(NIE)RZECZYWISTOŚC RÓWNOLEGŁA: PITSTOP II

Rozpoczynając serię wpisów o samochodowych grach komputerowych obiecywałem, że nie zdominuje ona bloga, ale myślę, że ponad dwa miesiące, jakie upłynęły od publikacji pierwszego artykułu z tej serii to wystarczająco długo, by pociągnąć temat dalej. Postanowiłem przedstawiać tutaj jedynie gry, w które kiedyś sam grałem i w kolejności chronologicznej. Poniekąd zresztą nie mam wyjścia, bo przeszedłszy w styczniu na Windowsa 8.1 straciłem możliwość uruchamiania praktycznie wszystkich gier na starsze Windowsy i dopóki nie znajdę jakiegoś rozwiązania (myślę nawet o osobnym dysku przenośnym z XP-kiem, którego oryginalną płytę wciąż mam), jestem skazany na pisanie o tytułach na ośmiobitowe Atari, Amigę i ewentualnie MS DOS-a, bo ich emulatory to jedne z nielicznych starych programów, jakie działają mi bez przeszkód.

Ostatnim razem pisałem o wielkim, ale szczęśliwie spełnionym marzeniu z dzieciństwa, jakim była dla mnie gra „Road Race”. Dziś kolej na drugą samochodówkę, w jaką grałem na Atari – „Pitstop II”, określaną w tamtych czasach jako symulację Formuły 1, choć słowo „symulacja” w kontekście gier z tamtych czasów wywołuje dziś uśmiech politowania.

Pitstop II” wydała w 1984r. firma Epyx (która skądinąd stworzyła później pierwszy tytuł samochodowy, w jakim grałem na Amidze – „4×4 Off-Road Racing”). Jak można się domyślać, była to kontynuacja o rok wcześniejszej gry „Pitstop”. „Jedynki" niestety nie miałem, więc nie mogę się o niej wypowiadać, ale po znalezionych w Internecie opisach i zrzutach ekranu zorientowałem się, że postęp, który dokonał się pomiędzy obiema częściami gry, był spory.

Najważniejszą innowacją i równocześnie największym atutem „Pitstop II” była możliwość bezpośredniej rywalizacji dwóch graczy na podzielonym w poziomie ekranie (wcześniej było to możliwe jedynie poprzez naprzemienne pokonywanie tej samej trasy przez dwójkę ludzi). Do tego były oczywiście potrzebne dwa joysticki, co stanowiło pewną barierę dla niektórych komputerowców, ale przynajmniej pojawiła się taka możliwość. W trybie pojedynczego gracza jechało się w górnej połówce ekranu, dolną zajmował jeden z wirtualnych rywali – w tamtych czasach określało się go zazwyczaj mianem „komputera”, w dzisiejszym żargonie graczy mówi się nań powszechnie „AI” (od artificial intelligence). Co ciekawe, kiedy miałem 10-12 lat, nie miałem problemów z pokonaniem przeciwnika, zaś dzisiaj, gdy odpaliłem grę na emulatorze by zrobić kilka zrzutów ekranu, bolid z dołu nie pozostawił mi żadnych szans…

Gdy ogląda się grafikę ośmiobitowych gier, aż trudno uwierzyć, że z uwagi na ograniczenia sprzętowe wykorzystywała ona zaledwie osiem kolorów jednocześnie (w „Road Race” też tak było, z tym że tam paleta ulegała zmianie wraz z porami wirtualnego dnia, tutaj zaś jest stała). Na tytułowym ekranie, u góry artykułu, widzimy ośnieżone góry, zielone drzewa oraz dość ładnie narysowany, choć oczywiście całkowicie dwuwymiarowy bolid F1.

Potem przechodzimy do wyboru opcji.

menu

 

Tutaj decydujemy o ilości graczy (1 lub 2), miejscu wyścigu (tory Kyalami, Brands Hatch, Hockenheim, Sebring, Watkins Glen lub Fuji, da się też pojechać w mistrzostwach obejmujących wszystkie te obiekty po kolei), liczbie okrążeń (3, 6 lub 9) oraz stopniu trudności: ROOKIE, SEMI-PRO lub PRO (determinuje on osiągi oraz wytrzymałość auta, jak również poziom przeciwników). Na marginesie muszę dodać, że właśnie gry komputerowe, nawet tak proste, mobilizowały mnie w dzieciństwie do nauki angielskiego: sprawdzałem sobie w słowniku każde słówko pojawiające się na ekranie, tym bardziej, że nie było ich wcale tak wiele. Potem na lekcjach nauczycielka nie mogła wyjść z podziwu nad słownictwem, czasem nawet slangowym albo fachowym (militarnym, sportowym, itp.), jakie znała pewna grupa osób w klasie. Ona chyba nie domyślała się, jaki jest klucz przynależności do owego grona wtajemniczonych, ale ja oczywiście tak, bo to w końcu byli moi kumple, grający w te same tytuły i uśmiechający się równocześnie, gdy w klasie padało jakieś co bardziej charakterystyczne słowo z którejś z gier. Przypomniało mi się to, bo nazwy stopni trudności z „Pitstop II” były jednymi z pierwszych słów, które skłoniły mnie do sięgnięcia po słownik.

250

 

Sama jazda też była dość innowacyjna, jak na tamte czasy: symulację nazywano „trójwymiarową”, choć słowo „trójwymiar” wydaje się tu równie nie na miejscu jak sama „symulacja”. Dziwacznie nierealistyczne wydaje się zwłaszcza sterowanie: wychył drążka na boki (skręty), do przodu (gaz) i do tyłu (hamulec) nie budzą wątpliwości, ale już funkcja przycisku fire, który dawał dodatkowe przyspieszenie i zwiększał równocześnie prędkość maksymalną (gdy trzymać go cały czas), jest całkowicie nieinstynktowna.

Coś z symulacji jednak było: jakkolwiek dowolnie ciasne zakręty dało się przejechać bez zwalniania, a zderzanie się z przeciwnikami miało relatywnie niewielkie konsekwencje, kluczowy dla wyniku rozgrywki był wybór strategii. Podobnie jak w prawdziwej Formule 1, bolidy w „Pitstop II” zużywały paliwo oraz opony. Oba zasoby można było odnawiać w boksach – samemu kontrolując ręcznie mechaników!! – co oczywiście zabierało czas zależny od zręczności gracza.

Gdzie tutaj wybór strategii? Przede wszystkim w decyzji: szybko albo oszczędnie. Spalanie bardzo silnie zależało od prędkości jazdy (inaczej niż w „Road Race”, gdzie było liniową funkcją czasu jazdy), sukces był więc kwestią odpowiedniego zbalansowania tempa: zbyt wysokie powodowało stratę całego nadrobionego czasu w boksach, zbyt niskie pozwalało przeciwnikom nas wyprzedzić. 25 lat temu bez problemu znajdowałem złoty środek i kończyłem wyścig w czołówce, dziś jakoś mi nie idzie. Ale wiadomo, kiedyś spędzało się na grach mnóstwo czasu…

Zużycie opon również zależało w dużym stopniu od gracza: gumom wyraźnie szkodziło ostre przyspieszanie, szybka jazda w zakrętach, a szczególnie uderzanie w inne auta oraz w biało-czerwony „krawężnik” (którego nie dało się przekroczyć i wypaść z toru). Ścierający się bieżnik zmieniał kolor z czarnego na kolejno niebieski, fioletowy, zielony i czerwony, aż wreszcie następował… pożar (= GAME OVER). O ile opony nie zostały na czas wymienione.

blue

purple

GREEN

RED-

FIRE-

 

Do boksu wjeżdżało się skręcając w prawo przy linii startu / mety.

pIT

 

Tutaj ważyły się losy niejednego wyścigu. Owalny, migający kursor pozwalał wybrać sylwetkę jednego z czterech mechaników: ten z lewej uzupełniał paliwo, ci z góry i dołu zmieniali opony (całkiem realistycznie: trzeba było zdjąć zużyte koło, odnieść je na stos, wziąć nowe i założyć), a ostatni, z prawej, dawał sygnał do odjazdu. Bardzo kusząca była możliwość zmiany kół w czasie trwającego dość długo tankowania, ale w wypadku przelania zbiornik… opróżniał się całkowicie i trzeba było zaczynać od początku!! Tymczasem „komputerowy" przeciwnik z dolnej połówki ekranu cały czas jechał… Ależ to były emocje!!

1

2

3

4

 

Idea zmiennego zużycia paliwa i ogumienia tłumaczy chyba dziwny system sterowania: wydaje mi się, że „dopalacz” pod przyciskiem fire miał na celu po prostu zróżnicowanie przyspieszenia, by zwiększyć rozpiętość pomiędzy oszczędnym i agresywnym stylem jazdy (przykładowo, ruszenie z miejsca z wciśniętym przyciskiem skutkowało niemal natychmiastową zmiana koloru świeżych opon – tylko tylnych!! – na niebieskie). W dobie cyfrowych joysticków, działających całkowicie zero-jedynkowo, była to chyba jedyna możliwość.

Z dzisiejszego punktu widzenia rozczarowuje też start do wyścigu w towarzystwie zaledwie jednego pojazdu (przeciwnika z drugiej połówki ekranu), a następnie stopniowe doganianie i wyprzedzanie innych uczestników, których w sumie było bodajże dziesięciu (ich bolidy różniły się kolorami). Sądzę jednak, że przedstawienie startu dziesięciu samochodów równocześnie było niemożliwe przy będącej wtedy do dyspozycji grafice, a być może również mocy obliczeniowej procesora (w „Road Race” pojawiało się na ekranie całkiem sporo pojazdów na raz, ale podążały one stałym torem ze stałą prędkością i nie ścigały się z nikim, co zapewne było znacznie prostsze do zakodowania).

Dziś możemy się też śmiać z kolorystyki stopniowo zużywanych opon, ale pamiętajmy, że programista musiał przedstawić cały świat gry – samochody, tor, okoliczny krajobraz, a nawet reklamowe billboardy na poboczach (sławiące oczywiście firmę Epyx) – za pomocą zaledwie ośmiu barw!! Oglądając dawne produkcje nie mogę czasami wyjść z podziwu nad zdolnościami i wyobraźnią ludzi, którzy tworzyli tak pasjonującą zabawę przy pomocy tak słabego hardware’u. Do dziś, gdy włączam sobie na chwilę emulator Atari, przed oczami natychmiast stają mi błogie chwile sprzed, bagatela, 25 lat…

 

Ilustracje: zrzuty ekranu z opisywanej gry

Share Button
Tagged with: , ,

16 Comments on “(NIE)RZECZYWISTOŚC RÓWNOLEGŁA: PITSTOP II

  1. Grałem na C64. Uwielbiałem. Zwłaszcza "urywanie" sekund w pitstopach i jazdę "na krawędzi" zużycia opon. Miałem grę na kartridżu, więc nie było problemów i straty czasu przy wgrywaniu z taśmy magnetycznej. Właściwie to jeszcze mam, czas chyba wykopać Comodorca z szafy.

  2. przypomina mi to „grand prix circuit” ktore mialem na 386 (orginalnie gra na C64). jak na mozliwosci 386 to byla prosciutka gra, ale jak na C64 to calkiem niezla

    SzK: moze chcesz jakiegos starego laptopa 486 / Pentium1 na takie stare gry??? cos by sie dalo zalatwic za grosze 🙂 samych gier DOSowych tez mam dosc duzo 🙂 uzbieralo sie z dziecinstwa 🙂
    wg mnie DOSowe gry to byl szczyt fajnosci gier, pozniej to sie poprawiala grafika, ale same gry byly albo takie same, albo glupsze, albo czlowiek dorosl… ? 😉 w karzmadz razie mnustwo frajdy dawalo GTA1 (ktore tez bylo DOSowe, wymagalo 486 50MHz i 8MB ram, choc samo zajmowalo az 60MB!! to tyle co caly zainstalowany Windows 95) a do wspolnego grania z bratem niezastapione bylo Liero, czyli takie wczesniejsze Wormsy, ale lepsze, bo na dwoch w czasie rzeczywistym!

    • Gry DOS-owe chodzą mi ładnie pod DOSBoxem (polecam, działa idealnie pod każdym Windowsem).

      Problem jest z grami z pierwszej dekady XXI wieku. Np. z GT Legends z 2006r., które jest wspaniałe, to najbardziej realistyczna symulacja wyścigów, jaką znam. 

      GP Circuit to kosmos w porównaniu z Pitstop II, zupełnie nie ta epoka.

       Nowsze gry też bywają dobre, tylko trzeba znaleźć dobre tytuły, a nie komercyjną sieczkę. No i jeszcze mieć czas, żeby w nie grać – ja tam wolę np. pisać bloga 🙂

      • ok, ja ogolnie nie lubie emulatorow, calkowity brak klimatu. jak sie odpali np Pegazusa na telewizorze to zupelnie co innego 🙂 oczywiscie tv kineskopowym, ale ja innych nie uzywam 🙂
        GT Legends nie znam, ale ogolnie nie przepadam za grami w ktorych trzeba jechac po z gory zaplanowanej trasie, i nie da sie nigdzie indziej, znacznie bardziej mi sie podoba GTA, gdzie mozna jechac wszedzie gdzie sie chce, no i wazne jak sie samochody rozwalaja 🙂 dla tego mimo ze w zasadzie w nic wogole nie gram, to GTA3 czasem odpalam, szczegolnie ze od jakiegos czasu mam taka mozliwosc na P4 🙂 bo na P3 to bylo wiecej denerwowania niz zabawy… partactwo programistow jest coraz wieksze, kiedys potrafili zdzialac cuda, majac bardzo ograniczone mozliwosci, teraz mam wrazenie ze nikogo nie obchodzi optymalizacja kodu. nawet tak zlozona i dopracowana gra jak Carmageddon kiedys potrzebowala raptem P1, a Carmageddon2 P2, a smialo mozna ja porownac z GTA3, ktoro juz wymaga P4

      • Wiesz, to, że świat idzie do przodu, to normalne zjawisko, gdyby nie to, ciągle żylibyśmy w jaskiniach. To dobrze, że istnieją emulatory, bo dzięki nim można sobie wrócić do czasów młodości bez inwestowania w stary sprzęt, który nie jest już potrzebny do żadnych innych celów poza kolekcjonerskimi i sentymentalnymi. Zachowywanie go, czy to w elektronice, czy w motoryzacji, to rola pasjonatów, takich jak Ty.

        Optymalizacja kodu faktycznie wygląda dziś inaczej, bo inne sa relacje kosztów. Kiedyś moc obliczeniowa czy pamięć były ogromnie drogie albo w ogóle niedostępne, więc trzeba było oszczędzać je za wszelką cenę. Dzisiaj wielogigabajtowa kość RAM kosztuje mniej niż dniówka informatyka, więc sens ślęczenia miesiącami nad optymalizacją kodu jest żaden. Ludzie „starej daty” są przyzwyczajeni do sytuacji, gdzie praca była tania i łatwo dostępna, a kapitału chronicznie brakowało, więc logiczne było zastępowanie braków sprzętowych czynnikiem ludzkim. Dziś jest dokładnie odwrotnie – specjalistyczna praca jest najdroższym zasobem, a hardware kosztuje grosze, więc trend jest dokładnie odwrotny.

        Przypomina to trochę sytuację w motoryzacji sprzed stu lat – kiedy H. Ford wprowadzał odlewane w całości bloki silnika, wszyscy piorunowali, że w razie pęknięcia trzeba będzie wyrzucić cały silnik zamiast wymiany jednego cylindra. Tymczasem nowa technologia była tak efektywna, że cały motor do Modelu T, i to z osprzętem, kosztował mniej niż pojedynczy cylinder do innych samochodów, a i wymiana była nieporównanie łatwiejsza, szybsza i tańsza. Mało tego: lepsza technika odlewnicza w zasadzie wyeliminowała pękanie cylindrów w ogóle. Starej daty mechanikom nie mieściło się to w głowie, nie ogarniali tego, jak to jest możliwe, no ale jest. Dziś już w ogóle nie występuje coś takiego, jak pęknięty cylinder. W latach 80-tych to samo było z wtryskiem paliwa – mówili, że gaźniki da się naprawić samemu, a „komputera” nie. Tylko tyle, że ten „komputer” w ogóle nie wymagał żadnych napraw, wytrzymywał setki tysięcy kilometrów, a działał dużo efektywniej i w dodatku po paru latach stał się tańszy od gaźnika (nie mówię tu o common-railu, ale o klasycznych układach pośredniego wtrysku benzyny z lat 80-tych i 90-tych). Po prostu, na pewnym etapie postępu dawne profesje przestają być potrzebne, pojawiają się za to nowe. Sentyment starszego pokolenia jak najbardziej pozostaje, stąd biorą się miłośnicy oldtimerów albo starych gier, ale to już tylko wartość historyczna.

      • Optymalizacja kodu jest coraz słabsza i tak. I nie tylko z powodu lepszej dostępności szybkiego hardware'u. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale GTA4 na PC działa koszmarnie na każdym kompie. Autentycznie nie ma chyba komputera, który dałby rady to draństwo odpalić z dorbą ilością FPS. Tak przekonwertowali z konsol… Bardzo załuję kasy wydanej na oryginał.

        A większym problemem współczesnego rynku gier są DLC, Steam itp. ścierwo. DLC sprawia, że kupujesz grę tak na prawdę kilka razy, bo w podstawowej jest połowa contentu wycięta, a Steam sprawia, że nie masz gry, tylko prawo do jej użytkowania. Dlatego gry korzystające ze Steama kupuję tylko w promocji, po dużych obniżkach cen – jak Steam w końcu padnie (I nie mówcie, że nie – Imperium Rzymskie padło, to i Steama trafi kiedyś zasłużony szlag), to nie będzie szkoda wydatku. No i zazwyczaj w tych promocyjnych grach są juz wszystkie DLC w gratisie.

        A z reszta, mój komp już i tak mało nowych gier jest w stanie uruchomić. A nowego nie kupię, bo przez powyższe powody i tak mi się nie zechce grać. Zaś bloga dam rady pisać na tym co mam teraz 😛

      • Jak chodzi o wielkie korporacje produkujące masówkę, to zapewne korzystają z taniej siły roboczej, a efektywność kodu zastępują powierzchowną atrakcyjnością produktu i marketingiem – gawiedź i tak kupi. Są jednak ciągle małe, specjalistyczne studia, które robią niesamowitą robotę – będę kiedyś pisał np. o Euro Truck Simulator 2. To jedna z zaledwie dwóch nowoczesnych gier, w które czasem grywam. Zrobiło ją maleńkie studio czeskie, wprowadzili niemal nieograniczone możliwości dla pracujących hobbystycznie modderów (najlepszych z nich nawet zatrudnili!!), i rezultaty są piorunujące. Klientela może niezbyt masowa, ale nieskończenie oddana. Ludzie płacą regularnie za dodatki w stylu nowy wzorek malowania do ciężarówki – nie dlatego, że dali się omamić taką bzdurą, a po to, żeby dać producentowi przeżyć i rozwijać dalej produkt, bo on jest tego warty.

        To, że nowości kosztują więcej niż „complete edition” klasyki w promocji, to najnormalniejsza sytuacja na rynku. Większość gimnazjalnych giercowników napala się na nowe tytuły, więc się ich kosi, a dojrzalsi ludzie umieją liczyć, no i mają trochę inne priorytety emocjonalne, więc na tym zyskują :-).

        A nowego kompa i tak musiałem w styczniu kupić, bo w starym padł wyłącznik. Kumpel dolutował mi prowizorycznie dwa kable, ale poradził, żeby sprzęt zmienić, bo ma już swoje lata i lada chwila moż być klops. Stąd mam problem z rzeczonym Windowsem 8.1. Czy jako fachowiec możesz mi coś poradzić? Radykalnym rozwiązaniem byłby przenośny dysk z XP-kiem i chyba w końcu tak zrobię, ale jeśli znasz tańszą możliwość, żeby odpalać XP-kowe tytuły z pełną obsługą sprzętową (akceleracja grafiki, itp.), to byłbym wdzięczny.

      • to ten kolega mogl Ci przylutowac jakis bylejaki wlacznik a nie 2 kable, albo podlaczyc Ci wlacznik pod reset a restet jako te 2 kable…
        po czym niby poznal ze dlugo nie podziala? skoro pracowal stabilnie, nie zawieszal sie na amen (tak ze mysza sie nie ruszy nawet), nie resetowal i nie dzialy sie zadne inne dziwne rzeczy jak wlaczanie po kilka razy zeby zaskoczyl to bedzie dzialal i dzialal, chyba ze dostrzegl wybulajace sie kondensatory, to mogl je wymienic, koszt kilka/kilkanascie zl, ja to wogole wylutowuje z martwych plyt glownych, jesli sa plaskie lebki to sa dobre, wiec wogole koszt zerowy, szkoda bylo kasy na nowy komputer

        jest takie cos jak WMWare – czyli wirtualna maszyna, odpalajac cos takiego masz wirtualny komputer na ktorym mozesz zainstalowac sobie dowolny system operacyjny, i to jakos nawet dziala i korzsta z rzeczywistych zasobow sprzetowych (znajomy to uzywa), z tym ze to pewnie bedzie dzialac tak wolno ze na tym jeszcze dodatkowo odpalona gra podejzewam ze bedzie dzialac tragicznie, ale mozesz sprawdzic, ja tam mowie, nie lubie emulatorow, choc rozumiem ze jest to JAKIES wyjscie z sytuacji jak nie ma innego, skoro jednak masz ten stary komputer to po prostu na tamtym odpalaj, mozesz sobie kupic taki przelacznik monitora/klawiatury/myszy zeby podlaczyc 2 i wiecej komputerow do jednego zestawu peryferii, ja takie cos mam, nie wiem ile kosztuje, ja znalazlem na zlomie 🙂

        albo sformatuj ten dziwaczny win8 i wgraj win7, on jest z grubsza kompatybilny z xp wiec powinno na nim dzialac wszystko co na xp, sterowniki powinny byc tez dla win7 (dla xp moze niestety nie byc), ja z xp korzystam, win7 mam w pracy, i powylaczalem w nim niemalze wszystko zeby wygladal normalnie, jak win98 (w xp tez wylaczam), dzieki czemu nawet w miare dziala, bo wczesniej to dzialal jak win95 na 386, czyli po wcisnieciu czegokolwiek trzeba bylo czekac po kilka-kilkanascie sek na reakcje…. (kiedys w ramach eksperymentu wgralem 95 na 386 😉 i tak wlasnie bylo)

      • Na Win7 stare gry hulają aż miło. Z tego co wiem można zrobić downgrade na wcześniejszego Windowsa – musisz tylko zdobyć płytkę instalacyjną i zainstalować na swoim kluczu, czy jakoś tak. Trzeba dopytać googla o szczegóły.

        Ewentualnie wirtualna maszyna z XPkiem, na nowym komputerze powinna śmigać bez zająknięcia. VMWare Player lub Virtual Box zrobią robotę.

      • Sprzęt jest dobrej klasy, Win 8.1 na co dzień chciałbym zachować, bo nawet mi się podoba. Może spróbuję tego virtuala, ale nie jestem pewny, czy w ten sposób pójdzie GT Legends albo ulubiona gra mojej żony – L.A. Noire.

      • L.A. Noire nie działa na Win 8? Przynam, że jestem zszokowany. Przecież to jednak dość świeży tytuł, który wyszedł długo po premierze "siódemki".

        Ominąłem Viste to i 8 ominę. Dziwi mnie tylo, że w dzisiejszych czasach mają miejsce aż takie problemy. Przecież to tylko 1 generacja różnicy. Nawet patcha nie udało im się w tym czasie zrobić?

      • Teoretycznie jakiś patch jest, ale po instalacji nic nie działało. Dodam, że oczywiście oryginał mam (bo to ciągle nieoczywiste w tym kraju).

  3. "funkcja przycisku fire, który dawał dodatkowe przyspieszenie i zwiększał równocześnie prędkość maksymalną (gdy trzymać go cały czas), jest całkowicie nieinstynktowna."

    W dzisiejszych czasach to sie nazywa KERS 😀

    • EPYX przewidział przyszłość!! 🙂

      Tylko tyle, że przycisk mogłeś trzymać przez cały wyścig (miasiałeś wtedy tankować co dwa kółka, ale dało się).

  4. Jak na Atari wygląda to świetnie. Coś podobnego miałem na Pegasusie i grało się w to znacznie przyjemniej niż w nieporówynwalnie lepsze graficznie Grand Prix, które miałem w tym samym czasie na PC. To pokazuje, że w grze komputerowej najważniejsze jest "to coś", co tak ciężko zdefiniować. Dzisiaj możemy mówić o nostalgii, ale przecież wtedy miałem oba te tytuły równocześnie, więc to raczej nie to.

    Przypadkiem poruszyłeś też kwestię nauki języka poprzez wczesne gry komputerowe. Miałem dokładnie tak samo i jestem zdania, że miało to ogromny wpływ na moje dzisiejsze zdolności językowe. Czyli jednak argument "potrzebuje komputera do nauki" nie był całkowitym kłamstwem 😉 .

    • Uczyłem się w życiu wielu różnych języków, ale te, których nie używałem regularnie na co dzień, szybko zapominałem. Języka nie uczymy się wkuwając słownik na pamięć, uczymy się obcując z nim w konkretnym kontekście. Komputer, zwłaszcza w dobie Internetu, jest tu niezastąpiony.