(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: 4×4 OFF ROAD

MWSnap177

Do tej pory w serii o samochodowych grach komputerowych opisałem trzy tytuły na ośmiobitowe Atari 65XE, którymi było mi dane bawić się w dzieciństwie. Później przyszła era 16-tu bitów, którą przeżyłem jako członek obozu amigowców. Dla mojej samoświadomości jest to o tyle ważne, że w tamtym czasie zwolennicy poszczególnych standardów komputerowych prowadzili z sobą święte wojny. To znaczy nie bili się jak kibole na stadionach, ale poziom emocji bywał podobny. W erze ośmiobitowej największymi siłami dysponowały frakcje atarowców (Atari 800XL/65XE/130XE i inne) i komodorowców (Commodore 64/128), podczas gdy w ich cieniu żyli sobie amstradowcy (seria Amstrad CPC) i spektrumowcy (ZX Spectrum). W kolejnej epoce najbardziej zacięte boje toczyli z sobą z kolei zwolennicy Amigi i PC, zaś trzecia siła, tzw. duże Atari (modele serii ST), stanowiła już tylko ledwie zauważalny margines.

Co ciekawe, wielu atarowców (nie wyłączając mnie) przesiadało się na Amigę, czyli, jak by nie było, produkt Commodore, zachowując przy tym atawistyczny, plemienny antagonizm w stosunku do C64. Dziś oczywiście chce mi się z tego wszystkiego śmiać, ale powspominać zawsze miło.

Nie pamiętam dokładnie, w jakim okresie posiadałem „przyjaciółkę” (bo to właśnie po hiszpańsku oznacza słowo amiga), ale był to okres pomiędzy rokiem 1992 lub 1993 i 1997. Dopiero potem stałem się jednym z tak znienawidzonych wcześniej pecetowców, czy też, jak to się wtedy mówiło, aj-bi-emowców (w tamtych czasach każdego PC-ta powszechnie określało się mianem IBM-a, chociaż prawdziwych produktów tej firmy prawie w Polsce nie było). Jeśli chodzi o konkretny model, początkowo byłem szczęśliwym posiadaczem najtańszej Amigi 500 z rozszerzeniem pamięci RAM do całego megabajta (fabrycznie było pół), a potem – super-hiper-turboodrzutowej specyfikacji złożonej z modelu 1200 wzbogaconego o dodatkowe 4 MB RAM (w stosunku do bazowych 2 MB) oraz twardy dysk o trudnej wówczas do ogarnięcia pojemności 420 MB. Przez kilka lat zabawy nie zapełniłem go nawet w połowie (mówimy tutaj o erze przedinternetowej, kiedy zdjęć czy muzyki w skompresowanych formatach w zasadzie jeszcze nie było, a o filmach na komputerze nikomu się nawet nie śniło).

Nie będę się rozpisywał o hardwarze, bo po pierwsze, kto z Was się nim interesuje, ten pewnie wie wszystko lepiej ode mnie, a po drugie, to nie jest blog o komputerach (już i tak mam lekkie wyrzuty sumienia pisząc o grach, ale one są samochodowe, a sonda w tej sprawie była i pomysł przeszedł). Powiem tylko tyle, że Amiga opierała się na układach specjalizowanych, które bardzo utrudniały rozbudowę komputera, ale były o wiele wydajniejsze od PC-towych. Przykładowo, najprostsza 500-tka miała procesor z zegarem 7 Mhz, a gry śmigały na niej lepiej niż na jakimkolwiek 16-bitowym Intelu AT (mniej więcej porównywalnie z 32-bitowym, 16-megahercowym 386, ale to oczywiście zależało też od innych czynników). Wadą była słaba kompatybilność w dół – wtedy wypominał nam ją nieprzyjacielski obóz PC, ale dzisiaj dokładnie tak samo jest z kolejnymi wersjami Windowsa. My, amigowcy, kłuliśmy za to pececiarzy w oczy multitaskingiem, który system AmigaOS miał zaimplementowany od początku swojego istnienia, czyli od 1985r. (Microsoft opanował go jako-tako dopiero 10 lat później, w systemie Win 95).

Zanim przejdę do pierwszej samochodowej gry, w jaką grałem na Amidze, powiem jeszcze dwa słowa o pewnym tytule ośmiobitowym, którego co prawda nigdy nie miałem, ale o którym marzyłem przez cały okres posiadania małego Atari. Tytuł ten to Turbo Esprit – gra dostępna w wersjach na Commodore, Amstrada i Spectrum, ale, jak na złość, nie na Atari. Przeczytałem o niej kiedyś w którymś czasopiśmie komputerowym, bodajże w „Bajtku„, i od tamtej pory nie dawała mi ona spokoju. Od innych samochodowych gier różniła się o tyle, że były w niej odtworzone całe miasta, z  siatkami prostopadłych ulic, które można było dowolnie eksplorować korzystając z wbudowanej w grę mapy. Miasta były fikcyjne i dość proste, ale wyraźnie osadzone w realiach brytyjskich (o czym świadczył ruch lewostronny oraz oznakowanie).

W dolnej części ekranu znajdowało się odwzorowanie kokpitu Lotusa Turbo Esprit, a w górnej – widok świata gry z takimż Lotusem w roli głównej. Auto należało oczywiście do gracza, który wcielał się w policjanta ścigającego handlarzy narkotyków. To też był swego rodzaju przełom – w większości gier, również samochodowych, stało się raczej po tej złej stronie prawa, a policja była wrogiem. W czasie patrolowania miasta na ekranie pojawiały się meldunki dotyczące lokalizacji przestępców, których samochody, wyróżnione czerwonym kolorem, trzeba było odnajdywać i niszczyć. Wszystko wyglądało niezwykle realistycznie jak na tamten czas, wrażenie robiła zwłaszcza wysoka zabudowa miasta oraz skręty w przecznice, o których nie można było marzyć w innych ówczesnych grach. Skręty były poprzedzone włączeniem kierunkowskazu (!!). Do tego dochodziły skrzyżowania z sygnalizacją, wielopasmowe arterie i wąskie uliczki.

Tę grę przez prawie 25 lat znałem jedynie z owego opisu w gazecie – aż do całkiem niedawna, kiedy przypadkowo przypomniałem sobie o niej i specjalnie na tę intencję sprokurowałem emulator C64 (świat się wali – C64 w moim domu!! 😉 ). Kopię gry szybko znalazłem na jakiejś stronie z abandonware. Muszę przyznać, że rozgrywka wygląda dokładnie tak, jak kiedyś sobie wyobrażałem, ale ponieważ z tytułem nie wiążę żadnych osobistych wspomnień, to nie przyciągnął on mojej uwagi na dłużej. Po prostu, włączyłem, zobaczyłem i po kilku minutach wyłączyłem, z ciekawym uczuciem spełnienia dziecięcego marzenia po całej ćwierci stulecia oczekiwania, ale bez tego specyficznego uśmiechu, który towarzyszy powrotowi do obrazów, dźwięków i wszelkich zmysłowych wrażeń z najmłodszych lat. Nad ośmiobitową grą, którą znam z autopsji, potrafię czasami sentymentalnie spędzić kwadrans, ale nad zupełnie mi obcą – niekoniecznie, bo wartości rozrywkowej w dzisiejszych czasach nie ma w tym żadnej.

A oto i gameplay ze znanego portalu, tutaj – w wersji na ZX Spectrum. Trzeba przyznać, że jak na osiem bitów wygląda to imponująco, ale już kilkakrotnie pisałem, że ówcześni programiści byli prawdziwymi mistrzami efektywności wykorzystania zasobów sprzętowych.

 

A teraz już czas na Amigę i pierwszą samochodową grę, jaką zobaczyłem na tym komputerze.

To było u mojego kuzyna w Kętach (notabene tego samego, którego ojciec posiada dzisiaj piękne MG TD). On dostał Amigę odrobinę wcześniej ode mnie i to u niego pierwszy raz ujrzałem na własne oczy grafikę, o której posiadacze ośmiobitowców opowiadali sobie legendy. Gdy wszedłem do pokoju kuzyna, on miał akurat odpalonych słynnych „Pirates!” Sida Meiera. Ujrzaną wtedy twarz barmana z portowej tawerny z tej gry będę chyba pamiętał już zawsze.

34835-sid-meier-s-pirates-amiga-screenshot-visiting-a-local-tavern

Przepraszam, że zawracam Wam głowę tematami nieautomobilowymi, ale robię to tylko po to, by obrazowo ukazać różnicę między możliwościami sprzętu ośmio- i szesnastobitowego. Małe Atari rysowało tylko proste geometryczne kształty, jak na filmiku z „Lotusa” – na nic więcej nie pozwalała mu rozdzielczość 320 x 192 piksele w 8 kolorach wybieranych z palety 128 barw. Tutaj zaś mieliśmy do dyspozycji do 640 x 256 pikseli (dla systemu PAL), które można było nawet rozszerzyć do 640 x 512, ale tylko poprzez zastosowanie przeplotu (interlace), czyli naprzemiennego wyświetlania linii parzystych i nieparzystych. Ponieważ większość graczy nie miała profesjonalnych monitorów, a jedynie zwykły telewizor, obraz z przeplotem paskudnie migotał, co potwornie męczyło i niszczyło wzrok, więc twórcy gier nie używali tej możliwości. Ilość kolorów wynosiła standardowo 32, a w specjalnym trybie HalfBrite – nawet 64 (tutaj zestaw podstawowy był zdublowany z jasnością zmniejszoną o połowę), wybierane z łącznej liczby 4.096.

Dzięki takim możliwościom sprzętowym barman z tawerny miał nie tylko rozpoznawalne rysy i fryzurę, ale też wyraz twarzy, który mógł wyrażać różne emocje (to samo dotyczyło innych postaci z gry). Dla 12-latka nawykłego do grafiki á la „Pole Position” czy „Pitstop II” był to prawdziwy szok. Od razu pomyślałem sobie, że wyścigi samochodowe z taka grafiką musiałyby być niesamowite, ale niestety, w tamtym czasie kuzyn miał tylko jedną taką grę, która nieszczególnie imponowała. Tzn. była i tak lepsza od czegokolwiek, co widziałem wcześniej, ale graficznie nie dorastała do pięt takim tytułom jak chćby wspomniane „Pirates!„, więc w tamtym momencie pozostawiła u mnie lekki niedosyt. Stąd też zdecydowałem się na mały offtop z tymi Piratami – opisywana dziś gra nie pokazałaby Wam bowiem, jak wielką rewolucją była przesiadka z ośmiu na szesnaście bitów.

Gra, o której mówię, zwała się „4×4 Off-Road Racing” i była dziełem firmy Epyx (podobnie jak „Pitstop II”). Jak sama nazwa wskazuje, chodziło w niej o ściganie się po bezdrożach. Program nie był zbytnio rozbudowany, bo pochodził z 1988r. W tamtym czasie każda gra z ambicjami sukcesu rynkowego musiała wyjść również w wersji na najpopularniejszą ówczesną maszynkę do grania, czyli C64, a to bardzo ograniczało programistów (oczywiście grafika i dźwięk na Commodore były z zupełnie innej bajki, ale całość bazowała na tym samym engine’ie, więc musiała być odpowiednio skromna).

Ekran tytułowy „4×4” widać u góry artykułu. Po nim następował kolejno wybór trasy, poziomu trudności, pojazdu, a wreszcie największa atrakcja gry – zakup ekwipunku w dwóch kolejnych sklepach. Wszystko było urządzone bardzo prosto, ale w tamtym czasie i tak robiło wrażenie na mnie jako atarowcu z kilkuletnim stażem.

Gra symulowała cztery różne imprezy, rozgrywające się odpowiednio w Dolnej Kalifornii (aluzja do słynnego wyścigu Baja 1000), Dolinie Śmierci, Georgii i Michigan. Dwie pierwsze trasy prowadziły przez pustynie, trzecia przez rudobrązowe błota, a czwarta – przez śniegi, przy czym różnica między tymi miejscami polegała głównie na kolorze tła i szczegółach dekoracyjnych (chociaż prawdopodobieństwo niektórych awarii różniło się w poszczególnych miejscach – o tym za moment). Poziom trudności wpływał na wytrzymałość i niezawodność samochodu oraz agresywność przeciwników. Na pierwszym z nich przechodziło się od razu do jazdy, bez wyboru dalszych opcji, na wyższych – do kompletowania pojazdu i wyposażenia.

MWSnap178

Samochody również były cztery, oczywiście fikcyjne, bo wtedy gry komputerowe były jeszcze raczej niszową rozrywką dla małoletnich – ich produkcja rzadko przynosiła dochody pozwalające na kupowanie licencji od koncernów samochodowych. Nazwy producentów i pojazdów dają pewne wskazówki co do ich domniemanego pochodzenia, ale na pewno nie są to odwzorowania realnie istniejących modeli. Na marginesie: dopiero niedawno dorwałem w Internecie instrukcję do tej gry (ponad 20 lat temu miałem oczywiście kopię piracką) i dowiedziałem się, że tajemniczy parametr „E.R.F.” oznaczał łatwość napraw („Ease Of Repair„). Fajne są takie odkrycia po dobrze ponad 20 latach.

MWSnap193

MWSnap196

MWSnap194

MWSnap195

Na kolejnym ekranie widać było naszego zawodnika i samochód zaparkowany przy ulicy z trzema sklepami. Ten z lewej oferował narzędzia, materiały i części zamienne, środkowy – cięższy sprzęt, a w prawym zapisywaliśmy się na wyścig. Aha – właśnie zauważyłem na górze napis „Kawasaki„. Czyli jednak – product placement, ani chybi…

MWSnap179

W środkowym sklepie mogliśmy dostać wyciągarkę, dodatkowy zbiornik paliwa i trzy rodzaje opon (zwykłe, terenowe i błotne). Dodatkowo, jeśli wcześniej wybraliśmy byli pick-upa, dało się powiększyć jego przestrzeń bagażową przez dokupienie zabudowy. Każdy dodatkowy element mógł pomóc w rywalizacji, ale ważył swoje, co miało wpływ na zużycie paliwa i wytrzymałość auta. Tego rodzaju wybór strategii trochę przypominał Pitstop II tego samego producenta.

MWSnap180

Sklep po lewej to chyba najciekawszy element tej gry: wypełnianie bagażnika różnymi gratami o określonej objętości, wadze i cenie. Każdy wybór oznaczał kompromis. Wziąć zapasowy akumulator czy więcej oleju…? Ile będzie potrzebne benzyny…? Może kupić porządne narzędzia? Albo nająć mechanika…? (to ten brązowy misio na dole po prawej – bardzo skracał naprawy, ale kosztował prawie 100% naszego budżetu). Mapa to raczej konieczność. Latarka skracała naprawy po ciemku. Woda była bezużyteczna w mroźnym Michigan, ale w Dolinie Śmierci – nieodzowna. W tym sklepie nauczyłem się trochę technicznego angielskiego – nie miałem tylko pojęcia, co zawierała brązowa puszka po lewej na górze, bo słownik nie podawał żadnego logicznego znaczenia jej nazwy – „SIX PACK„… Do dzisiaj nie wiem, do czego w tej grze miałby służyć sześciopak – być może wprowadzono go dla zmyłki.

MWSnap181

Po podjęciu wszystkich decyzji można było wreszcie wyruszyć. Sterowanie działało bardzo prosto – przycisk fire to gaz, joystick do przodu lub do tyłu – hamulec (w zasadzie zbędny w tej grze), skręcało się wychylając drążek na boki. Skręt należy tu rozumieć jako przesuwanie sylwetki samochodu w osi poziomej – realizmu nie było w tym żadnego.

Starter macha nam chorągiewką. Wskaźniki szybkości i obrotów nie wymagają komentarza (biegi zmieniały się same). Po lewej mamy zegar pokazujący czas wirtualny: wyścig zaczynał się o 8:00 i trwał od 9 do kilkunastu wirtualnych godzin, co odpowiadało około kwadransowi czasu rzeczywistego. Poniżej kokpitu widać wskaźnik poziomu paliwa, ilość „zapasowych samochodów” (czyli „żyć”) oraz pozostałą wytrzymałość auta, która ulegała zmniejszeniu w razie awarii oraz w miarę uderzania w kamienie i inne przeszkody. Najciekawsze były jednak ikony „komputera pokładowego” po prawej, które wskazywały awarie konkretnych podzespołów. Dana lampka zapalała się na zielono, niebiesko lub żółto (co oznaczało różne stopnie powagi sytuacji). Przedstawiona tutaj trasa to Georgia.

MWSnap198

Łomatko!! Mamy aż trzy awarie na raz!!

MWSnap200

Wciskamy spację i stajemy do naprawy. Klikając na odpowiedni, uszkodzony podzespół widzimy zasoby potrzebne do doprowadzenia do do stanu używalności. W tym przypadku kliknąłem na pytajnik („general breakdown„) i dostałem komunikat, że potrzebne są dwie „części zamienne” (symbolizowane przez ikonę świecy zapłonowej). Niestety, nie miałem żadnej (patrz liczba przy symbolu świecy), więc trzeba było kliknąć młotek oznaczający prowizoryczne usunięcie problemu. Umożliwiło to dalszą jazdę, ale ze zmniejszoną sprawnością i dużym prawdopodobieństwem ponownej awarii.

MWSnap203

Inny przypadek: przegrzany silnik. Potrzebny jeden kanister chłodziwa. Ponieważ go mamy, możemy kliknąć na miernik elektryczny, czyli naprawę „fachową”. Szczerze mówiąc, nie wiem, co w takiej sytuacji oznaczałby młotek (jak uzupełnić płyn nie mając płynu…?), ale taka opcja zawsze istniała – nie dało się odpaść z rywalizacji przez brak części. Każda naprawa zabierała oczywiście wirtualny czas, zależny od rodzaju uszkodzenia, metody naprawy i posiadanych zasobów. MWSnap204

Przez rzekę można było przeciągnąć się wyciągarką. Jeśli jej nie mieliśmy, też dało się przejechać, ale bardzo powoli i „żabką” – po wciśnięciu gazu samochód posuwał się odrobinę do przodu i stawał, trzeba więc było pompować do skutku.MWSnap206

A tak wyglądało uderzenie w przydrożny słupek (utrata „życia”). MWSnap207

Tutaj widzimy inną trasę (Dolina Śmierci) i inny samochód.MWSnap183

Wzniesienia niby były, ale tylko jako ozdobniki graficzne, samochód na nie nie reagował.MWSnap188

Najechanie na przeszkody powodowało różne dziwne efekty, ale bez większych szkód na pojeździe.MWSnap189

Wyprzedzamy!!MWSnap187

Jedziemy na dwóch kołach.MWSnap186

Na każdej trasie występowały dwa punkty kontroli. Zatrzymanie na nich było obowiązkowe i wyglądało jak naprawa auta, ale z tą różnicą, że wszelkie części i materiały czekały tam na nas w nieograniczonej ilości. W razie uszkodzenia dotoczenie się do takiego punktu było więc korzystne, podobnie jak dotarcie tam z jak najmniejszą ilością paliwa.MWSnap190

A to oglądanie mapy, pozwalające zorientować się we własnym położeniu względem punktów kontrolnych i mety (gospodarka paliwem!!) oraz wybrać krótszą trasę na rozjazdach.MWSnap191

Na koniec pokażę jeszcze zimowy zrzut ekranu z Michigan, zrobiony w czasie wyprzedzania najagresywniejszego przeciwnika – miał on namalowaną z tyłu trupią czaszkę i zawsze usiłował zepchnąć samochód gracza z drogi.MWSnap208

I to właściwie tyle. Prosta gra, z jedynym trybem w postaci pojedynczego wyścigu, zerowym realizmem modelu jazdy, monotonną akcją, dość prymitywną grafiką (zupełnie niewykorzystującą możliwości Amigi) i irytującym dźwiękiem nie zachwycała pod żadnym względem – w tym opisie wygląda chyba na znacznie atrakcyjniejszą niż była naprawdę. Mimo to, swego czasu bardzo cieszyła mnie możliwościami doboru ekwipunku i ryzykiem awarii (a także braku paliwa w razie nieprzemyślanej strategii). Nie mówiąc o tym, że była dla mnie pierwszą samochodową grą na poważnym, 16-bitowym sprzęcie, o którym marzyłem przez długi czas.

W kolejnych częściach cyklu przedstawię Wam ciekawsze, bardziej rozbudowane tytuły amigowskie. Będzie ich znacznie więcej niż atarowskich, więc tematów starczy na długo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że seria o grach ma być jedną z najmniej istotnych na blogu. A potem, oczywiście, zostanie jeszcze całą era pecetów…

Foto: zrzuty ekranu z odpowiednich gier.

Share Button
Tagi: ,
34 comments on “(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: 4×4 OFF ROAD
  1. maxx304 pisze:

    Atarowca wal z gumowca! 🙂 Ech, łezka się w oku kręci… I dzieciństwo przypomina. Ile to czasu człowiek nad tym sprzętem spędził… Ja akurat byłem dumnym użytkownikiem kolejno: C64, C128, C128D, Commodore PC i A500. Amigę wspominam najcieplej z tych wszystkich sprzętów. Do dziś zdarza mi się odpalić UAE i pocisnąć np. w Street Rod. Czekam niecierpliwie na kolejne wpisy z tej serii.

  2. Yossarian pisze:

    Heh, aż mi się przypomniał Screamer 4×4. Oczywiście to czasy duzo późniejsze i era PC, ale ta gra była chyba jedynym, porządnym odwzorowaniem off-roadu przez długie lata :).

    • SzK pisze:

      @Yossarian: Screamera 4×4 miałem na płytce z jakiejś gazety. Nie grałem w to zbyt dużo, ale faktycznie, realizm był ogromny, ze zdobywaniem kolejnych aut i urzadzeń (blokad dyferencjałów, itp.). Tatra 8×8 rulez!!

  3. Filipeq pisze:

    Na początku lat 90tych mieliśmy w domu C64 później rozbudowane o stacje na te wielkie dyskietki. Na jednej z dyskietek mieliśmy chyba najlepszy wg. mnie motoryzacyjny tytuł c64. StreetRod. Od Aut z prawdziwymi nazwami, poprzez kupowanie części w gazetach, rozmontowywanie silnika po śrubkach ,wymianę opon czy tankowanie. Zjadło to wiele godzin.

    • SzK pisze:

      Amigowskiego Street Roda na pewno opiszę. Była jeszcze druga część, ale niestety nie chce mi zadziałać na WinUAE, więc jeśli czegoś nie wymyślę, to będę musiał ja pominać. Ale to mała strata – tuning samochodów był w dwójce znaczenie bardziej rozbudowany, ale sama jazda nie była szczególna, zwłaszcza że engine był bardzo nieefektywny i działał bardzo wolno (to nie była kwestia sprzętu, bo tak jak pisałem, miałem Amigę 1200 z 6 MB RAM, czyli jedna z mocniejszych konfiguracji domowych).

  4. Filipeq pisze:

    Na C64 była jeszcze jedna ciekawa gra. Polegała ona na jak najdłuższym utrzymaniu się na drodze gdy auto coraz szybciej jechało. Widok był tak jakby ze zderzaka. Po wypadnięciu z drogi pojawiał się czarny ekran z tak jakby popękaną szybą. Ktoś pamięta jak się to nazywało?

  5. Daozi pisze:

    Z g***a I ze stali powstało Atari… Ja tam miałem dopiero 386, Amigi i inne takie to tylko u kolegów. I w sumie z tych czasów to tylko Lotusa pamiętam. Ten ostatni to jak mniemam pozycja obowiązkowa, która się pojawi? 😀

  6. SMKA pisze:

    „Szczerze mówiąc, nie wiem, co w takiej sytuacji oznaczałby młotek (jak uzupełnić płyn nie mając płynu…?)”

    Można przecież „skoczyć” do najbliższej rzeki (choć to raczej nie w dolinie śmierci 😉 ) lub po prostu wykorzystać wlew chłodnicy jako toaletę 😉

  7. Daozi pisze:

    A, jeszcze mi się przypomniało – ten „six pack” to jak rozumiem ironia ze strony autora? Bo tak na logikę to zapewne piwsko, które można kupić w warsztacie? Ale tak mi się to wydało oczywiste, że teraz mam zagwostkę, czy to była ironia czy nie o.O

  8. benny_pl pisze:

    najciekawszy wstep do opisu gry 😀
    samej gry nie znam, ale ja od 386 zaczynalem, ktore w podstawowce sam sobie zlozylem z niepotrzebnych (starych) czesci dostanych od sasiada ktory pracowal w tepsie. jedynie obudowe z zasilaczem musialem sobie kupic (50zl), bo to towar deficytowy byl, no i dysu twardego wcale nie mialem, bo one kosztowaly mniejwiecej 2zl/MB wiec byly 2 stacje na duze dyskietki (mala flopka tez byla droga) no i oczywiscie karta hercules z czarno-pomaranczowym monitorem, bo VGA tez wtedy byly drogie, nawet czarno-biale
    oczywiscie atari czy c64 tez sie pozniej przewinely, ale raczej jako ciekawostka

    zapraszam do poczytania starych kawalow komputerowych 🙂 http://fiat125.republika.pl/kawaly.htm

  9. benny_pl pisze:

    Daozi – moze to piwo dla mechanika, zeby szybciej sie uwinal z naprawa 😉

  10. PCmasterrace pisze:

    Dla mnie tylko PC, granie na konsoli to jak jazda automatem czyli ograniczanie sobie swobody wyboru(biegu/ustawień graficznych) i osiągów(automaty dławią silnik/konsole mają słabszą grafikę niż PC).

    • SzK pisze:

      @PCmasterrace: Amiga była komputerem – platformą alternatywną wobec PC, a nie konsolą do gier. Profesjonaliści używali jej często np. do zastosowań graficznych. Jurassic Park był renderowany między innymi na Amigach (oczywiście nie takich, jak ludzie mieli w domach, ale to był ten sam system).

      A co do przekładni, to nie wiem, jakimi automatami jeździłeś, ale chyba zatrzymałeś się na latach 80-tych – dzisiejsze skrzynie automatyczne poprawiają osiągi w stosunku do manuali, nie pogarszają. Zresztą samochodów naprawdę sportowych ze skrzyniami ręcznymi jest coraz mniej, a supersportowych – już w zasadzie nie ma wcale. To naprawdę o czymś świadczy.

  11. Filipeq pisze:

    A co do wojenek platformowych. Na c64 miałem grę Koło Fortuny, jednym z haseł do odgadnięcia było ‚Atari to gówno’ . Amigi w domu nie miałem,miało kuzynostwo. Grało się w Lotusa, Desert Strike i Walkera

  12. Skittles pisze:

    Ta gazeta ze Screamer 4×4 to był Auto Sukces. Pamiętam, bo sam miałem 🙂 Nawet jest ta płytka jeszcze u mnie w szufladzie, niestety na 64-bitowej 7-mce jest problem z odpaleniem 🙁 Ale teraz mamy Spin Tires, które jest chyba nawet lepsze 😉

    • SzK pisze:

      @Skittles: Nie, to była jakaś gazeta komputerowa, która dostałem od mojego obecnego szwagra (wtedy jeszcze brata narzeczonej), właśnie ze względu na ta grę, bo on wiedział, że jestem samochodziarzem.

      Już nie mam tej płyty, ale Screamer 4×4 jest chyba do kupienia na Steamie. Musiałbym przejrzeć dokładnie – zapewne wydali jakiegoś patcha.

  13. mnie etap amigi kompletnie ominął , własne C64 dostałem „dopiero” w 1992 wcześniej grałem u kolegów , cisnąłem na nim dość długo , ale ten etap został osłodzony stacją dysków , pojemność dyskietki , oferowała gry naprawde rozbudowane, przepaść była między nimi a kasetami, potem od razu przeskoczyłem na PC

    • SzK pisze:

      @właściciel 🙂
      Ja też na Atari od pewnego momentu miałem stację CA-2001, na dyskietki 5,25 cala, standardowa pojemność 90kB na stronę (była też rozszrzona, 130 kB, oraz podwójna, 180kB). Czasami na jednej stronie dyskietki po 6 gier się mieściło, a ładowanie trwało jakieś 4-5 sekund. Ale był też gry całodyskowe, a nawet takie na dwóch dyskietkach, czyli czterech stronach (Winter Games na przykład). Ależ to był wypas!

  14. Maliszep pisze:

    benny, fajne polaczenie… 386 z herculesem 🙂
    Ile miales tam ramu 1MB czy 4MB ? I czy miales koprocesor ?
    A ten czarno-pomaranczowy monitor to sie profesjonalnie nazywal monitor bursztynowy

    fajne czasy 🙂
    Troche jak z youngtimerami, z ta roznica, ze teraz mozna stare komputerowe wspomnienia przywolac organolpetycznie w cenie zlomu. Na youngtimera trzeba wylozyc juz sporo pieniedzy.

    Przypomniala mi sie jeszcze jedna rzecz… pamietacie taki wpis zlomnika: ranking samochodow ktore mi sie nie powinny podobac, a jednak sie podobaja. Mialem to samo kiedy bylem wlascicielem atari. Bylem atarowcem, wiec nie lubilem amigi (nie wolno mi bylo lubic amigi), jednak podswiadomie czulem, ze to jest cos lepszego…

    • SzK pisze:

      @Maliszep: ja jako atarowiec bardzo pragnąłem Amigi, i w końcu ją dostałem. Mało tego: ja do dziś uważam ją za wspaniałą platformę, która odpadła z wyścigu przez złe zarządzanie u producenta, no i powszechny pęd do standaryzacji. System AmigaOS naprawdę rządził – jeśli porównasz go do Win 3.11, to była naprawdę przepaść!!

  15. Maliszep pisze:

    SzK: wiem wiem, jako Atarowiec a pozniej PC-towiec zerkalem od czasu do czasu z zazdroscia na screeny z workbencha 🙂

    A same komputery Amiga byly dlugo jeszcze doceniane przez fachowcow pracujacych w TV (TVP, Polsat). Przykladowo ta grafika z kulka rozbijajaca sie na tysiace trojkacikow i napis REKLAMA byl robiony na Amidze 4000.

    Naprawde porzadny sprzet i ciezko stwierdzic, dlaczego upadl, skoro caly czas mial przewage technologiczna nad konkurencja. Chyba rzeczywiscie cena (podzespoly klepane na polu ryzowym) i modularnosc PC-tow zniszczyla solidnosc Amigi (np. luty platynowe… tego zwykla lutownica cytryna i gumiaka nie mozna bylo stopic – fajny gadzet ale po co ? zeby komputer dzialal prawidlowo przez 20 lat ? 🙂 )

  16. benny_pl pisze:

    Maliszep: najpierw mialem 2MB (8x 256k), potem 8MB (4x 1024k) ale herculesa mialem dlugo, karte VGA mialem, ale nie mialem monitora. dopiero po jakims roku czy dwoch udalo mi sie zdobyc uszkodzony (kolorowy!) monitor, ktory mialem najpierw kupic od kolegi za 40zl, ale jak tam do niego pojechalem z dziadkiem, to sie okazalo ze go nie ma, jest tylko jego matka, a ona stwierdzila ze miala go wyrzucic i zebym sobie za darmo go wzial 😉 o dziwo kolega nie byl bardzo zly pozniej, a w monitorze byl poprzelamywany kabel, tak skutecznie ze juz nie tylko kolory ale i synchronizacja przerywala. wtyczke zalana rozdlubalem zeby wykorzystac koncowke, a przelamane kabelki zastapilem puszczonymi po wierzchu orginalnego kabla pojedynczymi kabelkami i dzialalo 😉
    do tego potem dostalem od wujka 2 stare dyski MFM 10 i 20MB i kontroler 🙂 z tymi dyskami komputer startowal jak mi-2 prawie 😉 no ale wygoda byla juz niesamowita w porownaniu z samymi dyskietkami 😉 juz mozna bylo zainstalowac win3.11, ktory i tak byl tak beznadziejny ze Nortona Commandera pod dosem wolalem 😉
    koprocesora 387 nie mialem, do niczego i tak bym go nie wykorztystywal

  17. benny_pl pisze:

    Amigi bardzo dlugo wykorzystywali jeszcze weselni kamerzysci do obrobki video, w zasadzie do konca ery VHS

  18. Maliszep pisze:

    hmmm no dla mnie uruchomienie Windowsa 3.1 to jednak byl kontakt z softwarem „premium” 🙂
    pierwsza instalacja worda i excella z dyskietek… i instalator graficzny. Jakby na to nie patrzec, to naprawde byl ogromny przelom.
    Porownaj to z edytorem textu pod dosa TAG, albo z baza danych dBase 🙂
    Ale do gier to tylko DOS… choc tu czasem byla wielka walka o odzyskanie resztek pamieci konwencjonalnej, wgrywanie stuningowanych driverow do myszki, ktore nie zuzywaly 80kB pamieci tylko np. 15kB… walka z konfiguracja karty muzycznej, adres, IRQ, DMA…
    a nie ktore gry w ogole potrzebowaly pamieci EMS zamiast XMS i znowu szopki, bo myszka zaczynala chodzic tylko na pol ekranu, bo za malo pamieci.
    Cheatowanie save’ow za pomoca edytora hexow…

    Kawal fajnej, nikomu nie potrzebnej wiedzy 🙂

    a 8MB ramu w SIMMach to juz byla rozpusta.

    • SzK pisze:

      @Maliszep: dzisiaj działam czasem na programie DOSBox, jeśli chcę sobie przypomnieć DOSowe gierki. Czasem kaszani się dźwięk (np. w NFS1 nie potrafię w ogóle zmusić dźwięku do zadziałania), ale nie zawsze, a reszta śmiga jak złoto.

      Najgorzej jest z grami na Win 95/98, bo na moim 8.1 nie chca w ogóle chodzić, DOSBox też nie ma zastosowania. Będę musiał postarać się o drugi dysk ze starszymi Windowsami, ale to jeszcze trochę czasu minie.

  19. benny_pl pisze:

    wielki postep to byl win95, 3.11 dla mnie to bylo takie niewiadomo co… choc z nakladka Calmira bylo to juz prawie jak 95 😉 oczywiscie instalowanie 3.11 z bodajze 8 dyskietek to byla zawsze loteria czy odczyta sie wszystkie pliki 😉 potem dopiero sie okazalo ze to instalowanie jest bez sensu, bo wystarczy przekopiowac katalog Windows i dopisac himem do config.sys i to ruszalo 😉 zreszta podobnie mozna przekopiowac tez 95 i 98, tyle ze te kolejne juz musza przemielic nowe sterowniki. a kopiowac na inny komputer tak duza ilosc MB najlepiej bylo poprzez polaczenie LPT dwoch komputerow w NC.
    ja wtedy jeszcze zadnych tekstow na komputerze nie pisalem, co najwyzej proste programy w turbo pascalu

    w simmach sie pomylilem, oczywiscie bylo 8x 1024kB, nigdy nie widzialem krotkiego sima 2MB-towego, choc ponoc takowe istnialy, fakt byla to rozpusta calkowicie bezsensowna w 386, dopiero w 486 miala sens bo 8MB wymagal win95, co prawda dzialal tez na 4MB i na 386, ale instalator nie pozwalal zainstalowac na 4MB, tyle ze po przekopiowaniu dzialalo, ale na 386 i 4MB ram 95 dzialal tak, ze po wcisnieciu np „start” czekalo sie jakies 6sek na reakcje 😉 u mnie najwiekszym problemem zawsze byl dysk, nawet majac juz 486 66MHz nadal mialem te dyski MFM 😉 dopiero pozniej jakos udalo mi sie w miare okazyjnie kupic 215MB dysk za 50zl od kolegi, no i wtedy nie tylko 95 dzialalo ale najwazniejsze ze GTA1 sie miescilo 😀 (minimalnie z jednym miastem zajmowalo ok 35MB, cala ok 60MB – to wiecej niz win95 ktory zajmuje ok 40MB)

    zgadza sie, pliki z userami w grach tez edytowalem, tyle ze edytorem tekstowym, przez co dokopiowywanie „kwadracikow” czasem pomagalo, czasem powodowalo dziwne krzaczenia, a czasem usmiercalo gre 😉 ale dzieki temu mialem wszystkie plansze w Supaplexie mozliwe do sprobowania 🙂

  20. Maliszep pisze:

    Windowsa 95 bardzo dlugo omijalem szerokim likiem, bo wymagania sprzetowe mnie zabijaly.
    A jak juz w koncu mialem sprzet ktory mogl go pociagnac (Cyrix 686 P150+ i 8MB Ramu… chyba EDO ram z tego co pamietam) to sam system srednio mi dzialal. Dopiero Win95 OSR2 rzeczywiscie zaczal dzialac tak jak chcialem… ale to juz czasy nowozytne 😉

    A z MFM mialem kontakt raz, jak serwisowalem komputer bratu ciotecznemu…. swoja droga komputer godny bloga motoryzacyjnego (Hyundai PC XT z herculesem i 0,5MB ramu). Nie wyobrazam sobie dysku MFM w 486…. toc to jakby zakladac LPG I-generacji do VW Golfa z silnikeim TSI 😉

    SzK: DOS to fajna historia, ale zamknalem ja juz calkowicie. Nie bawie sie w zadne dos emulatory….. ale pare razy do roku uruchamiam sobie emulator SNES-a na konsoli Dreamcast i pocinam w Mario, Contre (wspaniala sciezka dzwiekowa) i Tanki 😉

  21. Whizzkid pisze:

    Niby Amiga i c64 to były komputery do pracy ale wiadomo że sluzyly w zasadZie do gier. Ja mialem na przyklad stacje dyskow a koledzy mieli kasetowce i już bylo slabo z wymianą gier:) najlepsze gry z tamtych czasow to dla mnie jaguar xj220 i wings of fury. Do tej pory pamiętam czołowkę gry gdy wjezdzal jaguar i porykiwal silnikiem. Co dobwspomnianego kola fortuny to hasla mozna bylo dodawać swoje dlatego nie dziwię się że toś wpisal” atari to G” 🙂

  22. benny_pl pisze:

    Maliszep: gaz 1 generacji mozna zalozyc do kazdego benzyniaka 🙂 ja widzialem u kolegi w nubirze 2.0mpi ecotec i dzialal prawidlowo 🙂 sam bym zreszta zrobil to samo

    nie lubie emulatorow wogole, mam tyle roznych komputerow (oczywiscie starych) ze moge sobie odpalic jakis stary system „na zywo” 😉 a pegazusa tez bardzo lubilem, zrobilem zreszta przenosna wersje z chinskiego pegazusa z mala plyteczka i przenosnego DVD 🙂 i tez najbardziej lubilem Mario, Contre i Tanki, ale do tego jeszcze MicroMachines 🙂
    http://mreq.republika.pl/1/pegasus1.jpg
    http://mreq.republika.pl/1/pegasus2.jpg

    ja kod do win95 i 98se do tej pory znam na pamiec 😉

  23. Maliszep pisze:

    Benny, bardzo fajny projekt. Jaki sygnał idzie na ten monitorek ? Nie widzę głośników… Udalo Ci się skorzystać z tych głośników z przenośnego dvd ? Ogólnie w środku wygląda jak sprzęt cytryna i gumiaka (swoja droga drogie wzmacniacze dla audiofilów tez tak wyglądają) ale z zewnątrz to wygląda bardzo schludnie.
    Edit do mojego postu… Na dreamcascie mam emulator NESa a nie SNESa 😃

  24. benny_pl pisze:

    Maliszep: zadna filozofia 😉 specjalnie skorzystalem z takiego dvd ktore ma wejscie AV po prostu i przelacznik dvd/av, i podlutowalem sie pod to zlacze jack do AV i tyle, wywalilem zdechly mechanizm i w to miejsce wkomponowalem plytke pegazusa. glosnosc jest potencjometrem orginalnym. zrobione w jeden wieczor, wiec w srodku dosc chinsko wyszlo, ale trzyma sie wszystko do tej pory 🙂

  25. Maliszep pisze:

    I ten „cartridge” robi wrazenie. Prawie 10mln gier na jednym nosniku. Toc to do ksiegi tekordow guinessa powinno byc zgloszone:)

  26. benny_pl pisze:

    hehehe wiesz doskonale ze tam jest z 10 gier a potem same kopie w roznych kolorach 😉