MODELOLOGIA STOSOWANA: MĘŻNY AMERYKANIN

 

Nie wiem, czy oni się wszyscy zmówili, w każdym razie kompaktowe modele całej Wielkiej Trójki ukazały się dokładnie równocześnie: jesienią 1959r., czyli „na rok modelowy 1960”.

No dobrze, na Wielkiej Trójce świat się nie kończył. Nie kończyła się nawet amerykańska motoryzacja – bo choć General Motors, Ford i Chrysler wspólnie kontrolowały aż 94% krajowego rynku samochodowego, to zawsze jeszcze istniało pozostałe 6%. Ów skrawek mieścił firmy American Motors Corporation, konglomerat Studebaker-Packard (z którego z końcem 1958r. pozostał sam Studebaker) oraz cały import, w ramach którego prym wiodły Volkswageny.

Wszystkie te płotki miały szanse zaistnieć tylko tam, gdzie nie sięgały macki gigantów – czyli na przykład w segmencie samochodów małych. AMC od 1957r. oferowało Ramblera, Studebaker od 1959r. – model Lark. Oba te auta – o długościach 4,5-4,6 metra i mocy 90 KM – w Europie byłyby zaliczane do klasy wyższej, ale u Wielkiej Trójki czegoś tak skromnego nie widziano od przed wojny. Równocześnie amerykański rynek w bardzo przebojowym stylu atakował egzotyczny „Garbus”.

Dla pełnego kontekstu trzeba jeszcze dodać, że w sezonie ’58 bazowy Chevrolet – również ten dwudrzwiowy – urósł do ponad 5,3 metra. Całe General Motors nie miało w cenniku niczego mniejszego (tzn. nie w USA, bo Ople, Vauxhalle i Holdeny należały do innych światów). Tymczasem w 1958r. nadeszło gospodarcze spowolnienie: sprzedaż „pełnowymiarowych” krążowników spadła od 18% (u Oldsmobile’a) do nawet połowy (Dodge i DeSoto). Gros klientów odkładało decyzję o wymianie samochodu, a wielu innych przerzucało się na mniejsze auta, również importowane. Prócz Volkswagena swoje pięć minut w Stanach przeżywały np. Renault, Peugeot, Simca, Rover i Volvo.

To wszystko było do przewidzenia, dlatego giganci, pompując rozmiary swych produktów, równocześnie pracowali nad mniejszymi modelami. Gospodarcza czkawka roku 1958 nie wywołała rewolucji, a tylko zmotywowała firmy do zmiany priorytetów, czytaj: przyspieszenia premier samochodów kompaktowych. Dzięki temu już w roczniku 1960 – czyli kalendarzowo jeszcze w 1959r. – ukazały się Ford Falcon, Chevrolet Corvair oraz chryslerowski Valiant. Właśnie Valiant, nic więcej – początkowo bez żadnej przypisanej marki.

Amerykańskie kompakty miały być najtańszymi modelami, wchodzącymi w segment niższy od eksplorowanych dotychczas. W to założenie dobrze wpisywał się prosty i skromnie stylizowany Ford Falcon.

Foto: materiał producenta

Awangardowy Corvair – z jego „pontonową” formą i chłodzonym powietrzem, sześciocylindrowym boxerem umieszczonym z tyłu – nieco skonfundował publikę

Foto: materiał producenta

Natomiast Valiant… on w ogóle nie wyglądał jak coś niepełnowartościowego. Nazwany przez producenta „królem kompaktów” hołdował odwiecznej chryslerowskiej zasadzie „znacznie więcej za tylko trochę drożej”. Faktycznie: miał największe nadwozie, najmocniejszy silnik, najokazalszy design i… najwyższą cenę. Pytanie tylko, czy na pewno o to chodziło ludziom celowo szukającym „małego samochodu”?

Foto: materiał producenta

***

Projekt Valianta, wewnętrznie oznaczony A-907, miał dostać handlową nazwę… Falcon, jak chryslerowski concept car z 1955r. – tyle że prezes koncernu, Tex Colbert, wspaniałomyślnie zgodził się oddać ją Fordowi (koncerny Wielkiej Trójki robiły sobie czasem takie kurtuazyjne gesty). Prace ruszyły w 1957r., ale korzystały z wyników badań sięgających lat Wielkiego Kryzysu: już wtedy Chrysler rozważał wypuszczenie małego, oszczędnego samochodu, jednak analizy rynkowe nie pozostawiały złudzeń – nawet w najgłębszej recesji Amerykanie woleli duże auta używane od małych nowych. Wieloletnie eksperymenty zaowocowały natomiast największą dojrzałością kompaktu Chryslera.

Projekt A-907 wymyślili prezes Colbert i manager Plymoutha, Harry Chesebrough. Radząc nad wejściem w niższe segmenty początkowo myśleli oni nad importowaniem produktów wykupionej właśnie francuskiej Simki, jednak w końcu wybrali typowo amerykańską koncepcję konwencjonalnego sedana z klasycznym napędem, na wzór sprzedawanego już AMC Ramblera. Przez moment rozważali silnik R4, ale szybko uznali, że Amerykanie nie zaakceptują niczego mniejszego od szóstki.

W nowym modelu tylko jedna rzecz była naprawdę rewolucyjna: samonośne nadwozie. W roczniku ’60 dostały je prawie wszystkie produkty koncernu (z wyjątkiem najdroższych Imperiali), ale najwięcej skorzystały samochody mniejsze, w których przestronność grała szczególnie ważną rolę. Ciekawostka: inżynierowie Chryslera – w tym dawny konstruktor Daimler-Benz, Otto Winklemann – do obliczeń konstrukcji i symulowania testów użyli KOMPUTERÓW, co zaoszczędziło ogrom pracy i pozwoliło zrezygnować z planowanej pierwotnie ramy pomocniczej. W stosunku do ramowych modeli ’59 sztywność nadwozia udało się poprawić aż o 50-100% (zależnie od kierunków działania sił), odbyło się to jednak kosztem wyższej masy: Valiant ważył 1.250 kg, czyli aż prawie 200 więcej od Falcona i Corvaira. W dziedzinie projektowania konstrukcji samonośnych inżynierowie musieli się jeszcze wiele nauczyć.

Nadmiar masy częściowo można przypisać wymiarom: mierząc 4.670 x 1.790 mm Valiant był dłuższy i szerszy od obu głównych rywali, choć rozstaw osi miał najkrótszy (106,5 cala, czyli 2.710 mm). Oferował też największy silnik, największą kabinę oraz bagażnik zupełnie nieustępujący modelom pełnowymiarowym. Dokładnie tę myśl wyrażało znakomite hasło reklamowe „Nobody’s Kid Brother” („to nie jest niczyj młodszy brat”).

Design opracowany przez Virgila Exnera to typowy wytwór lat 50-tych: skrzydlaty, obły i barokowy, ze stylistycznymi elementami Chryslera 300F i Imperiala (potężny grill, udawana osłona koła zapasowego). Proste linie Falcona i Corvaira lepiej antycypowały przyszłość, za to Valiant nie musiał mieć kompleksów przed wielkimi krążownikami. Już w bazowej specyfikacji oferował czworo drzwi – bo modele kompaktowe miały służyć jako drugie w rodzinie, a więc, paradoksalnie, najczęściej do wożenia dzieci przez matki. Model występował w dwóch wersjach wyposażenia, V-100 i V-200, różniących się głównie wykończeniem i ozdobami.

Foto: Emdx, Licencja CC

Foto: Emdx, Licencja CC

Kombi oferowało aż dwa metry sześcienne przestrzeni ładunkowej – więcej niż pełnowymiarowy Plymouth, zajmując ponad pół metra krótsze miejsce parkingowe. Opcjonalny trzeci rząd siedzeń seryjnie łączono z oponami run-flat, eliminującymi potrzebę wożenia koła zapasowego – Chrysler naprawdę potrafił wybiegać w przyszłość.

Foto: Mr.choppers, Licencja CC

Wnętrze też nie robiło taniego wrażenia…

Foto: materiał producenta

…a czarne tarcze zegarów i przyciski automatycznej przekładni Torqueflite wyglądały wręcz futurystycznie (w przeciwieństwie do bryły nadwozia). Opcje obejmowały między innymi wspomaganie kierownicy i elektryczne wycieraczki w miejsce podciśnieniowych.

Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com

Przednie zawieszenie Torsion-Aire opierało się na podwójnych wahaczach poprzecznych i resorowaniu wzdłużnymi drążkami skrętnymi, z tyłu zastosowano klasyczną sztywną oś na resorach półeliptycznych. Tradycyjne dla Chryslera, względnie sztywne zestrojenie poprawiało własności jezdne, nie pogarszając zauważalnie komfortu. Bębnowe hamulce dostały seryjne serwo Bendixa, u konkurentów niedostępne nawet za dopłatą. Kolejnym wyjątkiem na tle Detroit było wykorzystanie w podwoziu 27 kg części aluminiowych.

Ze stopów lekkich wykonywano też inne podzespoły: część ozdób nadwozia, pompy wody i oleju, obudowę alternatora, kolektor ssący, a nawet korpus automatycznej skrzyni Torqueflite. Sam silnik pozostał żeliwny, przez co bardzo dużo ważył – bo projektowano go jako odlew aluminiowy i dopiero w ostatniej chwili, z przyczyn technologicznych, materiał zmieniono na żeliwo, bez zmniejszania wymiarów. Była to sześciocylindrowa rzędówka z blokiem pochylonym o 30 stopni, w celu obniżenia linii maski (stąd nazwa slant-six), krótkoskokowymi wymiarami (86,4 x 79,4 mm) i czterema łożyskami głównymi. Klienci mogli wybrać zarówno przekładnię ręczną, jak i automatyczną, w obu przypadkach trzybiegową (warto dodać, że automaty Forda i Chevroleta miały tylko dwa biegi, co bardzo ograniczało dynamikę).

Pojemność 170 cali sześciennych (2,8 litra) była większa niż u rywali. Podobnie moc i moment obrotowy: producent podawał 101 KM i 210 Nm, ale dziennikarze i użytkownicy uznawali te deklaracje za zbyt ostrożne, bo w praktyce Valiant osiągał aż prawie 100 mph, przyspieszając do 60 mph w zaledwie 14 sekund (obaj główni rywale – w około 18). W kwestii zużycia paliwa odstawał niestety in minus, ogromną zaletą pozostawała natomiast solidność: po wielu modyfikacjach ten sam silnik dotrwał na rynku aż do 1987r. i do końca cieszył się znakomitymi opiniami.

Foto: CZmarlin, Licencja CC

Fabryczny pakiet tuningowy Hyper-Pak był dostępny od przełomu 1959/60r. Składał się z wyższego stopnia sprężania, ostrzejszych faz rozrządu, aluminiowego kolektora ssącego typu ram, czteroprzelotowego gaźnika i sportowego wydechu, co dawało 149 KM i 207 Nm. 31 stycznia 1960r. tak przygotowane Valianty zajęły aż siedem pierwszych miejsc w wyścigu debiutującej klasy kompaktów na torze Daytona International Speedway. Z powodu tak miażdżącej dominacji jednego modelu imprezy więcej nie powtórzono.

Foto: public domain

Oczywiście, jak to w Epoce Chromu, nie obyło się bez problemów: wczesne egzemplarze przeciekały w deszczu, a silniki zacierały się przy długotrwałej pracy na biegu jałowym. Jeszcze przed premierą rocznika ’61 producent musiał przeprojektować pierścienie tłokowe, układ smarowania, regulator napięcia i popracować nad jakością wykonania samonośnych nadwozi, jednak ogólnie jakość Chryslera mieściła się w rynkowej średniej, gdzieś pomiędzy Fordem i GM.

Prasowe testy potwierdzały to wszystko: mówiły o dorosłym wyglądzie, najlepszej praktyczności i przestronności, najpewniejszych własnościach jezdnych i najmocniejszym silniku (którego temperamentu nie stępiał trzybiegowy automat, wybierany przez około połowę nabywców), ale zwracały też uwagę na najwyższą cenę i zużycie paliwa (średnio 20 mpg, czyli około 12 litrów na 100 km – Falcon i Corvair były tu lepsze). Krytykowały też wysoką masę auta, widoczne braki jakościowe i dźwignię skrzyni manualnej umieszczoną w podłodze, więc uniemożliwiającą przewożenie trzech osób z przodu. „Najlepiej byłoby porównać Valianta nie do modeli krajowych, a do europejskich” – pisał magazyn „Motor Life„, a to w Stanach zawsze był wielki komplement.

A teraz najważniejsze: w 1960r. Valiant kosztował od 2.053 dolarów, podczas gdy Corvair od 1.984, a Falcon od 1.912. Wpisywało się to w politykę „dużo więcej za tylko trochę drożej” – tyle że akurat w najtańszym segmencie rynku nie musiało się sprawdzać, bo tam klienci poszukiwali właśnie czegoś małego, taniego i oszczędnego.

Konserwatywne podejście Detroit „więcej = lepiej” tym razem nie zadziałało. Między innymi dlatego, że w tradycyjnych amerykańskich rodzinach o zakupie auta wciąż decydowali mężowie, traktujący drugi, kompaktowy samochód jako zakupowo-dziecięcy wózek dla żony. Oni nie widzieli uzasadnienia dla dopłaty za skrzydlate błotniki, lepsze własności jezdne i dodatkowe konie mechaniczne (wyjątek stanowiło kombi – w tej wersji Valiant był najtańszą propozycją na całym amerykańskim rynku). W sprzedaży nie pomogła też przestarzała i nieco dziwaczna stylistyka autorstwa znanego z ekscentryzmu Virgila Exnera.

W pierwszym sezonie na rynku Valiant znalazł 146.792 klientów, podczas gdy nietypowy Corvair – 253.268, a najprostszy i najtańszy Falcon – aż 435.676 (nie wolno też zapominać o 314.440 Ramblerach i 122.186 Larkach). Inna sprawa, że najtańszy pełnowymiarowy model Plymoutha osiągnął tylko 82.030.

Foto: materiał producenta

***

W 1961r. gamę Valianta wzbogaciły dwudrzwiowy sedan i hardtop. Blachy nadwozi cztero- i pięciodrzwiowych pozostały niezmienione, zmodyfikowano natomiast wnętrza i częściowo ozdoby. Przy prawej tylnej lampie pojawił się napis Plymouth, co ucięło spekulację o planach stworzenia kolejnej marki. W kwestii mechaniki zastosowano nowy gaźnik, odpowietrzanie skrzyni korbowej (którego wymagały teraz przepisy kalifornijskie), a na listę opcji trafiła nawet klimatyzacja.

Pod koniec sezonu ’61 w cenniku pojawił się się silnik slant-six powiększony do 225 ci (3,7 litra): tutaj blok odlewano już z aluminium, według pierwotnego planu, a deklarowane osiągi wzrosły do 148 KM i 292 Nm.

Plymouth Valiant V-200 hardtop ’61

Foto: sv1ambo, Licencja CC

Foto: sv1ambo, Licencja CC

Foto: sv1ambo, Licencja CC

Foto: sv1ambo, Licencja CC

W 1960r. Valianta sprzedawały zarówno salony Plymoutha, jak i Dodge’a, dlatego rok później tym drugim groził spadek obrotów. By to zrekompensować, w 1961r. wprowadzono droższe wydanie Valianta pod marką Dodge Lancer.

Technicznie Dodge nie różnił się niczym, poza dostępnością 3,7-litrowego silnika z Hyper-Pakiem (o mocy 195 KM i przyspieszeniu do setki w zaledwie 8,5 sekundy). Design był jednak wyraźnie elegantszy.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 1962r. Valiant odstawał już stylistycznie od rynku, dlatego został poddany głębszej restylizacji. Okazały grill zmniejszył się i spłaszczył, a poszycie nadwozia, choć zasadniczo podobne, nie dzieliło żadnych elementów z rocznikami 1960-61. Tylne lampy stały się okrągłe, znikła imitacja pokrywy koła zapasowego, a także ledwie co wprowadzony napis Plymouth (choć auto nadal sprzedawały tylko salony tej marki).

Konstruktorzy opracowali nową instalację elektryczną (z drukowanymi obwodami zestawu wskaźników!!), nowy tylny most z dłuższym przełożeniem (w celu obniżenia powszechnie wytykanego wysokiego zużycia paliwa), nową przekładnię kierowniczą w aluminiowej obudowie i częściowo przednie zawieszenie, które teraz wymagało smarowania jedynie co 32 tys. mil.

Valiant ’62

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Nowa deska rozdzielcza nie była tak efektowna, a za to czytelniejsza. Jako jedna z pierwszych w świecie wykorzystywała obwody drukowane.

Foto: public domain

Topowy model Signet 200 (dostępny tylko jako hardtop) wyróżniał się między innymi czarnym grillem z dużym emblematem, kubełkowymi fotelami ze sztucznej skóry i dodatkowymi ozdobami

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Te wszystkie zmiany nie poprawiły sprzedaży: w roczniku 1961 produkcja wyniosła 133.487 sztuk, w 1962 – 145.353. To znacznie mniej niż osiągnęły Ford i GM, których kompakty były mniejsze i wolniejsze, ale też po prostu bardziej „kompaktowe”, tzn. tańsze i oszczędniejsze. To był swego rodzaju sygnał mówiący, że więcej nie zawsze oznacza lepiej. Zwłaszcza w przypadku produktów, które z definicji powinny być małe i ekonomiczne.

***

Druga generacja Valianta ukazała się w 1963r. i… nie była większa od pierwszej. Ta decyzja, jak najbardziej racjonalna, w warunkach ówczesnego Detroit mogła zaskakiwać. Rozstaw osi i szerokość zmniejszono o pół cala, natomiast dłuższe zwisy wydłużyły nadwozie o półtora. Największe zmiany przeszła stylistyka – teraz bardziej klasyczna, lepiej przemawiająca do szerokich mas i odpowiadająca bieżącym trendom, choć też niepozbawiona indywidualnych smaczków.

Valiant ’63 to ciekawa forma przejściowa pomiędzy barokową generacją pierwszą i prostymi, pudełkowatymi projektami późnych lat 60-tych. Z przodu ostał się specyficzny grill – wciąż wydatny, ale już nie dominujący nad całą resztą. Zachowały się szczątkowe skrzydła błotników, zarówno tylnych, jak i przednich, a także opadająca klapa bagażnika, jednak ogólna forma auta mocno uprościła się i zgeometryzowała.

Foto: Charles01, Licencja CC

Foto: Charles01, Licencja CC

Oferta nadwozi była tym razem pełna: składały się na nią 2- i 4-drzwiowy sedan, 5-drzwiowe kombi, 2-drzwiowy hardtop i cabriolet z opcjonalnym elektrycznym mechanizmem składania dachu (dwa ostatnie występowały tylko w droższych specyfikacjach V-200 lub Signet).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Technika pozostała prawie niezmieniona, poza tym że bloki obu silników, 170- i 225-calowego, odlewano znowuż z żeliwa. Jakość poprawiła się na tyle że Chrysler, jako pierwszy producent amerykański, odważył się dawać aż pięcioletnie gwarancje mechaniczne (chociaż ograniczone do przebiegu 50 tys. mil i wybranych podzespołów – silnika, skrzyni biegów, wału napędowego, tylnej osi i kilku pomniejszych). To godne uwagi, bo w Europie standardem była wciąż gwarancja jedno-, a nawet półroczna. Co jednak znamienne, nikt w tamtych czasach nie obiecywał odporności na korozję.

Dopiero w 1964r., podążając za trendem nieustannego zwiększania mocy, Plymouth zafundował Valiantowi motor V8 – o pojemności 273 cale (4,5 litra) i mocy 180 KM, a rok później również jego wersję wzmocnioną do 235 KM (Ford wprowadził V8 ledwie kilka miesięcy wcześniej, natomiast Studebaker oferował je w kompakcie od samego początku!!). Na listę opcji trafiła też czterobiegowa skrzynia ręczna i mechanizm różnicowy o zwiększonym tarciu, reklamowany jako poprawiający trakcję i bezpieczeństwo w warunkach słabej przyczepności.

Coroczne restylizacje były skromne, dla przykładu pokażę więc tylko zdjęcia rocznika ’66, który dla tej generacji okazał się ostatnim

Foto: dave_7, Licencja CC

Foto: Mark’s Postcards from Beloit, Licencja CC

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Druga generacja Valianta znacznie lepiej odpowiadała idei pojazdu kompaktowego, dlatego sprzedaż podskoczyła o aż 50% – do 225 tys. sztuk w 1963r. (wobec 328 tys. Falconów i 288 tys. Corvairów: Plymouth wciąż był więc ostatni, ale już na poziomie 2/3, a nie 1/3 wyniku lidera). Model odnosił też sukcesy poza USA – przede wszystkim w Kanadzie, ale też w Australii, gdzie Chrysler otwarł montownię konkurującą z Holdenem i lokalnymi Falconami (temat na osobny wpis). W samych Stanach wciąż istniała też wersja marki Dodge, teraz nazwana Dart zamiast Lancer.

Dodge Dart funkcjonował na rynku już od 1960r., ale jako model pełnowymiarowy. Kompaktem został w 1963, zgodnie z filozofią stopniowego przesuwania nazw modeli w dół cennika (by klientom wydawało się, że z biegiem lat stać ich na coraz lepsze samochody, mimo faktycznego stania w miejscu). Na zdjęciach rocznik ’63.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Najpopularniejsza i najdłużej produkowana była generacja trzecia, z lat 1967-73. Oferta wyglądała tu skromnie, bo nie zawierała nie tylko niszowych cabrioletów, ale też kombi, a początkowo nawet hardtopu (zastąpionego osobnymi modelami: najpierw Plymouthem Barracudą, a od 1970r. również Dusterem  – technicznie spokrewnionymi, niskobudżetowymi coupé o dynamicznym wizerunku).

W tamtej epoce apetyty konsumentów rosły najszybciej w historii, dlatego rozstaw osi Valianta wydłużono do 108 cali (2.700 mm), a nadwozie do 4.773 mm (przy niezmienionej szerokości). Po raz pierwszy urosła moc bazowego, 2,8-litrowgo silnika – ze 101 na 115 KM. Za dopłatą oferowano znane już 225-calowe szóstki (o niezmienionej mocy 145 KM) i 273-calowe V8 (195 KM). Po roku doszła topowa, 318-calowa ósemka (5,2 litra, 230 KM), a w 1970r. podstawowym napędem zostało slant-six o pojemności 198 cali (3,2 litra) – nadal 115-konne, ale elastyczniejsze i tańsze w produkcji, bo wykorzystujące blok silnika 225-calowego.

W owym czasie producenci aut musieli zająć się nowymi tematami: bezpieczeństwem i ekologią. W 1967r. federalne przepisy nakazały wyposażenie wszystkich nowych aut w dwuobwodowe hamulce, bezpieczną kolumnę kierownicy, punkty mocowania pasów bezpieczeństwa i światła awaryjne, w 1970r. – w zawór recyrkulacji spalin i pochłaniacz par benzyny, a w 1973 – w „federalne” zderzaki i wzmocnienia boczne. Valiant dostosowywał się oczywiście do tych wymogów.

Nadwozia – jak wiemy, wyłącznie typu sedan – stały się jeszcze bardziej kwadratowe. Na zdjęciach rocznik ’68.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 1969r. pojawił się między innymi jednolity grill

Foto: materiał producenta

…a w 1971r. – dwudrzwiowy hardtop (a jednak), który w istocie był tańszą specyfikacją większego Dodge’a Dart Swinger, zbudowanego na 111-calowym podwoziu. Był sprzedawany pod nazwą Plymouth Valiant Scamp, mimo że z oszczędności nie zmieniono mu nawet przedniego pasa i tylnych lamp o kształtach charakterystycznych dla Dodge’a.

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

W tych latach, najbardziej szalonych dla amerykańskiej motoryzacji, Valiant pobił sprzedażowy rekord, przekonując w 1972r. 330.373 egz.

***

Ostatnia, czwarta generacja, z lat 1974-76, nie była już pojazdem kompaktowym, tylko przemetkowanym Dodge’em Dartem, z naprawdę minimalnymi różnicami stylistycznymi. Wszystkie warianty miały więc długi rozstaw osi (111 cali, czyli 2.819 mm), charakterystyczny gruby słupek tylny i oczywiście „federalne” zderzaki, wytrzymujące bezszkodowo zderzenia przy prędkościach do 5 mph.

Od rocznika ’74 podstawową karoserią był 4-drzwiowy sedan…

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

…a topowy Scamp był dwudrzwiowym hardtopem z winylowym dachem, 318-calowym V8, trzybiegowym automatem, tarczowymi hamulcami ze wspomaganiem, indywidualnymi fotelami przednimi i większością dodatków zawartą w cenie bazowej. Popyt był jednak minimalny – powstało nie więcej niż kilkaset sztuk.

Foto: materiał producenta

Również model czterodrzwiowy doczekał się bogatej wersji Brougham (wyposażonej między innymi w klimatyzację, tempomat i welurową tapicerkę), którą w dobie energetycznej paniki chętnie wybierali dotychczasowi użytkownicy pełnowymiarowych modeli Dodge’a czy Chryslera. W ten sposób Valiant definitywnie odszedł od swych kompaktowych korzeni.

Restylizacja na 1975r. była symboliczna, w 1976 nie przeprowadzono jej wcale. Jedyną poważniejszą modyfikacją zostało dodanie w 1975r. katalizatora w egzemplarzach sprzedawanych w Kalifornii i ostrzegawczej lampki zapalającej się po głębszym wciśnięciu gazu, celem odwodzenia kierowcy od szaleństw. Po sezonie ’76 nazwa Valiant znikła z rynku.

***

Zaraz ktoś zapyta, jak od 1974r. nazywał się nowy kompakt Plymoutha? Otóż problem w tym, że żaden nowy kompakt nie został przedstawiony. Valiant przeniósł się do klasy mid-size – tak samo, jak w 1970r. Falcon, tyle że Ford wprowadzał równocześnie mniejsze modele, a Chrysler nie.

Marka Plymouth została zaniedbana, a cały koncern zupełnie znikł z niższych segmentów rynku. Stało się to w 1974r., czyli dokładnie w momencie, kiedy te niższe segmenty nabrały kluczowego znaczenia. Dopiero w 1976r. ukazał się mniejszy Plymouth Volaré, który jednak wciąż mierzył ponad pięć metrów i w żadnym wypadku nie mógł rywalizować z małymi Chevroletami, Fordami ani tym bardziej samochodami japońskimi, szturmującymi właśnie Amerykę.

Ta sytuacja, w połączeniu z problemami natury jakościowej i organizacyjnej, spowodowała głęboki kryzys i faktyczne bankructwo całego koncernu Chryslera. Formalnej upadłości udało się uniknąć jedynie dzięki błyskotliwej akcji nowego prezesa, Lee Iacokki, który zastosował szereg niekonwencjonalnych (i bardzo ryzykownych) posunięć, oraz wystarał się o rządowe gwarancje na nowe kredyty, których na normalnych warunkach nikt nie chciał już udzielać. Dzisiaj Iacokkę mamy za bohatera, ponieważ mu się poszczęściło. Gdyby natomiast coś poszło nie tak – a takie niebezpieczeństwo było ogromne – studenci zarządzania uczyliby się o jego desperackiej szarży jako przykładzie braku odpowiedzialności i bezceremonialnego wyciągania pieniędzy z kieszeni całego narodu, na pokrycie prywatnych strat wynikających z prywatnych błędów.

Pomysły Iacokki to jednak temat na kiedy indziej. Dzisiaj omówiliśmy historię Valianta i braku jego następcy, od czego zaczął się upadek marki Plymouth. Ten niegdyś trzeci największy gracz amerykańskiego rynku nie odzyskał już swojej dawnej pozycji. Pozbawiony naprawdę popularnych produktów nieustannie spadał w rankingu sprzedaży. W 1979r. został wyprzedzony przez droższego Dodge’a, a w liczbach bezwzględnych jego produkcja zmniejszyła się z prawie miliona samochodów w rekordowym roku 1973 do stu kilkudziesięciu tysięcy w latach 90-tych – czyli o ponad 80%.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że w ramach restrukturyzacji po fuzji z Daimler-Benz w pierwszej kolejności zlikwidowany został Plymouth. Nie zmniejsza to szkody poniesionej przez automobilową różnorodność, ale czyni całą historię nieco lepiej zrozumiałą.

 

 

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

53 Comments on “MODELOLOGIA STOSOWANA: MĘŻNY AMERYKANIN

  1. Ciekawy artykuł, o aucie, o którym do tej pory niewiele wiedziałem. Mnie Valiant kojarzył się do tej pory przede wszystkim z „nijakim” autem z „Pojedynku na szosie” Spielberga – ciekaw jestem czy to był przypadkowy wybór, czy product placement ze strony Plymoutha.

  2. Można dorzucić w ramach ciekawostki, że Valiant był jednym z dwóch głównych „bohaterów” Pojedynku na szosie Spielberga – zapewne wybrano go szukając stereotypowego zdechłego kapcia, którym nie da się uciec przed ciężarówką 🙂

    • Z jednej strony się zgadzam – ja sam oglądając film i nie znając auta, odczuwałem jego „nijakość”, tak samo jak głównego bohatera, który miał być w założeniu takim „everymanem”, z drugiej strony w filmie to była nówka sztuka, a do roli „zdechłego kapcia” lepiej pasowałby samochód kilkuletni.

      • Czekaj, czy ten facet nie był przypadkiem przedstawicielem handlowym? Coś mi tak świta.

        Jeśli dobrze pamiętam jego zawód, to wybór auta chyba dobry. Coś jak biała Škoda dziś w Polsce 🙂

      • Też tak pamiętam, że był handlowcem. Zatem gdyby film kręcili współcześnie w Polsce, to bohater jechałby białą Octavią, a ścigałby go zmęczony życiem Kamaz – Octavia pewnie by uciekła 😉

      • @Jerzy, a kiedy ostatnio widziałeś Kamaza ? ja z 7-8 lat temu jakieś niedobitki. Renault Premium mkI już nie widać. Jeżeli to miałaby być konwecja dziad-transa to raczej jakiś Mercedes Atego mkI, czy MAN 12.125.

      • Ja w październiku, w Gruzji i Armenii. Tam Kamaz to taka dobra klasa średnia, bo najpopularniejsze są GAZy 53 i Ziły 130. Auta, które pamiętam wożące piasek i gruz na budowach, tam woziły raczej winogrona luzem bo był sezon winobrania. Fajny widok – zwłaszcza na kaukaskich przełęczach, gdzie wspinały się z prędkością 15 km/h 🙂

      • @SzK, z takich ciekawostek apropo Ziłów 130, to w PRL-u dużą ich częśc zezłomowano w całkiem młodym wieku na fali przymusowej „dieslizacji” transportu ciężkiego mniej więcej w okresie stanu wojennego. Niemniej trochę ich się ostało, jeszcze ok. 2007 roku widywałem Ziła raczej prywatnego wożącego piasek na budowę. Niemniej kiedyś czytałem, że państwowe transbudy w owym okresie złomowały 3-4 letnie ziły.

      • Ja widzałem ZIŁa w 2012 roku w Końskich, jak miałem praktyki na budowie obwodnicy. Tak jak mówisz, prywatny szofer woził tam kruszywo. Ale to byl prawdziwy ewenement.
        Do 2010 widywałem też często Stary 200 (choć one były do ’94 budowane, więc wtedy ledwo 15 – 16 latki). Później też zniknęły. Choć ten star w porónaniu z ziłem to zupełnie inna klasa.

      • Zielony Ził starszego prywatnego kierowcy jeździł w Krakowie jeszcze do pandemii. Wtedy właśnie znikł (wiem gdzie stacjonował przez noce, dlatego zauważyłem od razu, że znikł).

  3. Ależ nietypowa stylizacja pierwszej generacji. Nawet biorąc pod uwagę szaleństwa stylistyczne tamtych lat, to mimo wszystko wygląda…dziwnie. Tak jak przedmówcy, tak i mi Valiant kojarzy się głównie z filmem Duel pojedynek na szosie. Oglądając ten film po raz pierwszy, dziwiłem się, dlaczego kierowca nie wykorzysta mocy samochodu i nie rozpędzi go mocniej. Po latach i zyskaniu świadomości o charakterystyce prowadzenia tych „okrętów” z USA, zupełnie nie dziwi mnie jego ostrożność. 🙂

    • W Stanach ciężarówki spokojnie zasuwają 90 mph, w dodatku nie mają osobnych limitów jak u nas (poza Kalifornią, gdzie mają sztywne 55 max). Przyspieszenie oczywiście słabe, ale na highwayu waga lekka i ciężka jadą równo. To jedna z różnic między ich motoryzacją i naszą.

      • Pare lat temu czytałem wpis gościa pracującego jako kierowca ciężarówki na Nowej Zelandii. Mix ciężarówek europejskich i amerykańskich.
        Szczegółów nie pamiętam, ale komfort i ergonomia amerykańskich „trucków” przypominała raczej Ursusa C360 niż pojazdy europejskie.

        W pewnych rocznikach Scani wystarczyło wyjąć jeden bezpiecznik, aby wyłączyć ogranicznik i 160 na godzine bylo osiagalne.

      • Ależ ja nic nie pisałem o komforcie 🙂

        Co do bezpiecznika – w latach 90tych widywałem w Polsce ciągniki siodłowe solo, które wyprzedzały mnie gdy jechałem moim dieslowskim trupem z jego typową podróżną prędkością około 110 kmh. Tak że to na pewno jest do zrobienia, tyle że dziś grozi za to pewnie rozstrzelanie 🙂

      • O komofrocie też wiele słyszałem. Niejaki Bartek Sołtys miał odcinek, gdzie Renault Magnum było wysyłane za ocean do roboty. Własnie z uwagi na komfort. Tam też jest trochę inaczej niż u nas jeśli chodzi o transport. W Europie dominują przedsiębiorstwa z flotami pojazdów jak najnowszych (bo fiskalne obciążenia tak się domyślam), a tam raczej każdy szofer jest sobie okrętem sterem i rybą. Stąd te ozdobne ciągniki jak nie przymierzając w Pakistanie.
        A sama fura fajna, akurat dla żony, żeby dzieci wozić. Te dodatkowe drzwi dla dzieciaków by mnie przekonały, ale widać, że większości potencjalnych klientów jednak nie.

      • Generalnie to „tirowcy” łamią przepisy ruchu drogowego. Zestaw może jechać max 90 km/h tylko na autostradzie

      • @wojluk u nas w latach 90 na fali przełomów też tak było, kupa przedsiębiorstw gdzie kierowca odkupił od PKSu Stara czy Liaza , brał zlecenia z PSK, czy od przedsiębiorstw budowlanych i tak to się kręciło. Niemniej zostało wygryzione szybko przez wielkie firmy , bo takie niskonakładowe przedsiębiorstwa są po prostu nieefektywne. Na międzynarodówkę jak poślesz stare auto to Cię opłaty zjedzą.

  4. Ta pierwsza generacja nie powala. Taki „minimal barocco”, czy też jak mówią Rosjanie „niewielki ale gustowny”. Najbardziej wbiła mi się w pamięć druga generacja, bo dostałem jego prospekt od jakiegoś wujka z Ameryki, bo takim tam jeździł. Ale najbardziej pasuje mi jest ten hardtop vel Dart. Ma najlepsze proporcje i jest oszczędny w eksponowaniu amerykańskiego przepychu.

  5. Za czasów nastoletnich wiedziałem o istnieniu wspomnianej w tekście Barracudy czy Dustera (zapewne z powodu dwóch seriali gdzie te wozy tam grały ; ) ) ale o Valiancie nie miałem pojęcia. Dopiero z czasem się dowiedziałem że oba pochodziły od „kompaktowego” wozu, oczywiście jak na standardy USA. Jak teraz sobie sprawdziłem to Valiant drugiej generacji miał występ epizodyczny w „Hydrozagadce”, stał sobie przed jedną z lokacji. Pierwsza generacja Valianta przypomina mi ówczesne wyroby AMC, chociaż jest od nich jednak bardziej dopracowana, AMC wygląda bardziej topornie. Druga generacja wygląda chyba najbardziej „generycznie”, zaś trzecia to czysty MOPAR. Może Valiant trzeciej generacji nie wygląda tak muskularnie jak Dodge Charger, ale pewną muskulaturę ma. ; )

    Chociaż muszę stwierdzić jedno, jeśli chodzi o nazwę Duster to tylko Plymouth jest godzien ją nosić. : D

    • Ciekawostka, dzięki. „Hydrozagadkę” znam, ale z całkiem innej strony niż obecność amerykańskich samochodów. Choć faktycznie, w tym filmie amerykańskie akcenty są w pewnym sensie centralnym tematem.

  6. Valianta pierwszej generacji znałem, właśnie ze względu na jego dziwaczny wygląd. Osobiście mi najbardziej podoba się „przejściówka” roku 1963, ma w sobie dużo elegancji bez nadmiaru Exnerowskiej ekstrawagancji, wygląda na dużo droższy model niż równoletnie Falcony i Corvairy. Kolejne generacje były może i bardziej konwencjonalne stylistycznie, ale przez to całkowicie nieciekawe, na plus wyrózniłbym tylko Dodge’a Lancera 1963 z frontem nawiązującym do Chryslera Turbine.

    • *w ostatnim zdaniu miałem na myśli Dodge’a Darta, nie Lancera, pomyliły mi się podpisy pod zdjęciami 🙂

  7. Szwedzka policja użytkowała Valianta drugiej i trzeciej generacji w latach 1965 -74. Łącznie około 1200 aut i żeby było ciekawiej składano je lokalnie w systemie CKD. Wybór amerykańskiego kompakta podyktowany był brakiem odpowiednio dużego, mocnego i wygodnego samochodu z krajowej oferty.

    • Ciekawe – wydawałoby się, że Volvo 144/164 ma podobne gabaryty, ale może chodziło o silnik V8.

      • Volvo weszło do sluzby odrobinę później i koniec końców wyparło Valianty. Valianty miały silniki 3,7 slantsix, ale i tak były mocniejsze i szybsze niż 144. Model 164 to było bardziej auto reprezentacyjne i tylko kilkaset takich łącznie w Policji służyło. 144 był podstawowym radiowozem patrolowym a Valiant pościgowym, odpowiednim do patrolowania dróg krajowych i oba auta przez kilka lat służyły równolegle. Valiant był szybszy, ale trudniej się prowadził, zwłaszcza na lodzie, był bardziej nadsterowny i wymagał wprawnego kierowcy.

  8. Wtedy, kiedy Amerykanie robili takie wspaniałe auta, myśmy dopiero rozkręcali produkcję syrenki

      • To na pewno nie pomagało. Ale jednak bezpośrednio tym całym bałaganem zarzadzali nasi, prawdziwi, polscy przodownicy socjalizmu.
        Jasne, ze na wolny rynek nie bylo co liczyc ale chyba czas skonczyc z odsuwaniem odpowiedzialnosci i powtarzaniem jak to Moskwa niczego nie pozwalała.

      • @Max, jak to powiedział Gomułka: „Leć pan na skargę do Churchilla”.
        Zresztą u niego można wiele złota wydobyć, jak np. „Nie kartka wyborcza nas tu przyniosła i nie kartka wyborcza nas stąd zdejmie.” albo „Przecież wiem, że jest podsłuch, ale niech to sowieckie bydło, ci #wulgaryzm# i, wiedzą, co o nich myślę! Z nimi tylko tak trzeba rozmawiać.”
        Zgadzam się z ndv, że sytuacja polityczna nie pomagała. Ale ostatecznie decyzje były podejmowane na miejscu. Te wszsytkie baraki w końcu się jakoś między sobą różniły. W końcu implementacje doktryny mogą być różne. Wystarczy popatrzeć co dzieje się dziś, jak polscy urzędnicy ubogacają każdy przepis z EU o jakieś swoje dodatki. Casus likwidacji „zielonej strzałki” może tu być motoryzacyjnym przykładem.

      • To raz. A dwa, że po wojnie z grona naukowców, inżynierów i ogólnie ludzi, że to tak określę „górnopółkowych”, to wiele nie zostało. I to był najważniejszy problem ze wszystkich.

      • Z przekąsem dodam, że przed wojną też jakoś specjalnie rozwiniętego przemysłu motoryzacyjnego nie mieliśmy, pomimo tego, że nie byliśmy pod „Moskiewskim” butem i kadry inżynierskiej nikt nam nie rozstrzelał, zatem skąd oczekiwanie, że po wojnie miałoby być zauważalnie lepiej? Wyobrażenie jak mogło być daje nasza rzekoma „wielka stracona szansa”, tj. plany tuż powojennej współpracy z Fiatem, w ramach której mieliśmy robić przestarzały model 1100 w ilości 10 tys. sztuk rocznie.
        Realne podstawy do budowy przemysłu motoryzacyjnego dała dopiero PRL i jej inwestycje w przemysł ciężki – oczywiście one były ukierunkowane na budowę przemysłu zbrojeniowego, a motoryzacja indywidualna była niejako „przy okazji” motoryzacji armii, tym niemniej, gdyby PRL-u nie było, to jest spora szansa, że nie tylko nie zostalibyśmy potęgą motoryzacyjną, ale mielibyśmy przemysł motoryzacyjny na poziomie Belgii.

      • Zgadzam się z Jerzym. Już przed II wojną, mające pewne osiągnięcia PZInż zostały ubezwłasnowolnione przez władze zakupem licencji od Fiata, który zagwarantował sobie dominującą pozycję na polskim rynku i doprowadził do całkowitego zarzucenia produkcji i rozwoju CWSa (dziś hołubionego i dopieszczanego ponad miarę dziecka przedwojennej motoryzacji). Rykoszetem dostała wtedy montownia Chevroleta w zakładach Lillpopa. Fiat z pomocą polskiego rządu wykosił konkurencję. Po wojnie sytuacja się powtórzyła Fiat wszedł ze swoimi licencjami i ucinał w zarodku wszystkie oddolne próby inwencji polskich inżynierów, żeby wspomnieć Ogara, Warsa, Beskida. To były nieco toporne prototypy, ale na tyle „groźne”, aby je zarzucić zanim przybrały realne kształty, a biura projektów i OBRy zreorganizować i przewietrzyć. Była jeszcze po drodze Syrena 110, modyfikacje Warszawy, jedna nawet z nadwoziem Ghia. W końcu doszło do tego, że już nawet liftingi Poloneza robili Włosi. A w naszych rodzimych: Instytucie Motoryzacji i Przemysłowym IM, OBR-ach żyjących po części z budżetu, administracja zaczęła przerastać kadrę inżyniersko – techniczną. A urzędnicy, jak to urzędnicy tworzyli normy i rewolucyjne przepisy, które uzasadniały konieczność istnienia ich stołków, zwiększania dofinansowania z budżetu i zatrudnienia nowych urzędników z powodu mnożonych przez nich samych zadań. Jak w dowcipie o facecie biegającym z pustą taczką po budowie. Dlaczego? A panie, zap…dol taki, że nie ma czasu załadować.
        Tak, że nie tylko ruski but nam przeszkadzał, indolencja i arogancja naszych decydentów (często korzystających ze sponsoringu Włochów w różnej formie) też odcisnęła piętno.
        Jeśli chodzi o rodzime konstrukcje silników to rzeczywiście było słabo, chociaż start był dobry. S 42 Wernera, oparty o przedwojenne projekty powstał już w 1948 r., był w tym czasie równorzędną konstrukcją do wielu innych powstających w „wolnym świecie”. Przetrwał po modyfikacjach (S 47 do 470) do lat 70. Silniki Syreny S 15, S 31 to raczej była raczej droga do ślepego tunelu, chociaż trwały latami jak w NRD. Udana była modyfikacja silnika M 20 Warszawy do S 21 (powstało pond milion silników). No i 4C90, wreszcie diesel i to niezły, ale tak długo wdrażany w aptekarskich ilościach, że aż przestał być nowoczesny.

      • Zastanawiam się, na ile ta stopniowa degrengolada była spowodowana zupełnie naturalnym procesem w postaci coraz większego skomplikowania i wykładniczo rosnących kosztów nowych konstrukcji?

        Do lat mniej więcej 60-tych przełomowe konstrukcje tworzyli zdolni ludzie z przyborami kreślarskimi i jako-tako wyposażonym garażem. Później już się tak nie dało – trzeba było inwestować miliony, a potem miliardy, które musiały się zwracać poprzez masową sprzedaż produktów na całym świecie.

        Spotkało to nie tylko producentów z RWPG, ale też np. Carla Borgwarda, Ferdinanda Innocentiego, Grupę Rootes, nie mówiąc o amerykańskich firmach spoza Wielkiej Trójki. Kto nie załapał się na status albo potentata, albo superprestiżowej zabawki, ten odpadał z gry. Co oczywiście nie przeczy temu, co napisałeś, ale dokłada do tego kolejną cegiełkę.

      • Niby wszystko racja, ale nie można zapominać, że po pierwszej wojnie światowej Polska jako kraj dopiero powstała. Do tego w jej skład wchodziły obszary od trzech różnych zaborców – czyli inny język, inna kultura, inne normy, inna edukacja, dosłownie wszystko inne. Trudno oczekiwać, że nagle w np. 1920 powstanie u nas wielka fabryka produkująca supernowoczesne samochody. To zupełnie nierealne. Ale potencjał naszej kadry inżynierskiej widać dobrze na przykład w lotnictwie. Wiadomo, produkcja na znacznie mniejszą skalę, konstrukcja o wysokiej dozie specyficzności, ale jakoś przez te 20 lat po IWŚ udało się Polakom zaprojektować i wyprodukować naprawdę dobre samoloty (poza silnikami). Nie były „tylko przyzwoite”, ale prezentowały w niektórych przypadkach poziom światowej czołówki – co jest o tyle godne uwagi, że lotnictwo w tamtym okresie rozwijało się na świecie znacznie szybciej od motoryzacji.
        Dodajmy do tego wysoki poziom edukacji (na przykład polskie uczelnie morskie w okresie międzywojennym były uważane za najlepsze na świecie) i rysuje się z tego spory potencjał na późniejsze dekady.
        A potem przyszła II wojna i wszystko się rozsypało. Dosłownie i w przenośni.

      • W przerwie międzywojennej może Polska nie była państwem zamoznym czy demokratycznym, ale za to były państwowe monopole na zapałki, sól, cukier…

        Nie pamiętam daty, ale traktorów w Polsce nie było, bo dniówka robotnika rolnego była niższa niz paliwo na godzine(?) pracy. Kto wtedy bedzie inwestował w ciągniki?

      • Bardzo trafna obserwacja z tą relacją cenową.

        II RP na pewno była państwem niepodległym, tzn. polskie władze nie musiały kierować się zdaniem władz innych państw – i to był jedyny taki okres w naszej historii od momentu śmierci Kazimierza Wielkiego. Przez cały okres panowania Jagiellonów, królów elekcyjnych, zaborców i potem nieprzerwanie od 1939r. o naszym prawie i decyzjach politycznych decydowały siły zewnętrzne – czasem w 100%, kiedy indziej tylko częściowo, ale zawsze. Tylko za Piastów i II RP było inaczej, o tym warto pamiętać.

        Natomiast jeśli chodzi o wolną gospodarkę, II RP miała z nią bardzo mało wspólnego i to był jeden z czynników braku realnego rozwoju. Wolności politycznej też wtedy nie było (przynajmniej po 1926r.). O tych sprawach decydowały czynniki wewnętrzne, nie obce, więc można to było w dowolnym momencie zmienić – ale niestety nikt zmienić tego nie chciał.

      • Których Piastów?
        Mieszko przyjmując chrzest przyjmował też pewien model polityczno gospodarczy, od którego odstępstwo groziło krucjatą. Można znaleźć głosy, że i koronacja Bolesława była częścią polityki Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Mało kto może sobie pozwolić na rządzenie samym sobą bez oglądania się na innych, i to dotyczy nie tylko państw.

        Przy czym w Polsce mamy straszliwy problem ze zrzucaniem winy na innych. Jak coś się nie udaje to wina Ruskich, Niemców, UE, koniunkcji sfer… Sorry, ale jak mamy myśleć o lepszej przyszłości, to się trzeba przyznać przed sobą, że nasze położenie to też w znacznej mierze konsekwencja naszych działań i wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.

      • Tak, wszyscy żyjemy w jakiejś siatce zależności i musimy się dostosowywać, ale czym innym jest samodzielny wybór jakiegoś kierunku, a czym innym instrukcja z zewnątrz.

        Całej historii tutaj nie wyłożę, ale najlepiej zrobił to Paweł Jasienica w swojej trzytomowej historii Polski przedrozbiorowej. Tam właśnie pokazał, że wyłącznie Piastowie prowadzili politykę niezależną – bo kraj uważali za swoją ojcowiznę, więc jego interes utożsamiali ze swoim. Wszyscy kolejni władcy byli poniekąd z zewnątrz – więc ich interes nie pokrywał się z interesem Polski, a przynajmniej nie zawsze (Jagiellonowie byli Litwinami, a później magnackie rody zręcznie nie dopuszczały do tronu nikogo z wewnątrz, bo to oznaczałoby zniszczenie równowagi pomiędzy nimi samymi, woleli więc obcokrajowców lub ludzi wyraźnie powiązanych z obcymi mocarstwami). Polecam książki Jasienicy – są długie i napisane w niedzisiejszy już sposób, ale nikt tego tak dobrze nie opisał jak on.

    • no tak ale to nie Amerykanie mieli zniszczone z 70% przemysłu, infrastruktury po wojnie, nie Amerykanie stracili kilka milionów Obywateli plus emigracja (tych co nie wrócili po 1945), nie Amerykanie mieli 'dobrego Wujka Soso’ czy tam 'Joe’, to Amerykanie dostali zapłatę w złocie za 'pomoc’ GB, Francji, czy ZSRR… inny świat

  9. Pomysły i desperacka szarża jaką zaprezentował Lee Iacocca to byłby ciekawy temat na artykuł. Wpisy o BLMC czytało się świetnie.

    • Chyba Szczepan opisywał te strategie przy okazji K Cars.
      Tzn. jestem pewien, że czytałem o tych pomysłach na Automobilowni, tylko nie pamiętam przy okazji czego.

  10. Ford Falcon
    W książce Jerzego Edigeya „Mister Macareck i jego business” z 1964 roku jest taki fragment:

    – „Falcon” miał stać się rewelacją rynku amerykańskiego. Był to pierwszy samochód, jak na amerykańskie warunki, małolitrażowy i wyjątkowo oszczędny w eksploatacji, a jednocześnie, jak na swoją cenę, luksusowo wykończony. Ford podjął pracę nad takim typem samochodu stosunkowo wcześniej niż jego najpoważniejsi konkurenci, przede wszystkim General Motors, i miał nadzieję zaskoczyć inne firmy. Prace nad „Falconem” prowadzone były w najgłębszej tajemnicy. Próby odbywały się tylko w nocy, na własnym torze Forda. Usuwano wszystkich z obrębu zabudowań fabrycznych. Wreszcie wszystko zostało przygotowane, ruszyła produkcja taśmowa i w tym samym czasie ruszyła kampania reklamująca nowy samochód. Postanowiono rzucić go na rynek w dniu 1 stycznia 1959 roku jednocześnie we wszystkich stanach USA.
    – A tymczasem konkurencja ubiegła Forda i wcześniej pokazała podobny wóz?
    – Nie! Tajemnica została zachowana. Pierwsze doniesienia, że Ford wykańcza nowy, rewelacyjny typ samochodu zaskoczyły General Motors, który planował wypuścić podobną maszynę dopiero za rok, bo właśnie zajęty był rynkiem europejskim: wykupywał zakłady Opla w Niemieckiej Republice Federalnej i szykował tam słynnego opel-record.
    – W jaki więc sposób można było przeszkodzić Fordowi w wejściu na rynek nowego samochodu?
    – Przeszkodzić nie było można, ale ośmieszyć się udało.
    Jak już mówiłem, „Falcon” miał się ukazać w sprzedaży 1 stycznia 1959 roku. O tym epokowym wydarzeniu doniosła cała prasa amerykańska wielkimi ogłoszeniami: ,,Od dziś kupisz «Falcona» w każdym sklepie fabrycznym firmy Ford”. A na drugi dzień w jednym z pism amerykańskich ukazał się dopiero inserat: „Używanego «Forda-Falcona» sprzedam za połowę ceny”. Prasa powtórzyła i skomentowała to dziwne ogłoszenie, zaś 180 milionów Amerykanów śmiało się z doskonałego kawału. Henry Ford szalał z wściekłości. Prowadził nawetspecjalne dochodzenie, aby dowiedzieć się, kto dał to „przeklęte ogłoszenie”. Nic nie zdziałał. Konkurencja także umiała dochować tajemnicy, a nowy samochód został ze szczętem ośmieszony. Jaka może być wartość wozu, który już nazajutrz po otwarciu sprzedaży można kupić za połowę ceny?

    Nie mam pojęcia, czy cała ta historia jest zmyślona. W każdym razie, nawet jeżeli to prawda, to ośmieszenie nie przeszkodziło w sprzedaży Falconów.

    • Nie słyszałem tej historii. Ale kompaktowe pojazdy cała Wielka Trójka pokazała niemal równocześnie, jesienią 1959r., więc o żadnym zaskoczeniu GM nie mogło raczej być mowy.

  11. Chciałbym zwrócić uwagę, na pewną ciekawostkę. Nie wiem, czy @SzK zrobił to celowo, ale w części dotyczącej premiery nowego modelu, pod akapitem:

    „W pierwszym sezonie na rynku Valiant znalazł 146.792 klientów, podczas gdy nietypowy Corvair – 253.268, a najprostszy i najtańszy Falcon – aż 435.676 (nie wolno też zapominać o 314.440 Ramblerach i 122.186 Larkach). Inna sprawa, że najtańszy pełnowymiarowy model Plymoutha osiągnął tylko 82.030.”

    widnieje zdjęcie szczęśliwej rodziny siedzącej w swoim Valiancie i wpłacającej/wypłacającej środki ze swojego konta! 🙂 Moda na robienie wszystkiego w aucie 😉 lub z auta: m.in. kina samochodowe, posiłki, dotarła nawet do bankowości.

    Żeby było jeszcze ciekawiej, w reklamie nie ma ani jednego mężczyzny, w okienku bankowym jest szacowna kobieta, a na miejscu kierowcy matka/żona. Czyli idzie przekaz podprogowy, że kobieta nie jest zależna w 100% od pracującego męża i tego co jej przekaże w gotówce/czeku (1960 – aktywnych zawodowo było tylko ok. 35% kobiet w USA), ale może podejmować samodzielne działania.

      • OIDP w RFN kobiety mogły legalnie rozporządzać finansami gdzieś od połowy lat 70. Wcześniej do założenia konta w banku potrzebowały zgody męża.

      • We Włoszech nie było wtedy rozwodów ani prawnej możliwości uznania ojcostwa dziecka pozamałżeńskiego, nawet jeśli wszyscy zainteresowani tego chcieli i nikt nie miał żadnych obiekcji/wątpliwości. Dowiedziałem się tego przy okazji pisania życiorysu Ferrariego i historii jego dwóch równoległych rodzin.

      • Aaaaaaa… zamieszczona reklama VW wybuchła mi mózg!!! 😀

        Ostatnie dwa akapity z tej reklamy to już w ogóle absolutny majstersztyk.

        @SzK – wysoki poziom twoich wpisów to jedno, ale poziom zamieszczanych komentarzy…. To jedna z nielicznych wysp w intenetach, która niczym pewna wioska w Galii pokazuje, że głupota wcale nie wygrywa z mądrością. Pomimo naporu z każdego możliwego kierunku. Nawet w komentariacie.

        Dziękuję.

  12. ale dziwaczny, nic dziwnego że mało kto chciał go kupować, myślałem że to Edsel 😉
    ale te z roczników 69…71 już fajne, podobają mnie się 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.