(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: AJ-BI-EM !!

W 1997r. w moim życiu miały miejsce dwa przełomy: w grudniu zrobiłem prawo jazdy i zacząłem jeździć samochodem, a kilka miesięcy wcześniej zamieniłem wysłużoną Amigę 1200 na tak zwanego aj-bi-ema.

Tak właśnie w ówczesnej Polsce mówiono na pecety: aj-bi-em. I to mimo że prawdziwych produktów firmy IBM w Polsce praktycznie nie było. Kupowało się chińskie podzespoły, skręcało wespół z jakimś doświadczonym kolegą, instalowało pirackiego Windowsa (każdy szanujący się guru informatyczny na pamięć znał odpowiednie kody aktywacyjne) i kopiowało ulubione gry. A w dziedzinie komputerowych gier największy postęp miał miejsce właśnie w latach 90-tych.

Jak pisałem już wielokrotnie, moja komputerowa świadomość została ukształtowana przez Amigę, której użytkownicy wręcz nie znosili się z pecetowcami, niczym kibice Cracovii i Wisły (choć przy zachowaniu nieco bardziej cywilizowanych środków wyrazu). To faktycznie był znakomity system, bijący na głowę całą konkurencję, lecz niestety, wytwarzany przez marketingowych ignorantów. Po bankructwie producenta (1994r.) konieczność przejścia do wrażego obozu PC była już tylko kwestią czasu. Ja czekałem jeszcze trzy lata, przy czym bezpośredni impuls dał mi nowy, dziwaczny wynalazek zwany Internetem i będący – jak wtedy mówiono – bezużyteczną zabawką dla komputerowych maniaków. Po wpięciu kabla do gniazdka telefonicznego wykręcało się numer 20-21-22, słyszało parę dziwnych pisków i… w teorii dało się połączyć z zalążkową formą sieci www, serwerem poczty elektronicznej albo prymitywnymi chat-roomami, jednak w praktyce była to rzeczywiście bardziej sztuka dla sztuki niż coś praktycznego. Modemy osiągały szybkości transferu rzędu kilku kB/s, a korporacyjne stronki – np. producentów samochodów – ładowały się po kilka minut i nie oferowały nic poza podstawowymi danymi technicznymi produktów i ich obrazkami wielkości znaczków pocztowych. Każdy szanujący się samochodziarz znał na pamięć znacznie więcej szczegółów, a papierowy katalog Samochody Świata oferował też więcej zdjęć, w lepszej rozdzielczości i większym rozmiarze. Nawet cenowo wypadał nieźle, bo za połączenie z Internetem płaciło się jak za rozmowę lokalną, według zwykłej stawki Telekomunikacji Polskiej (operatorzy nie oferowali jeszcze darmowych minut, nawet miejscowych). Nie mówiąc o blokowaniu linii całej rodzinie, w której nikt nie miał przecież żadnej komórki (a nawet jeśli, to połączenia kosztowały krocie, więc nie dzwoniło się z niej siedząc w domu). Musiało minąć jeszcze ładnych parę lat, zanim domowy komputer stał się prawdziwym oknem na świat. Na razie służył mi do tego samego, co wcześniej: czasami do redagowania prostych tekstów w edytorach (np. pierwsze cenniki i ulotki w firmie taty, reklamujące ofertę tak zwanego „kontyngentu bezcłowego”, składałem osobiście w amigowskim edytorze Wordworth), ale przede wszystkim do grania. A tutaj żywiołowy rozwój platformy PC dawał niesamowite możliwości.

***

Pod koniec mojej amigowej kariery wyraźnie dostrzegałem, że reszta informatycznego świata – czytaj: aj-bi-em – pędzi do przodu jak oszalała. Czytając komputerową prasę byłem w miarę na bieżąco z rozwojem hard– i software’u, a odwiedzając czasami kolegów-pecetowców widziałem na własne oczy, że screenshoty w gazetach nie kłamią. Wielkie wrażenie robiła np. druga część mojego ulubionego Formula 1 Grand Prix i trzecia kultowego Test Drive’a. Ogromnie podobało mi się prawdziwe driftowanie, które umożliwiał Screamer 2. Z zapartym tchem słuchałem opowieści kolegi o programie Ford Simulator – z otwartym terenem akcji, normalnym ruchem drogowym i możliwością pojeżdżenia wszystkimi seryjnymi modelami Forda (tak – tam dało się dosiąść zwykłych, małych i słabych jeździdełek odwzorowujących normalne samochody, a nie tylko jakąś abstrakcyjną Formułę 1). Intrygowała mnie też jedna ze starszych gier, której nie miał nikt w okolicy, a o której czytałem, że oferuje prawdziwy „tryb kariery”: pozyskiwanie sponsorów i wspinanie się po kolejnych szczeblach wyścigowej hierarchii. Nazywała się Mario Andretti Racing Challenge, była firmowana przez rzeczonego mistrza i krok po korku odtwarzała jego sportowy życiorys. To obiecywało znacznie więcej niż zwyczajowe tryby single race i championship.

***

Nad Grand Prix 2 studia Microprose nie będę się długo rozwodził, bo całą ideę opisałem już w wersji amigowskiej, gdzie zresztą zaznaczyłem, że koncepcja przerosła nieco możliwości Amigi 500 – jak by nie było, domowego sprzętu wypuszczonego w 1985r., czyli w momencie, kiedy angielskie dzieciaki cieszyły michę do Tetrisa i Pacmana na ZX Spectrum (wyposażonym w 48 kB pamięci RAM i kalkulatorową klawiaturę, która dała mu wdzięczne przezwisko „gumiak”). Druga odsłona, Grand Prix 2, pojawiła się w 1995r., oczywiście już tylko na PC, a ujrzana u kolegi ze szkolnej ławki przyprawiła mnie o autentyczny opad szczęki. A także pierwsze refleksje nad definitywnym przemijaniem epoki mojego ukochanego systemu.

Przyznajcie sami, że to, co widać na filmie, 24 lata temu było istnym kosmosem, „i w ogóle, i w szczególe, i pod każdym innym względem” (cytat). Grafika, dźwięk, oraz oczywiście realizm rozgrywki wznosiły graczy na niespotykane wcześniej poziomy. Czego zresztą można się było spodziewać po produkcji Microprose.

A teraz uwaga: jeśli ktoś chce przekonać się sam, może dziś pograć w tę grę (oraz całe mnóstwo innych) online, na stronie https://classicreload.com/. Link bezpośredni: TUTAJ.

***

Test Drive III wzbudzał wielkie oczekiwania, bo dwójka była jedną z lepszych samochodowych gier na Amigę: trasy wytyczone po drogach publicznych i odwzorowujące określone części świata (niestety całkowicie liniowe, bez rozwidleń ani możliwości opuszczenia jedynej nitki drogi), ruch drogowy (o zerowej inteligencji, ale zawsze), policja z radarami i pojedynczy przeciwnik z którym ścigaliśmy się wyprzedzając na ślepo przy 300 km/h albo celowo wypuszczając go na czołówkę. Trzecia część nosiła oficjalny tytuł Test Drive III: The Passion i obiecywała jeszcze więcej: zmienne pory dnia i pogodę (a co za tym idzie – możliwość włączania świateł i wycieraczek!!), wsteczny bieg, radio ze wybieranymi przez gracza stacjami, no i przede wszystkim otwarty teren gry ze zróżnicowanym krajobrazem. Skrzyżowania, dwupasmówki, wąwozy, tunele, mosty, przejazdy kolejowe z realistycznie funkcjonującymi szlabanami, a nawet roboty drogowe – to wszystko tworzyło niesamowitą, jak na 1993r., złożoność programu. W pierwotnej wersji jedyna dostępna trasa prowadziła znad Pacyfiku do parku narodowego Yosemite, ale nie była prosta – skręcając na rozjazdach można było wybrać różne warianty (a więc również zgubić się, jeździć w kółko albo wręcz nieświadomie wrócić do punktu wyjścia), a także wyjechać poza asfalt i poeksplorować sobie okoliczne łąki. To akurat zazwyczaj kończyło się wypadkiem i utratą życia w przepaści, jeziorze, na drzewie lub rogach pasącej się krowy, ale bardzo wzbogacało grę (jeśli pominąć wybitnie irytujący komunikat PRESS F6 TO RETURN TO THE ROAD, który pojawiał się co kilka sekund wstrzymując rozgrywkę).

Apetyt graczy ogromnie rozbudzały smakowite screeny publikowane w gazetach: dziwnym trafem zawierały one wyłącznie digitalizowane zdjęcia policjanta (który odgrywał rolę strażnika praw autorskich pytając gracza o kody z instrukcji) oraz dostępnych samochodów (występowały tylko trzy, w tym dwa prototypy: Lamborghini Diablo, Chevrolet CERV III i Mythos Pininfarina). Podobnie jak w części II, producent oferował rozszerzenie – dziś powiedzielibyśmy DLC – z dodatkowymi samochodami (Acura NSX, Dodge Stealth) oraz trasą (z Cape Cod nad Niagarę).

Niestety, rozgrywka nie wyglądała już tak pięknie. Świat przedstawiony w Test Drive III był generowany za pomocą 16-kolorowej grafiki wektorowej, wykonanej co prawda staranniej niż w Stunts/4D Sports Driving (pozbawionej np. szkolnych błędów typu nachodzące na siebie obiekty), ale wciąż silnie zgeometryzowanej i prawie nie cieniowanej. Nieco lepiej wyglądały tylko rastrowe kokpity i mijane na drodze pojazdy, które tutaj nie były już prostymi sprite’ami, tylko wykorzystywały pełnowartościowe modele 3D (to faktycznie był wielki postęp). Oczywiście, w ówczesnym standardzie graficznym nie dało się uzyskać cudów, ale i wtedy istniały znacznie ładniejsze gry. A co gorsza, minusy nie ograniczały się do estetyki.

Test Drive III nie miał nic wspólnego z realizmem prowadzenia samochodu: przyspieszenie i hamowanie było kosmiczne, a drewniane reakcje na skręt przypominały stare ośmiobitowce i praktycznie uniemożliwiały precyzyjną kontrolę nad autem. Fakt, że ja nigdy nie używałem analogowych joysticków, ale w innych grach – nawet starszych, jak Test Drive II – dało się bezproblemowo jeździć na klawiaturze (ja robiłem to nawet w XXI-wiecznych symulacjach – to już trochę masochizm, ale jako dorosły nie grałem już dużo i szkoda mi było pieniędzy na zabawkowe kierownice).

Rozumiem, że w 1993r. kompleksowość i niektóre obrazy z Test Drive III robiły wielkie wrażenie – w końcu sam gapiłem się na ilustracje w gazetach – jednak digitalizowanych zdjęć było tam tylko kilka, a sama jazda raczej rozczarowywała, dlatego też nad tym tytułem nie zmarnowałem zbyt wiele czasu 🙂

Grywalna wersja Test Drive III: The Passion też jest dostępna TUTAJ.

***

W 1996r. na rynku ukazał się Screamer 2. Jak sama nazwa wskazuje, była to druga część serii, z tym że jedynki nie wspominam, bo nigdy jej nie widziałem. Dwójkę – i owszem, spędziłem nad nią sporo czasu, również w trybie dla dwóch graczy, bo znakomicie się do tego nadawała. Odwzorowywała typowy dla tego typu rozrywki miks wyścigu z rajdem, tzn. stosunkowo krótkie, zamknięte trasy podobne do torów wyścigowych, ale wyglądające bardziej jak otwarte drogi i przejeżdżane samochodami przypominającymi rajdówki. Również model jazdy, choć zdecydowanie zręcznościowy (w tamtym czasie w ogóle niewiele było prawdziwych symulacji), zbliżał się do stylu rajdowego, bo umożliwiał dość efektowne driftowanie (na długo przed tym, jak słowo „drift” w ogóle dotarło do Polski).

Screamer 2 podobał mi się ze względu na ładną grafikę 3D, dynamiczną animację i różnorodne trasy, opisane nazwami krajów wskazującymi równocześnie warunki klimatyczno-drogowe (Anglia, Egipt, Kalifornia, Finlandia, Szwajcaria, Kolumbia). Do tego dochodziła możliwość wyboru kilku samochodów o fikcyjnych nazwach, ale wyglądzie wyraźnie „inspirowanym” autentycznymi modelami (Chevrolet Corvette, Toyota Supra, Mazda MX-5, Porsche 911, Honda NSX, Pontiac Firebird, Mitsubishi Pajero, Ford Ranger) i uproszczonego wprawdzie, ale odczuwalnego tuningu (twardość zawieszenia dla obu osi z osobna, typ opon i ciśnienie powietrza, przełożenie układu kierowniczego, maksymalna siła hamowania). Wyraźną różnicę w zachowaniu na drodze sprawiał też układ napędu (FWD, RWD, 4WD) – niby oczywistość, ale w tamtej epoce jeszcze niekoniecznie.

Można było jechać samotnie na czas, z kolegą (przez sieć lokalną lub na podzielonym ekranie), z trzema komputerowymi przeciwnikami albo przejść całe mistrzostwa w kilku ligach. Sztuczna inteligencja zachowywała się realistycznie, to znaczy jechała relatywnie skutecznie, ale popełniała czasami proste błędy. Jej umiejętności dawały się stopniować, lecz nawet przy najłatwiejszym ustawieniu były całkiem niezłe.

(nie jestem na bieżąco ze współczesnymi  grami, ale o ile się orientuję, dzisiaj poziom easy często oznacza, że można wygrać z zawiązanymi oczami. Co w sumie ma sens, bo poszerza możliwość wyboru: kto lubi wyzwania, może je sobie włączyć, natomiast osoby nie mające zbyt wiele czasu, a ciekawe „przejścia” całej gry również mają taką możliwość. 20 lat temu raczej nie miały).

W 1996r. taka jakość grafiki i animacji oraz tempo akcji kojarzyły się raczej z konsolami niż komputerami. Recenzenci zwracali też uwagę na ciekawą muzykę techno, dziś dodającą nostalgicznego klimatu epoki. Film zrobiono z kamery za samochodem, ale ja oczywiście preferowałem widok z kokpitu, wyglądającego dość prosto, ale znośnie (niestety ciężko znaleźć odpowiednie klipy).

Screamera 2 nie znalazłem online, ale na najbardziej znanych platformach gamingowych można go obecnie kupić za grosze. Przy czym – co zawsze podkreślam – wydanie równowartości czteropaku średniej klasy piwa na 20-letnią grę ma sens wyłącznie wtedy, gdy wzbudza w nas sentyment do lat szczenięcych. Temu, kto nie zna danego tytułu z dzieciństwa, więcej przyjemności sprawi chyba jednak piwo (i mówię to ja, który za piwem generalnie nie przepadam).

***

Ford Simulator to gra, której kolejne odsłony wychodziły regularnie, co kilka lat, jako nowatorska forma reklamy linii modelowej Forda, ale to wiem dopiero dzisiaj: wtedy, 20 lat temu, znałem tylko edycję z 1994r. promującą samochody rocznika ’95 (pierwsza część wyszła w 1987r., a ostatnia chyba w 1996-tym). Seria rozwijała się oczywiście wraz z postępem techniki komputerowej.

Najstarsze edycje wykorzystywały czterobarwną grafikę CGA i kompletnie rozbrajające piski z tak zwanego PC Speakera w miejsce efektów dźwiękowych (porównując je z przedstawianymi tu wcześniej tytułami możecie łatwo zrozumieć, dlaczego aż do wczesnych lat 90-tych pecety wzbudzały aż taką pogardę w obozie amigowców, zwłaszcza że kosztowały kilkakrotnie więcej). Dziś mają za to wartość historyczną, bo jak na dłoni ukazują ofertę koncernu (niestety tylko z rynku USA), ze wszystkimi opcjami i cenami, a nawet kalkulatorem miesięcznych rat dla różnych wariantów finansowania!! Kiedyś na tej podstawie napiszę być może artykuł, podobny do tego o General Motors z rocznika ’39.

Jeśli chodzi o samą jazdę, Ford Simulator trochę mnie rozczarowywał. Trochę jak Test Drive III, rozbudzał wielkie oczekiwania złożonością koncepcji, wielością dostępnych samochodów, ich konfiguracji, no i obietnicą pojeżdżenia sobie w normalnym ruchu normalnym autem, a nie rakietą osiągającą w sekundę prędkość Warp 5. Te wyobrażenia gra spełniała w bardzo ograniczonym stopniu – głównie ze względu na prostą grafikę (choć późniejsze edycje znacznie się poprawiły) i prymitywny model jazdy. W mojej wersji z 1994r. do ciekawych smaczków należało kupowanie mapy na stacji benzynowej (bez tego nie dało się znaleźć drogi nad fikcyjne jezioro Wakatonka, gdzie należało dojechać na czas), albo „skrzyżowania” w formie linii rozdzielającej dwa pasy ruchu i napisu „right lane xxx, left lane yyy„, gdzie za iksy i igreki program podstawiał nazwy miejscowości widocznych na mapie. Te bajery niewiele zmieniały, bo wbrew występującemu w tytule słowu „Simulator” grało się w to bardzo średnio. Mam tylko nadzieję, że ten program Ford rozdawał za darmo: nie znalazłem nigdzie informacji na ten temat, ale jeśli byłoby inaczej, to koncernowi należałby się marketingowy Nobel za branie pieniędzy za własną reklamę – nawet taką nowoczesną, multimedialno-interaktywną.

Najciekawszy morał z tej zabawy jest taki, że z biegiem lat człowiekowi zmienia się percepcja świata: kiedyś w Ford Simulator używałem tylko opcji jazdy i pomijałem całą resztę, podczas gdy dziś właśnie owa reszta – efektowne, jak na tamte czasy, przedstawienie gamy modelowej Forda wraz z dostępnymi opcjami i cenami – interesuje mnie najbardziej. No ale ja mam bzika na punkcie historii motoryzacji, więc to było do przewidzenia.

A oto i dwie wersje gry – najstarsza z 1987r. i posiadana niegdyś przeze mnie, z 1994r.

I jeszcze LINK DO KILKU WERSJI GRY ONLINE NA WYŻEJ WSPOMNIANYM PORTALU.

***

Ostatnim tytułem, który dziś przedstawię, będzie Mario Andretti Racing Challenge, czyli zabawa w tytułowego mistrza kierownicy. Gra została wydana w 1991r. przez Electronic Arts i odtwarza, krok po kroku, karierę prawdziwego Mario Andrettiego. Początkowa umowa sponsorska daje nam możliwość wkupienia się do zespołu najniższej serii Sprint Cars, w ktorej debiutował patron gry. Później wszystko zależy już od nas: dobre wyniki przynoszą nam oczywiście sławę i pieniądze z nagród i kolejnych umów, co z kolei pozwala przejść kolejno do lig Modified Stock, Stock, LMP, Formuły 1 i na końcu Indy Car. Zdobycie mistrzostwa w tej ostatniej kończy grę (dlaczego F1 stoi niżej? Bo po pierwsze, gra jest amerykańska, po drugie, tak toczyła się kariera Andrettiego, a po trzecie – również inni historyczni zawodnicy częściej przechodzili w tym kierunku niż w odwrotnym).

MARC nie daje możliwości wyboru zespołu ani tuningowania bolidu – w danej serii dostajemy zawsze ten sam pojazd. Są za to biegi kwalifikacyjne i właściwe, na łącznie dwunastu różnych torach, owalnych i drogowych (w tym Le Mans, Monte Carlo, Silverstone, Laguna Seca i oczywiście Indianapolis).

Jak na 1991r. zabawa wygląda znośnie, a model jazdy jest niezły, bardziej symulacyjny niż zręcznościowy i silnie premiujący płynność jazdy. Z tego względu gra bardziej nadaje się do kontrolerów analogowych. Warto podkreślić obecność rozbudowanej opcji oglądania powtórek z wielu ujęć – to i ogólny wygląd gry upodabnia ją do wydanej rok wcześniej symulacji Indianapolis 500 Papyrusa, z tym że tam fizyka jest bardziej realistyczna i uwzględniająca rozbudowane opcje tuningu (z drugiej jednak strony mamy tylko jeden tor i jedną formułę wyścigową).

Wiele więcej nie powiem, bo tę grę zobaczyłem na oczy dopiero po wielu latach, przy okazji ściągania softu na emulator o nazwie DOSBox. Niejako przeczy to mojej radzie z poprzedniego ustępu (że stare gry bawią wyłącznie na zasadzie wzbudzania nostalgii), ale tylko pozornie: MARC jak najbardziej traktuję nostalgicznie, bo czytałem o nim w gazetach i długo poszukiwałem. Tyle że kiedy przesiadłem się na peceta, tytuł już od dawna był starociem, niedostępnym u piratów ani (tym bardziej) legalnie. Grę w końcu zdobyłem jako abandonware, ale odpaliłem tylko kilka razy w życiu i nigdy nie przejechałem więcej niż dwóch wyścigów, w celu zaspokojenia długo uśpionej ciekawości.

Jeśli ktoś chce spróbować, to ZAPRASZAM (tym razem na portalu https://playclassic.games/)

***

Gry, które wybrałem do tego zestawienia, zdobywałem tuż po przesiadce z Amigi na PC, oczywiście na giełdzie. Bo trzeba wiedzieć, że mimo wejścia w życie nowej ustawy o prawach autorskich (1994r.), handel pirackim oprogramowaniem – przede wszystkim grami – wciąż kwitł. W tym miejscu można by długo opowiadać o tamtej atmosferze, ale w sposób profesjonalny zrobili to już twórcy prawie dwugodzinnego filmu „Gry, użytki – co dla ciebie?„, którzy swe dzieło świadomie i dobrowolnie udostępnili wszystkim za darmo: LINK. Dokument pięknie opisuje raczkujący rynek oprogramowania w odradzającej się, polskiej gospodarce rynkowej. Polecam go każdemu: tym, którzy sami to przeżyli (w celach nostalgicznych) i całej reszcie (w celach poznawczych).

Jeśli zaś nie macie tyle czasu, to zdradzę (UWAGA!! SPOILER!!), że film ocenia giełdy ambiwalentnie: pozytywnym aspektem było szybkie, tanie i efektywne skomputeryzowanie Polski, zaś negatywnym – wykształcenie w całym pokoleniu Polaków trudno usuwalnego przekonania, że każdy software jest za darmo, że to sytuacja normalna, wszyscy tak robią, zawsze tak było i tak być powinno. Oczywiście, w takich warunkach żaden komputerowy program nigdy by nie powstał (poza jakimś hobbystycznym marginesem).

Prawdziwym gwoździem do trumny giełd nie były jednak policyjne obławy (relatywnie częste, ale z wielu powodów zupełnie nieskuteczne), a zmiana warunków ekonomicznych. Gdy miałem Amigę, „nagrana dyskietka” (z dowolną zawartością z katalogu) kosztowała 2-3 złote, więc przeciętna gra, mieszcząca się na 2-4 dyskach, wychodziła po 5-10 złotych, podczas gdy na „oryginał” w sklepie należało wydać dobre 50 zł – równowartość kilkumiesięcznego kieszonkowego większości uczniów. Co więcej, policja w ogóle nie dysponowała sprzętem innym niż PC, więc amigowskich piratów najczęściej pozostawiała w spokoju – bo dochodzenie niezmiennie wykazywało, że zarekwirowane nośniki są puste :-).

Odkąd jednak platforma PC przeszła z dyskietek na płyty CD, relacje cenowe się zmieniły. Wypalarka oraz same nośniki kosztowały drogo (pamiętam cytat z jednego z komputerowych czasopism: „nagrywarka jest tańsza od nowego Poloneza, ale droższa od większości używanych„). Piraci ratowali się wypuszczając tematyczne składanki – zestawy nawet kilkudziesięciu gier na jednej płycie. Opisane dziś tytuły kupowałem właśnie w takich pakietach, płacąc za 20-30 sztuk równowartość jednego oryginalnego. To nie zawsze był dobry interes, bo piraci maksymalizowali ilość kosztem jakości: wrzucali jakiś stary chłam, a nowsze, ciekawsze tytuły pozbawiali animacji i dźwięku, by upchnąć ich jak najwięcej. Niektóre obcięte programy okazywały się bezwartościowe, bo bez brakującego contentu nie dało się np. przejść wyższych poziomów. Nieraz z całej składanki sens miały 2-3 gry, podczas gdy reszta stanowiła śmieci. Tymczasem w sklepie dostawało się towar pewny i pełnowartościowy, z instrukcją, mapami, itp., a czasem nawet plakatami i innymi gadżetami. Ludzie zaczęli kalkulować, czy to przypadkiem nie opłaca się lepiej, tym bardziej, że zaczęły pojawiać się wydawnicze serie ze starszymi grami, kosztującymi 15-25 złotych – czyli nawet taniej niż piracka składanka. No i pod sklep nie zajeżdżały nieoznakowane radiowozy, a towar leżał na widoku (giełdziarze od pewnego momentu mieli tylko jakieś pojedyncze gry pudełkowe dla kamuflażu, a do tego kolorowe karteczki z tytułami. Na widok „godnego zaufania” klienta – czyli młodzieży w wieku szkolnym – przyjmowali zamówienie i szli do sobie tylko wiadomej kryjówki, prawdopodobnie do zaparkowanego w pobliżu samochodu).

Pod koniec lat 90-tych pojawiły się pierwsze tak zwane „stałe łącza”, czyli kablowy dostęp do Internetu, wielokrotnie szybszy od linii telefonicznej, no i nie generujący konfliktów rodzinnych. Otworzyło to zupełnie nowe możliwości piratowania gier, a w połączeniu z sensowną ofertą legalną z czasem dobiło giełdy. Równocześnie postęp techniczny – w tym akceleratory graficzne 3D – pozwoliły tworzyć gry o niespotykanej dotąd stopniu rozbudowania i realizmu. Ale o tym opowiem kiedy indziej.

Share Button
Tagi: ,
42 comments on “(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: AJ-BI-EM !!
  1. Lux pisze:

    W 1997 r. wyszły Carmageddon i Interstate 76, jedyne gry samochodowe, w które grałem więcej niż tylko trochę (wyścigi typu Screamer 2 zawsze mnie nudziły). Jakoś na jesieni tego roku trafiły do naszej klasy (byłem wtedy w 2 klasie liceum).

    Carmageddona zgrywaliśmy od kolegi, który miał oryginalną płytę prawdopodobnie brytyjską (z zombie z zieloną krwią zamiast ludzi 😉 ). Na moim dysku 850 GB gra z kompletem filmików zajmowała 300 MB i każda przejażdżka ładowała się minutę, co stało się dla mnie jednym z powodów dokupienia dodatkowych 16 MB RAM. Po tej modyfikacji miałem ich 24 MB i Carmageddon zaczął wgrywać się szybko (tak samo jak Commandos). Gra miała świetny model fizyczny (nie napiszę „model jazdy”, bo tak samo fajnie działało latanie po wyskokach z jakichś ramp albo po zeskoczeniu z budynku, haha) i doskonałe mapy, na których można było wjechać wszędzie, gdzie dało się radę. No i super wozy, odjechane do granic możliwości, niesamowicie pomysłowe – mój ulubiony Fat Cat Caddy. Gra miała niesamowitą mroczno-groteskową atmosferę, której zabrakło w drugiej części, w którą grałem kilka lat później.

    Interstate 76 chyba też krążył po naszej klasie na CD… a może na hordzie dyskietek? Ale raczej nie, bo bym pamiętał, tak jak pamiętam zgrywanie od kolegi Need For Speed na 32 czy tam 33 dyskietkach (przy tej liczbie zawsze któraś nie zadziałała i trzeba było nagrywać danego aerjota albo rara jeszcze raz). Ale nasza kopia Interstate’a na pewno nie była oryginalna, bo brakowało w niej filmików. Na szczęście nie brakowało absolutnie genialnie zrealizowanej ścieżki dźwiękowej Ariona Salazara – aż trudno uwierzyć, że powstała w latach 90, a nie w 1976. Sama gra miała świetny klimat jeżdżenia samochodami mięśniowymi po pustkowiach południowo-zachodniej części USA, ciekawą fabułę i barwne postacie Swingera, Taurusa i Skeetera. No i broń na autach czyli coś, co czasem by się przydało w codziennym ruchu miejskim. 😉 Wyprzedza cię jakiś burak, a ty mu TRRRRRRRRRRRRRRRRR z czterech 7,62 mm albo BACH BACH BACH BACH z działka 20 mm. 😉 O rety, ale to było fajne… Ale polecam jednak wersję z filmikami, bo bez nich ucieka sporo tego klimatu. Jak już pojawiły się stałe łącza i emule, to ściągnąłem sobie taką, a potem nawet kupiłem na allegro oryginalną grę.

    Starzy jesteśmy. 😉

    • lsk80 pisze:

      Interstate’76, miałem to samo napisać, od 97r starałem się grać we wszystkie samochodówki, ale ta gra przebijała wszystko, a dodatek nitro pack był moim pierwszym oryginałem. Muzyka broni się do dnia dzisiejszego. Do tego płyty, jako ścieżki dziwiekowej, można było słuchać w domowym odtwarzaczu CD.

  2. Carman pisze:

    No i doszliśmy do moich czasów 🙂 . GP2 wspominam dobrze, ale Test Drive 3 nieco mnie rozczarował. Miałem już wtedy pierwszego Need For Speeda, który bił go pod każdym względem.

    Co do Screamera to albo miałem demo, albo faktycznie był tak trudny jak piszesz, bo pamiętam tylko 1 samochód i 1 trasę. Zawsze kończył mi się czas przed ukończeniem, więc długo na dysku nie wytrwał.

    Pozostałe tytuły pamiętam tylko ze słyszenia, ale nie mogę już się doczekać artykułu o pojedynczym roczniku Forda inspirowanym Ford Simulatorem 😉 .

    • SzK pisze:

      A może miałeś pierwszą część Screamera? Bo ja pisałem o drugiej i tam na pewno było wiele tras i samochodów.

      Co do oferty Forda – po prostu tam mam wszystkie ceny i opcje w jednym miejscu, bez całych godzin googlowania pojedynczych modeli, koniecznych przy przygotowywaniu artykułu o GM ’39.

      • Daozi pisze:

        Ja z kolei grałem tylko w Screamera Rally – ale to już był 1997 rok. Natomiast łezka zakręciła mi się w oku na wspomnienie giełdy przy ul. Wadowickiej. Do dziś ilekroć przejeżdżam tamtędy (a mieszkam niedaleko), to staje mi przed oczami tłum ludzi w niedzielny poranek przed charakterystycznym biurowcem w tamtym miejscu…

      • SzK pisze:

        Budynek Elbudu idzie niestety do wyburzenia, podobno już niedługo…

  3. Wojtek pisze:

    1. Wydaje mi się że pomyliłeś bity i bajty. W 1997 roku miałeś pewnie modem działający w standardzie V34, który maksymalnie osiągał 28 kb/s czyli 3,5 kB/s. W 1998 wprowadzono standard v90 który osiągał 56 kb/s czyli 8 kB/s i to jest maks co da się wyciągnąć z analogowej linii telefonicznej. Do wspomnianych w tekście 20 kB/s mógłby się zbliżyć modem ISDN, ale to był francuski wynalazek kompletnie u nas nieznany.

    2. Ja się z Internetem na zywo zetknąłem w szkole w 1996 roku, ale już wtedy nie była to tylko ciekawostka dla maniaków. Wydaje mi się że dostrzegano już jak przełomową role będzie wkrótce odgrywał. No i nawet w Polsce działał całkiem sprawnie, był Usenet, były chaty, był już nawet Onet! A prezydent Kwasniewski miał swoja stronę www, ale jej nie widziałem bo szkoła miała tylko tekstową przeglądarkę. Tak, tak drogie dzieci w moich czasach istniały tekstowe przeglądarki do Internetu 🙂 Pracuje nawet z kolegą określanym na wykopie mianem „najstarszy Polski internauta” on by pewnie powiedział, że w 1997 to Internet zaczął schodzić na psy. 🙂

    3. Giełdy miały się bardzo dobrze jeszcze kilka lat. Okres który opisujesz był specyficzny, wkrotce potem płyty i wypalarki potaniały, za to gry urosły i były za duże by je ściągać w domu. Giełda na Balickiej (gdzie się przeniosła z legendarnego Elbudu na Wadowickiej) działała pełna para jeszcze w 2004. Potem szybkie łącza stały się na tyle szybkie że straciłem nią zainteresowanie. 😉 A samo piractwo ma się dobrze do dziś. Nawet najbardziej zaawansowane zabezpieczenia denuvo piraci potrafię złamać w tydzień (choć nie zawsze), ale dziś się tym interesuje już bardziej jako ciekawostka bo swoje oprogramowanie kupuje (w koncu sam z niego żyje)

    4. Trudno się zgodzić z twierdzeniem że w latach 90 był największy postęp w grach. Owszem sporo się wtedy zmieniło (umarło Atari, Commodore, etc…) Ale rozwój gier tylko przyspieszał jeszcze przez następne 15 lat. Dopiero w ostatnich 5 latach jakby wszystko spowolnilo (bo i sprzęt się wolniej rozwija), ale jeśli dziś weźmiemy grę z lat 90-tych to praktycznie nie da się w nią grać ani nawet porównać że współczesnymi. To duża różnica choćby w porównaniu do motoryzacji, gdzie samochodem z lat 90-tych można normalnie jeździć nie odczuwając jakiejś gigantycznej różnicy w stosunku do aut współczesnych.

    5. A co do domowego składania komputerów – sam tak robię do dziś. W zasadzie jak chcesz mieć dobry komputer do gier, to nie ma lepszej opcji niż zbudować go samemu (coś jak rycerz Jedi który sam buduje swój miecz swietlny)

    • SzK pisze:

      Nie jestem informatykiem, więc pewne rzeczy mogłem oczywiście pomylić. Ale:

      Ad 1) modem miałem na pewno szybszy niż 28,8 (nie pamiętam dokładnie jego prędkości), i transfery po kilkanaście kB/s czasem się pojawiały (dlatego napisałem, że do 20), aczkolwiek zazwyczaj były jednocyfrowe (czyli poniżej połowy z 20). Modem sprzedałem potem na giełdzie, właśnie na Balickiej, za… równe 5 zł. Tyle dawali handlarze (tak, sprawdzałem oferty u kilku, były zgodne). Od tego chodzenia i pytania zgłodniałem, więc kupiłem sobie w budce frytki – za 4 zł 🙂

      Ad 2) oczywiście, że były różne strony, w tym Onet (sam zakładałem sobie e-maila na Onecie, którego w dodatku używam do dziś), ale kontent i użyteczność nie miały nic wspólnego z tym, co widać dzisiaj.

      Ad 3) giełdy nie umarły w 1997r., nic takiego nie napisałem. Jednak z autopsji (doświadczenia własne i obserwacje znajomych) wiem, że po 2000r. już w zasadzie się tam nie chodziło po pirackie gry, bo były torrenty, no i sensownie wycenione oryginały. A dzisiaj piractwo to samobójstwo, nie tylko z uwagi na karalność, ale też na dodatkowe „bonusy” zawarte w lewym oprogramowaniu (dawniej zdarzały się one rzadko, bo hackerzy działali dla dla zysków z giełdowej sprzedaży, no i częściowo dla własnej satysfakcji). Nie mówiąc już a aspekcie moralnym – 20 lat temu można było wybaczyć brak oporów, bo faktycznie „wszyscy tak robili od zawsze”, ale dzisiaj wytłumaczenia już nie ma.

      Ad 4) Według mnie pomiędzy grą z 1990 i 2000r. jest większa różnica niż między taką z 2000 i 2010. Ale to tylko moje zdanie (a co do samochodów – o braku różnicy mówią tylko ci, co nie mieli okazji bezpośrednio porównać aut z lat 90-tych i nowych. Przy czym odstęp kilku lat albo nawet kilku miesięcy między przejażdżkami to nie jest bezpośrednie porównanie).

      Ad 5) Oczywiście, że dziś wielu ludzi dalej składa swój sprzęt, ale większość kupuje jednak w sklepie całość, najczęściej w formie laptopa (ja, jako dinozaur, mam ciągle blaszaka, ale kupionego w całości. Z tym że on nie musi służyć do nowoczesnych gier).

      • Wojtek pisze:

        1. Analogowa linia telefoniczna nie wyśle przez modem więcej niż 56 kB/s. Chyba że jest to linia cyfrowa ISDN wtedy może być 2×64 kb/s albo jeśli użyjemy modemu DSL to wtedy nawet kilka Mb/s. Ale w 1997 roku nie istnial w Polsce DSL a ISDN był naprawdę rzadki (i on nie blokuje linii telefonicznej, więc to się nie zgadza z tym co napisałeś). Na tym akurat się trochę znam. 🙂

        2. Nie no jasne, że nie da się tego porównac z tym co jest dzisiaj.

        3. Dziś piractwo nie jest ani trochę bardziej niebezpieczne niż wtedy. A nawet powiedział bym że mniej, bo na giełdy zdarzały się Policyjne naloty a dziś można to robić bez najmniejszego ryzyka. Jeśli wiesz jak i jeśli nie przeszkadzało ci to że kradniesz czyjąś prace. Ta świadomość jednak znacznie wzrosła no i gry i programy są znacznie tańsze w stosunku do zarobków niż kiedyś.

        4. To jest kwestia o której można dyskutować bez końca i każdy będzie miał swoje zdanie. 🙂 Ja na przykład bez problemu mogę dzisiaj wsiąść i pojechać w trasę na przykład Oplem Astra G (wymieniam model który faktycznie bardzo niedawno prowadziłem) a próbowałem ostatnio grać w Grim Fandango (równolatek takiej Astry) i choć jest to gra legenda, jedna z najlepszych w historii to poddałem się po kilku godzinach. Bo się po prostu nie da.

        5. Dziś i tak większość ludzi gra na konsolach ale jak ktoś lubi PC to złożenie go samemu jest najlepsza opcja. No i mi sprawia frajdę.

      • Wojtek pisze:

        ad 1. Oczywiście 56 kB/s

      • Wojtek pisze:

        Ja pierniczę, Android z uporem poprawia b na B. Więc jeszcze raz: 56 kb/s. 🙂

      • SzK pisze:

        W takim razie musiało mi się coś pomylić. Już zmieniam.

      • Krzyś pisze:

        1. Jakoś po 2000 roku TP SA (chyba już wówczas wykupiona przez Francuzów) podłączyła do naszego domu internet ISDN – nie widziałem, że to była taka rzadkość! Rzeczywiście zaletą było to, że nie blokowało się telefonu. Zaraz potem i tak zmieniło ofertę na Neostradę. Ten ISDN to w sumie był pierwszy, prawdziwy dostęp do internetu który miałem prywatnie, wcześniej korzystałem tylko w szkole albo u kolegów. Początkowo w ramach oferty mieliśmy w cenie całe 30 godzin internetu na miesiąc…

        4. Teść ma m.in. Zafirę A z 1999 roku no i ten samochód się prowadzi zupełnie normalnie. Tak jak mój obecny samochód z 2014 roku tylko całe szczęście mniej piszczy. Ma klimatyzację, elektryczne szyby, wspomaganie, ABS i ESP więc różnicy zanadto nie ma. Można tylko umrzeć z nudów patrząc na deskę rozdzielczą 😉 No, może ja mam samochód, który jest mało współczesny/nowoczesny ale mi to pasuje… W tej Zafirze jeszcze na plus jest bardzo duża powierzchnia szyb bocznych. No ale ja nie jestem miarodajny bo jeszcze w 2014 roku jeździłem Swiftem z 1998 roku i mam wrażenie jak by to było wczoraj.

      • SzK pisze:

        Moje pierwsze „stałe łącze” to chello po sieci lokalnej pociągniętej po elewacji bloku 🙂 Długa historia, którą zapewne opowiem w kolejnych artykułach o samochodowych grach.

        A co do samochodów z lat 90-tych – oczywiście, że nimi da się jeździć i są bardzo fajne. Sam kupiłem sobie taki specjalnie, dla samej przyjemności. Ale różnica w stosunku do dzisiejszych modeli jest wielka, zarówno w samej jeździe, jak i w konstrukcji. Pewnie, że to zależy od doboru konkrentych modeli do porównania – można pewnie znaleźć argumenty za tezą przeciwną. Ale ostatnio na jednej facebookowej grupie udało mi się przekonać ogół do twierdzenia, które początkowo uznali za herezję: mianowicie do tego, że mój SL z 1993r. jest konstrukcyjnie bliższy „skrzydlakowi” W111 z lat 60-tych niż modelom dzisiejszym. Na początku stukali się w czoło, ale zaraz przyznali mi rację.

        (dla niedowiarków już podaję: R129 to rzędowy silnik 6-cylindrowy, mechaniczny rozdzielacz zapłonu, mechaniczny wtrysk, skrzynia automatyczna bez elektroniki, analogowe liczniki wskazówkowo-bębenkowe, klasyczne żarówki z włóknem, brak układów kontroli trakcji poza ABS-em – który w latach 60-tych w zasadzie już istniał, hydrauliczne wspomaganie kierownicy, klasyczna stacyjka na kluczyk, klasyczne radio bez nawigacji i multimediów, za to z wysuwaną z błotnika długą anteną, itp. W zasadzie każdy element jest bliższy latom 60-tym niż obecnym. Różnice zaś są głównie stylistyczne).

      • benny_pl pisze:

        my w firmie mamy nowe Fiorino od ktorego bardziej komfortowa jest moja Astra F 🙂
        i mamy tez nowe Berlingo od ktorego moj dawny Villager ’93 byl ze 4x wygodniejszy 🙂

      • Krzyś pisze:

        Szczepan – z tym porównaniem Mercedesów to przyznam, że i mnie teraz otworzyłeś oczy 🙂 I, jak zawsze – bardzo celnie to wypunktowałeś.

    • benny_pl pisze:

      hehe Astra G toszto nowoczesne auto, ja mam Astre F (w zasadzie tez tak samo nowoczesne auto) i wszedzie nia jezdze, swietny samochod, wlasnie stoi sobie na parkingu strzezonym w Modlinie, bo jestem za granica 😉

      onet.. fuj, nigdy go nie lubilem… najlepsza poczta bylo o2, ale jak je wp wykupilo to jest jakas javowa beznadzieja… NO I CO TERAZ UZYWAC JA SIE PYTAM?? i to serio! i zadnych inwigilacyjnych googli nie chce

      a peceta tez sam sobie zlozylem, jakos kolo 6 klasy podstawowki ze… smieci ktore dal mi znajomy ktory w tepsie pracowal, wtedy jeszcze to bylo cos 🙂 dal mi stara plyte 386DX33, 4 kostki ramu po megabajcie i pare grafik, i duzych flopek i monitor czarno-pomaranczowy Hercules. obudowa z zasilaczem i dysk (nawet MFM kilkanascie MB) to byly zbyt cenne czesci zeby ktos to oddal za darmo, wiec jakas strasznie archaiczna obudowe jeszcze z komputerow XT z zasilaczem kupilem za 50zl (jeszcze bez miejsca na mala flopke i z wylacznikiem po boku w zasilaczu). zlozylem to w calosc, DOSa ladowalem z flopki A a gry z flopki B, za wiele to tam nie dzialalo na Herculesie, ale jakikolwiek monitor VGA nawet czarno-bialy byl drogi wiec tak bylo z rok…

      poczatki internetu tez pamietam, zarowno modemowy, jak i stalo-laczowy na koncentryku BNC

      no i nie jakis tam czat, tylko IRC byl (i jest zreszta wciaz) to pelnowartosciowy czat, a nie jakas zawsze beznadziejnie powolna interiowa „czateria”

      a co do gier, to chyba nie zdazylo mi sie zadnej nigdy kupic 😉 zawsze sie wymienialo dyskietkami, a pozniej sie chodzilo z dyskami, wszyscy zreszta mieli dyski w kieszeniach, albo wiecznie otwarte pecety 🙂 co bogatsi mieli „stare” dyski o wtedy bedacej dla mnie marzeniem pojemnosci 350… 600MB jako przenosne, ja w koncu przeznaczylem na ten cel swojego staaaarego Seagata 40MB juz 3.5 cala ale podwojnej grubosci, i w zasadzie nosilem go dlugi czas w plecaku i nie zdechl od tego

      a pozniej to juz w sumie stracilem zainteresowanie grami wogole..

      a tekstowa przegladarke rowniez uzywalem, ale linixowego – lynxa/linksa, tak samo tekstowe gadu-gadu – EKG i tekstowego irc-a – IRSSI, a nawet tekstowy odtwarzacz mp3 – mpg123/mpg321, a pod dosa mialem tez przegladarke jpg Pictview (mam nawet w zipie caly czas hehe)
      kiedys bylo mnustwo fajnych programikow do wszystkiego!
      byla na przyklad nakladka na windowsa 3.1 „Calmira” ktora dodawala pasek start i ikony na pulpicie, tak, ze dzialalo to jak windows 95, a praktycznie nie zzeralo zasobow 😀 i zajmowalo z 1-2MB
      oj mozna by opowiadac bez konca 🙂 szczegolnie ze w dalszym ciagu specjalizuje sie w uzywaniu do granic mozliwosci starych systemow i wciaz na ten przyklad pisze z windowsa xp 🙂

      • mirek57 pisze:

        Calmira rulezzz!!!
        W końcu wszystkie Windowsy, aż do xp to były tylko nakładki na DOS-a. Z xp, to też jeszcze sprawa dyskusyjna….

      • benny_pl pisze:

        niebardzo, XP to lekko zmodyfikowany win2000 czyli ewolucje NT, niema nic wspolnego z 95, 88,me ktore sa nakladkami graficznymi na DOSa. vista/win7 z kolei ma glownie nowszy explorer od XP ale generalnie jest to XP, ktory ujawnia sie w kazdym zaglebieniu powierzchownych ustawien
        seria 9x z seria NT niema zabardzo ze soba nic wspolnego, jedynie podobnie wygladaja „z wierzchu”

      • mirek57 pisze:

        Zgadza się. Ostatnia wersja oparta na (starannie ukrytym) DOSie to Me.
        Trochę się rozpędziłem, ale usprawiedliwia mnie okres świąteczno-noworoczny.

  4. SP pisze:

    W GP2 i Screamera graliśmy niemal co wieczór , w Screamera nawet organizowaliśmy małe mistrzostwa. Była jeszcze jedną super gra, Rally Championship, firmowana przez RAC, jeździło się Imprezą, Escortem Cosworthem, Ibizą KitCar i rajdową Felicią.

    • benny_pl pisze:

      ooo najbardziej lubilem jezdzic Felicja 🙂 bo dziadek mial Felicje 🙂 ale ogolnie gra taka srednia

  5. Daozi pisze:

    Ja internetu nie miałem długo, gdzieś do roku 2007, albo jakoś tak. Ale pamiętam, że w klasie był kolega, którego rodzice radzili sobie świetnie finansowo i on internet miał gdzieś w okolicach 1994 roku, albo nawet ciut wcześniej? Wtedy było chyba kilka stron internetowych w ogóle (no, trochę przesadzam) i co najwyżej dało się obejrzeć kilka zdjęć na tychże stronach. Ładowały się po kilka minut jedno. Kosmos; jak ja to córce kiedyś wytłumaczę? 😀
    Inna dygresja – ojciec tego kolegi jeździł wówczas nowym Accordem IV gen. – autem na które choruję obecnie, ale niestety wybiło je już prawie kompletnie.

  6. mirek57 pisze:

    Gry grami… ale na tzw. gumiaku liczono konstrukcje mostów w krakowskim Hydroprojekcie. Zapuszczało się go na całą noc i nad ranem drukarka wierszowa wypluwała efekty. Oczywiście, robiło się też kalendarze i obrazki z literek. Piękne czasy….

  7. Michał.B pisze:

    Też w tym okresie, przesiadłem się z przyjacółki, z tym że, na psx.
    Z gier na PC najmilej wspominam, Viper Racing. Był tam, „niesamowity” system zniszczeń.
    https://youtu.be/aoQWUeTdCWo

  8. benny_pl pisze:

    tak wogole to szczesliwego nowego roku 🙂 nie wiem jak Wam ale mi sylwester bardzo produktywnie zlecial, naprawilem rozmarznietego widlaka i odpalilem nieruszanego podobno od 17 lat gaznikowego Nissana Bluebird z czystej ciekawosci 🙂 ku chwale graciarstwa 😀 szkoda ze tak daleko, bo Nissan fajny, i mogl bym go sobie wziac, ale z irlandii daleko go wlec… szczegolnie ze blacha dosc pognita…

  9. pstrykEJ9 pisze:

    O kurczę w tym temacie to jednak czuję że jestem młodszy od reszty gawiedzi bowiem wychowałem się na Colinie Mcrae Rally szczególnie 2 części, oraz czwartej, jeszcze na studiach sobie pykałem na wykładach, gta vice city, san andreas, czy też pierwszysch undergroundach , carbonie, czy też toce race drive. Wszystko już na PC oczwyiście takim z jednordzeniowym procesorem, szpanem było pentium 4. Zgodzę się że postęp jest mniejszy jakoś od 2012 roku w grach bowiem no nie da sie już za bardzo poprawic grafiki HD, aczkolwiek funkcji jest coraz więcej , silniki są bardziej rozbudowane. Za moich czasów również piractwo było mega popularne, z tym ze nagrywarkę miał już każdy 🙂

    Ps. Znowu dyskusja w stylu fury z lat 90 vs obecne, ahhh oszczędźmy sobie tego w nowym roku, bo i tak nie dojdziemy do porozumienia. Wszystkim życzę Spełnienia Marzeń 🙂

  10. ndv pisze:

    Co do starych gier – niektore do dzis wydaja mi sie dosc grywalne inne faktycznie odrzucaja. Za czym tesknie to multiplayer na jednej klawiaturze choc to akurat najlepiej sie sprawdzalo w bijatykach i platformowkach gdzie nie trzeba bylo dzielic ekranu (w grach nie siedze, ale mam wrazenie, ze dzis sa to gatunki wymarle).

    Co do „zaniku piractwa” – IMO to przede wszystkim wzrost swiadomosci. Niby zdarzaly sie naloty na gieldy, pozniej w czasach torrentow tez bylo glosno o kilku wjazdach policji ale to byly raczej pojedyncze przypadki. No i w internecie pojawily darmowe gry roznej jakosci. Do tego na piracie w necie sobie czlowiek nie pogra.

  11. Ricer pisze:

    Szczęśliwego Nowego Roku!

  12. kierowca bombowca pisze:

    Ja kojarzę już tylko schyłkowy etap powszechnego piractwa. Na giełdzie pod Elbudem byłem parę razy. Na stolikach faktycznie leżało kilka gier w pudełkach ( dla kamuflażu ), ale obok nich zawsze była gdzieś wydrukowana lista tytułów, jakie Pan Pirat mógł „załatwić”. Pamiętam, że na początku płyty CD z najnowszymi grami kosztowały 50 zł, a później już w okolicach 20. Jeśli na płytce mieściło się więcej gier, to cena nie rosła jakoś znacząco.

    Na giełdzie były też oczywiście inne szpargały mniej lub bardziej związane z elektroniką. Radia samochodowe, głośniki, podzespoły elektroniczne… Policja też się pojawiała. Raz nawet mojemu ojcu się dzięki temu poszczęściło. Otóż kilka dni przed giełdą ukradziono mu ( poprzez wrzucenie cegły przez boczna szybę ) panel od dość dobrego wówczas radia marki Kenwood. Szczęście ojca polegało na tym, że wcześniej wyrył nożem na odwrocie numer rejestracyjny samochodu i swoje inicjały. Handlarz nakleił w tamtym miejscu cenę, ale ojciec nie wiem do końca jak poznał, że to prawdopodobnie jego własność. Za chwilę wrócił na stanowisko z policjantami, w efekcie czego sprzedawca, z pewnością wiedziony dobrocią serca, dokonał błyskawicznego i gratisowego przekazania sprzętu w ręce mojego rodziciela 🙂

    W okolicach roku 2000 raczej chodziło się do znajomych z dyskami i dyskietkami, po paru latach, gdy staniały nagrywarki – dokonywało się wymiany treści objętych prawami autorskimi już w szkolnych ławach. A później, gdy neostrady i tym podobne stały się popularne, każdy zaopatrywał się już sam. A teraz – nie kojarzę już nikogo, kto nielegalnie zdobywałby gry, programy, muzykę czy filmy. Wpaść łatwiej, wirusów więcej, społeczna świadomość zupełnie inna niż 20 lat temu, ceny zwykle znacznie bardziej przystępne ( no może poza programami, których się już nie kupuje, tylko bierze w abonament – jak Photoshop ). Fajnie to wszystko teraz powspominać.

    Udanego Nowego Roku! 🙂

    • SzK pisze:

      Tymi radiami to często Ślązacy handlowali (pamiętam krzyki w rodzaju „chopie – tu mosz miękko mechanika!!”). Domyślam się, że na zasadzie wymiany – ludzie z Krakowa zapewne jeździli na Śląsk, a wszystko w celu minimalizacji ryzyka wystąpienia takich sytuacji, jak z Twoim Tatą 🙂

      Do kolegów po gry chodziło się oczywiście również wcześniej. Ale to wszystko stare dzieje 🙂

  13. kierowca bombowca pisze:

    Ojciec miał z tymi samochodowymi radyjkami wiele problemów i tylko ten jeden jedyny raz udało mu się odzyskać własność. Pół biedy jak znikało samo radio bez innych szkód ( nawet sam kiedyś „pochwalił” złodziei z okolic Limanowskiego, bo wyjęli mu to radio tak szybko i umiejętnie, że nawet plastiki nie były połamane a kostki całe ). Gorzej jak w samochodzie lądowała cegła i cała konsola była rozbebeszona. Później bardzo podobały mu się samochody, w których była zamykana „szufladka” na radio albo takie, gdzie fabryczna zaślepka na radioodtwarzacz była na tyle elastyczna, że dawało się nią zasłaniać cenne urządzenie przed każdym opuszczeniem auta ( np. w Megane 1 tak było ).

    Ze sprawami komputerowymi w latach 90. miałem poza domem do czynienia też w szkole. W początkowych latach mieliśmy w budzie dostępnie komputery krajowej produkcji – Elwro 800 Junior połączone w sieć z komputerem „matką” również krajowej produkcji. Dookoła występowały już same pecety, amigi i pierwsze konsole a tutaj sprzęt kilkuletni był już niemalże zabytkiem. Dzisiaj kilkuletnie komputery, jeśli tylko nie były modelami zupełnie podstawowymi, nadają się do przeciętnej biurowej pracy i prostych gier tak samo dobrze, jak współczesne. Myślę, że nieźle pokazuje to dynamikę rozwoju informatyki w latach 80 i 90. Prawo Moore’a sprawdzało się. Ciekawe jak rozwinąłby się polski przemysł informatyczny, gdyby nie komuna i centralne planowanie. Mieliśmy dobrych konstruktorów i wydaje się, że w latach 70. doskonale zdawano sobie sprawę, że może to być jakiś atut naszej gospodarki. Jednocześnie jednak, we właściwym dla tamtych realiów stylu, ukręcając łeb obiecującym projektom, jak np. komputer K-202.

    • pstrykEJ9 pisze:

      Wiem, że to w pewnym sensie przykre co powiem, ale zejdźmy na ziemię. Czy komuna by była czy nie , polska nie byłaby potęgą informatyczną podobnie jak Austria, Holandia i wiele innych.

  14. Nowy_nick pisze:

    Czy obecnie mniej się piraci….polemizowałbym :). Praktycznie wszystkie nowe gry są scrackowane zaraz po premierze, z wyjątkiem kilku wysokobudżetowych gier AAA zabezpieczonych Denuvo, na te zwykle trzeba poczekać, od kilku tygodni, do kilku miesięcy. Gdyby nie było piractwa, nie byłoby Denuvo, które samo z siebie idealne nie jest, obniża trwałość dysków SSD i negatywnie wpływa na wydajność w grze (dość mocno obciąża CPU). Czy to niebezpieczne? Moim zdaniem, niezbyt. Raz, że policja ma co innego do roboty, niż ściganie Sebka, który czasem sobie pobierze coś spiraconego (chyba, że Sebek pobiera dużo i potem tym handluje na dzielni), dwa, że wirusów/trojanów/backdoorów w spiraconych grach raczej nie ma. Byłoby dyshonorem dla grupy crackerskiej odpowiedzialnej za złamanie gry, gdyby się rozeszło w środowisku, że coś doczepili.

    Tak więc piractwo ma się nadal wcale nie najgorzej, tylko myśmy dorośli/zrobili się wygodni/możemy sobie pozwolić na zakup oryginałów.

    A czy gry staniały? Raczej wręcz przeciwnie, szczególnie tytuły AAA. Jeszcze nie tak dawno temu FIFA, Battlefield czy jakimś tam Call of Duty w dniu premiery kosztowały 149 zł na PC, na konsole odpowiednio drożej. Obecnie kosztują już w okolicach 200 zł,często więcej, i to w wersji podstawowej, żadna tam kolekcjonerska. Shadow of the Tomb Raider kupowałem dla córki we wrześniu za ~ 250 zł. Zresztą z nim wyszła mała heca odnośnie ceny, ludzie narzekali, że drogo (i to nie tylko u nas, tylko ogólnie na świecie) i wstrzymywali się z zakupem, zatem producent szybko obniżył cenę, co z kolei spowodowało złość tych, którzy kupili po oryginalnej cenie 🙂

    W grach, wyścigowych i nie tylko, okolice roku 1996 to spory przełom, ponieważ upowszechniły się akceleratory 3D i zniknęła pikseloza. Turok 3D z akceleracją to był opad szczęki w tamtym czasie. Tak samo Quake 2, zapikselowana wersja z software 3D, a ,,wygładzona” pod Voodoo1 to inne gry :). Choć akurat taki Unreal wyglądał zdumiewająco dobrze w trybie software. No i godziny sprawdzania, w jakim trybie dana gra chodzi i wygląda lepiej, Glide, Direct3D, czy Open GL. Fajne czasy 🙂

    Z wyścigów w okolicach roku 2000 pamiętam dwie, Sports Car GT była super, świat amerykańskich wyścigów serii GT1/2/3 na prawdziwych torach! Road Atlanta, Sebring, Laguna Seca, Mosport, czy Lime Rock – poznałem te tory dzięki tej grze. Druga to Screamer 4×4, zrobiona bodajże przez Węgrów i niemająca nic wspólnego ze Screamerem opisanym przez Szczepana. S4x4 to jazda terenowa na czas, trzeba było zaliczyć checkpointy w jak najkrótszym czasie, ale teren był trudny, a fizyka jazdy bardzo dobrze zrobiona, można było odłączyć 4×4, używać reduktora, kombinować z podjazdami. Też wiele godzin poszło.
    Samochodówki zostały mi do dziś, ale obecnie to już Assetto Corsa/rFactor 2 🙂

    • SzK pisze:

      Nie wątpię, że pirackie gry są dzisiaj dostępne, ale nie jest już tak, że 99% kopii używanych w Polsce pochodzi z nielegalnych źródeł. Tym bardziej, że mnóstwo graczy gra w sieci, a tam już nie da się podpiąć z piratem.

      O wirusach mówiło się od zawsze, ale w czasach giełdy problem był czysto teoretyczny, natomiast strony z torrentami, itp. podobno miewają często „drugie dno” – jako że odwiedzający nie płacą za kontent, trzeba znaleźć inne źródła utrzymania, a wszelkiego rodzaju spyware i śledzenie aktywności użytkownika są do tego idealne. Na ile to prawda, to nie wiem, bo od bardzo dawna nic nie piracę.

      Ceny gier? Trzeba nie mieć rozumu, żeby kupować nowości. Oczywiście, w wieku 16 lat większość ludzi nie grzeszy cierpliwością, taka kolej rzeczy. Ale np. Mafia III też kosztowała po premierze 250 zł, a ja ostatnio – za namową jednego z Czytelników tutaj na blogu – sprawdziłem sobie cenę za jednej z popularnych platform gamingowych i – voila!! – 34,99. Oczywiście kupiłem, do kolekcji z I i II, ale jeszcze nie grałem i nie mam pojęcia, czy w ogóle zajmę się tym „na poważnie”, bo blog zajmuje mi większość czasu „rozrywkowego”.

      P.S. Screamer 4×4 oczywiście tutaj będzie. Miałem go od szwagra, który dostał płytkę z jakąś gazetą i dał mi, jako fanowi motoryzacji. Potwierdzam – rewelacyjna fizyka i odwzorowanie działania zawieszenia, napędu, itp. w terenie. Zwłaszcza w wojskowej, czteroosiowej Tatrze 🙂

      • ndv pisze:

        Screamer 4×4 i jedna czy dwie rajdówki (nie pamiętam tytułów – ale pamiętam, że Megane miała 7 biegową skrzynię) były dołączone do (zerk do szuflady) Auto Sukcesu. Swoją drogą Auto Sukces lubiłem bo poza zwykłymi nudnymi testami były też całkiem niezłe artykuły o technice (przez chwilę się zastanawiałem, czy nie pomyliłem z Auto Dziś i Jutro – ale okładki z googla przypomniały, że ADiJ to tuningowy klimat przełomu wieków. I ostatnia strona z dziewczyną – z tym, że kiedy te gazetki kupowałem ta strona mnie najmniej interesowała…jak ten czas leci).

        W Screamerze 4×4 był też sieciowy tryb multiplayer z trybem King of the Hill 🙂

        Swoją drogą albo Ciebie pamięć myli albo miałeś jakąś dziwną wersję – u mnie największa jest 3 osiowa Raba (przynajmniej kraju się zgadza – CK:)

        Jeszcze wracając do piractwa – chyba połowa studentów każdej polibudy ma poinstalowane różne „wersje studenckie” oprogramowania CAx, do tego masa filmów aby się nie nudzić na wykładach a o jakichś nalotach nie słyszałem.

        A śledzenie aktywności użytkownika to już nie spyware tylko norma.

        W sprawie gier w dobrej cenie ja mam farta w portugalskim spożywczaku z robalem w logo: 1. „Pograłbym sobie w Twierdzę. Bam – 3 gry za 40 PLNów:. Tak samo upolowałem GT Legends i ILa 2. Na GT Legends od dłuższego czasu nie patrzyłem więc nie wiem, czy jeszcze Społeczność tworzy samochody i tory ale do Sturmovika (pomimo, że w międzyczasie wyszedł oficjalny następca na innym silniku) Społeczność dalej rozwija darmowe mody i dodatki, których ze względu na jakość i zawartość ni można określić inaczej niż przezajebiste (wpiszcie w google SAS Modact – z symulatora kilku samolotów z czasów II WŚ powstała seria symulatorów obejmująca czasy od początków lotnictwa do w miarę współczesnych).

      • SzK pisze:

        TAK, masz rację – to była Raba, nie Tatra 🙂

      • Jakub pisze:

        Musimy pamiętać o jeszcze jednej rzeczy – gry może i podrożały, ale w relacji do zarobków jednak potaniały. O ile dobrze pamiętam, GTA San Andreas nowe kosztowało 130 albo 180 PLN, „piątka” blisko dziesięć lat później bodaj 220. Tylko ile zarabiało się w 2004 a ile w 2014…

      • Wojtek pisze:

        Jesli nie jestes wielkim fanem wspolczesnych gier to nie warto grac w Mafie III. Ta gra nie ma wiele wspolnego z klimatem poprzednich czesci, samochody tez odgrywaja w niej dosc mala role.
        Generalnie jest znacznie slabsza i bardzo wtorna.

      • benny_pl pisze:

        hehe jeszcze przypomnialo mi sie odnosnie crackowania, ze nawet mi sie cos takiego kiedys za dzieciaka udalo na 386, mianowicie bardzo lubilismy z bratem gre „Supaplex”- na prawde polecam, ale to musi byc stary komputer zeby dzialala plynnie, nowsze sa za szybkie i dziala strasznie „szarpiaco”, ale do rzeczy – mianowicie w koncu utknelismy na jakims poziomie, ktorego przejsc nie moglismy, a tam poziomow jest do groma, mozna tez roznych graczy zapisywac, wiec stwierdzilem ze przeciez ci gracze musza byc jakos zapisywani w jakims pliku, no i plik po pliku otwieralem Edit’em (czy tam notatnikiem w win3.1) i w zauwazylem jakis ktory mial wlasnie chyba nazwy graczy i za nimi iles „kwadracikow” (zapewne jakies liczby HEX ktore nie byly znakami ASCII i tak je wyswietlal edytor), ale postanowilem sprobowac skopiowac i wkleic wiecej tych kwadracikow przy naszym userze 🙂 dzialalo to dosc losowo, czasem wogole gra nie dzialala, czasem pojawialy sie krzaki na obrazie menu ale takze losowe poziomy sie odblokowywaly np pozniejsze a wczesniejsze nie, ale dzieki temu moglismy pograc we wszystkie plansze 🙂

  15. benny_pl pisze:

    nie wiem czy to jeszcze nie za wczesnie na opowiesci o dawnych czasach piractwa… ale pewnie coraz to wiecej ciekawych opowiesci o szalonych latach 90 bedzie sie pojawiac.
    wg mnie najlepszy puki co jest SYGNAŁ CZASU Variego, na prawde polecam, raz tu juz polecalem, ale to bede polecal bez przerwy, bo to rewelacyjne wciagajace opowiadanie, rzekl bym lektura obowiazkowa:
    (czysty txt)
    https://archive.org/stream/sygnal_czasu/sygnal_czasu_djvu.txt

  16. st druciarz w firmie C&G pisze:

    benny ,czytadło wciąga jak cholera ,czytałem od deski do deski. całe 3 godz.