłyby mieć dużo więcej).

      • w USA podstawowe prawo jazdy jest do DMC 11,79 tony – tak na szybko znalezione

  3. Po przeczytaniu tego artykułu naszła mnie taka myśl. Niewątpliwie coś złego się dzieje na tym świecie. Takie mastodonty są absurdalne i brzydkie jak… no nie wiem jak co.
    Mimo to ludzie najchętniej kupują suv y i crossovery. We wszystkich praktycznie segmentach takie brzydale skanibalizowały resztę innych nadwozi.
    Czytałem coś o NWO i tym podobnych tematach, wiem, że to tzw. „teorie spiskowe” ale coś chyba jest na rzeczy. Skoro ten termin jest wymyślony przez amerykańską agencję, chyba CIA po zabójstwie prezydenta Kennedy’ ego.

    • Powiem inaczej, bo może ktoś sobie coś głupiego o mnie pomyśli.

      Od zarania dziejów sprawowanie władzy polegało na tym samym: straszeniu ludzi i utrzymywaniu, że posiada się jedyną receptę na uniknięcie katastrofy. Podporządkujcie mi się, pracujcie ciężej, jedzcie mniej, a resztę oddajcie mnie – a ja już was uratuje. Od czasów faraonów, poprzez feudalizm aż do dziś.

      Tak było zawsze, tyle że dzisiejsza technika oraz nasza świadomość pozwalają wyraźniej to dostrzec – dlatego jesteśmy przerażeni i mówimy o „nowym porządku świata”. Ten porządek nie jest nowy, a odwieczny, tylko chłopi pańszczyźniani uważali go za normę, a my nie. Dlaczego? Bo my jesteśmy lepiej wykształceni, a poza tym trafiliśmy na końcówkę tej niesamowitej epoki, która na Zachodzie trwała gdzieś od połowy XIX wieku, a u nas – tylko chwilkę, od 1990r., a która wyróżniała się względną wolnością dla mas, a nie tylko elit. Takie poluzowanie śruby było władzy potrzebne, żebyśmy „tymi ręcami” zbudowali gospodarkę, której niewolnicy, z braku motywacji, nie zbudowaliby nigdy. Ale władcy mają już dość bycia tylko zwierzchnikami policji i (mało już dziś użytecznego) wojska – chcą wrócić do swojej tradycyjnej roli właścicieli świata i jego mieszkańców. Stąd bierze się to, co niektórzy nazywają „NWO”, a co w istocie istniało od zawsze.

      • Przy okazji jakoś tak mi przychodzi na myśl wizja świata z „Pokoju na Ziemi” Lema, którą to książkę gorąco polecam. Niesamowite ile udało mu się przewidzieć i jak trafne okazały się niektóre spostrzeżenia autora.
        Przy czym jak mantrę powtórzę: i tak żyjemy w najlepszych jak dotąd czasach. Chociażby ze względu na postęp medycyny czy istnienie czasu wolnego, która to koncepcja w zasadzie narodziła się dopiero w XX wieku (oczywiście nie mówię o „klasach próżniaczych”).

      • Żyje się zdecydowanie najwygodniej, to prawda. Ale od około 20 lat podstawowe wolności kurczą się i to w tempie przyspieszającym. To, że ludzie nie protestują, jest właśnie wynikiem wygodnego życia – nikt nie będzie wychodził na ulicę, bo ma za dużo do stracenia. Ale w długim okresie to się mści, bo wiele rzeczy, które teraz mamy i doceniamy, będzie po prostu zabronionych, albo tak drogich (ze sztucznie wykreowanych powodów), że mimo wszystko nie będzie nas na nie stać. Chodzi choćby o samochody, podróże, mówi się nawet o zaporowych podatkach na wszelkie pokarmy zwierzęce. Nie da się tego wprowadzić na raz, bo ludzie się zbuntują, ale na raty da się wszystko.

  4. Sensowne jest to co piszesz Szczepanie. Tylko nie wiem czy to teraz to jest to samo. Zobacz na bardzo dużo zmian na świecie w ostatnim, krótkim czasie. To jest temat na dłuższą dyskusję ale nie wiem czy Automobilownia jest dobrym na to miejscem.
    Dobrej nocy.

    • Podyskutować zawsze możemy. Najbardziej w całej mojej pisaninie cieszy mnie to, że przychodzą tu i wypowiadają się naprawdę wartościowi ludzie, od których wiele się uczę i z którymi nieraz zaprzyjaźniam się offline.

      Tak, zmian na świecie jest wiele, ale one służą właśnie temu celowi: podporządkowaniu ludności władzy. Po to właśnie niszczy się wszystko, co wyróżniało cywilizację europejską – jedyną w historii, która prawa jednostki uważa za niezbywalne i w której to władza istnieje po to, żeby służyć rządzonym, a nie odwrotnie. To jest zupełnie unikatowa sprawa – dlatego też rozwój i osiągnięcia tej cywilizacji były tak ogromne (a i inne cywilizacje osiągały wielkie rzeczy właśnie wtedy, gdy stosowały podobne zasady poszanowania jednostki – np. Arabowie w średniowieczu, a w kilku okresach również Chińczycy). Władza woli jednak być władzą i w tym celu nie zawaha się przed niczym.

      Wzajemnie, dobrej nocy!

      • Tu akurat nie do końca się zgodzę: chodzi konkretnie o Chiny (a można napomknąć i Japonię). Tam prawa jednostki stały zawsze za interesem kolektywnym, czy to za ideą służby temu, kto sprawuje mandat niebios (Chiny), czy za ideami go / go-on (w uproszczeniu: powinności; Japonia).
        Przykładowo zamordyzm dynastii Qin – obejmujący grzebanie żywcem nieprawomyślnych uczonych i palenie ksiąg – oznaczał jednocześnie zjednoczenie kraju, unifikację pisma, prawa i wzrost jego potęgi. Chaos czasów Czang Kaj Szeka zakończyli komuniści w 1949. Owszem – lata ich rządów oznaczały też katastrofę Wielkiego Skoku, głodu, nędzy, ale ostatecznie to oni dalej rządzą krajem już potężniejącym z roku na rok.
        Innymi słowy: społeczeństwo ludzi – mrówek może być bardziej skuteczne niż społeczeństwo szanujące wolność jednostki. Nie żebym był zwolennikiem takiego rozwiązania, bo jest na swój zimy i zdehumanizowany sposób przerażające, ale jeżeli mówimy o postępie, rozwoju cywilizacyjnym itp. to taki system sprawdza się moim zdaniem lepiej.
        Zresztą Chiny obecnie są największą potęgą światową (albo się nią stają, jak by chcieli niektórzy optymiści) a o prawach jednostki mogły tam, w pewnym uproszczeniu, słyszeć chyba wyłącznie misie Panda. Jeżeli natomiast Chiny nie stanowią dość dobrego przykładu to zostaje choćby Japonia gdzie nawet honorowy indywidualizm samurajów pozostawał elementem większej układanki, układanki w której szanuje się jednostkę o tyle o ile. Przy czym im więcej czytam na ten temat tym mniej wiem i widzę, że to bardzo złożona kwestia 😀

        Żeby nie smarować osobnego komentarza: same te samochody z wpisu są w mojej ocenie doskonałym przykładem na to jak próżni i głupi są zazwyczaj ludzie. Nie tylko są to karykaturalne monstra, które są zbyt wielkie do czegokolwiek, ale nawet nie są piękne, nie są zbyt użyteczne, nie są ekologiczne, nie są tanie. Ba, nawet nie są zbyt trwałe jak sądzę, skoro dają raptem kilka lat wsparcia swoich multimediów. Jak będą się zachowywać auta naszpikowane elektroniką po, powiedzmy, 15 latach? Może i dobrze, ale jakoś nie mam pewności.
        Wisienka na torcie: czy „Sport” w nazwie SUV da się pogodzić z autem ważącym ponad 2,5 tony i mierzącym 5,3 m? Nie kupuję tego.
        I w pełni się zgodzę, że samochody drożeją, stają się mniej dostępne i będzie coraz gorzej z punktu widzenia zwykłych ludzi.

        Jeszcze na koniec – pomimo tego, że uważam się za realistę a nie optymistę, patrzę jednak bardziej optymistycznie na to co się obecnie dzieje w społeczeństwie niż można by wnioskować ze wstępu do artykułu. Oczywiście, że wielu ludzi to świnie i głupcy, oczywiście, że pewne wartości upadają. Ale tak jest już od kilku tysięcy lat. Są też i tacy, i zawsze byli, którzy cenią sobie wartości bardziej istotne niż grubość portfela albo swawolę myloną z wolnością, egoizm itp. itd.
        Pardon za długi wpis 🙂

      • Co do Chin – jasne, uproszczenie, w tym przypadku chodzi raczej o wolną gospodarkę. A postęp cywilizacyjny? Najpierw trzeba go zdefiniować. ZSRR chwaliło się, że u nich nie było Wielkiego Kryzysu, tylko ciągły wzrost. Ale ten wzrost polegał na produkcji surówki żelaznej i czołgów, podczas gdy na Ukrainie miliony ludzi zmarły z głodu, a i reszta żyła jak niewolnicy (kołchoźnikom dopiero w latach 70-tych pozwolono opuszczać kołchoz bez specjalnego zezwolenia, wydawanego tylko na podróże służbowe – oni żyli jak chłopi pańszczyźniani, przywiązani do ziemi). Więc to jest sprawa bardzo względna, co uważamy za „postęp cywilizacyjny”.

        A co do upadku wartości – to nie jest tak, że ludzie o wartościach zapominają. Ludzie nadal je wyznają, bo wiedzą, skąd te wartości się wzięły, co dają, a czym grozi ich odwrócenie. Problem w tym, że odgórnie sterowany przekaz medialny te wartości niszczy. Ten przekaz popiera mało kto – gdzie się nie obejrzymy, wszyscy wyśmiewają polityczną poprawność, ale jednak nie da się opublikować niczego, co się jej sprzeciwia (chyba że na takim podwórkowym blogu ja tutaj, gdzie zagląda parę osób na krzyż i który przez to nikomu nie zagraża, a pozwala wykazać, że przecież jest wolność słowa. Na poziomie kawiarnianego stolika jeszcze na razie jest, ale gdziekolwiek wyżej już nie przebije się nic, co nie byłoby w 100% prawomyślne). Tak że tego – to nie jest powszechne odrzucenie wartości, tylko ich planowe niszczenie i wykorzenianie.

      • Dzięki za ukazanie sprawy w kontekście historycznym. Ze mnie marny historyk więc nieco mnie uspokoiłeś. Obserwuję jednak ostatnio nasilenie głupoty w stopniu atakującym jak nigdy dotąd i indoktrynacji społeczeństw. Tak jak odpowiedziałeś Daoziemu to się dzieje tak od około 20 lat. Przeraża mnie to. Do tego jeszcze ta „pandemia” raczej chyba plandemia. To powoduje jak pisałeś strach u ludzi do granic niewyobrażalnych. Obserwuję to również w swoim otoczeniu na co dzień. Rządy i religie stosują te same metody.
        No a co do tych gargantuicznych pojazdów to do rozpuku rozbawił mnie ten system wzmacniania i transmitowania głosu podróżujących. Zasadne jest to co napisałeś o mikrofonach też mnie to niepokoi. Takie auta są brzydkie, moim zdaniem, wulgarnie pokazują zadufanie w siebie ich nabywców i jakąś fałszywą emanację siły, potęgi czy czego tam jeszcze się kryje w ludzkiej psychice ale moim zdaniem po prostu prostactwa i głupoty. No tak, nie lubię suvów i już.

  5. Mam swoją teorię na temat takich samochodów. Myślę, że ludzie kupują je nie dlatego, że są próżni lub aroganccy, ale dlatego, że kojarzą im się one z bezpieczeństwem. Nie chodzi przy tym o realne bezpieczeństwo w razie wypadku, ale o pewne abstrakcyjne poczucie bezpieczeństwa od zagrożeń płynących z otaczającego świata, postrzeganego jako miejsce nieprzyjazne i niebezpieczne. Dlatego właśnie nowe samochody nie tylko są coraz większe, ale mają również coraz „groźniejszy” wygląd i coraz mniejsze okna. W tym ujęciu kierunek rozwoju amerykańskiej motoryzacji rzeczywiście niezbyt dobrze świadczy o kondycji tamtejszego społeczeństwa.

    • W Polsce wielokrotnie spotkałem się z tym argumentem – że SUV jest bezpieczniejszy. Nie miałem niestety żadnych danych, żeby o sprawdzić – aż do tej pory, kiedy u wspomnianego red. Hawkinsa z „Car & Driver” przeczytałem o tych procentach (1,6% bezpieczniejsi pasażerowie, 80% większa śmiertelność pieszych).

      Amerykanie faktycznie doszli już do absurdu z tymi SUVami, ale i w Europie mamy Cayenny, Q7, X7, GLSy itp. Nawet w Polsce widać ich niesamowicie dużo, jak na ich ceny.

  6. Mnie zastanawia, czy ta cała rewolucja ze wstępu zaczęła się przed czy już po wynalezieniu koła?
    Szary człowiek zawsze był i będzie zabawka w rękach bogów… Pardon, rządów – zmieniają się tylko metody i źródła propagandy.

    A co do poprawności politycznej – niektóre współczesne seriale na netflixie dość ostro jadą w tej kwestii po bandzie. I znowuż, cenzura zawsze była praktycznie w każdym w miarę cywilizowanym kraju.

    Trochę o samochodach. O Escalade kiedyś znalazłem tekst, że najlepiej sprzedającym się Cadillaciem początku XXI w jest ciężarówka Chevroleta. W jej przypadku najlepsza kampania reklamową są raperskie teledyski 😉

    A że może być jednak za dużo przekonał się Ford te parę lat temu z modelem Excursion. 3200 kg masy własnej (ciekawe czy z, czy bez paliwa) 😀

    A że ludzie coś takiego kupują? – zrozum tu człowieku ta cała symbolikę sukcesu i bogactwa…

    • Jeśli już pytasz, to odpowiem bardzo konkretnie. Tu nie chodzi o sam zamordyzm, który oczywiście istniał od zawsze, tylko o planowe rozmontowywanie cywilizacji, która stworzyła idee praw człowieka, czyli wolności osobistych i gospodarczych, a która realnie istniała na Zachodzie od połowy XIX do końca XX wieku, a w formie zawężonej do wyższych warstw społeczeństwa – od starożytności. Rozwój cywilizacji, jak już pisałem, był zawsze wprost proporcjonalny do zakresu obowiązywania tych wolności (dlatego też większość dorobku cywilizacji powstała właśnie na Zachodzie od połowy XIX do końca XX wieku).

      Jeśli chodzi o samą rewolucję, to jej historia jest powszechnie znana. W PRL uczyli jej na wszystkich etapach edukacji. Zaczęła się w XIX wieku, tyle że kraje spoza cywilizacji europejskiej objęła dość szybko i łatwo, natomiast tę właśnie cywilizację obejmuje na poważnie dopiero teraz. Zgodnie z przewidywaniami jednej ze swych naczelnych ideolożek, Róży Luksemburg, która na początku lat 20-tych XX wieku pisała, że w Rosji, Chinach czy Ameryce Łacińskiej rewolucja przebije się zaraz, natomiast w Europie ludzie są przywiązani do wolności i zniszczenie tego przywiązania zajmie cztery pokolenia, to jest około stu lat. Owe sto lat mija dokładnie teraz, czyli babka miała 100% racji. Róża Luksemburg to jest dość znana postać, w PRL miała swoje ulice w każdym większym mieście, tyle że dziś takie teksty nie są powszechnie publikowane, z wiadomych przyczyn.

      Z kolei niejaki Leopold Tyrmand po emigracji do USA pisał, że dyktatury współczesne (z perspektywy jego czasów, czyli lat 60-tych) robią wielki błąd, że wprowadzają rewolucję gwałtownie i brutalnie, przez co stwarzają sobie wrogów. Jeśli rozłożyłyby to na kilka pokoleń, to nikt nie zauważyłby, że coś się zmieniło, a siła władzy i zniewolenie poddanych wróciłyby do poziomu epoki faraonów. Pisał też, że mądrzy rewolucjoniści to wiedzą i już działają, ale zauważymy to dopiero, jak będzie za późno, a i wtedy pewnie i tak mało kto się odezwie.

      Bardziej wprost – w formie instrukcji dla rewolucjonistów – opisał to Herbert Marcuse, w pracy pt. „Repressive Tolerance” z 1965r. Czarno na białym wyłożył, w punktach, że wszelkie prawa i swobody (typu tolerancja, wolność słowa, itp.) należą się wyłącznie rewolucjonistom, natomiast konserwatystów należy zwalczać za pomocą wszystkich dostępnych środków, z przemocą włącznie, i nie jest to nic złego, a wręcz przeciwnie. Za kluczowy uznał monopol na definiowanie wolności i swobód – czyli dokładnie to, co władza buduje teraz.

      To są konkretne teksty konkretnych autorów, dziś już nie wznawiane, bo nieładnie wyglądające, ale istniejące i ciągle do wglądu, jeśli ktoś jest świadomy i wie czego szukać. Jeśli odniesie się je do praktykowanej od niedawna cenzury mediów, delegalizowania indywidualnego transportu, faworyzowania grup etnicznych i religii które od zawsze żyły w tyranii i nie znają pojęcia wolności, itp. – wszystko układa się w całość, z konkretnymi źródłami i datami.

      • Niestety, „gotowanie żaby” postępuje, choć pandemia dorzuciła trochę do ognia pod garnkiem, szkolenie szarych ludzi do noszenia maseczek, co chwila wprowadzanie innych przepisów, które zmieniają się z dnia na dzień, by człowiek nie był nigdy pewny czy nie będzie ukarany, zaostrzanie przepisów w każdym wymiarze życia, likwidacja gotówki (w UE firmy mogą się rozliczać gotówkowo średnio do ok 2tys E) wprowadzenia CBDC (cyfrowy pieniądz) – póki co Chiny i Ukraina w fazie testów, w ciągu 5-10 lat cały świat. W chinach program „dobry obywatel”, u nas niemal to samo pod przykrywką wirusa, za chwile bez szczypawki pracy się nie dostanie.. ale w końcu to nie komuna więc nie ma obowiązku pracować 😉

        Ale wracając do tematów moto – ja już konserwuję na zimę kombi z przełomu wieków, myślę że warto mieć takie auto na stanie, i jak da tylko radę, to na żółte blachy i niech stoi w garażu z zapasem części 🙂

      • Ja z kolei słyszałem, że rozwój Europa zawdzięcza posiadaniu floty (i umiejętności skłócenia miejscowych).

        Jeśli chodzi o wolność osobistą, to bym się nie przejmował, że starożytne wzorce przestaną obowiązywać – te 10 % populacji dalej będzie miało gdzies masę ograniczeń 😉

        Wolne media się same zaoraly na wolnym rynku (chyba że google i facebook to są tajne rządowe projekty)…

        Inna sprawa, że co by się nie stało, to ludzie współcześni zachowują się jak szczury w „mysiej utopii” i generalnie mają gdzieś, że świat zmierza cały (imo od zawsze) czas w stronę przedstawiona w dystopijnych wizjach sci fi sprzed lat 😀

      • Z tą flotą i skłócaniem kogoś zapewne chodzi o hiszpański podbój Ameryki, ale to przecież tylko mały epizod, którego zresztą Hiszpanie kompletnie nie wykorzystali. A każdy rozwój zaczyna się od gospodarki, która umożliwia utrzymanie wszystkich dziedzin ludzkiej aktywności.

        Co do „wolnych mediów” – to rozumiem, że masz na myśli kilka spośród największych koncernów medialnych, które same przyznają, że tną zasięgi dystrybucji treści niezgodnych z aktualną ideologią, i które wszystkie na raz, w dniu zmiany prezydenta USA, postanowiły zbanować konta prezydenta ustępującego i skasować z archiwum wszystkie newsy bezpośrednio go dotyczące, z całej kadencji? Jeśli tak, to najlepszy dowód, jak bardzo zmieniło się znaczenie słowa „wolne”.

        Co do „mysiej utopii” – 100% racji. Ogromnej większości ludzi wystarcza, że mają pełne żołądki i minimum rozrywki. „Chleba i igrzysk” – to też hasło starożytne, które po pierwszym okresie budowy gospodarki i udanych podbojów umożliwiło cezarom kilkaset lat absolutnej władzy i bezlitosnego łupienia produktywnych obywateli na podbitych terytoriach. Dziś jest tak samo – dopóki masy mają jedzenie i Netflixa, władza może być spokojna, że masowych protestów nie będzie.

      • @Zrazik: zapas części jest tu kluczowy. Przerabiam to co jakiś czas; gdyby nie to, że jest ich bardzo mało, to taki stary wynalazek pojeździłby jeszcze długo. Już teraz wiem, że za jakiś czas mój samochód trafi na części. Nie musiałoby tak być, ale pieniądze to pieniądze – koncern motoryzacyjny istnieje po to by generować zyski.
        Gotowanie żaby postępuje, zgodzę się, przy czym jeszcze, podkreślam, jeszcze, mamy internet zawierający oceany wiedzy, prac naukowych i to wszystko za darmo. Ciągle można wiedzieć o rzeczach, o których nawet w latach 90-tych ciężko było cokolwiek znaleźć. Oczywiście warunkiem jest znajomość co najmniej angielskiego a najlepiej i innych języków, ale tych można się uczyć znowu – za pośrednictwem internetu i to za darmo.
        Może to ja tu wychodzę na niepoprawnego optymistę, ale nie postrzegam sytuacji w AŻ tak ciemnych barwach jak to padło wyżej.
        Przy czym motoryzacja w Europie powoli umiera, to niestety widzę. Zobaczymy co będzie za 15 – 30 lat.

      • W Internecie ciągle można wiele znaleźć, to prawda. Dla ludzi w miarę światłych to nieoceniony skarb. Tyle że ogromna większość ogranicza się do nagłówków głównych portali informacyjnych (sam artykuł czyta już rzadko), oraz do Wikipedii. A to kontroluje się dziecinnie łatwo.

        Żeby nie być gołosłownym:
        -w ostatnim tygodniu z Facebooka znikła strona „Nagroda Złotego Goebbelsa”, pokazująca hipokryzję rządów i mediów na całym świecie (tam nikt nie snuł daleko idących interpretacji, tylko były zestawiane screenshoty z informacji prasowych z całego świata – czarno na białym pokazujące, że zakłamanie przekroczyło już dawno poziom tytułowego Goebbelsa),
        -z Wikipedii w ostatnim roku znikły przynajmniej dwa stwierdzenia, które tutaj cytowałem: przedwojenna definicja faszyzmu, podawana przez samych jego twórców i mówiąca, że faszyzm to pełna kontrola państwa nad potencjałem obywateli, w tym szczególnie potencjałem gospodarczym, oraz znana każdemu finansiście definicja podatków jako świadczenia przymusowego, bezzwrotnego i jednostronnego – czyli tożsama z definicją niewolnictwa (ta definicja nadal znajduje się w każdym podręczniku finansów, a co ważniejsze, w polskiej ustawie Ordynacja Podatkowa, art. 6. Tyle że podręczniki akademickie i treść ustaw zgłębia promil społeczeństwa, a Wikipedię jakieś 80%).

        Było i nie ma. Jednym kliknięciem myszy. Oczywiście ja mogę spróbować z powrotem to dodać – ale zaraz zniknie znowu. Znam takie przypadki, akurat w mniej politycznej dziedzinie (dietetyka), w której Wikipedię aktywnie tworzyli znajomi.

        Orwell pisał, że w totalitaryzmie, po każdej zmianie linii politycznej, będzie trzeba mielić i drukować na nowo 100% zawartości bibliotek. Mylił się: wystarczy wyedytować kilka artykułów w Wiki. Koszt = prawie zero. A ten promil ludzi, którzy czytają cokolwiek innego, można całkowicie zignorować.

      • Co do umierania motoryzacji to mam jeszcze jedno spostrzeżenie – samochodów jest za dużo.
        Samochód jest niezastąpiony, jeśli chcemy skoczyć gdzieś w góry, nad jezioro itd itp – ale niestety na miejscu często się okazuje, że samochodu zwyczajnie nie ma gdzie zaparkować. Podobnie w mieście – w moim przypadku na przykład dojeżdżanie samochodem do pracy (10 km około) to by była tylko strata czasu i pieniędzy…
        (I tutaj akurat megasuv pasuje jako manifestacja ludzkiego indywidualizmu 😀 )

      • Dojeżdżanie do pracy samochodem sam zarzuciłem w 2005r. Oczywiście, że w warunkach wielkomiejskich nie jest to dobry pomysł, z wielu powodów. Ale jako element cywilizacji i wolnego życia wolnego obywatela jest to warunek nieodzowny. Nie tylko do turystyki (chociaż ja używam auta głównie do tego), ale też do szybkiego załatwiania różnych spraw, przywożenia cięższych zakupów, albo pomocy bliskim w nagłych przypadkach. Na jesieni, z powodu nagłego przypadku zdrowotnego w rodzinie, musieliśmy z żoną trzykrotnie kursować z Krakowa do Bydgoszczy, na zawołanie (wyjazd po pracy o 17h, dojazd na miejsce przed północą). Gdybym miał w garażu tylko Hondę e, rodzina byłaby prawdopodobnie pozostawiona sama sobie (tak, wiem że Tesla, ale na Teslę mnie nie stać. A na dobrą sprawę, to na Hondę e też nie).

      • @Daozi masz rację, dlatego skupiłem się na VW z racji jego popularności i dostępu do części, mimo że nie przepadam za tym koncernem, grunt to kombi i 4×4. A jak się trafi 2 takie zadbane za zachodnią granicą to na śrubki i na zapas 😉
        CO zaś się tycz internetu to niestety coraz więcej treści albo trzeba będzie szukać w niszach, albo w dark necie, bo z mainstreamu wyparują.

      • @SzK
        co do „Nagrody Złotego Goebbelsa” to ten fanjpedż był skrajnie nieobiektywny i uprawiał wybitny cherry picking. Fakt, wytykał hipokryzję polityków, ale w zasadzie tylko opozycyjnych (jeśli chodzi o krajowych) lub też polityków i mediów powiedzmy mających inne poglądy niż nasza partia rządowa. Naszych rządzących i ogólnie konserwatystów prawie w ogóle się nie czepiał, jedynie wtedy, gdy „uginali” się przed „lewactwem”. Cały ten fanpejdż nosił znamiona bycia sponsorowanym przez partię rządzącą.
        A co do wikipedii to sprawdzałeś te definicje czy piszesz tak tylko, bo zasłyszałeś/przeczytałeś taką opinię w swojej bańce informacyjnej? Ja właśnie sprawdziłem oba te pojęcia (faszyzm i podatki) i przy faszyzmie można bez problemu znaleźć poniższe zdanie:
        „Pełna kontrola partii rządzącej nad dużą częścią aspektów życia społecznego i gospodarczego.”
        A przy podatku jak wół są wymienione:
        „Zgodnie z polskim prawem daniny, aby zostały uznane za podatki muszą posiadać 4 cechy:
        nieodpłatność;
        przymusowość;
        powszechność;
        bezzwrotność.”
        Zatem gdy zarzucasz innym hipokryzję i propagandę proszę abyś sam nie uprawiał hipokryzji i propagandy

      • „Fakt, wytykał hipokryzję polityków, ale w zasadzie tylko opozycyjnych (jeśli chodzi o krajowych) lub też polityków i mediów powiedzmy mających inne poglądy niż nasza partia rządowa.”
        A może jest tego jakaś przyczyna (niekoniecznie związana ze źródłem finansowania fanpage)? To co pojawia się w głównych mediach państwowych trudno nazwać hipokryzją – to po prostu prymitywne wykorzystanie siły, wszystkiego się cytować nie da.

  7. SzK jesteś wspaniały! To tak ogólnie wiadomo, a konkretnie to
    te SUVy co pokazałeś sa istotnie gargantuiczne (No Lx jest spoko – tym 450KM excytowałem się… platoniczno masturbacyjnie:) . Ale SUVy w rozsądnym rozmiarze są OK 🙂 Takim GX470 gdyby mnie było stać #jeździłbym. Z problemami z kręgosłupem sam za 20 lat zobaczysz, że to znakomita rzecz:) (czego oczywiście nie życzę!)

    • Domyślam się, że wsiadać łatwiej. Ale robię, co mogę, żeby kręgosłup jakoś działał (to zależy w 90% od tego, czy się odpowiednio dużo ruszam. Odkąd mam prac zdalną – czyli już 1,5 roku – dbam o to szczególnie, bo do pracy chodzę z sypialni do dużego pokoju, a wcześniej chodziłem po 5 km w jedną stronę).

    • A z tym kręgosłupem to w ogóle ciekawa kwestia. Jeździłem trochę Coltem CZC, ostatnia generacja, przed liftingiem. Ostatnio jak do niego wsiadałem, z kontuzją kolana, to zauważyłem, że w sumie siada się jak na stołku, podobnie jak i w SUVach. Nie odczułem wielkiej różnicy między np. Toyotą C-HR, pominąwszy fakt, że to auto (Colt) jest twarde i ciasne bo wszak to klasa B. Ale nijak ma się do SUVa z wyglądu czy gabarytów. Więc sam nie wiem jak to z tym mitycznym wygodnym SUVem, do którego się świetnie wsiada. Ale akurat kręgosłup mam zdrowy, może więc się mylę.
      Inną sprawą jest to, że auta nie-SUVy mają coraz to mniejszy prześwit i wygodne są przez to mniej.

      • Punkt dla Ciebie, bo poruszyłeś ważną sprawę. Mam wielu znajomych, którzy przychodzili do mnie po SUV’a, „bo kręgosłup, wiek, boli, strzyka, skrzypi”. Wielu z nich nie dało się namówić na nic innego, choć tak naprawdę wystarczyło kupić wyższego kompakta – np. C-Maxa czy Golfa Plus / Sportsvan’a czy nawet poprzedniego Yarisa. W każdym z nich siedzi się znacznie wyżej nad podłogą, a do tego w pozycji wyprostowanej. A to dla kręgosłupa czy osoby starszej – clou problemu.
        Nie masz przy tym wiecznie upapranych od progu nogawek spodni czy kłopotów z wrzuceniem czegokolwiek cięższego do bagażnika.
        A najlepszym samochodem dla starszych / schorowanych ludzi, którzy mają ograniczenia ruchowe i rożnego typu artretyzmy, jest Nissan Tiida i jego pochodne. To model, którzy Japończycy stworzyli od podstaw dla osób z ograniczoną sprawnością, ubierając młodych dizajnerów w specjalne kombinezony ograniczające zakres ruchów.
        Chyba kiedyś popełnię na ten temat wpis gościnny, bo podczas wizyt w Japonii naoglądałem się masy rozwiązań dla osób starych i zniedołężniałych.

  8. Szczepanie, tym wstępem a zwłaszcza komentarzami totalnie odleciałeś. Co przeczytamy w kolejnym artykule i w komentarzach pod nim? Że światem żądzą reptilianie? Że ziemia jest płaska? Że w szczepionkach są martwe płody i chipy 5G?

    • Kazdy ponoc ma prawo do swojej opinii. Zwlaszcza, ze to blog Szczepana, wiec tak w sumie to se moze tu pisac co chce 🙂
      Natomiast w ramach poszerzania horyzontów bardzo chetnie poznam Twoje zdanie na ten temat. Ogólnie to rzadko korzystam z internetów w poszukiwaniu aktualnych informacji ze świata, ale wiem jak działają mechanizmy wyszukiwarek zamykając nas w swego rodzaju „bańce” informacyjnej i jestem świadom, że google i bing mnie wrzuciły do konkretnego worka. Także na prawdę chętnie poznam Twoją opinię, nie jest to żadna kąśilwa uwaga.

      • Ja nie mówię, że nie może pisać co sobie chce. Tylko zgodnie z prawem do swojej opinii, mam prawo do opinii na temat tego co pisze. No i wydaje mi się, że to prawo uwzględnia też opinie nieprzychylne.
        Cieszę się, że chcesz poznać moje zdanie. A konkretnie na jaki temat? Bo jeśli chodzi o to co napisałem, to uważam, że nie ma reptilian, ziemia jest okrągła, 5G nie szkodzi a szczepienia pomagają i zaszczepienie się jest jedną z najlepszych rzeczy jakie można uczynić w walce z wirusem. Nawet jeśli są jakieś skutki niepożądane to i tak to jest nic w porównaniu do tego co wirus może powodować i co powoduje.

      • Bardzo proszę mi wskazać, gdzie napisałem o płaskiej Ziemi, reptlianach albo 5G? O tej taktyce pisał prawie 200 lat temu Schopenhauer, w mini-książeczce pt. „Erystyka”, opisującej sposoby zamknięcia ust adwersarzom – przypisać im jakąś wybitnie żałosną bzdurę, której nigdy nie powiedzieli, a potem oznajmić światu – z kimś, kto takie rzeczy głosi, nie warto gadać.

        Wszystkie opinie każdy ma prawo wypowiadać. Niejaki Wolter, gigant cywilizacji wolności, powiedział kiedyś: „nie zgadzam się z Tobą, ale jestem gotów umrzeć za Twoje prawo swobodnej wypowiedzi”. Niestety dzisiaj owo prawo, zgodnie z manifestem Róży Luksemburg i Marcuse’a, dotyczy tylko jednej strony – drugiej zamyka się usta i wyłącza mikrofony, samemu decydując, co wolno powiedzieć, a co nie.

        O likwidacji strony Nagrody Złotego Goebbelsa wypowiadał się już portal https://www.wirtualnemedia.pl/. Przyczyna zdjęcia strony nie została podana (a normalnie jest), ponadto zablokowane zostało prywatne konto jej założyciela, co nigdy nie powinno mieć miejsca https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nagroda-zlotego-goebbelsa-facebook-usuniety-profil-dlaczego

        Co do pozostałych spraw: przy definicji faszyzmu mówiłem o angielskiej wersji Wikipedii, stamtąd ona znikła. Z kolei z obu (a także z wersji włoskiej) znikł konkretny cytat z Enciclopedia Italiana z 1932r., który przytaczałem w jednym z artykułów, a który właśnie mówił o państwowym kontrolowaniu obywateli i gospodarki jako istocie faszyzmu.

        A co do definicji podatków – te cechy były kiedyś wymienione w pierwszym zdaniu artykułu, które teraz jest złagodzone (Podatek – obowiązkowe świadczenie pieniężne pobierane przez związek publicznoprawny (państwo, jednostka samorządu terytorialnego) bez konkretnego, bezpośredniego świadczenia wzajemnego. Zebrane podatki są wykorzystywane na potrzeby realizacji zadań publicznych). Same cechy zostały przesunięte dalej, ale jak kiedyś sprawdzałem ten artykuł, żeby pokazać to pewnej osobie, to tych cech tam nie znalazłem.

      • Tego dzieła Schopenhauera nie czytałem, więc jeśli zastosowałem się do jego rad to tylko przez zbieg okoliczności.

        Ty odwołując się do słów Róży Luksemburg, Leopolda Tyrmanda czy Herberta Marcuse’a i przekładając je na obecne czasy w zasadzie tworzysz teorie nie poparte twardymi dowodami. Pamiętaj, że żyjesz w bańce informacyjnej i widzisz rzeczywistość de facto tak jak chcesz ją widzieć.

        W żadnym momencie nic nie pisałem o tym, że chciałbym ograniczać komukolwiek wolność słowa. Jednak zgadzam się, że obecnie wolność słowa władze starają się ograniczać, zwłaszcza przez nasze władze albo inne konserwatywne ugrupowania na całym świecie. Polityczna poprawność w Polsce objawia się tym, że można narazić się na ostracyzm albo wręcz na reperkusje mówiąc np. że JPII ukrywał pedofilię w kościele lub że wśród „żołnierzy wyklętych” sporo było zwykłych bandytów albo wręcz zbrodniarzy wojennych.

        Co do NZG to tak jak pisałem, płakać nie będę. Tej stronie daleko, oj daleko było do obiektywizmu, a na celu miała nie obnażenie hipokryzji rządzącym lub mediom tylko „dowalenie” opozycji i ogólnie instytucjom kojarzonym z lewą stroną spektrum polityczno-społecznego. Ale rozumiem, że skoro tak Cię to oburza to byłbyś równie przejęty gdyby zdjęto np. SokzBuraka albo Oko.press?

        A co do wikipedii to widzę, że teraz już post factum dorzucasz kolejne warunki, które muszą zostać spełnione aby zakwalifikować się, że definicja jest obiektywna 🙂 Na początku pisałeś, że nie ma danych stwierdzeń. Jak się okazało, że są, to teraz piszesz, że chodzi o wersję angielską albo o to, że wprawdzie są, ale nie w tym miejscu co uważasz, że powinny być.

        Na koniec wyrażę SWOJĄ OPINIĘ, że podtrzymuję zdanie, że ostatnio na blogu zrobiło się za dużo polityki (zwłaszcza własnych ocen i interpretacji tejże). Jeśli chodzi o treść stricte motoryzacyjną to jest świetnie, ale naprawdę nie potrzeba nam kolejnego źródełka politycznego ścieku.

      • Gdyby zdjęto SokZBuraka, byłbym równie oburzony. O pedofilii w Kościele też trzeba mówić i sądzić winnych według przepisów prawa. Ale dzisiejsze państwa nie zajmuje się już sądzeniem przestępców, ani ogólnie pojętym zapewnianiem bezpieczeństwa obywatelom (co jest głównym sensem ich istnienia), tylko zamykaniem ust przeciwnikom władzy, a w szczególności przeciwnikom rozrostu jej kompetencji.

        A co do polityki na blogu – wyjaśnił to już ostatnio jeden z Czytelników, magister politologii: moje uwagi nie są polityczne, tylko światopoglądowe. Ani razu w życiu nie użyłem na blogu nazwy żadnej partii, nazwiska żadnego polityka ani niczego podobnego. To jest różnica, którą dzisiaj mało kto rozumie, bo praktycznie każda kwestia została już sprowadzona do międzyplemiennej walki o władzę i wzajemnego skakania sobie do gardeł. Do tego stopnia, że czytając moje ubolewanie nad likwidacją bez powodu czyjejś strony (czyli de facto złamaniem regulaminu serwisu przez jego właściciela), założyłeś ze 100% pewnością, że równocześnie wierzę w płaską Ziemię, że jestem antyszczepionkowcem i że chcę ukrywania pedofilii w kościele. W każdej z tych kwestii pomyliłeś się o dokładnie 180 stopni.

        To zresztą też jest kolejna metoda rządzących: skłócić ludzi, podać im tematy, które ich emocjonują i w których poglądy zawsze będą spolaryzowane – wtedy będą sobie skakać do gardeł i ślepo popierać swoich, nie patrząc na nic innego. W tym czasie można z nimi zrobić, co się chce, odbierać większość plonów, zadłużać ich na wiele pokoleń naprzód, zakazywać czego się chce, straszyć codziennie czymś innym i sprzedawać jedynie słuszne remedium za kolejne miliony. A wystarczyłoby, żeby zajęli się tym, co do nich należy – strzeżeniem podstawowych praw obywateli. O tym są wszystkie wypowiedzi światopoglądowe, jakie tutaj zamieszczam, nigdy o niczym innym.

      • @Czarli. Dziękuję za odpowiedzi. Interesuje mnie jednak Twoja opinia na temat zmiany znaczenia słów i przewartościowania pojęć o której było napisane na wstępie artykułu.

      • Aż się wypowiem: tak, „Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów” powinna być lekturą obowiązkową, albo dostarczaną w pakiecie z routerem, a przed podłączeniem urządzenia konieczny powinien być test sprawdzający jej znajomość. Ewentualnie przed założeniem konta gdziekolwiek, gdzie można się wypowiadać publicznie. Bo jak czytuję wypowiedzi na forach (ten portal jest już niemalże jedynym, na którym cokolwiek piszę i na którym poziom jest w porządku), to mam wrażenie, że ludzie w internetach dyskutują DOKŁADNIE na odwrót niż to sugerował Schopenhauer. Wykorzystując przy tym niemal wszystkie metody, których w merytorycznej dyskusji się nie powinno stosować.
        I nie jest to aluzja do nikogo tutaj – po prostu luźne spostrzeżenie.

      • @SzK
        kończąc z mojej strony to tylko napiszę, że obecnie nie ma światopoglądu oderwanego od polityki (chociaż z drugiej strony, czy kiedykolwiek była odwrotna sytuacja?). I to nie to, że ludzie wyrażają swój światopogląd i nie chcą mieszać w to polityki. Często jest tak, że osoby o danym zestawie wierzeń i przekonań, traktują polityków o podobnym światopoglądzie jako „frontmenów” swoich idei. Często powołują się na ich wypowiedzi jako legitymizacja ich przekonań. No i jednoczą się pod sztandarem danej partii.

        @wojluk
        ciężko mi komentować to co napisał SzK we wstępie. Znaczy się, te hasła może dla niektórych dobrze brzmią, ale są kategoryczne i dobrze by było jakby autor powołał się na jakieś przykłady, że tak się faktycznie dzieje. Szczerze, to takie hasła o zmianie znaczeń bez podania przykładów brzmią trochę ja te wyświechtane hasła kołczingowe o wychodzeniu ze strefy komfortu albo o Ferrari, które czeka abyś do niego wsiadł. Ja osobiście nie zgadzam się z tym, że niby obecnie następuje zmiana znaczeń. Wciąż to co jest czarne jest czarne, a to co jest białe to jest białe. Natomiast ewentualną nowością w stosunku do „dawnych, lepszych czasów” jest to, że pojawiło się dużo więcej odcieni i nie zawsze dana sytuacja, rzecz czy osoba jest tak jednokolorowa jakby to dawniej się uważało. Odnosząc się konkretnie do ludzi odnoszących sukces, to uważam, że wciąż się ich podziwia. Ale obecnie oprócz pytań o widoki ze szczytu, ludzie też chcą znać drogę na ten szczyt, a zwłaszcza koszt. Bo może się okazać, że po drodze kryją się dramaty ludzkie i ogólny koszt dla społeczeństwa, który jest o wiele wyższy niż nagroda na górze.

    • Zgadzam się, niestety ten blog zmierza w bardzo złą stronę.
      Każdy ma prawo pisać co chce, ale nie każdy powinien.

      • Zawsze można włączyć własną – uwaga, słowo-klucz: TOLERANCJĘ i skupić się na treściach innych niż światopoglądowe. Ale to dla osób najgłośniej domagających się tolerancji od innych wyjątkowo rzadkie zachowanie…
        Można też poscrollować lub – w ostateczności – nie czytać.
        I tyle.
        Na tej liście nie ma miejsca na twarde narzucanie Autorowi własnych poglądów. I nie jest to przypadek ani przeoczenie, a po prostu normalność (bez tak modnych obecnie, dodatkowych przymiotników).

  9. Jeżeli chodzi o kręgosłup i ogólnie rozumiane ograniczenie mobilności ciała postępujące z wiekiem to SUV nie jest najlepszym rozwiązaniem – istotne są cztery parametry – nisko położona krawędź progu (a to nie zawsze występuje w SUV-ach) , wysoko położona krawędź dachu , siedzisko fotela na wysokości lekko poniżej miednicy stojącego obok samochodu człowieka oraz duży otwór drzwiowy.
    Z doświadczenia w mojej rodzinie wiem , że takie wymagania o wiele lepiej niż SUV spełniają kombi-vany (Kangoo, Berlingo) oraz niektóre Vany.

  10. Czytelnikiem forum Pana Szczepana jestem od kilku lat; dużą wartością są dla mnie też komentarze. Wpisy Autora mają najwyższy znak jakości, więc uważałem zawsze, że moje komentarze są zbędne. Nawet jeśli jako auto-amator miałbym coś co powiedzenia. A tu nagle okazuje się, że pojawił się silny imperatyw zapisania się do głosu.
    Po pierwsze, wielkie podziękowania i wyrazy uznania za mocne „Credo” wprowadzające do artykułu.
    Po drugie, wielki niesmak w związku z wizytą trolla. Na tej stronie nigdy czegoś takiego nie było.
    Autor użył formuły dyskusji przy stoliku kawiarnianym. Tak, jedni piją kawę, inni herbatkę, ktoś tam lemoniadę. Są też amatorzy napojów energetyzujących. Aż tu nagle pojawił się przybysz, który chlasnął o stół ogonem nieświeżego śledzia.
    Panie Szczepanie, „kierownicę trzeba ująć w mocne dłonie”, tak to leciało…
    I trzymać kurs.

    • Kocie Rudolfie – dzięki! Napisałeś coś, czego sam lepiej bym nie ujął.
      Wprawdzie ze mnie dużo większa „konserwa” i „pies na lewaków” niż ze Szczepana, ale wszystkie jego uwagi światopoglądowe uznaję za bardzo wartościowe, bo oparte o bezkompromisowy zdrowy rozsądek i uczciwość wobec faktów.
      Jeśli kogoś boli – widać trafił w niewłaściwe dla siebie miejsce. Nam tu jednak dobrze i będziemy go bronić bez pardonu.

  11. Odkąd duże SUV’y i pickup’y pojawiły się w sporych ilościach na ulicach amerykańskich miast, ludzie którzy jeździli zwykłymi, niskimi samochodami, poczuli się zagrożeni. I nie ma się co dziwić, bo wysokość zderzaka, krawędzi maski czy nawet reflektorów jest i była w tych samochodach znacznie większa, działały więc one mocno na wyobraźnię użytkowników każdego klasycznego samochodu, który jasno określał swoje szanse w razie wypadku.
    Powiecie, że przecież wózkiem za 60-100K$ jeździ stateczny Pan czy Pani. Owszem, ale tylko gdy jest nowy. W opisie LX’a Szczepan wspomniał o katastrofalnym spadku wartości takiego słonia po paru latach, a to oznacza, że na drogach jest już dziś pełno trzytonowych kolosów, prowadzonych przez niedoświadczonych, niedouczonych, przyspawanymi do komórki i kompletnie rozkojarzonych młodych ludzi obu (wszyskich) płci. I to głównie przed nimi warto się chronić.
    Dziś technologia dba o to, żeby taki europejski mastodont (Q7/Q8, X7/X5, Cayenne/Touareg) był kompatybilny ze zwykłym kompaktem i przyjmował na swoją strukturę nadwozia choć część energii zderzenia. Sęk w tym, że w USA producenci takich rozwiązań stosować nie muszą, bo wedle tamtejszego prawa SUV to ciężarówka, która ma swój własny zestaw przepisów. A że dziś te „ciężarówki” stały się jedną z najliczniej widocznych na drogach? Kogo to obchodzi…
    Dlatego nie dziwcie się Amerykanom, że kupują „czołgi bez luf”. To forma samoobrony przed otoczeniem – motoryzacyjnym i nie tylko.
    W końcu trzytonową bestią na ramie łatwiej jest opuścić teren protestów w najmodniejszej ostatnio formie („mostly peaceful”)… A we wzmiankowanym przez Was szerokim podłokietniku, łatwiej zmieścić Glocka i dodatkowy magazynek.
    I właśnie ten ostatni punkt jest tym, co w starciu z władzą odróżnia szanse Amerykanów od naszych. I niestety również celem najbliższej kampanii politycznej i medialnej. Jak tylko plandemia wyczerpie swój potencjał, amerykańskie media i politycy natychmiast zabiorą się za prawo do posiadania broni. Znając ich – pewnie zaczną od jakiejś prowokacji przeciw swoim własnym obywatelom. Niestety… 🙁

    • Z tą bronią to jednak temat rzeka, bo z jednej strony jest to kraj, gdzie nawet na prezydenta nie głosuje się bezpośrednio a do wyboru mamy dwie partie, rządzone przez lobbystów, w wielu miejscach nie możesz sobie posadzić w ogródku czegoś innego niż coś zaakceptowanego przez lokalną społeczność, a z drugiej wolność bo broń, tanie auta czy tania benzyna. Niby wolny rynek, ale kupujesz głównie w Wallmarcie albo przez Amazona. Niby można dojść od zera do milionera, ale na pewno nie będąc Czarnym z getta albo Latynosem z barrio (Murzyni i Latynosi stanowią łącznie ok. 30% populacji kraju, oczywiście wliczając tych wykształconych czy bogatych, ale wśród tych grup to nie jest norma). No i w efekcie łatwego dostępu do broni strzelaniny w szkołach czy tam drive-by są dość popularną rozrywką, a w niektórych miejscach miast nie poleca się zatrzymywać na czerwonym świetle.
      Natomiast co do kolejnych właścicieli tych aut… Ech… To coś jak używane S6 czy BMW5 w Polsce: często kilkuletnie, często drutowane, często prowadzone przez ludzi, którzy prawo jazdy znaleźli w paczce czipsów, a upadek z poziomu ich ego na poziom intelektualny zakończyłby się śmiercią. W każdym razie z tym się w pełni zgadzam.

      • Porównanie z naszymi Sebixami – trafione „na 110%”, bo dokładnie o ten problem mi chodziło.
        Co zaś do strzelanin to mamy tu temat zdecydowanie niejednoznaczny. Drive-by czy porachunki gangów to temat bardzo medialny, ale generowany przez tę samą, do tego bardzo nieliczną grupę gangusów, którzy od lat 70-tych, a szczególnie od czasu „wojny z narkotykami” Reagana, zawsze byli jedynymi sprawcami, a często również jedynymi ofiarami – choć dziwnym trafem media o ofiarach mówiły zwykle w samych superlatywach – niezależnie od ich pochodzenia, zachowania i pomysłu na życie. Popełniłem kiedyś film na ten temat, więc jeśli masz ochotę zerknąć na dane – zapraszam: https://youtu.be/TjRBzops-zA
        A co do strzelanin w szkołach – bardzo często przyczyna jest jedna: gun-free zone. Każda szkoła jest według lokalnego prawa strefą z zakazem posiadania broni. Dlatego to właśnie w szkołach następuje najwięcej udanych masakr, bo napastnik WIE na 100%, że na terenie takiego obiektu będzie jedynym, kto posiada broń. Takiego „luksusu” nie da mu ani kościół, ani centrum handlowe, ani inne miejsce poza szkołą, bo wszędzie indziej można się napatoczyć na porządnego obywatela (lub gangusa) uzbrojonego w coś, co potrafi miotać „pestki”. Od niewielkiego kalibru „concealed carry”, przez ukochanego przez Amerykanów Glocka, aż po armaty w stylu Desert Eagle czy Pythona, z którymi nie rozstają się fani zimnej stali.
        Temat nie jest łatwy, bo pojawia się wokół niego masa manipulacji i sterowanych emocji, ale zdecydowania wart jest podejmowania – szczególnie dziś, gdy i na naszej granicy zaczyna pojawiać się „turysta ekonomiczny z Azji Środkowej”…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.