(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: PIASKOWNICA DLA SZPANERÓW

 

Wielu mówi, że gry komputerowe to rozrywka dla dzieci. Podobnie wielu uważa, że bajeranckie samochody to też dziecinada. Jeśli więc zrobimy grę o bajeranckich samochodach…

Oczywiście, wszystko zależy od tego, jak traktujemy daną sprawę – zarówno gry, samochody, jak i wszystko inne. Mnóstwo ludzi kupuje drogie auta na pokaz, ale przecież gros starań i budżetu producentów przeznaczane jest na przesuwanie granicy Niemożliwego. Niestety, grupa ludzi potrafiących to docenić, a jednocześnie dysponujących odpowiednimi finansami, nie jest zbyt liczna – dlatego większość aut superszybkich jest równocześnie super-efektowna wizualnie. Odjechany design kosztuje niewiele w porównaniu do dopracowania kilkusetkonnego silnika, odpowiedniego podwozia i aerodynamiki – na wszelki wypadek lepiej więc dołożyć go w bonusie i zwielokrotnić liczebność grupy docelowej. Nie mówiąc o tym, że również autentyczni koneserzy po prostu lubią, jak coś ładnie wygląda: mimo że bardzo doceniają np. Nissana Skyline GT-R, to jednak częściej marzą o Lamborghini Countach. Nawet jeśli dobrze wiedzą, że nim w ogóle nie da się jeździć.

Dziś chciałem opisać grę, która w swojej warstwie wizualnej prezentuje niestrawny wręcz poziom szpanerstwa, pozerstwa i wszystkiego tego, co urąga dojrzałości i dobremu smakowi. Jak wiele wyścigowych gier charakteryzuje się też całkowitą pogardą dla prawa – zwłaszcza Kodeksu Drogowego, ale nie tylko (kiedyś takich rzeczy się nie zauważało, jako zupełnie oczywistych, dziś mocno rzucają się one w oczy). Na to jednak, podobnie jak ja same sportowe samochody, można patrzeć dwojako: koncentrować się na efekciarstwie, albo na istocie tej niesamowitej dziedziny ludzkiej twórczości, jaką jest indywidualna motoryzacja. Zwłaszcza że gra, kosztując marne grosze, pozwala każdemu entuzjaście rozkoszować się tym, co tygrysy lubią najbardziej – motoryzacyjną różnorodnością. Ta gra to „Test Drive Unlimited„.

***

Test Drive Unlimited” został wydany w 2006r. przez firmę Atari Inc., a napisany przez grupę Eden Games. Nazwa sugeruje pokrewieństwo z prastarą – obecną na rynku od ponad 30 lat – serią „Test Drive„, ale nie wiem, czy takie porównanie ma jakikolwiek sens: inny wydawca, inni autorzy, a idea… może odrobinę podobna, ale tylko dlatego, że wciąż chodzi o szaleństwa najszybszymi autami świata po drogach publicznych. Za to różnice – wiadomo, są jak między 8-bitowcami z lat 80-tych, a Pentium IV i kartą graficzną z pół-gigabajtową pamięcią.

Ogólnie rzecz biorąc, „TDU” to mokry sen dzieciaka z lat 80-tych, który marzył o pełnej wolności w wirtualnej jeździe autem: o kolekcjonowaniu szpanerskich fur, bujaniu się po szpanerskich miejscach, w szpanerskich ciuchach i szpanerskich ciemnych okularach, no i oczywiście o wożeniu na prawym siedzeniu wystrzałowych lasek. Tak – to wszystko dzieje się w tej grze, ale nawet jeśli wyrośliśmy już z takich marzeń, możemy całość potraktować czysto samochodowo: jako może nie całkiem symulator (bo model fizyki „TDU” nijak nie ma się do np. GT Legends), ale możliwość zabawy bardzo wieloma typami sportowych aut, na wiele różnych sposobów.

***

TDU” to typowy sandbox: gracz ma do dyspozycji ogromny teren, który może dowolnie eksplorować i kierować swoimi losami w dowolny sposób.

Grę otwiera sekwencja lotu bohatera do Honolulu – stolicy Hawajów

 

Mówiąc o Honolulu nie mogę powstrzymać się przed opowiedzeniem autentycznej historii o moim koledze, który ma znajomych na Hawajach i chciał wysłać im zaproszenie na swój ślub. Niestety, pani z okienka na poczcie – jednej z większych w Krakowie – zapytana o cenę znaczka do Honolulu zareagowała dokładnie tak jak w „Misiu„: „nie czas na głupie żarty, nie ma takiego miasta HONOLULU, ja tu kolejkę mam, idź pan stąd!!” Trzeba było kierowniczkę wołać, z mapą w ręku udowadniać, że Honolulu istnieje naprawdę i że to wcale nie dowcip. W dodatku działo się nie w czasach ś. p. Stanisława Barei, a może ze trzy lata temu.

Wracając do sprawy: wylądowawszy w Honolulu idziemy prosto do wypożyczalni samochodów, gdzie wybieramy sobie furę wedle gustu i jedziemy, ulicami miasta, do swojego świeżo kupionego mieszkania w centrum. Do mieszkania przynależą cztery miejsca postojowe pod ziemią. Dostajemy jeszcze trochę gotówki i mapę całej wyspy Oahu, z 1.864 milami dróg do dyspozycji. Wszystko w skali 1:1.

Na Hawajach nigdy nie byłem, ale znawcy mówią, że mapa pozostawia wiele do życzenia: układ dróg odwzorowany jest dość dowolnie, występuje też tylko jeden teren miejski (Honolulu), brakuje wielu charakterystycznych budowli, widoków, itp. Również okręty cumujące w Pearl Harbor – gdzie jak najbardziej da się wjechać – nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Deklaracje producenta o „fotograficznej wierności” są więc najwidoczniej bzdurą, ale jeśli ktoś wyspy nie zna – tak jak np. ja – raczej się tym nie przejmie (co innego, gdyby autorzy gry chcieli pokazać np. Zakopiankę, a połowę sobie zmyślili – wtedy na pewno bym ich zbeształ 😉 ).

 

Na mapie widzimy dziesiątki lokacji: niektóre od początku gry, inne musimy dopiero „odkryć” przejeżdżając obok. Te punkty to: „wyzwania” (czyli różne rodzaje zadań, o różnym stopniu trudności, które wykonujemy za pieniądze), nieruchomości na sprzedaż (jeśli braknie nam miejsc parkingowych, to musimy dokupić drugi dom – logiczne, prawda?), agencje nieruchomości (to tam nabywamy kolejne siedziby), sklepy z ubraniami, wypożyczalnie aut, ale przede wszystkim – salony samochodowe i warsztaty tuningowe oraz lakiernicze.

Czy już mówiłem, że w „TDU” chodzi głównie o szpanerstwo? Widać to np. po domach, w których możemy mieszkać:

 

Ta grafika to czyste efekciarstwo: z punktu widzenia gracza dom pełni tylko jedną funkcję – garażową. Różne nieruchomości mają pojemność 4-12 samochodów, więc jedynym liczącym się parametrem jest iloraz ceny przez ilość miejsc postojowych. O ile oczywiście nie jesteśmy prawdziwymi szpanerami i nie lubimy podelektować się widokiem wypasionych willi nad brzegiem Pacyfiku. Wyposażenia domów niestety (a może stety?) nie kompletujemy sami.

Z kolei w takich sklepach się ubieramy. Marki są fikcyjne, chociaż niektóre przypominają prawdziwe. Ciuchy nie mają wpływu ma nic poza naszym samopoczuciem, jednak za posiadanie niektórych dostaje się „punkty postępu w grze”. Na ubrania nie wydajemy na szczęście ciężko wyjeżdżonych pieniędzy, ale o tym za chwilę.

 

Najważniejsze sklepy to oczywiście salony samochodowe. Tam kupujemy swoje auta – bez sensu byłoby bazować wyłącznie na ich wypożyczaniu (chociaż można, jeśli ktoś bardzo chce). W pełnej wersji gry, z dodatkiem Mega-Pack, samochodów jest aż 116, plus 9 motocykli. Kupuje się je w 30-tu salonach specjalizujących się w konkretnych markach (pamiętajmy – gra pochodzi z 2006r.).

 

Pojazdy nowe kupuje się od ręki, wybierając kolor, felgi i tapicerkę

 

Co innego, jeśli zapragniemy klasyka – a do tej kategorii należy duża część dostępnych w „TDU” pojazdów.

Klasyki kupuje się w osobnych, wyspecjalizowanych salonach. Egzemplarze wystawowe można obejrzeć zawsze, ale nie oznacza to dostępności danego modelu. Ta jest już sprawą losową – do danego sprzedawcy musimy nieraz wracać wielokrotnie, zanim upolujemy wymarzony okaz. Tutaj koloru nie wybieramy, choć każde auto możemy później przemalować.

 

Klasyki można rezerwować: w takim wypadku dostajemy powiadomienie, kiedy dany model pojawi się w salonie, żeby nie musieć sprawdzać co chwilę. Skompletowanie kolekcji robi się wtedy łatwiejsze, chociaż w danym momencie wolno mieć tylko jedną „aktywną” rezerwację.

Każdym samochodem możemy pojechać do lakiernika: na wyspie działa ich kilku, z czego większość oferuje tylko kolory z fabrycznej palety danego modelu, a tylko jeden – zwany „luksusowym” – kolor dowolny (ale i tak nie do wszystkich aut, poza tym jego usługi musimy najpierw „odblokować”).

 

Zostały jeszcze warsztaty tuningowe: tych też jest kilka, a każdy specjalizuje się w określonych markach (łatwo to rozszyfrować po nazwie: Muscle Tuner, Forza Tuner, Japan Auto Parts, itp.). Dostępne są trzy stopnie modyfikacji każdego modelu – również klasyków – tuningu nie widać jednak z zewnątrz: dotyczy on osiągów, prowadzenia i hamulców, ale nie np. niefabrycznych felg czy spoilerów. Biorąc pod uwagę ogólną estetykę gry – może i dobrze.

 

Z tuningiem trzeba uważać, bo w przypadku niektórych modeli najwyższy jego stopień przenosi auto do wyższej klasy, co zmienia zastosowanie i ogranicza konkurencyjność (bo w owej wyższej klasie będziemy mimo wszystko na szarym końcu). W poniższym przykładzie Alfy-Romeo GT tuning zmienia klasyfikację z najsłabszej grupy F na E – a w E tym modelem ciężko powalczyć o cokolwiek.

 

***

Mamy już auto, pomalowane i stuningowane, czas wyjechać na rundkę.

Schodzimy więc do garażu….

 

…i w drogę!!

 

Na samym początku gry mapa ukazuje wyłącznie nasz dom, salony samochodowe i najłatwiejsze „wyzwania”. Do każdego z tych miejsc musimy najpierw dojechać: w normalnym ruchu, drogami odwzorowanymi w skali 1:1. Kiedy już „odkryjemy” dane miejsce, możemy się do niego przenosić przez zwykłe kliknięcie w mapę. Oznacza to, że całe 1.864 mile ulic i dróg Oahu musimy prędzej czy później zwiedzić – bo na każdym calu mogą się kryć ciekawe rzeczy.

Drogi niebieskie są „odkryte”, kluczowe lokalizacje – oznaczone ikonami

 

Żeby korzystać z uroków życia, musimy najpierw zarobić: Hawaje to nie Korea, gdzie jeszcze całkiem niedawno można było zbudować imperium na kredyt 😉 A pieniądze zarabiamy wygrywając różnego rodzaju „wyzwania”.

Pierwszy rodzaj wyzwania to zwykły wyścig, kto pierwszy na mecie. Nagradzane są trzy najlepsze miejsca. Drugi rodzaj to czasówka z wyznaczonymi checkpointami (GPS wyznacza „legalną” trasę między nimi, ale nieraz można znaleźć skróty skręcając pod prąd albo ścinając na przełaj). Trzeci – jednorazowe osiągnięcie wyznaczonej szybkości: teoretycznie proste, ale niekoniecznie w gęstym ruchu, na krętej drodze i w ograniczonym czasie (tu też można czasem „oszukać system” znajdując kawałek prostej ulicy gdzieś obok albo wręcz za plecami, patrząc z miejsca startu – bo nikt nie zabrania skręcać ani zawracać, jedynym ograniczeniem jest czas). Czwarty i ostatni typ to też wyzwanie szybkościowe, ale polegające na przejeździe koło kilku fotoradarów: wynikiem jest tu średnia ze wszystkich pomiarów (również tutaj każdy radar wolno atakować wielokrotnie i z dowolnej strony, bo one nie stoją wzdłuż jednej drogi – byle zmieścić się w limicie czasowym).

Większość wyzwań zarezerwowana jest dla pojazdów określonych klas (A – najmocniejsze, F – najsłabsze, G – zabytkowe), albo określonej marki („puchar Forda„, „dzień Ferrari„, itp.). Faworyci są zwykle dość oczywiści, chociaż na niektóre kręte trasy warto wziąć coś bardziej zwinnego niż szybkiego (np. Caterhama zamiast Vipera).

A to mapa z zaznaczonymi wyzwaniami. Za zaliczenie każdego z nich dostajemy puchar (złoty, srebrny, brązowy), ale wyzwania można powtarzać dowolnie często i w ten sposób „harvestować” pieniądze.

 

Tak może wyglądać przykładowa czasówka 🙂

 

A tak – wyzwanie „fotoradarowe”

 

Jak widać na filmach, model uszkodzeń nie istnieje – możemy rozbijać się, ile chcemy. Jedyny problem, że w zwykłym ruchu i na niektórych wyzwaniach uszkadzanie cudzych samochodów ściąga uwagę policji – musimy jednak mocno nabroić, żeby mundurowi zaczęli aktywnie nas ścigać i ustawiać blokady. Dodatkowo na niektórych wyzwaniach mamy „pasek stanu”, który znika w miarę uderzania o przeszkody, a nawet wyjeżdżania poza asfalt (każdy procent ubytku paska dodaje nam karne sekundy, jednak nie wpływa na zachowanie auta). Na innych wyzwaniach można jednak bezkarnie rozwalać wszystko, a na niektórych cały ruch drogowy znika i droga należy wyłącznie do nas.

Kierowcy „cywilni” zazwyczaj poruszają się szybciej niż wolno (około 100-120 km/h, mimo ograniczeń do maksymalnie 55 mph), lecz poza tym respektują zasady pierwszeństwa, czerwone światła itp. Niestety, w konfrontacji z takimi szaleńcami jak my czasem robią małpie ruchy – np. gwałtownie zjeżdżają na inny pas albo pobocze, czym często powodują wypadek zamiast go uniknąć (co jednak wygląda wiarygodnie, bo chyba każdy spanikowałby widząc Pagani Zondę pędzące po jego pasie 320 km/h prosto na czołówkę 🙂 ). Warto pamiętać, że w 90% przypadków gwałtowna ucieczka nastąpi w prawo.

Fizyka gry jest mocno uproszczona. Wprawdzie zyskuje ona wiele, jeśli posiadamy kierownicę i pedały, a do tego wyłączymy kontrolę trakcji (wtedy naprawdę niełatwo opanować np. Ferrari Enzo po trzecim stopniu tuningu na ciasnych serpentynach), ale od prawdziwej symulacji „TDU” dzielą całe lata świetlne: prowadzenie w zakrętach, nienaturalnie silne hamulce, silna skłonność samochodów do podskakiwania w powietrze na byle wzniesieniu, no i oczywiście wspomniane już śmiganie przez tropikalną dżunglę na przełaj Mercedesem CLK-GTR albo Koeniggseggiem – to zdecydowanie największa wada tej gry. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że poszczególne modele mocno różnią się charakterystyką i dźwiękiem, są też dobrze oddane wizualnie, zarówno z zewnątrz jaki w od wewnątrz, a skompletowanie kolekcji kilkudziesięciu takich okazów sprawia dużą radość.

Producent mógłby niewielkim kosztem dodać kilka rzeczy: np. tankowanie czy choćby najprostsze serwisowanie aut, albo zmienność pór dnia i pogody (z tego typu smaczków mamy tylko opuszczanie szyb, z dość realistycznym huczeniem wiatru, ale to tylko bajer). Gdyby nie te braki, to zróżnicowanie wyzwań (w sumie jest ich 120), tropikalnego krajobrazu Oahu i możliwość kolekcjonowania ponad setki wspaniałych, ładnie odwzorowanych samochodów mogłaby uczynić z „TDU” jedną z lepszych samochodowych gier w historii. I tak zresztą nie jest źle – jeśli tylko nie wymagamy cudów w kwestii fizyki i z dystansem potraktujemy groteskowo pozerską atmosferę gry.

Poza wspomnianymi wyzwaniami sportowymi w „TDU” są jeszcze misje specjalne: dostarczanie samochodów z miejsca na miejsce, transport trefnych przesyłek i wożenie pasażerów (płci obojga – bo równouprawnienie musi być). Lokalizacji misji nie znamy na początku – musimy je odkryć sami, buszując po wyspie (podobnież poznajdować musimy warsztaty czy domy na sprzedaż).

Dostarczanie samochodów – tych najbardziej egzotycznych, często zabytkowych – jest bardzo intratne i banalnie proste: polega po prostu na przejechaniu z punktu A do punktu B, w dodatku bez limitu czasowego (można więc wlec się 20 km/h, jak ktoś ma cierpliwość). Haczyk polega na tym, że nie wolno auta uszkodzić – a jako że trasy przerzutów liczą po kilkadziesiąt km (wszystko w skali 1:1), mało który gracz oprze się pokusie przyspieszenia, by nie marnować czasu. Co też najczęściej kończy się uszkodzeniem i porażką – a tego typu misji, inaczej niż wyzwań, nie da się powtarzać. Raz przegrane, jest stracone na zawsze.

Trefne przesyłki są również „jednorazowe”. Dowozi się je w konkretne miejsce na czas, policzony na prawdziwie wyścigowe tempo. Tutaj wypadki nie powodują oblania zadania, ale wszelki kontakt z policją (która ściga nas za rozbijanie innych) – już tak. Przy czym w razie niepowodzenia musimy zapłacić nadawcy odszkodowanie!!

 

Supermodelki i autostopowicze też chcą gdzieś dotrzeć w tempie wyścigowym, z tym że w tych przypadkach musimy pilnować „paska stanu” (inaczej pasażerowie wkurzają się i wysiadają), a zapłatę dostajemy w naturze. Znaczy się – w bonach na ubrania ze sklepów, a coście myśleli…? 😉 Pasażerowie mają czasem dziwne wymagania co do samochodów: są tacy, co wsiądą np. tylko do Wiesmanna Roadstera, a inni – wyłącznie do czegoś z najniższej klasy F, itp. To jedna z motywacji do powiększania kolekcji samochodów (tak jakby do tego trzeba było motywować, hehe).

 

Jeśli nie zależy nam na modnych ciuchach, pasażerów nie musimy wozić, ale te misje to też element gry, który daje „punkty postępu”, a więc pośrednio odblokowuje kolejne poziomy wyzwań.

Ciekawym dodatkiem są podobni awanturnicy jak my, kontrolowani przez AI i śmigający po wyspie w pełnej pogardzie dla przepisów drogowych: spotkawszy któregoś z nich możemy rzucić wyzwanie ad-hoc mrugając światłami: stawiamy wtedy określoną sumę pieniędzy i wyznaczamy na GPS metę. Te wyścigi nie dają jednak punktów postępu, a tylko zabawę i pieniądze (o ile wygramy).

***

Dla nas, samochodziarzy, najważniejsze są dostępne w grze auta – całe 116 modeli. Tym razem nie będę ich wszystkich pokazywał, ale dla smaku podam listę.

W najniższej klasie F występują: Alfa Romeo GT 3.2 V6 24V, Audi A3 3.2 Quattro DSG, Audi TT Quattro Sport, Chevrolet SSR, Saturn Sky, Saturn Curve i Volkswagen Golf R32.

Klasa E: Alfa Brera, Audi A6 4.2 Quattro, Audi S4 Cabriolet, Audi S6, Ford Mustang GT Coupé, Ford Mustang GT Convertible, Jaguar XK Convertible, Jaguar XK Coupé, Lexus IS 350, Lexus GS 450h, Lexus LS 460 L, Nissan 350Z Coupé, Nissan 350Z Nismo S-Tune, Nissan Skyline GTR R34 i Pontiac GTO.

Klasa D: Aston Martin DB9 Coupé, Aston Martin V8 Vantage, Aston Martin DB9 Volante, Aston Martin DB7, Audi RS4 Quattro Saloon, Cadillac CTS-V, Cadillac XLR-V, Chrysler 300C SRT-8, Chrysler Crossfire SRT6 Roadster, Chrysler Crossfire SRT6 Coupé, Holden Efijy Concept, Jaguar XKR Coupé, Lamborghini Countach 25th AnniversaryLotus Elise R, Lotus Esprit V8, Maserati GranSport, Maserati Spyder 90th Aniversary, Maserati Spyder Cambiocorsa, Mercedes-Benz CLK 55 AMG, Mercedes-Benz CLS 55 AMG, Mercedes-Benz SLK 55 AMG, Mustang GT-R Concept, RUF RGT, RUF RK Spyder i Wiesmann Roadster MF3.

Tutaj dodam, że: a) Countach – podobnie jak kilka innych klasyków nie znajduje się w grupie zabytków, bo jest na to zbyt szybki, b) marka RUF występuje zamiast Porsche, którego kierownictwo nie udzieliło licencji producentowi gry – bardzo sprytny wybieg, pochwalam!!

Klasa C: Alfa Romeo 8C Competizone, Aston Martin Vanquish S, Chevrolet Corvette C6 Convertible, Chevrolet Corvette C6 Coupé, Chrysler Fire Power Concept Car, Ferrari 288 GTO, Ferrari 512 TR, Ferrari 575M Marenello, Ferrari 612 Scaglietti, Lamborghini Gallardo Spyder, Lotus Sport Exige, Mercedes-Benz SL 65 AMG, Spyker C8 Laviolette, TVR Sagaris, TVR T440R , TVR Tuscan i Volkswagen W12 Roadster.

Klasa B: Ascari KZ-1, Caterham CSR 260, Chevrolet Corvette Z06 Coupé, Dodge Viper SRT-10, Dodge Viper SRT-10 Coupé, Farboud Supercharged GTS Prototype, Ferrari Challenge Stradale, Ferrari F40, Ferrari F430, Ferrari F430 Spider, Ford GT, Jaguar XJ220, Lamborghini Gallardo Coupé, Lamborghini Gallardo SE, Mercedes-Benz CLK DTM AMG, Noble M12 GTO-3R, Noble M14, Noble M400, RUF RT 12, RUF Rturbo, Shelby Cobra Concept, Shelby GR-1 Concept, Spyker C8 Laviolette, Volkswagen W12 Coupé.

Klasa A: Cadillac Cien, Chrysler ME Four-Twelve, Edonis V12, Ferrari Enzo, Koenigsegg CC8S, Koenigsegg CCR, Lamborghini Murcielago Coupé, Lamborghini Murcielago Roadster, Maserati MC12, McLaren F1, McLaren F1 GT, McLaren F1 GTR, McLaren F1 LM, Mercedes-Benz CLK-GTR, Mercedes-Benz SLR, Pagani Zonda C12S Roadster, Pagani Zonda C12S, Saleen S7 Twin-Turbo.

Oraz, oczywiście, najważniejsza dla nas klasa G, czyli klasyki (te nieuwzględnione w „normalnych” kategoriach): AC 289Aston Martin DB4 GT Zagato, Chevrolet Camaro Z-28, Chevrolet Corvette 1969 Stingray, Chevrolet Corvette Stingray Convertible 1971, Chevrolet Corvette C1 1957, Dodge Challenger Super Bee, Dodge Charger RT, Ferrari 250 GTO, Ferrari Dino 246 GT, Ferrari 308 GTS Quattrovalvole, Jaguar E-Type Coupé, Lamborghini Miura P400 SV, Maserati 3500 GT, Mercedes-Benz 300 SL Gullwing, Pontiac Firebird, Shelby Daytona Coupé i Shelby GT 500.

Aha, byłbym zapomniał – są jeszcze dwie klasy motocykli: w słabszej jeżdżą Ducati Monster S4R, Ducati Supersport 1000 DS, Kawasaki Z1000, MV Agusta F4 Brutale 910S i Triumph Speed Triple, w mocniejszej – Ducati 999R, Kawasaki Ninja ZX-10 R, Kawasaki Ninja ZX-12 R i MV Agusta F4 Tamburini. Motocyklami jeździ się dziwnie, nie opanowałem tego nigdy (dlatego też nigdy nie ukończyłem całej gry), więc o tym wiele nie napiszę. To naprawdę nie mój klimat, nawet na komputerze.

Zresztą, obecnie gry nie można ukończyć również z innego powodu: wiele „punktów postępu” dostawało się za wyzwania online, których niestety już nie da się przejść, bo serwery „TDU” zostały wyłączone już lata temu. Ciągle jednak można zaliczyć wszystkie zadania dla pojedynczego gracza (w tym 200-kilometrową czasówkę wokół całej wyspy Oahu, w normalnym ruchu drogowym, z limitem 60 minut), no i zebrać wspaniałą kolekcję 116 samochodów i 9 motocykli.

***

Na koniec powtórzę, że „Test Drive Unlimited” byłby rewelacyjną zabawą, gdyby wzbogacić go o kilka klasycznych elementów gier wyścigowych i opracować porządny model fizyki z uszkodzeniami. Być może wtedy nie dałoby się objechać wyspy w ruchu drogowym w niecałą godzinę, ale kto wie, czy nie bardziej sensowne byłoby właśnie to rozwiązanie, z wyłączaniem ruchu w czasie wyzwań, pozostawieniem go wyłącznie w trybie eksploracji wyspy i koncentrowaniem się na technice jazdy? Inna sprawa, że gra straciłaby swój charakter piaskownicy dla szpanerów, który stanowi jej fundament…

Trochę szkoda, że twórcy poczynili takie właśnie założenia, ale cóż – taka już jest natura człowieka. Wielu wspaniałych dzieł ludzkiego geniuszu pożądają osobniki wcale niekoniecznie zainteresowane i doceniające ich prawdziwą wartość, a tylko pragnące wywyższyć się ponad tłum. W szczególny sposób dotyczy to drogich samochodów (co jako entuzjastę bardzo mnie boli), ale nie tylko: to samo można powiedzieć np. o wysokiej klasy mechanicznych zegarkach albo nawet dziełach sztuki wyższej, które niejeden milioner kupuje wyłącznie dla podniesienia swojego statusu. Nie chodzi tu nawet o popyt inwestycyjny – bo ten pojawia się dopiero wtedy, gdy można liczyć na odsprzedaż koneserom chętnym naprawdę dane dobro posiadać – ale o udawanie tychże koneserów. Oczywiście, każdy wolny człowiek może kupować cokolwiek i w dowolny sposób dysponować swoją własnością, a poszerzenie kręgu nabywców jedynie pomaga branży. Problemem jest jednak to, że przez takich szpanerów i pozerów same pożądane przez nich przedmioty bardzo tracą na wizerunku – przestają kojarzyć się ze szczytowymi osiągnięciami inżynierii i plastyki, a zaczynają – z najgorszymi cechami ludzkiej osobowości. W najgorszym przypadku dochodzi do tego, że swojej prawdziwej pasji ludzie zaczynają się wstydzić. Zjawisko dotyczy zresztą nie tylko limitowanych serii supersamochodów, ale też wielkoseryjnych aut, które w drugiej dekadzie swego życia zmieniają miejsce stałego pobytu z garaży szanowanych obywateli na wiejskie dyskoteki i miejsca nielegalnych wyścigów, a postawa ich posiadaczy odbija się na opinii o całych markach, a nawet motoryzacji jako takiej.

Na to oczywiście nic nie poradzimy – możemy jednak zagrać w grę, gdzie jako miłośnikom pięknych aut nikt nie będzie nam wypominał, że usiłujemy „leczyć swoje kompleksy” albo „manifestować wyższość„. Nawet jeśli estetyczna strona „TDU” bazuje na koncepcji prostackiego snobizmu, to my, samochodziarze, możemy tę zabawę potraktować jako namiastkę obcowania z naszą największą pasją. A jeśli uproszczona fizyka pozostawia w kimś zbyt wielki niedosyt, to zdradzę pewien pro-tip – po uzyskaniu rangi „mistrz” gra odblokowuje tzw. hardcore mode: włączając go nie możemy co prawda uczestniczyć w „wyzwaniach”, ale na tym etapie większość z nich i tak będziemy już mieli za sobą. W zamian dostaniemy dużo ciekawszy model jazdy, z mniejszą przyczepnością i słabszymi hamulcami. Wprawdzie auta dalej nie będzie dało się rozbić, a policji nie zainteresuje nic poza spowodowanymi przez nas wypadkami, ale jazda 360 km/h krętą autostradą nie będzie już tak prosta jak w trybie standardowym. Wtedy, zgromadziwszy w garażu parę/paręnaście/parędziesiąt ulubionych modeli, będziemy mogli naprawdę podelektować się krajobrazem Oahu. No, może niezupełnie dokładnie odwzorowanym… 😉

 

 

Share Button
Tagged with: , , ,

20 Comments on “(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: PIASKOWNICA DLA SZPANERÓW

  1. Z tym zastąpieniem samochodów Porsche RUFami sprawa wyglądała tak, że w 2000 roku Electronic Arts przy produkcji Need For Speed: Porsche Unleashed wykupiło od Porsche prawa licencyjne na używanie ich marki w grach wyścigowych na wyłączność. Z tego powodu, np. w Gran Turismo też zamiast Porsche dostawaliśmy RUFy. Umowa licencyjna wygasła kilka lat temu i w Gran Turismo Sport są już Porsche.

    A co do TDU – grałem kiedyś przez chwilę u kolegi, jakoś mnie nie porwało za bardzo, wolę się ścigać w Gran Turismo.

    • Tego nie wiedziałem. A Gran Turismo na blogu nie będzie, bo nigdy nie miałem konsol, a tylko komputery.

  2. Jedna z moich ulubionych gier… Grało się kiedyś i była to naprawdę świetna frajda. Dużym plusem była ta warstwa sieciowa i możliwość jazdy z innymi graczami. Ludzie organizowali się w kluby i jeździli wspólnie po Oahu, organizowali zloty samochodowe.

    Ileż to razy zdarzyło mi się spotkać kogoś i spontanicznie pojeździć po wyspie. Gra posiada naprawdę sporo możliwości i jest jak na tamten czas dosyć rozbudowana, ot chociażby tryb fotograficzny, którym możemy fotografować nasze auta w niemal dowolnej chwili. No i jedna z najlepszych rzeczy, czyli kamera z wnętrza pojazdu, której tak często brakuje w innych grach.

    Część II mimo lepszej grafiki, dodania Ibizy i wielu ciekawych pojazdów, a także (często zbędnego) rozbudowania (np. o wspomniane w artykule meblowanie domów) nie odniosła już takiego sukcesu, główną przyczyną był model jazdy, doszczętnie popsuty i drewniany.

    Obecnie duchowym spadkobiercą TDU jest The Crew, wydawane przez Ubisoft, a tworzone przez studio Ivory Tower. A za grę w dużej części odpowiadają ludzie tworzący TDU. Obecnie mamy The Crew 2, które ma swoje wady, ale jest naprawdę przyjemną grą z ogromnym otwartym światem i sporą ilością ciekawych pojazdów. Może w niektórych aspektach przesadzoną… Ale dającą dużą wolność i swobodę, co ja osobiście uwielbiam. No i jest kamera z kokpitu… 😉

    Kończąc ten przydługi komentarz powiem, że dzięki fanom TDU udało się przywrócić serwery do życia, czego efektem jest modyfikacja Test Drive Unlimited: Project Paradise. Pozwala ona znów grać w trybie online z innymi graczami, dodając przy okazji kilka usprawnień jak np. stacje paliw.

    • The Crew nie znałem, dzięki za rekomendację. Dopiszę ją do długiej listy gier komputerowych, w które gram już bardzo rzadko, pomimo tego, że niezmiernie je lubię.
      TDU usiłowałem odpalić swego czasu na starym laptopie, ale był zbyt powolny. Na nowszym z kolei się nie dało, bo gra, podobnie jak TDU2 jest niekompatybilna z Win. 8.
      Niedawno w artykułach nierzeczywistości równoległej były gry na Atari, teraz już TDU, niedługo będzie Forza Horizon, czy coś. Ależ czas leci 😀
      A swoją drogą przy okazji polecam GRIDa – ta gra ma już z 10 lat, niedawno dało się ją kupić za ok. 5 PLN, jest dość realistyczna, ogólnie dość przyjemna i ma już grafikę „wystarczającą” – czyli więcej nie trzeba robić, choć oczywiście można.

    • Modyfikację już znalazłem – edycję Platinum. Czy znasz może miejsce, skąd można ściągnąć patche do niej? Bo ja odszukałem tylko wersje 1.0.

  3. Moja ukochana gra z dzieciństwa, miałem kupione dwa egzemplarze, pierwszy kupiłem żeby móc zacząć jeździć onlinr a drugi musiałem kupić bo tylko w ten sposób można było wtedy zdobyć mega car pack bez którego nie mieliśmy dodatkowych ponad 40 pojazdów, no i jeśli graliśmy online a ktoś poruszał się z autem z car packa to ukazywał się nam on jako dziwne żółte auto co było bardzo denerwujące.
    Ja najbardziej lubiłem jezdzic zabytkami i motocyklami, moje ulubione duo to Maserati 3500gt I Mv Augusta f4 Tamburini.
    Najważniejsze w TDU były kluby online, mieliśmy duże forum na którym egzystowały największe polskie kluby, każdy klub miał dla kandydatów inne wymagania i każdy skupial się w swoich działaniach na czymś innym. W moim klubie zabawa była raczej luźna, nie skupialiśmy się na wyścigach ale co jakiś czas jeździliśmy po wyspie całą grupą ot tak dla frajdy z jazdy. Wymagania były takie żeby mieć kierownice, headset, no I zdać egzamin tzn. Wspólny przejazd z najbardziej doświadczonym klubowiczem żeby mógł on potwierdzić nasze kwalifikacje i że damy radę nadążać za grupą 😀 A taki przejazd dookoła wyspy przy 300kmh na MvAugustcie to nie byla bułka z masłem
    Początek końca TDU to moment kiedy w online zaczeli pojawiać się cheaterzy, w 99% byli to gracze z Rosji, pół biedy gdyby oszukiwali oni tylko w wyścigach ale oni znaleźli sobie świetna zabawa tj. Atakowanie innych graczy w wolnej jezdzie, TDU przestało mieć wtedy sens bo coś to za frajda gdy próbując utrzymać się na autostradzie nagle pojawia się dookoła ciebie znikąd kilka aut spychając cię i blokują a następnie teleportują się dalej. Niedługo później wyłączone zostały serwery o to był koniec TDU, forum też upadło, większość z naszych klubowiczów w tym momencie wchodziła w dorosłe życie i na gry nie było już czasu.

    Nastepca, czyli TDU2, nie był rewolucją, ale dobrze przemyślana ewolucją, dodana druga wyspa, dodane pojazdy offroadowe, poprawiona grafika, ale co z tego fizyka jazdy została całkowicie skopana ta gra nie dawała już żadnej przyjemności z jazdy.

    • Ja nigdy w nic nie grałem online, do tego trzeba zresztą mieć dużo czasu. A TDU2 nie kupowałem, bo gry prawie zawsze kupuję jako starocie, kiedy są już mocno przecenione, a TDU2 zostało dość szybko okrzyknięte gniotem.

  4. A propos jazdy po Zakopiance: mogłaby powstać gra typu TDU / NFS: Polish edition. Kupujesz BMW E46, stoisz w korkach na Zakopiance, urywasz wahacze na lokalnej drodze, kolekcjonujesz zabytkowe Audi 80 1.9 TDi, albo Mercedesa W124 z 60 – konnym dieslem, od czasu do czasu możesz pościgać się z Sebą w innym E46 albo Brajanem w 200 SX na odcinku Pcim – Jawornik, zamiast premii z fotoradarów musisz negocjować wysokość łapówek z zatrzymującymi cię patrolami policji… Grałbym!

    • Ja z kolei myślałem kiedyś że fajnie było by stworzyć grę ekonomiczną bazującą na złomnkkowym handlarzu Grubasie i jego perypetiach 😉

      • Jest na kilku platformach gierka Car Trader Simulator – nie grałem, więc nie wypowiem się na temat jej grywalności. Ale jako ciekawostkę powiem, że stworzyło ją polskie studio, więc może jest tam dodane kilka Mirkowych i Grubasowych smaczków 😉

      • A ona już jest dostępna gdzieś? Bo na Steam od roku już chyba napisane, że „premiera wkrótce” 🙂

      • @SzK – a faktycznie, premiera jeszcze się nie odbyła. Na Switchu od dawna mi się pokazuje w sklepiku z cyfrowymi wydaniami że będzie „coming soon” i pomyślałem że już dawno temu musiało wyjść 🙂

    • Super pomysł!!

      Zakopianka jako taka jest zawarta (częściowo) w Euro Truck Simulator 2, któe tutaj też kiedyś przedstawię. Ale Twój pomysł oczywiście doskonały!!

  5. Nigdy nie byłem graczem zakrywającym nocki przed monitorem, ale TDU to gra z którą spędziłem najwięcej godzin. Uwielbiałem przejażdżki po krętych trasach w lesie, sprawdzania dźwięku w tunelu na autostradzie czy zwykłe cruzowanie. Super opcja było radio, które mogło odtwarzać naszą muzykę. Kopiowało się tylko pliki w odpowiednie miejsce i działało.
    A problem dzień/noc rozwiązałem ściągając mała modyfikację. Dzięki temu lepiej się grało.
    Dziś dla mnie (mimo że gram znacznie mniej) jest Forza Horizon. Z części na cześć coraz lepsza, chociaż mam wrażenie że trochę mniejsza mapa jest. Za to jazda na przełaj ma sens gdy ma się Range Rovera z pierwszej serii 😀

  6. Bardzo ciekawa ta refleksja końcowa , zasługuje na osobny wpis, móglbym co nieco napisać , bo widziałem to od wewnątrz w przypadku marki Porsche , ale widze że zginąłby chyba ten komentarz , bo wszyscy o grze pisza więc nie ma sensu

    • pisz, pisz, zapewne nie będzie wielu komentarzy więc nic nie umknie

  7. Oj grało się i to dobre godziny 😀 Mieliśmy z bratem kupione (dosyć podstawowe) kierownice Logitecha i siedząc jeden obok drugiego, przemierzaliśmy O’ahu w trybie online. Miło wspominam spontaniczne podróżowanie po wyspie z graczami z całego świata. Na wyspie było kilka miejsc dla ludzi szukających kompanów do wspólnej jazdy, m.in. latarnia morska na zachodzie, czy tor wyścigowy obok lotniska. Szkoda tylko, że maksymalnie w jednej sesji mogło uczestniczyć jedynie 8 graczy.

    Warto dodać, że poza kupowaniem aut w salonach, istniała także giełda aut używanych przez innych graczy. Poza funkcją czysto handlową, służyła jako szybki sposób na powiększenie swojego majątku. Mianowicie kiedy wystawiło się swój samochód choćby z maksymalną dopuszczalną ceną (bodajże 9 milionów), po jakimś czasie i tak kupowało go AI i hajs wpadał na konto. Innym ciekawym aspektem giełdy było traktowanie przez graczy przebiegu pojazdu, zupełnie odwrotne niż w prawdziwym życiu – poszukiwano samochodów z jak największym „stażem”, gdyż zrobienie więcej niż 1000 mil jednym wozem mając do dyspozycji takie spektrum maszyn oznaczało, że gracz naprawdę ten samochód kochał.

    Ja sam najbardziej upodobałem sobie Camaro z 1967 i Maserati 3500 GT – pierwszym nabiłem bodajże 8500 mil 🙂

  8. Kiedy wyszło TDU byłem nastolatkiem i uwielbiałem tę grę. Samo prowadzenie nie dawało wielkiej satysfakcji, ale obcowanie z licznymi samochodami marzeń sprawiało mi przyjemność. Tego najbardziej brakowało w innej mojej ulubionej grze – Gran Turismo 4, gdzie też występowały wspaniałe samochody, ale możliwości cieszenia się nimi bardzo ograniczone. Do pełni szczęścia brakowało lepszego dopracowania szczegółów – autentyczne lakiery i ich nazwy, oraz charakterystyczne dla niektórych marek klaksony bardzo by ucieszyły. Sporą wadą był dźwięk silników – daleko było do NFS Most Wanted i nowszych, gdzie po samym dźwięku można było poznać, jaki samochód siedzi nam na ogonie. Standardowej muzyki było za mało, bo utwory zbyt często się powtarzały.

    Ciekawostka o tuningu w TDU – w niektórych samochodach oprócz poprawy osiągów był też tuning wizualny. Przykładowo Mustang dostawał bardzo konkretny pakiet Saleena.
    Motocyklami w miarę przyjemnie jeździło się używając „analoga” na padzie.

    Wracając do realnego świata, to czasem nachodzi mnie ochota, żeby sobie pograć w TDU, ale od lat nie odpaliłem żadnej gry. Zawsze mi ta chęć przechodzi, kiedy pomyślę, że w tym samym czasie mogę robić coś fajnego w realu, co może i wymaga większego zaangażowania, ale jest o wiele bardziej satysfakcjonujące. Ale jak złapię wirusa albo będę musiał siedzieć w kwarantannie to wtedy na pewno sobie pojeżdżę supersamochodem po Hawajach 😉

    Co do bajeranctwa, szpanerstwa i pozerstwa, to ja uważam, że jeżeli coś się komuś podoba i ma na to pieniądze, to powinien po prostu to kupić, bo ładne rzeczy kupuje się przede wszystkim dla siebie. Szkoda życia na ciągłe zastanawianie się, co inni powiedzą. Niedojrzałe to dopiero jest kupowanie nijakich rzeczy, które za bardzo nam się nie podobają, żeby tylko ci mityczni inni nas o coś nie oskarżyli. Swoje podejście uważam za zdrowsze. Gdy ktoś ciągle zarzuca innym różne działania na pokaz, to w mojej głowie pojawia się ostrzegawcza lampka, że rozmówca sam patrzy na świat przez taki pryzmat, bo mi osobiście nigdy nie przyszłoby do głowy kupienie czegoś ze względu na innych 😉

    • Szczerze, to ja też nie rozumiem, jak można się zastanawiać co kto powie, ale ten temat niestety wraca ile razy na horyzoncie pojawia się jakieś bajeranckie auto. Amerykanie mają na to super ripostę: GO AND GET YOURSELF A LIFE. Rewelacja, tylko raczej ciężko przetłumaczalne w równie zwięzłej formie 😉

  9. Grę w kilku zmodowanych wersjach mam jeszcze gdzieś na dyskach… ale już daaawno nie grałem.
    Mocną stroną TDU była tzw. scena moderska – swego czasu chyba każdy pojazd z Forzy Motorsport zostawał przenoszony do TDU. Modyfikowano dźwięki (m.in. V10-Gallardo – w modzie był obłędny, niczym innym nie jeździłem), dodawano samochody (m.in. Audi RS2 również z dedykowanym dźwiękiem), poprawiano grafikę.
    Dziś już wiele z zasobów jest niedostępnych ale coś tam jeszcze można znaleźć. Sam miałem chyba 10GB takich pliczków.

    Ogólnie – po osiągnieciu pewnego etapu nie ma sensu rozwijać tam „kariery” tylko śmigać, śmigać, śmigać… ja podchodziłem do przejścia chyba z 5 razy i zawsze kończyło się tak samo.

    TDU2 kupiłem w jakiejś BiedronkaPromo za 19.99 i leży, i się kurzy. Fajna grafika, sporo aut, jeszcze lepsze odwzorowanie dźwięków i… to tyle.