KONFRONTACJE: WSCHÓD WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA

Japonia przez wiele lat uchodziła za motoryzacyjnego outsidera, ale czy słusznie? Ilu z nas kiedykolwiek zastanawiało się nad początkami tamtejszej motoryzacji?
Z naszej perspektywy owe początki datują się na lata 60-te i pierwsze, nieśmiałe jeszcze próby eksportu japońskich aut do Europy – czyli grubo ponad pół wieku wstecz. Jeszcze wcześniej, pod koniec lat 50-tych, pojazdy z Kraju Kwitnącej Wiśni poznali Amerykanie – którzy wtedy wciąż jeszcze świetnie pamiętali atak na Pearl Harbor i czteroletnie zmagania na Pacyfiku, zakończone zrzuceniem bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.
Pierwsze japońskie auta, jakie od 1958r. sprzedawano w USA, były produktami Toyoty i nazywały się Toyopet Crown. W kraju zdominowanym przez olbrzymie, ośmiocylindrowe krążowniki budziły protekcjonalne zaciekawienie, ale… niekoniecznie prawdziwe zainteresowanie: kosztując więcej od podstawowego Chevroleta czy Forda były ponad metr krótsze, a ich półtoralitrowe silniczki i pół-terenowe zawieszenia projektowane na szutrowe trakty Wysp Japońskich kompletnie nie radziły sobie na amerykańskich autostradach.
Foto: materiał producenta
Toyopet Crown poniósł w Ameryce porażkę, której po nowicjuszach można się było spodziewać. Tyle że… Japończycy niekoniecznie byli nowicjuszami: Toyota miała ponad 20 lat doświadczenia na rynku samochodowym, a w skali kraju pierwsze próby z powozami bez koni podejmowano od początku XX wieku.
Właśnie te sprawy – pierwsze japońskie eksperymenty i pierwsze modele znanych dziś japońskich producentów aut – będą tematem dzisiejszego wpisu.
***
Pierwszy japoński pojazd mechaniczny, o którym istnieją pewne relacje, to rodzaj parowego omnibusu zbudowanego w 1904r. przez niejakiego Torao Yamabę z miasta Okayama.
Wehikuł nie zachował się do dziś – istnieją tylko pojedyncze zdjęcia. Znana jest też prasowa reklama warsztatu Torao Yamaby sprzedającego rowery i samobieżne pojazdy z „silnikiem olejowym”, ale bliższych szczegółów brak.
Foto: public domain
Rok później podobny wynalazek z nadwoziem zamkniętym stworzył szef tokijskiej fabryki rowerów, Shinataro Yoshida. Zachowane informacje również są bardzo skąpe.
Foto: public domain
W 1907r., na zamówienie księcia Takehito Arisugawy, Yoshida zbudował pierwszy japoński samochód osobowy z silnikiem spalinowym. Życzeniem klienta było krajowe pochodzenie jak największej liczby części, jednakże z powodu niedostatków lokalnej technologii zespół napędowy i osie musiały zostać sprowadzone z USA. Yoshida nazwał wynalazek Takuri – od japońskiego słowa oznaczającego metaliczny chrzęst pracujących mechanizmów.
Konstrukcję opracował niejaki Komanosuke Uchiyama, opierając się na Fordzie A (oczywiście tym z roku 1903, nie z 1928). Masa wynosiła 800 kg. Dwucylindrowy silnik o pojemności 1,8 litra rozwijał 8,5 KM i za pośrednictwem dwubiegowej przekładni z biegiem wstecznym rozpędzał pojazd do 35 km/h. W latach 1907-10 Yoshida zbudował 12 egzemplarzy, przy czym począwszy od egzemplarza trzeciego silniki i osie wytwarzał już na miejscu – sprowadzenie i kopiowanie nowych wynalazków to bardzo znamienna cecha całej azjatyckiej gospodarki.
Takuri i założona do jego produkcji spółka Automobile Shokai zapoczątkowały faktycznie indywidualną motoryzację japońską.
Foto: public domain
Foto: public domain
Przed I wojną światową – dokładnie w 1910r. – powstała jeszcze maleńka manufaktura Kunisue
Foto: public domain
Wszystkich takich mini-przedsięwzięć nie będę omawiać, zwłaszcza że informacje na ich temat ograniczają się zwykle do kilku zdań. Postaram się za to opisać pierwsze samochody tych producentów, których nazwy znamy do dziś.
***
W 1911r. Masujiro Hashimoto założył w Tokio spółkę Kwaishinsha jidōsha kōjō. Głównymi udziałowcami byli tam Kenjiro Den, Rokuro Aoyama i Meitaro Takeuchi, których pierwsze litery nazwisk dały spółce nazwę DAT.
Pierwszy pojazd marki, DAT 14, ukazał się w 1914r. Był trzyosobowym roadsterem z dwucylindrowym silniczkiem o mocy 10 KM, pozwalającym rozwinąć prędkość 32 km/h. Więcej nie było potrzebne, bo ówczesna Japonia prawie nie miała dróg kołowych.
Foto: public domain
Hashimoto, który wiele czasu spędził w USA, chciał produkować samochody masowo, ale do tego Japonia nie była jeszcze dojrzała. Dlatego w latach 20-tych wybudował fabrykę pojazdów wojskowych, a szczęścia z cywilnymi ponownie spróbował dopiero w 1930r., gdy władze pozwoliły prowadzić auta do 500 cm³ bez konieczności posiadania prawa jazdy. Taki mini-samochodzik nazywał się DATSON, czyli po angielsku „syn DATa”, ale ponieważ słowo „son” znaczy po japońsku „strata”, zostało szybko zamienione na „sun” – kojarzące się z wschodzącym słońcem. Tak powstał Datsun – pierwsza japońska marka samochodów z prawdziwego zdarzenia.
Datsun 10 z 1930r. miał rozstaw osi 1.880 mm, wymiary 2.710 x 1.175 mm, masę 400 kg i czterocylindrowy, dolnozaworowy silniczek pomniejszony do 495 cm³. Całość bardzo przypominała Austina 7, jednak Anglicy, zbadawszy sprawę, zrezygnowali z pozwu sądowego: być może uznali, że Japończycy wystarczająco zmienili konstrukcję, albo też że malutka fabryczka na drugim końcu świata w niczym im nie zagraża i gra jest niewarta świeczki. To prawdopodobne, bo Datsun wypuścił tylko 150 egz.
Foto: , Licencja CC
Na większą skalę produkowany był Datsun 14 z lat 1935-36 – wypuszczono 3.800 egz. W porównaniu do poprzednika miał on powiększony silnik (722 cm³, 15 KM) i różnorodne nadwozia, w tym zamknięte i półciężarowe. To był początek prawdziwie masowej produkcji samochodów w Japonii.
Foto: public domain
Foto: public domain
Foto: public domain
Znakiem firmowym Datsuna został skaczący zając – po japońsku datto, co brzmi identycznie z wymową skrótu DAT (bo Japończycy nie potrafią kończyć słowa na spółgłosce)
Foto: , Licencja CC
Od 1937r. do marki Datsun dołączyła wyżej pozycjonowana Nissan. Jej geneza jest następująca: w 1928r. została założona grupa kapitałowa Nihon Sangyo (co znaczy „japoński przemysł”), która zaczęła przejmować kontrolę nad firmami z różnych branż wytwórczości. W jej skład weszły między innymi Hitachi oraz właśnie Datsun – i tak zaczęła się samochodowa działalność grupy. A że na tokijskiej giełdzie akcje Nihon Sangyo były oznaczone skrótem NiSan, powołany wkrótce dział motoryzacyjny, złożony z Datsuna i metalurgicznej firmy Tobata Casting, został nazwany Nissan Motors.
Pierwszym samochodem marki Nissan był model 70 z 1937r., będący licencyjną kopią amerykańskiego Graham-Paige – z 3,7-litrowym silnikiem 80-konnym i dwoma nadwoziami, typu limuzyna lub phaeton (na zdjęciu). Za linię produkcyjną i prawa do konstrukcji Japończycy zapłacili 390 tys. $, przejściowo ratując licencjodawcę od bankructwa.
Foto:
Foto:
Nissan szybko został jednym z największych japońskich zaibatsu – grup kapitałowych skupionych wokół bogatych i wpływowych rodzin arystokratycznych, które pozostawały blisko cesarskiego dworu i kontrolując znaczną część japońskiej gospodarki zyskały ogromne wpływy polityczne.
Już w latach 30-tych Nissan produkował ciężarówki, samoloty i uzbrojenie dla japońskiej armii, a samochody nawet eksportował (w 1935r. pierwsze 44 Datsuny trafiły do kilku krajów Azji i Ameryki Łacińskiej). Dwa lata później siedziba koncernu została przeniesiona do Changchun – miasta leżącego dziś w północno-wschodnich Chinach, a wtedy będącego stolicą marionetkowego państwa Mandżukuo, utworzonego przez Japonię na terytoriach przemocą oderwanych od Chin. W kolejnych latach grupa nosiła nawet nazwę Spółka Rozwoju Przemysłu Ciężkiego Mandżukuo (Manshū Jukōgyō Kaihatsu Kabushiki-gaisha). Powrót do starej nazwy i siedziby nastąpił dopiero w 1944r.
Warto wiedzieć o takich epizodach z historii japońskiego przemysłu – choćby po to, by nie twierdzić, że tylko Volkswagen ma mroczną przeszłość, a także by zrozumieć, że administracyjne rozwiązanie wszystkich zaibatsu, dokonane po 1945r. przez Amerykanów, przynajmniej w niektórych przypadkach można uzasadnić.
Obie marki – Datsun i Nissan – stosowano równolegle do 1983r., później pozostała tylko na druga.
***
Jeszcze wcześniej niż Datsun – mianowicie w 1917r. – pojawił się pierwszy samochód marki Mitsubishi.
Dzisiejszy koncern Mitsubishi jest największą firmą przemysłową Japonii, zorganizowaną w formie keiretsu – tzn. grupy spółek skupionych wokół finansującego je banku. Takie struktury zastąpiły post-feudalne zaibatsu, stanowiąc ich kontynuację.
Nie inaczej z Mitsubishi. Firma pierwotnie nazywała się Tsukumo i zajmowała transportem morskim, a założył ją w 1870r. niejaki Yatarō Iwasaki, korzystający z kapitałowego i politycznego wsparcia możnego rodu Yamauchi. Właśnie z rodowego herbu Yamauchich pochodzi kształt logo Mitsubishi (sama nazwa oznacza po japońsku „trzy krople”). Ekspansja była błyskawiczna: zaczynając od kilku starych statków Iwasaki zbudował własną stocznie remontową, sieć pocztowo-kurierską, kopalnie miedzi i węgla, huty żelaza i szkła oraz nowoczesne zakłady elektrotechniczne i lotnicze.
Mitsubishi A pojawiło się w 1917r. Było wzorowane na Fiacie Tipo 3 i pozycjonowane wysoko, dzięki czterocylindrowemu, 2,8-litrowemu silnikowi o mocy 35 KM. Na zdjęciu – załoga firmy po zbudowaniu prototypu.
Foto: public domain
Powstały 22 egzemplarze. Do dziś nie zachował się żaden, ale w firmowym muzeum można obejrzeć replikę – wizualnie wierną i jeżdżącą, choć z zupełnie inną techniką, w tym małym, niespełna litrowym silniczkiem.
Foto: public domain
Foto: public domain
Równolegle Mitsubishi rozwijało działalność handlową, bankową, ubezpieczeniową i rozbudowywało przemysłową: od 1919r. produkowało pierwszy japoński samolot, od 1931 – silniki Diesla (wciąż będące nowością nawet w Europie). Kolejne pojazdy drogowe – ciężarówki i autobusy pod marką Fuso – wypuściło dopiero w 1932r., natomiast dwa lata później przedstawiła prototyp auta terenowego. Bardzo innowacyjny, bo napędzany silnikiem wysokoprężnym, i to od razu na cztery koła!!
Mitsubishi PX33 miało pod maską 6,7-litrowego diesla z prostym wtryskiem bezpośrednim, dającego moc 70 KM. Projekt był opracowywany dla wojska, ale ponieważ przegrał przetarg, nie wyszedł poza stadium prototypu.
Foto: public domain
Firma przypomniała sobie o nim dopiero niedawno, w związku z kampanią promocyjną Pajero
Foto: Lennart Coopmans, Licencja CC
Seryjna produkcja samochodów Mitsubishi ruszyła dopiero po wojnie (w czasie której firma szeroko wykorzystywała niewolniczą pracę więźniów i produkowała przede wszystkim broń, w tym samoloty bojowe – tak że tego, nie tylko Nissan ma coś za uszami). Chodziło znów o produkt wojskowy, to jest licencyjne Jeepy, ale ciekawsze jest to, że administracyjne rozbicie przedwojennego zaibatsu, z zakazem kooperacji części składowych, trwało tylko pięć lat. Po wybuchu wojny koreańskiej Japonia została ważnym sojusznikiem USA, więc wszelkie restrykcje gospodarcze zostały zniesione. Do 1955r. fragmenty dawnego zaibatsu znów działały wspólnie, dzięki czemu Mitsubishi do dziś pozostaje największą grupą przemysłową w kraju.
***
Rodowód przedwojenny ma również Toyota.
Geneza tego koncernu to temat na osobny wpis. W wielkim skrócie można powiedzieć, że początek dał wynalazek automatycznego krosna, który w 1924r. opracował niejaki Sakichi Toyoda. Toyoda zmarł sześć lat później, ale jego syn Kiichiro zainwestował zyski w celu wejścia w sektor motoryzacyjny.
Zmiana nazwy firmy na Toyota nastąpiła w 1936r.: dla Japończyków wersja ze spółgłoską bezdźwięczną brzmi ładniej, jej zapis znakami katakana (トヨタ) wymaga ośmiu pociągnięć pędzla (a osiem to liczba szczęśliwa), a dodatkowym plusem było usunięcie skojarzeń z rolnictwem (toyoda znaczy „żyzne pole ryżowe”, co źle komponowało się z nowoczesną firmą przemysłową).
Pierwsze prototypy samochodów – osobowych A1 i ciężarowych G1 – powstały w połowie 1935r. Kiichiro Toyoda kazał je pobłogosławić w rycie buddyjskim i jednym z nich osobiście pojechał odwiedzić grób ojca. A1 był wzorowany na autach amerykańskich: podwozie i silnik na Chevroletach, karoseria na Chryslerze Airflow.
Żaden z prototypów nie przetrwał do dzisiaj
Foto: public domain
Produkcyjna wersja pojawiła się w 1936r. Jej 6-cylindrowy, górnozaworowy motor miał pojemność 3,4 litra i dawał moc 62 KM, rozpędzając pojazd do 110 km/h. Podwozie wykorzystywało dwie sztywne osie, a karoserie wykonywano w całości ze stali, jako czterodrzwiowe sedany (model AA) i phaetony (AB), o kształtach mniej śmiałych niż w pierwowzorze. W czasie wojny produkowano też model AC, z oszczędnościowym silnikiem skróconym o dwa cylindry. Cała seria była produkowana do 1944r., pojedyncze sztuki powstawały jeszcze między 1947-48r. Łącznie wypuszczono około 1.400 egz.
Foto: Mytho88, Licencja CC
Foto: Mytho88, Licencja CC
Foto: Mytho88, Licencja CC
Na powyższych zdjęciach widać oficjalne firmowe repliki wykonane w 1987r., na złoty jubileusz debiutu. W tamtym czasie nie był znany żaden oryginalny egzemplarz, jednak po ponad dwóch dekadach, w 2008r., jeden takowy odnalazł się na wschodnich rubieżach Rosji.
Tak wygląda dziś najstarsza istniejąca Toyota – po niezliczonych przeróbkach i naprawach radzieckimi częściami. Nie zostanie oczywiście odrestaurowana – jako świadectwo pewnej epoki została wystawiona w Louwman Museum w Hadze, gdzie też ją sfotografowałem.
Foto: praca własna
W latach 30-tych Toyota chciała jeszcze opracować małe, dwusuwowe samochodziki oparte na DKW, ale nie dostała zezwolenia władz, dla których priorytetem były już wyłącznie zbrojenia. Z kolei powojenne dzieje marki otwiera opisany już na blogu model SA, sprzedawany pod submarką Toyopet.
***
Częścią Toyoty jest dzisiaj Daihatsu – marka koncentrująca się na samochodach małych, najczęściej rdzennie japońskiego segmentu kei-car, ale znana też i u nas, głównie za sprawą epizodu końca lat 80-tych, to jest pewexowskiej dystrybucji Daihatsu Charade – najtańszego wówczas modelu z silnikiem Diesla.
Sama firma powstała już w 1907r., a pierwszy pojazd dla wojska zaprezentowała w 1937. W 1951r. przyjęła nazwę Daihatsu – będącą fonetycznym zapisem znaków oznaczających skrót od „fabryki silników z Osaki”.
Jako pierwszy seryjny samochód firmy wiele źródeł wymienia mini-dostawczaka Hijet z 1960r., jednak już jesienią 1951 – zaraz po zaadoptowaniu nazwy Daihatsu – na rynku ukazał się trójkołowiec Bee.
Bee był samochodem osobowym, oferowanym każdemu chętnemu. Najbardziej chętni byli taksówkarze, z uwagi na niski koszt eksploatacji pojazdu i… możliwość obniżenia cen usług, które wówczas regulował rząd (taksówki trójkołowe miały niższą taryfę, a więc szerszy krąg klientów).
Dość pokraczna karoseria wykonana z włókna szklanego nie była przesadnie mała (4.080 x 1.480 mm) – dlatego, mimo tylko dwojga drzwi i czterech miejsc, dawała radę jako taksówka. Dwucylindrowy, czterosuwowy silnik typu boxer był umieszczony z tyłu i chłodzony powietrzem, a z pojemności 540 cm³ rozwijał moc 18 KM.
Foto: Tttkusoialonis, Licencja CC
Foto: NEXT-EXIT, Licencja CC
Foto: NEXT-EXIT, Licencja CC
Foto: NEXT-EXIT, Licencja CC
Z powodu nieefektywnej produkcji ręcznej Daihatsu Bee nie było niestety tanie, dlatego znalazło zaledwie 300 klientów i zostało szybko wycofane z rynku. Znacznie lepiej znany jest pierwszy model produkowany masowo – Daihatsu Compagno z lat 1963-1970.
Daihatsu Compagno było dostępne jako sedan z dwojgiem lub czworgiem drzwi, kombi, cabriolet i dostawczak. Wszystkie mierzyły 3.800 x 1.425 mm i były pierwszymi czterokołowymi pojazdami firmy.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Compagno miało klasyczny układ napędowy, z czterocylindrowym silnikiem o pojemności 800 cm³ i mocy 41 KM. Wprowadzony w 1965r. cabriolet dostał dwugaźnikowy motor litrowy oferujący 65 KM i 145 km/h, a jego 55-konna wersja z jednym gaźnikiem zaczęła trafiać do pozostałych nadwozi. Wszystkie te jednostki napędowe miały motocyklową charakterystykę, z maksymalnymi obrotami sięgającymi 9.000!!
W 1967r. cabriolet dostał tarczowe hamulce przednie i mechaniczny wtrysk paliwa (bez zmiany osiągów), doszła opcja dwubiegowej przekładni automatycznej i 65-konny silnik w topowym sedanie, zwanym 1000 GT. Compagno nie przypominało więc typowych dla marki kei-cars – ta specjalizacja marki pojawiła się później.
***
Firma zwana dziś Subaru Corporation powstała w 1915r. jako laboratorium przemysłu lotniczego. W 1946r. rozpoczęła produkcję jednośladów, niedługo potem przeszła epizod podziału na wiele kawałków (w ramach amerykańskiej walki z zaibatsu), ale już w 1955r. znów była całością, tym razem pod nazwą Fuji Heavy Industries. Marka Subaru to japońskie określenie Plejad – pięknej gromady gwiazd w konstelacji Byka, której schemat stał się firmowym znakiem.
Współcześnie dość znany jest kei-car Subaru 360, produkowany bardzo długo (1958-71) i od 1968r. importowany do USA przez niejakiego Malcolma Bricklina. Tam mikroautko okazało się niewypałem (głównie z uwagi na niedorzeczną moc i jeszcze gorsze bezpieczeństwo bierne), ale w Japonii sprzedawało się znakomicie i doczekało kilku wersji nadwoziowych.
Subaru 360 mierzyło przepisowe 2.990 x 1.300 mm, ważyło 450 kg, a występowało jako sedan z dachem stałym, tekstylnym oraz kombi.
Foto:
Foto: Clément Bucco-Lechat,
Foto: materiał producenta
Foto: public domain
Autko napędzał dwucylindrowy, 360-centymetrowy dwusuw chłodzony powietrzem i umieszczony z tyłu. Moc początkowo wynosiła 16 KM, ale później rosła do 18, 20, 25, a w usportowionej, dwugaźnikowej wersji Young nawet 36 KM – co oznaczało 100 KM z litra i pozwalało przekraczać 120 km/h. Innymi ciekawostkami były system automatycznego smarowania zastosowany w 1964r. i opcjonalne automatyczne sprzęgło.
Foto:
Subaru 360 powstało w 392 tys. egz. (z czego 10 tys. wyeksportowano do USA), ale… opisuję je tutaj głównie ze względu na jego sławę, bo wcale nie było pierwszym samochodem Subaru: to miano należy się modelowi 1500 z 1954r.
Subaru 1500 to konstrukcja szczególna, jak na ówczesną Japonię: trójbryłowy sedan długości ponad 4,2 metra, z aż półtoralitrowym silnikiem OHV i klasyczną konfiguracją napędu. Moc początkowo wynosiła 48 KM, potem wzrosła do 55.
Foto: materiał producenta
Właśnie ten pojazd określa się jako pierwsze seryjne Subaru, choć wypuszczonych zostało tylko 20 sztuk. 14 z nich trafiło do użytkowników prywatnych, 6 do taksówkarzy, którzy podobno bardzo je sobie cenili. Niestety, firma nie miała możliwości podjęcia produkcji masowej i zrezygnowała wobec pojawienia się konkurencji ze strony gigantów (Toyota Corona, Prince Skyline). Poważniejsze inwestycje podjęła dopiero z mniej kapitałochłonnym modelem 360.
***
W 1909r. niejaki Michio Suzuki założył w nadmorskiej wiosce Hamamatsu fabrykę krosien. Produkcja i ulepszanie tych urządzeń pozwoliło mu rozwijać firmę przez kolejne trzydzieści lat. Dopiero tuż przed wybuchem wojny Suzuki zechciał zająć się również pojazdami mechanicznymi i nawet zbudował odpowiedni prototyp (samochodzik z czterocylindrowym silnikiem o pojemności 800 cm³), ale jak wiemy, w tamtym czasie japońskie władze nie zezwalały inwestować w takie zbytki jak auta osobowe.
Aż do początku lat 50-tych głównym źródłem dochodu pozostały więc krosna – ale wtedy, wobec załamania się rynku tekstylnego, Suzuki przypomniał sobie o swych niegdysiejszych ambicjach motoryzacyjnych. W 1952r. zaoferował rowery z doczepianym silniczkiem pomocniczym, a potem dojrzałe motocykle. Pierwszy samochód ukazał się w 1955r. i nazywał Suzulight.
Suzulight został oparty na niemieckim Lloydzie – miał więc dwusuwowy, dwucylindrowy silnik chłodzony powietrzem, który napędzał koła przednie (po raz pierwszy w Japonii, nie licząc eksperymentalnego, przedwojennego modelu Tsukuba-go). Mierzył 2.990 x 1.400 mm i występował w kilku wersjach nadwoziowych:
Jako czteroosobowy sedan SS…
Foto: public domain
…identyczny w formie, ale trzydrzwiowowy i pozbawiony tylnej kanapy van SL…
Foto:
…pick-up SP…
Foto: public domain
…a po kilku miesiącach również furgonetka SD.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
By spełnić przepisy klasy kei-car pojemność silnika została zmniejszona z 400 (jak w Lloydzie) do 360 cm³, co dało moc 16 KM. Nowocześniej prezentowało się podwozie – ze wszystkimi kołami na podwójnych wahaczach poprzecznych, resorowaniem sprężynami i zębatkowym układem kierowniczym.
Niestety, podwozie okazało się zbyt delikatne jak na japońskie warunki, dlatego już po niecałym roku zostało zastąpione dwiema sztywnymi osiami na resorach, jak w profesjonalnych terenówkach. Równocześnie jednak wycofano osobowego sedana SS, po wypuszczeniu zaledwie 43 egz. W ofercie zostały jedynie wersje użytkowe SL – i tak zostało do 1962r…
…kiedy ukazało się drugie osobowe Suzuki, nazwane Fronte TLA.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Suzuki Fronte TLA było pochodną Suzulight, choć gruntownie zmodyfikowaną. Zawieszenie opierało się tutaj na resorach poprzecznych (było więc z powrotem niezależne), a 360-centymetrowy dwusuw miał teraz osobno odlane cylindry (co poprawiło chłodzenie) i moc 25 KM. Silnik sprawiał jednak problemy, więc już po roku został zastąpiony własną konstrukcją Suzuki – nieco słabszą (21 KM), ale niezawodną i oszczędniejszą. Niższą moc kompensowała czterobiegowa, synchronizowana przekładnia (zamiast trzybiegowej bez synchronizacji). Model przetrwał w produkcji do 1967r.
***
Dzisiejszą Mazdę – czyli Toyo Kogyo – założył w 1920r. Jujiro Matsuda z Hiroszimy, jako fabrykę wyrobów z korka. Po pięciu latach wszedł w branżę metalową, a po następnych czterech skonstruował pierwszy silnik spalinowy – dwusuwa z pojedynczym cylindrem o pojemności ćwierci litra. Zaraz potem wypuścił na rynek motocykle i trzykołowe wózki towarowe Mazda-Go, nazwane od imienia staroirańskiego bóstwa.
Prototyp auta osobowego, wzorowany na Austinie 7, powstał w 1940r., ale produkcję uniemożliwiła wojna
Foto: public domain
W wybuchu zrzuconej na Hiroszimę bomby atomowej zakłady Toyo Kogyo zostały uszkodzone, ale nie zniszczone, dlatego w 1950r. mogły podjąć produkcję otwartych pick-upów wzorowanych na Jeepach, choć napędzanych na tylko jedną oś.
Foto: public domain
Auta osobowe pojawiły się w 1960r. Podobnie jak u Suzuki i Subaru chodziło o kei-cary, tutaj nazwane Mazda R360 coupé. Nadwozie o przepisowych rozmiarach mieściło dwójkę dorosłych z dwójką dzieci, a czterosuwowy, chłodzony powietrzem silnik V2 OHV dawał moc 16 KM i prędkość 85 km/h. Godne uwagi było szerokie użycie lekkich stopów aluminium i magnezu, niezależnie zawieszenie wszystkich kół na wahaczach wzdłużnych i gumowych elementach resorujących, wreszcie opcjonalna, dwubiegowa przekładnia automatyczna TorqDrive, klasycznego typu z konwerterem momentu obrotowego (jako alternatywa dla czterobiegowej ręcznej).
Mazda R360 coupé była bardzo dojrzałą konstrukcją, a sprzedaż 23 tys. sztuk w pierwszym roku produkcji z miejsca dało debiutującemu producentowi pozycję lidera japońskiego rynku!!
Foto: Taisyo, Licencja CC
Foto: dennis bloodnok, Licencja CC
Foto: materiał producenta
Do 1966r. powstało 65 tys. egz. Produkcja zwolniła począwszy od 1962, z uwagi na pojawienie się spokrewnionego modelu w pełni czteroosobowego, pod nazwą Mazda Carol: gabaryty i pojemność musiały tu pozostać na ustawowym poziomie, ale silnik miał już cztery cylindry, pięć łożysk głównych i chłodzenie wodą, a rozwijał 18 KM, podniesione potem jeszcze na 20.
Mazda Carol była jednym z droższych, ale też bardziej zaawansowanych kei-carów. Jej praktyczność i solidność do 1970r. przekonały aż 265 tys. klientów. W 1962r., dzięki oferowaniu dwóch modeli z najniższej klasy podatkowej, Mazda osiągnęła w niej aż 67-procentowy udział.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
Jako ostatnia z głównych japońskich marek samochodów działalność rozpoczęła Honda. Późny start nie zaszkodził jej jednak w zostaniu największym w świecie producentem silników spalinowych i jednośladów, a także w wypuszczeniu najpopularniejszego pojazdu mechanicznego wszech czasów – motorowerów i motocykli Honda Cub, które od 1958r. do dziś sprzedały się w ponad 100 mln egz.
Historia powstania Hondy – podobnie jak Toyoty – zasługuje na osobny artykuł. Tu wspomnę pokrótce, że zaczęła się ona jeszcze przed wojną i że w jej trakcie Soichiro Honda zaopatrywał cesarską armię. Poza tym jednak żywił ogromną pasję do techniki, a szczególnie silników i pojazdów silnikowych – dlatego w tej dziedzinie błyskawicznie dołączył do światowej czołówki pod względem technicznego zaawansowania, skali produkcji, zadowolenia użytkowników i wyników sportowych.
Pierwszy samochód Hondy – model T360 – pojawił się w czerwcu 1963r. i był pick-upem kategorii kei. Silnik miał oczywiście pojemność 360 cm³ i motocyklowy, skrajnie wysokoobrotowy charakter – rozwijał bowiem aż 30 KM przy niebotycznych 8.500 obrotów na minutę, zapewniając prędkość 100 km/h. Do 1967r. powstało 108.920 egz.
Foto: , Licencja CC
Równolegle był oferowany T500 – z silnikiem półlitrowym, użytym też w późniejszym o kilka miesięcy roadsterze S500.
To kolejna ciekawostka: pierwszy osobowy samochód Hondy był sportową zabawką, a niewiele brakło, by został nią jej pierwszy samochód w ogóle – bo jeszcze przed pick-upami gotowy był prototyp S360, tyle że zmiana przepisów pozbawiła go statusu kei-car, a w tej sytuacji producent wolał opóźnić premierę, by przygotować większy motor.
Honda S500 mierzyła 3.300 x 1.430 mm, a jej 531-centymetrowy silnik miał cztery cylindry, dwa wałki rozrządu w głowicy, cztery motocyklowe gaźniki i kręcił się do 9.500 obrotów, osiągając 44 KM przy 8.500 i 34 Nm przy 4.500 (co przekładało się na maksymalną prędkość 130 km/h i przyspieszenie do setki w 17 sekund). Skrzynia biegów miała pięć przełożeń, a napęd na tylne koła przekazywały… motocyklowe łańcuchy, ukryte w długich wahaczach wzdłużnych. Niezależnie zawieszone były więc wszystkie koła.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: Maysy, Licencja CC
Foto: Maysy, Licencja CC
Honda S500 była prawdziwym fenomenem, który pod względem dynamiki i własności jezdnych przypominał wyścigowy motocykl. W produkcji pozostała do jesieni 1964r. znajdując 1.363 klientów (wyłącznie w Japonii – nigdzie indziej nie była oferowana). Zastąpiła ją 600-centymetrowa wersja S600, a później coupé S800. W międzyczasie powstało też spokrewnione małe kombi L700/800, a później fastback N360/N600, ale całą tę rodzinę wypada przedstawić w osobnym wpisie, który na pewno kiedyś opublikuję.
***
Przedstawiłem tu jedynie główne japońskie marki samochodów – pominąłem nowożytne marki luksusowe i wszystkie te, które już zakończyły działalność. Jednak samo to, co zostało napisane, wystarczy do wykazania, że Japończycy mają ogromne motoryzacyjne tradycje i że bardzo szybko wypracowali swój własny styl (a nawet własne segmenty rynku – w tym zwykle najlepsi są ministrowie finansów ustalający politykę podatkową). Od teraz, gdy ktoś powie, że Azjaci nie potrafią nic ciekawego wymyślić, będziecie wiedzieli, co odpowiedzieć.
Foto tytułowe: public domain
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Patrząc na Mitsubishi A mam w głowie wspomnienie z roku 2017, gdy na stulecie powstania modelu powstała jego współczesna… Replika? Reinterpretacja? W każdym razie coś zbudowanego przez West Coast Customs, czyli tej ekipy tuningującej auta w programie Pimp My Ride – efekt końcowy jest raczej nieporozumieniem, w dodatku ponoć do jego wykonania pocięli oryginalnego Forda T, na co nawet narzekał Złomnik na swojej ówczesnej stronie poznajemysamochody.pl.
Co do Toyoty to dziwi, że ten najstarszy wyprodukowany przez nią samochód udało się wywieźć poza Rosję, a mimo to Toyota jakoś nie walczy o odzyskanie go i umieszczenie w swoich zbiorach, tylko wóz stoi w holenderskim muzeum – no chyba, że jest coś o czym nie wiem.
Uderza jeszcze znikoma skala produkcji wielu z tych „debiutantów”: tego 300, tamtego 150, jeszcze innego ok. 20 sztuk. Skala produkcji bliższa prototypom niż seryjnie produkowanym samochodom – ciekawe jaka była ich żywotność i zaopatrzenie w części.
No i ciekawa jest jeszcze kwestia perspektywy: Subaru 360 było we własnej ojczyźnie bestsellerem i chyba pierwszym kei-carem produkowanym na większą skalę, który odniósł sukces, a poza Japonią regularnie ląduje w rankingach najgorszych aut w historii przez nieszczęsny epizod w USA.
Fordów T jest ponoć w Stanach 100 tys. sztuk – dlatego jak zwykle nie znoszę dewastowania zabytków, tak w przypadku najpospolitszych amerykańców, cytując Dobrego Wojaka Szwejka, „není žádná škoda”.
Co do Toyoty w holenderskim muzeum: nauka zna takie przypadki. Np. oryginalny trójkołowiec Benza, którym jego żona z synami pojechała do Pforzheim, stoi nie u Mercedesa w Stuttgarcie, tylko w Deutsches Museum w Monachium, bo tak w testamencie zapisał Karl Benz. Nie wiem, czy Mercedes próbował go odkupić, ale wątpię, żeby narodowe muzeum niemieckie odsprzedało taki eksponat prywatnej firmie, nawet tak szacownej. Podobnież Porsche Typ 64 – prototyp wszystkich Porszaków świata – znajduje się w prywatnych rękach, bo kiedy właściciel przyjechał z nim pod bramę zakładu (a był staruszkiem bez prawego ramienia) został wygoniony przez portiera, w bardzo niewybredny sposób – i obraził się na firmę całkowicie. Z jednej strony rozumiem, a z drugiej – powinien się obrazić na chamskiego ciecia, a nie na Porsche AG, no ale zrobił jak zrobił.
A co do małej skali produkcji pierwszych japońskich aut wynikała oczywiście z maleńkiego rynku wewnętrznego.
Trudno nie dostrzec analogii z motoryzacją chińską – te pierwsze japońskie auta, to:
1. bezczelne bezlicencyjne kopie (Datsun 10);
2. produkty licencyjne (Nissan 70);
3. auta (przynajmniej stylistycznie) bazujące na zapożyczeniach z konstrukcji zachodnich (Datsun 14 to dla mnie wizualnie Ford V8 model 1933 tylko w mniejszej skali);
4. dziwaczne ulepy (Daihatsu Bee).
Podobnie jak Chińczykom od pierwszych prób do wejścia na rynki zachodnie minęło ok 40 lat.
Zastanawia mnie czy w Japonii przed II WŚ nie było montowni GM – z tego co kojarzę z historii, to armia japońska walcząca w Chinach, jeszcze przed 1941 r. używała sporo ciężarowych Chevroletów.
Chińczycy mają całkiem inną sytuację, bo ich rynek wewnętrzny jest największy w świecie, więc nie ma takiego parcia na podbój USA i Europy, jakie mieli Japończycy. W ich czasach to był mus, bo tylko Zachód kupował samochody masowo, a dziś pomału staje się rezerwatem.
Jak mówi znane polskie przysłowie: Dajchatsu szaradę, a chłopu zegarek.
Super, nie znałem tego 🙂
z początkiem lat ’90 zaproponowano i kupno Hondy S600 z mojego rocznika, a wiec wtedy już ponad 20 letniej. Była świetnie zachowana i miała kosztować ~ 3x moja miesięczna pensje . Pojeździłem ja trochę i bardzo mi się podobała i ten motocyklowy charakter. Ale niestety wtedy była mi za drogo, do dziś mógłbym się za to samemu w d..e ugryź.
O jaki ja wtedy głupi bylem.
Wielu z nas miało takie okazje, ale mozliwości były, jakie były. Gdyby policzyć sam koszt garażu i OC przez te wszystkie lata, plus utrzymania i jakiejś jazdy, a następnie odsetek od tego, to pewnie zakup dzisiaj wcale nie wyszedłby wiele drożej.
@voss. O matko i córko! Jeszcze nie mów, że w Polsce.
nie, ta S600 była do kupienia Niemczech, a teraz to jest ich jak na lekarstwo.
@voss, nigdy tego nie było dużo.
Ta Honda S500 , zwłaszcza w tym kolorze , to jak zmrużyć oczy to istna miniaturka Mercedesa SL 😉
Tutaj https://okiemmaniaka.pl/tokio.php możecie zobaczyć Automo-go z roku 1925, replikę pierwszego samochódu eksportowanego z Japonii. Stoi w muzeum Natury i Nauki w Tokio.
Tutaj są https://okiemmaniaka.pl/nagoya.php moje impresje z muzeum (właściwie z dwóch muzeów) ufundowanych przez Toyotę w Nagoya.
A osobowych kei-car w Japonii obecnie nie widać, tylko dostawczaki.
Bardzo ciekawa relacja i zdjęcia, dziękujemy!!
A tutaj https://cdn.blabler.pl/image/2kCl jest notatka z Horyzontów Techniki z 1965 roku o japońskich samochodach importowanych do USA. Jak ja nie lubię inflacji, komu przeszkadzał Mercedes za $4500.
Też ciekawe!! A co do cen, do amerykańskie auta dało się kupić poniżej 2.000. Przeciętny roczny dochód amerykańskiej rodziny wynosił prawie 7.000…
@SzK, dobra to weź pod uwagę ile w USA kosztują i kosztowały wtedy usługi medyczne i porównaj to z Europą Zachodnią , albo o zgrozo z krajami socjalistycznymi. Bo w ten sposób to zaraz można znowu rzucić zarzutkę, że Fiat 125p w latach 70 kosztował 80 średnich pensji. Tylko inna sprawa, że takim 125p w Warszawie jeździł co obrotniejszy nauczyciel.
Ja już się nie będę kłócił – jak ktoś uważa, że w Polsce żyło się lepiej, to jego sprawa. Ludzie woleli życiem ryzykować i tam żyć jako wieczny nielegalny imigrant za pół minimalnej pensji (i jeszcze pomagać z tego rodzinie w Polsce) niż mieszkać u siebie. A kto nie miał na tyle odwagi, to przynajmniej o tym marzył. Ale ja już nie będę tracił więcej czasu, żeby to przypominać, bo mam ważniejsze rzeczy do roboty.
@SzK, ale ja nie twierdzę, że nie chcieli tam żyć, tylko , że gdyby te samochody były droższe to mniej ludzi by je kupowało bo by ich nie było stać 🙂 W USA nawet za darmo nie urodzisz dziecka, w Europie Zachodniej jak najbardziej. W socjaliźmie niektórym się udawało mieszkać w mieszkaniach zakładowych nie ponosząc żadnych opłat, lub ponosząc minimalne opłaty za energię, które po transformacji ustrojowej byli w stanie wykupić za ułamek wartości rynkowej (nie mówie że wszystkim). Siłą rzeczy amerykanin jeździł samochodem za 6 pensji, Niemiec za 10 pensji, a Polak za 80. Bo był w stanie najwięcej odłożyć.
Nic w świecie, co wymaga czyjejś pracy, nie jest jest „za darmo”. To, że nie wyciągasz portfela z kieszeni w momencie otrzymania czegoś, nie znaczy, że to spada z nieba. Po prostu nie dostajesz za swoją pracę tego, co powinieneś – zabiera to władza, która marny ochłap oddaje w postaci „darmowych” usług, o ile zaskarbisz sobie jej łaski, a reszty nie oglądasz nigdy. To jest bandycki układ, gdzie harujesz na swojego pana, w żaden sposób nie decydujesz o owocach własnej pracy i o własnym życiu, a pan sam decyduje, co Ci się „należy”. Po nieco ponad jednym pokoleniu funkcjonowania tego systemu nie dało się już nawet jedzenia normalnie kupić, tylko zdobywać na czarno (nie mówiąc o czymkolwiek innym). No ale grunt, że „za darmo” było.
Jeśli sam dysponujesz swoimi owocami pracy, to możesz wymagać. Jesteś niezależny i sam decydujesz, jak żyjesz. Płacisz za to, co chcesz dostać, a czego nie chcesz, za to nie płacisz. To jest jedyny uczciwy układ. Mnie się nie mieści w głowie, że mafia, która odbiera ludziom lwią część owoców ich harówki może być uznawana za bohaterów tylko dlatego, że w ogóle nie pokazuje ludziom tego, jak dużo wypracowują – tylko daje im 1/20 z tego i mówi – całujcie po rękach, bo macie „za darmo”. Niewolnik w starożytności też miał utrzymanie „za darmo”, na dokładnie tej samej zasadzie – i wielu wyzwoleńców miało potężny problem z własnym życiem, bo nie potrafili zrozumieć, na czym ono w ogóle polega. W Polsce po 1990r. była identyczna sytuacja i identyczny syndrom u większości ludzi.
Polak nie mógł odłożyć pieniędzy, bo u nas w ogóle nie było czegoś takiego jak pieniądz. Pieniądz to towar służący do wymiany na dowolny inny towar w dowolnym momencie – a tego się nie dało zrobić. Jest to również środek inwestowania – tego też się nie dało. Miernik wartości – w ten sposób ówczesny „pieniądz” nie działał. Środek tezauryzacji – też nie. „Pieniądz” nazywał się pieniądzem, ale nim nie był, bo nie spełniał żadnej jego funkcji. Władza pisała coraz więcej zer na banknotach, ale dało się za nie dostać coraz mniej, mimo że wszyscy pracowali tak samo. Więc to „odkładanie” makulatury było złudzeniem optycznym. Ludzie są ogromnie podatni na takie złudzenia, dlatego władza może od tysięcy lat robić to, co robi, i jeszcze dostawać oklaski.
Czy Polak jeździł samochodem za 80 pensji? Co dziesiąty jeździł. Ostatnio pisaliśmy w jaki sposób – za nielegalne dolary, za zmywak na Zachodzie albo za łaskę władz, ewentualnie za nielegalne dorabianie na miejscu. Bez tego mógł pół życia oszczędzać i dopłacać co roku, a samochodu się nie doczekać. A jeśli go już dostał – to połowa aut stała latami pod plandekami na chodnikach, bo nie było paliwa, olejów, opon, części, nawet Boryga na zimę (mój tata przez lata wlewał wrzątek do chłodnicy rano i spuszczał pod wieczór). Dlatego lepiej było piechotą iść albo do tramwaju (jak ktoś miał tramwaj blisko).
@SzK, absolutnie nie twierdzę, że w PRL żyło się lepiej, tylko zmierzam do tego, że wydanie całych oszczędności na samochód w USA jest wysoce nieodpowiedzialnym zachowaniem (co nie znaczy, że nie ma ludzi którzy tego nie robią ). Wizyta na emergency nieraz potrafi kosztować krocie. Oni są przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy i w większości jakieś tam środki na prywatne ubezpieczenie zostawiają, jednakowoż nie wszyscy, wszędzie są jednostki nieodpowiedzialne.
Wiesz równie dobrze możesz płacić obowiązkową składkę zdrowotną i przez 20 lat nie odwiedzić lekarza, a równie dobrze możesz ulec wypadkowi po roku pracy zawodowej i wymagać kosztownej operacji. Wiadomo, że w Polsce mamy ogromny niedobór lekarzy i wiemy jakie są terminy na NFZ i, że w pierwszej kolejności zrobią Ci jedynie pilne zabiegi, no ale zawsze. Jakiś tam gwarant podstawowej opieki zdrowotnej jest.
Usługi medyczne to temat rzeka, naprawdę nie da się opisać tego dokładnie w takiej dyskusji w komentarzach, jednakże spróbuję kilka punktów napisać.
Dzisiejsze USA to nie jest USA sprzed kilkudziesięciu lat. Kiedyś rynek medyczny działał tam tak samo jak każdy inny – wybierałeś lekarza według jego opinii i ceny, jak sklep spożywczy, samochód albo fryzjera. Temat bankructw z powodu choroby wtedy nie istniał, chyba że ktoś naprawdę olał całkowicie sprawę ubezpieczenia, ale każdy myślący człowiek wiedział, że tego się nie robi, tak samo jak nie bierze się heroiny albo nie stawia całej wypłaty na pojedynczy numer w ruletce. Jeśli to robisz, nikt Cię nie żałuje, tylko puka się w czoło.
Zmieniło się to pod koniec stulecia, kiedy rynek medyczny opanowały zrzeszenia lekarzy niedopuszczające ludzi spoza. Coś jak średniowieczne cechy albo każdy inny monopol. Ceny poszybowały wtedy do niebotycznych wielkości, jak to w monopolu. To jest patologia, spowodowana faktycznym niedziałaniem w Stanach prawa antymonopolowego – ale jak mówię, to jest zaprzeczenie wolnej gospodarki. Tak nie było zawsze.
A co do naszego NFZ, to jest to również monopol. Nieprawda, że „darmowy” – jest znacznie droższy od normalnej usługi na rynku, tylko cena jest przed nami ukryta. Ten sam myk, który opisywałem w poprzednim komentarzu – dostajemy jawnie, a dajemy w sposób ukryty, nie zdając sobie sprawy. Nie, nie tylko „składkę zdrowotną” dajemy – NFZ i ZUS mają wieczny deficyt pokrywany z budżetu, więc płacimy na nie w podatku dochodowym, w VATcie na każdym paragonie ze sklepu, itp., bo to de facto jest jeden worek. ZUS i NFZ zatrudniają ponad 50 tys. ludzi, utrzymują setki marmurowych budynków, limuzyn służbowych itp., a za samo meritum też przepłacają – bo mogą. Pieniądze z naszej kieszeni zabierają siłą, bez związku ze świadczonymi usługami, więc robią co chcą. Skracają listy leków refundowanych, wydłużają terminy – a my nie możemy wybrać konkurencji, nie możemy wziąć ryzyka na siebie, nie mamy żadnego wyjścia.
Dawna dziewczyna mojego brata pracowała u dostawcy sprzętu medycznego. Pokazywała mi ceny płacone przez NFZ za głupie strzykawki jednorazowe. To było lata temu, nie pamiętam dokładnych kwot, ale strzykawka w hurcie dla NFZ, na zamówieniu na dziesiątki tysięcy sztuk, kosztowała 500 czy 700% detalicznej ceny aptecznej (ten rząd wielkości). Podpisuje się takie kontrakty z wiadomych powodów – ktoś rozporządzający nie swoimi pieniędzmi nie ma interesu w tym, żeby je wydać efektywnie.
Gdybyśmy sami sobie strzykawki kupowali, oszczędzilibyśmy 3/4 pieniędzy. Podobnież jeśli ubezpieczyciele musieliby z sobą konkurować – ale mamy tylko jednego, więc jest jak jest. Zawałowcy dostają terminy u kardiologa za pół roku, po 50 latach płacenia gigantycznych kwot – i nie ma szans na reklamację, podczas gdy na normalnym rynku wiesz za co płacisz i możesz wymagać, albo żądać milionowych odszkodowań w razie niewywiązania się. Tyle że to musi być prawdziwa konkurencja – jak w Stanach 60 lat temu, a nie jak w Stanach dzisiaj.
@SzK, Ok dzięki , że opisałeś mi jak to wyglądało kiedyś. Dzisiaj o bankructwach z powodu choroby się co raz słyszy.
Cóż w Polsce też lekarze zawiązują kartele, bo tak fachowo się nazywa takie działanie. Wszystko jest kwestią tego, że dostęp do zawodu lekarza jest wysoce limitowany. Przychodnie w powiatowych miastach zabijają się o lekarza. Przykładowo dla szpitala w Koninie zadłużonego na ponad 40 mln złotych pracuje lekarz na kontrakcie 2 mln rocznie. Czy nie jest to skrajna niegospodarność? U mnie w Białymstoku duża część naprawdę drogich aut to auta lekarzy jak np. M4, SLS AMG itp.
W sumie zaciekawił mnie ten stosunek cen: 2000 do 7000. Wydaje się, że to przepaść, ale…
Jest to ok. 28%. I teraz: jeżeli średnia w Polsce wynosi 6112, czyli średni przychód roczny to 146 ,688 (2 osoby ze średnią) podczas gdy da się kupić auto poniżej 70 tys. (Dacia Sandero startuje od 64 tys.) to jest to aż 48%.
Zgoda, tylko małe „ale”. To jest w Polsce. Nie w zachodniej Europie. W takiej Francji obecnie średnia w przeliczeniu na złotówki to ok. 11400. Czyli roczny przychód gospodarstwa domowego to niecałe 274 tys. A ceny aut są dość podobne. I uzyskujemy… Uwaga: ok. 25%. Poniekąd lepiej niż w USA w tamtym czasie, a w każdym razie podobnie.
Oczywiście – to nie jest analiza ekonomiczna, bo musimy pamiętać o masie innych czynników. Ja piszę o średnich, nie medianach. Nie uwzględniam cen usług i siły nabywczej per se. No i tego, że kompletnie czym innym był taki amerykański samochód z owego czasu a czym innym jest ten europejski dzisiaj. (Są różnice na plus i na minus w obu przypadkach).
Taka tam dygresja z rana…
Masz rację: takie porównania są bardzo trudne, bo zmieniają się wszystkie relacje.
Przede wszystkim w USA za 2000 dolarów był 5,2-metrowy krążownik z V8 i toną chromu, dziś za to mamy tonę elektroniki. Trudno powiedzieć, co droższe. Ale najważniejszą wg mnie różnicą jest to, że w dawnej Ameryce zamężne kobiety prawie nigdy nie zarabiały, więc dochód gospodarstwa domowego pochodził z jednej pensji, a w późniejszym wieku w coraz większym stopniu z jakichś inwestycji. Dziś pensje w dużej większości domów są dwie i to zupełnie zmienia rachunek typu „ile trzeba pracować na to czy tamto”.
Właśnie to jest coś co mnie zastanawiało, a na co ciężko mi znaleźć odpowiedź: w tamtych czasach faktycznie kobiety znacznie rzadziej pracowały. Czy jednak to w związku z tym pensje mężczyzn były relatywnie wyższe (ok, bardziej chodzi o siłę nabywczą a nie samą wysokość zarobków)?
W związku z tym mniej pracowano, tylko znowu pojawia się zagwozdka: czy pracujemy ciężej / więcej czy nie? Bo z jednej strony w pracy umysłowej jest o tyle ciężko, że jesteśmy przeładowani informacjami: tu dzwoni telefon, tam komunikator a jednocześnie robimy trzy raporty naraz i mamy dwa meetingi. Ale z drugiej strony, bywa, że można też czasem zasuwać mniej (w jednej z wcześniejszych firm rzadko kiedy pracowałem dłużej niż 4 godziny dziennie – średnią miałem pewnie około trzech. Na całym etacie). Czy podobny analityk / księgowy mógł w tamtym okresie pracować na tyle luźno? Szczerze – nie wiem.
No i odnośnie tych niepracujących kobiet: czy one w związku z tym nudziły się? Czy wykonywały część prac domowych, które dzisiaj można przyspieszyć wielokrotnie (aczkolwiek nie wszystkie, rzecz jasna).
Z historycznego punktu widzenia: czytałem, że w wielu epokach ludzie tak naprawdę pracowali relatywnie mniej niż to ma miejsce dzisiaj. O ile ktoś faktycznie zasuwa cięgiem 8 godzin na etacie i robi nadgodziny, bądź fizycznie tłucze po 10 godzin dziennie i więcej. A nie każdy tak jednak ma.
Pensja człowieka zależy od jego produktywności, a nie od tego, czy jego żona pracuje. Jeśli idziesz do sklepu, to pytasz sprzedawcę jaki ma towar, a nie jaki jest jego stan cywilny, liczba dzieci ani posiadanych dyplomów. Nie dopłacasz wielodzietnemu piekarzowi za bułki, tylko idziesz do tańszego, prawda?
Generalnie kiedyś na życie wydawało się znacznie większą część pensji niż dziś, tyle że nie istniało wiele wydatków, które dziś uważamy za podstawowe. Nie latało się na wakacje w tropiki, nie kupowało się markowych ciuchów i butów co chwilę, bo jedne wystarczały na piętnaście lat, a meble na dwa pokolenia (chociaż były droższe). Dzieci było dużo i wszystkie trzeba było wyżywić, ale jadło się chleb z musztardą albo smalcem, a na obiad leniwe albo ziemniaki z kefirem i to było normalne. Dziecięce ubrania przechodziły przez rodzeństwo i kuzynów. Zabawkami były drewniane klocki i szmaciane lalki, a nie Barbie, smartfony, laptopy i quady, nie było też pozalekcyjnych zajęć dla dzieci i wszystkich dzisiejszych fanaberii. Poza tym zachodnie państwa odbierały ludziom 10% PKB w latach międzywojennych i 25% w 50-tych, a nie 50-60% jak dziś. Dziś przez pół roku w roku pracujemy na władzę – ewentualnie kobieta pracuje na nią non-stop, podczas gdy tylko facet na rodzinę (albo odwrotnie). Obrazowo ujmując.
Ludzie na przestrzeni XX wieku ogólnie pracowali coraz mniej, co wynikało ze wzrostu produktywności. Jedynym zaburzeniem tego trendu było w USA kryzysowe zmniejszenie wymiaru pracy w latach 30-tych (przejściowo nawet poniżej 40h tygodniowo), a zaraz potem skokowe silne zwiększenie w czasie wojny, kiedy wydajność przemysłu decydowała o przetrwaniu cywilizacji. Ale ogólny trend był przez całe stulecie w dół, są na ten temat dane do znalezienia w necie. Największy spadek wywołała fordowska produkcja masowa po I wojnie światowej, bo ogólnie w gospodarce chodzi cały czas po prostu o wydajność.
Co do kobiet: my mamy trochę wypaczony obraz, bo u nas – tzn. w RWPG – od czasów wojny pracowała większość pań (bo a) kolektywizm polegał na siłowym niwelowaniu wszelkich różnic między ludźmi, b) przy niskiej wydajności pracy trzeba było zatrudnić więcej ludzi, a mobilizacja kobiet podwajała siłę roboczą kraju). Na Zachodzie aż do końca stulecia nie było takiej presji, więc do dziś liczba „zawodowych gospodyń domowych” jest większa niż u nas – chociaż to o nas się mówi, żeśmy „zacofani”, bo tak wypada (na stanowiskach kierowniczych to już w ogóle u nas jest ewenement, ale sam pracujesz w korporacji to wiesz, że team leaderki i managerki to norma, na Zachodzie absolutnie tak nie jest).
Nie, gospodynie się nie nudziły – rodziły więcej dzieci i wychowywały je, a faceci w domu nie robili kompletnie nic, po powrocie z roboty siedzieli na kanapie z gazetą. Taki był podział – facet zarabia na dom i w zamian dostaje pod nos wszystko. Kobiety miały w domu więcej roboty niż dziś, bo sprzętu AGD było mniej, a po zakupy biegało się codziennie po wielu sklepach – z braku lodówek, wielkich centrów handlowych oraz samochodów do dojeżdżania do nich i odwożenia dzieci do szkół. Do tego każdy w domu jadł o innej porze (dzieci ze szkoły wracały wcześniej niż mąż z pracy) i każdego trzeba było obsłużyć osobno, bez mikrofalówek. To oczywiście z czasem się zmieniało, dzietność spadała, sprzęt się unowocześniał, ale kobiety wcale lekko nie miały.
Dziś kobiety muszą pracować jak faceci, więc problem jest inny – nie rodzą dzieci, bo „jak ja to z pracą połączę”. Nie, nie uważam że one nie powinny pracować (moja żona jest zawodowo obrotniejsza ode mnie, przez większość życia zarabiała więcej – i ja bardzo się z jej sukcesów cieszę, sam z nich zresztą korzystając), natomiast każdy kij ma dwa końce i nie wiadomo, jak się w kolejnych pokoleniach skończy wskaźnik dzietności na poziomie 1,1. Być może coś się zmieni, bo żaden trend nie trwa wiecznie, ale nie wiem, co by go mogło odwrócić.
Jeśli chodzi o codzienne życie 60 lat temu w Stanach – bardzo polecam serial „Cudowne Lata”. Oczywiście to jest fikcja, ale wg samych Amerykanów bardzo dobrze oddająca rzeczywistość lat 60-tych i 70-tych.
Bardzo ciekawa dyskusja. Pozwolę sobie dołączyć. Mnie też zawsze zastanawiało, jak to jest, że kiedyś robotnika było stać na to co produkuje. Albo robotnik utrzymywał całą rodzinę tylko swoją pracą, a listonosz w Prusach za rok pracy mógł wystawić sobie domek (ja wiem, że instalacji mniej, izolacji mniej itp.). I co poszło nie tak, że dzisiaj bardzo często musi pracować dwójka ludzi, żeby utrzymać mniej liczne gospodarstwo domowe niż kiedyś. Intuicyjnie przeczuwałem, że ktoś zabiera więcej z owoców pracy. Co Szczepan potwierdził wzrostami podatków. A przypuszczam także, że bardzo ekskluzywne grono nazwijmy ich „akcjonariuszy” czerpie niebotyczne korzyści coraz więcej wykrawając z tortu o nazwie produktywność. Jest też taka ciekawa stronka „co się do cholery stało w 1971 kropka com” z wieloma danymi przedstawionymi w formie graficznej. Nie jestem w stanie zweryfikować, czy są prawdziwe, ale lektura jest bardzo interesująca.
Innym możliwym powodem, że dwójka ludzi musi pracować jest intensywnie propagowany konsumpcjonizm. Nie mnie oceniać co kto robi ani tym bardziej zalecać jakiegoś stylu życia, ale wybór często sprowadza się do osi – więcej mniej. A w rzeczywistości poruszamy się po płaszczyźnie albo i przestrzeni.
Przykład: mąż i żona pracują. Dochód jest oczywiście większy, ale wzrastają też koszty związane z opieką szklono / przedszkolną dzieci. I tu się poruszamy tylko na tej osi, dajmy na to jest na plus. Ale wejdźmy teraz na płaszczyznę, większy stres i pośpiech, częste choroby, możliwe pogorszenie relacji rodzinnych, jakieś zaburzenia u dzieci itp. To też są koszty, tylko niewyrażalne w $, więc często pomijane w całościowej analizie.
Artykuł bardzo ciekawy, ale trudno skomentować, bo nie mam żadnej wiedzy na temat Japonii. Ciekawym jest, że często przedsiębiorstwa mechaniczne zaczynały od produkcji krosien. Wnioskuję, że to była gospodarka raczej rolnicza i ktoś położył silny nacisk na rozwój.
Tak, zgadzam się z diagnozą: ogromnie wzrosły nasze konsumpcyjne aspiracje oraz koszty utrzymania państwa, które w najbardziej postępowych krajach naprawdę zabiera ludziom więcej niż zostawia.
Co do akcjonariuszy: każdy z nas może nim zostać, kupując akcje za choćby 100 zł. Ale to się niekoniecznie opłaca, bo na akcje dochodowych przedsiębiorstw chętni są wszyscy, co winduje ich cenę do niebotycznych poziomów.
Przykładowo takie Google zarobiło w 2024r. 100 mld dolarów, obracając kapitałem własnym w wysokości 325 mld. Relacja 30% – niesamowity zwrot z inwestycji, całość nakładu w nieco ponad trzy lata. Ale-ale: żeby się dorwać do tego tortu, musisz kogoś przekonać, żeby Ci akcje Google sprzedał, a to przecież kura znosząca złote jaja. No więc aktualnie przepłaca się ponad 10x – tzn. akcja kosztuje ponad 10-krotność przypadającej na nią części kapitału firmy (wartość giełdowa wszystkich akcji – prawie 4 bln $). W tej sytuacji wychodzi całe 3% rocznie, z czego firma de facto wypłaca 1/10 – a resztę zachowuje u siebie (to wciąż majątek akcjonariuszy, no ale używany przez firmę, nie do własnej dyspozycji). Czyli – interes jest, ale lokata bankowa w sumie nie gorsza.
Dlaczego? Bo Google prawie na pewno będzie zarabiać, i to coraz więcej – ryzyko jest minimalne, a zwrot z inwestycji zawsze zależy właśnie od ryzyka. Jeśli jest gdzieś pewny interes, wszyscy się na niego rzucają, co podnosi cenę jak u Google. Jeśli są jakieś tanie akcje – to tylko takich firm, które ponoszą straty i mają małe szanse na uzdrowienie. Jeśli się im uda, inwestorzy zarobią krocie, ale jeśli nie… To jak stawianie na pojedynczy numer w ruletce.
Tak to wygląda z tymi akcjonariuszami i ich zyskami 🙂
Zgadzam się, że niesamowicie wzrosły koszty życia, ale też jego jakość. Współczesny przedstawiciel klasy średniej podróżuje dalej, widzi więcej i jada lepiej niż koronowane głowy w początkach XX wieku, a jego samochód ma lepsze osiągi i wyposażenie niż Cadillac Roosevelta. Kiedyś robotnik w USA mógł z jednej pensji zarobić na Forda T, ale jadł chleb ze smalcem, jedno ubranie służyło mu przez cały rok, a rozrywka ograniczała się do sobotniego piwa w barze.
Oczywiście, pełna zgoda, żyje się nam nieporównanie lepiej. Tyle że na Zachodzie cały ten wzrost nastąpił w wieku XX, od jego początku już niestety jest zjazd, i to widoczny. U nas oczywiście nie, bo nasz rozwój zaczął się wtedy, kiedy u nich już wyhamował.
Daihatsu Bee wygląda jak jakiś przodek marki Mitsuoka
Mitsuoka nie wzięła się z próżni – tak to właśnie kiedyś w Japonii wyglądało 🙂
Mi sie akurat podoba.
Jakby eszcze miało komplet kół 😉
Włókno szklane to wtedy był high tech, odpowiednik dzisiejszych włókien weglowych czy kevlaru (TM).
Szkoda, że z takiej różnorodności oferty, dziś na rynku europejskim pośród producentów japońskich pozostało…niewiele.
@D. Bo się najzwyczajniej w świecie rynek europejski dla japońskich producentów nie opłaca.
BTW. Jeżeli chodzi sensu stricte o polski rynek, to dzisiaj Civic na nim jest droższy od BMW serii 1. Nie muszę podkreślać do jakiego salonu uda się w pierwszej kolejności przeciętny Polak. Sam się dziwie, że Honda w Polsce jeszcze nie zamknęła przedstawicielstwa. Fakt faktem, że motocykle dobrze się sprzedają.
Chat GPT podaje szacunkową liczbę zarejestrowanych BMW 1 na 2025: 3000 – 6000. Dla Hondy Civic: 2000 – 4000 (nie ma jeszcze dokładnych danych per model, są tylko per marka).
Do tego ciekawostka: w pierwszym półroczu 2025 spredaż Hondy wzrosła o 40% rok do roku.
Nie skreślałbym tego producenta zbyt pobieżnie.
@Daozi, no dobra, ale Honda ma jednak mniejszą ofertę modelową niż BMW, zobacz ile sprzedano trójek. Tak naprawdę sprzedaż niemieckich premiumów w Polsce to efekt nie nie wiadomo jakiego wzrostu zamożności Polaków , a faktu, że te auta podrożały tak naprawdę najmniej. Pamiętam w cenniku z 2004 E46 sedan startował jakoś od 106 tys. Kompakt kosztował od 90 tys. jakoś. W cenniku z 1997 który mam przed sobą E36 kompakt z dychawicznym 1,6 to koszt ok. 80 tys. , a sedan w bieda wersji ok. 90 tys. Za takie pieniądze miałeś dobrze wyposażoną 170konną Vectrę 2,5 (gdzie i tak gro sprzedaży Vectry w Polsce to były bieda wersje). Auto jednak nowsze konstrukcyjnie. Nie wiem kto w takich warunkach kupował E36 z korbami i czarnymi zderzakami. Chociaż jakieś tam zdjęcia E36 na czarnych latają po internecie. Natomiast dzisiaj BMW 318i w Mpakiecie masz za 180 tysięcy.
W całym rozwoju japońskiej motoryzacji jednak zdumiewa fakt, że w przeciwieństwie do Koreańczyków nie korzystali oni z zachodnioeuropejskich licencji. Fascynujące jest jak potrafili szturmem wdać się na rynek opanowany już przez gigantów z USA i Europy. Szkoda że nie opisałeś powstania Lexusa hah.
No czekamy na artykuł o Hondzie. I gdzie by dzisiaj ta marka była gdyby nie kryzys paliwowy.
Oczywiście że był artykuł o Lexusie:
https://automobilownia.pl/pomniki-trwalsze-niz-ze-spizu-conquest-of-paradise/
Z licencji nie korzystali, ale początkowo zrzynali na całego. No i jeździli na praktyki do Stanów (do Europy też, chociaż rzadziej), w pierwszej połowie XX wieku. „Licencje” przywozili więc w głowach. Azjaci są ogromnie efektywni w uczeniu się od innych, a potem w wyciąganiu wniosków z niedociągnięć. Stąd taka jakość ich produktów.
@SzK, tylko pytanie na ile to uwarunkowania czysto genetyczne. Moim zdaniem jednak próba przeszczepienia Azjatyckcich wzorców na europejskie przedsiębiorstwa to zguba. Tak popularna filozofia Kaizen jest totalnie źle rozumiana przez europejskich korpo-menadżerów.
Jakieś licencje chyba początkowo były – chodzi mi po głowie, że tuż po wojnie produkowano licencyjnie Renault 4cv i Renault Dauphine, chociaż faktycznie wiele tego nie było..
Prawda, dobrze pamiętasz
W książce Wheels (Autogang – kto wymyślił ten tytuł przekładu) z 1971 roku Arthur Hailey opisuje, jak inżynierowie u amerykańskiego producenta samochodów oglądają rozłożone na części samochody konkurencji:
„Volkswagen rozłożony na płytach, które technik wysunął, był nowym modelem.
Technik zameldował, marszcząc chmurnie brwi.
– Rozkładam volkswageny od lat. Za każdym razem jest tak samo: jakość jest zawsze tak samo cholernie dobra.
Brett przytaknął.
– Żebyśmy tak mogli powiedzieć to samo o naszej.
– Też bym tego chciał, panie DeLosanto. Ale nie możemy. Przynajmniej, nie tutaj.”
Ale w temacie:
„Obejrzeli niektóre części importowanego z Japonii samochodu: trzeciego, który tu przyszli obejrzeć.
– Opakowana sznurkiem i drutem kupa złomu – zawyrokował Brett.
– Powiem panu jedno. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek, na kim mi zależy, jeździł
czymś takim. To motocykl na czterech kółkach i w dodatku słaby.”
Szkoda tylko, nie wiadomo, jaki samochód rozkładali…
Powstaje pytanie czy to prawdziwy dialog i czy jakiś producent sponsorował ten konkretny fragment książki – ten zacytowany dialog o japońskiej tandecie” przypomina mi zrobiony nie tak dawno program telewizyjny, gdzie dziennikarz „przypadkowo wyrwał kolumnę kierowniczą jednego z chińskich samochodów – jakoś nie wierzę w przypadki.
Tego się niestety nie dowiemy. Wpadki jakościowe są powszechne, ale sponsoring dokładnie tak samo. Może to autentyczna wtopa, może ktoś za to zapłacił, a może są to po prostu poglądy autora, które każdy ma prawo wyrażać w dziele literackim.
Ostatnio w polskiej blogosferze motoryzacyjnej wybuchła burza na temat sponsorowania artykułów, gdzie kilka rzeczy zostało powiedzianych wprost (tzn. rzeczy oczywistych, ale nigdy dotąd nie potwierdzanych tak dobitnie). Na szczęście Automobilownia nie bierze od nikogo pieniędzy (chyba że ktoś dobrowolnie i anonimowo kawę postawi), więc wszelkie uprzedzenia i niesprawiedliwości mogą pochodzić wyłącznie ode mnie samego i nie są przez nikogo wynagradzane 😀
Serwis https://okiemmaniaka.pl ma nowe strony. Komentujcie proszę, chwalcie, plujcie jadem, cokolwiek…
Dodałem moje refleksje z Muzem Motoryzacji w Otrębusach. Jaki to ma związek z wątkiem? Niewielki, w tym muzeum wśród setek samochodów jest dokładnie jeden japoński.