MODELOLOGIA STOSOWANA: INICJATYWA OBRONY STRATEGICZNEJ

Inicjatywę Obrony Strategicznej – w oryginale Strategic Defense Initiative – ogłosił wiosną 1983r. amerykański prezydent Ronald Reagan. Chodziło o program obrony przeciwrakietowej chroniący państwa NATO przed potencjalnym atakiem balistycznym ze strony ZSRR.
Projekt SDI miał zastąpić dotychczasową doktrynę o wymownej nazwie MAD (Mutual Assured Destruction, „Gwarantowane Wzajemne Zniszczenie”), zakładającą eskalację zbrojeń aż do stanu, w którym żadna ze stron nie miałaby szans przetrwać ewentualnej wojny – w nadziei, że w tej sytuacji do wojny nikt nie dopuści. Brzmi to może upiornie, ale działało zgodnie z planem, bo do nuklearnego konfliktu faktycznie nie doszło (choć dojść mogłoby w razie poważniejszego błędu, technicznego lub ludzkiego). Mimo to, lawinowo rosnące koszty wyścigu zbrojeń i chęć jego ostatecznego rozstrzygnięcia na swoją korzyść skłoniły USA do zmiany strategii i budowy systemu zdolnego unieszkodliwić wystrzelone już rakiety wroga, by ewentualne próby ataku uczynić bezcelowymi.
System SDI miał zawierać laserowe działa umieszczone na orbicie wokółziemskiej, przez co dziennikarze obwołali go programem „Gwiezdnych Wojen”. Jego budowa miała potrwać do końca XX wieku i kosztować 125 mld dolarów – kwotę wówczas tak astronomiczną, że Sowieci zaczęli podejrzewać Amerykanów o blef polegający na otwarciu kolejnej wyczerpującej rywalizacji w celu dobicia radzieckiej gospodarki. Tego chyba obawiali się najbardziej, bo w tamtym czasie nie potrafili już choćby wyżywić własnej ludności bez opłacanego złotem importu zachodniego zboża, a i technologicznie odstawali potężnie.
Program SDI w istocie był realizowany, ale po upadku ZSRR i zakończeniu Zimnej Wojny przekształcił się w BMDO (Ballistic Missile Defense Organization), czyli agendę rozwijającą technologie antyrakietowe w skali regionalnej. Doświadczenia „Gwiezdnych Wojen” wydatnie tu pomogły, a dziś, przed naszymi oczami, toczą się w świecie przynajmniej dwie wojny z kluczową rolą obrony przeciwrakietowej, choć mniej spektakularnej od postulowanej przez Reagana, bo działającej na Ziemi.
W latach 70-tych „strategicznej obrony” potrzebowała też British Leyland Motor Corporation – choć jej zagrażały nie pociski nuklearne, a nieudolny zarząd i zmasowane akcje strajkowo-sabotażowe.
Zaciekła obrona trwała bardzo długo i kosztowała bardzo drogo – nie tylko udziałowców i pracowników BLMC, ale każdego brytyjskiego podatnika. Jej przebieg i rezultat – niestety niepomyślny – kiedyś już opisywałem (LINK1 LINK2), dziś natomiast chciałem przedstawić jeden z jej elementów: samochód z lat 1976-1986, należący do klasy wyższej i oznaczony podobnie do amerykańskiego programu „Gwiezdnych Wojen” – Rover SD1.
Skrót SD1 nie był nazwą handlową, a kodem pierwszego projektu Special Division – oddziału BLMC utworzonego z firm Rover i Triumph. Model miał zostać technologiczną wizytówką koncernu i symbolem jego odrodzenia. Wiązano z nim wielkie nadzieje, bo jedyny chodliwy towar Leylanda – wiekowe już Mini – sprzedawano ze stratą. Tymczasem nowoczesna limuzyna segmentu E, wraz z dołączeniem UK do wspólnego rynku europejskiego, dawały szanse na uszczknięcie kawałka tortu zjadanego dotychczas przez Mercedesa W123 czy Volvo 200 – modele produkowane w setkach tysięcy egzemplarzy rocznie i generujące wielkie zyski. BLMC postawiło wszystko na jedną kartę, przeznaczając na projekt aż 95 mln funtów, w większości zabrane z innych projektów.
Foto: , Licencja CC
***
Gdy Rover i Triumph stały się częścią jednego koncernu, zapadła decyzja o zastąpieniu ich flagowych limuzyn – Rovera P6 i Triumpha 2000/2500 – pojedynczym modelem. W 1971r. wewnętrzny konkurs wygrał projekt Rovera.
Jego twórca, David Bache, wierzył w przyszłość nadwozi dwubryłowych, a zwłaszcza pięciodrzwiowych. Nie on jeden: w nadchodzącej dekadzie miały debiutować Citroën CX, Renault 20/30, Lancia Gamma, Audi 100 Avant i Saab 900. Dziś wiemy, że znacznie lepiej sprzedawały się jednak klasyczne sedany, ale kto mógł to przewidzieć?
materiał producenta
Rozstaw osi wynosił 2.815 mm, gabaryty – 4.700 x 1.768 mm. W toku projektu Bache rozważał bardzo śmiałe koncepcje, w tym drzwi w formie „skrzydeł mewy”. Ostatecznie narysował auto spokojniejsze, ale tylko trochę: niską, dynamiczną sylwetkę porównywano do włoskich supersportowców – niebezpodstawnie, bo designer przyznawał się do inspiracji Ferrari 365.
Foto: materiał producenta
Profil dołu miał zapobiegać brudzeniu wyższych części (w tym klamek), a tylne lampy naśladowały najnowsze wówczas Mercedesy. Dzięki badaniom aerodynamicznym opływające auto powietrze nie generowało siły nośnej, pomagało za to utrzymać kierunek na wprost.
Foto: materiał producenta
Z futurystyczną sylwetką odrobinę kontrastowały konserwatywne kolory lakieru – wbrew ówczesnym trendom eleganckie i stonowane (i nazywane nieco pretensjonalnie: złoty określano mianem Midas, srebrny – Platinum, bordowy – Richelieu, granatowy – Atlantis, itp.)
Foto: materiał producenta
Pierwotne roverowskie oznaczenie projektu brzmiało P10, później zmieniono je na RT1 (od Rover-Triumph no 1), by skończyć na wspomnianym już SD1. Kanciasta, technokratyczna forma kojarzy się z epoką komputerów, ale to jeszcze nie to – tę karoserię zaprojektowano tradycyjnie, rysikiem na papierze.
Foto: materiał producenta
Tapicerki występowały w trzech odcieniach brązu, o równie wyszukanych nazwach: Nutmeg, Coriander i Caviar
Foto: materiał producenta
We wnętrzu skóra i drewno ustąpiły miejsca plastikom, w dodatku miękkim. To też wyprzedzało epokę, choć tradycjonalistom nieszczególnie się spodobało. Dużą wagę przywiązano do ergonomii: kierownica miała owalny kształt (dla wygodniejszego wsiadania) i była ustawiana w dwóch płaszczyznach, lusterka dawały się regulować z kabiny, a tylna kanapa – składać. Budowa kokpitu – z zestawem wskaźników nałożonym na pojedynczy, symetryczny element – ułatwiała produkcję wersji prawo- i lewostronnych.
Foto: materiał producenta
Tu widać to lepiej. Skromność materiałów wynikła z chęci utrzymania wizualnego i cenowego dystansu od Jaguara XJ6: bez niego – obawiało się kierownictwo – nikt nie dopłaciłby ponad 50%, by dostać staroświecką karoserię z niemłodą techniką.
materiał producenta
Przygotowany prototyp kombi odesłały do lamusa cięcia budżetowe z 1975r., powzięte po państwowym audycie zakończonym tzw. Raportem Rydera (głównymi zaleceniami były dymisja prezesa Donalda Stokesa, racjonalizacja gamy produktów, pilne doinwestowanie fabryk i natychmiastowa poprawa relacji ze związkami zawodowymi). Jednym z dwóch zbudowanych kombi poruszał się na co dzień nowy prezes BLMC, Sir Michael Edwardes.
Foto: materiał producenta
Oszczędności było więcej. Przykładowo w przednim zawieszeniu zastosowano wahacze trójkątne (jeden wzdłużny i jeden poprzeczny), a w tylnym oś sztywną z drążkiem Watta, mimo że poprzednik miał zaawansowany układ wahaczy z poziomymi sprężynami z przodu i tylną oś de Dion. Chodziło głównie o koszty, ale też o wyniki testów, w których prototyp Rovera okazał się prowadzić podobnie do seryjnego Jaguara XJ, słynącego z najlepszego zawieszenia na rynku. Szef projektu, Spen King, wyjaśniał: „Jakkolwiek dziennikarze zachwycają się technicznymi komplikacjami, przeciętni nabywcy muszą widzieć konkretne zalety. Jeśli ich nie ma, wybiorą rozwiązanie prostsze i tańsze„. Tłumaczył też, że sztywna oś utrzymuje stały kąt pochylenia kół, zachowuje się więc bardziej przewidywalnie.
Podobnie chwalono seryjnie wspomagany układ kierowniczy o bardzo bezpośrednim przełożeniu („tylko citroenowskie DIRAVI reaguje ostrzej” – pisali testerzy). Niestety, przejęcie starej konstrukcji tylnej osi wymusiło użycie bębnowych hamulców tylnych. Producent chwalił się też oponami typu run-flat, potrafiącymi przejechać bez powietrza do 100 mil z prędkością do 50 mph – coś jednak musiało być z nimi nie tak, bo w 1980r. znikły z oferty.
Jako napęd pierwotnie przewidywano czterocylindrową jednostkę 2,2-litrową, jednak kierownictwo nakazało zastosować 3,5-litrowego V8.
V8-mka Rovera była licencyjną konstrukcją Buicka z 1960r., której Rover, MG, Morgan, Marcos, Ginetta i inne angielskie firmy używały przez prawie 40 lat (1967-2006r.). Aluminiowy blok ze stalowymi tulejami cylindrowymi, krótkoskokowe wymiary (88,9 x 71,12 mm dające pojemność 3.528 cm³), pięć łożysk głównych, rozrząd OHV i dwa stałociśnieniowe gaźniki SU pozwalały rozwijać 157 KM przy 5.250 obrotach i 269 Nm przy 2.500. W SD1 krzywą momentu w dolnych partiach podniosły modyfikacje wydechu, a moc maksymalną – przesunięcie ogranicznika obrotów.
Foto:
Standardową przekładnią został trzybiegowy automat, ale kierowcy z ambicjami mogli zamówić pięciostopniową skrzynię manualną – chwaloną za precyzyjną, prawdziwie sportową zmianę biegów. Obie opcje oferowały długie przełożenia, pasujące do sporego silnika z mocnym dołem: przy legalnych w Wielkiej Brytanii 70 mph wał kręcił się tylko 2.500 razy na minutę, a ponieważ dokładnie tam znajdowało się maksimum momentu, wrażenia były iście magiczne. „Zalety napędu wzbudzają ogromny entuzjazm” – pisał magazyn „Autocar„, który zmierzył nowemu Roverowi maksymalną prędkość 123 mph i przyspieszenie do 60 w 7,8 sekundy – praktycznie jak w Porsche 911. Auto wprost nazwano „driver’s car„, mimo sporych gabarytów i masy sięgającej półtorej tony.
W rękach dziennikarzy na galonie benzyny Rover przejeżdżał 20,5 mili: odpowiada to 13,85 litra na 100 km i dzisiaj nie imponuje, ale wtedy biło na głowę Mercedesa 280 SE i Peugeota 604, mimo gaźnikowego zasilania i dodatkowych dwóch cylindrów. Cenowo Rover również wypadał najkorzystniej: kosztował 4.750 funtów, podczas gdy BMW 528 – 6.500, Mercedes 250 – 5.750, a Peugeot 604 – 5.300 (a żaden z nich nie miał piątych drzwi czy składanej tylnej kanapy, nie mówiąc o silniiku V8). Odrobinę tańsze było Renault 30 za 4.600 i Citroën CX za 4.705, ale ich osiągi nie umywały się do Rovera. Lista dodatków była krótka: alufelgi za 175,50, elektryczne podnośniki szyb za 99,45, automatyczna skrzynia za 149,76, tylne pasy bezpieczeństwa za 35,10 i prawe lusterko za 19,89.
Prasa – przynajmniej angielska – zachwycała się nowym brytyjskim flagowcem. Częściowo można to przypisać patriotyzmowi i irytacją wieloletnim, przymusowym finansowaniem Leylanda przez ogół obywateli (również autorów peanów na cześć SD1). Z drugiej jednak strony Rover wygrał międzynarodowy plebiscyt na Samochód Roku ’77, a ci sami autorzy brytyjscy o innych modelach BLMC – np. Morrisie Marina i Austinie Allegro – nie wahali się pisać, że „kto jeszcze kupuje krajowe samochody, jest sam sobie winien„.
materiał producenta
***
SD1 zadebiutował w czerwcu 1976r., pod nazwą Rover 3500. Mimo energetycznej paniki nie przewidziano silników innych niż V8, ale nie to okazało się najgorsze.
Ekscytacja była ogromna, również na europejskim kontynencie (a Wielka Brytania od trzech lat należała do EWG, więc mogła eksportować bez przeszkód). U dealerów utworzyły się długie kolejki, niektórzy za szybszy odbiór przepłacali nawet tysiąc funtów!! Fabryka niestety nie nadążała: na dzień premiery salony dostały ledwie połowę z zaplanowanych 2.700 samochodów.
To był największy problem Leylanda: tragiczna niewydolność operacyjna. Częściowo wynikała ona z niedoinwestowania, ale nie w tym przypadku – dla Rovera 3500 przeznaczono bowiem całkowicie nową część zakładu Solihull, zbudowanego kosztem 31 mln funtów. Tam jednak jedynie skręcano komponenty przywożone z całego kraju – bo szefowie BLMC, skupiającej wiele niezależnych wcześniej firm, zawzięcie walczyli o utrzymanie w ruchu każdego najmniejszego zakładziku, zamiast skupiać działalność w większych, efektywniejszych fabrykach. Swoje dołożyli politycy, którzy kolejne transze dotacji uzależniali od lokalizowania produkcji tam, gdzie akurat brakowało im głosów i pasowało pochwalić się stworzeniem paru etatów. W rezultacie Leyland wytwarzał rocznie cztery samochody na każdego zatrudnionego (prawie jak nasza FSO), podczas gdy Volkswagen czy Renault osiągały 12, a Toyota – 36. Wynik konkurencji na wspólnym europejskim rynku łatwo było przewidzieć.
Do tego dochodziły wieczne strajki. Po Raporcie Rydera relacje z pracownikami traktowano priorytetowo, ale związkowcom nie chodziło o żadne konkretne postulaty, a o celową destabilizację firmy, by doprowadzić do jej upadku i całkowitego upaństwowienia (udowodnił to pamflet z 1979r., jawnie nawołujący do sabotażu i podpisany przez szefa związków, Dereka Robinsona znanego jako “Red Robbo“. Dzięki temu podpisowi udało się zresztą Robinsona zwolnić, jako działającego umyślnie na szkodę firmy). Strajki były trudne do opanowania, bo najczęściej ograniczały się do jakiegoś niewielkiego wydziału pojedynczej fabryki i trwały krótko, np. 24h, ale następowały bez przerwy, jeden po drugim, paraliżując łańcuch produkcji całego wielkiego koncernu. Nie wybuchały też przypadkowo: np. po zewnętrznych zamówieniach części, których produkcja akurat stała, strajk ogłaszali magazynierzy przyjmujący dostawy elementów zastępczych – byle nie dało się wznowić produkcji.
Branża samochodowa płaciła pracownikom najwięcej w kraju, ale preteksty do strajków zawsze się znajdowały. Mógł to być np. gatunek herbaty serwowanej w zakładowej kantynie, kolor nowych kombinezonów roboczych albo – co dotyczy naszego tematu – plan rozlosowania pięciu Roverów 3500 pomiędzy montujących je robotników, jeśli udałoby się zwiększyć produkcję z 400 do 500 aut tygodniowo (Robinson nazwał tę akcję „wprowadzaniem podziałów”, bo… w losowaniu nie brali udziału pracownicy innych fabryk). Dodajmy, że nowa linia produkcyjna w Solihull mogła montować 1.200 aut na tydzień, ale nie udawało się osiągnąć nawet połowy z tego, bo robotnicy kolektywnie odmówili przenosin z mniej obciążonych odcinków oraz uruchomienia drugiej zmiany (oświadczenie związków, szeroko cytowane w mediach, uzasadniało odmowę „obawą o załamanie życia seksualnego pracowników„: temat podjęli telewizyjni kabareciarze, a najgłośniej śmiali się robotnicy innych branż przemysłu, od zawsze pracujący na nie dwie, a trzy zmiany).
Gdy druga zmiana wreszcie ruszyła, zastrajkowała nadwoziownia w West Bromwich, więc Solihull całkiem stanęło. „Po raz pierwszy od kilkunastu lat mamy międzynarodowo konkurencyjny produkt, z tytułem Samochodu Roku – a rozentuzjazmowanych klientów odprawiamy z kwitkiem, bo nie potrafimy niczego wyprodukować. Nasi konkurenci muszą mieć niezły ubaw w drodze do banku do wypłatę dywidend” – komentowało zrezygnowane kierownictwo. Z kolei „The Guardian” z 2 listopada 1977 donosił, że wykorzystanie mocy produkcyjnej Solihull wynosi 35%, a 2.700 niekompletnych Roverów 3500 czeka w magazynach na brakujące części. Takie wskaźniki prasa relacjonowała na bieżąco, bo losy społecznie finansowanego molocha żywotnie interesowały wszystkich Brytyjczyków.
***
Pod koniec 1977r. ukazały się oszczędniejsze, sześciocylindrowe warianty 2300 i 2600, rozwijające odpowiednio 123/135 KM i 180/187 km/h, które ostatecznie zastąpiły wycofanych poprzedników, Rovera P6 i Triumpha 2000.
Sześciocylindrowce prasa opisywała jako „dające 95% radości V8 za znacząco niższą cenę„
Foto: , Licencja CC
Dzięki wysiłkom kierownictwa w 1978r. udało się wyprodukować 53 tys. samochodów – to wciąż odpowiadało tylko 40% możliwości fabryki i 1/6 globalnej sprzedaży W123, ale ustanawiało nowy rekord Rovera. I właśnie wtedy, w szczycie entuzjazmu, nadeszła fala reklamacji.
Prasowe testy SD1, tak ekstatyczne w momencie premiery, zaczęły wspominać o uporczywych wibracjach kierownicy, niedziałających systemach wentylacji i nieszczelnościach karoserii („przez szybę czołową wieje wiatr, a szpary pomiędzy nadwoziem i drzwiami przepuszczają nawet światło słoneczne„, „dźwięk zatrzaskiwanych drzwi jest załamująco tani – zupełnie nieakceptowalny w tej klasie„, „wnętrze wygląda jak dzieło podwórkowego majsterkowicza, a nie najnowocześniejszej i najdroższej fabryki brytyjskiej„). Użytkownicy zgłaszali ustawiczne awarie elektryki, łuszczenie lakieru od pierwszych dni, a w sześciocylindrówkach – ogromne zużycie oleju i pękanie wałków rozrządu, prowadzące do całkowitego zniszczenia silnika. British Leyland wracał do swych najświętszych tradycji.
Co się podziało? Problemy generowała presja na tempo produkcji: SD1 był jedyną szansą na rentowność koncernu, dla której poświęcono wiele innych inwestycji, tymczasem kolejni oczekujący, zniecierpliwieni brakiem towaru, odchodzili do konkurencji. Szybkie dostawy były na wagę złota, więc całę energię skupiono na skłanianiu pracowników do pracy, wyczarowywaniu spod ziemi brakujących komponentów i żonglowaniu wszelkimi dostępnymi zasobami, by utrzymać choć jedną trzecią wydajności fabryki. Kontrola jakości świadomie przepuszczała niedoróbki z nadzieją, że poprawią je dealerzy (tak – u Leylanda ostatnich poprawek dokonywały salony: w latach 80-tych, gdy Triumph nawiązał współpracę z Hondą, Japończycy byli równie zszokowani istnieniem tej procedury jak Anglicy faktem, że u kogokolwiek na świecie może jej nie być). Jednak dealerzy niewiele mogli zrobić, bo nie dostawali odpowiednich części, a klienci wciąż wydzwaniali pytając – „ile jeszcze…?„.
Część winy leżała po stronie zarządu. Peter Grant, manager produkcji z Solihull, wspominał po latach, że zwierzchnicy ustawicznie bombardowali go żądaniami ilościowymi – o jakości nie wspominali wcale. Wyłącznie tempa wymagali też od poddostawców, co nie mogło skończyć się dobrze. Dyrektor dywizji Rover-Triumph, Jeff Herbert, bagatelizował problemy: w czwartym roku produkcji SD1 on tłumaczył awarie „chorobami dziecięcymi”, niedoświadczeniem załogi i ponadprzeciętnymi oczekiwaniami klientów.
W 1979r. wybuchł drugi kryzys naftowy. „Nasze V8 spala mniej niż niejedna dwulitrówka konkurencji” – chwalił się Herbert, jednak klienci gremialnie odwracali się od dużych silników. Część popytu przejęły modele 2300 i 2600, ale to wciąż były spore pojemności. Udział Rovera w brytyjskim segmencie E spadł z 40 na 20%, a w salonach miejsce komitetów kolejkowych zajęło aż 10.000 niesprzedanych aut (które, jak to w latach 70-tych, rdzewiały w oczach i po kilkumiesięcznym postoju pod chmurką często wymagały ponownego lakierowania). Dyskusje o pracy nocnej zastąpiły negocjacje przymusowych urlopów dla 4.000 robotników. Tymczasem w sierpniu znów zastrajkowało Solihull (tym razem o wliczanie do płatnych roboczogodzin czasu spędzanego w przebieralni), a w lutym – fabryka skrzyń biegów w Cardiff. To jednak nie zmniejszyło przychodów, bo najwęższym gardłem została sprzedaż.
Kolejną klęską okazało się wejście na rynek amerykański. Brytyjczycy wiązali z nim wielkie nadzieje, przygotowując wtryskowe wersje V8-mki z katalizatorami, spełniające kalifornijskie normy emisji (przy mocy obniżonej do 148 KM według SAE). Niestety, w dwa lata sprzedali zaledwie 1.254 egz.
Foto:, Licencja CC
Konieczne były głębsze reformy. Produkcję karoserii przeniesiono z West Bromwich do Cowley, a w Solihull, obok SD1, podjęto montaż Triumpha TR7. Zatrzymania kolejnych maszyn i redukcje etatów przeplatały się ze strajkami, a z końcem 1979r. wybuchła afera ze śpiworami przynoszonymi do pracy przez pracowników Solihull (również ochroniarzy!!). Kabarety zyskały kolejną kopalnię inspiracji, tymczasem straty BLMC przekroczyły milion funtów DZIENNIE. Za wszystko płacili podatnicy.
W maju 1981r. ogłoszono, że w czerwcu 1982r., po ledwie sześciu latach działalności, najnowocześniejszy brytyjski zakład Solihull zostanie zamknięty, a jego zadania przejmie Cowley. Wizerunkowo była to wielka porażka, jednak połączenie produkcji nadwozi i montażu aut w jednej fabryce przyniosło ogromne oszczędności.
***
Tymczasem oferta się rozrastała. Paliwowa panika i załamanie popytu zbiegły się w czasie z premierą modelu 3500 S: zaprezentowanej w lipcu 1979 ośmiocylindrówki z pełnym wyposażeniem, wzbogaconym jeszcze m. in. o klimatyzację, elektryczny szyberdach, komplet zagłówków, alufelgi i wycieraczki ze spryskiwaczami reflektorów.
W kolejnym roku wersję S zaproponowano z oboma silnikami sześciocylindrowymi…
Foto: materiał producenta
…a gamę uwieńczył Rover 3500 Vanden Plas – z pełnym wyposażeniem S i dodatkowo skórzaną tapicerką, specjalnymi poduszeczkami w tylnych zagłówkach, tempomatem, elektrycznymi lusterkami i barwionymi szybami.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 1982r. – już po zamknięciu Solihull – Rover SD1 przeszedł face-lifting. Zmieniona została tylna szyba (która dostała też wycieraczkę ze spryskiwaczem), grill i kilka drobiazgów, doszły chromowane obwódki reflektorów i automatyczne ssanie. Wnętrza zyskały elegantszy wystrój z nowym zestawem wskaźników i drewnianymi aplikacjami od wersji 2600 S wzwyż. W kolejnych miesiącach wprowadzono nowe wyposażenie i kilka nowych silników.
Zupełnie inne grupy klientów miał przekonać bazowy model czterocylindrowy (dwulitrowy, 100-konny silnik O-Series pochodził z gamy Austina Ambassadora / Morrisa Ital, był łączony z czterobiegową skrzynią ręczną i zapewniał prędkość 167 km/h). Rover 2000 był krytykowany za słabą dynamikę (0-60 mph w 13 sekund), ale chętnie kupowały go firmowe floty, ze względu na wysokie opodatkowanie służbowych samochodów powyżej dwóch litrów pojemności.
Foto: materiał producenta
Dla kontynentalnej Europy przeznaczony został czterocylindrowy, 2,4-litrowy turbodiesel włoskiej firmy VM, rozwijający 90 KM i 165 km/h, z pięciobiegową przekładnią manualną
Foto: materiał producenta
Ofensywę modelową uzupełniła sportowa odmiana V8-mki nazwana Vitesse: elektroniczny wtrysk paliwa Lucas wykrzesał z silnika 193 KM, 293 Nm i 217 km/h, a dynamicznego wizerunku dopełniały pięciobiegowa przekładnia, obniżone i usztywnione zawieszenie, tylny spoiler, zmienna siła wspomagania kierownicy i wentylowane tarcze hamulcowe z czterotłoczkowymi zaciskami (przednie – z tyłu ze znanych nam już powodów zachowano bębny) . Rover Vitesse, nazywany „Aston-Martinem dla ludu”, celował w mocniejsze warianty BMW 5 i Saaba 900 turbo.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Starzejąca się konstrukcja dostawała kolejne wersje jeszcze do 1984r.: dopiero wtedy pakiet Vanden Plas pozwolono zamawiać z silnikami 2300 i 2600, a topowy wariant Vanden Plas EFi połączył najbardziej luksusowe wyposażenie z wtryskowym silnikiem Vitesse i automatyczną skrzynią (kosztował krocie, ale prezentował się zjawiskowo). Nowe produkty otwarły nowe rynki, a przeniesienie produkcji do Cowley rozwiązało większość problemów jakościowych.
Niestety, straconą reputację trudno szybko odzyskać: nawet najwyższe wersje SD1 nie potrafiły już konkurować ze znacznie nowocześniejszymi modelami typu Saab 9000, Audi C3 czy Mercedes W124, z kolei klientów flotowych, rozważających dwulitrówki i turbodiesle, odstraszał ogromny spadek wartości (wynik opinii o awaryjności), a kusiły tańsze oferty marek typu Vauxhall i Ford.
Foto: materiał producenta
Produkcja trwała do połowy 1986r., choć niesprzedane egzemplarze pozostały dostępne jeszcze kilkanaście miesięcy później. Około 1984r. popyt gwałtownie się załamał, bo klienci czekali na następcę – Rovera 800, zapowiadanego pod tajemniczą nazwą Project XX i opracowywanego wspólnie z Hondą, co obiecywało jakościowy przełom. Łączny wynik wyniósł 303.345 egz. (na co złożyło się 20.554 dwulitrówek, 42.996 egz. 2300, 108.572 egz. 2600, 108.956 egz. 3500, 3.897 egz. Vitesse, 1.113 egz. EFi i 10.081 turbodiesli). Daje to średnio 30 tys. aut rocznie – sporo mniej niż średnioroczne 46 tys. Roverów P6 i Triumphów 2000/2500 – mimo znacznie zamożniejszego rynku, powiększonego dodatkowo o całą EWG.
Flagowe Rovery były montowane w Nowej Zelandii i RPA (ze starym silnikiem Leylanda P76), Po zakończeniu produkcji, w latach 1986-88, SD1 był jeszcze wytwarzany w Indiach, pod marką Standard 2000. Firma Standard Motor Products of India Limited z Madrasu (dziś Chennai) kupiła odpowiednią licencję, która jednak nie obejmowała silników: auto dostało więc antyczną, dwulitrową jednostkę pamiętającą lata 40-te, a dającą 83 KM i 145 km/h. Drugą ważną różnicą był podniesiony prześwit.
Auto reklamowano jako „pierwszy indyjski pojazd luksusowy”, jednak wysoka cena, słabe osiągi i fatalna jakość ograniczyły sprzedaż do łącznie 1.600 sztuk, a procesy sądowe związane z nierealistycznymi obietnicami zużycia paliwa doprowadziły do bankructwa firmy
Foto: materiał producenta
***
„Rover SD1 mógłby zostać globalnym królem klasy wyższej, gdyby produkowała go jakakolwiek inna firma” – piszą dziś historycy brytyjskiej motoryzacji. Natomiast na konferencji dealerów w 1978r. – ledwie dwa lata po premierze modelu!! – prezes koncernu, Michael Edwardes, mówił, że SD1 uosabiał całą istotę problemów BLMC: firma zaprojektowała świetny samochód, który zauroczył dziennikarzy i zdobywał prasowe nagrody, wybudowała dlań najnowocześniejszą fabrykę w kraju – i nie potrafiła wykorzystać nawet jednej trzeciej jej możliwości. Klienci z gotówką odchodzili zniecierpliwieni, a kto doczekał się odbioru auta, dostawał jakościowy koszmar.
Tak miało wyglądać odrodzenie brytyjskiej motoryzacji – które ostatecznie okazało się ostatnim samodzielnie opracowanym Roverem i wspaniałą pamiątką ostatnich chwil brytyjskiej mocarstwowości, naznaczonej zwycięstwem na Falklandach.
Foto: materiał producenta
SD1 był tworzony jako „Inicjatywa Obrony Strategicznej” – ostatnia nadzieja tonącego molocha, mająca w pojedynkę odrobić straty generowane przez wszystkie inne produkty. Na tę jedną kartę koncern postawił całe dostępne środki, odkładając na półkę pozostałe konieczne inwestycje, włącznie z projektami następców kluczowych modeli popularnych. Tymczasem dwa naftowe kryzysy przekierowały zainteresowanie klientów właśnie do niższych segmentów, a resztki szans zniweczyła niezdolność dostarczenia obiecanego towaru: przyznając ilości prymat nad jakością BLMC nie uzyskało ani tego, ani tamtego.
Jako samochód Rover SD1 potrafił przekonywać, a jego cena zawierała przyzwoity zysk. To jednak nie wystarczyło – losy każdego przedsiębiorstwa ważą się tam, gdzie nie sięga ciekawość samochodziarzy ani redaktorów motoryzacyjnych gazet. Sukces nie zawsze odnosi ten, kto pokaże najpiękniejszy prototyp, najefektowniejsze prospekty i najbardziej oszałamiające parametry, z ceną włącznie – bo to wszystko trzeba jeszcze dostarczyć. Najtrudniejszy jest etap fachowo zwany efektywnością operacyjną – czyli wyprodukowanie towaru i jego dowiezienie do sklepu w odpowiedniej ilości, jakości i po sumarycznym koszcie niższym od ceny sprzedaży.
To właśnie jest najważniejsza bitwa – która nie toczy się w blasku jupiterów i fleszy, a w dusznych, hałaśliwych fabrykach, gdzie dziennikarze zapuszczają się rzadko. Tę bitwę BLMC przegrało, marnując ogromny potencjał swej Inicjatywy Obrony Strategicznej.

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

W pewnym momencie jedynym nabywca Roverów 3500 była policja. Bez tego samochody pewnie do tej pory stałyby na placach dealerów.
Wiele razy czytalem ze za upadkiem brytyjskiej motoryzacji staly zwiazki zawodowe ale w powyzszym artykule pojawilo sie sporo konkretow .Najwidoczniej upadek zaczal sie od poczatku lat 70 lub konca 60.Mialem do czynienia z ich produktami z lat 90 juz we wspolpracy z honda .Seria rovera 200 i 400.Zlego slowa nie powiem tyle ze obydwa ,,pedalowce” mialy silniki peugeota 1.8td .Nawet sie zdziwilem gdy w 94 218 ogladalem .O znam ten silnik z bxa !Zawsze mialem ochte na 800 z rzedowa 6 bmw z czasow gdy bmw robilo pancerne diesle ale jakos sie nie zlozylo.
W podlinkowanych na początku dwóch starych wpisach jest jeszcze dużo więcej konkretów. Naprawdę warto się zapoznać, opis upadku brytyjskiej motoryzacji to wg mnie ścisła czołówka tekstów na automobilowni.
Były już o tym artykuły, zapraszam:
https://automobilownia.pl/sekcja-gospodarcza-imperium-nad-ktorym-zaszlo-slonce-cz-i/
https://automobilownia.pl/sekcja-gospodarcza-imperium-nad-ktorym-zaszlo-slonce-cz-ii/
Rover 800 z dieslem BMW?! Przecież tam montowali 4 garowe diesle VM motori 😁
SD1 zawsze mi się podobał, to taka klasyczna stara szkoła. Niestety już nawet na folderach widać fatalną jakość…
Kilka lat temu miałem Rovera 75 z V6 w benzynie. To już zupełnie inna epoka, ale auto nie sprawiało problemów. Jakościowo w tamtym czasie też jakoś bardzo nie odstawała od innych. Trochę szkoda mi brytyjskiej motoryzacji, ale cóż – sami sobie zgotowali ten los.
Kurczę, Rovera 75 to bym chętnie poznał z bliska, niestety one już praktycznie wymarły…
Takie czepialstwo bez związku z główną częścią artykułu: doktrynę zmasowanego odwetu zastąpiła jeszcze w latach 60 doktryna elastycznego reagowania. Zmiana wynikała z zachowania bloku wschodniego, który poniżej progu eskalacji rozszerzał swoje strefy wpływów. Oczywiście obie strony utrzymywały zdolności gwarantowanego odwetu i zniszczenia. Stąd np. triada atomowa.
Projekt SDI natomiast to zupełnie inna bajka.
Bardzo dziękuję za douczenie mnie
Jaki kraj taki Polonez. Mnie SD1 nieodłącznie kojarzy się z brytyjskimi serialami kryminalnymi, które TVP wyświetlała na przełomie lat 80 i 90-tych. Zastanawiam się dlaczego związki chciały doprowadzić do upadku firmy – byli agentami ZSRR, albo konkurencji? – w końcu nawet pasożyt stara się nie zabijać swojego żywiciela.
Wziąwszy pod uwagę fakt z jakich środowisk brali się prowodyrowie tych strajków z Red Robbo na czele można spokojnie przyjąć tę pierwszą opcję, zwłaszcza, że podobne działania odbywały się w firmie Renault już przed II wojną światową – odsyłam do artykułu na Automobilowni pt.: „Cesarz z Billancourt, cz. I”. O porażkach koncernu British Leyland dobrze też opowiadają na kanałach YouTube: Tom // Drives oraz Ruairidh MacVeigh.
Szef związków, Derek Robinson, był jednocześnie szefem brytyjskiej partii komunistycznej, którą zupełnie otwarcie finansowała Moskwa. Dokładnie to samo miało miejsce we Włoszech, tylko że w Anglii ograniczali się do dewastowania gospodarki, a we Włoszech również mordowali polityków i przemysłowców.
Ale tak naprawdę w BMLC związkowcy byli tylko częścią problemu (taki Fiat przeżył wszystko, co włoskie związki robiły). Na akcje sabotażowe nałożyła się nieudolność zarządu, co bliżej opisywałem w artykułach podlinkowanych w artykule i komentarzach.
PS. Z tym pasożytem, to można by się zdziwić jak wielu ludzi kompletnie tego nie rozumie. Pracownik i pracodawca w powszechnej opinii uchodzą za naturalnych wrogów, podobnie jak sprzedawca i kupujący – tymczasem w „przyrodzie” nie ma silniejszej symbiozy niż te dwie. Pracownik nie przeżyje bez pracodawcy podobnie jak pracodawca bez pracownika, ale propaganda mówi coś innego, bo musi szukać antagonizmów i podjudzać różne grupy przeciwko sobie. Na tym dochodzi się do władzy i władzę utrzymuje.
To jest odwieczna, jeszcze starożytna zasada „dziel i rządź”, którą do perfekcji rozwinął w XIX wieku Karol Marks. Od tego czasu cała debata publiczna sprowadza się do szukania i podsycania konfliktów w społeczeństwie – bo ludzie zaślepieni nienawiścią dają z sobą zrobić wszystko. Można odebrać im wszystkie prawa i całe majątki, a oni dalej będą wrzeszczeć „najważniejsze, że to nie są TAMCI”. To, ile sami wrzeszczący tracą i jak bardzo wali się przy tym cały świat, jest nieistotne – ważne, że nasze szaliki są na wierzchu. A rządzącym tylko o to chodzi – oni całą Ziemię zamieniliby w zgliszcza, byle nad tymi zgliszczami niepodzielnie panować.
bardzo trafna i smutna we wnioskach końcowych, analiza.
Walka klasowa pracownik – pracodawca wciąż trwa.
O ile mogę zrozumieć niewykwalifikowanego pracownika, który miał pecha poznać tylko podstawową edukację i to nie najwyższej jakości to ilość „januszy biznesu” jest zatrważająca.
Pracodawcy, którzy wprost kłamią, ściemniają i stosują różne techniki szantażu to właściwie norma.
Nawet oddziały międzynarodowych korporacji nie grają fair.
Oczywiście że każdy człowiek jest osobnym przypadkiem i że oszuści zdarzają się w każdej grupie. Ale chodzi właśnie o to, żeby tępić konkretne przypadki, a nie siać nienawiść „klasową” i niszczyć przez to cywilizację.
Piękny wóz, zwłaszcza późniejsze, mniej ubogie wersje, jak choćby Vitesse. Mam z nim tylko taki problem, że byłby jeszcze bardziej urokliwy z nieco mniejszym rozstawem osi – ale Brytyjczycy chyba lubowali się w takich proporcjach, patrz np. karykaturalny Austin Maxi.
Długi rozstaw osi to obszerne wnętrze. A że wygląda to nieraz pokracznie, to oczywiście prawda. Coś za coś.
Miałem przyjemność posiadać SD1 przez krótki czas – ito nie jakiegoś 30-letniego trupa, ale kilkuletni egzemplarz w bardzo dobrym stanie, z przerysowanym bokiem. Tak w wielkim skrócie – FSO nie ma powodów, by się wstydzić jakości swoich aut, bo brytyjską nasze fabryki biły na głowę. SD1 był niemożliwym wręcz szmelcem, na poziomie Tarpana, Oltcita, Tavrii, Moskwicza Aleko itp., daleko za Polonezem Caro, czy późnym 125p.
Na przykład z czterech prawych przednich drzwi do SD1 kupionych na angielskich szrotach ze złomowanych egzemplarzy do mojego nie pasowały ŻADNE. Zbyt małe, zbyt duże, za długie, zawiasy w innym miejscu itp. Kiedyś przy zamknięciu drzwi kierowcy cały boczek mi wpadł na kolana. Innym razem szyba mi wpadła do wnętrza drzwi. Woda się lała przez uszczelki szyb wręcz wiadrami, w bagażniku robił się basen, reflektory wypadały podczas jazdy, lusterko wsteczne odpadło od szyby, klamki zostawały w rękach, kierownica latała luźno na kolumnie, auto wibrowało całe podczas jazdy, blachy od środka nosiły wyraźne ślady dopasowania młotem (nie młotkiem – właśnie młotem) i tak dalej.
Zdecydowanie jeden z najgorszych samochodów, z jakimi miałem w życiu do czynienia.
No i chyba mamy odpowiedz, dlaczego upadli.
„Tłumaczył też, że sztywna oś na McPhersonach utrzymuje stały kąt pochylenia kół, zachowuje się więc bardziej przewidywalnie”
To jest po prostu zwykły coilover. Całym zamysłem kolumny Macphersona jest to, że jeden z punktów przez które przechodzi oś obrotu zwrotnicy znajduje się na górnym mocowaniu kolumny. Jeśli nie mamy na osi kół skrętnych, nie da się mówić o zastosowaniu tam kolumny MacPhersona
Bardzo dziękuję za świadectwo z pierwszej ręki. Można wiedzieć, który to był rocznik? Bliżej początku czy końca produkcji? Bo ciekawi mnie, czy opinie o stopniowej poprawie jakości są prawdziwe.
Auto było z 1984 lub 1985 (nie pamiętam już), a kupiłem je w czerwcu 1989 – to akurat pamiętam dokładnie z uwagi na mecz Anglia – Polska na Wembley, w którym dostaliśmy trójkę w plecy, a Roverem wracałem do domu właśnie po tym meczu 🙂
Jedyne słuszne miejsce dla wyrobów samochodopodobnych z BL to złom, a nawet śmietnik historii. Za to brytyjskie auta z wcześniejszych czasów już nie są takie tragiczne.
Ludzie są jednak krótkowzroczni i tutaj Brytyjczycy mają dużo wspólnego z Polakami. Wg jartykułu jedne z najwyższych zarobków w przemyśle, ale nadal mało i doprowadźmy do upadku firmy. Związki zawodowe to w zdecydowanej większości przypadków rak. W obecnych czasach nie trzeba daleko szukać: chociażby nasze górnictwo.
Związki są zazwyczaj sterowane politycznie, bo wielkie masy sfrustrowanych ludzi to olbrzymia siła. Nasza „Solidarność” też przecież była związkiem zawodowym, a wszyscy wiemy, czego dokonała. Żaden wytrawny polityk nie pogardzi taką siłą.
Bardzo często bywa tak, że szeregowi protestujący w ogóle nie wiedzą, o co w proteście chodzi. Ten motyw powtarza się w wielu historiach strajków, zwłaszcza tych najbardziej zmasowanych. „Ja nie wiem, mnie kazali tutaj siedzieć, pytajcie się kierownika dlaczego tak zarządził” – to jest typowa wypowiedź strajkującego. Słyszałem coś takiego na własne uszy na wakacjach w Meksyku, kiedy grupa Indian blokowała drogę. To był protest tamtejszego związku nauczycieli, ale nauczycielom nawet nie chciało się dróg blokować, tylko postawili Indianom na drodze darmowego grilla z piwkiem i kazali się nie ruszać z asfaltu do tej i tej godziny, i oczywiście nie przepuszczać nikogo poza karetkami na sygnale. Indianie sami nie wiedzieli, o co chodzi, ale darmowym mięsem i piwem nie pogardzili. To jest właśnie polityka, a nie to, co widzimy na portalach informacyjnych (parafraza cytatu z „Psów”).
To jest biznes w najczystszej postaci – zatrudnienie tańszego podwykonawcy 😀
Ale cena też niższa. Czyli tak naprawdę to jest rezygnacja z części biznesu 🙁
historia FSO podobna i tez skończona upadkiem
Na żywo w życiu nie widziałem, na zdjęciach wygląda fajnie, chociaż na niektórych jest zdecydowanie za płaski – wychodzi, że niżej nie znaczy lepiej.
Kiedyś była świetna holenderska strona o SD1 i jego tuningu, ale zdążyła przestać istnieć i chyba nie ma już nawet śladu w waybackmachine.
Ale jak ci się Szczepanie po tylu latach pisania o samochodach prześlizgnęła „sztywna oś na MacPhersonach” to nie wiem 🙂
Klasyczne MacPhersony były z przodu – tzn. jeśli wierzyć zdjęciom drążek poprzeczny i wzdłużny będący jednocześnie ramieniem stabilizatora.
Zawieszenie P6 było dziwne – każdy drążek przedniego zawieszenia patrzył w inna stronę. Ponoć środek obrotu był na tyle wysoko, że stabilizatory były nie potrzebne (pytanie czy nie powodowało to poprzecznych ruchów koła przy skoku zawieszenia). Z tyłu tam niby była oś deDion, ale że zastosowano półosie bez kompensacji długości rozstaw kół zmieniał się że skokiem zawieszenia. Także tutaj prostsze zawieszenie SD1 też miało jakieś swoje zalety.
Oczywiście, już poprawiam, dzięki
Te opony run flat to Dunlop Denovo. Jest trochę o nich w sieci. To był system opona-felga, coś jak PAX Michelina. Słabe zaplecze serwisowe i słaby komfort jazdy sprawił, że szybko zniknęły z rynku.
Dzięki za uzupełnienie!!
Proszę bardzo, to jest mój pierwszy wpis tutaj po wielu latach fascynującej lektury. Jeszcze dodam link ze zdjęciem jak ten system Denovo działał:
https://i166.photobucket.com/albums/u110/andrew_nicki/denovo4.jpg
skoro jakość montażu była tak tragiczna, to może powinni sprzedawać samochody do samodzielnego montażu? było by dużo taniej, a i gorzej jak widać nie mogło by już być 😉
4 samochody ROCZNIE na jednego pracownika? toż to ręcznie tyle by się dało samemu zrobić, po co w ogóle jakakolwiek linia produkcyjna?
powinni zwolnić w piździec wszystkich tych angoli, zatrudnić 1/10 chińczyków w dodatku za pół wypłaty i by się nagle okazało że produkują 2x tyle samochodów i mają 50x większe zyski
Bardzo mało jest samochodów z silnikami benzynowymi v8, które spalają mniej niż 14 l na 100km. Bmw 535i z 1996 pali w mieście nawet 15 l,w oszczędne trasie 8-9l, a średnio jakoś 11-12 w cyklu mieszanym, wiec ten wynik w rover na gaźniku jest niezły jak na swoje czasy
W sumie samochód w pudełku do samodzielnego montażu to fajny pomysł – tylko, żeby to było legalne to chyba trzeba poczekać do zakończenia kolejnej wojny światowej…
To teraz już wiadomo dlaczego Anglia była ojczyzną Kitcarów 😉
Kitcary były próbą obejścia podatku od samochodów, który wynosił coś koło 40% (nie mam teraz możliwości szperać, ale nieraz przytaczałem ichniejsze ceny aut brutto i netto). Kitcar był nie samochodem, tylko zestawem części, więc poza kosztem montażu odpadało jeszcze 40% podatku. Sytuacja zmieniła się po 1973r, kiedy UK przystąpiło do EWG i podatek zastąpił „zwykły” VAT, wtedy niższy od dzisiejszego. Wtedy kitcary bardzo straciły na popularności.
z tekstu „tzw. Raportem Rydera (głównymi zaleceniami były dymisja prezesa Donalda Stokesa, racjonalizacja gamy produktów, pilne doinwestowanie fabryk i natychmiastowa poprawa relacji ze związkami zawodowymi”, natychmiastowa poprawa relacji ze związkami zawodowymi!!!! sam raport był podkładką do tego syfu który nastąpił i się spotęgował. i był na rękę takim Red Robbo („robbers”), pisany na zamówienie?
Z Roverem SD1 jest też związana pewna ciekawostka, konkretnie z wersją policyjną. Mianowicie 8 maja 1987 roku (co za zbieżność z dzisiejszym dniem!) miał miejsce słynny transport wątroby przeznaczonej do transplantacji, właśnie przy użyciu dwóch Roverów 3500. A dlaczego słynny? Ponieważ był wyjątkowo szybki – służby miały 34 minuty, by przejechać 27 mil przez Londyn w piątek po południu. Wszystko dlatego, że 1) mgła opóźniła lądowanie samolotu z w/w wątrobą 2) lotnicze pogotowie ratunkowe w Londynie jeszcze nie istniało 3) helikoptery policyjne Bell 222A były od dwóch dni uziemione po awarii, która skutkowała twardym lądowaniem.
Misja zakończyła się powodzeniem – minęło dokładnie 30 minut (11:55 – 12:25) od momentu wsadzenia wątroby do radiowozu i wyjęcia jej na terenie szpitala. Co ciekawe, o 12:02 policjanci włączyli urządzenie do pomiaru prędkości (którego normalnie używali podczas kontroli drogowych) i wyszło im średnio niecałe 45 mph przez samo miasto. Wcześniej, tj. przed ową 12:02 lecieli 60-120 mph na autostradzie.
Dla zainteresowanych link do nagrania: https://www.youtube.com/watch?v=Arhv-kyUyC8&t=1s
Wiele ich rozbito I ostrzelano z roznego typu broni na planie serialu Dempsey i Makepeace. Szczegolnie wiele poscigow odbylo sie w odcinku „Czlowiek za kolkiem” w ktorym tutulowy bohater w starym skorodowanym Camaro tworzyl sobie legende kierowcy-zlodzieja do szybkich napadow. Co by nie mowic te auta mialy cos w sobie. Szczegolnie te najbardziej dopasione wersje. Taki dynamizm
Prawda, fajnie się ogląda na YouTube, gdy ktoś takim Roverem w dopasionej wersji idzie „pełnym ogniem” – uczta dla wzroku i słuchu.
o tak D&M to był sztos jakby to dziś określić. i tak linia SD1 jest ładna, i jest ładny wewnątrz ale właśnie sabotaż w fabryce zniszczył ta markę. Gdyby był robiony w Niemczech czy Japonii z ich jakością to byłby sukcesem
https://m.youtube.com/watch?v=-cjsna02NdY&pp=ygUfZGVtcHNleSBhbmQgbWFrZXBlYWNlIGNhciBjaGFzZQ%3D%3D
Niestety obejrzałem to i czar wspomnień prysnął 😥
Warto zwrócić uwagę, że w końcowej scenie po skoku ze skarpy odpadają drzwi – może to wcale nie był efekt zamierzony przez filmowców? 😉
dla mnie to on wygląda jak by ktoś z BX-a próbował zrobić DeLoreana, tylko że widział go tylko przez chwilę i to dawno temu 😉
Też skojarzył mi się trochę przód SDI z wczesnym Bx-em. Rovery zwracały moją uwagę dawno temu w Londynie, szczególnie te policyjne z żółto-granatowymi pasami na bokach. Zastanawiałem się wtedy, jaka wypasiona jest angielska policja, skoro u nas jeździły jeszcze milicyjne Warszawy i Uazy. Zastanawiałem się czy to jakiś Scotland Yard, czy coś na kształt na kształt dzisiejszego SPEEDA, brzmi z angielska.