PERŁY COACHBUILDINGU: ROLLS-ROYCE Z BAGIEN

Południe Francji kojarzy się powszechnie z arystokracją, bogactwem i luksusem – przynajmniej od drugiej połowy XIX wieku, kiedy oba francuskie wybrzeża połączyła kolej żelazna. Tę historię już kiedyś opisywałem: odkąd podróż z Paryża lub nawet Londynu nad zalane słońcem Morze Śródziemne skróciła się do zaledwie jednej doby (spędzanej zresztą nadzwyczaj komfortowo), napływ zamożnych gości stworzył na Południu cały nowy przemysł zwany turystyką. Z czasem wśród zacnych gości utarł się zwyczaj posiadania własnej, drugiej rezydencji w przyjaznym klimacie, dlatego biedna dotąd, rybacko-rolnicza okolica została siedliskiem milionerów i jednym z ważniejszych w świecie rynków dla wszelkich przedmiotów zbytku. Na przykład automobili.
Po I wojnie światowej na Lazurowym Wybrzeżu zamieszkał podupadający na zdrowiu Sir Frederick Henry Royce. Dla jego firmy aż do końca stulecia region ten pozostał kluczowym rynkiem – nie tylko w ujęciu liczbowym, ale też symbolicznym. W pewnym momencie aż 40% sprzedaży Rolls-Royce’ów trafiało do mikroskopijnego księstwa Monaco, a w latach 70-tych dwa modele Rolls-Royce’a dostały południowofrancuskie nazwy: Corniche (co oznacza krętą, nadmorską drogę) i Camargue.
Do Corniche’a mam pewien sentyment, bo to pierwszy Rolls-Royce, którym miałem okazję pojeździć (w dodatku w jego naturalnym środowisku, czyli po corniche’ach). Natomiast Camargue… on trochę mnie zasmuca: pojazd tak szlachetnej marki, należący do mojego ulubionego gatunku dużego, wygodnego coupé i stylizowany przez moje ulubione studio Pininfarina, powinien automatycznie trafić do mojego Garażu Marzeń – no ale nie trafił, a w zamian udowodnił, że żadne pochodzenie i żadna marka producenta czy designera nie gwarantują dobrego rezultatu.
Foto: materiał producenta
***
Gdy myślimy o południu Francji, na myśl zazwyczaj przychodzi błękit nieba i morza, księstwo Monaco ze swym kasynem, samochodowym rajdem i najwspanialszym Grand Prix Formuły 1, Nicea ze starymi pałacami najbogatszych europejskich rodów, Cannes z najważniejszym europejskim festiwalem filmowym czy St Tropez z szerokimi piaszczystymi plażami i najsłynniejszym z francuskich budynków żandarmerii. Tymczasem kawałek dalej, zaraz za St Tropez, krajobraz bardzo się zmienia: staje się równinny i podmokły, porośnięty słonolubnymi trzcinami i cuchnący mułem zmieszanym z resztkami organicznymi. To miejsce nazywa się właśnie Camargue (wym. kaMARG).
Najliczniejszymi mieszkańcami okolic są komary…
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
…następnie flamingi i kilkaset innych gatunków wodnego ptactwa…
Foto: , Licencja CC
…a najbardziej znanymi – dzikie konie specyficznej, lokalnej rasy camargue, uwiecznianej już na malowidłach jaskiniowych.
Foto: Rambouil jean, Licencja CC
Ludzi żyje tam niewielu, choć pozyskiwanie morskiej soli (praktykowane od stuleci) oraz uprawa ryżu (od całkiem niedawna) zdołały nieco przekształcić naturalny krajobraz. Niegdyś lokalne opactwa benedyktynów i cystersów czerpały wielkie zyski z handlu solą, ale pospólstwu zawsze żyło się ciężko.
Z turystycznych ciekawostek można wymienić kurort Palavas-les-Flots, polecany „stacjonarnym” wczasowiczom z niższym budżetem, dla których słońce i morze są ważniejsze niż zwiedzanie kasyn, fotografowanie egzotycznych samochodów i podglądanie celebrytów…
Foto: , Licencja CC
…potężnie ufortyfikowane miasto Aigues-Mortes („martwe wody”), które w średniowieczu było jedynym francuskim portem śródziemnomorskim i punktem zbornym krucjat, ale po cofnięciu się wybrzeża podupadło, oddając swą rolę Marsylii…
Foto: , Licencja CC
…albo Saintes-Maries-de-la-Mer, z również ufortyfikowanym romańskim kościołem (zbudowanym na miejscu starożytnej świątyni pogańskiej, z zachowanym ołtarzem z IV wieku p.n.e.). Tutaj dwa razy w roku ściągają ludowe pielgrzymki: w maju Cyganów z całej Europy, w październiku prowansalskich chłopów.
Foto: , Licencja CC
Skąd pomysł na nadanie najdroższemu Rolls-Royce’owi nazwy Camargue? Wiele innych południowofrancuskich haseł było już pozajmowanych, a firma chciała trzymać się tego regionu ze względu na jego strategiczne znaczenie i związki z Henry’m Royce’em. Poza tym arystokratyczny kontekst zawsze da się wyszukać: bagna Camargue tworzy delta Rodanu – rzeki wypływającej spod lodowca w szwajcarskich Alpach, przepływającej obok przełęczy Furka (gdzie w filmie „Goldfinger” Agent 007 ścigał się Aston Martinem z Fordem Mustangiem panny Tilly Masterson), dalej przez Jezioro Genewskie, prowansalskie miasteczko Arles (gdzie żył i tworzył Vincent van Gogh) oraz Awinion (gdzie w XIV wieku rezydowali papieże, a 200 lat wcześniej zbudowano rozsławiony piosenką kamienny most – pierwszy w Europie od czasów upadku Cesarstwa Rzymskiego). Nad dolnym Rodanem funkcjonuje winiarski region Côtes-du-Rhône – jeden ze szlachetniejszych w świecie, z popisowym produktem o wymownej nazwie Châteauneuf-du-Pape („nowy zamek papieża”).
Widok Awinionu z papieskim pałacem i ruinami kamiennego mostu, według legendy zbudowanego przez św. Benezeta – niepiśmiennego pasterza, który we śnie otrzymał od Boga rozkaz połączenia brzegów Rodanu. Ale dość już dykteryjek – czas przejść do rzeczy.
Foto: , Licencja CC
***
Najdroższy Rolls-Royce – to hasło kojarzy się zwykle z pozłacaną karetą wiozącą jakąś koronowaną głowę. Modele przeznaczone do osobistego użytku pojawiały się rzadko. Tzn. jeśli zagłębić się w temat, to pierwszy produkt Henry’ego Royce’a, model 10 HP, był skromny i dwuosobowy, ale już pierwszy model „klasyczny”, czyli Silver Ghost, zdecydowanie wymagał zatrudnienia szofera. Wprawdzie niektórzy klienci zamawiali karoserie sportowe, ale to byli wielcy ekscentrycy, bo do zabawy znacznie lepiej nadawały się inne samochody.
Od czasu Wielkiego Kryzysu i przejęcia przez Rolls-Royce’a marki Bentley utarło się, że to właśnie ją wybierali właściciele-kierowcy, choć różnice mechaniczne były niewielkie, a z biegiem lat znikły zupełnie. Mimo wszystko dwudrzwiowe Rolls-Royce’y wciąż się zdarzały: przez dług czas była to kwestia zamówienia u coachbuildera odpowiedniej karoserii (sam producent do 1949r. oferował wyłącznie podwozia), lecz później fabryczna oferta regularnie obejmowała coupé i cabriolety.
Po wojnie rozróżnienie egzemplarzy „fabrycznych” i „coachbuilderskich” stało się problematyczne. Zabudowy „seryjne” były dość różnorodne i sygnowane przez przejęte w międzyczasie karoseryjne firmy Mulliner i Park Ward (w latach 1961-98 funkcjonował nawet oddział Rolls-Royce’a pod nazwą Mulliner Park Ward, łączący tradycje obu manufaktur, a działający pod niemieckim zarządem Bentley wciąż utrzymuje dział indywidualizacji pojazdów Mulliner). Natomiast niezależne firmy nadwoziowe, zamiast jednostkowych dzieł na prywatne zamówienia, zaczęły tworzyć projekty przeznaczone do produkcji „seryjnej” – oczywiście na skalę odpowiednią do pozycjonowania danej marki.
Jedną z takich firm, które świetnie odnalazły się w powojennej rzeczywistości, była Pininfarina. Jej założyciel, Giovanni Battista „Pinin” Farina, to mój ulubiony stylista, jak nikt inny trafiający w moje gusta. Tyle że on zmarł w 1966r., a późniejsze dzieła jego studia nie zawsze odpowiadały duchowi wielkiego założyciela.
Sztandarowym przykładem jest właśnie Rolls-Royce Camargue
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
„Dziś Rolls-Royce przedstawia nową dwudrzwiową limuzynę z karoserią Mulliner Park Ward – model Camargue. Ten rezultat pięcioletnich prac konstrukcyjnych występuje jako nowy członek rodziny Silver Shadow – Corniche. Został opracowany dla wymagającego samodzielnego kierowcy, który ceni jakość i tradycję Rolls-Royce’a, a równocześnie też szykowne, szyte na miarę karoserie” – pisał manager public relations producenta, D. Miller-Williams, w komunikacie prasowym datowanym na 5 marca 1975r.
Warto zwrócić uwagę, że jest tutaj mowa o „dwudrzwiowej limuzynie”, nie o coupé, oraz o manufakturze (a raczej znaczku firmowym) Mulliner Park Ward. Słowo „Pininfarina” pada dopiero znacznie dalej i wyłącznie na marginesie, choć każdy inny producent odmieniałby je w komunikacie przez wszystkie przypadki. Podkreślona została za to „jakość i tradycja marki”, produkcja w samym Londynie i to, że konstrukcyjnie chodziło o „prawdziwego Rolls-Royce’a”, którego mechanika w stu procentach odpowiadała modelom Silver Shadow i Corniche – „będących największym sukcesem w historii firmy„.
Mamy więc coupé od włoskiego stylisty, które marketing zachwala jako brytyjską limuzynę, nieróżniącą się od tych szoferskich. Ani słowa o niczym, co choćby przelotnie kojarzyłoby się z emocjami – pięknym designem, temperamentem, estetyką śródziemnomorską czy jakimkolwiek wzbudzaniem pożądania (o dynamice nie wspominając). Po co więc w ogóle zamawiać projekt u Pininfariny…?
W tamtym czasie, od 1971r., Rolls-Royce oferował już model Corniche – najczęściej kojarzony z cabrioletem, ale występujący też jako cou… przepraszam, two-door saloon. Jak najbardziej brytyjski i tradycyjny, technicznie niezmieniony w stosunku do modeli szoferskich i narysowany w sposób licujący z tonem powyższego komunikatu prasowego.
Foto: andreboeni, Licencja CC
Foto: andreboeni, Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Camargue miał grać inną rolę: być najbardziej ekskluzywnym samochodem najbardziej ekskluzywnej marki. Pierwszym i jedynym wyborem ludzi, którzy wchodząc do luksusowego butiku mówią – „poproszę najdroższy produkt, jaki macie”.
W przypadku Rolls-Royce’a o cenie dyskutować nie wypada, ale żądane w 1975r. 29.250 funtów brutto było kwotą oszałamiającą – i oczywiście najwyższą na całym samochodowym rynku. Mini kosztowało 1.250 funtów, luksusowy Jaguar XJ-S – 8.900, czterodrzwiowy Silver Shadow – 14.830, otwarty Corniche – 19.887, a dobra miesięczna pensja zaczynała się od 250. Bardzo ciekawe, że w USA – gdzie europejskie auta luksusowe są zasadniczo tańsze, z uwagi na silną konkurencję i brak zaporowych podatków – Camargue kosztował zupełnie obłąkane 90 tys. dolarów. Ponad 150% i tak już horrendalnej ceny brytyjskiej albo równowartość prawie DZIEWIĘCIU Cadillaców Eldorado!! Producent tłumaczył, że to przez konieczność dostosowania pojedynczych egzemplarzy do amerykańskich przepisów, ale w istocie chodziło po prostu o utrzymanie miejsca na szczycie – na poziomie, którego nikt w świecie nie odważyłby się przebić.
Co dostawało się za prawie 50% dopłaty do Rolls-Royce’a Corniche’a? Zasadniczo niewiele.
Technika pozostała identyczna. Silver Shadow, na którym bazowała cała ówczesna gama marki, był wystarczającym przełomem: pierwszym Rolls-Royce’em z samonośnym nadwoziem (choć niepozbawionym dwóch ram pomocniczych), niezależnym zawieszeniem (z hydropneumatycznym układem samopoziomowania na licencji Citroëna) i tarczowymi hamulcami (wysokociśnieniowymi, z jednocentymetrowym skokiem pedału – bo to naprawdę był system Citroëna). Bez zmian pozostała płyta podłogowa oraz cały napęd – aluminiowa, 6,75-litrowa V8-mka OHV połączona z trzybiegowym automatem GM TH400. Były plany dołożenia turbosprężarki, jednak zrealizowano je dopiero w następnej dekadzie, w kilku modelach Bentleya.
W większości egzemplarzy (z wyjątkiem pierwszych 65) mieszankę przygotowywały czteroprzelotowe gaźniki Solexa, w miejsce dwóch stałociśnieniowych SU z Silver Shadow, co odrobinę podnosiło moc. Zgodnie z firmową tradycją konkretów nie podawano, określając osiągi mianem „wystarczających” (jedną z nielicznych upublicznionych liczb był stopień sprężania: zmniejszony z 9,5 do 8 lub 7,3, zależnie od rynku, przy czym wynikający z tego spadek mocy z nawiązką kompensował wydajniejszy gaźnik). Nieoficjalne szacunki mówiły o okolicach 220 KM i 500 Nm, a drogowe testy wykazywały maksymalne prędkości 190-195 km/h, przyspieszenie 0-100 km/h w 11 sekund i średnie zużycie 25 litrów paliwa na 100 km. Porównywalnie z Silver Shadow, mimo masy wyższej o prawie ćwierć tony.
Rozstaw osi Camargue – 3.048 mm – był o 13 mm DŁUŻSZY niż sedana (!!), bo przecież w topowym modelu krótszy być nie mógł. Całe auto mierzyło 5.169 x 1.918 mm przy masie ponad 2,3 tony. Po raz pierwszy u Rolls-Royce’a karoseria została zwymiarowana w systemie metrycznym, bo projektowali ją Włosi – a złośliwi dodawali, że absurdalne gabaryty wzięły się pewnie z pomylenia cali z centymetrami. Pewne plusy oczywiście istniały: tylna kanapa była aż ponad 21 cm szersza niż w Corniche’u, a bagażnik miał godną podziwu objętość 707 litrów. Miano „limuzyny” było więc częściowo uzasadnione.
materiał producenta
Według pierwotnego planu Camargue miał zastąpić Corniche’a, tyle że… Corniche sprzedawał się zbyt dobrze – dlatego dzieło Pininfariny postanowiono uczynić równoległą propozycją specjalną, wieńczącą cennik. Dyrektor firmy, David Plastow, mówił, że „za używane Corniche ludzie płacą powyżej ceny fabrycznej, co jasno wskazuje, że na rynku istnieje miejsce dla drugiego coachbuilderskiego Rolls-Royce’a. Nasi klienci oczekują najlepszego i są gotowi odpowiednio płacić – również za ekskluzywność, którą zapewnimy ograniczając produkcję Camargue do jednego, a od przyszłego roku dwóch sztuk tygodniowo„.
Współistnienie dwóch osobistych (i bardzo wysokomarżowych) Rolls-Royce’ów pomogło podreperować budżet firmy, która właśnie wtedy przeżywała najgłębszy kryzys w historii i została zmuszona sprzedać swój dział samochodowy (będący wówczas już tylko przybudówką fabryki silników odrzutowych). To jednak temat na kiedy indziej.
***
Studio Pininfarina już wcześniej przygotowywało dla Rolls-Royce’a superluksusowe coupé – tyle że w klasycznej formie coachbuilderskiej, czyli jednostkowej.
W 1951r. francuska firma Facel-Métallon wypuściła serię 13 coupé na podwoziu (wtedy jeszcze ramowym) Bentleya Mk VI, według projektu Pininfariny
Foto: , Licencja CC
W 1968r. sama Pininfarina stworzyła jednostkowego fastbacka nazwanego Bentley T1 Speciale, na prywatne zamówienie niejakiego lorda Hansona. Sylwetka była udana, choć nie sposób przeoczyć podobieństw do zwyczajnego Opla Rekorda C.
Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com
Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com
T1 Speciale przyciągnął uwagę zarządu Rolls-Royce’a, który postanowił zamówić podobny projekt do produkcji seryjnej. Za realizację odpowiadał ten sam stylista: Paolo Martin, twórca karoserii Triumpha Spitfire, Lancii Monte Carlo, a przede wszystkim Fiata 130 coupé. 130-tka zbierała same pochwały – być może dlatego Paolo Martin połączył kształt jej kabiny (oczywiście odpowiednio przeskalowanej) z bryłami komory silnika i bagażnika właściwymi dla Rolls-Royce’a. Niestety nie wyszło to zgrabnie: na przestrzeni całego półwiecza, jakie upłynęło od premiery Camargue, trudno znaleźć prasowy artykuł chwalący jego design. Porównania do gibraltarskiej skały są jednymi z bardziej oględnych, jakie można napotkać.
Części środkowej, z dużymi powierzchniami przeszklonymi, trudno cokolwiek zarzucić, jednakże przód wygląda zbyt masywnie, opadający i pionowo odcięty tył – jak gdyby przysiadł z przeładowania, a poszerzenie nadwozia zbyt mocno wcisnęło koła w głąb ich wnęk. Paolo Martin zastosował tu wprawdzie trick starożytnych Greków, polegający na lekkim wybrzuszeniu boków (z wygięciem szyb włącznie): dodało to sylwetce elegancji, ale nie uratowało całokształtu, ogólnie niespójnego i ociężałego. Nie dało się też uzyskać efektu hardtopu – tylne okna pozostały nieruchome.
Foto: materiał producenta
W ostatniej chwili, na prośbę zleceniodawcy, grill został jeszcze powiększony, by licował ze statusem najdroższego Rolls-Royce’a – rezultatem było wydłużenie i podniesienie „nosa”, jeszcze bardziej psujące harmonię. Ciekawostki: w Camargue, jako pierwszym modelu marki, grill pochylił się z wiatrem (o całe cztery stopnie, ale zawsze), dla bezpieczeństwa pieszych maskotkę Spirit of Ecstasy zamocowano sprężynowo, zaś białe światła pozycyjne wykorzystywały światłowody.
Foto: materiał producenta
Z tej perspektywy auto wygląda relatywnie najlepiej, bo najskuteczniej ukrywa swój przytłaczający ogrom. Co ciekawe, zderzaki nie różniły się pomiędzy wersjami dla Europy i USA – inne były tylko ich mocowania.
Foto: materiał producenta
41,8 m² to więcej, niż mierzy mieszkanie niejednego z nas – tymczasem taką właśnie powierzchnię miały same skórzane obicia wnętrza Camargue (sporządzane ręcznie przez zespół 45 specjalistów). Ze względów bezpieczeństwa drewniane okleiny zostały naklejone na absorbującą energię blachę aluminiową, a kierownicę i wiele innych powierzchni pokryto miękkimi materiałami.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Taką plakietkę otrzymywał oczywiście każdy egzemplarz
Foto: Dan Vaughan, https://www.conceptcarz.com
Deska rozdzielcza zachowała wygląd wiktoriańskiego mebla, jednak instrumenty różniły się od tych z Silver Shadow. „Kokpit jak w lekkiej awionetce” – mówiły katalogi, zachwalające zwłaszcza pokrętła sterujące większością funkcji. Dwuramienna kierownica, wspólna dla wszystkich ówczesnych Rollsów, nieodparcie kojarzy mi się z „Maluchem”, natomiast wyposażenie oczywiście imponowało – automatycznym doświetlaniem zakrętów, serwomechanizmami wspomagającymi nawet obsługę dźwigni automatycznej przekładni (na której umieszczono przyciski tempomatu), wewnętrznymi klamkami zdublowanymi z tyłu podłokietników (dla wygody pasażerów tylnej kanapy), elektrycznym odryglowywaniem oparć foteli i wlewu 107-litrowego zbiornika paliwa oraz kwadrofonicznym magnetofonem.
Foto: materiał producenta
Zielona kontrolka rezerwy paliwa to ekscentryczny pomysł, ale cały zakres sytuacji objętych alarmowymi lampkami był bardzo szeroki
Foto: materiał producenta
Osobna wzmianka należy się klimatyzacji: jej opracowanie zajęło osiem lat (!!), a wyjątkowość polegała na automatycznym utrzymywaniu wybranej temperatury dwóch stref, „górnej” i „dolnej” (wokół nóg jadących i przy ich głowach), oraz automatycznym odmrażaniu i odparowywaniu wszystkich szyb. System miał ponoć „moc trzydziestu domowych lodówek„, potrafił schłodzić nadmuchiwane powietrze do 0ºC i utrzymywać jego optymalną wilgotność, pobierając przy tym do 10 KM mocy silnika. Początkowo był dostępny wyłącznie w Camargue i reklamowany jako jeden z atutów modelu, jednak szybko trafił do wszystkich Rolls-Royce’ów i Bentleyów.
Foto: materiał producenta
***
„Grand Prix” – brzmiał tytuł artykułu o Camargue, opublikowanego w 1983r. w niemieckim „auto motor sport„: nie chodziło tu oczywiście o „Wielką Nagrodę”, jak w wyścigach konnych albo Formuły 1, a o „Wielką Cenę” (francuskie słowo prix posiada oba te znaczenia). Naonczas w RFN auto kosztowało 370 tys. marek – prawie sześciokrotność Porsche 911 i pięciokrotność Mercedesa 500 SEC, który był samochodem o niebo nowocześniejszym i lepszym pod każdym względem, tyle że mniejszym i ometkowanym tak samo jak małomiasteczkowe taksówki. No i nieoferującym „coachbuilderskiej” karoserii – nawet jeśli na klocowatej sylwetce Camargue dziennikarze nie pozostawiali suchej nitki.
Czy ten samochód naprawdę wygląda tak tragicznie? Dziś każdy z nas z łatwością wymieni wiele jaskrawszych przypadków zwalistości, ostentacji i bezguścia, jednak wtedy, pół wieku temu, poprzeczka stała nieco wyżej. Od produktów z dachu świata oczekiwano zachowania pewnych estetycznych standardów, które tutaj nie zostały dotrzymane.
Foto: materiał producenta
Cena częściowo wynikała z bardzo złożonego i pracochłonnego procesu produkcji, trwającego aż pół roku. Najpierw płyta podłogowa firmy Pressed Steel z Cowley przyjeżdżała do zakładu Mulliner Park Ward w Willesden na północy Londynu. Tam budowano na niej surową karoserię, ręcznie dopasowując blachy zgodnie z dopuszczalnymi tolerancjami. Całość wysyłano do Crewe w celu zabezpieczenia antykorozyjnego, polakierowania i montażu podzespołów mechanicznych. Taki samochód „w stanie deweloperskim” wracał do Willesden na prace wykończeniowe – w tym zaaplikowanie wspomnianych 41,8 m³ skór, oklein z wyselekcjonowanego drewna orzechowego i skompletowanie całego wnętrza. Na koniec czekały go jeszcze długotrwałe testy, drogowe i stacjonarne (w tym próba szczelności „w warunkach monsunowej nawałnicy” – informował katalog).
Rolls-Royce Camargue wśród bagien Camargue
Foto: materiał producenta
Od 1978r. karoserie wytwarzała samodzielnie firma Motor Panels Ltd z Coventry, ale zawirowania gospodarcze – w tym gwałtowny wzrost kosztów energii, dodatkowe obciążenia fiskalne oraz intensywny dodruk pieniędzy – podniosły cenę z 29 tys. funtów w 1975r. na ponad 80 tys. w 1981 (przy średniej cenie brytyjskiego domu jednorodzinnego na poziomie 24 tys.). Ilu ludzi w świecie chciało zapłacić tyle za samochód, w dodatku wcale nie jakiś wybitny?
Według mnie do roli samobieżnego pałacu Buckingham znacznie lepiej nadaje się Corniche: równie wielki i jeżdżący dokładnie tak samo, a naprzeciwko Camargue nieporównanie ładniejszy (no i cokolwiek tańszy, choć to akurat niekoniecznie działało na jego korzyść).
Foto: materiał producenta
W latach 1975-86 powstało 526 egzemplarzy Camargue. Trudno powiedzieć, czy to sukces, bo brak odpowiedniego punktu odniesienia. Producent z pewnością liczył na więcej (sam zapowiadał produkcję dwóch sztuk na tydzień począwszy od 1976r.), trzeba jednak pamiętać, że jedyną racją bytu modelu był status najdroższego pojazdu świata, a włoska karoseria, która w założeniu miała go wyróżniać, budziła niemal wyłącznie krytykę.
Ja nie uważam jej za tak brzydką, jak większość komentatorów, ale nie mogę powiedzieć, by mi się podobała – zwłaszcza że od mojego ulubionego studia stylistycznego oczekiwałbym więcej. Paolo Martin robił, co mógł, jednak sklejenie napompowanej do granic możliwości kabiny coupé z przysadzistymi prostopadłościanami ozdobionymi kompletem insygniów Rolls-Royce’a i nałożenie całości na zbyt wąskie podwozie nie miało szans się powieść. Również dlatego, że moim skromnym zdaniem istnieje pewien graniczny rozmiar, powyżej którego coupé nieuchronnie zamienia się w groteskę.
Foto: materiał producenta
„Wartość Rolls-Royce’a trudno wyrazić w pieniądzach – jej wymiar jest raczej ideowy” – pisał o Camargue „auto motor & sport„. Dynamikę tego mastodonta w cuglach przebijał co mocniejszy sedan, w zakrętach głębokie przechyły i pisk opon pojawiały się przy prędkościach właściwych mikrobusom, a bardzo silne wspomaganie kierownicy uniemożliwiało jakikolwiek przekaz bodźców. Jednakże z drugiej strony ogromna przestrzeń w kabinie, majestatyczny widok olbrzymiej maski silnika zwieńczonej srebrzystą figurką Spirit of Ecstasy, niesamowity komfort hydropneumatycznego zawieszenia spotęgowany królewską miękkością foteli oraz stłumiony bulgot olbrzymiej V8-mki, rozlegający się przy każdym muśnięciu pedału gazu tworzyły niepowtarzalne Przeżycie, przy którym takie głupstwa jak „osiągi” albo „własności jezdne” stawały się kompletnymi niedorzecznościami. „Komfort i spokój” były według dziennikarza głównymi atutami, które „docenić można tylko przez osobiste doświadczenie„. Nie przeczę, zwłaszcza że przez jeden dzień w życiu bujałem się Corniche’m – tyle że według osób poinformowanych Camargue w niczym go nie przewyższał.
***
Camargue przechodził wszystkie modernizacje „bazowych” Rolls-Royce’ów: w 1977r. dostał zębatkowy układ kierowniczy, w 1979 unowocześnione zawieszenie z Silver Spirit, w 1980 opcjonalny wtrysk paliwa K-Jetronic (obowiązkowy w USA, z uwagi na normy środowiskowe). Niektórzy właściciele dokonywali modyfikacji, czasami naprawdę ekscentrycznych.
W 1983r. w Genewie karoseryjna firma Hooper zaprezentowała Rolls-Royce’a Camargue Beau Rivage, ze zmodyfikowanym designem, ekskluzywnym wykończeniem i zintegrowanym systemem audiowizualnym. Taka coachbuilderska modyfikacja coachbuilderskiego modelu.


Foto: materiał producenta
W 1987r. pojedynczy cabriolet na bazie Camargue zbudowała firma Niko-Michael Coachworks
Foto: wheelsage.org
W 1980r. marokański król kupił seryjnego Camargue i wysłał go do Szwajcarii, do warsztatu niejakiego Franco Sbarro, u którego zamówił konwersję na pojazd myśliwski. Mechanizmy nie zostały zmodyfikowane, ale nadwozie przerobiono na ekstremalny cabriolet z elektrycznie kładzioną szybą czołową i wysuwaną platformą do polowań z sokołem. Dzisiaj unikatowy samochód należy do prywatnego kolekcjonera.
Foto: wheelsage.org
***
Spośród wszystkich ekskluzywnych marek samochodów Rolls-Royce jest tą, o której samochodziarze marzą stosunkowo najrzadziej. Niewiele zmieniają tu pojawiające się regularnie modele dwudrzwiowe, przeznaczone do osobistego powożenia i nieraz nawet stylizowane przez najsłynniejsze studia nadwoziowe, ale niemające wiele wspólnego z radością z jazdy. Ich nikt nie określi magicznymi literkami GT, a pięcioliterowego słowa na „S” nie użyję tu nawet w cudzysłowie, bo w tym artykule zwyczajnie nie wypada.
Już dłuższy czas temu czytałem wypowiedź przedstawiciela Rolls-Royce’a tłumaczącego, że produkty jego firmy nie konkurują z innymi samochodami, tylko z helikopterami, jachtami i diamentowymi koliami. Taką niszę wybrała sobie firma. Rozumiem, ale mimo wszystko żałuję, że nawet jej topowy model dwudrzwiowy nie potrafi samochodziarzy zachwycać. Że filozofia Henry’ego Royce’a, mówiąca o dążeniu do absolutnej perfekcji w najdrobniejszym detalu, nawet w modelach „osobistych” pomija podstawowe aspekty istoty samochodu. Czy tak być musiało? Czy nie można było wzbogacić Camargue o odrobinę automobilowych emocji? Czy na pewno zrzuciłoby go to z jego najwyższej pozycji na dachu świata?
Myślę, że chyba by jednak zrzuciło. Że prawdziwy grand tourer nie może być aż tak tak monstrualnie wielki i ciężki. Że nie może całkowicie odcinać kierowcy od drogi, czego wymaga się od aut superluksusowych. Że radość z jazdy – i ogólnie z życia – wymaga zachowania złotego środka, a nie obsesyjnego parcia na wzrost w nieskończoność.
„Znaj proporcjum, mocium panie” – pisał prawie dwieście lat temu bardzo mądry człowiek nazwiskiem Aleksander Fredro. Właśnie dlatego segment (super)luksusowy nie zachwyca większości entuzjastów motoryzacji – a już na pewno nie w formie coupé, która powinna szczególnie gorliwie ucieleśniać elegancję i pilnować zachowania proporcjum.

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Mój ulubiony RR! Warto dodać, że wspomniane w artykule gięte szyby boczne pojawiły się po raz pierwszy u Rollsa właśnie w modelu Camargue. Efekt „przeładowanego” bagażnika wynikał z błędu producenta – pierwsza seria miała fabrycznie źle dobrane tylne sprężyny. Razem z modyfikacjami zawieszenia wóz dostał alufelgi, wcześniej montowane były stalowe felgi, które faktycznie źle wyglądały. Camargue po modyfikacjach z 1979 roku podobno jeździ zadziwiająco dobrze, co zresztą pokazywał Ian Tyrrel na swoim kanale na YT. Podobieństw do Fiata 130 jest sporo nawet w kabinie. Co do pochylenia grila – owszem, jest pochylony, ale nie z wiatrem, tylko pod wiatr. Jego górna krawędź jest wysunięta do przodu względem dolnej.
Może się nie znam, ale jak dla mnie stylistyka tego samochodu jest całkiem fajna. Wygląda lepiej niż niektóre inne modele tej marki. No, ale raczej nie jestem w grupie która kupuje takie samochody (z nieco innych powodów niż stylistyka 😉 ).
Camargue jest do dziś drogi z powodu rzadkości, ale np. Silver Shadow i inne starsze sedany RR wcale nie. Pamiętam, że w czasie wakacji we Francji mój tata kiedyś widział Rollsa w komisie i bardzo się zdziwił, że do swojego ówczesnego Civica mógłby jeszcze wziąć dopłatę. Tyle że w serwisie nie byłoby już tak tanio, ale to osobna sprawa 🙂
#SzK, z 8 lat temu ktoś w moim mieście sprzedawał Silver Shadowa za 25 tysięcy.
No właśnie o tym mówię. Za 25k to raczej ruina, ładny to bliżej 100-120 tys. aktualnie wychodzi (20-30k€), czyli jak nowy Golf albo dowolny popularny klasyk typu Citroen DS, MGB, Mercedes R129, itp. Gorzej jeśli pojedzie się do serwisu, bo tam niestety zostawia się krocie.
PS W Twoich okolicach działał kiedyś niejaki pan Feliks Siemienas, dość znany milioner z samego początku lat 90-tych. Pamiętam artykuły o nim z tamtych czasów – zapamiętałem je, bo on właśnie się wypowiadał, że miał jedynego wówczas Rollsa w całej tej części Polski. Zapewne też starego, bo to żadna gruba ryba nie była jak na normalne czasy, ale w mediach trochę szumu koło niego robili. On dziś już nie żyje, ale ciągle można znaleźć o nim artykuły w sieci.
Jak wynika że zdjęć Rolls Siemienasa ma się całkiem dobrze 🙂
Jak wynika że zdjęć Rolls-Royce Siemienasa ma się całkiem dobrze 🙂
https://tablica-rejestracyjna.pl/N1PABLO
Sam Siemienas już nie żyje. Jeśli to ten sam samochód, to w 1990r. był jednak aktualnym modelem.
Doczytałem, że zmarł w lipcu 2023 r.. Bardzo ciekawa postać – pod podanym wyżej linkiem oprócz zdjęć samochodu podlinkowane są artykuły dotyczące samego Feliksa Siemienasa. A co do samochodu, to żyjąc w Polsce, kupić w 1991 r. nowego Rolls-Royca i jeździć nim nieprzerwanie przez kolejne 32 lata, utrzymując cały czas w idealnym stanie – do mnie to przemawia.
Przyznam, że mnie się także podoba – jego stylistyka ma w sobie coś z amerykańskiego krążownika. Swoją drogą może o to właśnie chodziło stylistom, żeby zbudować auto, które spodoba się Teksańskim wzbogaconym na wydobyciu ropy milionerom – jestem nawet w stanie sobie wyobrazić sobie to auto z rogami na masce i łaciatą czarno białą tapicerką 😉 A swoją drogą, gdyby wówczas istniała firma Mansory, to byłby pewnie jej ulubiony obiekt przeróbek 🙂
Camargue od Mansory na pewno byłby wyjątkowy 🙂 W sumie te przeróbki z epoki są tylko trochę bardziej powściągliwe 🙂
Czy jeżeli dobrze zrozumiałem to mamy brzydkie coupe na bazie ładnego kabrioletu, któremu potem w ramach przeróbki ucina się dach tworząc jeszcze brzydszy kabriolet do tego bez żadnej sztywności? Poproszę dwa!
Wyślemy kurierem za pobraniem 🙂
Takie jednostkowe przeróbki są dla mnie jeszcze większą zagadką, bo tak jak mówisz, one jeszcze rujnują sztywność. No ale takie wynalazki nie służą do jeżdżenia, tylko do posiadania, no i opisywania na blogach 🙂
brzydki to jest tylko pas przedni, reszta jest całkiem fajna, nie licząc przodu to wygląda jak typowy Amerykański Chevrolet z przełomu lat 70/80, tyle że tamte miały fajniejsze przody 🙂 i kosztowały z 50x mniej, a też miały V8, automat i wspomaganie wszystkiego 😉
A to jest prawda, że jazda wyglądała podobnie (wnioskuję na podstawie Corniche’a i Silver Spura), z tym że wrażenie jakości i ręcznej roboty we wnętrzu jednak w Rollsie jest. Co nie zmienia faktu, że jazda raczej nie emocjonuje.
Zaliczam się zdecydowanie do grona tych, którym się Camargue nie podoba. Powiem więcej – jest szpetny. Nie odrażający, po prostu wyjątkowo nieudolnie zaprojektowany wizualnie. Nic ze sobą nie współgra. Z boku zero jakichkolwiek sensownych proporcji, z przodu tragedia, w środku jak niegustowna peerelowska meblościanka z fabryki w Lęborku, z tyłu trochę jak Fiat 124, tylko gorzej. Jestem zdecydowanie na nie.
Dołączę do grona chwalących design tego modelu – po zobaczeniu tych wszystkich gargantuicznych amerykańskich personal luxury cars z lat 70. ten samochód nie wygląda aż tak tragicznie, a już na pewno dużo lepiej od wymienionego w tekście Bentley’a T1 Speciale, który wygląda jakby bagażnik mu dolepiono na siłę zaburzając kompletnie proporcje. Co do emocji, które generuje taki samochód, a raczej ich nie generuje… o to trzeba by się spytać kogoś z arystokracji (tylko takiej prawdziwej, a nie takiej, która nią jest od lat 90. a jeszcze kilka lat wcześniej handlowała walutą pod Pewexami😉) – w końcu to jest grupa docelowa dla tych samochodów, a ci ludzie wiadomo, z nieco innej gliny są ulepieni niż „proletariat”.
No właśnie o to chodzi, że oni są z innej gliny. I o ile mogę zrozumieć kogoś, kto kupuje limuzynę od Rollsa, w komplecie z szoferem, to znacznie trudniej jest mi sobie wyobrazić, po co taki samochód ktoś chciałby prowadzić samodzielnie, jako dwudrzwiówkę. Do czerpania przyjemności z jazdy naprawdę znacznie lepiej nadają się inne marki, choć wyjątkowość ręcznej roboty jakąś wartość ma.
Dołączam do zespołu hejterów Camargue’a. Wizualnie bardzo podobny do jednostkowego coupe Pininfariny na bazie Mercedesa W109 300SEL 6.3 z 1969, ten jednak miał nieco lepsze proporcje, więc nie wyglądał aż tak gargantuicznie odrażająco jak RR (ale wciąż niezbyt korzystnie). To wielka sztuka zaprojektować duże coupe, które będzie wyglądać dobrze i proporcjonalnie. Rolls Royce jest pewnie jedynym producentem, któremu mogło to jako-tako ujść na sucho bo ma swoją bazę klientów, których interesuje nie wygląd czy walory użytkowe pojazdu, a jedynie cena i ostentacyjność.
Da się zaprojektować ładne, gargantuiczne coupe, ale muszą zostać spełnione dwa warunki:
– proces projektowania i produkcji musi mieć miejsce w okolicy Wielkich Jezior Amerykańskich
– producent musi mieć „motors”, ewentualnie „motor co” w nazwie.
A co do samego Rollsa, problemem są światła – przednie w rozmiarze sealed beam są wizualnie zbyt małe (o ile lepiej wyglądają prostokąty z Hoopera!)
– tylne, wyglądające jak z taniego Fiata czy Peugeota, zupełnie odstające od masywnej, dystyngowanej i jednak w miarę eleganckiej sylwetki. Wygląda to jak naprawa powypadkowa w wykonaniu c&g.
Tak, w Ameryce wszystkie auta są podobne, bez względu na liczbę drzwi. Pewnie dlatego tam taki Caddy Eldorado razi mniej niż u nas Camargue. Bo o ile w Silver Shadow jakiś sens widzę, to w coupe na jego bazie już znacznie mniej.
Prawdę mówiąc to żadna marka nie kojarzy mi się tak z oligarchami krajów b. ZSRR jak Rolls-Royce. Na lazurowym wybrzeżu parę lat temu to 50% miała rosyjskie numery, a tymi na angielskich też zwykle jeździli Rosjanie.
Parę lat temu to tak, oczywiście, ale w czasach Camargue jeszcze nie 🙂
Jeszcze w latach 60. ub. w. żeby zamówić Rollsa w fabryce trzeba było mieć tytuł szlachecki, stanowisko chairmana wysokiego szczebla, albo przynajmniej rekomendację innego posiadacza samochodu tej marki (z pierwszej ręki). Zmienili to szejkowie w latach 70. I od tego czasu do zakupu wystarczają papiery z podobizną Waszyngtona lub królowej ER II w odpowiedniej ilości.
Nie słyszałem o takiej selekcji – ona chyba nie mogła dotyczyć USA, gdzie już od lat 20-tych działała montownia i nadwoziownia w Springfield. Ale w UK być może funkcjonowała?
@Szymon B: Ciekawe kto w takim razie załatwił rekomendację Johnowi Lennonowi🙂. W końcu jego psychodeliczny RR został przezeń zakupiony jako nowy wóz, a order od Królowej odebrał już po złożeniu zamówienia na ten wóz u producenta.
Myślę, że rozpowszechnianie tego typu legend było zabiegiem marketingowym i służyło po prostu budowie wizerunku marki – sporo jest ich w książce „Opowieści Silver Lady”, która była wydana u nas w latach 90-tych (zapamiętałem m. in. o tym, że nie dodawali w komplecie narzędzi, z wytłumaczeniem, że „ich samochody się nie psują”). Podobnie jest chyba obecnie z Ferrari i historiami o tym, że pewni celebryci zostali przez producenta wpisani na czarną listę i „za karę” nie mogą kupować pojazdów tej marki.
A swoją drogą zastanawia mnie jak jest z legendarną trwałością tych samochodów – z jednej strony na pewno były robione z dużym zapasem materiałowym, z drugiej lata 70-80-te nie były najlepszym okresem w historii brytyjskiej motoryzacji – czy ogólna degrengolada dotknęła wówczas Rolls-Royca tak samo jak Rovera, czy Jaguara?
Nie mam żadnych doświadczeń, nie spotkałem się też ze szczegółowymi raportami o awaryjności Rolls-Royce’ów. Dziś jest tam technika BMW, w epoce „klasycznej” też występowały skrzynie biegów GM Turbo-Hydramatic (faktycznie pancerne), ogólnodostępna elektryka, gażniki, itp.
Właściciel prezentowanego tu latem Silver Spura opowiadał, że kilka drobiazgów musiał zrobić – nic poważnego, ale koszty ogromne. Ja sam we Francji przeżyłem problem z Corniche’em, który po zatankowaniu nie chciał odpalić i zablokował dystrybutor. Mechanik z wypożyczalni kazał poczekać kwadrans – i faktycznie pomogło, bo chodziło o przegrzany przekaźnik, co ponoć jest typowym problemem w upale. W tym samochodzie był też normalny wtrysk K-Jetronic, hydropneumatyka podobna do citroenowskiej, itp. Tak że to nic bardzo egzotycznego. Spodziewam się, że wykonanie mogło być lepsze niż u Leylanda, bo nikt nie opowiada o Rollsach takich horrorów jak o Morrisach Marina, Land-Roverach albo Maserati. Ale brak opowieści nie musi oznaczać brak powodów do nich 🙂
Wiedza pochodzi od mojego chrzestnego, który był 2 lata na stypendium na uniwersytecie w Leeds pod koniec lat 60. Jak to zrobił w 1968 r. nie pytajcie, nie powiedział, ale wrócił stamtąd z doktoratem.
Oczywiście gwiazdy wielkości Lenonna i władcy jak cesarz Haile Selassie, marszałek Tito, i Breżniew, szach Reza Pahlawi mieli własne dyskretne ścieżki dostępu do producenta Rolls Royce’ów, myślę nawet że poza kolejką, jeśli taka kiedykolwiek stała za Rollsami.
Nie wiem gdzie ten komentarz wleci. Ale Camargue jako rejon fajne jest, tzn dla smakoszy. Na tych bagnach są rzeczywiście różowe flamingi i białe konie, ale jeszcze są czarne byki, super to wszystko zobaczyć. I w Saintes-Maries-de-la-Mer rzeczywiście przyjeżdzają Cyganie (ekhm, Romowie może), niektórzy wozami ale większość kamperami, i w kościółku jest czarna rzeźba „ich” Matki Bożej, bo wierzą że przypłynęła łodzią (w sumie nie tak daleko). I są te kupki soli, to robi wrażenie.
No, w koncu nadrobiłem automobilowniane zaległości. Matford coś mi dzwonił, ale Mathis był mi całkowicie nieznany, do tego był to dosc spory producent. Ciekawa historia.
A w temacie prezentowanego Rollsa – nonze zdjęć to nie powiem, żeby był jakoś wybitnie ładny. Ale żeby był brzydki też nie powiem. Do tego zdjęcia zdjęciami a wrażenie na żywo może byc zupełnie inne.
Od pojazdu tej klasy oczekuje sie raczej imponującego (lepsze słowo mi bie przychodzi do głowy) wyglądu – połączenie rozmiarów i płaszczyzn na żywo pewnie robiło odpowiednie wrażenie.
Na żywo nje macałem, ale do Rollsa pasuje mi angielskie określenie „perceived quality” (nie jestem pewien, czy „jakość odczuwalna” to najlepsze możliwe tłumaczenie) – czyli wrażenie solidności, spasowania, miękkości jakich użytkownik może zobaczyć i wymacać (miękkie plastiki VW). Bo technicznie Rollsy były raczej dość konserwatywne.
No i zestaw wskaźników – prędkościomierz, poziom paliwa i prąd ładowania + zegarek i temperatura zewnętrzna 🙂
Dobre tłumaczenie i słuszne stwierdzenie, że Rolls-Royce robi wrażenie jakością. Zupełnie jak luksusowy zegarek, który pokazuje tę samą godzinę co wszystkie, ale jak się go założy na rękę, to naprawdę nie chce się zdejmować – bo wrażenie jakości i solidności są nie do opisania słowami. Tego trzeba doświadczyć, żeby zrozumieć, o co chodzi.
Rolls-Royce ma oczywiście imponować również rozmiarami. Tyle że z wszystkim w świecie można przesadzić i moim skromnym zdaniem tutaj to nastąpiło. Limuzyna – tak, niech sobie będzie zwalista, jednak coupe powinno pozostać coupe. Tutaj granica została przekroczona.
PS Zapraszam jutro na następny artykuł, znów będzie co nadrabiać 🙂
A mi właśnie Camargue podoba się najbardziej ze wszystkich modeli tej marki. Cudny anglo-malaise’owy kloc. Jest jak szwarccharakter ze starego Bonda podczas, gdy Corniche to samochodowe wcielenie piosenki „Rule, Britannia!”. 😀