LOKALNI HEROSI: RAKIETY, V8 I ROCK’N’ROLL

 

Słowo „rakieta” pochodzi z języka włoskiego, gdzie „rocchetto” oznaczało kiedyś „zwój” lub „szpulkę”. Sam wynalazek jest jednak chiński, a pojawił się już w X wieku – w czasie, kiedy przodkowie Polaków kopali po lasach ziemianki i mieszkali w nich wraz ze świniami.

Chińczycy nie znali newtonowskich praw dynamiki, jednak rakiety klecili instynktownie, odkąd tylko wynaleźli proch strzelniczy. Z początku używali ich do zabawy, jako fajerwerków, ale w XIII stuleciu mieli już wyspecjalizowane wojska rakietowe (!!) – które wprawdzie nadal nie rozumiały, dlaczego ich zabawki latają, ale potrafiły nieźle pogonić kota przeciwnikom. Na przykład Mongołom, którzy jednak szybko opanowali tę samą technologię i przynieśli ją również do Europy.

Tutaj rakiety przejęła armia osmańska. Na Zachodzie opisywał je XIII-wieczny uczony angielski, Roger Bacon, a potem Polak, Kazimierz Siemienowicz: jego dzieło z 1650r. pt. „Wielka sztuka artylerii” wojskowi studiowali jeszcze w połowie XIX wieku, ucząc się budowy i charakterystyk balistycznych różnych rodzajów rakiet (w tym wielostopniowych). Inny Polak – a dokładniej Rosjanin polskiego pochodzenia, Konstanty Ciołkowski – w 1903r. opracował teorię ruchu rakiet z uwzględnieniem wpływu pola grawitacyjnego, oporu atmosfery i zmniejszania się masy w miarę wypalania paliwa. Wymyślił też stabilizację żyroskopową i różne rodzaje rakietowych paliw ciekłych, których spalanie – inaczej niż prochu strzelniczego – daje się precyzyjnie kontrolować.

Praca Ciołkowskiego powstała jeszcze przed pierwszym udanym lotem braci Wright. Nie wyobrażam więc sobie, jak szokowała wtedy teza autora, że właśnie rakieta, jako jedyny z ówcześnie znanych rodzajów napędu, może posłużyć do odbywania lotów kosmicznych (brak atmosfery w niczym mu nie przeszkadza, bo wbrew wszechobecnym w Internecie farmazonom silnik rakietowy nie pobiera żadnych substancji z otoczenia – posiada własny zapas zarówno paliwa, jak i utleniacza, niezależny od tlenu atmosferycznego). Od tamtej pory słowo „rakieta” nabrało prawdziwie magicznej wymowy. Choć tak naprawdę miało ją już wcześniej.

Już w 1829r. Anglik Robert Stephenson zbudował innowacyjną parową lokomotywę – między innymi z nowym, wydajniejszym rodzajem kotła (z pojedynczą płomienicą otoczoną płaszczem wodnym) i wpuszczaniem zużytej pary w komin, dla wzmocnienia ciągu i poprawy efektywności spalania. Wehikuł ważył 4,3 tony, osiągał moc 13 KM i niewiarygodną wówczas prędkość 30 mph. Dla tak przełomowej maszyny – od której de facto rozpoczęła się praktyczna historia kolejnictwa – Stephenson nie znalazł nazwy lepszej od The Rocket (na zdjęciu – The Rocket w obecnym stanie zachowania, po wielu przebudowach).

Foto: William M. Connolley, Licencja CC

Jeżeli ktoś uważa, że pojazd rozwijający 30 mph nie zasługuje na miano Rakiety, powinien poznać rekordowy bolid Stanley Rocket, który w 1906r. jako pierwszy przekroczył prędkość 200 km/h. Jego napęd też stanowiła maszyna parowa: dwucylindrowa, o mocy 150 KM przy roboczym ciśnieniu 70 atmosfer i temperaturze 370ºC. Masa całości nie przekraczała 760 kg, a aerodynamika była doskonała: największy przekrój nadwozia wynosił 90 cm, a poza jego obrys wystawały jedynie 34-calowe koła. Rekordzista, niejaki Fred Marriott, został najszybszym człowiekiem na Ziemi, ale rok później omal nie zginął, prowadząc zmodyfikowaną „Rakietę” z zamiarem przekroczenia 300 km/h.

Foto: public domain

Na ironię zakrawa fakt, że prawdziwe rakiety były wtedy bardzo nieefektywne: dopiero w 1917r. niejaki Robert Goddard z amerykańskiej Smithsonian Institution opatentował tzw. dysze de Lavala, nadające strumieniowi gazów prędkość ponaddźwiękową i podnoszące sprawność energetyczną rakiet z 2 do ponad 60%. Poza tym jako pierwszy zbudował proponowane przez Ciołkowskiego rakiety na paliwo ciekłe, z możliwością regulacji ciągu, aż do jego całkowitego wyłączenia.

Rakiety stawały się coraz bardziej fascynujące, ale też coraz groźniejsze – bo poza marginalnym zastosowaniem zabawowym wciąż wykorzystywano je wyłącznie na wojnie, do niszczenia ludzkich dzieł i ludzkiego życia. Zwłaszcza w czasie II wojny światowej rakiety zmieniły pole bitwy: Rosjanie opracowali słynne Katiusze, a Niemcy – między innymi pociski V1 i V2, z pomocą których atakowali alianckie miasta (przede wszystkim Londyn). Ich główny konstruktor, Wernher von Braun, mimo swego jawnego oddania nazistowskiej ideologii, został po wojnie zwerbowany przez Amerykanów i zatrudniony jako szef ich własnego programu rakietowego, uwieńczonego w 1969r. lądowaniem człowieka na Księżycu. Które to lądowanie było oczywiście jedynie „misją poboczną” – bo główny cel rozwoju technologii rakietowej stanowiło przenoszenie głowic jądrowych w dowolne miejsce kuli ziemskiej.

***

Ponuro się zrobiło: wojna, hitlerowcy, V2, a następnie wyścig nuklearny, czyli wiszący nad całą ludzkością miecz Damoklesa. Amerykańska kultura masowa widziała to oczywiście inaczej: w czasach, które na blogu określam Epoką Chromu, technologie atomowe, ponaddźwiękowe i rakietowe symbolizowały raczej szeroko rozumiany postęp – naukowy, technologiczny i gospodarczy, który miał się przekładać na powszechny dobrobyt. No i zasadniczo się przekładał: w USA nawet najtajniejsze projekty militarne realizowały konkurujące z sobą firmy prywatne, które masowo monetyzowały patenty opracowane na potrzeby wojskowych kontraktów, dostarczając konsumentom coraz to nowocześniejszych i tańszych produktów – od teflonowych żelazek i patelni, poprzez odzież z gore-texu po satelitarną telewizję i nawigację. Inaczej niż w ZSRR i innych reżimach autorytarnych, gdzie sprawy wojskowe nie miały prawa wydostać się poza obszar ośrodków ściśle strzeżonych i nierzadko oficjalnie nieistniejących – więc zamiast gospodarkę napędzać, jedynie ją obciążały. To samo zresztą tyczy się nie tylko armii. Podstawowa różnica między wolnością i zniewoleniem polega mianowicie na swobodzie korzystania z owoców pracy: tam, gdzie można dowolnie gospodarować i dysponować plonami, każda praca pomnaża ludzki dobrobyt, a tam, gdzie pracę i jej owoce rozdziela władza – przymusowy wysiłek nie przynosi nikomu korzyści, tylko staje się kulą u nogi.

W zimnowojennej Ameryce technologiczno-gospodarczy entuzjazm był powszechny: widać go w ówczesnej literaturze, kinie (z kreskówkami dla dzieci włącznie), w architekturze, przemysłowym wzornictwie i oczywiście przekazie marketingowym. Gdy USA ścigały się z Sowietami o prymat w dziedzinie strategicznych bombowców i międzykontynentalnych rakiet, medialny mainstream zalewał gatunek science-fiction, a Wielka Trójka z Detroit stylizowała swe samochody na ponaddźwiękowe odrzutowce. Skrzydlate, ociekające chromem, wspomagające i automatyzujące coraz to kolejne czynności kierowcy, a także oczywiście coraz mocniejsze i szybsze – zupełnie jak rakiety. Rakietą nazwano nawet model, który niepostrzeżenie otwarł nową automobilową epokę: Oldsmobile Rocket 88, rocznik ’49.

Z dzisiejszej perspektywy Oldsmobile Rocket 88 nie powala ani swym wyglądem ani mocą 135 KM. Warto jednak pamiętać, że w tamtym czasie transatlantycki ruch pasażerski odbywał się niemal wyłącznie statkami, a pierwszy telefoniczny kabel przez ocean położono dopiero siedem lat później. Amerykańskie salony samochodowe prawie nie sprzedawały jeszcze modeli innych niż przedwojenne, a na ich tle nowy Oldsmobile był najprawdziwszą rakietą.

Foto: materiał producenta

***

Pod amerykańskie strzechy silnik V8 trafił już w 1932r. – za sprawą niezwykle śmiałego posunięcia Forda, który w apogeum Wielkiego Kryzysu zaoferował taką ekstrawagancję w swym podstawowym modelu. Wtedy chodziło o niezwykle prostą, 3,6-litrową konstrukcję dolnozaworową, rozwijającą 65 KM – co dziś wydaje się śmiesznie mało, ale wtedy o ponad 60% przewyższało poprzednika, czterocylindrowy Model A.

Ówczesne masowe samochody z Detroit były napędzane rzędowymi szóstkami, przeważnie dolnozaworowymi (z istotnym wyjątkiem Chevroleta), o sprężaniu 6-6,5:1. Fordowski flathead V8 był rodzynkiem, ale i on miał zawory w kadłubie, więc konkurenci szybko go dogonili i w przededniu wojny wszyscy oferowali podobne moce, w granicach 90 KM. Należący do klasy średniej Oldsmobile kusił już rzędową ósemką rozwijającą 110 KM, ale w większym i cięższym nadwoziu. O pozycjonowaniu decydowała nie tyle dynamika, co gabaryty i komfort (a Oldsmobile od rocznika ’40 oferował pierwszą w świecie automatyczną skrzynię Hydramatic).

Po wojnie priorytety się zmieniły: mimo że nabywcy nowych aut dalej nosili szare garnitury i kapelusze, a pierwszymi Mustangami miały jeździć dopiero ich rodzące się właśnie dzieci i wnuki, to atmosfera wyścigu zbrojeń udzielała się wszystkim. Apetyty dodatkowo zaostrzało czekanie: modele powojenne Wielka Trójka pokazała dopiero w sezonie ’49, czyli jesienią 1948r. To było ponad sześć niezwykle długich lat, naznaczonych niespotykaną dotąd w Stanach reglamentacją żywności, benzyny i doraźnym drutowaniem starych wraków – bo ówczesne samochody w wieku siedmiu czy ośmiu lat były już zwykle prawdziwymi wrakami.

Zaprezentowany w 1949r. silnik Rocket V8 wywołał rewolucję nie mniejszą niż 17 lat wcześniej fordowski dolniak: miał aż pięć litrów pojemności (303 cale sześcienne), rozrząd OHV z hydraulicznymi popychaczami, nadkwadratowe cylindry (95 x 87,3 mm), aluminiowe tłoki i sprężanie 7,25:1 – każda z tych cech była godna uwagi, a ich kombinacja wręcz szokowała. Początkowo, przy gaźniku dwuprzelotowym, Rocket V8 rozwijał 135 KM przy 3.600 obrotach i 340 Nm przy 1.800. Po dwóch latach i przejściu na gaźnik czteroprzelotowy było to już 160 KM i 360 Nm, a w 1952r. podniesienie sprężania na 8:1 dało 165 KM i 375 Nm. Charakterystyczne zielone malowanie ze złotymi pokrywami zaworów stosowano jednak tylko na samym początku.

Foto: Aaron Headly, Licencja CC

303-calowe V8 miało się nazywać Kettering Power – od nazwiska swego konstruktora, słynnego Charlesa Ketteringa. Polityka koncernu zabraniała jednak reklamować produktów nazwiskami pracowników, bo co gdyby rzeczony jegomość odszedł nagle do konkurencji, albo – co gorsza – zagroził odejściem stawiając żądania…? Ostateczna nazwa wzięła się stąd, że wczesne prototypy miały ekstremalnie wysokie sprężanie, nawet 12:1, bo konstruktorzy oczekiwali rychłej dostępności benzyn o odpowiednio wysokiej liczbie oktanowej. Na razie kierowcy testowi musieli tankować paliwo lotnicze, po które przyjeżdżali na lotniska, a tamtejsze załogi dowcipkowały – uważajcie, żebyście w kosmos nie odlecieli, jak rakieta. I tak już zostało, mimo że „rakietowe” paliwa nie pojawiły się w handlu, a seryjna specyfikacja nowego silnika została odprężona do 7,25:1.

POWER SENSATION OF THE NATION !!” – krzyczało reklamowe hasło Rocket V8, montowanego od 1949r. w obu modelach Oldsmobile’a. Dotąd marka produkowała dużą serię 98 (rozstaw osi 125 cali, silnik R8) i małą 76 (119,5 cala, R6), teraz 98-mce zafundowano „rakietowy” silnik seryjnie, zaś serii mniejszej – opcjonalnie, rozbijając ją na modele 76 i Rocket 88. Właśnie ten ostatni została wielkim szlagierem, który w zasadzie zapoczątkował amerykańską Epokę Chromu. O nim chciałem dziś opowiedzieć.

***

Oldsmobile Rocket 88 to według niektórych autorów pierwszy muscle-car. To nie do końca tak, bo chodziło o pełnowymiarowy model rodzinny, fakt jednak, że właśnie on rozpoczął szaleńczą pogoń za mechanicznymi końmi, która w ciągu ledwie dekady zrodziła wielkoseryjne sedany o mocach przewyższających bolidy Formuły 1.

Rocket 88 ’49 mierzył 5.131 x 1.910 mm. Był więc duży, ale równocześnie aż 30 cm krótszy, 10 węższy i 150 kg lżejszy od 98-mki, więc z tym samym, rewolucyjnym silnikiem jak najbardziej zasługiwał na miano rakiety. Jego osiągi – 90 mph, 0-60 w 12,2 sekundy i ćwierć mili w 18 sekund – nie robią dzisiaj wielkiego wrażenia, jednak w kraju zdominowanym przez zdezelowane auta przedwojenne tyle wystarczało do wywoływania opadu szczęki u wygłodzonych wieloletnim postem samochodziarzy. Zwłaszcza że początkowo rakietowy silnik seryjnie łączono z wciąż sensacyjną przekładnią HydraMatic (Oldsmobile nie dysponował odpowiednio wytrzymałym sprzęgłem ciernym), a uruchamiało się go pojedynczym naciśnięciem przycisku startera. A w tamtym czasie komfort i efekciarstwo ceniono nawet wyżej niż moc.

Karoserie były rzecz jasna liczne. Według materiałów producenta „pochodziły od renomowanego coachbuildera, firmy Fisher”: to oczywiście marketingowa ściema, żerująca na wciąż wówczas żywej pamięci indywidualnie budowanych karoserii – bo Fisher faktycznie budował niegdyś takowe, ale już w 1919r. został wykupiony przez GM, a po II wojnie światowej został zredukowany do plakietki Fisher Bodies przykręcanej do taśmowo spawanych karoserii wszystkich wyrobów koncernu, z najtańszymi Chevroletami włącznie. Ta farsa trwała aż do 1984r. (!!) – dopiero wtedy plakietki znikły.

Nowa stylistyka Oldsmobile’i nazywała się Futuramic, ponieważ naonczas wszystko musiało być nie tylko rakietowe i ponaddźwiękowe, ale też futurystyczne. Na tle spatynowanych gratów sprzed wojny Rocket 88 wręcz olśniewał smukłością sylwetki i blaskiem chromu. Gros sprzedaży stanowiły oczywiście sedany cztero-…

Foto: materiał producenta

…oraz dwudrzwiowe (zdjęcia producenta znalazłem z roczników ’51 i 53, ale w całym okresie produkcji, 1949-53, zmiany były kosmetyczne)…

Foto: materiał producenta

…jednak najlepiej znany stał się cabriolet, który w 1949r. pełnił rolę pace car w wyścigu Indianapolis 500.

Foto: materiał producenta

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

W 1950r. pojawiło się Holiday Coupe, czyli hardtop bez środkowego słupka i ramek drzwi. Pomysł został zaadaptowany z Oldsmobile’a 98 Holiday Coupe, Buicka Roadmaster Riviera i Cadillaca Coupe de Ville, które pojawiły się rok wcześniej i zrobiły furorę na ogólnokrajowych wystawach. Czyż można się dziwić, że ludzi przesiadających się np. z Chevroletów Witolda Rychtera ogarniał istny amok…?

Foto: materiał producenta

Prócz tego w cenniku figurowało Club Coupe (tu – rocznik ’50)…

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

…relikt Epoki Niklu w postaci kombi z drewnianymi okleinami (okleiny znikły po niecałym roku – drewniaków powstało więc zaledwie kilkaset i dziś są to wielkie rarytasy)…

Foto: Damian Gadal, Licencja CC

…wreszcie typowy dla lat 40-tych Club Sedan, czyli dwudrzwiowy fastback (’49).

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

W tym samochodzie – i całej epoce – kluczową rolę grała kosmiczno-rakietowa symbolika. Tak wyglądały oznaczenia marki i modelu w roczniku ’49…

Foto: https://wheelsage.org

Foto: https://wheelsage.org

Foto: Regushee, Licencja CC

…tak – maskotka na masce w roczniku ’50…

Foto: https://wheelsage.org

…a tak – trzy lata później. Od razu widać, w co tu się grało, prawda?

Foto: https://wheelsage.org

Wnętrze standardowo wyposażano w bezpieczne szyby (klejoną czołową i hartowane pozostałe), elektryczny zegar, piankowe siedzenia, dywaniki podłogowe, dwutonowy klakson z chromowanym pierścieniem na kierownicy, zapalniczkę i popielniczkę. Tapicerkę wykonywano z tkaniny Bedford (mało znanej w Polsce, przypominającej sztruks), kombinacji sukna i skóry lub z samej skóry. Na zdjęciach – rocznik ’49…

Foto: https://wheelsage.org

Foto: https://wheelsage.org

…oraz ’52.

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

***

W 1949r. Rocket 88 kosztował 2.045-3.150$ (Chevrolet – od 1.492, Ford – od 1.510, Plymouth – od 1.600, Cadillac 61 – od 2.790). W kolejnym ceny spadły znacząco – do 1.720-2.580, przy czym najdroższym wariantem nie było Holiday Coupe ani cabriolet, tylko kombi. Od 1950r. pojawiła się jednolita szyba czołowa i możliwość zamówienia ręcznej, trzybiegowej skrzyni Cadillaca (która jednak nie zyskała większej popularności – salony Oldsmobile’a przyciągały głównie „magiczną” przekładnią HydraMatic). W 1951r. marka wycofała sześciocylindrową serię 76, „Rakieta” została więc modelem podstawowym, uzupełnionym przez nowego Super 88: ten zyskał pół cala rozstawu osi, elegantsze detale i moc podniesioną na 160 KM. Na listę opcji trafiły hydrauliczne siłowniki podnośników szyb i foteli, znikły zaś mało popularne nadwozia kombi. W 1952r. modele 88 i Super 88 różniły się już tylko długością (moc i stylizację ujednolicono na poziomie tego droższego), pojawił się też automatyczny przełącznik świateł mijania/drogowych zwany Autronic Eye (reagujący na punktowe źródła światła z przeciwka). W 1953r. – ostatnim dla tej generacji – dodano opcjonalne wspomaganie hamulców, kierownicy, a nawet klimatyzację Frigidair. Pod sam koniec, z powodu katastrofalnego pożaru w fabryce przekładni HydraMatic w Willow Run, dłuższa partia Oldsmobile’i dostała specyficzne, dwubiegowe skrzynie Dynaflow Buicka.

Pierwsza generacja Rocket 88 przetrwała cztery lata, znajdując aż ponad 835 tys. klientów. W rekordowym 1950r. było to 268 tys. – a przecież mówimy o tylko jednej z trzech linii modelowych marki, która w krajowym rankingu sprzedaży zajmowała dopiero szóste miejsce!! Lider listy, Chevrolet, wypuścił wtedy prawie półtora miliona aut, a całe Detroit – ponad 6,5 miliona.

Rozmach ówczesnej amerykańskiej gospodarki – czytaj, siła nabywcza ich obywateli – nie przestaje mnie fascynować. Zwłaszcza że mowa o roku 1950: w Polsce nie produkowano jeszcze nawet Pobiedy, w Niemczech ruszała sprzedaż 25-konnych „Garbusów” z mechanicznymi hamulcami i niesynchronizowaną skrzynią, tymczasem Amerykanie mieli 5,1-metrowe, ośmiocylindrowe krążowniki robiące sto na godzinę w 12 sekund, w których rozrusznik, szyby i siedzenia poruszały się za dotknięciem guzika, kolejne biegi wskakiwały same, światła drogowe gasły na widok reflektorów z przeciwka, a w upale kabina dawała się schładzać. To wszystko w modelu ze średniej półki, kosztującym 6-8 miesięcy przeciętnej pracy (średni dochód amerykańskiej rodziny wynosił w 1950r. 3.300$ rocznie).

Hottest number on the highway!!” „Make a date with the 88!!” Retoryka diametralnie zmieniła się w stosunku do przedwojennej, a do niej doszły jeszcze wszechobecne motywy spoglądania na niebo i Księżyc, no i kosmiczne rakiety ujeżdżane przez wytworne damy i dżentelmenów. Jedna z reklam wspominała nawet imiona tych państwa: to podstarzali w międzyczasie Johny i Lucille, którzy w pochodzącej z 1905r. piosence przeżywali płomienny romans w Oldsmobile’u Curved Dash (link do PIOSENKI oraz ARTYKUŁU). Był postęp, prawda? Tak właśnie budowało się wtedy i sprzedawało samochody!!

Materiał producenta

Materiał producenta

Materiał producenta

Materiał producenta

Materiał producenta

Materiał producenta

Materiał producenta

***

Mustang, Corvette, Camaro, Charger – te nazwy i ich historię wszyscy znamy. Rocket 88 już niekoniecznie, mimo że to on był pierwszy. W latach 40-tych 135 KM i 12 sekund do setki robiły wielkie wrażenie, ale stanowiły zaledwie początek, bo najważniejszy był rozwojowy potencjał nowej koncepcji silnika: rozrządu OHV, krótkoskokowych proporcji, podnoszenia sprężania, mnożenia i powiększania gaźników, a po części też pojemności. Równie istotny był design: obfite chromowanie, dach typu hardtop i wszechobecne, świadome nawiązania do techniki już nie tyle lotniczej, co rakietowo-kosmicznej (mimo że pierwszy kosmonauta – w dodatku Rosjanin – znalazł się na orbicie dopiero 12 lat później!!).

Te trendy otwarły nową epokę, która w ledwie kilka lat zrodziła szalone krążowniki szos, a w kilkanaście – jeszcze bardziej szalone muscle-cars. Wszystko to zaczęło się właśnie od Rocket 88, bo Chrysler własne V8 OHV (w postaci słynnego Hemi) pokazał w 1951r., a Ford swojego Y-blocka – dopiero w 1954.

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Oldsmobile Rocket 88 odznaczył się też w sporcie: jakkolwiek pierwszą gwiazdą NASCAR był flathead V8 Forda, to pojawienie się konkurencyjnej V8-mki z górnym rozrządem nie pozostawiło mu żadnych szans. W latach 1949-52 Olds wygrał 36 z 69 wyścigów serii, a swą wytrzymałość udowodnił w 1950r., zwyciężając w pierwszej edycji długodystansowych zawodów Carrera Panamericana. Kres jego dominacji położył dopiero specjalnie przygotowany Hudson Hornet, znany jako The Fabulous Hudson.

Foto: formulanone, Licencja CC

General Motors słynie z długowieczności swoich silników: klasyczny chevroletowski small-block przetrwał prawie 50 lat (1954-2003), Rocket V8 – tylko trochę mniej, bo 41 (1949-1990). Co prawda napis „Rocket” znikł z dekli zaworów już w 1975, ale to była wciąż ta sama konstrukcja, z tych samych wymiarów blokiem i głowicami, choć oczywiście po niezliczonych modernizacjach i wariacjach. W latach 60-tych pojemność doszła do 7,5 litra, moc do 400 KM (wg SAE), istniały też wersje turbodoładowane. Rocket V8 trafiał momentami pod maski Cadillaców, Buicków, Pontiaców, a nawet campingowych pojazdów GMC Motorhome.

Z trzech rzeczy wymienionych w tytule omówiliśmy już rakiety i V8 – został więc jeszcze rock’n’roll. W marcu 1951r. Elvis Presley miał dopiero 16 lat, ale właśnie wtedy do studia nagraniowego Chess Records w Memphis – dokładnie tego, które pięć lat później wydało pierwszą piosenkę Elvisa – zapukał zespół przedstawiający się jako Jackie Brenston and his Delta Cats. Jackie Brenston grał tam na saksofonie, zaś wokalistą był niejaki Ike Turner (który w 1962r. poślubił piosenkarkę znaną odtąd pod nazwiskiem Tina Turner). Właściciel studia zapłacił za sesję po 20$ na głowę, a Brenstonowi dodatkowo 910$ za prawa autorskie.

Piosenka nosiła tytuł „Rocket 88” i była hymnem pochwalnym na cześć wspaniałego modelu Oldsmobile’a. Na liście przebojów 1951r. zajęła dziewiąte miejsce, więc zapłacony zespołowi tysiąc dolarów zwrócił się wielokrotnie. Co jednak ważniejsze, premierę tego utworu znawcy muzyki uznają za moment narodzin gatunku zwanego rock’n’rollem.

 

Co prawda Jackie Brenston uważał się za artystę rhythm-and-blues’owego i otwarcie przyznawał do inspiracji trzy lata wcześniejszym kawałkiem „Cadillac Boogie” Jimmy’ego Ligginsa, ale dzisiaj to bez znaczenia. Ważne, że słabo pamiętany samochód nieistniejącej już marki zapoczątkował największe szaleństwo w dziejach automobilizmu, a wychwalająca go piosenka – największe szaleństwo w historii muzyki. I że to wszystko działo się w czasach, kiedy ludzie najprawdziwiej i najdosłowniej sięgali do gwiazd.

 

Foto: , Licencja CC

Foto tytułowe: Zandome, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

42 Comments on “LOKALNI HEROSI: RAKIETY, V8 I ROCK’N’ROLL

  1. „Podstawowa różnica między wolnością i zniewoleniem polega mianowicie na swobodzie korzystania z owoców pracy: tam, gdzie można dowolnie gospodarować i dysponować plonami, każda praca pomnaża ludzki dobrobyt, a tam, gdzie pracę i jej owoce rozdziela władza – przymusowy wysiłek nie przynosi nikomu korzyści, tylko staje się kulą u nogi.” – Brzy znajomo? Gramy w zielone..

  2. Holiday Coupe – jeździłbym!
    Co ciekawe, jedna z najstarszych marek, która ma nawet w nazwie „old” reklamuje się jako „Futuramic”. Oni tam naprawdę nie chcieli być kojarzeni ze staruszkami!

    • „Old” było od nazwiska Ransom Eli Olds 🙂 Ale faktycznie Olds Futuramic to fajne połączenie

  3. Kto to projektował? 'maskotka’ w postaci rakietki V1, rakieta V-2 w folderze reklamowym oraz oznaczenie auta 88 (acht koma acht – potężna i 'medialna’ niemiecka armata przeciwlotnicza i przeciwpancerna….to gdzie ci 'naziści’ wyjechali z Europy?

    • Powiem więcej litera H jest ósmą literą alfabetu, dlatego liczba 88 wykorzystywana jest często w zastępstwie zwrotu „Heil Hitler”, którego publiczne użycie jest w Niemczech zakazane 😉

      • Tak zakazane, że byłem świadkiem jak dwóch seniorów pozdrawiało się pod Kauflandem salutem rzymskim i HH

      • To, że ktoś jakiś przepis łamie, nie znaczy. że przepis nie istnieje

    • Gdzie wyjechał von Braun, to wszyscy wiemy 🙂 Jego rakiety w latach 40-tych były jedynymi istniejącymi w świecie…

      Co do 88 – to logiczna konsekwencja systemu nazewnictwa Oldsmobili jeszcze sprzed wojny. A w USA mało kto kojarzy hitlerowską symbolikę – tam nawet sportowe Chevrolety nazywały się SS i nikt nie zwrócił uwagi, że to niestosowne, bo żaden Amerykanin SS-manów na oczy nie widział. Takie rzeczy rażą tylko w krajach, które hitlerowcy napadli i terroryzowali.

      • tak znam kulisy operacji Paper Clip. von Braun został niejako 'twarzą’ operacji jednak wtedy ściągnięto nie tylko speców od rakiet, broni ale i innych inżynierów z różnych zakładów przemysłowych, w tym samochodowych… 'złapanych’ lub po prostu tych co chcieli uciec zamiast wspierać przemysł ZSRR 😉 może niektórzy zakotwiczyli w GM?

      • Muszę nanieść sprostowanie nieprawdziwych informacji, które pojawiły się w tekście. Mianowicie: „Sam wynalazek jest jednak chiński, a pojawił się już w X wieku – w czasie, kiedy przodkowie Polaków kopali po lasach ziemianki i mieszkali w nich wraz ze świniami.”, otóż ziemniaki pojawiły się w Polsce w XVI wieku, w związku z tym przodkowie Polaków nie mogli mieszkać w ziemniakach wraz ze świniami (swoją drogą nieładnie pan określa, żony naszych przodków).

      • Hahahaha, dobre 🙂

        Dla formalności tylko odpowiem, że „ziemianka” to nie to samo co „ziemniak”. Ziemianki, w których mieszkali dawni Słowianie, faktycznie wykorzystywały żywe zwierzęta w charakterze grzejników (najczęściej świnie, bo one mają najwyższą temperaturę ciała). Jedno i drugie świadczy o pragmatycznym podejściu Słowian, ale też jednak, niestety, o niższym stopniu zaawansowania cywilizacyjnego niż reprezentowali np. Chińczycy.

    • @Marek, zależy czy sami wyjechali czy byli wywiezieni. Jak to drugie to Ameryka Płn. albo Azja. W Pennemunde był niejaki wyścig miedzy USA i CCCP kto tam wpadnie pierwszy. Werner Braun znalazł się w USA, więc wiadomo kto go wygrał. Ale ruski też pojmali sporo technicznych osób niższego szczebla. I myślę, że takie wyścigi, nie opisane tak dobrze, odbywały się też w innych miejscach.

  4. Fajne auto – w sam raz dla chodzącego w kapeluszu ojca rodziny, który czasami chce zaszaleć 😉
    Jak zwykle też jestem pod olbrzymim wrażeniem wiedzy autora, wykraczającej daleko poza dziedziny związane z motoryzacją – za to lubię Automobilownię, że czytając o samochodach przy okazji zawsze jest okazja poszerzyć swoje horyzonty w innych dziedzinach.

  5. Fajny ten Rocket 8,8 zwłaszcza kabriolet i club sedan, jeszcze bez bizantyjskich chromów i ozdób. Widać, że całymi garściami czerpali z nich konstruktorzy Pobied M20, ZIMów i Wołg. Prędkościomierz w tej ostatniej jest b. podobny, półkolisty z cyframi tego samego kroju. W Pobiedzie cyfry też takie same były.
    W Muzeum Techniki w W-wie (chyba ciągle?) stoi Very Very Old Oldsmobile z 1901 r. z rumplem zamiast kierownicy i wyglądem bliższym Rocket-owi Stevensona niż 88.
    W czasie pierwszych Rocket 88 po amerykańskim niebie ciągle latały podróby V-1 i V-2 , z amerykańskimi znakami rozpoznawczymi ku uciesze von Brauna. American Impulse Duct Engines Flying Bomb (w skrócie V-1) była produkowana seryjnie i zdążono jej użyć do bombardowania Japonii
    w 1945 r.

    • Warszawskiego Curved Dasha oczywiście widziałem, i to już w latach 80-tych, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Muzeum Techniki 🙂

  6. Szkoda marki, podobnie jak Buick i przeciwnie do Mercurego coś sobą reprezentowała. Nawet przełomowa Aurora nie uratowała Oldsmobila, a był to prawdopodobnie najciekawszy produkt GM lat 90′ (razem z całą marką Saturn, która też nie przetrwała). Ależ bym taką Aurorą!

    • Był jeszcze przeogromny (5,5m) Toronado z przeogromnym 7. litrowym V8 i … przednim napędem. Jak oni w 1966 r. przenieśli 400 KM na przednie koła? Bez ABS, ESP, ASR, czysta poezja – wszystko w rękach (i nogach) kierowcy.

      • 400 KM brutto, wg SAE, ale to i tak ogromna moc. Wiele lat później Saaby miały problemy z przeniesieniem na przód 200 KM.

      • Myślę, że masa takiego potwora skutecznie dociakała koła do podłoża😀

  7. Bardzo ciekawy wpis. Auto wspaniałe, jego premiera musiała szokować ówczesnych zmotoryzowanych.
    Po naszej stronie sadzawki w 1950 wyszła pierwsza samonośna robiona masowo sportowa Alfa 1900 z 1.9 DOHC 90KM, tak dla porównania mi się skojarzyło.
    O cenach nie ma co dyskutować, ale parametry jezdne prawdopodobnie już nie odstawały tak bardzo.

    • Przepraszam, ze sam pod sobą, ale tak mi się przypomniało czy tego Oldsa 88 nie uwieczniono w kreskówce „Cars”?

  8. Tyle tylko, iż Stany Zjednoczone lat 50 i 60 były krajem o znacznie wyższych podatkach niż obowiązują obecnie z mitycznymi 91% na czele i zdecydowanie wyższym fiskalizmem oraz regulacjami propracowniczymi. Mitycznymi ponieważ one służyły jako miecz Damoklesa dla zbyt chytrych, a nie realne źródło dochodu. Po prostu opłacało się budować by regularnie otrzymywać dochód, a nie zamykać dla jednorazowego olbrzymiego strzału. Dopiero pokolenie wyżu demograficznego złotych lat 50 z chytrości rozmontowało regulacje wzmacniające państwo, wyprowadziło produkcje do Azji i sprawiło że obecnie USA są cieniem swojej ówczesnej światowej potęgi.

    • O tym pisałem już, lekko licząc, ze 20 razy.

      Wszystko zależy, czy czytasz ustawy, czy patrzysz na rzeczywistość. 91% było w ustawie zapisane, ale nie płacił tyle nikt poza garstką aktorów z Hollywood, którzy nie potrafili wynająć dobrego księgowego (i byli wyśmiewani nawet przez swoich kolegów jako frajerzy). Dokładnie w tamtych latach zaczęły funkcjonować raje podatkowe na Bahamach, w Monaco i w wielu innych miejscach. Polecam autobiografię Lee Iacokki – tam jest opisane, jak Henry Ford II tylko jeden raz w życiu zapłacił JAKIKOLWIEK podatek dochodowy, jakiś zresztą symboliczny – i wściekł się o to tak bardzo, że natychmiast wylał swojego księgowego. Iacocca dokładnie opisuje, jak on to robił.

      Poza tym nie wiem dlaczego ludzie sprowadzają fiskalizm do podatku dochodowego, który stanowi wcale niedużą część (w dodatku koszt zbierania tego podatku pochłania dużą cześć wpływów – cel jego istnienia jest bardziej polityczny niż faktycznie fiskalny). Bardzo polecam prześledzenie sobie, jaka część PKB faktycznie trafiała do skarbu państwa w różnych krajach i epokach. W USA w latach 20-tych było to kilka %, w 50-tych kilkanaście %, dziś w Europie ponad 50. To jest rzeczywistość, w której operujemy, a nie jakieś cyferki w ustawach.

      • Podejrzewam, że dzisiaj przedsiębiorcy też potrafią wykazać, że podatków płacić nie muszą, a nawet powinni dostawać zasiłek 😉

        Inna sprawa, że 99% dyskusji dotyczących podatków jest na poziomie analizy meczu przez fanów piłki kopanej gdzieś w lesie na uboczu.

      • Jeszcze raz powtarzam: ostatecznym wynikiem jest to, ile naszych plonów zostaje w naszych kieszeniach, a ile zabiera nam władza. To nie jest żadna dyskusja, tylko konkretna, pojedyncza liczba (oraz jej zmiany w czasie).

        Obecnie w tzw. „krajach rozwiniętych” (z których kilka niedawno przestało wypełniać kryteria bycia rozwiniętym) ci wytwarzający wartość zachowują jej mniej niż oddają. Dziwnym trafem takich statystyk żaden telewizyjny dziennik nie poda – trzeba je sobie znaleźć samemu (można w 30 sekund, tylko trzeba sobie zadać takie pytanie, a to robi może 1% ludzi).

      • Zwłaszcza w Polsce jest to widoczne, mamy niesamowitą progresję opodatkowania (mam na myśli podatki razem z tzw. „składkami”, które są obowiązkowe, więc dla mnie to jak podatek). Im więcej zarabiasz, tym mniej efektywnie płacisz (np. fikcyjne działalności gospodarcze dla managerów). W mojej ocenie oczywiście tworzący przepisy wiedzą o tych wszystkich „backdoorach”, a że kasa w trzosie się musi zgadzać to jest jak jest. Dociska się tych co nie mają gdzie umknąć.

      • PKB Polski to około 800 mld USD, dochody budżetu to około 175 mld USD. Więc ten stosunek wynosi ok. 22%. Czy źle zrozumiałem? Dla jasności: uważam, że aktualne podatki są horendalne i hamują rozwój. Tylko liczby mi się zgadzają…

      • Głównym wskaźnikiem są wydatki, nie dochody. Na 2025r zaplanowano wydatki w wysokości 49% PKB. Dochody mają być mniejsze o aż ponad 280 mld zł – różnica powiększy dług lub/i zwiększy inflację, więc również wypłynie z naszej kieszeni, tylko niekoniecznie natychmiast.

        Żródło: https://forsal.pl/gospodarka/artykuly/9637256,najwieksze-wydatki-publiczne-w-2025-r-budzet-panstwa-najbardziej-obc.html

        Ogólnie PKB rozkłada się na konsumpcję, inwestycje i wydatki rządowe (oraz saldo handlu zagranicznego – eksport wchodzi z plusem, import z minusem). Polecam poszukać ewolucji tego rozbicia w czasie dla różnych krajów. Zwłaszcza stopy inwestycji i jej korelacji ze wzrostem PKB.

  9. „Boże blogoslaw Amerykę!” Ech, 70 letnie auto może sprawdzić się jako daily. Osiągi spoko, wyposażenie zapewniające minimum komfortu też. Ciekawe czy dało by się podciągnąć resztę osiągów oponą odpowiednią? 4 drzwiowym sedanem bym sunął aż miło, jakby by się manuał trafił to byłoby nawet ” zaangażowane” sunięcie 😀

    • Jeśli pamiętasz testowanego tu kiedyś Packarda 120 z 1936r., to on już momentami służył właścicielowi jako daily, do jazdy po Białymstoku. W USA samochody tak mniej więcej od początków końca Wielkiego Kryzysu mogą spokojnie jeździć po dzisiejszych drogach, tyle że oczywiście wymagają znacznie większej uwagi i pomyślunku. Europejskie – raczej dopiero powojenne.

      • A tak – pamiętam. Zdziwienie u mnie wywołał niebotyczne ale i podziw. I nie był tak niedostępny dla obywateli U.S.A. jak RR dla Europejczyków. I dzięki temu są dość dostępne 🙂 Ja to wciąż jeżdżę autem bez abs i wspomagania więc raczej bym się odnalazł 🙂

  10. Wspaniały wóz i wspaniały wpis o nim :> pomyśleć że Oldsmobile Rocket 88 nie wyglądał jak rakieta tylko zwyczajny wóz – nie do pomyślenia dzisiaj, gdzie nawet byle „pierdzipęd” musi wyglądać jak ze smutnej dystopii. A tutaj proszę – zwykły sedan jakich wiele w paru wariantach nadwozia, który mechaniką z silnikiem na czele kopie cztery litery konkurencji ; )
    Moim zdaniem wymianę generacyjną wozów dobrze przestawiła gra Mafia 2 – na początku rozgrywki są wehikuły rodem z ery Forda T i nieliczne z lat 30, zaś pod koniec rozgrywki już wozy podobne do Rocketa, bardziej kojarzące się z pierwszą częścią BTTF. A, no i w Mafii 2 jest też rock’n’roll 😀

  11. Bardzo ładny ten Rocket 88. 😉 To jest moim zdaniem najfajniejszy Oldsmobile. Ogólnie amerykańskie auta z lat od 1949 do 1970 są przepiękne. Jednym z moich ulubionych samochodów jest Chevrolet Bel Air z lat 1955-57.

  12. no tak 🙂 czyli kolejny model? chyba że od 57 a 59 był jeszcze jeden
    a w którymś Gangu owszem była jeszcze Impala ’61

    • W ogóle nie ta marka. Tam był Chevrolet, a artykuł jest o Oldsmobile’u. Też GM, ale zupełnie inne silniki, inne skrzynie, inne ramy… GM lubiło unifikować drobiazgi typu klamki albo gałki świateł, ale główne podzespoły każda marka miała swoje (albo też kupowała od innych marek, jak w sklepie – to też się zdarzało).

  13. Dla ścisłości – V1 nie była rakietą, bo napędzał ją pulsacyjny silnik odrzutowy.

  14. Stare kabriolety z Usa… Wzdycham, bo potrzebuje minimum 5 osobowe bez dachu 😀 a jeszcze pełna przednia kanapa, mozna pasażerkę objąć… To byly czasy…