MODELOLOGIA STOSOWANA: ZA CHINY LUDOWE

Raz za czas staram się nagryzmolić coś na temat egzotycznych (pod względem automobilowym) krajów. Robię to z oczywistych względów – blog ma przecież ukazywać motoryzacyjną różnorodność. Oczywiście wiem, że nigdy nie uda mi się opisać wszystkiego, ale to jest ideał, do którego chcę dążyć, żonglując po drodze tematami, jak tylko się da.

Tymczasem właśnie zorientowałem się, że na Automobilowni nie było jeszcze nic o Chinach – a Chiny, co by nie powiedzieć, są obecnie największym producentem samochodów na świecie. Kiedy dawno temu zaczynałem poznawać motoryzacyjny świat w sposób usystematyzowany, na szczycie rankingu znajdowały się Stany Zjednoczone, po nich była Japonia (i już ona sprawiała, że co poniektórzy czuli się nieswojo), a potem RFN, Francja i Włochy. Tymczasem dzisiaj na samą górę wskoczyło, nomen omen, Państwo Środka. Kolejne trzy miejsca wyglądają zadziwiająco znajomo (USA, Japonia, Niemcy), ale już taka Francja spadła na miejsce dziesiąte, a Italia – na dziewiętnaste, dając się wyprzedzić takim outsiderom jak Iran, Indonezja, Tajlandia i Meksyk (bo o Korei Płd., Indiach, Turcji czy Czechach nie ma co wspominać).

W przypadku Chin uwagę zwraca nie tylko ich pierwsza lokata, ale i skala przewagi nad resztą: w 2017r. w najludniejszym kraju świata wyprodukowano 29.015.434 pojazdów mechanicznych, czyli o ponad 2,5 mln więcej niż w Stanach, Japonii i Niemczech… RAZEM WZIĘTYCH !! W tym miejscu rodzi się filozoficzne pytanie: czy wobec tego Chiny można uznać za kraj „motoryzacyjnie egzotyczny”? Czy może za taki należałoby mieć raczej Włochy albo Francję…?

Filozofia filozofią, ale dla nas, Europejczyków, kolebką cywilizacji jest Rzym, a Chiny po wsze czasy pozostaną egzotyką, mimo że już od dzieciństwa słyszę przepowiednie, że „żółta rasa zaleje i opanuje świat„. W dziedzinie motoryzacji jest już zresztą na najlepszej drodze, a to, że na naszych ulicach jeszcze tego nie widzimy, to tylko lokalna, europejska specyfika spowodowana naszym snobizmem oraz sztucznymi barierami importowymi. Nie nie – wcale nie zamożnością: Chińczycy po prostu rozumieją prawa rynku i dopasowują produkt do wymagań klientów. Na razie celują w tych z najniższym budżetem, bo inni za ich samochodami nawet się nie oglądną, natomiast jak chodzi o technologiczny potencjał, wystarczy przyjrzeć się ich programowi kosmicznemu. Zresztą, jak pokazuje przykład Japonii i Korei, drogę od prymitywnych skuterów do hybrydowych Lexusów i Genesisów można przebyć bardzo szybko – jedynymi ograniczeniami prędkości są tutaj wspomniane bariery celne oraz przełamanie oporów psychologicznych (dziś chyba łatwiejsze niż dawniej).

***

Opowieści o dalekich krajach zaczynam czasem tłem kulturowym – różnymi dykteryjkami na tematy historyczne, filozoficzne albo religijne. Tym razem tak nie będzie, a to z prostego powodu: cywilizacja chińska jest tak odmienna od naszej, że wzajemne, dogłębne zrozumienie jest praktycznie niemożliwe. Nie chodzi o to, że z Chińczykiem nie da się dogadać – da się zawsze i z każdym, jeżeli tylko chcą tego obie strony – a raczej o to, że Europejczyk nie pojmie Chińczyka i fundamentów, na których opiera się jego rozumowanie. Można postudiować podręczniki, ale nie da się naprawdę wejść w głąb chińskiego umysłu. Jasne, że różnice kulturowe występują wszędzie, ale ja zawsze powtarzam, że jeśli ktoś Greka albo Norwega uważa za odmiennych od nas, to znaczy, że nigdy nie był w Egipcie albo Indiach, a jeśli z kolei myśli, że Arabowie i Hindusi to świat inny od naszego, to znaczy, że nie zna Chin.

Żeby nie było – ja też Chin nie znam, ale próbowałem się czegoś o nich dowiedzieć i… zaraz się poddałem. W porównaniu z Chińczykami nawet Japończycy albo Eskimosi wydają się poznawalni, a bliskowschodni muzułmanie – wręcz swojscy. Poważnie. Wyobrażacie sobie np., że w Chinach uśmiech do nieznajomego wyraża nie życzliwość, a zażenowanie…? Mentalnościowa przepaść dzieli nas na poziomie tak podstawowym, że w ogóle nie postrzeganym jako kulturowy i „lokalny”. Jak tutaj w ogóle się komunikować…?

Właśnie – komunikacja. Nie istnieje coś takiego, jak „język chiński”. To pojęcie równie precyzyjne jak „język europejski”. Chińczycy z Pekinu i Kantonu rozumieją się wcale nie lepiej niż my np. z Włochami, a na pewno znacznie gorzej niż my z Rosjanami. Najgorsze jest jednak oczywiście pismo. Albo nie – może to ono jest właśnie najlepsze?

Znaki chińskiego pisma, podobnie jak np. egipskie hieroglify, nie oznaczają dźwięków, tylko idee. Przykładowo, 人 to „człowiek”. W języku mandaryńskim (najważniejszym w Chinach, funkcjonującym jako urzędowy) brzmi to rén, w kantońskim – yan, w minnan (używanym m. in. na Tajwanie) – jîn albo lîn. Tych samych znaków uczą się też narody zupełnie z Chińczykami niespokrewnione: po koreańsku „człowiek” to in, po wietnamsku – nhân, po japońsku – hito albo nin, ale dla nich wszystkich w piśmie będzie to 人. Spotkałeś na ulicy obcokrajowca i nie potrafisz się dogadać? Wyciągnij kartkę i napisz, co chcesz powiedzieć – on przeczyta to po swojemu, ale znaczenie będzie zachowane. Genialne – zamiast uczyć się x języków obcych, wystarczy po prostu umieć czytać i pisać.

No tak, tylko że znaków jest około… 50 tysięcy. Przeciętny człowiek, zależnie od wykształcenia, zna ich od 3 do 6 tysięcy, czyli 10% (reszta to terminy fachowe, lokalne nazwy geograficzne, itp.). Pamiętacie ze szkoły naukę literek, całych dwudziestu pięciu? To wyobraźcie sobie wkuwanie w dzieciństwie TYSIĘCY znaków, znacznie bardziej złożonych niż nasze, i to tylko po to, by w wieku 70 lat odkryć, że i tak nie potrafi się przeczytać nazwy jakiegoś strumyka albo co rzadszego słowa we własnym języku. To ja już wolę mieć w szkole angielski i śpiewać sobie na lekcjach „HEEEEAAD AND SHOULDERS KNEES AND TOES, KNEES AND TOES!!„.

A same znaki nie wystarczają – wszak dzisiejszy świat używa znacznie więcej słów niż dawny. I tak słowo „samolot” zapisuje się 飛行機, co jest zbitkiem słów „lecieć”, „zmierzać gdzieś” i „maszyna”. Takich kombinacji trzeba znać kolejne tysiące, a najgorsze, że niektóre buduje się nie znaczeniowo, tylko fonetycznie (a jednak!!): to tak jakby jakieś rzadko używane polskie słowo – np. „nieborak” – zapisać znakami „NIE”, „BO” i „RAK”, a potem, czytając, zawczasu się kapnąć, że to jednak pojedyncze słowo. Ryszard Kapuściński wspominał, że rezydując w Chinach jako korespondent prasowy miał ambicję nauczyć się języka, ale poległ właśnie na wieloznaczności pisma.

A czy Chińczycy nie mogliby nauczyć się wreszcie pisać po ludzku? Tzn. zaadaptować alfabet łaciński? Otóż – niezupełnie. Istnieje wiele metod łacińskiej transkrypcji chińskich tekstów, ale prawdopodobieństwo, że którąkolwiek z nich przeczytamy w sposób zrozumiały dla Chińczyka, jest bliskie zeru. Kiedyś pisało się „Mao-Tse-Tung”, dziś raczej „Mao Zedong”, jednak prawidłowa wymowa – oczywiście inna w każdym z chińskich języków – zawiera elementy, których nasz alfabet w żaden sposób nie odda. Nie chodzi tylko o nieistniejące u nas głoski, ale na przykład o tzw. tonalność: Chińczycy – i wiele innych narodów Azji Wschodniej – mówią trochę tak, jakby śpiewali: jedne sylaby wypowiadają tonem wyższym, inne niższym, jeszcze inne opadającym, wznoszącym albo ich kombinacjami – i to zmienia ich znaczenie, tak samo jak podmiana głosek.

By przekonać europejskich niedowiarków, XIX-wieczny chiński poeta nazwiskiem Zhao Yuanren napisał taką oto, trochę bezsensowną historyjkę:

Poeta Shi Shi z kamiennej komnaty bardzo lubił jeść lwy i kiedyś zapragnął zjeść ich dziesięć.
Często chadzał na targ, żeby rozglądać się za lwami.
O godzinie dziesiątej właśnie dostarczono dziesięć lwów.
W tym czasie, Shi Shi również dotarł na targ.
Widząc dziesięć lwów, Shi Shi skorzystał ze strzał i posłał lwy na tamten świat.
Wziął cielska dziesięciu martwych lwów i zaniósł je do kamiennej komnaty.
Komnata podeszła wodą, więc Shi Shi kazał sługom ją osuszyć.
Kiedy komnata była już sucha, Shi Shi spróbował zjeść dziesięć lwów.
Kiedy jadł, zrozumiał, że dziesięć lwów to w rzeczywistości kamienne zwłoki lwów.

W oryginale wygląda to dużo zwięźlej (bo większość słów zawiera tylko jeden znak):

石室詩士施氏,嗜獅,誓食十獅
氏時時適市視獅
十時,適十獅適市
是時,適施氏適市
氏視是十獅,恃矢勢,使是十獅逝世
氏拾是十獅屍,適石室
石室濕,氏使侍拭石室
石室拭,氏始試食是十獅
食時,始識是十獅,實十石獅屍
試釋是事

No to teraz jeszcze transkrypcja:

Shíshì shīshì Shī Shì, shì shī, shì shí shí shī.
Shì shíshí shì shì shì shī.
Shí shí, shì shí shī shì shì.
Shì shí, shì Shī Shì shì shì.
Shì shì shì shí shī, shì shǐshì, shǐshì shí shī shìshì.
Shì shí shì shí shī shī, shì shíshì.
Shíshì shī, Shì shǐshì shì shíshì.
Shíshì shì, Shì shǐshì shí shì shí shī.
Shí shí, shǐshí shì shí shī shī, shí shí shí shī shī.
Shì shì shì shì.

To nie jest żart. Zapis łaciński – nawet z kreseczkami oznaczającymi tony – czyni z tego tekstu bełkot, ale Chińczyk, widząc własne pismo, wszystko prawidłowo przeczyta i bezbłędnie zrozumie.

Uff, a miało nie być tła kulturowego… Tak w ogóle, to ja naprawdę nie rozumiem Chin. Popełniłem jednak powyższy akapit, bo dzisiejszy wpis ma być o limuzynach marki 红旗, co po polsku oznacza Czerwoną Flagę, a w nowoczesnej transkrypcji łacińskiej zapisuje się Hongqi. Prawidłowa wymowa – prawdopodobnie mandaryńska, ale to tylko mój domysł – brzmi natomiast tak: LINK (zwróćcie uwagę na tony obu sylab!!). W te sposób chciałem pokazać, jak bezsensowne są nasze próby nauczenia się wymowy chińskich słów, w tym marek samochodowych, z którymi w przyszłości, chcąc nie chcąc, będziemy mieli coraz więcej do czynienia. Wszak mówimy o kraju, który produkuje oraz kupuje więcej samochodów niż USA, Japonia i Niemcy razem wzięte.

***

Pierwsze próby budowy chińskiego przemysłu samochodowego datują się na lata 20-te, ale przez z górą trzy dekady dotyczyły one wyłącznie pojazdów ciężarowych, w dodatku nie były udane (jeden z głównych problemów stanowił brak dostępu do ropy naftowej, którą próbowano zastąpić drewnem albo olejami roślinnymi, w tym tzw. olejem tungowym).

Pierwsze sukcesy nastąpiły dopiero w latach 50-tych: w 1953r., w ramach pierwszego planu 5-letniego, w Changchun w prowincji Jilin (Mandżuria) rozpoczęła się budowa fabryki znanej dziś jak FAW (First Automotive Works). W bliższych nam czasach współpracowała ona z Volkswagenem, Toyotą i General Motors, a dziś należy do czwórki największych producentów aut w Państwie Środka (obok Changan, Donfeng i SAIC). Początki były jednak skromne: w 1956r. z zakładu zaczęły wyjeżdżać licencyjne kopie radzieckich ZiSów 150 i ZiŁów 157, a następnie GAZów 51.

Pierwsze chińskie ciężarówki opuszczające fabrykę pośród wiwatujących tłumów

Foto: public domain

Chińskie nazwy modeli brzmiały odpowiednio Jiefang CA-10, Jiefang CA-30 oraz Yuejin: ta ostatnia oznaczała Wielki Skok Naprzód, na cześć trwającej w latach 1958-62 polityki przyspieszonej budowy komunizmu, która pochłonęła miliony ofiar śmiertelnych, a produkcję rolną i przemysłową zmniejszyła odpowiednio o trzy czwarte i połowę. Przeprowadzono wtedy forsowną kolektywizację, a chłopów odciągano od pracy na roli każąc im np. wyłapywać wróble (które rzekomo zjadały plony, jednak w istocie trzymały w ryzach populacje prawdziwych szkodników, więc ich wytępienie spowodowało istne plagi egipskie), albo chałupniczo wytapiać stal, by prześcignąć w tym względzie W. Brytanię (z braku surowca powszechnie przetapiano metalowe narzędzia rolnicze, co do reszty sparaliżowało produkcję żywności, do tego wytwarzana w prymitywnych dymarkach stal okazywała się bezwartościowa). Istotne było również polityczne zerwanie z ZSRR, które wymusiło substytucję importu wszelkich dóbr z tego kraju – w tym również rzeczy absolutnie kluczowej dla każdej grupy trzymającej władzę, to jest rządowych limuzyn. W ten sposób narodziła się idea zaprojektowania i wytwarzania w Chinach samochodu osobowego, i to od razu najwyższego segmentu. Życzenie podjęcia takiego wyzwania wypowiedział osobiście sam najwyższy przywódca, Mao Zedong, w roku 1955-tym, zaś pierwsze prototypy zaprezentowano w sierpniu 1958. Samochód nazwano Hongqi CA72 (ciekawostka: dokładnie takie samo znaczenie – Czerwona Flaga – ma po serbsku Crvena Zastava, czyli nazwa jugosłowiańskiego zakładu samochodowego, również wybudowanego w 1953r.)

Prototypów powstało w sumie siedem, w tym pięć limuzyn i dwa paradne cabriolety, jednak różnice między nimi oraz ostateczną wersją produkcyjną sprowadzały się do detali ozdobnych. Dostawy dla partii rozpoczęto w 1959r. i kontynuowano przez sześć lat, wypuszczając w tym czasie równe dwieście sztuk, w tym dwa cabriolety (nie licząc wspomnianych prototypów). W tym czasie miały miejsce tylko niewielkie modernizacje, z których najważniejsza dotyczyła powiększenia bębnów hamulcowych.

Prototyp z nadwoziem zamkniętym…

Foto: public domain

…i paradny cabriolet

Foto: public domain

Fabryka wykorzystywała wyłącznie pracę ręczną – przy małej skali produkcji i dostępności niemal darmowej siły roboczej sporządzanie pras i specjalistycznych maszyn nie miałoby sensu.

Foto: public domain

Czy Hongqi CA72 był konstrukcją krajową? Czegoś takiego nie twierdzą nawet źródła chińskie, jednak w kwestii konkretnego wzorca istnieją co najmniej dwie wersje: pierwsza mówi o radzieckich ZiŁach, których już wcześniej używało kierownictwo Komunistycznej Partii Chin, z tym że tutaj mamy problem, bo model najbardziej przypominający HongqiZiŁ 111 – pojawił się dopiero równocześnie z nim (1958r.). Powtarza się też informacja o rozebraniu na śrubki i skopiowaniu amerykańskiego Imperiala z rocznika 1955, który w niewyjaśnionych okolicznościach miał się znaleźć w posiadaniu Uniwersytetu Prowincji Jilin. Nie istnieją jednak zdjęcia tego samochodu, a uczelnia nigdy nie dostała go z powrotem.

Konstrukcja chińskiej limuzyny wygląda typowo dla epoki i segmentu: masywna rama podłużnicowa z krzyżowymi wzmocnieniami, wahacze poprzeczne i sprężyny śrubowe z przodu oraz sztywna oś na resorach piórowych z tyłu, do tego oczywiście bębnowe hamulce bez wspomagania. Pod maską – górnozaworowy silnik V8 z wałkiem rozrządu w kadłubie, pięcioma łożyskami głównymi, sprężaniem 8,5:1 i pojedynczym gaźnikiem. W prototypach pojemność wynosiła 5,3 litra, dla wersji produkcyjnej podaje się 5.655 cm³ ze średnicą cylindra 100 mm i skokiem tłoka 90 mm, oraz moc 210 lub 220 KM przy 4.400 obr/min.

Ani Sowieci ani amerykański Chrysler nie produkowali wtedy tak zwymiarowanych silników, co oznacza, że Chińczycy musieli przerobić wzorce (czym by one nie były). Co ciekawe, napęd przenosiła skrzynia automatyczna – ogromnie ambitny projekt jak na zalążkowy etap rozwoju krajowego przemysłu samochodowego i niemal pewny dowód na nieoryginalność konstrukcji. Niestety, źródła różnią się nawet w tak podstawowej kwestii jak liczba biegów: niektóre mówią o dwóch, inne – o trzech. Jako prędkość maksymalną oficjalnie podawano 200 km/h, jako zużycie paliwa – 16 l/100 km (obie wielkości mierzono chyba z góry i z wiatrem, bo nawet Imperiale miały gorsze parametry. W dzisiejszych materiałach znajdowałem zresztą niżesz wielkości – 160 i 185 km/h).

Hongqi CA72 zadebiutował publicznie 1 października 1959r., w czasie parady na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju, zorganizowanej dla uczczenia 10-lecia władzy chińskich komunistów.

Chińskie limuzyny zostały dwukrotnie pokazane w Europie: w 1960r. na targach w Lipsku (fotografia poniżej) i w 1965r. w Paryżu – wyłącznie jako ozdoby, ponieważ nie planowano sprzedaży za granicą (ani nawet w kraju, a jedynie dostarczanie władzom). Jeden egzemplarz, po chińskiej ambasadzie w USA, został sprzedany mieszkańcowi Nowego Jorku, jeden został odnaleziony w 2013r. w Rumunii, gdzie zapewne trafił jako prezent dla towarzysza Ceaușescu, dwa inne rezydują w chińskich muzeach. Reszta najprawdopodobniej nie przetrwała.

Foto: public domain

Poniższe zdjęcia pochodzą z muzeum w Szanghaju, drugie auto jest przechowywane w Shenzhen. Rozstaw osi Czerwonej Flagi w wersji produkcyjnej wynosił 3,4 metra, wymiary – 5,74 x 2 metry, masa własna – około dwóch ton. Stylistyka przypomina amerykański barok w jego radzieckiej interpretacji…

Foto: Navigator84, Licencja CC

…jest też jednak i akcent narodowy – tylne lampy przypominające tradycyjne, chińskie latarnie.

Foto: Navigator84, Licencja CC

Cabriolety nie zachowały się, wiadomo jednak, że miały uchwyty umożliwiające dygnitarzom jazdę na stojąco (w późniejszym okresie montowano unoszone siedzenia, które dla obserwatorów zewnętrznych dawały pozory stania) i system nagłaśniający z głośnikami umieszczonymi w bagażniku (zastąpiony potem transmisją radiową i głośnikami wiezionymi osobnymi furgonetkami).

Foto: public domain

***

W 1965r. ukazał się model, który w nielicznych materiałach informacyjnych opisywano jako następcę CA72 i oznaczono Hongqi CA770, lecz który w istocie był tylko gruntownym liftingiem. Ten schodził z taśmy do 1981r. i powstał w 847 egz., z czego kilka trafiło za granicę: aktualnie znane są okazy zarejestrowane we Francji, Niemczech, Szwajcarii, San Marino, Rumunii, Hong Kongu, Japonii i Korei Płd. Bliżej nieokreślona liczba aut mogła też zostać wysłana do Korei Płn., na ten temat nie ma jednak pewnych źródeł.

Technika nie zmieniła się wcale, pozostały też rozbieżności źródeł co do jej pochodzenia. Karoseria mierzyła teraz więcej, bo 5.980 x 2.000 mm, a ważyła prawie 3,3 tony (w wersji standardowej – bo masa powstałych w 1972r. dwunastu egzemplarzy opancerzonych nie jest znana). Stylistykę zmodyfikowano natomiast powściągliwie.

Foto: InSapphoWeTrust, Licencja CC

Foto: InSapphoWeTrust, Licencja CC

Foto: dave_7, Licencja CC

Paradnych cabrioletów (Hongqi CA770J) wyprodukowano pięć, ale tym razem trzy z nich zachowały się do dziś

Foto: public domain

W 1984r., na 35-lecie ChRL, złożono dwa landaulety (na zdjęciu jeden z nich, wiozący Deng-Xiaopinga – architekta chińskich reform, który rządził w latach 1978-89)

Foto: https://en.wheelsage.org/

W latach 1967-71 wyprodukowano 127 lub 129 sztuk krótszego, 5-osobowego wariantu CA771…

Foto: https://en.wheelsage.org/

…a pomiędzy 1969-76 – 291 sztuk pośredniego CA773, z również pięcioma miejscami, ale i dodatkowym bocznym oknem za tylnymi drzwiami.

Foto: https://en.wheelsage.org/

Dwa egzemplarze ambulansu to rok 1980-ty. Można też znaleźć wzmianki o kombi, karawanie pogrzebowym i pick-upie, ale nie znalazłem ich fotografii.

Foto: https://en.wheelsage.org/

Sześć prototypów – to wszystko, czym zakończył się nowocześniejszy projekt Hongqi CA774-4E z połowy lat 70-tych

Foto: https://en.wheelsage.org/

W 1981r. zakończyła się produkcja całej serii CA770. W latach 1985-88, korzystając z polityczno-gospodarczej odwilży Deng-Xiaopinga, fabryka wypuściła jeszcze 25 samochodów z importowanym, 5,7-litrowym silnikiem Forda.

Ostatnim reliktem pierwszego chińskiego projektu limuzyny były modele CA7560 i CA7560LH, odpowiednio z krótkim i długim rozstawem osi. Ten drugi – na zdjęciu – miał długość 6,2 metra i drzwi otwierające się w przeciwnych kierunkach. Oba zostały zmodernizowane za pomocą nowoczesnych, plastikowych elementów ozdobnych koncernu Volkswagena, który w tamtym czasie inwestował w zakład FAW.

Foto: https://en.wheelsage.org/

Mimo najpóźniejszego okresu życia (1991-94) ostatnie wersje są w pewnym sensie najbardziej tajemnicze, bo podawane wielkości produkcji wahają się pomiędzy 20-336 sztuk. To auto było też – po raz pierwszy w historii marki Hongqi – oferowane na rynku.

***

O reformach Deng Xiaopinga, który po 30 latach kolektywizacji, rabunku i terroru otworzył Chiny na świat, a ich obywatelom nie tylko pozwolił, a wręcz polecił „bogacić się na własną rękę„, mówi się, że były największą i najgwałtowniejszą przemianą w liczącej sobie 4.000 lat historii tego kraju (bo rewolucja komunistyczna, przy całej swej brutalności, oznaczała głównie wymianę na stanowisku feudalnego pana). Tymczasem w dwóch ostatnich dekadach XX wieku Państwo Środka przeistoczyło się z jednego z najbiedniejszych, najbardziej zrujnowanych i uzależnionych od łaski mocarstw, w „fabrykę świata” i równorzędnego partnera, a nawet rywala Stanów Zjednoczonych, który za życia naszego pokolenia niemal z pewnością prześcignie dotychczasowego hegemona.

Zmiana ustroju gospodarczego oraz wzrost zamożności i znaczenia kraju przełożyły się oczywiście na realny popyt i ewolucję gustów konsumentów. W nowych warunkach zakłady FAW nie mogły liczyć na zbyt swoich produktów – dokładnie tak samo, jak w tym samym czasie rosyjski kombinat ZiŁ. Chińczycy mieli jednak więcej szczęścia, bo ich fabryki nie uległy likwidacji, a przyciągnęły zachodnich inwestorów i utworzyły z nimi spółki joint-venture. W Changchun od 1989r. powstawał model Hongqi CA7225LH, czyli przedłużane Audi 100, później doszły do tego inne konstrukcje spod znaku czterech pierścieni, choć nadal nazywające się „Czerwoną Flagą„. Bo mimo wolnorynkowych reform i żywiołowego wzrostu materialnego dobrobytu wciąż rządząca Komunistyczna Partia Chin (w transkrypcji – Zhōngguó Gòngchǎndǎng) nie ma zamiaru nie tylko zmieniać nomenklatury, ale też luzować swobód obywatelskich. W tradycyjnej, chińskiej cywilizacji – która wywarła przemożny wpływ na cały Daleki Wschód – podstawowym i w zasadzie jedynym prawem człowieka jest to, żeby nie umrzeć z głodu. Ktoś, komu to nie grozi, nie ma prawa narzekać na nic, a w szczególności na tzw. zamordyzm, będący od tysiącleci fundamentem dalekowschodniej kultury. Dlatego też wszystkim fanom tamtejszego modelu niezmiennie odpowiadam: ZA CHINY LUDOWE!!

Foto tytułowe: https://en.wheelsage.org/

Share Button
Tagi: , , ,
65 comments on “MODELOLOGIA STOSOWANA: ZA CHINY LUDOWE
  1. Marek Jarosz pisze:

    Ale trzeba przyznać, że różnice jakościowe i stylistyczne pomiędzy prototypem z nadwoziem zamkniętym, a egzemplarzem z targów, widać gołym okiem. Atrapa i listwy w prototypie są straszne.

  2. Jerzy pisze:

    Wszystkim zainteresowanym historią chińskiej motoryzacji polecam stronę:

    http://chinacarhistory.com/

    Natomiast co do samych chińczyków, to pomimo kulturowych odmienności mają z nami wiele wspólnego. Jakiś czas temu czytałem książkę Chinki, która po 30 latach w USA wróciła do kraju i opisywała swoje wrażenia – kiedy czytałem o wszechobecnych reklamach małych biznesów, dzikiej deweloperce, szaleństwie kredytów hipotecznych, pracownikach napływowych w dużych miastach i Ikei jako ulubionym miejscu spędzania czasu przez nowoczesnego chińczyka, to miałem wrażenie, że wystarczy zmienić obco brzmiące nazwy i będzie to opowieść o naszym kraju sprzed raptem kilku lat.

    • SzK pisze:

      A to są akurat uroki pewnego etapu rozwoju gospodarczego 🙂

      Za stronę dziękuję, ja ją znam, ale wielu Czytelników zapewne nie.

      • Zrazik pisze:

        Na yt jest np kanał „serpentza”, białego obywatela RPA który wyemigrował do Chin z powodu represji… Już naście lat temu, ożenił się z chińską, mieszka w Shenzen. Można się dowiedzieć sporo o życiu w tym kraju.. A raczej jego części.

        Ogolnie jak coś jest u nas to w Chinach jest bardziej, tragiczna deweloperska, rozpadajaca się po 2 latach – check, rowery na wynajem od 20 firm naraz – check, spekulacje, absurdy prawne, podrabiana czekolada, czy mleko dla niemowląt, wolna amerykanka we wszystkim i brak nadzoru, lapowkarstwo – all check.
        Choć powoli partia po latach rozpasania „wolnorynkowością” , zaczyna wracać do czerwonych flag na ulicach i stawiania pomników, oraz zagrywek ksenofobicznych wobec imigrantów czy ogólnie zachodu, w czym Trump dosadnie pomaga, a wielki brat czyli program kontroli obywateli szybko uzmysłowi gdzie miejsce każdego.

  3. Winmaciek pisze:

    CA770 miałem okazję podziwiać w tym roku w muzeum samochodów w alzackiej Miluzie. Wbrew pozorom nie ma tam samych Bugatti – na wystawie jest też pełno innych wozów, przede wszystkim francuskich przedwojennych. Zdecydowanie warto odwiedzić, przy czym zalecam zarezerwować sobie przynajmniej większą część dnia.
    Zastanawiam się, czy dobrze podałeś masę – zarówno tablica przy samochodzie w muzeum, jak i angielska Wikipedia podają 2730 kg dla CA770, co nieco odbiega od 3,3 tony podanych w tekście.

  4. Krzyś pisze:

    Moi znajomi mieli okazję wybrać się do Chin indywidualnie około 10-11 lat temu w ramach odwiedzin rodziny (mama jednego z nich była dyrektorem w międzynarodowej firmie z branży morskiej i w ramach awansu uzyskała bardzo dobrze płatne stanowisko w Szanghaju). No i zawsze jak ktoś wracał z różnych zagranicznych wojaży spotykaliśmy się aby obejrzeć zdjęcia, porozmawiać itd. No i zdjęć z wyjazdu znajomi pokazali tylko kilkanaście, choć była to już epoka jak najbardziej cyfrowa, ponieważ przywieźli ich ponad trzy tysiące i nie wiedzieli co wybrać. Nie bardzo też wiedzieli co powiedzieć bo na usta cisnęło im się tylko, że ciężko cokolwiek porównać bo porównania nie ma oraz, że to jest zupełnie inny świat. No i że wszędzie jest nieprzebrana masa, rzeka ludzi. Z ciekawostek – najbardziej znaną dla nas marką obok VW był Buick. Dziękuję za ten wpis, znajomi otworzyli mi oczy wtedy ale faktycznie, różnice są na tyle duże, że ciężko to objąć rozumem. No i wstęp geopolityczny jak zawsze – wyborny 🙂

    • MrAnnoyingDude pisze:

      W ogóle to jest tak, że GM trzyma Buicka głównie na rynek chiński.

      A skoro sprzedaż w USA nie jest taka zła, to po co tam zamykać…

  5. Hurgot Sztancy pisze:

    rzeczy kluczowe dla każdej dyktatury wg wagi:
    – limuzyny rządowe
    – kabriolety paradne
    – karetki rządowe
    – karawany rządowe

    • SzK pisze:

      Coś w tym jest 🙂

      Ruscy chociaż tyle, że i inne samochody robili (oczywiście dopiero po ZISach), a w Chinach było z tym bardzo słabo.

      P.S. Wojskowe ciężarówki – one jednak miały pierwszeństwo przed wszystkim

      • PstrykEJ9 pisze:

        Ja ZSRR sie trochę interesowałem, ale Chinami nie bardzo. Niemniej jednak ponoć jedne z pierwszyshc samochodów które tam trafiały masowo to ponoć nasze maluchy i Polonezy.

        Obecnie ładnie tam działają marki premium. Nowa BMW serii 7 jest jak nic skrojona pod gusta chińskie. Niemniej jednak pracując za przeciętną pensję trzeba o wiele dłużej niz w Polsce odkładać na auto segmentu premium. Ciekawe jak ima się tam wskaźnik giniego, jak i szara strefa

    • Wojtek pisze:

      Ochroniarze z bronia dluga.
      To jest nawet powyzej limuzyn.

  6. Fabrykant pisze:

    Bardzo celne to podsumowanie Chin.
    Moja szanowna Współfabrykantka, która jest sinofanką (to nowe słowo, wymyśliłem właśnie), czyli czyta wszystko co tylko się da o Chinach, zwłaszcza książki wspomnieniowe, zwróciła mi uwagę na pewien fakt – otóż rewolucja kulturalna i Wielki Skok odbywały się całkiem niedawno temu, w latach 60-tych. W ramach tych pomysłów cała ówczesna ludność, w tym młodzież szkolna zajmowała się okropnymi wręcz torturami, przeprowadzanymi na „wrogach ludu”, którzy byli bogu ducha winnymi nauczycielami, naukowcami, bogatszymi chłopami, lub innymi zwykłymi ludźmi próbującymi nie angażować się na maksa w komunizm towarzysza Mao. Na porządku dziennym były zbiorowe karne gwałty, zmuszanie do jedzenia kału, publiczne chłosty i tego typu wyczyny. Działo się to w całym kraju i obejmowało właściwie całe społeczeństwo, a młodych w szczególności, bo oni musieli być albo na maksa zaangażowani, albo byli tymi szykanowanymi. No to teraz pomyślmy – żyje tam z miliard osób, które brały w tym udział – jako sprawcy i jako ofiary. W naszym kręgu kulturowym (albo choćby bliższych nam kręgach – Afryce, Rwandzie na przykład) byłoby to podstawą do niezłej narodowej traumy. Jakoś o niej w Chinach nie słychać.
    Zastanawiające.
    A pomyśleć, że wojna światowa (dość podobny kataklizm), która była u nas 80 lat temu, do dzisiaj ustawia nasze spory polityczne i jest tematem głównego nurtu, o który biją się w codziennych gazetach i internetach…
    Taka dygresja tylko, przepraszam.

    • SzK pisze:

      Komentatorskie dygresje to chyba największa wartość dodatnia blogowania 🙂

      Myślę, że kluczem do odpowiedzi będzie właśnie niewolnicza przeszłość Chin. U nich takie historie zdarzały się zawsze, więc nikogo nie dziwiły. Ponoć właśnie za Mao zdarzało się, że gdzieś w niedostępnych górach znajdowano potomków uciekinierów z feudalnych wiosek, którzy wiele pokoleń po ucieczce, widząc obcych, pytali się, czy cesarz ciągle buduje mur. Dlatego też przemiany Deng Xiaopinga uznaje się za największy przełom w historii całego kraju.

      To wszystko oczywiście moje domysły, bo o Chinach wiem bardzo mało (dygresja językowa w artykule to wynik moich zainteresowań ogólnolingwistycznych, nie sinologicznych 🙂 ).

    • Hurgot Sztancy pisze:

      przy okazji – wiecie jak jest po rosyjsku pomarańcza? апельсин – apelsin – chińskie jabłko 😉

      • Fabrykant pisze:

        Rzeczywiście! Pokrętne te drogi językowe.

      • Wojluk pisze:

        Mój tata czasem tak mówił. A że jesteśmy hanysami to zech mysloł czymu niy orangina ino apelsina? I jaki to apfel, że niy rośnie na galeziach w logrodzie.
        Dziękuję za wyjaśnienie

      • benny_pl pisze:

        po szwedzku tez „Aplesin” to sok pomaranczowy – pisze tak na kazdym opakowaniu, nie mialem pojecia czemu cos co sugeruje „apple” jest z pomaranczy 😉

    • Daozi pisze:

      Kilka słów dygresji ode mnie: tony w języku chińskim są cztery (de facto pięć, ale piąty to jakby brak tonu); da się to pojąć. Ideogramy… Z tego co słyszałem jest ich około 11 tysięcy a przeciętnie wykształcony Chińczyk zna około tysiąca co do komunikacji w sumie wystarczy. 6 tysięcy to już bardzo, bardzo dużo. Kolejna sprawa, ideogramy powielają się: one składają się z kilkunastu części składowych. Nauczenie się tysiąca jest naprawdę możliwe. Ja naukę odpuściłem po pół roku między innymi dlatego, że język ten jest na tyle odmienny od europejskich, że potrzeba by z 10 lat żeby go jakkolwiek opanować a na dodatek… Jest to mało praktyczne! Bowiem w Polsce mieszkają Chińczycy a ilość stanowisk z wymaganym chińskim jest śmiesznie mała, z kolei żeby czytać np. traktaty chińskie trzeba by chyba ze 20 lat nauki.
      Co do „zamordyzmu”… Konfucjanizm to nie zamordyzm tylko kompletnie inny sposób postrzegania rzeczywistości. Można, siedzących w temacie przepraszam za uproszczenie, porównać to do społeczeństwa mrówek i pewnej hierarchii, która wyznacza porządek świata. Ba! Nie jest powiedziane, że europejski indywidualizm jest od tego lepszy; jest kompletnie odmienny.
      Od siebie polecam „Dialogi konfucjańskie” – należące do pięcioksięgu konfucjańskiego, acz nie spisane przez tego filozofa, i może Daodejing czyli „Księgę drogi i cnoty”. Obie prace są bardzo ciekawe i stanowią odpowiednio: esencję nauk konfucjańskich (do których idei m.in. mandatu niebios odwoływali się nawet komuniści) i podstawę taoizmu filozoficznego. Taoizm i konfucjanizm obok buddyzmu Chan (znanego z japońska zen) stanowił jedną z Trzech Szkół (san jiao).
      Wszystkie te starożytne idee stanowią podwalinę chińskiej kultury do dzisiaj.
      I, żeby nie było, jak interesuję się kulturą chińską od kilkunastu lat, tak wiem o niej bardzo mało bo to wprost niezmierzony i arcyciekawy temat.
      Co do narodowej traumy – przy kompletnie innym podejściu do rzeczywistości coś takiego może nie występować; czy tak jest naprawdę, głowy nie dam. Ciekawe ujęcie tematu można znaleźć w „Żabach” Mo Yana – gorąco polecam, ciężki temat, ale świetna literatura.
      Pardon za niemotoryzacyjny komentarz 🙂

      • SzK pisze:

        O to to to – społeczeństwo mrówek, które winne są posłuszeństwo władcy. Można to nazwać „harmonią”, ale dla nas to będzie po prostu niewolnictwo.

        W naszej cywilizacji władca ma być zatrudniony przez lud do sprawowania pewnej funkcji, jeśli się nie wywiązuje, to się go wywala jak każdego innego pracownika. Na Wschodzie władca to pół-bóg (albo i cały – nawet w Japonii do 1945r. cesarz miał oficjalnie status bóstwa). Oczywiście nie znaczy to, że nasi władcy nie próbują zmienić reguł i upodobnić ich do wschodnich – bo woleliby status istoty wyższej niż pracownika najemnego. Cała tzw. poprawność polityczna to nic innego, jak dążenie do zdeprecjonowania tradycyjnej, europejskiej cywilizacji i zastąpienia jej czymś innym – właśnie dlatego, że ona nie pozwala objąć władzy absolutnej. Ale to szerszy temat, nie na pojedynczy komentarz.

      • czarli pisze:

        @SzK – możesz wytłumaczyć na czym polega obecnie ta polityczna poprawność? Bo z tego co widzę w internecie, dużo osób nazywa polityczną poprawnością to, że nie mogą obrażać i wyzywać ludzi, którzy nie myślą tak jak oni.

      • SzK pisze:

        Obrażać nie wolno nikomu nikogo,to jest jasna sprawa. Ale co innego rzeczowa dyskusja.

        Poprawność polityczna to temat rzeka, ale w wielkim skrócie polega ona na tym, że tzw. równość obowiązuje tylko w jedną stronę. Przykłady: islamu nie wolno krytykować pod żadnym pozorem, a nawet wspominać że muzułmaninem był ktoś, kto zrobił coś złego, natomiast chrześcijaństwo wolno, a nawet należy krytykować jak najczęściej i jak najmocniej.

        Wolno dać wysokie stanowisko kobiecie tylko dlatego, że jest kobietą – sama płeć sprawia, że to się jej „należy”. Natomiast mężczyznom już absolutnie nie (co innego przy pracach uciążliwych i szkodliwych – obowiązują odwrotne reguły).

        To samo z orientacją seksualną, narodowością, itp., a nawet sztucznie wykreowanymi antagonizmami w rodzaju samochodziarze-rowerzyści. Zakaz dyskryminacji obowiązuje wyłącznie w jedną stronę. Kiedyś to było nieoficjalne (istnaiło po prostu ciche przyzwolenie na atakowanie jednej ze stron), a dziś mówi się już wprost, że np. nie ma czegoś takiego jak rasizm wobec białych, bo on z definicji dotyczy wyłącznie niechęci białych do innych.

        Oczywiście zawsze te grupy są wybrane według jednego klucza: przydatności w niszczeniu wzorców tradycyjnej kultury europejskiej – bo ona uznaje władzę za służbę ludziom, a nie odwrotnie.

        Teoretyczne podstawy politycznej poprawności opisała przede wszystkim Róża Luksemburg w latach 20-tych, ale nie tylko ona. Przewidziała też, że niszczenie świadomości cywilizacyjnej Europejczyków potrwa około cztery pokolenia – i nie pomyliła się, bo właśnie teraz, po stu latach, dochodzimy do etapu, kiedy sami Europejczycy wyrzekają się samych siebie i tych wartości, które doprowadizły ich na szczyt, z uznaniem władzy za służbę włącznie.

      • Hurgot Sztancy pisze:

        A popatrz np. Pod jakim tytułem sprzedaje się dziś 12 Małych Murzynkow, A.Christie. albo kto zagral glowna role w mrocznej Wiezy, Kinga. Dlaczego facebook blokuje posty o pedalach samochodowych, a uniwersytet wywala profesora twierdzacego, że są tylko 2 płci? I dlaczego Ruda mała syrenka już nie jest fajna?

      • Daozi pisze:

        A pamiętam, że kilka lat temu krążył po sieci taki mem: „rasizm to zbrodnia, a zbrodnie są dobre dla czarnych”. I powoli takie podejście zaczyna funcjonować, tyle że w odwrotnym kierunku.
        W sumie… polityczna poprawność jest jak „eko-skóra” w samochodach. Nazywasz białe czarnym i przekonujesz ludzi, że tak jest. W końcu oni w to wierzą, bo co mają zrobić?

      • ndv pisze:

        @ SzK: pozwolę sobie nie zgodzić się z opinią, że:
        „W naszej cywilizacji władca ma być zatrudniony przez lud do sprawowania pewnej funkcji”.

        W Rzymie oficjalnie cesarz też był bogiem. W Egipcie podobnie. W średniowieczu taki manewr był niedopuszczalny, bo pewna grupa religijna z bliskiego wschodu miała zamknięty panteon – ale ten problem rozwiązano bardzo prosto – ” z Bożej łaski król”. W każdym razie sprzeciwiając się władcy w ten czy inny sposób człowiek sprzeciwiał się jakiemuś bogu.

        A poprawność polityczna… jedna z socjotechnik. Wolne media i wolny rynek to zdaje się tylko modele, jakimi bawią się akademicy.

        Bieżące działania dążące do zniewolenia mas to nic nowego niestety.

      • SzK pisze:

        Tak, zgadza się – władcy zawsze chcieli ludzi zniewalać, ale wszędzie na świecie poza Europą mogli to robić otwarcie i jawnie, nikt się o to nie burzył. U nas – musieli się z tym kryć i szukać pretekstów, bo oficjalnie nie wolno im było tego robić. Tylko w Europie powstała doktryna umowy społecznej między władzą i ludem – notorycznie przez władzę łamana, ale oficjalnie obowiązująca.

        Egipt pomijam, bo to nie jest nasza cywilizacja, tylko właśnie część owej „reszty świata”. W Rzymie oficjalnie panował ustrój republikański, z czasem coraz bardziej fasadowy, ale potrzebny cezarom właśnie do uzasadniania – szytego bardzo grubymi nićmi – że służą oni ludowi i wyrażają jego wolę. „Senat i Lud Rzymski Postanowili” – tak zaczynały się wszystkie uchwały, nawet jeśli stało za nimi widzimisię cezara. To jest właśnie różnica: każdy władca dąży do zniewolenia poddanych, ale u nas jest to niedozwolone i trzeba kręcić, mataczyć, kombinować, a i tak wszystkiego zrobić się nie da, bo obywatel ma pewne niezbywalne prawa. Na Wschodzie tak nie jest, dlatego tam władca ma lepszą pozycję.

        W średniowieczu również istniało pokrętne uzasadnienie feudalizmu: duchowieństwo jako „pasterze”, rycerstwo jako „psy pilnujące stada” i lud jako owieczki, które spokojnie skubią sobie trawę dzięki pasterzom i psom. W Chinach, u Azteków czy Arabów nikt się w takie farmazony nie bawił – włdaca był właścicielem kraju i basta, każdy uznawał to za porządek natury.

        Poprawność polityczna służy właśnie dążeniu do wschodnich wzorców i jako taka jest po prostu nową, zabójczo skuteczną techniką osiągania odwiecznych celów każdego władcy. Pod tym względem się zgadzamy.

      • czarli pisze:

        @SzK
        sorry, ale Twoja wypowiedź przypomina bardziej wywód jakiegoś oszołoma z prawej strony internetu a nie merytoryczny post.
        Mylisz „zakaz dysryminacji w jedną stronę” z odbieraniem przywilejów i naprawą błędów historii. Faktem jest, że kobiety były przez wieki dyskryminowane, miały ograniczone prawa w stosunku do mężczyzn, albo w ogóle nie miały praw. Teraz nam (w sensie Europejczykom) się w głowie nie mieści, żeby kobiety nie mogł głosować albo się uczyć. Ale zaszłości historyczne są na wszystkich płaszczyznach życia społecznego. I właśnie przejście z modelu patrialchalnego na egalitarny prawa strona myli z niszczeniem europejskich wartości.
        Rasizm w stosunku do białych oczywiście istnieje, ale jednak fakt faktem rasizm był domenom białych ludzi i to ponownie przez wieki. Nas, Polaków, rozpala pewien 6 letni okres XX wieku na przełomie lat 30 i 40 i rzutuje na stosunki wewnętrzne oraz międzynarodowe. A co powiedzieć o wiekach dyskrymiacji i prześladowań. Temat jest naprawdę delikatny i jeszcze pokolenia przeminą zanim rany się zabliźnią. Dużo osób (i co ciekawe, głównie białych – ciekawe dlaczego), chciałoby powrotu do „starych dobrych czasów” a to z tego powodu, że mieli większe przywileje. I ponownie „upadek europejskiej cywilizacji” jest mylony z odebraniem przywilejów.
        A co do KRK – cóż, bliższa ciału koszula. Oczywiście, że będzie się mówić o aferach pedofilskich, finansowych oraz przestępczych w Kościele u siebie a nie o łamaniu praw człowieka w Emiratach albo Iranie. A to z tego powodu, że te sprawy są zdecydowanie ważniejsze niż prawa jakiegoś kraju 2000 km stąd. Dodatkowo, tenże Kościół ma przywileje, wpływa na opinię publiczną jak i rości sobie jakieś prawa do wpływania na politykę. Linią obrony tego Kościoła, że jakakolwiek krytyka tej instytucji jest traktowana jako zamach na wiarę chrześcijańską. No i dużo osób wierzących i powiązanych z tą instytucją to są te same osoby co wspomniane powyżej, którzy mylą odebranie priorytetów z zamachem na europejską kulturę i wiarę.
        Acha, i zanim ktokolwiek wyskoczyć z tekstem „bo terroryści” to radzę najpierw spojrzeć ile osób zginęło w Europie w zamachach w ostatnich latach a ile np. latach ’70 i kto organizował jedne i drugie zamachy.
        Także posumowując, ale wymienione przez Ciebie przykłady walki z polityczną poprawnością to nic innego jak narzekanie pod tytułem: „jestem białym facetem i chcę mieć więcej praw od innych tak jak to było paręset lat temu”

      • SzK pisze:

        Nie, nie chcę mieć więcej praw, ale chcę móc się wypowiadać bez cenzury.

        Nie krytykuję walki kobiet o głos polityczny albo edukację – ale ta walka została wygrana sto lat temu (w Polsce) lub kilkadziesiąt (w różnych krajach Zachodu). Podobnie jest z rzekomą walką z rasizmem, itp. Nie wolno dyskryminować dawniej dyskryminowanych (i słusznie!!), ale wolno dyskryminować tych, którzy reprezentują cywilizację wolności. Martin Luther King mówił, że marzy o dniu, kiedy nikt nie będzie się pytał o płeć, rase, religię czy kolor skóry – a pod tym względem rasizm cały czas istnieje. Dziś są to pytanie równie kluczowe jak kiedyś – tyle że dyskryminacja zmieniła kierunek.

      • czarli pisze:

        chodzi o to, że nikt nikogo nie cenzuruje (bynajmniej u nas i na Zachodzie). Ale jeśli ktoś ma poglądy sprzed 100 lat to niech się nie dziwi, że jego wypowiedzi są oceniane w sposób negatywny. Prędzej powiedziałbym, że zapędy do cenzurowania wypowiedzi i niemówienia o niektórych tematach widać po prawej stronie sceny politycznej i obyczajowej.
        Zgadzam się, że na poziomie prawnym kobiety wygrały. A w Polsce jest zaskakująco dobrze pod tym kątem. Ale wciąż jest problem po stronie społecznej i obyczajowej – np. różnice w zarobkach (chociaż w tym temacie to osobiście uważam, że zanim zacznie się mówić o dyskryminacji z powodu płci, zwłaszcza w Polsce gdzie ta różnica jest bardzo mała, należy zastanowić się z czego to wynika, np. czy nie ze stażu pracy i wrodzonej skłonności do podejmowania ryzyka), afera Harvey’a Wildsteina, Cosby’iego, akcja #Metoo, czy niesławne już „kto to rucha?”.

      • SzK pisze:

        Przestępstwa to przestępstwa, prawo jest tutaj jasne. A do cenzury jej autorzy przyznają się oficjalnie – np. Zuckerberg głośno mówi, że FB obcina zasięgi treściom niezgadzającym się z jego wizją polityczną i nie ma zamiaru przestać tego robić. W UE jakiś czas temu całkiem oficjalnie mówiło się też o paragrafie karnym za pewne tezy naukowe np. w klimatologii (to byłby powrót do czasów Świętej Inkwizycji), albo o dopuszczaniu do startu w wyborach wyłącznie tych, którzy reprezentują „wartości europejskie” (oczywiście zdefiniowane przez aktualnie rządzących, no bo przez kogo innego?). To wszystko nie przeszło właśnie dlatego, że nie jest konieczne – bo cenzura „miękka” – w postaci wspominanej poprawności politycznej – wykonuje to samo zadanie bez jawnego naruszania reguł.

        Proponuję pogadać ze starszymi ludźmi z Zachodu, którzy już od dawna mówią, że wolność słowa w Europie to historia i że żadna treść niezgodna z oficjalną linią nie ma prawa trafić do przestrzeni publicznej, a przekazywanie najprostszych faktów jest skrajnie przekłamywane. Przykład: kiedy pewien terrorysta w Berlinie ukradł Polakowi ciężarówkę i wjechał nią w tłum, wszystkie nagłówki mówiły, że ludzi zabiła „ciężarówka na polskich numerach”. Nikt nie wspominał narodowości mordercy, ale kraj rejestracji cięzarówki – wszyscy. Przecież to nie ma znaczenia, kto jest sprawcą, ważniejsza jest przypadkowa ofiara kradzieży. To jest właśnie idealny przykład tego, o czym tutaj mówię.

      • Wojtek pisze:

        Polska to taki kraj że najbardziej dyskryminowani są:
        1. Kierowcy samochodów – bo nie można bezkarnie przejechać pedalarza na druciaku
        2. Biskupi – bo nie można wyobracać ministranta
        3. Kibole – bo ich aresztują za bice pedałów
        Sorry, ulało mi się, ale trudno wytrzymać stężenie głupoty i podłości jakie ostatnio widać w naszym kraju.

      • SzK pisze:

        Powtarzam po raz kolejny, że przestępstwa są przestępstwami i nie mają nic wspólnego z dyskryminacją.

      • czarli pisze:

        ale chodzi o to, że FB to jest prywatnym serwisem i nie ma obowiązku publikować wszystkiego co użytkownik napisze. Mało tego, właściciel tego serwisu, może nie dopuszczać treści, które są sprzeczne z jego wartościami i wciąż będzie to ok. Ale jeśli Cię to oburza, to co powiesz na klauzulę sumienia?
        A co do UE to jakieś źródła tych rewelacji? Trzeba też pamiętać, że dużo, jeśli nie większość mediów w Europie to niezależne firmy. Treści tak podawane mogą być przedstawione w taki sposób by trafić w target swoich czytelników. Jedne fakty będą podkreślane a inne pomiajne albo umniejszane. To kreuje się na pewien obraz rzeczywistości. Widać to doskonale u nas w mediach wspierających obecną władzę.
        Jeśli ktoś czerpie wiedzę o świecie z mediów przeciwnych UE to będzie odbierać wizję Unii jako potwora uciskającego obywateli i uciszających tych, którzy krytykują Unię. Ja nie twierdzę, że Unia jest cudowna i nieomylna, bo nic co stworzył człowiek takie nie jest (z resztą od tysiecy lat jest to jeden z tematów rozważań filozofów), ale trzeba kontrolować źródła informacji, bo rzeczywistość może być zgoła różna albo skala zupełnie inna niż to podają newsy.

      • SzK pisze:

        Święta prawda – prywatny biznes może sobie ustanawiać własne reguły, jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który się temu sprzeciwi.

        Tyle tylko, że przez długie lata internetowi giganci twierdzili, że są neutralni politycznie i nie wspierają żadnych opcji – zaczęli się z tego wycofywać całkiem niedawno, po dochodzeniach, które w USA oparły się o Senat. A chodzi o prawo antymonopolowe – bo takiej siły na rynku internetowym nie ma nikt inny. Słusznie zauważyłeś, że np. papierowe gazety mają różne profile – ale ich jest tysiące i każdy może sobie wybrać, które czyta. Tutaj mamy inną sytuację. Prawo antymonopolowe to trudna kwestia, wielu sądzi, że nie powinno go być bo jest „antyrynkowe”, ale w istocie jest odwrotnie – to jedna z nielicznych nieodzownych funkcji państwa, bo rynek bez konkurencji przestaje funkcjonować (tak naprawdę, to większość problemów, jakie wskazują krytycy wolnego rynku wynika właśnie z wskazania przykładów quasi-monopolu, gdzie tak naprawdę nie ma konkurencji – dlatego takie ważne jest dbanie o nią).

        Źródła informacji trzeba kontrolować, tutaj też się zgadzam w 100%, ale do tego celu potrzebny jest wybór. Na tym też polega polityczna poprawność – na spychaniu niwygodnych informacji na margines, gdzie mniej ludzi może je znaleźć.

        Ja sam cytowałem kiedyś niemieckie badania o przedwczesnym złomowaniu samochodów pod pretekstm ekologii: wyszło, że to szkodzi, zamiast pomagać środowisku, ale

        a) rząd wyniki zignorował, mimo że sam zamówił badanie (mając nadzieję na odwrotny wynik),
        b) w mainstreamowych mediach tego badania nie przeczytasz, a tylko twierdzenia odwrotne, zazwyczaj bardzo ogólnikowe i emocjonalne (mówiące o „trucicielach”, „wrakach”, itp.).

        Ja znalazłem je na stronie instytutu, który je przeprowadzał, ale ilu ludzi tam dotrze? A badanie finansował rząd, czyli wszyscy obywatele – więc wszyscy powinni dostać te wyniki w mediach. O takich rzeczach mówię, a nie o bandytach bijących demonstrantów, co też niektórzy usiłują mi imputować.

  7. ndv pisze:

    Off top:
    Kiedyś toczyła się dyskusja o zmianach klimatu i wpływu człowieka na nie, przd chwilą trafiłem na ciekawy wykład w temacie:
    https://www.youtube.com/watch?v=TUJCjs1REA4
    Wizja co najmniej mocno niepokojąca.

  8. Wojtek pisze:

    Znajomy Malezyjczyk mówił mi że dla niego najtrudniejszym językiem do nauki był angielski z jego punktu widzenia zupełną abstrakcja. Za to chiński jest bardzo łatwy. Próbował też tłumaczyć różnice w tonach, które zupełnie zmieniają znaczenie słów, ale dla mnie jest to praktycznie nie do wychwycenia. Chyba jesteśmy zupełnie głusi na ten rodzaj ekspresji. Co do pisma to twierdził że to też łatwe. Wpisuje się w iPhone fonetycznie, alfabetem łacińskim, potrzebne słowo a iPhone wyświetla odpowiedni znaczek 🙂 Trudność w tym że najczęściej temu samemu zapisowi łacińskiemu odpowiada kilkanaście znaczków o zupełnie różnych znaczeniach. Na pytanie jak wybrać ten właściwy, mówił zdziwiony że „to przecież widać”. Udało mi się zrozumieć tyle że te kreseczki i kropeczki nie są przypadkowe, istnieje w nich głęboką logika, oczywista dla kogoś z tamtej kultury, co pozwala łatwo odróżnić poszczególne znaczki od siebie.
    Najśmieszniejsze jest tłumaczenie nazw własnych a angielskiego na chiński. Rzeczy typu MacDonald albo Intel, które generalnie nic nie znaczą i nie da się znaleźć odpowiadającego im znaczka. Otóż robi się to fonetycznie, dobiera się ciąg znaczków które razem brzmią tak samo jak angielskie słowo ignorując ich znaczenie. Powstaje więc potworek który wymawiany brzmi jak angielska nazwa własna a znaczy nic albo jest jakaś absurdalna zbitka słów.

    • Daozi pisze:

      Z tłumaczeniem to tylko jedna opcja; tak – niektóre nazwy tak się tłumaczy. Ale niektóre nie. Np. Procter & Gamble to po chińsku Baojie (pomijam akcenty w transkrypcji pinyin, nie mam czcionki) co znaczy: „skarb i czystość”, General Motors to tongyongqiche – „w powszechnym użyciu + samochody” czyli „powszechnie używane samochody”. Po więcej informacji odsyłam do: „Zrozumieć Chińczyków. Kulturowe kody społeczności chińskich” red. E.Zajdler , Warszawa 2011.

    • SzK pisze:

      No właśnie o tym mówię: to są dwa rozłączne światy. Ichniejszy – nie do przeskoczenia dla nas, nasz – nie do przeskoczenia dla nich.

      • benny_pl pisze:

        Rosjanie rowniez nazwy wlasne zapisuja fonetycznie, to bardzo fajne i w sumie „nornalne” – kazde dziecko by tak robilo – np Peugeot to пежо czyli „peżo”

  9. Wojluk pisze:

    Sporo aut z Chin widuje na coraz bardziej swojskich tablicach z eurobandem UA.

    • SzK pisze:

      Jasne, tam nie ma unijnych norm, sprowadzić używkę z UE niełatwo, a i społeczeństwo biedniejsze.

    • ndv pisze:

      Chińskich motocykli za to jest od groma – prawie wszystkie 125, do tego również taka zasluzona włoska marka jak Benelli. Jakość 125 nawet nawet ale sieć dystrybucji i serwisu tego…”w języku ludzi kulturalnych nie ma słów wystarczająco obelżywych” (cytat).

    • Hurgot Sztancy pisze:

      Znam właściciela Emgranda EC7 (którym miałem okazję się przejechać), który jest z niego bardzo zadowolony – za cenę używanej, 5-letniej toyoty, dostał nowe auto z gwarancją, proste, ale bezawaryjne. Jechałem nim jakieś 200km po ukrainskich drogach i był zupełnie w porządku, absolutnie bez historii, coś jak Chevrolet Lacetti. Gwarantuję, że gdyby przyczepić znaczek toyoty, czy nissana, to nikt by w Europie nie zwrócił uwagi.

      A jako smaczek dodam, że będące w chińskich rękach MG, wygrało w 2014 tytuł producentów w BTCC (fakt, że był tylko jeden zgłoszony konkurent, ale nie byle jaki, honda). MG 6GT to naprawdę udany model wyścigowy.

  10. benny_pl pisze:

    bardzo fajny ciekawy artykul, wstep o chinach mogl by byc jeszcze o wiele dluzszy i bardziej wnikliwszy, chetnie bym poczytal 🙂
    a z okazji poprzedniego i aktualnego artykulu taka piosenka:
    https://www.youtube.com/watch?v=l-_hCJ1_E4U

  11. Jerzy pisze:

    Tak w temacie chińskich samochodów, to nie dalej jak wczoraj widziałem w Warszawie Brilliance BS6 latające na taksówce – już sam samochód jest egzotyczny, ale zobaczenie go w roli taksówki gdzie wymagana jest ogólna niezawodność i dostępność serwisu mocno mnie zdziwiło.

    • Hshan pisze:

      Zgaduję, że śmiga na starej technice Mitsubishi, ewentualnie jakiejś innej znanej nam marki.

      • Krzyś pisze:

        Owszem, masz rację! „The BS6 was sold in Europe with a 2.0-litre Mitsubishi sourced engine”

      • Daozi pisze:

        Niejaki Profesor Chris, mechanik który prowadzi ciekawy kanał na YT nagrał odcinek z tym chyba Brilliancem na kanale. Ogólnie to Mitsubishi o przeciętnej jakości, rdzewieje, ale gdyby go dobrze zabezpieczyć to pewnie by pojeździł. Taki motoryzacyjny odpowiednik ziemniaków; nudne, brzydkie, ale można jeść.

    • ndv pisze:

      Pamiętam jak toto się pojawiło w Europie – w gazetach chwalono, że nieźle i spore auto za stosunkowo niska cene. Potem 0 gwiazdek EuroNCAP i holenderski importer zaproponował odkupienie samochodów od wystraszonych klientów po cenie salonowej 🙂

  12. ndv pisze:

    Stylistycznie to są straszne pokraki – ktoś w pewnym momencie wpadł na pomysł połączenia kanciastej kabiny i pontonowej dolnej części karoserii. CA7560 wygląda jak Mitsuoka z lat 90 (kanciasty kształt kabiny w stylu lat 90 z doklejonym retro przodem i tyłem). Jak jest luksusowe nie musi być ładne?

    • Hurgot Sztancy pisze:

      tutaj dochodzimy do różnicy między ZSRR a ChRL, która kiedyś rzuciła mi się w oczy – wbrew potocznym opiniom, w większości przypadków radzieckie projekty brały pod uwagę estetykę i były po prostu ładne, nawet ciężarówki wojskowe czy samoloty (Tu-124, Wołga, Kraz,zegarki Rakieta np. Kopernik, radio Zwiezda, długo by wymieniać)

      • SzK pisze:

        Z tym radzieckim designem to było różnie. Ich zegarki faktycznie mi się zawsze podobały, z samochodów – ładne były praktycznie wszystkie Łady, Wołgi (ale tylko 21 i wczesne 24, bo pudrowanie tej ostatniej wychodziło juz okropnie), duże limuzyny w zasadzie też. Ale już Zaporożce i Moskwicze (od 408 do końca) to ohyda. Tak że jak w życiu – raz komuś coś wyjdzie, a raz nie. Za to Chiny to po prostu inna cywilizacja, której ja nie ogarniam, więc nie podejmuję się analizować ich estetyki. Na nasz gust jest dziwna, ale może u nich są takie kanony, albo też taki sposób interpretacji naszych.

      • czarli pisze:

        design radziecki działał mniej wiecej do początku lat ’80. Później widać nawet po produkowanych towarach, że komunizm padł i robiono wszystko dramatycznie bez ładu i składu z tego co było, byleby tylko zachować władzę i zaspokoić byle jak najpilniejsze potrzeby. I tyczy się to wszystkich krajów socjalistycznych tamtego okresu

      • Daozi pisze:

        Myślę, że ich estetyka jest odmienna, to raz.
        A dwa, mam taką myśl: są rzeczy, które obiektywnie można określić kiczem i bezguściem, ale do tego trzeba mieć nieco wiedzy, obycia, wykształcenia, stylu, klasy itp. Jeżeli ktoś wybije elity (jak u nas w XX wieku, po trosze jak w Chinach podczas Rewolucji Kulturalnej) to siłą rzeczy nowe elity tworzą się z proletariatu. Ich poczucie dobrego smaku jest dyskusyjne; zamiast dyskretnego piękna mamy barokowy przesyt w stylu króla cygańskiego. Ma być dużo, bogato, mają być wszystkie style, formy i kolory naraz.
        Jak to było w Ziemi Obiecanej? „W jakim stylu Pan chce ten pałac? Jak to w jakim?! We wszystkich!”

      • PstrykEJ9 pisze:

        Mimo wszystko w designie radzieckim widać mocną inspirację zachodem pomimo pozornej wrogości. Wołga 21 przypomina Forda Mainline naprzykład. Twierdzenie, że to bezczelne kopie to nieco nadużycie. Po prostu taka była moda. Abstrachując od motoryzacji to bardzo mi się podoba design ichniejszych lodówek.

        Co do Łady, faktycznie mi osobiście również nie podobają się „późne” żiguli. Ale design 2107 według mnie nieco inspirowany Audi 80 B2, znakomicie wpasował się moim zdaniem w dewizonośne gusta zachodnioeuropejskie.

      • ndv pisze:

        Akurat moim zdaniem i AZLK i ZAZ były przynajmniej w miarę spójne – tzn żadna część nie wyglądała jak wzięta z innej epoki. W tych czerwonych flagach mamy sytuację jak w wolgach 3costamilestam – tych z jajowatymi światłami – tylko na odwrot

      • SzK pisze:

        No właśnie o tych Wołgach mówiłem, że były okropne. Bo GAZ 21 i 24 – bardzo ładne, proporcjonalne i spójne.

  13. Wojluk pisze:

    Generalnie to co jeździ na blachach PL. CZ, DE, SK oraz A (popularne blachy u nas na południu) nie stanowi w większości zaskoczenia. Natomiast pojazdy z blacha i UA często już są. Bardzo ciekawe okazy się zdarzają.
    Z ciekawostek tam nie ma okresowych badań technicznych.

    • PstrykEJ9 pisze:

      Nie ma raczej tylko po to, aby ograniczyć korupcję. Nikt nie będzie, aż tak dowalał i tak biednym ludziom.

  14. mirek57 pisze:

    Kiedyś, dawno temu, czytałem pracę z neurolingwistyki, której autor dowodzł, że kłopoty w zrozumieniu wynikają nie z różnic kulturowych – a właśnie ze struktury języka i sposobu, w jaki jego poznawanie wpływa na rozwój struktur neuronowych w mózgu. Innymi słowy: już w procesie uczenia się mowy, mózgi chińczyków i np. europejczyków działają inaczej. Wizja jest dość niepokojąca, ale dopóki istnieje możliwość porozumienia na płaszczyźnie czysto werbalnej, to może jest szansa?

    • SzK pisze:

      Tak, też o tym czytałem, ale nie chciałem w artykule aż tak głęboko wchodzić w temat.

      A czy to niepokojące? Raczej normalne, że mózg adaptuje się do warunków, przecież w takim właśnie celu istnieje i gdyby nie to, to żaden organizm by nie przetrwał, nie mówiąc o zbudowaniu cywilizacji 🙂

  15. K1 pisze:

    Niestety Szczepanów, ale masz rację.
    Rzeczywiście polityczna poprawność to współczesna cenzura i zamach na wolność.
    Świetny przykład z atakami terrorystycznymi. Na zachodzie nie wolno mówić skąd pochodzi gwałciciel czy inny przestępca.
    A z tzw ociepleniem klimatu też jest nieźle. Klimat ociepla się od ostatniego zlodowacenia (chyba ok 19.000 lat temu), ale dane podaje się tylko z ostatnich dwustu lat. Bo to jest cykliczne – glacjały i interglacjały. Ale każdy kto śmie powiedzieć cokolwiek innego od razu jest niszczony.
    Niestety, ta poprawność polityczna jest bardzo skuteczna. Nawet po komentarzach niektórych czytelników tego bloga to niestety widać.

  16. Abc pisze:

    W latach 60 i 70 spora ilość chińskich ciężarówek i aut typu Beijing BJ 212 została sprowadzona do Albanii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.