KONFRONTACJE: SIEDMIU SAMURAJÓW

Japoński rynek samochodowy to dla nas egzotyka. Samochody japońskich marek znamy świetnie od dekad, ale to, co te same marki oferują w swoim kraju, to coś zupełnie innego.
Wewnętrzny rynek japoński – określany skrótem JDM (Japanese Domestic Market) – jest bardzo różnorodny. Otacza go wiele stereotypów (np. o silnej preferencji samochodów najmniejszych) albo wręcz mitów (np. o ogólnokrajowym ograniczeniu prędkości do 60 km/h czy niemożności przejścia badań technicznych przez starsze auta). W rzeczywistości w 2024r. rynkowy udział mikroskopijnych kei-cars wyniósł 38% (ten odsetek jest jednym z wyższych w historii, ale wciąż oznacza, że 62% klientów wybrało auta większe), dozwolona prędkość na autostradach może sięgać 120 km/h (a fotoradary cykają dopiero za przekroczenie 39+, czyli od 159!!), zaś wiekowe samochody nie podlegają żadnym dodatkowym restrykcjom (przechodzą przeglądy identyczne jak trzylatki, tyle że zaliczają je rzadziej, bo Japończycy nie rozwinęli technicznej kultury skutecznych i ekonomicznych napraw starszych aut, więc wolą sprzedawać je za granicę).
Na japońskich ulicach widać ogromną różnorodność modeli – z wyjątkiem różnorodności pochodzenia, bo import pokrywa nie więcej niż kilka procent popytu. Dziś postanowiłem więc przedstawić maleńki ułamek tego bogactwa: siedem nieznanych u nas modeli największego japońskiego producenta, czyli Toyoty.
***
Kategoria kei-cars trzyma się mocno. Wiele współczesnych artykułów wspomina o wprowadzonej w 2014r. aż 50-procentowej podwyżce podatku drogowego za najmniejsze samochody, która osłabiła najważniejszy argument za ich zakupem. Warto jednak dodać, że w latach 2014-24 udział kei-cars w japońskim rynku spadł o jedynie dwa punkty procentowe (z 40 na 38%), a co najważniejsze, właśnie rok 2014 był w tym względzie rekordowy: przykładowo w 1990r. wynik wyniósł 23%, zaś w latach 60-tych ograniczał się do kilku procent. Przyczyna wzrostu jest jasna – postęp techniczny najlepiej widać właśnie w samochodach najmniejszych, które kiedyś słabo nadawały się do codziennej eksploatacji, zaś z biegiem lat potrafiły coraz więcej. Warto dodać, że kei-cars mocno urosły: tym najstarszym nie wolno było przekroczyć trzech metrów długości i 360-centymetrowej pojemności silnika, podczas gdy aktualnie mogą mierzyć do 3,4 metra, a pod maską mieć do 660 cm³, najczęściej z turbodoładowaniem (doszedł za to limit mocy – 64 KM). Wiąże się to oczywiście ze wzrostem cen, ale równoczesne bogacenie się Japończyków spowodowało, że kei-cars nie kupuje się już z samej oszczędności, a coraz częściej jako drugi samochód, często usportowiony lub ogólnie rekreacyjny (innym ważnym przywilejem jest brak obowiązku posiadania prywatnego miejsca parkingowego – ale to czysta teoria, bo w praktyce w dzielnicach mieszkaniowych i tak nie da się stanąć nie dysponując własną przestrzenią).
Toyota tradycyjnie nie angażowała się w segment kei-cars: zaczynała od modeli klasy wyższej i średniej, na początku lat 60-tych zaprezentowała 3,5-metrową, 700-centymetrową Publicę, a dopiero po przejęciu Daihatsu, co nastąpiło w 1998r., zyskała dostęp do konstrukcji najmniejszych autek. Mimo to, przez kolejną ponad dekadę nie sprzedawała ich pod swoją marką. Dopiero od 2011r. w japońskich salonach zagościły maluchy Daihatsu metkowane logo Toyoty: większość z nich nosi nazwę Pixis z jakimś drugim członem, ale prócz tego od jesieni 2019r. istnieje toyotowska wersja zabawkowego Daihatsu Copen, pod nazwą Toyota Copen GR Sport.
Toyota Copen – dla wielu samochodziarzy brzmi to jak dziennikarska kaczka, ale coś takiego naprawdę istnieje: od seryjnego Copena różni się sportowymi akcentami stylistycznymi (w tym grillem typowym dla wszystkich Toyot GR i 16-calowymi felgami BBS), kierownicą Momo i utwardzonym zawieszeniem. Co ciekawe, autko nie nosi logo żadnej marki, tylko emblematy w kształcie litery C, ale jest sprzedawane zarówno przez sieć Daihatsu jak i Toyoty – i obie w swych materiałach podają własne marki.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Co do danych technicznych, w przypadku kei-cars są one prawie zawsze identyczne: wymiary 3.395 x 1.495 mm (po pół centymetra poniżej ustawowych limitów) i trzycylindrowy silnik DOHC z turbodoładowaniem, osiągający moc 64 KM i moment 92 Nm, co przy masie 850 kg zapewnia wcale fajne wrażenia. Siłę napędową przenosi pięciobiegowa skrzynia ręczna lub przekładnia CVT z możliwością symulacji siedmiu stałych przełożeń (w tym pierwszym przypadku mechanizm różnicowy ma automatyczną blokadę). To oczywiście typowy przedstawiciel kei-carów zabawkowych – co wydało mi się ciekawe, bo współczesnych Toyot nie kojarzymy raczej z takim gatunkiem.
***
W Europie pamiętamy rewolucję, jaką wywołał Peugeot 1007 ze swymi elektrycznie przesuwanymi drzwiami. Tymczasem na wewnętrznym rynku japońskim Toyota oferowała taki samochód odrobinę wcześniej – od lata 2004r., czyli kilka miesięcy przed pierwszą prezentacją Peugeota na paryskim Salonie Samochodowym.
Pierwsza generacja Toyoty Porte (po francusku oznacza to „drzwi” w liczbie pojedynczej, po włosku to samo w mnogiej) wygląda trochę jak kei-car, ale nim nie jest – z wymiarami 3.990 x 1.690 mm należała do klasy „kompaktowej” (tym razem z zapasem nie pół, a całego centymetra w obu kierunkach). Konstrukcja bazowała na platformie NBC używanej między innymi przez Yarisa i Sciona xB.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
W kwestii elektrycznie przesuwanych drzwi Japończycy ubiegli Francuzów, ci jednak już w 2002r. zaprezentowali prototyp, dlatego Toyota Porte uchodzi za odpowiedź, a nie prekursora. Poza tym w 1007 przesuwają się obie pary drzwi, zaś w Porte tylko lewe, czyli w tym przypadku pasażerskie (od strony kierowcy drzwi otwierają się klasycznie, na zawiasach). Być może dlatego jako źródło nazwy modelu producent podawał jednak język francuski, nie włoski 🙂
Foto: , Licencja CC
Silniki miały pojemności 1,3 lub 1,5 litra, bez doładowania, a rozwijały odpowiednio 85 i 102 KM. Dostępna była wyłącznie skrzynia CVT, natomiast napęd mógł wędrować na oś przednią lub na obie. Pierwsza generacja Porte pozostała na rynku do 2012r., dość podobna drugą produkowano w latach 2012-20.
W miejsce drugiej generacji Porte pokażę jej odpowiednik nazwany Toyota Spade – który miał identyczne dane techniczne, ale elegantszy design, zarezerwowane dla siebie kolory lakierów (w tym poniższy śliwkowy) i był sprzedawany w droższych sieciach salonów – bo w Japonii o pozycjonowaniu modelu świadczy często nie marka i model, ale organizacja dystrybucyjna.
Foto: , Licencja CC
Słowo spade to po angielsku karciany pik – i taki symbol znalazł się na tylnej klapie auta. Jednak w japońskim piśmie katakana nazwę auta zapisywano inaczej – jak połączenie angielskich słów space i wide.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Toyoty Porte/Spade zostały wycofane bez przygotowywania następcy. Obecnie marka nie oferuje już elektrycznie przesuwanych drzwi w małych samochodach, choć są one dostępne w większych i droższych modelach Sienna, Proace Verso i Quantum VX.
***
Jak większość konserwatywnych producentów, Toyota raz po raz usiłuje atakować młodsze grupy docelowe. Najpoważniejszą – i niestety nieudaną – taką próbą było stworzenie odrębnej marki Scion, ale na mniejszą skalę próbowano tego już wcześniej.
Czego chcą ludzie młodzi? Oczywiście dynamicznego wyglądu i dobrych osiągów, ale koniecznie za przystępną cenę – dlatego modeli takich jak Supra albo GT86 raczej do młodzieżowych nie zaliczymy. Co innego np. Toyota Sera, produkowana w latach 1990-97.
Sera to kolejny samochód dostępny tylko na rynku japońskim, a nazwany z języków romańskich: słowo sera to po włosku „wieczór”, ale tym razem producent podawał, że chodzi o tak samo brzmiące francuskie słowo „będzie” (identyczne zresztą z formą hiszpańską). Auto powstało w ramach programu mało kreatywnie nazwanego Young Project, który miał przygotować nowoczesną wersję Publiki Sports, znanej też jako S800.
Toyota Sera była stosunkowo nieduża (3.860 x 1.650 mm) i lekka (ważyła 930 kg). Nadwozie z dużą, silnie wygiętą szybą tylną dość mocno przypominało pierwszego Opla Tigrę – i podobnie jak on było 2+2-miejscowym liftbackiem, tyle że cztery lata wcześniejszym.
Foto: materiał producenta
Nie, to nie coupé, ponieważ tylna szyba podnosiła się jako trzecie drzwi – wyglądające zresztą ciekawie, bo pozbawione ramki
Foto: materiał producenta
Drzwi pierwsze i drugie również się podnosiły – to właśnie jeden z elementów „młodzieżowości” modelu, ale też ułatwienie wysiadania w wąskich lukach parkingowych. Wadą takiej formy nadwozia było silne nagrzewanie wnętrza na słońcu – dlatego producent seryjnie montował automatyczną klimatyzację, wówczas daleką od oczywistości w tym segmencie. Ciekawostka: do inspiracji drzwiami Toyoty Sera przyznawał się Gordon Murray, konstruktor McLarena F1.
Foto: materiał producenta
Wnętrze prezentowało się bardziej konwencjonalnie, choć też mało przypominało klasyczne dziadkowozy, z których słynęła i słynie Toyota
Foto: materiał producenta
Jak wiele modeli japońskich, Toyota Sera nie dawała dużych możliwości konfiguracji. Nie było wyboru wersji nadwozia (planowany dwumiejscowy roadster nie wszedł do produkcji) ani silnika (istniała tylko jedna, półtoralitrowa jednostka 5E-FHE o mocy 110 KM, ta sama co w Toyocie Paseo). Dało się za to wybrać skrzynię biegów (pięciobiegową ręczną lub czterobiegową automatyczną) i kilka dodatków, w tym ABS. Wiele innych elementów zawartych było w standardzie – najciekawszy z nich to projektorowe reflektory, jedne z pierwszych takich w świecie.
***
Kolejna stricte krajowa oferta, jaką sobie opiszemy, funkcjonowała w latach 1998-2007 i zwała się Progrès. To znowu słowo francuskie, oznaczające „postęp”, choć sam samochód był mocno konserwatywny i w tym przypominał większość modeli Toyoty.
Co w motoryzacji oznacza konserwatyzm? Na przykład kanciastego, czterodrzwiowego sedana z klasyczną konfiguracją napędu (ewentualnie opcjonalnym układem 4×4) i rzędowym silnikiem sześciocylindrowym. W tamtych latach coś takiego jeszcze się spotykało, nawet w Japonii, choć nie uchodziło już za koncepcję nowoczesną.
Toyota Progrès mierzyła 4.500 x 1.700 mm, czyli gabarytowo mieściła się w fiskalnym przedziale „kompaktowym”, jednak w praktyce podlegała wyższym stawkom z powodu pojemności silnika przekraczającej dwa litry. Mniejsza wersja w cenniku nie występowała – już samo to świadczyło o w pełni świadomym, wysokim pozycjonowaniu modelu, a staroświecka koncepcja i stylizacja wykluczała z grupy docelowej ludzi młodych choćby samym duchem.
Proste, klasyczne linie nieszczególnie pasowały do nazwy auta, dysonans stanowiły też różne kształty dwóch par reflektorów (trapezowy i okrągły). Całość odpowiadała jednak z grubsza japońskiemu pojęciu prestiżowej limuzyny.
Foto: materiał producenta
Reklamowe zdjęcia robiono zarówno na tle architektury europejskiej…
Foto: materiał producenta
…jak i typowo japońskiej. To przykład właściwego współczesnej Azji rozdarcia pomiędzy wzorcami rodzimymi, wciąż cenionymi najwyżej, a podziwem dla kultury zachodniej, która w XX stuleciu przyniosła Japonii bezprecedensowy wzrost gospodarczy.
Foto: materiał producenta
Kabina prezentowała tradycyjny design (głównym stylistą był Mitsuyuki Noguchi, współtwórca Toyoty Century) i szlachetne materiały (w tym prawdziwe drewno, rzadkie w samochodach japońskich). Bardzo bogate wyposażenie obejmowało między innymi sześć poduszek powietrznych, automatyczną klimatyzację, analogowy zegarek z posrebrzaną lub pozłacaną tarczą, automatycznie włączane wycieraczki i światła czy satelitarną nawigację sterowaną głosem i nawet komunikującą się ze sterownikiem skrzyni biegów, by lepiej dobierać przełożenia na wzniesieniach czy przed zakrętami.
Foto: materiał producenta
Technicznie Toyota Progrès była podobna do znanego u nas, lecz zupełnie inaczej stylizowanego Lexusa IS, w samej Japonii też miała kilka zbliżonych alternatyw. Zaskakiwać może natomiast jej zawieszenie wszystkich kół na wahaczach poprzecznych, wykazujące zaskakująco ostrą charakterystykę.
Sześciocylindrowe silniki miały rzędowy układ, żeliwne bloki i czterozaworowe rozrządy z systemem zmiennych faz VVTi, a od 2000r. również bezpośredni wtrysk paliwa. Występowały jako 2,5- lub trzylitrowe, o mocach odpowiednio 200 i 220 KM. Łączono je oczywiście z przekładniami automatycznymi – pięciobiegową dla napędu tylnego i czterobiegową dla 4×4 (dostępnego zresztą tylko z mniejszym silnikiem).
Toyota Progrès nie sprzedawała się dobrze, bo nawet tradycjonalistyczni Japończycy uważali jej styl za zbyt zachowawczy (większym wzięciem cieszyła się podobna Toyota Altezza, a od 2005r. wprowadzony wtedy do Japonii Lexus IS). Bezpośredni następca nie powstał.
Identyczną technikę opakowaną w świeższe nadwozie – upodobnione do Lexusa LS i inspirowane Mercedesami – prezentowała Toyota Brevis (łac. „zwięzła”). Była odrobinę większa niż Progrès (4.550 x 1.720 mm) i miała konkurować z BMW 3 oraz Mercedesem C. Kwestię wewnętrznej konkurencji załatwiono oferując oba modele w różnych sieciach sprzedaży – Brevisa w Toyota Store, a Progrès w Toyopet Store. Brevis był produkowany krócej – w latach 2001-2007.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
W tym właśnie czasie, pod koniec XX stulecia, japońska motoryzacja weszła na światowe salony. Wcześniej nie była tam wpuszczana, bo nawet jeśli użytkownicy dość szybko docenili oferowaną przez nią jakość, niezawodność i stosunek wartości do ceny, to z Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż przyjeżdżało zbyt mało samochodów, które dałoby się naprawdę podziwiać. Brakowało też czegoś, co w Europie cenimy szczególnie – Historii i Tradycji.
Szacowność ludzkich rodów mierzy się liczbą posiadanych reliktów przeszłości – portretów i fotografii przodków czy pozostałych po nich pamiątek. Podobnie z przedsiębiorstwami – np. firma Gottlieba Daimlera swe pierwsze muzeum otwarła już w 1923r. (czyli przed swą fuzją z Benzem). Toyota zrobiła to w 1989r. – niedługo po obchodach swego 50 jubileuszu i niemal równocześnie z powołaniem do życia elitarnej marki Lexus (to nie był oczywiście przypadkowy splot zdarzeń). Siedem lat później przyszedł czas na pierwszy samochód w stylu retro.
Pod tym względem Japończycy nie byli pierwsi, bo w USA już w latach 60-tych zaczęły się pokazywać pojazdy mniej lub bardziej nieudolnie stylizowane na epokę międzywojenną, to jednak były ręcznie budowane zabawki, mało praktyczne na co dzień. Tymczasem pierwszy model serii Pike Cars Nissana, pokazany w 1987r., technicznie nie różnił się od Micry – modelu nadzwyczaj praktycznego, niezawodnego i pod każdym względem rozsądnego, tyle że jego stylizacja nawiązywała do czasów dawno minionych. Do 1991r. Nissan wypuścił aż cztery takie modele, zaraz potem ukazało się tej samej koncepcji Subaru Vivio Bistro, a od 1993r. nadwoziowa firma Mitsuoka wręcz wyspecjalizowała się w tej niszy (poczynając od nieco groteskowego modelu Viewt, który udawał Jaguara MkII będąc tak naprawdę znowuż Micrą). Do tego towarzystwa Toyota dołączyła w roku 1996, przedstawiając model o mało wyszukanej nazwie Classic.
Toyota Classic naśladowała pierwszy produkcyjny samochód marki – Toyotę AA z 1936r., która z kolei kopiowała awangardowy wówczas design Chryslera Airflow. Była samochodem dużym (4.885 x 1.735 mm), zbudowanym na ramie długiego pick-upa Hilux z krótką kabiną i nawet napędzana na koła tylne jego silnikiem – prostą dwulitrówką OHV o mocy 97 KM (oznaczenie 3Y-E), połączoną z czterobiegowym automatem.
Stylistycznie auto było raczej przeciętnie udane. Być może konstruktorzy zbyt mocno chcieli odwzorować przedwojenne motywy – a ponieważ całkowicie wiernej kopii i tak nie da się dzisiaj zrobić, lepszym wyjściem byłoby chyba coś w stylu nowoczesnego Mini czy Fiata 500. Tyle że w 1996r. tych aut jeszcze nie było i Toyota dopiero przecierała szlaki.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Za stylistykę i wnętrze Toyoty Classic odpowiadał koncernowy oddział Technocraft, który użył elementów dostępnych na magazynowych półkach (w tym zestawu wskaźników Hiluxa), ale częściowo zmienił materiały – na obicia z czerwonej skóry i imitację drewna (dosyć podobno marną). Wystrój wygląda bardzo niespójnie – choćby z powodu kierownicy naśladującej lata 50-te i hiluxowego drążka przekładni automatycznej.
Foto: materiał producenta
Recenzje Toyoty Classic były zdecydowanie negatywne – mówiły, że to po prostu czterodrzwiowy Hilux, tylko z bardzo dziwaczną aparycją i bez skrzyni ładunkowej (zastąpionej maleńkim bagażnikiem, bardziej przypominającym schowek). To oczywiście prawda, że taki samochód nie jest przeznaczony do pracy na farmie, a do sprawiania radości, tyle że… właśnie, XXI-wieczny Fiat 500, Mini albo Dodge Challenger radość sprawiają, bo jeżdżą jak nowoczesne auta sportowe, tymczasem 97-konny, ramowy Hilux nie jest ani fajną zabawką ani tym bardziej prawdziwym oldtimerem, a w tym konkretnym wydaniu nie wyglądał nawet na prawdziwy zabytek.
Toyota Classic, przygotowana na 60-lecie motoryzacyjnej działalności swojego producenta, powstała w zaledwie 100 egzemplarzach i nikt za nią specjalnie nie szaleje. Czyżby klasyk dla hipsterów?
***
Mimo krytyki modelu Classic – a może właśnie dzięki niej – cztery lata później Toyota stworzyła drugi samochód retro, nazwany Origin. Pierwowzorem była tutaj pierwsza powojenna osobówka firmy, Toyopet Crown RS z 1955r., a okazją do uczczenia – wyprodukowanie stumilionowego pojazdu Toyoty. Wydaje się, że wnioski z porażki Classica zostały wyciągnięte właściwie.
Origin wyglądał oryginalnie i przede wszystkim ładniej niż Classic. Stylizacja zewnętrzna była spójna i bezbłędnie rozpoznawalna jako naśladownictwo lat 50-tych – ze wzdłużnymi przetłoczeniami maski, wyłupiastymi reflektorami, dużą ilością chromu…
Foto: materiał producenta
…reliktowymi skrzydłami błotników, a nawet panoramiczną szybą tylną.
Foto: materiał producenta
Najciekawszym pomysłem były jednak dwie pary drzwi otwierających się w przeciwnych kierunkach
Foto: materiał producenta
Wnętrze poniekąd mogło rozczarowywać, bo… nie było w najmniejszym stopniu stylizowane na dawne czasy. Prezentowało się jednak spójnie i elegancko, zapewniając przy tym pełny komfort. To już bardzo dużo.
Foto: materiał producenta
O konstrukcji Origina wystarczy nam wiedzieć tyle, że pod retro-poszyciem nadwozia kryła się… pokazana powyżej Toyota Progrès. Podobne wymiary (4.560 x 1.745 mm), to samo zawieszenie na wahaczach poprzecznych i trzylitrowe R6 z czterobiegowym automatem dobrze pasowały do takiego samochodu. Trochę szkoda, że producent od początku zaplanował tylko serię limitowaną do 1.000 sztuk – i choć ten plan został odrobinę przekroczony (według różnych źródeł powstało od 1.027 do 1.071 egz.), to chyba powinniśmy żałować, że Origin nie trafił do wolnej sprzedaży, bo jest to na pewno jeden z ciekawszych modeli retro w historii.
***
Na sam koniec zostawiłem coś dokładnie przeciwnego: nowoczesny gatunek samochodu noszący szacowną, historyczną nazwę flagowej limuzyny Toyoty – zaprezentowany w 2023r. model Century SUV.
Century SUV to na szczęście tylko uzupełnienie, nie substytut klasycznego modelu Century, który od 1967r. zdążył zdobyć prawdziwie kultowy status (zarówno w Japonii, jak i poza nią, mimo że eksportowany był na minimalną skalę i tylko dla ściśle wybranych odbiorców). W limuzynie chodziło przede wszystkim o jej wyjątkowość: staroświecki i dystyngowany design, superkomfortowe, klimatyczne wnętrze z ekskluzywnych materiałów, jedyny w swym rodzaju napęd (silników Century nie używano w żadnym innym modelu, ponadto oferowana pomiędzy 1997-2017r. V12-tka była jedyną taką w historii motoryzacji japońskiej), a przede wszystkim wizerunek atrybutu najwyższych dostojników, publicznych i biznesowych, zbudowały swoistą legendę. Lata mijały, a Toyota Century niewzruszenie trwała okopana na swych pozycjach – aż do września 2023r., kiedy tę samą nazwę przydzielono też ogromnemu SUVowi.
Century SUV został zbudowany z użyciem platformy i techniki Lexusa TX, tudzież sprzedawanej w USA Toyoty Grand Highlander. Samo to zakrawa na swego rodzaju profanację, bo klasyczne Century było wyjątkowe również dlatego, że stanowiło klasę samo dla siebie – nie miało żadnych konkurentów ani krewniaków, mimo równoległego istnienia w firmowej ofercie Lexusa LS.
Co ciekawe, reklamowe foldery Toyoty Century SUV nie wspominają skrótu SUV – mówią za to o „nowej koncepcji mobilności szoferskiej” i wyborze takiej formy nadwozia w celu maksymalizacji przestrzeni w drugim rzędzie siedzeń. Przy wymiarach 5.205 x 1.990 mm przestrzeń rzadko bywa problemem, nawet w coupé, choć co nieco może tłumaczyć fakt, że Toyota przedstawiła ten model w trakcie Honbasho – ważnego turnieju zawodników sumo.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Pod maską Century SUV pracuje 3,5-litrowe V6 z układem hybrydowym typu plug-in, o systemowej mocy 413 KM, a z ciekawostek technicznych można wymienić układ kierowania dwiema osiami. Ogólnie jednak auto nie wyróżnia się niczym, czego nie można by dostać od Lexusa, względnie Range-Rovera, Bentleya czy Cadillaca – i w tym różni się od klasycznego Century, którego kombinacja prestiżu i potęgi z powściągliwością i umiarkowaniem naprawdę nie miały i nie mają odpowiedników w świecie.
Na koniec dodam, że Century SUV niezupełnie pasuje do tego artykułu, bo jest oferowane w wolnej sprzedaży również poza Japonią – wprawdzie na razie tylko w Chinach, ale zawsze. Czy istnienie takiego samochodu i jego eksport bez ograniczeń rozwodni wyjątkowy image nazwy Toyota Century? Tylko czas pokaże.
Foto tytułowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)


Toyota Progres przypomina mi nieco „skwadratowanego” Lexusa GS300/Toyotę Aristo 2. generacji, która z kolei wyglądała jak Mercedes „okular” po zjaponizowaniu. Z kolei Origin z przodu zamysłem stylistycznym (unowocześniania starej karoserii po kosztach) przypomina mi trochę Wołgę 24. po kolejnym liftingu, chyba to by była 33105, ale z innymi światłami i grillem. ; )
Hm, ciekawa definicja coupe, wykluczająca z tego co rozumiem np. Jaguara XK drugiej generacji czy E-type’a.
Nie ma żadnej konkretnej definicji, wszystko zmienia się w czasie. Do II wojny światowej sedan był zawsze dwubryłowy bez żadnego bagażnika, później dwubryłowość wykluczała nazwanie auta sedanem. A coupe pierwotnie było karetą powożoną przez stangreta i w tym sensie przejęła je motoryzacja – początkowo to były nadwozia zamknięte z dwojgiem drzwi, ale z miejscem kierowcy poza kabiną, na wolnym powietrzu, takim w stylu kozła woźnicy. Tak że wszystko zmieniało się wielokrotnie 🙂
Jeśli przyjmiemy definicję z artykułu, to wykluczamy sporo aut reklamowanych przez producentów jako coupe: Opel Calibra, Ford Capri MK2/MK3, Ford Puma, VW Corrado i Scirocco- wszystkie miały dużą klapę bagażnika, a w niektórych katalogach i reklamach nawet 3 drzwiowe citroen xsara i Saab 9-3 były nazywane coupe. I fakt taki że nie ma ścisłej definicji i producenci używają nazwy „coupe” jak chcą, patrz Mercedes i jego „czterodrzwiowe coupe”.
Dziś istnieją nawet 5-drzwiowe coupe albo „SUVy-coupe”. Słowo nabrało prestiżowych konotacji, więc używa się go wszędzie.
@SzK Czy tylko ja uważam, że powinien być zakaz bezużytecznych i zbędnych SUVów „coupe”?
Dla mnie te auta są całkowicie bez sensu, ale zakazywać to ja niczego bym nie chciał, poza robieniem krzywdy bliźnim. Cała reszta – jak to lubi 🙂
@SzK Jak ktoś lubi mniejszą praktyczność i gorsze właściwości jezdne, to nie ma problemu. 🙂 Niestety co drugie nowe auto przypomina kolejną kopię Pontiaca Azteka. Szczególnie BMW ze swoją parodią samochodu sportowego zwaną XM.
O takie artykuły nic nie robiłem. Miód z kaszanką.
Nawet nie przypuszczałem, że za hasłem JDM kryją się takie wynalazki u marki kojarzonej w Polsce z cierpami na TAXI i dziadkami na działkach.
Prawdę powiedziawszy to tego skojarzenia Toyoty z taksówkami nie rozumiem. Ok, w przeszłości, bo obecnie chyba 90% taksówek to Corolle – wszystkie niemal Bolty, Ubery itp. to właśnie ten model.
We wczesnych latach dwutysięcznych jeździłem taksówkami kilka razy w tygodniu, regularnie. Toyoty nie stanowiły choćby i 10% tych aut, może było to z 5% jak nie mniej. I tak to trwało do debiutu najnowszej Corolli.
Z kolei w latach 90-tych to pamiętam jeszcze sporo Polonezów czy Dużych Fiatów, bogatsi mieli Mercedesy, czasem jakieś Fordy czy Ople, ale znowu – Toyoty to była rzadkość. Przynajmniej w Krakowie.
Odnośnie Century mam podobne zdanie – poprzednia była ponadczasowo piękna i pomimo przynależności do najwyższego segmentu, dość skromna jak na swoją klasę. A ten SUV już taki nie jest; mało tego – brak mu pewnego wyrafinowanego gustu w stylu „old money”. To już zdecydowanie „nouveau-riche”.
Fakt, 25 czy 30 lat temu Toyot na taksówkach było w Polsce mało, ale od lat kilkunastu one dominują. JA rzadko jeżdżę taksówkami, ale jeśli już, to nie pamiętam ile lat temu po raz ostatni podjechało mi cokolwiek innego niż Prius albo Corolla Hybrid.
Oczywiście, dawniej Toyoty nie były kojarzone z taksówkami. Warszawa:
Lata 80-te – Duże Fiaty, Polonezy, stare Mercedesy.
Lata 90-te – to głównie Polonezy Caro, Mercedesy W123 i W124.
Lata dwutysięczne (też wtedy często jeździłem taksówkami) – Skody Octavie I, Daewoo Nubira, Peugeot 406, Mercedesy W124.
Od czasu ekspansji przewozów na aplikację rynek zdominowała Toyota – Priusy i Corolle.
@K1, w latach 80. zapomniałeś o Wołgach, chyba ich było więcej niż Merców (w Łodzi), jeszcze sporo schyłkowych Warszaw jeździło.
A Toyota w tych czasach, to raczej z Pewexu, pierwsze salony pojawiały się dopiero koło 90 r., a cenę trzymali tak sztywną, że mogli farbą na ścianie salonu malować na lata. Zero negocjacji. To nie były warunki dla taksówkarzy.
Słuszna uwaga. Z lat 80-tych, choć byłem małym dzieckiem, pamiętam z Krakowa sporo taksówek Wołg, chociaż już tylko pojedyncze Warszawy. Ale one były – nawet w Warszawie-mieście, gdzie Warszawą-samochodem jeździł na taksówce znany aktor, Marek Siudym, w czasie bojkotu występów przez ludzi kultury (czasy stanu wojennego, czyli jak by nie liczyć, lata 80-te).
W Warszawie na wygląd postojów w latach 90-tych duży wpływ miały zakupy flotowe przez Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe, które na początku lat 90-tych kupiło żółte Polonezy Caro, aby po roku kupić Tempry i 405-tki (pamiętam, że znajomy ojca – taksówkarz był wściekły, bo kierowcy sami płacili za te samochody i zmiana auta była warunkiem dalszej pracy – dopiero co kazano im kupić Polonezy, aby dosłownie za chwilę kazać płacić za Temprę, która w początku lat 90-tych była autem niemalże ekskluzywnym). Jeżeli chodzi o osoby jeżdżące poza korporacją (z tzw. Zrzeszenia), to był to głównie Polonezy i stare modele Mercedesa, w drugiej połowie lat 90-tych częstym widokiem było Daewoo Espero, które było duże i względnie tanie.
Ja za bardzo nie pamiętam Wołg na taxi. Choć nie twierdzę, że nie było.
Rzeczywiście w latach 90-tych w MPT były Fiaty Tempra oraz Peugeoty 405.
Z kolei w innej korporacji kupili Renault Laguna I.
Mercedesy długo były marzeniem taksówkarzy. Mój kuzyn z Sopotu, niezrzeszony złotówa, po zmianie Passata, pod koniec lat 90., na mocno zjeżdżonego MB 300 D kombi, awansował spod słupka do nocnej elity pod Grand Hotel, potem wolał cumować pod hotelem Marina w Gdańsku. Dodam, że taksometru rzadko używał.
@Szymon B, taksówkarzom to na pewno nie dawali zniżek , ale wiem że w latach 90 Toyota dawała lekarzom spore zniżki , pamiętam co druga Carina wtedy jeździła z charakterystyczną naklejką z wężykiem z napisem lekarz. Pomimo wysokiej ceny jednak robiła lepszą sprzedaż niż passat , że o innych Japończykach nie wspomnę .
całkiem fajna ta Toyota Porte 🙂 ale i tak najbardziej z tego bym chciał Sciona XB 🙂
Bardzo podoba mi się Origin. Ładnie poprowadzona linia ma coś z angielskich lat 60. Przywołuje na myśl Forda Cortinę mk 1, Rovera P 5. Fajne te drzwi na dwie strony, chociaż to bajer. Miałyby sens, jeśli nie byłoby środkowego słupka (jak w Fiatach z lat 40. i Lincolnie Continentalu). Duże szyby przywodzą na myśl raczej lata 80. I te zegary nie do końca pasują, żeby chociaż im dołożyli srebrne obwódki, byłoby bardziej stylowo.
Jakbym miał rezydencję z owalnym podjazdem wysypanym białym grysikiem, to taką Toyotę tam postawił.
Tym razem nad moim faworytem nie muszę się zastanawiać – Origin jest fantastyczny. Wybaczam mu nawet nudnawe stylistycznie wnętrze (chociaż ratowane kolorystyką). Aż się dziwię, że do tej pory o nim nie wiedziałem. Reliktowe płetwy, niebanalny kształt tylnej szyby i duża ilość chromu – to tutaj ,,robi robotę” i mimo, że jest to wszystko nieco kontrowersyjne to jednak mocno wyróżnia ten model na tle innych.
Co do tylnych drzwi otwieranych w drugą stronę to jak najbardziej ma sens. Normalnie na tylną kanapę wsuwamy się w zasadzie bokiem, a w tym przypadku (jak i przy drzwiach rozsuwanych) pierwszeństwo w naszym wchodzeniu do auta ma nasza szlachetna tylna część ciała, która od razu ląduje na siedzisku. Fakt bez słupka byłoby lepiej, ale zdecydowanie i bez tego ma to znaczenie.
Nie raz i nie dwa żałowałem że japończycy tak bardzo nie lubią eksportować swoich najlepszych zabawek. Nawet jak coś jest produktem międzynarodowym, najfajniejsze wersje zostają u kitajców. Cóż, ich prawo. Niemniej, szkoda, bo przez to u nas jest mało używek.
Ciekawe, jak Toyota zerż…ła projekt wyglądu Mercedesa to 'inspiracja’ jak Chińczycy to 'kradzież’ (o Deaewoo Chairman nie wspomnę bo to GM)…..
pewnie dla tego nie eksportowali
Moim zdaniem najfajniejsza Toyota z tej listy to Sera. Za to najlepszy model tego koncernu wszechczasów to Lexus LFA. Prawdziwy majstersztyk inżynieryjny. 😉
Taksówki w Warszawie:
Lata 60 – absolutna dominacja Warszaw, trochę Wołg.
Lata 70 – sporo 125p, ale i jeszcze Warszawy zostały.
A teraz japońska realność – co widać w Japonii na ulicach (zastrzegam, że byłem tam dość krótko, więc moje refleksje mogą być niesłusznym uogólnieniem).
W Tokio jakieś 50% samochodów osobowych na ulicach to taksówki, w większości są to Jpn Taxi, bazujace na podwoziu Priusa i nadwoziu na wzór tradycyjnej brytyjskiej taksówki.
W innych miastach taksówki to raczej Toyota Crown w różnych odmianach.
Kei cars, w sensie małe samochody osobowe. W Tokio brak, w innych miastach też nie widziałem.
Kei cars w sensie dostawczaka w kszałcie prostopadłościanu (np. https://cdn.blabler.pl/image/34ZS). Na ulicach cała masa.
Z innych ciekawostek – w Tokio te 50% samochodów nie będących taksówkami to nie są samochody japońskie. Jest bardzo różnie, ale na ogół drogo i obszernie.
Z osobistych wrażeń – jeżdżę na co dzień Vitarą, więc zawędrowałem do salonu Suzuki w Tokio licząc na jakieś ciekawe nowości.
Ale gdzie tam… w salonie stał jeden dostawczak podobny do setek innych i Suzuki Swift. Koniec. A Vitara nie jest w Japonii sprzedawana w zasadzie.
Kolejka po benzynę – raz widziałem kolejkę do stacji benzynowej sięgającą kilkadziesią metrów do najbliższych świateł. Kosztowała ta benzyna ok. 4 zł za litr (według kursu z zeszłego roku)…
Niech Jaśnie Wielmożny Pan Admin używa w swoich wpisach więcej archaizmów, tłumaczy imiona (Henryk Ford), Blaszaną Elżbietkę produkowano w miljonach sztuk
Archaizmy są tak nazwane, bo właśnie nikt ich nie używa. Tak samo jak już nie ma „makaronizmów” i wtrętow z francuskiego tylko anglicyzmy.
Język jest plastyczny i wciąż się zmienia. Choć ostatnie młodzieżowe słowo roku ma pochodzenie gwarowe, nie angielskie, więc raczej nie grozi nam zupełne zanglicyzowanie, czy raczej zamerykanizowanie 🙂