MODELOLOGIA STOSOWANA: OWOCE MORZA

Świat pełen jest paradoksów i dzisiejszy artykuł też będzie.
Przykładowo tacy Anglicy – zawojowali połowę świata w poszukiwaniu źródeł najlepszych przypraw, tymczasem kilkaset lat później wciąż mają najbardziej mdłą kuchnię w świecie. Mało tego: mimo że mieszkają na wyspie, a cała ich historia obraca się wokół morza i żeglowania, spożywają mniej ryb i owoców morza niż statystyczni Europejczycy (odpowiednio około 17 i 23 kg).
Jeśli pominąć tradycyjne fish & chips, jedzenie wyciągnięte z wody jest w Wielkiej Brytanii traktowane jako luksus, nie codzienny posiłek. Jednak nawet jako luksus owoce morza są w brytyjskiej kulturze obecne – dlatego samochody z tytułowych zdjęć nosiły potoczne nazwy „lądowego homara” i „lądowego kraba”. Być może jakąś rolę odegrał tu fakt, że nie należały do tanich i nie były szczególnie rozchwytywane.
Historię koncernu BLMC wałkowaliśmy już ze wszystkich stron (LINK1 LINK2). Wiemy, że prowadzili go świetni inżynierowie, którzy miewali wizjonerskie pomysły i często je nawet wdrażali. Niestety – i to jest następny paradoks – taka strategia nie wróży dobrze: rynkowy sukces oznacza bowiem tyle, co masowy zbyt, a masy, inaczej niż inżynierowie, w pierwszej kolejności patrzą na wygląd samochodu, potem pytają o cenę, a dopiero na końcu o jakieś parametry. Inżynierowie nie zawsze potrafią to zrozumieć.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby zatrudniać konstruktorów złych, a tylko o to, że oni nie powinni zarządzać samochodową firmą. To bowiem najczęściej skutkuje lansowaniem modeli „zbyt dobrych” – zaawansowanych, lecz kosztownych, a niekoniecznie docenianych przez gawiedź. Faktycznie, w Epoce Chromu żadne popularne samochody nie były tak drogie w produkcji, jak wyroby BMC/BLMC, a jeśli do tego dodamy organizacyjną nieudolność, mnóstwo dziwacznych, niezrozumiałych decyzji, a od pewnego momentu również usposobienie związków zawodowych noszące wszelkie znamiona sabotażu, trudno się dziwić, że skończyło się tak, jak się skończyło.
Dziś jednak zajmiemy się nie upadkiem koncernu, tylko jego ciekawymi, choć nieco już zapomnianymi produktami, fabrycznie oznaczonymi ADO17 i ADO61.
***
ADO17 i ADO61 łatwo pomylić z ADO16 – to prawie ten sam kod, prawie ta sama sylwetka i prawie ta sama koncepcja. Inne były natomiast liczby: gabaryty, pojemności silników, ceny, a także wielkości sprzedaży – bo podczas gdy kompaktowy ADO16 odniósł ogromny sukces znajdując ponad 2,4 mln klientów, to średniej klasy 17-tka powstała w tylko 386 tys. sztuk, a jeszcze większe ADO61 – w zaledwie mniej niż 10 tys., a to była już autentyczna katastrofa.
Taki los też jest poniekąd paradoksalny. Bo jeśli ADO16 się sprawdził, klienci go polubili – a wręcz uznali za wzorzec rodzinnego kompaktu – to dlaczego jego przeskalowanie przyniosło klęskę? To właśnie coś, co nie każdy inżynier zrozumie: ludzie nie zawsze kupują efektywność – najczęściej wolą efektowność. Chcą tego, co uważają za sprawiające radość. Innymi słowy odpowiednio wynagradzające za wydanie ciężko odłożonych pieniędzy. Dlatego właśnie w oczach klientów np. Tata Nano często przegrywała z porządnym motocyklem: bo choć obiektywnie była czymś lepszym, to posiadanie 125-centymetrowej Hondy jest fajowe, podczas gdy dwucylindrowe, plastikowe toczydełko na czterech 12-calowych oponkach przynosi wyłącznie wstyd. Nie zmienia tego możliwość przewiezienia trójki dzieci ani ochrona przed monsunową ulewą.
Większość sprzedażowych klap ma swą przyczynę albo we wpadkach jakościowych, albo w niedopasowaniu produktu do oczekiwań klientów. Koncern BMC/BLMC nader często łączył oba te problemy.
Foto: materiał producenta
***
Największym szlagierem BMC było oczywiście Mini. Autko zrobiło ogromną furorę, dlatego jego dumny twórca, Alec Issigonis, usiłował przenieść tę samą koncepcję do wyższych segmentów. Oczywiście rozumiał, że jego inwencję ograniczają czynniki ekonomiczne, ale… myślał tylko o tych wewnętrznych, tzn. dostępnych już w firmie komponentach (zwłaszcza silnikach) i przydzielonym budżecie. U BMC nigdy bogato nie było, najgorsze jednak, że ustalając założenia o nic nie pytano klientów. No bo o co tu pytać – taki inżynier jak Issigonis na samochodach znał się lepiej niż gawiedź.
Gdy cały świat zachwycał się Mini, większe modele BMC wciąż miały tylny napęd i skrzydlate, barokowe nadwozia. Projekty nowoczesnych następców rozpoczęto równocześnie. Najlepiej poszło w klasie kompaktowej: wspomniany już ADO16 – czyli rodzaj nadmuchanego Mini, z najprzestronniejszym w segmencie nadwoziem, najniższą ceną, stylistyką szlifowaną u Pininfariny i wyborem 29 specyfikacji sprzedawanych pod 7 markami – w pojedynkę osiągnął 14% udziału w całym brytyjskim rynku. Logicznym kolejnym krokiem wydawało się kolejne dodmuchanie auta, do rozmiaru klasy średniej.
Punktem wyjścia miał być prototyp X9000 z 1956r. Antycypował on kształty wielu późniejszych modeli BMC, chociaż napęd miał jeszcze tylny
Foto: materiał producenta
W latach 60-tych brytyjskim wzorcem klasy średniej był Ford Cortina. Debiutujące dwa lata później ADO17 miało nadwozie o 8 cm krótsze, ale 12 cm szersze, przy 21 cm dłuższym rozstawie osi (odpowiednio 4.191, 1.702 i 2.692 mm). Dało to niewiarygodny wręcz stosunek wymiarów wewnętrznych do zewnętrznych, a dodatkowo świetną sztywność skrętną. To był inżynierski ideał – ale o odrzucającej, nieproporcjonalnej aparycji, która dała autu przydomek „lądowego kraba” (Landcrab). Niewiele pomogła upiększająca kuracja Pininfariny – zwłaszcza że Włochom pozwolono zmodyfikować tylko przedni i tylny pas, wskutek czego całość wyglądała jak zlepek dwóch różnych projektów.
Wielka, obficie przeszklona kabina, długi rozstaw osi, duży bagażnik i zespół napędowy w całości zmieszczony pomiędzy przednimi kołami zapewniły przestronność zbliżoną do aut luksusowych, jednak zewnętrznie wciąż było to trójbryłowe Mini z twarzą małych Austinów, po dwóch turnusach intensywnego tuczenia. W niczym nie przypominało tego, czego szukali nabywcy limuzyn klasy średniej.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Kokpit został żywcem wyjęty z Mini – okraszono go tylko ulubionym przez Issigonisa szybkościomierzem paskowym (widoczne tu drewniane listwy są elementem liftingu z 1968r.). Ta sama, niewygodna pozycja za silnie pochyloną kierownicą nieodparcie przypominała najtańszy samochód na rynku, a ciężki przód zmusił do zastosowania powolnego przełożenia układu kierowniczego psując przyjemne, responsywne prowadzenie malucha. Z ciekawych detali można wymienić bezwładnościowy rozdzielacz siły hamowania przód-tył (pozwalający lepiej wykorzystać przyczepność) oraz opornik w obwodzie kierunkowskazów i świateł STOP ściemniający je przy włączonych światłach mijania, by nie oślepiać nocą. To jednak były tylko detale, w niczym nie ratujące całości.
Foto: materiał producenta
Kompaktowe ADO16 miało silniki 1,1 i 1,3-litrowe, w klasie średniej królował przedział 1,5-1,6 litra, tyle że kierujący BMC pasjonaci motoryzacji zaordynowali właśnie powiększenie koncernowej jednostki B-Series z 1,6 do 1,8 litra, na potrzeby roadstera MGB. W ten sposób stworzyli jedno z fajniejszych sportowych aut epoki, ale… wielkoseryjnego sedana skazali na przesadzoną pojemność, generującą nadmierne koszty paliwowo-podatkowo-ubezpieczeniowe.
Większa komora silnika umożliwiła optymalizację smarowania przekładni (nadal siedzącej w misce olejowej, ale lepiej rozwiązanej), a większy litraż dał dobre osiągi już przy pojedynczym, prostym gaźniku (80 KM przy 5.300 obrotach, 134 Nm przy 2.100, 95 mph i 0-60 mph w 17 sekund – podczas gdy 1,2- i 1,5-litrowe Cortiny rozwijały 49/60 KM i 90/111 Nm). Ponadto, dzięki bardzo sztywnemu nadwoziu, udało się wyeliminować ramy pomocnicze i zamocować elementy zawieszenia Hydrolastic bezpośrednio do karoserii. Dało to kolejne oszczędności przestrzeni, masy i pieniędzy.
Foto: materiał producenta
Samochód przerastał rywali wszystkimi wymiarami (z wyjątkiem długości), przestronnością wnętrza, mocą i elastycznością silnika oraz komfortem hydraulicznego zawieszenia. Inżynierowie mogli sobie pogratulować – tyle że z ceną 768 funtów finalny produkt kosztował 15% więcej niż poprzednik i aż 35% więcej niż Cortina, a wizualnie był nie tylko niekształtny, ale też słabo odróżnialny od kompaktowego, 1,1-litrowego ADO16. Całość prezentowała się drogo, niespójnie i niezrozumiale dla potencjalnych nabywców – dlatego zamiast spodziewanych 200 tys. sztuk rocznie BMC sprzedało maksymalnie 56 tys. Była to pierwsza z wielu koncernowych prognoz i nadziei, które okazały się przestrzelone o całe setki procent.
ADO17 rozpoczął życie jesienią 1964r. pod nazwą Austin 1800. Już sama nazwa odstraszało większość klientów, bo ludzie celujący w klasę średnią szukali niższych pojemności. Wskazywały na to choćby proste statystyki: w 1960r. zaledwie 5% sprzedanych w UK samochodów miało silniki powyżej 1,7 litra, podczas gdy wąski przedział 1,4-1,5 litra stanowił 20%.
Foto: materiał producenta
W 1966r. wóz zaistniał też jako Morris. Inny był tutaj tylko grill i znaczki – pozycjonowanie i ceny nie zmieniły się wcale, natomiast osobne sieci dystrybucji zwiększały koszty marketingu i tworzyły rywalizację pomiędzy dealerami jednego producenta. Trudno powiedzieć, co zdumiewa tu bardziej: fakt dopuszczania wewnętrznej konkurencji czy wykluczenie jednego z najważniejszych produktów koncernu z połowy sieci sprzedaży na aż całe dwa lata. Taki był jeden z wielu skutków zaniedbania konsolidacji podstawowych funkcji korporacyjnych w momencie fuzji lub przejmowania kolejnych marek.
Foto: materiał producenta
Odrobinę wyżej stała tylko wersja marki Wolseley, dostępna od wiosny 1967r. i starym zwyczajem oznaczona 18/85 (od mocy podatkowej i realnej). Wyróżniała się ona typowym dla Wolseleyów grillem, pionowymi lampami tylnymi i bogatszym wystrojem. Niestety, zredukowanie prestiżowej niegdyś marki do roli podbijacza cen Austinów/Morrisów rozwodniło jej wizerunek i przyczyniło do późniejszej likwidacji.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Drewniana deska rozdzielcza z klasycznymi, okrągłymi zegarami prezentowała się efektownie, a w połączeniu z wielką przestrzenią w kabinie mogłaby robić wrażenie klasy wyższej – gdyby tylko nie ta pozycja kierowcy rodem prosto z Miniaka.
Foto: Z. Patera, auta5p.eu
Wobec fatalnych wyników sprzedaży zarząd zrezygnował z dalszego mnożenia bytów. Brak modelu MG 1800 tłumaczono niesportowym charakterem auta rodzinnego – mimo że ADO16 miało taki wariant, 1,8-litrowy silnik projektowano właśnie dla MG, a w blokach startowych czekała już jego dwugaźnikowa wersja o mocy 96 KM. Prace nad elegantszym Rileyem rozpoczęto, ale zaraz przerwano…
…zaś prototyp najdroższej marki VandenPlas został zbudowany dopiero w 1971r. Nie wszedł więc do produkcji, bo wtedy było już jasne, że dalsze inwestycje w ADO17 nie mają sensu. Zwłaszcza że konieczne byłyby osobne tłoczniki większości paneli poszycia nadwozia.
Foto: Andrew Bone, Licencja CC
Foto: Andrew Bone, Licencja CC
Foto: Andrew Bone, Licencja CC
Powstał też – również nigdy nie wdrożony – prototyp „kombi”, które w istocie było hatchbackiem. Ktoś w porę się zorientował, że taki model byłby niemal sobowtórem Austina Maxi, którego premierę zaplanowano na 1969r.
Foto: materiał producenta
Poza niejasnym pozycjonowaniem i niespójnym wizerunkiem Landcrab cierpiał na kilka chorób dziecięcych. Największą wpadką okazał się błędnie skalibrowany bagnet oleju – który szczęśliwie przekłamywał w dół, więc nie powodował zacierania silników, ale skłaniał kierowców do przepełniania miski olejowej, co skutkowało wysadzaniem uszczelek, wyciekami i nadmiernym spalaniem oleju. Ten ostatni problem potęgowały krótkie przełożenia, zmuszające silnik do ciągłej pracy na wysokich obrotach. We wczesnych egzemplarzach nagminnie wyskakiwały biegi, a zawieszenie skrzypiało od nowości. Producent pomału wprowadzał poprawki (w tym prawidłową skalę bagnetu, wydłużone przełożenie główne i zmniejszone luzy zaworowe), ale została zła fama. Niezupełnie uzasadniona, bo na egzemplarze z końca lat 60-tych klienci nie narzekali, a w 1968r. prowadzony przez Paddy’ego Hopkirka Austin 1800 zajął drugie miejsce w morderczym rajdzie-maratonie z Londynu do Sydney. Dopiero w latach 70-tych, gdy niekończące się strajki i przerwy w dostawach wprowadziły do BLMC wielki chaos, jakość znów mocno spadła – to jednak nie miało już nic wspólnego z konstrukcją samochodu.
W 1968r. nastąpił lifting – głównie kosmetyczny, choć obejmujący też zmiany zestopniowania biegów, podniesienie sprężania (zwiększające moc z 80 na 85 KM) i 14-calowe koła w miejsce 13-calowych. Ofertę wzbogacił dwugaźnikowy silnik (96 KM, 99 mph) – ale nie pod marką MG, tylko Austin / Morris 1800 S.
Foto: Andrew Bone, Licencja CC
Foto: Andrew Bone, Licencja CC
W 1972r. detale Austinów i Morrisów zostały zunifikowane (poza jedynie znaczkami firmowymi), wprowadzono też kilka drobnych zmian – np. hamulec ręczny przeniesiono spod deski rozdzielczej pomiędzy fotele
Foto:, Licencja CC
Foto:, Licencja CC
Również w 1972r. pojawiły się odmiany sześciocylindrowe – z 2,2-litrowym silnikiem zapożyczonym z australijskiego Austina Tasman (105 KM, 105 mph). Model występował pod nazwami Austin 2200, Morris 2200 i Wolseley Six.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Do 1975r. powstało 387.283 sztuk ADO17, w tym 221 tys. z logo Austina, 95 tys. Morrisa i 35 tys. Wolseleya. W ciągu jedenastu lat sprzedało się mniej niż planowano w dwa. Szkoda, bo z inżynierskiego punktu widzenia Landcrab był dużym osiągnięciem, a po wyeliminowaniu chorób dziecięcych (naonczas powszechnych w całej branży) osiągnął też niezłą jakość. Tyle że większość potencjalnych nabywców nigdy się nim nie zainteresowała.
Producent ewidentnie zaniedbał zbadania potrzeb użytkowników: zaoferował auta przestronniejsze i mocniejsze od konkurentów, ale też znacznie droższe, ze zbyt dużym silnikiem i niezgrabnym wyglądem produktu całkiem taniego, miejscami wręcz trącącego Mini. Tymczasem sedany klasy średniej ludzie kupują właśnie po to, by się od jeżdżenia maluchem uwolnić.
Foto: materiał producenta
***
Jeśli ADO17 był przykładem fajnego samochodu, który poniósł porażkę przez nieprzemyślane założenia, to ADO61 był… dokładnie tym samym, tylko bardziej. Dużo, dużo bardziej.
W tym przypadku nie jesteśmy skazani na używanie fabrycznego kodu, bo model występował pod tylko jedną nazwą – Austin 3-Litre. Właśnie tak: największy i najdroższy przedstawiciel rodziny „miniowatych” nosił WYŁĄCZNIE najtańszą markę koncernu!! A żeby było ciekawiej, walkowerem oddał główny atut mniejszych braci, to jest przestronne wnętrze – bo środkowa część nadwozia, ta pomiędzy słupkami, była identyczna z Landcrabem, ale… przedzielona tunelem wału napędowego, ponieważ zdecydowano się powrócić do tradycyjnego układu RWD jako dominującego w klasie wyższej. W rezultacie limuzyna segmentu E okazała się ciaśniejsza od swego mniejszego brata.
Paradoks? Uprzedzałem, że dziś będzie ich dużo, ale zacznijmy po kolei. Austin 3-Litre miał bardzo szlachetne pochodzenie: oto wcześniejszymi trzylitrówkami BMC zainteresował się sam Rolls-Royce, który około 1960r. zastanawiał się nad wylansowaniem tańszego modelu pod nazwą Bentley Java. Firmy z przeciwnych biegunów rynku podjęły ścisłą współpracę.
W 1964r. na rynek wszedł VandenPlas 4-Litre napędzany 3,9-litrową szóstką Rolls-Royce’a. BMC nie posiadało się z dumy, lecz wersja ze znaczkiem Bentleya ostatecznie się nie pojawiła, a nabywcy szybko zauważyli, że szlachetnej marki motor jest tylko starą, archaiczną konstrukcją wojskową.
Foto: materiał producenta
Następca miał korzystać nie tylko z silnika, ale i zawieszenia Rolls-Royce’a i funkcjonować pod trzema nazwami: VandenPlas 3-Litre, Bentley Bengal i Rolls-Royce Rangoon. To ogromnie imponowało zarządowi BMC, który entuzjastycznie rozpoczął projekt i… nie przerwał go po wycofaniu się dystyngowanego partnera, wystraszonego perspektywą rozmienienia na drobne swego królewskiego statusu. Tymczasem finanse koncernu miały się coraz gorzej.
Największy brytyjski producent aut nie chciał rezygnować z oferowania dyrektorskiej limuzyny, musiał jednak znacząco obniżyć budżet. Dlatego też prace, kierowane tym razem nie przez Issigonisa, a Rona Nichollsa, bardzo zwolniły. Austin 3-Litre zadebiutował dopiero jesienią 1967r. – trzy lata po 1800-tce, choć konstruowany był równolegle, z identycznymi założeniami: wykorzystywał jego kabinę, koncepcję stylistyczną oraz pomysł użycia silnika MG – tyle że sześciocylindrowego, tzw. C-Series, pierwotnie przeznaczonego dla MGC.
Oczywiście, w dużych koncernach unifikacja komponentów jest praktyką powszechną i racjonalną. To wręcz główny sens tworzenia takich organizacji. Niestety, ADO61 wyglądał jak Austin 1800 lub nawet 1100, a dzielił z nimi niewiele części – bo struktura środka karoserii i trochę detali to nie jest wiele.
Z genialności koncepcji Mini nie zostało tu nic. Z ADO16 i 17, które w UK stały na każdym rogu, trzylitrówkę łączył tylko wygląd – co w żadnym razie nie oszczędzało pieniędzy, a tylko psuło wizerunek. Wszystkie dodatkowe centymetry – było ich sporo, bo auto mierzyło 4.718 x 1.702 mm przy rozstawie osi 2.908 mm – poszły w komory silnika i bagażnika. Pininfariny tym razem nie zatrudniano: może i słusznie, bo ona by nic nie pomogła, ale wyszło znów paradoksalnie, bo im droższy model, tym mniej miał mediolańskiego sznytu.
Foto: Tap Tapzz
Jak nazywa się przerośnięty i bardzo drogi krab? Oczywiście homar – dlatego, przez analogię do Landcraba, trzylitrówkę powszechnie nazywano Landlobster.
Foto: , Licencja CC
To wnętrze mogłoby z powodzeniem nosić znaczki Bentleya lub Rolls-Royce’a (co zresztą u zarania projektu było planowane). Chyba że czyjś wzrok zatrzymał się na szybkościomierzu, przeniesionym wprost z ADO17 i 16.
Foto: materiał producenta
Zawieszenie wykorzystywało zaawansowaną wersję układu Hydrolastic, z rozdzielonymi elementami gumowymi i hydraulicznymi. Sześciocylindrowa, trzylitrowa rzędówka dostała wał na siedmiu podporach i dwa gaźniki – co dało moc 125 KM, moment 220 Nm, prędkość maksymalną 100 mph i przyspieszenie do setki w 15 sekund. Podobnie jak w Landcrabie, do wyboru była czterobiegowa przekładnia ręczna lub trzybiegowa automatyczna, amerykańskiej firmy BorgWarner. Ważną różnicą w stosunku do mniejszych modeli było natomiast seryjne wspomaganie kierownicy.
Ten samochód, podobnie jak 1800-tka, nie miał poważnych wad, a swojemu segmentowi odpowiadał nawet lepiej. Tyle tylko, że w momencie premiery – przypomnijmy, w 1967r. – wyglądał już mocno nieświeżo, a plebejska marka i podobieństwo do jej najbardziej masowych wytworów nie mogły przyciągnąć nabywców mogących do woli przebierać w modelach pokroju Triumpha 2500, Rovera P5, Vauxhalla Viscount czy Forda Zodiac, żeby ograniczyć się wyłącznie do oferty brytyjskiej.
Oczywiście, komfort Landlobstera był fenomenalny: zbliżony do hydropneumatycznych Citroënów, przy wciąż obszerniejszej kabinie i – co ciekawe – czasach slalomów lepszych niż Jaguara XJ6!! „Prowadzi się jak duże Mini” – pisali testerzy, a w tym względzie był to akurat komplement. Jednak więcej przestrzeni oferowała 1800-tka – kosztująca od ośmiuset funtów zamiast półtora tysiąca (ewentualnie od 1.200 ze znaczkiem Wolseleya i pełną boazerią w kabinie, jeśli ktoś nie mógł bez tego żyć). Dopłata za lepsze podwozie i dwa dodatkowe cylindry, wiążąca się oczywiście ze znacznie wyższymi opłatami rocznymi i ponad połowę większym spalaniem (15-20 litrów, zamiast 9-12), rodziła podstawowe pytanie – po co? Nawet osiągi nie były znacząco lepsze, biorąc pod uwagę niskoobrotowy charakter silnika trzylitrowego i zaoferowanie w 1968r. wzmocnionych, dwugaźnikowych modeli 1800 S.
Sami przyznajcie – nie tak łatwo odróżnić
Foto: materiał producenta
Dlaczego ten samochód nie nazywał się Riley, Wolseley ani VandenPlas? Otóż seryjna produkcja ruszyła w 1968r., już po fuzji BMC z Leylandem – producentem między innymi Rovera P5 i Triumpha 2000/2500. Przy nich ADO61 wyglądał nie tyle jak wewnętrzny konkurent, co raczej nieudany żart, z czego kierownictwo zdawało sobie sprawę. Kierownictwo to – z baronem Stokesem jako prezesem – przyszło zresztą z Leylanda, nie z BMC: dlatego właśnie złośliwi mówili, że Austina 3-Litre zaaprobowało wyłącznie w celu pokazania światu, jak bardzo zacofane było BMC i jak wielką łaską była cała fuzja. Przezornie nie wydano zgody na rozwój zbudowanego już prototypu ze znaczkiem Wolseleya na masce i 3,5-litrowym V8 Rovera pod nią. A może szkoda, bo pracownicy, którzy regularnie używali go w służbowych podróżach, byli zachwyceni.
Landlobster pozostał wyłącznie Austinem. Wycofany został już w 1971r., po ledwie trzech latach i wyprodukowaniu załamującej liczby 9.992 egzemplarzy. Co paradoksalne – już po raz ostatni w tym wpisie – jakość i niezawodność były tu bez zarzutu, od pierwszego dnia produkcji. Zupełnie jak nie u Leylanda.
Foto: materiał producenta
***
Historię samochodów zwanych „lądowym krabem” i „lądowym homarem” można postrzegać jako splot paradoksów, zrozumieć ją jednak łatwo: wystarczy pojąć podstawową prawdę, że każdy produkt ma służyć nie producentowi, a użytkownikom – spełniać ICH oczekiwania i dawać IM satysfakcję. Dlatego od rozpoznania potrzeb klientów należy zacząć każdą inwestycję. Nic nie da samozadowolenie kierowników i inżynierów ani nawet pochlebne recenzje prasowe, jeśli nie pójdą za nimi masowe zakupy klientów.
Austinem 1800 zachwycał się jego twórca, Alec Issigonis, a europejscy dziennikarze przyznali mu nawet tytuł Samochodu Roku 1965. Tylko co z tego, jeśli klienci nie przynieśli do salonów nawet jednej piątej oczekiwanych przez producenta pieniędzy…?
A tego można się było spodziewać – choćby patrząc na statystyki pokazujące gwałtowny spadek popularności po przekroczeniu granicy 1,6 litra i ogólną niechęć do kupowania aut wyglądających niezgrabnie i tanio. W Mini przestrzenna efektywność nie psuła wyglądu, w modelu kompaktowym była argumentem kluczowym, więc klienci przymykali oczy na wątpliwą urodę. Natomiast w klasie średniej dopłaca się nie tyle za dodatkowe centymetry, co za szeroko pojęte samopoczucie: komfort, ciszę, elegancję i sylwetkę, za którą ludzie odwracają głowy. A sama dopłata nie może być nadmierna, bo nie mówimy o multimilionerach, a o ludziach, dla których nie tylko rata za samochód, ale też podatek drogowy, polisa OC i rachunki za paliwo stanowią istotne składniki domowego budżetu. Widniejąca na tylnej klapie liczba „1800” – wynikająca wyłącznie z chęci użycia gotowego silnika MGB – wróżyła tu słabo i nader często z góry eliminowała Austina z listy rozważanych opcji.
Współcześnie zewsząd słychać narzekania na „księgowych”, niszczących rzekomo motoryzację i wszystkie inne sektory przemysłu. Jako ekonomista po raz kolejny podkreślę, że zawód księgowego polega wyłącznie na ewidencjonowaniu transakcji i zestawianiu z nich sprawozdań, a nie podejmowaniu jakichkolwiek decyzji biznesowych. Budżet w firmie formalnie przyznaje zarząd, natomiast faktycznie – wyłącznie klient. To od klientów pochodzi 100% przychodów firmy, więc to ich trzeba przekonać, że na dany produkt warto wyłożyć pieniądze.
Jasne, że owo przekonanie jest zadaniem inżyniera. Jednak to, co klienta kręci, nie zawsze pokrywa się z wyobrażeniem konstruktorów. To fajnie, że kabina Austina 1800 była szersza niż w Fordzie Cortina – ale Cortina też potrafiła pomieścić rodzinę, a podobała się jej bardziej, kosztując przy tym taniej w zakupie i eksploatacji. To było dla ludzi ważniejsze od mierzenia wnętrza linijką, a przyspieszeń stoperem. Kto tego nie pojmuje, ryzykuje powtórkę z losu BLMC.
W 1967r. Pininfarina przedstawiła prototyp Austin 1800 Aerodinamica, przypominający późniejsze Citroëny GS i CX. Czy w tej formie ADO17 miałby większe szanse? Tego się nie dowiemy, choć późniejsza historia Rovera SD1 – wyraźnie małpującego niewykorzystaną włoską propozycję – zdaje się potwierdzać, że BLMC jednak nie dało się uratować.

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Jestem pierwszy 🙂
Brawo! Tak trzymać!
Znowu mój ulubiony temat, BMC.
Landcrab miałby pewien sens, ale w innym czasie. Lata 60. to chyba szczyt aut które miały być przede wszystkim stylowe, niezależnie od całej reszty – aerodynamiki, funkcjonalności czy zdrowej logiki – taki chromowany krążownik z 1955. zwykle ma więcej miejsca w środku, niższy próg załadunku, większy bagażnik i stawia mniejszy opór powietrzu niż jego odpowiednik z 1965. Do koncepcji dużej ilości miejsca powrócono krótko w latach 2000, kiedy wszystko miało w sobie coś z minivana i było lekko nieproporcjonalne- kompakty (307), sedany (pierwszy Citroen C5), klasa wyższa (VelSatis).
Pogłębiając się nieco dalej, Landcrab podobno pomimo dużej ilości miejsca, był szalenie nieergonomicznie zaprojektowany – duża kubatura i uproszczona deska poskutkowała oddaleniem wszystkich manipulatorów od kierowcy, wymagając oderwania się od fotela i schylenia np w celu włączenia ssania czy ogrzewania. Dodajmy, że jego produkcja właściwie pokryła się z czasem wprowadzania pasów bezpieczeństwa. Statycznych. Problem podobno rozwiązano w Wolseleyu.
Stylistycznie, moim zdaniem, Landcrab najwięcej traci nie w dziwnej proporcji, tylko w detalu kabiny. Sposób wykończenia drzwi i okien wydaje się być bardzo industrialny, prosty i tani, rodem z auta z demoludów. Chromowane czy aluminiowe obłożenie, wymalowanie na czarno, dodatkowa lista ozdobna bardzo zmieniłaby odbiór auta.
A LandLobster… cóż. Te same błędy, ale powtórzone bardziej. I jeden czynnik, który wtedy właśnie się pojawiał – prestiż marki. O ile przed wojną i zaraz po prawie każdy producent mógł oferować pełną gamę aut i nikogo to nie raziło, to w latach 60 luksusowemu Austinowi zabrakło prestiżu marki. I prestiżowego wyglądu, ale to swoją drogą.
Tendencje do „garbatego” fastbacku Anglicy mieli już wcześniej Morris/Austin 1300 z lat 60. I tak im na trochę zostało.
BMC 1800 Pininfariny poznałem dzięki modelowi Matchboxa, który dostałem w latach 70. Odwzorowanie oryginału było fatalne, przypominało bardziej Ro 80 niż oryginał. Ale wtedy myślałem.że to seryjny samochód. Zresztą gdzieś na aukcjach ciągle pokutuje ten model: http://www.etsy.com/pl/listing/1232809611/vintage-matchbox-series-nr-56-bmc-1800?dd_referrer=https%3A%2F%2Fwww.google.com%2F
Prototyp Vanden Plasa w ujęciu z tyłu bardzo przypomina Wołgę 24 – zaokrąglone naroża tylnej szyby, zarys bagażnika, nawet tylne lampy i zderzak podobne.
Cóż, patrząc na komentarze, brytyjska motoryzacja chyba nie budzi w naszym kraju przesadnie dużych emocji 😉
Dodam, iż nie dziwię się brytyjskim nabywcom, że woleli inne pojazdy od ADO17. Ten pojazd jest dla mnie nieproporcjonalny. Mniejszy rozstaw osi (a tym samym większy zwis tylny) poprawiłby proporcje.
ładna pogoda to ludzie też wychodzą na dwór/pole/zewnątrz i grzebią przy autach lub nimi jeżdżą ; ) bardziej bym się doszukiwał tego że to „dziwne” stare auto, a „dziwne” stare auta nie wszystkich interesują – podobnie jak z wozami przedwojennymi
Mało jeździ u nas brytyjskich aut, to i o emocje trudniej
* Roverów trochę widać 😉
Chociaż dyskusyjne, czy ludzie kupujący mega SUVa za kilkaset tysięcy interesują sie historią motoryzacji.
Generalnie to chyba najmniej reprezentowany u nas kraj, spośród tych produkujących auta w zauważalnych ilościach.
A w latach 90. była szansa na zmianę tej proporcji. Pojawiły się salony Rovera 200/400, a szczególnie 600 cieszyły się jakąś tam popularnością. Służby kupowały Defendera, bogaci Ranga. No, ale co tam dziś mielibyśmy kupować, skoro został właściwie tylko LR i ceny zaczynają się od ok.300k?
Mało tego jeździ u nas faktycznie. Ale ostatnio widziałem na mieście jadącego Hillmana Impa. Poszperałem w internetach i się okazuje, że jest już tutaj od dawna. Odratował go miejscowy mechanik.
Natomiast ADO 17 mi bardzo się podoba. Ale czy bym go kupił w tamtych czasach to nie wiadomo. Dzisiaj się fajnie gdyba 🙂
Zakup to prawie zawsze kalkulacja finansowa, a pełnych danych w tym względzie nie mamy.
Z mniejszego modelu to chyba tylko prototyp VandenPlas 1971 wyglądał z tyłu znośnie.
Choć należy pamiętać, że Fiat 125 wszedł do produkcji w 1967 roku a 17 weszła 3 lata wcześniej. Deski rozdzielczej nie powstydziła by się fabryka w Muchosrańsku.
Przyznam się że gdy patrzę na ADO17 i ADO61 to mam przed oczami Mini i dowcip w stylu „poczeba piekielnie długiej fabryki żeby zrobić takie mini” – niby wozy klasy wyższej od małego frywolnego miniaka a jakby nie patrzeć to strasznie rozciągnięte się wydają. Im więcej się dowiaduję o BMC/British Leyland tym większe jest moje zdziwienie że AŻ TAK DŁUGO przetrwali na rynku. Co po całkiem przyzwoitych jakościowo wozach, jak stylistycznie i marketingowo leżały.
Co do prototypu Austina 1800 Aerodinamica, ciekawostka dla zbieraczy „łapaczy kurzu” znaczy starych resoraków – Lesney wydał takiego resoraka w serii Matchbox, ale pod nazwą BMW 1800 Pininfarina ; )
poprawka, BMC nie BMW – i widzę że wyżej też była wzmianka o tym modeliku XD
Zgraliśmy się w czasie z tym modelem Matchboxa. Widać, że w odróżnieniu od prototypu trafił do seryjnej produkcji i zdobył popularność nawet w naszym kraju. Zresztą to obecnie częsta praktyka producentów modeli do sklejania. Po wydaniu modeli wszystkich popularnych modeli czołgów, samolotów itp. biorą się za wypuszczanie modeli jednostkowo istniejących w realu egzemplarzy, co trochę zafałszowuje historię, szczególnie w oczach młodych ludzi.
Ten sam problem jest dziś z klasykami. Niektórzy ludzie myślą, że kiedyś to same E-Type’y i Gullwingi jeździły:-)
@Szymon B: fakt, miałem wczoraj już wspomnieć o tym ale czymś innym się zająłem i wyleciało mi to z głowy ; ) co do prototypów w resorakach, znajomy kiedyś ciekawostkę zapodał: bodajże jakiś ford lub mercury kombi z lat 70. z Matchboxa albo HW miał front, którego nie dodano w seryjnym wozie. Co do modeli samych w sobie to bym powiedział że część faktycznie była u nas, a inne mogły trafić z Zachodu, chociażby z Niemiec. Czasem zdarza mi się chodzić po giełdach staroci i większość rzeczy to dosłownie wystawki śmieciowe od zachodniego sąsiada – dobrze to widać po chociażby winylach, oprócz niemieckich wydań znanych artystów jest też od metra albumów z jodłowaniem czy innych brzmiących jak rozkaz ; )
Inna sprawa to jeszcze modele gazetkowe, gdzie od dłuższego czasu można kupić prototypy czeskie, radzieckie czy polskie – chociażby Skody Ferat, Autocross czy inne IŻ 19 Start albo Malucha „Bombla”.
@SzK: to prawda, zresztą żeby daleko nie szukać – w Stanach czasem myślą że jedyne co jeździło we wschodniej Europie to Yugo Koral, bo był jakby nie patrzeć jedynym wozem z RWPG w latach 80. co tam trafiał. Oczywiście w Kanadzie szły też Skody, Łady czy D*cie, ale o nich mało kto już pamięta.
Z jakością to akurat bywało u BLMC słabo, ale dopiero później, zwłaszcza w latach 70tych
Kiedyś była fajna analiza sztywności skrętnej karoserii:
https://www.autospeed.com/cms/a_112137/article
Hydralastic i Hydragas to też były ciekawe koncepcje. Ciekawe jak bardzo wpływały na komfort przy samochodach o wiekszym rozstawie osi.
Zdaje się, ze wszystkie trzy wykorzystywaly ten sam zestaw drzwi. Przynajmniej gdzies widziałem takie narzekania.
Jeśli na starcie byl 1/3 drozszy od konkurencji to ciezko sie dziwić, zd nje odniosl sukcesu. W artykułach o końcach Rovera dosc często wskazywało, ze byly pomiędzy segmentami – dla ludzi szukających samochodu rozmiar mniejszego byly za drogie, droższego – za małe.
Ciekawe co by wyszło z tego mniejszego Bentleya. Zdaje sie, ze jakos w połowie lat 60 RR pokazal nową jakosc w postaci samonośnych karoserii i niezależnych zawieszen.
Tak, w 1965r wyszedł Silver Shadow i był lament, że świat się kończy, bo RR goni za nowinkami. Ale to chyba były bardziej medialnie rozdmuchane głosy niż realna krytyka.
Chyba żaden inny Rolls-Royce nie spopularyzował tak tej marki. No i fantastycznie się sprzedawał. Jak na Rollsa oczywiście…
Czytam z ukontentowaniem wszystkie artykuły o błędach popełnianych przez firmy samochodowe i o wszelkich wpadówach, to jest w wydaniu Automobilowni zawsze bardzo ciekawe – od BMC, przez Ro80, De Loreana aż po Chińczyków. Jestem miłośnikiem wpisów katastroficznych. Poproszę więcej! Kiedy będzie o Izerze? 😉 A serio: może będzie coś o wiecznym feniksie amerykańskiej motoryzacji, czyli o Malcolmie Bricklinie? Ten to dopiero umiał upadać.
Izera to temat czysto polityczny, wątku samochodowego praktycznie nie da się tam znaleźć – więc to chyba jednak nie ten blog 🙂
Prędzej coś o Arrinerze, ale trochę strach – bo ludzie, którzy trafnie ją oceniali dostawali prawomocne wyroki…
W momencie jak zaczęli mówić o saudyjskim inwestorze bylo wiadomo, ze to koniec.
W sumie to chyba taki nasz lokalny folklor, ze jak jakies przedsiebiercie zaczyna sie nakrywać nogami to zawsze nagle pojawia sie jakis saudyjski inwestor.
Brzmi lepiej niż nigeryjski książę 🙂
Tak czy siak, wierzenie firmie, która powołuje sie na jakiegoś anonimowego bogatego inwestora, to to, czego oczekuje się od poważnych ludzi umiejący zarządzać pieniędzmi.
W sumie historia byłaby ciekawa do podsumowania. Wtedy nie odnosiłem wrażenia, ze to przewał, raczej, że po raz kolejny ktoś się porwał z motyką na słońce.
Ale niektórym sie udaje, nawet w Polsce: https://www.omm4x4.pl/pl/
Ja pamiętam o procesie z jednym dziennikarzem, który coś bredził o jakiś profilach budowlanych, bylo ich więcej? Pamiętam, ze pozniej puszczane jakies bzdury o Noble, GM, ale to juz chyba była sama końcówka.
W ogole Veno tonco to byla za firma? Inwestor giełdowy?
Jeśli ktoś z zerowym doświadczeniem chce wchodzić w ekstremalnie niszowy rynek z ekstremalnie wielkim znaczeniem prestiżu marki i jej historii, a do tego zaczyna od emisji obligacji na giełdzie, to od razu zapala się czerwona lampka.
Dziennikarz nazywał się Jacek Balkan, pisał dobrze i został ostatecznie uniewinniony, ale ciągali go po sądach latami.
Akurat najlepszy moim zdaniem najlepszych temat to Chrysler – z kim on nie wchodził w mariaże i nadal istnieje mimo iż nieraz był bliski końca. Skubaniec jest cytując „niepokonany jak Gołota” : > Nie zdziwię się że obecnie też przetrwa koncern na S którego nazwy nie wymienię.
Z europejskich to dobry byłby temat Alfy Romeo i Lancii jako przykład rozmydlenia i upadku – obie marki miały jakiś pomysł na siebie i sukcesy, ale po przejęciu przez firmę na F z biegiem czasu zaczęły tracić „ducha marki” i stawać się nieśmiesznym żartem czczonym tylko w Polsce jakby nie patrzeć.
Izera to temat z cyklu „łatwiej zrobić prototyp i szkic niż jezdny i gotowy do produkcji samochód”. Zresztą temat firm-wydmuszek i mniej lub bardziej podejrzanych to też niezły temat.
Pomysł na Izerę był prosty. Bierzesz technikę od sprawdzonego producenta (tu: od chińczyków), opakowujesz swoim nadwoziem, dorabiasz lokalny marketing (tu: o narodowej marce itp.), korzystasz z lokalnego wsparcia fiskalnego. No i jak pomysł wypali to w każdej kolejnej generacji wstawiasz więcej swoje techniki. Dla mnie to brzmi dość podobnie do Daewoo czy wczesniej japończyków i w sumie szkoda, że nie wyszło.
W przypadku dwóch włoskich marek kłania się to o czym Szczepan tu pisze na samym początku. To, że te marki wypuszczały świetne, bardzo innowacyjne pojazdy niestety nie zawsze przenosi się na efektywność kosztową. Wraz z upływem czasu było to zresztą coraz bardziej istotne.
Tyle, że dochodzimy do momentu gdzie unifikacja kosztowa jest tak wielka, że nie wiem po co jeszcze utrzymywać te inne marki, które sprzedają prawie to samo. Wolę Peugeota niż Peugeota przemetkowanego na Alfę.
Trochę szkoda prototypu Vanden Plasa. Gdyby jego wyraźnie mniej wyoblone linie były obecne też w pośledniejszych wersjach to może publika by ,,zażarła”. Ja osobiście nie widzę tu Wołgi. Jeśli już to późny, australijski Chrysler Valliant, albo duże japończyki na ten sam rynek.
Uderza mnie jak zwykle to, że w tamtych czasach samochód = silnik czyli brak lub bardzo mały wybór w kwestii napędu. Pojemność 1.8 wcale nie wydaje się nie na miejscu, ale faktycznie sporo stracili, że mniejszej opcji nie było. Dlaczego?
I tak na marginesie akapit o Nano. Po przeczytaniu jakoś się z nim nie zgadzałem. Argument o zakrytym, szczelnym nadwoziu oraz przestrzeni i bezpieczeństwie dla pasażerów (szczególnie w indyjskim klimacie i warunkach na drogach) był dla mnie zupełnie logiczny. Chyba jednak warto dopłacić do motocykla/tuktuka prawda? Pamiętałem jednak, że z pełnym artykułem już się zgadzałem. Musiałem go sobie w całości przypomnieć i zdałem sobie sprawę, że myślałem po współczesno-europejsku, a to robi całą różnicę. Skróty bywają zwodnicze 😉 .
Wycofuję się z tej Wołgi 24. Miałem jakiś skrót myślowy do późniejszego modelu z poziomymi lampami, i nie sprawdziłem.
„Współcześnie zewsząd słychać narzekania na „księgowych”, niszczących rzekomo motoryzację i wszystkie inne sektory przemysłu. Jako ekonomista po raz kolejny podkreślę, że zawód księgowego polega wyłącznie na ewidencjonowaniu transakcji i zestawianiu z nich sprawozdań, a nie podejmowaniu jakichkolwiek decyzji biznesowych.”
Wreszcie ktoś to napisał! Czytając popularne portale o tematyce auto/moto nie mogłem już znieść tego psioczenia na księgowych.
Dziękuję i pozdrawiam!
P.S. Nic tylko pogratulować TAKIEJ strony. Rzadkość w „internetach” 😉
Patrząc na te pokraki ciśnie się na usta tylko jedno pytane. Czy ktokolwiek oglądał te samochody przed zatwierdzeniem do produkcji? Proporcje koszmarne.
Jeszcze tak mi się przypomniało, że Anglia to nadal takie trochę średniowiecze. Wolność słowa jest, owszem, ale dla ludzi. Motłoch niekoniecznie. No i z takim zabarwieniem to Sir projektujący auto na prawdę mógł uważać, że nikt mu tu nie będzie mówić co tam lud oczekuje. On tu zaprojektował coś co jest dobre. I to jest dobre 😀
Brytyjska motoryzacja i to spod znaku BMC/BLMC – to lubię! O Landcrabach i Landlobsterach wiedziałem oczywiście to i owo, wielu rzeczy się dowiedziałem nowych z powyższego artykułu, ale zabrakło mi tutaj pewnego małego uzupełnienia historii: z tą sylwetką i linią boczną powstały nie dwa, a trzy różne modele: ADO17, ADO61 i ADO14, czyli raz tylko wspomniany tu Austin Maxi – miał to być zupełnie nowy samochód, o czym świadczyła jego wersja nadwoziowa, był to bowiem liftback, jak to wtedy mówiono kombilimuzyna, jeszcze bardziej praktyczna i obfita w miejsce dla bagażu i pasażerów, tylko w ramach cięcia kosztów nakazano zastosowanie paneli bocznych z ADO17, efektem czego powstał samochód idealny do postawienia obok Poloneza Caro, Wartburga 1.3, czy Wołgi 31105 – przód i tył liceum, bok muzeum i takie coś BLMC produkowało od końca lat 60. aż do roku 1981. Zabawniejsze jest tylko to, że przez jakiś czas produkowano wersję Mini o identycznie niespójnym designie, mam na myśli oczywiście model Clubman.