(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: TOWARZYSZ PODRÓŻY

 

Gratulujemy nabycia nowego Trabanta 601. Państwa pojazd, o tak zobowiązującej nazwie, zawsze będzie wiernym towarzyszem podróży” – tak zaczynała się oryginalna instrukcja obsługi sztandarowego wyrobu enerdowskiego Zjednoczenia Przemysłu Budowy Pojazdów (Industrieverband Fahrzeugbau – w skrócie IFA).

Niemieckie słowo Trabant oznacza właśnie towarzysza podróży, albo też satelitę, a jako nazwa popularnego samochodu zostało wybrane dla uczczenia wystrzelenia przez ZSRR pierwszego sztucznego obiektu na orbitę okołoziemską. Ponieważ marka Trabant do dziś pozostaje zastrzeżona (obecnym właścicielem jest organizacja Internationales Trabant-Register e.V), w komputerowej grze o tym kultowym aucie została zmieniona na Laika – angielską wersję imienia suki Łajki, czyli pierwszej żywej istoty w kosmosie.

Gra nazywa się „Jalopy” („Gruchot”) i jest dziełem brytyjskiego studia MinskWorks, wydanym wiosną 2018r. przez Excalibur Games. Pomysłodawcą i głównym autorem jest londyński programista pochodzenia białoruskiego, Greg Pryjmachuk, który jednak jeszcze przed premierą „Jalopy” został z MinskWorks usunięty. Wielu komentatorów uważa, że właśnie dlatego program robi wrażenie niedokończonego – przypomina raczej środkową fazę „wczesnego dostępu”, którą należałoby wzbogacić i dopracować. Wielka szkoda, bo koncepcja jest oryginalna, z potężnym potencjałem, więc potraktowana z właściwą atencją mogłaby stać się wielkim przebojem. Jednak nawet w obecnej formie potrafi zapewnić świetną zabawę.

***

Czy kiedykolwiek w życiu czuliście więź z samochodem? Ja zdecydowanie unikam przypisywania przedmiotom cech ludzkich, w tym np. nadawania imion. Tyle że jeszcze nigdy nie znalazłem się w sytuacji, kiedy od samochodu i jego sprawności zależałoby moje być albo nie być – wierzę więc, że w takim wypadku można się w pewien sposób zaangażować.

Samochody z krajów tzw. realnego socjalizmu nie grzeszyły niezawodnością. Zawierzanie im było krokiem ryzykownym, ale czasem koniecznym, bo w dalekich podróżach – naonczas rzadkich i nieporównanie trudniejszych niż dziś, ale czasami jednak odbywanych – nie było ubezpieczeń assistance, a jakiekolwiek zakupy i usługi za granicą, zwłaszcza na Zachodzie, kosztowały krocie. Samochód po prostu musiał objechać – innej opcji nie było.

Pod koniec lat 70-tych mój tata ze swym bratem i bratową kilkakrotnie wyprawiali się do Jugosławii i Bułgarii zahaczając o Austrię, a jednorazowo również o Włochy. Jeździli oczywiście w celach handlowych: na trzytygodniowym wyjeździe, obok zwiedzania pięknych miejsc, zarabiali na głowę tyle, co w państwowej pracy za cały rok (tata był wtedy nauczycielem, jego brat inżynierem budownictwa, a bratowa księgową).

Ich samochód – już wtedy stareńki Wartburg 311 wujka – śpiewająco wytrzymywał dalekie eskapady. Czasem przez spore góry, przy permanentnym przeładowaniu, bo trzy osoby, sprzęt biwakowy, towary na sprzedaż i zapasy żywności („za granicą kupowaliśmy tylko paliwo i chleb„) ważyły znacznie więcej niż dopuszczalne przez producenta 360 kg.

Foto: archiwum rodzinne

Raz tylko zdarzyła się awaria: już w pierwszym dniu podróży, po wjeździe na Węgry, zaświeciła się kontrolka ładowania. Naprawa prądnicy za granicą nie wchodziła w grę, powrót do domu tym bardziej. Trzeba więc było objechać połowę Europy zapalając na pych i nie właczając radia (jedynego kontaktu ze światem), świateł czy wycieraczek (w lecie dni są na szczęście długie, a deszcz nad Adriatykiem nie pada). Szczęśliwie się udało.

W takich sytuacjach emocje mają prawo dojść do głosu. Mówienie do samochodu, głaskanie go, modlitwy za mechanizmy – trudno dziwić się takim odruchom, które dziś zastępuje nowoczesna technika i zapamiętany w komórce numer infolinii ubezpieczyciela. Kiedyś nie było takich luksusów, dlatego nazwanie samochodu Trabantem – czyli towarzyszem podróży – było ze wszech miar uzasadnione.

Towarzysz Podróży” – to byłby chyba lepszy tytuł dla gry „Jalopy„, której akcja polega na dojechaniu tytułowym gruchotem z Wschodniego Berlina do Stambułu. Przez sześć państwowych granic, z sześcioma noclegami przed każdą z nich, w nieustannej walce o środki do przetrwania kolejnego dnia i utrzymania w ruchu rozpadającego się w oczach grata.

Brzmi ciekawie? Bo takie właśnie jest, tyle że realizacja wspaniałego pomysłu pozostawia wyraźny niedosyt

 

***

Pierwszy kwas pojawia się już przed rozpoczęciem zabawy: program obsługuje tylko jeden zapis stanu gry, nie można więc mieć rozpoczętych kilku rozgrywek jednocześnie (da się ręcznie podmieniać pliki, jednak aktywna gra jest tylko jedna). Na plus warto wspomnieć wielość wersji językowych, w tym dość egzotycznych. Tłumaczenie polskie też jest, chociaż lekko koślawe – dlatego screenshoty robiłem z wersji angielskiej.

Akcja dzieje się latem 1990r., po upadku berlińskiego muru i otwarciu granic krajów RWPG, ale jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec. Można się kłócić, czy nie ciekawiej byłoby cofnąć się o dekadę lub dwie i dodać element walki z biurokracją, ale tak autorzy zdecydowali. Chyba niesłusznie tworzyli też smętno-burą oprawę graficzną, mającą odtwarzać przaśną atmosferę rzeczywistości postkomunistycznej (tak jakby nad ówczesnym wschodem Europy świeciło jakieś słabsze słońce).

Gra toczy się w pierwszej osobie, a rozpoczyna dźwiękiem budzika i otwieraniem się oczu bohatera.

Nad łóżkiem stoi niecierpliwiący się wujek o imieniu Lütfi (które niewtajemniczeni mogą wziąć za niemieckie, choć w istocie jest ono tureckie). Czas wstawać i wyjeżdżać w podróż życia!!

 

Otoczenie wygląda na warsztat samochodowy. Poganiający nas wujek stoi już obok Traba… przepraszam, Laiki 601 Deluxe

 

…która okazuje się wrakiem pozbawionym kół, prawych drzwi i całej zawartości komory silnika. Jak to w tamtej rzeczywistości, o środek transportu trzeba postarać się własnoręcznie.

 

Części w warsztacie dostatek. Kompletowanie jeżdżącej Laiki to rodzaj tutorialu, bo przy naszej „mydelniczce” grzebać będziemy często.

 

Pod maską montujemy kolejno silnik, gaźnik, filtr powietrza (opcjonalnie), cewkę zapłonową, akumulator, zbiornik paliwa i zbiornik wody do spryskiwacza. Części są fabryczne – nieużywane, ale marnej jakości. Po drodze będziemy próbować zdobyć lepsze zamienniki: wydajniejsze, lżejsze, trwalsze.

 

Do założenia kół potrzebujemy podnośnika w komplecie z kluczem. Koła Laiki mocowane są tylko jedną śrubą, ale i tak klikania jest sporo.

 

Na koniec nalewamy płynów: benzyny, oleju i wody do spryskiwacza. Mieszankę można sporządzić w kanistrze lub od razu w baku, a jej proporcje wpływają na silnik. Butelka oleju zawiera cztery „porcje”: nalanie jednej daje mieszankę „ubogą”, dwóch – „optymalną”, a trzech – „bogatą” (oleju niestety nie odmierzamy stosownie do ilości paliwa, to duży błąd). Im więcej oleju, tym silnik podziała dłużej, lecz będzie też trochę słabszy. Na czystej benzynie jeździ najszybciej, ale oczywiście krótko.

 

Fabryczne części zużywają się szybko – już po kilkuset kilometrach znikają punkty durability. Niesprawność silnika zmniejsza moc, gaźnika – zwiększa spalanie, filtra powietrza – przyspiesza niszczenie silnika, cewki – utrudnia zapalanie (choć powinna szkodzić bardziej), zbiorników – powoduje wycieki. Ścierają się też opony, co pogarsza przyczepność, aż wreszcie prowadzi do wystrzału.

Akumulator zużyciu nie podlega, jednak wyładowany uniemożliwia odpalenie silnika. Na pych niestety się nie da (mimo że w ogóle pchać samochód możemy i bywa to bardzo przydatne). Baterii nie można też naładować, również podczas jazdy – po rozładowaniu trzeba zdobyć nową. Wystarczy jednak nie włączać na zgaszonym silniku odbiorników prądu (świateł, wycieraczek, radia), by o akumulatorze zapomnieć.

Maszyna gotowa, wujek Lütfi już wsiadł. Zza horyzontu pomału wychodzi słońce.

 

Czas porzucić stare śmieci…

 

…zapakować do kufra podnośnik (niczym więcej aktualnie nie dysponujemy) i w drogę!!

 

***

Kokpit Laiki jest interaktywny. Drzwi otwieramy i zamykamy kliknięciem klamek i uchwytów, maskę – cięgłem po lewej stronie. Działają wskaźniki szybkości i poziomu paliwa, korbki szyb, klakson, dźwigienka świateł mijania, klawisz awaryjnych (kierunkowskazów niestety nie ma), wycieraczki ze spryskiwaczem oraz radio. Silnik uruchamiamy kluczykiem, który domyślnie wisi przy daszku przeciwsłonecznym. Sam daszek można też opuścić, a lusterka – ustawiać.

Przed nami podróż życia!!

 

Po zapaleniu silnika chwytamy kierownicę i odtąd kierujemy klawiszami (kontrolery niestety nie działają, mimo obecności takiej opcji w menu – czy już mówiłem, że gra jest niedorobiona?). Ale zanim ruszymy, warto zapoznać się z dokumentami.

W schowku leży enerdowski paszport, instrukcja obsługi Laiki (podająca kilka wskazówek i aktualną specyfikację/stan auta)…

 

…oraz portfel zawierający 100 wschodnich marek. Enerdowską walutę przyjmują we wszystkich krajach – to kolejne niedopatrzenie i kolejna stracona szansa urozmaicenia gry. Przy jakichkolwiek transakcjach trzeba pamiętać, żeby portfel ze schowka zabrać, inaczej będziemy biegać do auta (pół biedy, jeśli stoimy obok – gorzej gdy biegniemy kawał drogi z kanistrem, by przynieść ze stacji paliwo, a przy kasie orientujemy się, że pieniądze zostały w aucie).

 

Wreszcie w kieszeni na drzwiach leży drogowy atlas: sięgamy tam każdego ranka, przed wyjazdem, by wybrać dalszą trasę. Każdorazowo mamy trzy losowo generowane warianty różniące się długością, stanem nawierzchni, warunkami pogodowymi i dodatkowymi atrakcjami (stacja benzynowa, inne niespodzianki). Atlas firmuje MIST ÖL – parodia enerdowskiej centrali naftowej MINÖL (Mist to po niemiecku „gnój”, również jako pogardliwe określenia dziadostwa).

 

Dłuższa i cięższa trasa oznacza dłuższy czas podróży (czyli więcej jazdy nocnej) oraz oczywiście większe zużycie paliwa i samochodu, jednak w zamian mamy szanse znaleźć więcej „skarbów”, o których za chwilę.

Krajobraz krajów socjalistycznych jest dość wiarygodnie odtworzony

 

Trasa do Stambułu liczy sześć etapów odpowiadających sześciu dniom jazdy i sześciu krajom. Każdy odcinek kończy się w mieście przygranicznym, choć nie zawsze adekwatnym geograficzne (NRD – Drezno, Czechosłowacja – Šturovo, Węgry – Letenye, Jugosławia – Dubrovnik, Bułgaria – Malko Tarnovo, potem już następuje meta w Stambule). Każdy dzień poza pierwszym rozpoczynamy od spotkania z celnikami.

Etapy o długości 210-420 km składają się z 3-6 segmentów po 70 km: pierwszy i ostatni są w danym kraju niezmienne, a środkowe, w liczbie 1-4, program wybiera losowo, zachowując jednak lokalny charakter (niestety czasem dubluje segment, co przyprawia gracza o déjà vu).

Posthitlerowskie autostrady w NRD

 

Pagórkowato-industrialne klimaty Czechosłowacji

 

Jugosłowiańskie wybrzeże Adriatyku

 

Wysokie góry Bułgarii (na pierwszym obrazku – komunistyczny pomnik na górze Buzłudża)

 

Wreszcie międzykontynentalny most i meczety w Turcji. Na pierwszym zdjęciu widać pękniętą szybę i dym spod maski – oznaki mocnego zużycia podzespołów (szyba nie podlega wymianie – pęknięcia magicznie znikają po naprawie wszystkich części).

 

Jazda samochodem jest do bólu uproszczona. Używa się tylko klawiszy kierunku W-S-A-D, nie zmieniamy biegów, czasem tylko musimy zwolnić na najostrzejszych zakrętach lub rondach. Hamujemy jednak rzadko, bo standardowa Laika ledwie uciąga samą siebie. W porywach dobijamy do 80 km/h, a pod górę zwalniamy nawet do 20 – zwłaszcza po zapakowaniu pozyskanymi po drodze częściami zamiennymi i innymi skarbami (aktualna masa auta – do sprawdzenia w instrukcji – silnie wpływa na osiągi oraz zużycie paliwa, silnika i opon). Dopiero niefabryczne silniki umożliwiają czasem przekraczanie setki.

Ruch drogowy teoretycznie występuje, a jego intensywność można ustawić w opcjach. W praktyce nawet przy maksymalnym natężeniu tylko sporadycznie mijamy kogokolwiek (najczęściej Ładę 2105 albo Yugo Koral, niezależnie od kraju).

 

Jedynymi towarzyszami podróży pozostają więc Laika oraz wujek Lütfi, który w czasie dłużących się przejazdów wygłasza nieraz głębokie myśli filozoficzne w stylu typowo „wujkowym” („kiedyś to było, ludzie sobie pomagali, dziś każdy myśli tylko o sobie„, itp.), a czasem wtrąca strzępki opowieści, z których stopniowo poznajemy własną tożsamość i cel wyprawy do Stambułu.

W deszczu przydają się wycieraczki i spryskiwacz (o ile nie zabraknie wody)

 

Na traktach szutrowych, prócz zabójczych dla auta wertepów, napotykamy czasem zerwane mosty (trzeba wtedy poszukać równoległego mostu kolejowego – zawsze jest w pobliżu, a pociągi po nim nie jeżdżą). Poza asfaltem karoseria niemiłosiernie się błoci, można za to znaleźć wiele skarbów.

 

Skarbami są np. porzucone wraki, z których można wyszabrować co lepsze części. Są też pudła z towarami na handel, kartonowe lub metalowe. Te drugie trzeba otwierać łomem (którego też początkowo nie mamy), ale zawartość bywa cenniejsza.

 

Warto eksplorować przydrożne baraki i przede wszystkim złomowiska, gdzie prawie zawsze leżą cenne części „tuningowe”. Złomowisko trzeba jednak najpierw otworzyć przez… złożenie silnika stojącej przed wejściem Laiki (najłatwiej chwilowo przełożyć elementy własnego auta).

 

W miastach oraz czasem w drodze napotykamy stacje benzynowe. Bez tankowania możemy pokonać tylko najkrótsze, 210-kilometrowe odcinki – dłuższe trasy warto wybierać jedynie wtedy, gdy założymy większy bak, wieziemy kanistry albo mamy po drodze stację (a w portfelu gotówkę). Nazwy stacji zależą od kraju: w NRD mamy znany już MIST ÖL, w Jugosławii – UNIA ULJE (pisane serbską cyrylicą, mimo że jedziemy wybrzeżem chorwackim), itp. Szczególnie „kreatywna” jest nazwa czeska.

 

Każde z końcowych miast etapów wygląda zupełnie inaczej, zawiera jednak te same kluczowe lokacje: motel, gdzie zatrzymujemy się na noc, stację benzynową ze sklepem Outershop (aluzja do enerdowskich Intershopów – odpowiedników naszych Pewexów, nazwa nie zmienia się w innych krajach) oraz „dealera” firmy Laika (tu widać, że białoruski twórca gry wychowywał się jednak w Londynie).

Zależnie od długości i tempa podróży do celu docieramy wcześniej lub później, ale nigdy nie za jasności. Nocy nie można też przeczekać – słońce nie wzejdzie aż nie wynajmiemy motelowego pokoju. Chociaż tyle, że sklepów w docelowym mieście nie zamykają na noc. Tak wygląda Drezno…

 

…graniczny most w Šturovie (anachroniczny – w rzeczywistości zburzony w 1944r. i odbudowany dopiero w 2001)…

 

…węgierskie Letenye…

 

…oraz bułgarskie Malko Tarnovo.

 

Przed Outershopem znajdziemy dystrybutor paliwa i wiadro wody z gąbką do umycia auta…

 

…zaś w środku – zapasowe koła w kilku rodzajach (asfaltowe, deszczowe i terenowe, z mieszanki twardej, średniej lub miękkiej – ciekawe, czy w NRD naprawdę mieli taki wybór?), olej silnikowy, wodę do spryskiwacza, narzędzia (podnośniki, łomy do otwierania skrzyń), zestawy naprawcze do opon i części mechanicznych, a także produkty konsumpcyjne: wino, papierosy, lekarstwa, kawę, wędliny i „tekstylia” (w formie szpulek nici). Te służą nam jednak nie do konsumpcji, tylko na handel, zupełnie jak w czasach młodości mojego taty i jego bałkańskich wypraw.

 

Zakupy robimy realistycznie: w rękach przynosimy artykuły do kasy, po czym podajemy portfel i zabieramy towar do auta. W dokładnie odwrotny sposób towary sprzedajemy. Czasem musimy się nabiegać, bo w rękach mieszczą się jednorazowo tylko trzy przedmioty (wliczając portfel).

 

U „dealera” możemy kupić lepsze części i praktyczne dodatki do naszej Laiki, ale to nie są tanie rzeczy

 

Każda część występuje w wielu markach i typach – różniących się sprawnością, ciężarem, trwałością i oczywiście ceną (najlepsze silniki umożliwiają teoretycznie osiągnięcie 160 km/h, w praktyce ciężko przekroczyć 100). Można znaleźć kilka technicznych nieścisłości – np. cewki zapłonowe są „pojedyncze”, „podwójne” i „potrójne”, mimo że każdy silnik ma dwa cylindry. 

 

Można kupić nowe prawe drzwi (zamiast tych pogiętych ze złomu, założonych przy wyjeździe, które nie zawsze chcą się otworzyć), bagażnik dachowy (chyba najpożyteczniejszy gadżet – póki go nie kupimy, przestrzeń ładunkowa jest najcenniejszym zasobem), halogeny przeciwmgielne, chlapacze, „rury na kangury”, elektroniczny wskaźnik z check-panelem (pokazujący stan każdego elementu auta), a także zestawy profesjonalnych narzędzi (o nich za moment). Dla cierpiących na nadmiar gotówki dostępne są lakiery w sprayu i naklejki.

Laika 601 Deluxe w formie stuningowanej i pomalowanej na żółto

 

Każdy motel posiada oświetlone miejsce parkingowe, w sam raz dla naszej Laiki. Z auta nie można zapomnieć portfela – inaczej nie zapłacimy za pokój.

 

W pokoju wujek od razu zasypia, pozostawiając otwartą teczkę. To dobra okazja, by przejrzeć jej zawartość: w każdym kolejnym mieście czytamy jeden schowany tam dokument, zyskując coraz lepsze zrozumienie sensu naszej podróży…

 

***

Motele oczywiście kosztują. Benzyna, olej i opony też. Kosztują zestawy naprawcze mechanizmów: każda część ma kilka punktów sprawności, które znikają w oczach, a jeden zestaw naprawczy „odzyskuje” łącznie trzy punkty. Opony też można naprawiać, ale tylko ze stanu 0/3 (przebita) do 1/3 – jest to więc wyjście awaryjne, które nie zastąpi wymiany. Jak na to wszystko zarobić?

W Outershopach i stacjach benzynowych można odsprzedawać przedmioty znalezione w skrzyniach lub kupione uprzednio taniej. Do handlu najlepiej nadają się towary konsumpcyjne, zwłaszcza te droższe (wino, lekarstwa, papierosy). W przewidywaniu wahań cen pomaga oczywiście doświadczenie (orientacja w możliwych przedziałach), metki informujące o przecenach oraz dostępna w motelu gazeta („w Czechosłowacji spłonęła fabryka tytoniowa„, „Wielki urodzaj winorośli na Węgrzech„, itp.). Szkoda, że autorzy nie przewidzieli handlu bazarowego – to byłby dopiero realizm!!

Na każdym przejściu granicznym wisi tablica z zakazami wwozu pewnych towarów. Na ich przemycie zarabiamy oczywiście najlepiej, ale ryzykujemy wysoką grzywną. Szansę uniknięcia kontroli – jak w życiu – daje możliwie „naturalne” zachowanie: spokojny podjazd do okienka, bez pisku opon i nieuzasadnionego wahania, sprawne podanie paszportu przez opuszczoną szybę, itp.

 

W kwestii zarabiania istnieją drogi na skróty. Po pierwsze, w razie kompletnego spłukania się wujek wspomoże nas kwotą 60 marek – tyle razy, ile to będzie konieczne (co oznacza, że na paliwo albo pokój nie braknie nam nigdy, ale na nowe części już może). Po drugie – w motelu można próbować pukać do różnych pokoi: z rzadka któryś gość weźmie nas za pracownika przychodzącego po zapłatę i wsunie pieniądze pod drzwiami (pro-tip: załadowanie gry resetuje zmienne losowe, ale nie stan naszego portfela, więc takie żebranie możemy powtarzać do znudzenia metodą save & load). Po trzecie zaś istnieje furtka wbudowana w istotę gry, a według mnie odbierająca jej wiele uroku.

Otóż w dowolnym momencie podróży możemy zdecydować się na powrót do berlińskiego domu – natychmiastowy i darmowy. W warsztacie wujka każdorazowo pojawiają się wszystkie części Laiki (jak na początku – seryjne, ale nieużywane), nowy zapas płynów i zestaw naprawczy. Co prawda tylko w jednej sztuce, ale… przecież mówiłem, że z furtki można korzystać bez ograniczeń, nawet pod samym domem. Dlatego nawet kiedy pojazd rozsypie się w drzazgi gdzieś w górach Bułgarii, możemy go odbudować i zatankować za darmo – zachowując wszystko, co dotąd zdobyliśmy, z wyjątkiem przejechanych kilometrów.

Co to oznacza w praktyce? Otóż najłatwiej jest wielokrotnie wracać do domu… nawet przed wyjazdem, by napakować bagażnik magicznie odtwarzającymi się zapasami. Najwięcej warty jest podnośnik – można więc podnośnikami wyładować cały kufer. Następnie dojechać do najbliższej stacji benzynowej lub Outershopu w Dreźnie, sprzedać wszystko (łącznie z silnikiem i innymi częściami własnego auta) i powtarzać to, aż nie zbudujemy sobie najbardziej wypasionej Laiki pod słońcem. Taka możliwość odpowiada filozofii wielu komputerowych gier, ale kompletnie niszczy realizm – bo ja wolałbym, żeby brak pieniędzy, paliwa albo części na wymianę był prawdziwym problemem, wymagającym jakiegoś kombinatorstwa.

Jeśli zarobimy dużo, możemy u dealera kupić zestaw narzędzi z magicznym złotym kluczem – czyli „zestawem naprawczym”, który nigdy się nie wyczerpuje. On tak naprawdę się nie opłaca, bo kosztuje więcej niż wydalibyśmy na naprawy na całej trasie, ale nie zajmuje miejsca (wisi na klapie bagażnika), zwalnia z myślenia o kupowaniu kolejnych zestawów naprawczych, a jeśli bardzo chcemy, to i z dolewania oleju (bo kilkoma kliknięciami kluczem odbudujemy zniszczony silnik, a jeżdżąc na czystej benzynie dostajemy większą moc, nie mówiąc o oszczędności pieniędzy i miejsca).

 

Części zużyte poznamy po dymie i ikonce klucza. Każde kliknięcie kluczem – złotym lub zwykłym – przywraca po jednym punkcie trwałości.

 

Wymiana koła

 

Wieczorne mycie

 

***

Uważam, że „Jalopy” można było dopracować: przesunąć akcję kilka lat w tył, by rozszerzyć aspekty graniczno-biurokratyczno-walutowe, rozbudować wątek zarobkowy (może z handlowym przejazdem przez Austrię…?), urozmaicić kwestie techniczne (prawdziwe mechanizmy nie zużywają się tak szybko jak w grze, za to mogą się niespodziewanie zepsuć), no i przede wszystkim nie umożliwiać teleportacji na start w każdym momencie i sytuacji. Być może wujek mógłby odgrywać rolę większą niż denerwowanie dziwnymi odzywkami (choć nie powiem, jego 60-markowe dotacje ratują czasem dzień), a sama rozgrywka powinna liczyć więcej niż sześć etapów.

Do innych wad zaliczyłbym fizykę jazdy rodem ze słabych gier XX-wiecznych, ubogą grafikę i dźwięk (odgłos silnika nie przypomina dwusuwa, a radio ma wąski repertuar z co chwilę powtarzanym tekstem „TU RADIO BERLIN INTERNATIONAL„, zawsze w języku niemieckim). Miasta i drogi niemal całkowicie pozbawione są życia – nie ma pieszych, a inne samochody pojawiają się bardzo rzadko. Nie każdemu spodoba się, że musimy bardzo dużo klikać – pamiętać o zabieraniu portfela, drzwi otwierać kluczami, maskę silnika odryglowywać cięgłem, ręcznie układać klamoty w bagażniku głównym i dachowym, a myjąc auto płukać gąbkę w wiadrze. Na początku jest to ciekawe, jednak szybko się nudzi.

Mimo wszystko nie odradziłbym „Jalopy” żadnemu samochodziarzowi. Ekscytująca atmosfera dalekiej wyprawy jest tutaj wyraźna, a z wujkowych opowieści można poznać kawałek historii Europy i imigranckiej rodziny. Co najważniejsze, w trakcie gry rozwija się swoista więź kierowcy z pojazdem, będącym – jak sugeruje nazwa pierwowzoru – autentycznym towarzyszem podróży. Gdy już finalnie dotarabanimy się do Stambułu, wręcz robi się żal, że to już koniec (znacie to uczucie, prawda…?). Chociaż w grze to nie całkiem prawda, bo rozgrywka się nie kończy – tyle że traci dalszy cel. Nie chcę tu zdradzać zbyt wielu szczegółów, żeby nie psuć zabawy tym, których artykuł zachęcił do kupna gry. A tych, którzy już teraz chcą poznać całą, dość wzruszającą historię wujka Lütfiego i całej eskapady, zapraszam do przewinięcia artykułu do samego dołu i zaznaczenia myszą akapitu napisanego białą czcionką.

 

Wszystkie użyte obrazy są zrzutami ekranu z opisywanej gry

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Od wujka i z dokumentów podkradanych z jego teczki dowiadujemy się, że przed 1961r. cała nasza rodzina wyemigrowała za chlebem z Turcji do Berlina. Nasi rodzice pracowali po zachodniej stronie, zostawiając nas pod opieką wujka we wschodniej – aż pewnego pięknego dnia miasto przedzielił mur, który rozłączył rodzinę na prawie 30 lat. W 1977r. nasi rodzice próbowali nielegalnie ściągnąć nas i wujka na Zachód, co jednak wykryły i udaremniły komunistyczne władze. Potem, z uwagi na kontakty z Zachodem, partia odmówiła wujkowi przydziału nowej Laiki. Tuż po zburzeniu muru nasz ojciec zmarł, a matka poprosiła wujka (z którym odzyskała legalny kontakt) o rozsypanie prochów męża nad Bosforem – i temu właśnie służy nasza wyprawa. Na miejscu, w Stambule, po zwyczajowym spędzeniu nocy w motelu, wujek nie pojawia się, jak w poprzednich dniach, rano przy samochodzie, tylko zostawia na fotelu pasażera ostatni list – w którym pisze, że odtąd musimy zapomnieć o nim, wziąć swe życie we własne ręce i mądrze korzystać z odzyskanej wolności. Zostajemy więc sami z naszą Laiką i pełną swobodą poruszania się. Możemy jeździć, ile chcemy, po wszystkich sześciu krajach: gra nigdy się nie kończy, choć odtąd nie ma już żadnego konkretnego celu.

18 Comments on “(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: TOWARZYSZ PODRÓŻY

  1. Ooo, Jalopy, gierka która swego czasu mnie zaciekawiła ale później mnie zainteresowała inna, nieco bardziej „luzacka” i z bardziej otwartym światem, znaczy The Long Drive; nie wiem czy nawet z podobnego powodu TLD powstało, z tym że tam bardziej postawiono nacisk na opcjonalną zmianę wozów i dowolną eksplorację – nie powiem, Trabant czy Wartburg z silnikiem Garbusa całkiem-całkiem jeździ, chociaż i tak moim nieformalnym ulubieńcem jest Lada 2102 z silnikiem Plymoutha. Mam nadzieję że w końcu dokończą gierkę bo na razie to tylko kolejne testowe wersje są wypuszczane.

    Z tego co pamiętam to już grę o podróży Laiką raczej porzucono i nie zanosi się na kolejny update – niestety uroki Early Accesu. Ciekawiło mnie zawsze w Jalopy czemu wujek bohatera wymyśla ten wyjazd, nie wiem czemu ale kojarzyło mi się z enerdowskimi „miłymi panami” ; ) no ale to moje domysły 😀

    Co do „głaskania” i „czucia więzi” z autem – mam wrażenie że w jakimś stopniu pomaga, chociaż to też może być zwykłe placebo – na szczęście i póki co nie miałem żadnej przygody z autem, która by nie pozwoliła na powrót do domu : ) Z drugiej strony wyklinanie czy „rzucanie zaklęć” jak kto woli, też jest jakoś pomocne – przynajmniej nie szkodzi tak jak wzięcie młota i rozwalanie auta :>

    • “Jalopy” jest już od lat pełną wersją, z wczesnego dostępu wyszło dawno temu. O „TLD” słyszałem, ale zainteresuję się nią, kiedy wyjdzie z wczesnego dostępu. Oczywiście nie wiemy, czy to kiedykolwiek nastąpi 🙂

      Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!!

      • Zależy na ile jest dorobioną pełną wersją ; ) mogli wrzucić to co się już jako-tako trzymało i nie wywalało błędów. Co do TLD to noo, trochę się jeszcze poczeka ; >

        Dziękuję za życzenia, Szczęśliwego Nowym Roku : )

  2. Ciekawy koncept gry, ale myślę, że grupa docelowa dość wąska. Stąd prawdopodobnie wynika niedopracowanie projektu do końca, fundusze przesunięto na coś bardziej zarobkowego.
    Korzystając z okazji chciałby złożyć serdeczne życzenia na Nowy Rok dla Szanownego Autora oraz Czytelników.

    • „Jalopy” jest już od lat pełną wersją, z wczesnego dostępu wyszło dawno temu. Być może po po wyrzuceniu autora gry studio wydało to, co było gotowe, bez daleszej rozbudowy.

      Nie znam się na rynku gier na tyle, żeby ocenić popularność. Myślę, że większość graczy traktuje „Jalopy” jak zwykłą grę przygodową. Strona SteamSpy szacuje liczbę użytkowników na 200-500 tys. (https://steamspy.com/app/446020), a ona śledzi tylko Steama – tymczasem np. ja nie mam tej gry na Steamie, tylko na GoG. Nie wiem też jednak, na ile SteamSpy jest rzetelny.

      Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!!

  3. Już dawno temu miałem do czynienia z tą grą – koncept całkiem fajny, choć nie dla mnie – ja jednak lubię w grach jak coś się cały czas dzieje, sama jazda w trasie to nie dla mnie (dlatego też nie wciągnąłem się nigdy w serie Hard Truck, czy Euro Truck Simulator), zwłaszcza, że dłubaninę gratach i latanie nimi mam już w prawdziwym życiu.🙂
    Z całej gry na zawsze ze mną pozostanie przede wszystkim kawałek „Ich liebe meine Laika” – prawdziwa gratka dla fanów Kraftwerk.😀

    Najlepsze życzenia na Nowy Rok!

  4. Samochodów nie nazywam, ale jak przejadą jakąś dłuższą trasę, to zawsze klepię każdego po kierownicy i mówię, że jest „dobry piesek”. Działa doskonale.
    Małko Tyrnowo prawie jak żywe. Tam byłem Tony Halik! Nawet miałem w pobliżu bliskie spotkanie podwozia z żółwiem. Żółwiowi nic się nie stało i nam też.
    Dobrego kolejnego roku dla wszystkich!

    • O kontakcie emocjonalnym niektózy mówią całkiem poważnie, że on pomaga zachować niezawodność 🙂 Ja w takie rzeczy nie wierzę, wierzę natomiast, że ciepły stosunek do maszyny łączy się z jej delikatniejszym traktowaniem, a to jak najbardziej różnicę robi.

      PS dzikiego żółwia po raz pierwszy widzieliśmy w Grecji, na parkingu pod Koryntem. Udało się zrobić jedno zdjęcie, potem nam żółwik uciekł (zupełnie poważnie – poszedł w gęste krzaki na stromym stoku, gdzie my nie dalibyśmy rady zejść). Do dziś śmiejemy się z Anią, że żółw nam zwiał 🙂

  5. O, akurat jest za dyszkę na GOGu. Akurat mniej więcej taki mam budżet kwartalny na gry;)
    A czy da się wyciąć te graciarsko-mechanikowe fragmenty? Jakoś średnio mnie pociąga smyranie wirtualną gąbką niczym pędzlem w paincie…

    • Mycie auta nie jest obowiązkowe, do oczyszczenia szyby wystarczy spryskiwacz. Natomiast nieustanne naprawy to istota tej gry i ich wyciąć się nie da 🙂

  6. Miałem to szczęście, że trafiłem tą grę za darmo na jakimś giveaway GoGa i cieszę się, że tak ją sprawdziłem, bo jakbym wydał prawdziwe pieniądze to chyba bym żałował. Nawet nie powiem, że gra jest zła, ale kompletnie do mnie nie trafia. Ponura grafika trochę odstręcza, a rozgrywka (na etapie do którego wytrwałem) była dość powtarzalna. Jest to dość dziwne, bo zwykle bardzo lubię gry które, większość uważa za nudne (Euro Truck Simulator, Snowrunner, BeamNG). Dzięki za przybliżenie historii, bo mi nie chciało się gry ukończyć, a nawet pogrzebać za tą fabułą 🙂 .

    Za to w tym miejscu polecę inny nieco podobny tytuł: My Summer Car. Finlandia, Rok 1995, odbudowujemy (w sensie dosłownym) stary samochód ojca (odpowiednik Datsuna 100A). Żeby to jednak zrobić trzeba zdobyć fundusze, ogarnąć części i przede wszystkim dowiedzieć się co trzeba zrobić. Gra ani przez chwilę nie prowadzi nas ,,za rączkę”, a zaskakująco złożone mechaniki silnika i w ogóle podzespołów samochodu, a także bardzo specyficzna atmosfera fińskiej wsi z lat 90-tych czynią grę trudną, ale za to potrafiącą wciągnąć na długie godziny.

  7. Zaiste zacny artykuł, chociaż trzeba przyznać że akurat tej gry się tutaj nie spodziewałem (oczywiście nie żebym jalopy nie znał). Martwi mnie jednak że wyłączenie gier z wczesnym dostępem trochę ograniczy asortyment, gdyż aktualnie większość projektów w świecie gier wyścigowych jest na tyle ambitna że wydane zostaną chyba za czasów kiedy będą służyć za pomoce historyczne. Mimo wszystko uważam że ea (nie mylić z innym ea) wychodzi sumarycznie na plus. Chociaż stronniczy jestem bo moja ulubiona produkcja w nim siedzi i według zaawansowanych obliczeń wyjdzie jakoś w 2050…

    • Early access to oczywiście wybór każdego z nas – czy w to wchodzić, czy czekać. Tyle tylko, że płacenie za robotę przed jej ukończeniem zabiera motywację. To jest największy problem EA.

  8. Sama koncepcja wydaje się fajna, ale w oczy rzuca się przede wszystkim KOSZMARNA grafika. Przecież mamy 2024 rok, a nie 1999. Co ja mówię, już wtedy niektóre gry potrafiły wyglądać lepiej.

    Próbowałem swojego czasu swoich sił w The Long Drive i My Summer Car. Ta pierwsza może ma jakiś urok, ale fizyka jazdy jest nieporozumieniem. My Summer Car jest świetne pod kątem klimatu, po pewnym czasie toporność i złożoność mechaniki gry zaczyna jednak irytować.

    • To jest po prostu dość niskobudżetowa produkcja. Takie też są potrzebne, bo nie każdy ma ochotę kupować gry za 300 zł. Ale fakt, że dopracować można by wiele rzeczy.

  9. ciekawa gra 😉 nie znałem
    a czemu strona się zwężyła?

    • Jakiś automatyczny update. Kolory też pozmieniał. Coś spróbuję z tym zrobić, żeby przywrócić poprzednią wersję.