Dziś, jak przystało na okres przedświąteczny, będzie groch z kapustą (w czasach naszych dziadków była to popularna potrawa wigilijna, teraz już chyba mało kto ją robi). Nie chodzi jednak o pomieszanie tematów, a raczej o wielotorową działalność człowieka, którego postać chciałem przybliżyć: Holendra nazwiskiem Maurice Gatsonides, znanego też pod pseudonimem „Mysz”.

Wpis należy do kategorii o wielkich osobistościach, które zmieniły oblicze motoryzacji. Gatsonides w pewnym sensie to zrobił, chociaż wielu kierowców wolałoby, żeby z niektórymi rzeczami był się jednak powstrzymał: oto bowiem nasz bohater, poza startami w licznych wyścigach i rajdach oraz skonstruowaniem kilku modeli sportowych samochodów, opracował i wprowadził do produkcji pierwsze fotoradary. Z tego to powodu, zupełnie wyjątkowo, przygotowałem drugą z rzędu ankietę, dotyczącą zasadności umieszczenia Gatsonidesa w „AUTO-VALHALLI”: pojęcia Valhalli wiąże się bowiem nieodłącznie ze statusem bohatera, jestem więc ciekaw, co na ten temat sądzicie. Ankieta jest oczywiście anonimowa, bez obowiązku ujawniania się w komentarzu (dodam, że jako admin nie widzę e-maili ani adresów IP głosujących, a tylko komentatorów). To może być interesujące badanie socjologiczne.

Czas jednak na przedstawienie postaci.

(więcej…)

Share Button
Tagi: ,

Podobno Polaków na zagranicznych wakacjach rozpoznaje się po skarpetkach noszonych do sandałów. Taka kombinacja, przez lata uznawana za straszny obciach, dziś zaczyna ponoć pojawiać się na pokazach mody haute couture (nie wiem, bo sam nie oglądam, ale tak mówią zorientowani). No cóż – nie od dziś wiadomo, że topowi projektanci mody nie kłaniają się obciachowi. Im głupszy pomysł, tym większy rozgłos i efekt marketingowy. Oczywiście pod warunkiem, że mówimy o designerach z ugruntowanym statusem supergwiazdy – bo gdy pokaże się tak przeciętny polski turysta, wszyscy stukają się w głowę i wyzywają od buraków.

Ja nie miewam tego problemu, bo nawet w gorącym klimacie rzadko chodzę w sandałach. Na południu Europy – zwłaszcza we Włoszech – już dawno temu zauważyłem natomiast całkiem inny, że tak powiem przeciwny trend, a mianowicie noszenie czarnych mokasynów bez skarpet, i to najczęściej w połączeniu ze strojem formalnym, np. garniturem. Kryte buty na gołych stopach i śródziemnomorskie upały średnio składają mi się w spójną całość, ale kimże ja jestem, żeby pouczać Włochów w kwestiach elegancji i mody? Sam należę raczej do tych, którzy potrafią włożyć jedną skarpetkę granatową, a drugą beżową, po czym stwierdzić że wszystko gra, bo w szafie leży druga taka sama para. Co ciekawe, mokasyny bez skarpet widuje się przede wszystkim u osobników wyróżniających się wyglądem: świetnie ubranych, zadbanych, tryskających energią i ogólnie wyglądających na tzw. Ludzi Sukcesu.

W dzisiejszych czasach Ludzie Sukcesu niemal na całym świecie jeżdżą wozami wyprodukowanymi przez niemiecki triumwirat Mercedes-BMW-Audi (czasem jeszcze Lexusami, ale w Europie rzadko). Kiedyś jednak mieli większy wybór i bywali bardziej patriotyczni – częściowo z uwagi na tradycję, a częściowo np. na politykę celną albo rozległość sieci dealersko-serwisowych. Dzisiaj chciałbym więc pokazać to, co włoscy producenci samochodów oferowali miejscowym amatorom mokasynów bez skarpet. Ponieważ Ludzie Sukcesu są zwykle stateczni, kompletując zestaw do artykułu ograniczyłem się do aut z dwiema parami drzwi. Jako epokę wybrałem z kolei początek lat 80-tych, bo wtedy w poszczególnych krajach wciąż spotykało się przede wszystkim auta lokalnych marek, a ich różnorodność była jeszcze spora (zwłaszcza że Fiat nie zdążył był jeszcze wykupić praktycznie całego krajowego przemysłu samochodowego). Do tego włoska motoryzacja znajdowała się wówczas w nie najlepszej kondycji: jej wytwory psuły się i straszliwie rdzewiały, dlatego do dzisiaj przetrwało ich niewiele – postrzegamy je więc jako egzotyczne i ciekawe. Dotyczy to zwłaszcza włoskich modeli z wyższej półki, których w ogóle niewiele produkowano. W Polsce nie znaliśmy ich w zasadzie wcale, a i na Zachodzie – oczywiście poza Italią – spotykano je nader rzadko. Zupełnie jak dżentelmenów w mokasynach bez skarpetek.

(więcej…)

Share Button
Tagi: , , , , ,

 

Idzie zima. A automobiliści zimy nie lubią.

Tak naprawdę, zimy nie lubi żadna forma życia. Życie opiera się na wodzie w stanie ciekłym, dlatego jego występowanie w temperaturach ujemnych jest ograniczone i wymaga daleko idącego przystosowania. Jedynie nieliczne gatunki zwierząt zdołały wykształcić odpowiednie cechy, natomiast jeden, bardzo specyficzny z nich – zwany homo sapiens – skorzystał ze swej wyjątkowej zdolności kształtowania środowiska i celowego budowania wokół siebie sprzyjających warunków.

Ludzkie twory, które ułatwiają nam przetrwanie i czynią życie wygodnym, nazywamy ogólnie techniką. One również pomyślane są do funkcjonowania w określonych warunkach, poza którymi przestają spełniać swoje zadania. Zdarza się to na przykład w ekstremalnej pogodzie. Kto z nas nie doświadczył przegrzania silnika auta w górach w trakcie upalnego lata, albo też niemożności uruchomienia w silny mróz? Nowoczesne samochody są oczywiście projektowane z uwzględnieniem każdych warunków, jakie tylko można sobie wyobrazić w miejscach pokrytych siecią dróg – dlatego jakiekolwiek kłopoty w tym względzie niemal na pewno spowodowane są zużyciem lub awarią jakiegoś elementu. Tyle tylko, że nie zawsze tak było: na wcześniejszych etapach automobilowej ewolucji zima silnie dawała się we znaki technice, która z kolei zawodziła ludzi.

(więcej…)

Share Button
Tagi: ,

 

Czym jest luksus?

To pojęcie niemożliwe do obiektywnego zdefiniowania. Zazwyczaj mówimy że to coś, czego ludzie chcą, chociaż nie potrzebują. Tak naprawdę nie da się jednak określić niczyich „prawdziwych potrzeb”. Jeszcze w czasach moich dziadków mało kto dysponował w domu toaletą i wszyscy jakoś żyli – czy w związku z tym domową toaletę nazwiemy luksusem?

Do przeżycia dnia wystarczy parę szklanek wody, około tysiąca kalorii z pewnym minimum witamin i minerałów, plus ewentualnie jakaś ochrona termiczna (o ile opuściliśmy naturalne, środkowoafrykańskie środowisko homo sapiens). Dzisiejszy Europejczyk, choćby najbiedniejszy, posiada i konsumuje nieporównanie więcej – czy to oznacza, że żyje w luksusie? Przytłaczająca większość zainteresowanych wcale tak nie powie, mimo że dysponuje lepszym wyżywieniem, odzieniem i komfortem niż dawni arystokraci (nie mówiąc o możliwościach wymiany informacji, poruszania się, rozrywki, itp.). Postęp cywilizacji nieustannie przesuwa granicę pomiędzy rzeczami „zwykłymi” i „luksusowymi”.

(więcej…)

Share Button
Tagi: ,

 

Nie wiem jak dziś, ale w tzw. moich czasach każdy szanujący się chłopak z późnej podstawówki czytał „Dywizjon 303” i dzięki temu znał nazwy wszystkich samolotów używanych w Bitwie o Anglię. Za najwspanialszego uważało się oczywiście Hurricane’a, bo to na nim latali Nasi (swoją drogą doznałem ogromnego zawodu, gdy później dowiedziałem się, że lepszym myśliwcem był jednak Spitfire, tylko nieufni Anglicy nie przydzielali go obcokrajowcom). Po ciemnej stronie mocy znajdowały się oczywiście Messerschmitty, no i wiele typów bombowców, na które dzielnie polowali polscy herosi: nurkujące wśród upiornego wycia syren Junkersy, wielkie, kwadratowe Dorniery i Heinkle z zaokrąglonym, przeszklonym dziobem. Ich ociężałe cielska z wymalowanymi czarnymi krzyżami wyglądały odrażająco – do dziś zastanawiam się, czy to naprawdę kwestia ich aparycji, czy też autosugestia wynikająca ze świadomości tego, co one wszystkie robiły i komu służyły.

Messerschmitt Bf 109, zwłaszcza w najbardziej znanym, zielono-żółtym malowaniu, robi wrażenie agresywnego, jadowitego szerszenia, z wściekłością atakującego każdą żywą istotę, natomiast Spitfire’a wyobrażamy sobie raczej na tle błękitnego nieba, lśniącego triumfalnie w słońcu ponad białymi klifami Dover. Albo taki B-17, zwany „Latającą Fortecą” – czyż nie jest widokiem uspokajającym i dodającym otuchy? Aż chce się zagwizdać którąś z amerykańskich pieśni wojskowych. A przecież on wcale nie różni się tak bardzo od Heinkla 111. Był takim samym narzędziem siania destrukcji, zamieniającym miasta i fabryki w morza ognia, w których również ginęli ludzie – tyle tylko że ci, co całą destrukcję zaczęli. Dlatego B-17 kojarzymy z nadzieją i hollywoodzkimi szlagierami typu „Ślicznotka z Memphis„, podczas gdy Heinkel to horror i śmierć.

Pewnego pięknego dnia – on naprawdę musiał być piękny – najstraszliwsza z wojen dobiegła jednak końca. Wszystkie fabryki, w których armie robotników obojga płci wyłaziły ze skóry, by wysłać na front więcej skrzydlatych smoków niż przeciwnicy, musiały sobie znaleźć nowe zajęcie. W szczególności dotyczyło to fabryk niemieckich, w tym Messerschmitta i Heinkla, bo one – przynajmniej chwilowo – nie mogły produkować uzbrojenia.

(więcej…)

Share Button
Tagi: ,