POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: SO DUESY!!

 

Auto ze zdjęcia powyżej jest bez wątpienia eleganckie, luksusowe i ogólnie wypasione, ale stylistycznie raczej sztampowe. Jak to jednak w tamtej epoce bywało, forma nadwozia zależała wyłącznie od fantazji właściciela, którym w tym wypadku musiał być jakiś nudny konserwatysta. Na szczęście nie wszyscy go przypominali.

Samochód ze zdjęcia nazywa się Duesenberg Model J. Zasadniczo miałem go na liście tematów do serii o perłach coachbuildingu, pomyślałem sobie jednak, że lepsza będzie ta o pomnikach (co trochę zaburza różnorodność, bo ostatni wpis też był o pomniku, choć skrajnie odmiennego rodzaju). Do tej decyzji nie jestem co prawda w 100% przekonany, jednak przeważyło to, że mówimy tutaj o najdroższym pojeździe amerykańskiego międzywojnia i najszybszym samochodzie Epoki Niklu w ogóle. Dodatkowo na zdjęcie tytułowe celowo wybrałem okaz stosunkowo pośledni, żeby nie faworyzować żadnej z karoseryjnych perełek, które poznacie za moment.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,

POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: GDY NIE MOŻESZ UCIEC W BIESZCZADY

 

Wśród znanych mi korpoludków można znaleźć takich, którzy zazdroszczą prostym ludziom mieszkającym na wsi i żyjącym z tego, co urodzi im ziemia. Siedzą tacy w klimatyzowanym biurze, popijają firmowe, wegańskie latte z automatu, a kiedy w mieszkaniu wywali im korki, dzwonią na 112. Ale w kółko powtarzają, jak bardzo chcieliby „rzucić tym wszystkim i wyjechać w Bieszczady„. Zawsze jestem ciekaw, dlaczego żaden z nich jeszcze tego nie zrobił – przecież nikt nie zabrania…

Widziałem kiedyś taki mem: walący się szałas na połoninie, obok spocony brodacz dźwigający dwa wiadra wody ze studni i podpis „W ŻYCIU W BIESZCZADACH NAJGORSZE JEST TO, ŻE NIE MA SIĘ OPCJI BY RZUCIĆ TYM WSZYSTKIM I WYJECHAĆ W BIESZCZADY„. Korpoludek, jeśli tylko naprawdę zechce, zawsze może zamieszkać w szałasie, ale zmiana w drugą stronę jest znacznie trudniejsza. Zaiste, największym i najbardziej niedocenianym luksusem jest wolność wyboru.

My, Polacy, zazdrościmy np. Niemcom. Oni za średnią pensję mogą kupić ponad 2.200 litrów benzyny, my – tylko 700. Na nowego Golfa z salonu pracują ledwie pięć miesięcy z hakiem. Ale mają też problem: mieszkając w Niemczech nie mogą zaimportować sobie jakiegoś taniego gruzu z Niemiec. Zupełnie jak bieszczadzki góral, który przed swą codzienną harówką nie może uciec w Bieszczady.

Tak, wiem – gadam bzdury, bo Niemiec jak najbardziej może jeździć tanim gruzem po innym Niemcu i nie musi go nawet importować. Dziś – poniekąd tak, choć utrudniają to coraz ostrzejsze restrykcje (pseudo)ekologiczne. Kiedyś było jednak jeszcze gorzej: otóż za naszą zachodnią granicą żyją jeszcze ludzie, którzy w młodości realnie zarabiali znacznie mniej niż my teraz i walczyli z reglamentacją podstawowych towarów, jak w późnym PRL. Gdy zaś nastał wolny rynek, nie mogli nawet przytargać na lawecie rozbitka od Niemców – ponieważ to oni byli Niemcami i nikt na kontynencie nie miał lepszych aut używanych. Bo na dobrą sprawę, to nikt nie miał żadnych.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , ,

PERSPEKTYWA INSIDERSKA: KRYZYSOWE PRELUDIUM

 

W przeszłości wiele modeli Hondy brało swe nazwy ze sfery muzyki: Accord, Ballade, Beat, Concerto, Jazz, Quint/Quintet, Remix… Ale najciekawsza z nich była zawsze Prelude.

Prelude to coś, co powinienem uwielbiać: średniej wielkości, nieprzesadnie agresywne coupé bazujące na niedrogiej i bezproblemowej w eksploatacji technice wielkoseryjnej. Zwierzę w zasadzie porównywalne z Mercedesem CLK, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dopiero rzut drugi, najlepiej taki wykonany zza kierownicy, ujawniał, że to jednak trochę inny gatunek.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

MODELOLOGIA STOSOWANA: AMERYKANIN POD PARYŻEM

Jakiej narodowości jest marka Ford?

Kiedy byłem mały, wszyscy mówili, że amerykańska. „Wszyscy” – to na przykład mój świętej pamięci Dziadek, który w wojsku widział ciężarowe Fordy i „Sztudebakery„, przysyłane do Polski przez tzw. ciocię UNRRĘ. To był prawdziwy powiew Wielkiego Świata – nie to, co np. radzieckie ZISy 5 z drewnianymi kabinami. „ZIS PIAT’ – Z GÓRY JECHAĆ, POD GÓRĘ PCHAĆ” – takie mądrości Dziadek powtarzał jeszcze po 50 latach przeciwstawiając radziecką siermięgę technice rodem z USA.

Gdy jednak dostałem do ręki książkę „Pojazdy Republiki Federalnej Niemiec” Zdzisława Podbielskiego, ze zdumieniem odkryłem, że są w niej opisane niemal wszystkie modele Forda, jakie wtedy znałem: Taunus, Escort, Sierra, Granada… Mało tego: książka wspominała też o fordowskich fabrykach w Anglii, Hiszpanii i Belgii!!

Z biegiem lat dowiedziałem się, że trudno znaleźć rejon świata, gdzie Ford nie miałby swoich oddziałów i gdzie nie oferowałby mniej lub bardziej lokalnych produktów. Przykładowo, w zasadzie przez całą Epokę Chromu filia brytyjska i niemiecka produkowały zupełnie różne samochody, które wręcz z sobą konkurowały, zwłaszcza w krajach Beneluxu, Skandynawii czy w Szwajcarii (pierwszymi wspólnymi produktami Kolonii i Dagenham były dopiero Capri i Escort). To są rzeczy powszechnie znane, znacznie mniej ludzi jest jednak świadomych istnienia trzeciego bytu – odrębnego oddziału Forda francuskiego, z fabryką w Poissy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , ,

AUTO-VALHALLA: ZDENZELOWANE „GARBUSY”

 

Austria to kraj bliski Polakom.

Do Wiednia jest nie dalej niż do Poznania, tylko źli ludzie postawili szlabany i nie pozwalają przejechać” – mówił mi we wczesnym dzieciństwie tata, z zawodu nauczyciel geografii, który wychowywał mnie z atlasem w ręce. On tego typu odkryć dokonywał jak nastolatek, jeżdżąc palcem po mapie i zadając sobie co chwilę pytanie: dlaczego jego dziadek, maszynista kolei warszawsko-wiedeńskiej, jeździł gdzie chciał i nikogo o zdanie nie pytał  – ani on, ani tysiące jego pasażerów. Komu to przeszkadzało…?

Bliskość Austrii to nie tylko geografia – sporą część polskiego społeczeństwa tworzą potomkowie obywateli austro-węgierskich. Mój zmarły sześć lat temu dziadek – syn wspomnianego c. k. kolejarza – urodził się w 1917r., a więc jeszcze jako poddany austro-węgierskiego cesarza, a jego 10 lat starsza siostra do końca życia mawiała, że „nie było to jak za Kaisera Franza„. Niemało tradycyjnych, galicyjskich domów do dziś ma na ścianach portrety Franciszka Józefa (często upstrzone przez muchy, jak w pierwszej scenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka” – albowiem z jakiegoś nieznanego mi powodu owady faktycznie lubią przysiadać na oleodrukach).

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,