PERŁY COACHBUILDINGU: SZACHINSZACH

 

Jakimi samochodami jeżdżą królowie?

W powszechnej świadomości królowie nie używają nowoczesnej techniki. Zapewne dlatego, że w Polsce monarchia skończyła się bardzo dawno – a i nawet później, w czasach II Rzeczypospolitej, stereotypowym obrazem przywódcy był osławiony „Marszałek na Kasztance” (oczywiście symbolicznie, bo w rzeczywistości prezydenci i ministrowie jak najbardziej posługiwali się samochodami). Ale w szerokim świecie królowie żyją do dziś i miewają wcale wyszukany motoryzacyjny gust.

Aut projektowanych specjalnie dla królów nie było w historii zbyt wielu, bo rynek to mikroskopijny i ogromnie wymagający. W pierwszej kolejności do głowy przychodzi Bugatti 41 Royale: w jego przypadku już sama nazwa nie pozostawiała wątpliwości co do docelowej grupy, tyle że… tego modelu żaden monarcha nie kupił.

Bugatti 41 Royale było owocem urażonej dumy Ettore Bugattiego, któremu pewna dama miała powiedzieć, że może i produkuje samochody najszybsze, ale te najlepsze można dostać tylko u Rolls-Royce’a. Dumny Włoch postanowił udowodnić, że rozmówczyni się myli i niedługo później przedstawił najbardziej luksusowy wóz ówczesnego świata – o rozstawie osi 4,3 metra i pojemności silnika 12,8 litra (przy czym pierwszy egzemplarz, zachowany do prywatnego użytku Bugattiego, był jeszcze potężniejszy – 4,57 metra i 14,7 litra). Nadwozia były oczywiście indywidualne, bo królom nie godzi się oferować innych. Na zdjęciu – coupé de ville firmy Henri Binder.

Foto: Georg Sander, Licencja CC

Bugatti wyprodukował sześć podwozi 41 Royale (plus wspomniany prototyp). Tylko trzy kupili klienci, z których żaden nie był królem: jedyny zainteresowany monarcha, Zog I z Albanii, został przez Bugattiego odprawiony z kwitkiem z powodu „skandalicznych manier przy stole„. Być może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie szalejący wówczas Wielki Kryzys, przez który nawet królowie mieli opory przed wydatkowaniem pieniędzy zabranych poddanym na tak ekstremalne zbytki.

Po kryzysie przyszła najstraszliwsza z wojen. Po niej świat mocno się zmienił, ale… nie do końca, a przede wszystkim nie cały. W stolicach wielu krajów Europy wciąż rezydowali monarchowie, którzy wprawdzie stracili realną władzę, ale zachowali swe bajeczne bogactwo, w tym pałace i królewskie insygnia. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to III Świata: tam zdarzały się nawet rewolucje polegające na zastąpieniu funkcjonującej demokracji monarchią w dawnym stylu – taką rodem z baśni, z władcą nurzającym się w złocie i rządzącym niemal samodzielnie, bez zachowywania choćby pozorów.

Zdarzyło się to na przykład w Iranie, gdzie w 1951r. demokratyczny rząd znacjonalizował brytyjską spółkę zajmującą się eksploatacją złóż ropy naftowej. Reakcja była natychmiastowa: współpracujące służby brytyjskie i amerykańskie zorganizowały w Teheranie zamach stanu, w wyniku którego władzę objął potomek dawnej dynastii królewskiej, Mohammad Reza Pahlavi. Przyjął on tradycyjny tytuł szachinszacha (króla królów) i z poparciem Waszyngtonu przez 26 lat sprawował autorytarne rządy, aż do obalenia przez rewolucję islamską w 1979r.

Mohammad Reza Pahlavi

public domain

Szach budował w Iranie nowoczesną gospodarkę na wzór zachodni, ale z dobrobytu korzystały tylko wąskie warstwy ludzi wykształconych za granicą i akceptujących ten model. Żyjąca w biedzie większość wcale nie popierała westernizacji kraju, sprzecznej z tradycjami perskimi i islamskimi, a szach trzymał władzę tylko dzięki terrorowi tajnej policji. Ponadto – jak to wschodni władca – prowadził wyjątkowo wystawne życie: przykładowo w 1971r., pośród starożytnych ruin Persepolis, zorganizował obchody 2.500-lecia perskiej monarchii, obwołane „najdroższą imprezą wszech czasów”.

Łączny koszt uroczystości pozostaje nieznany, ale źródła szacują go na 90-120 mln ówczesnych dolarów, czyli nawet do miliarda dolarów dzisiejszych. Prawdą jest, że przy okazji podjęto istotne inwestycje (modernizacja lotniska w Shiraz, budowa 1.000-kilometrowej autostrady Teheran-Persepolis czy 2.500 szkół na 2.500-lecie kraju), ale najwięcej mówiło się o zbytkach: wzniesieniu 45-metrowej, marmurowej Wieży Królów (dziś Wieża Wolności) w Teheranie, olbrzymiej hali bankietowej w Persepolis (mierzącej 68 x 24 metry, ze stołem długości 70 metrów) czy całego miasteczka jedwabnych namiotów dla 600 zagranicznych gości ze świtami (z których każdy dostał w prezencie jedwabny perski dywan z utkaną własną podobizną). Do tego doszły takie ekstrawagancje jak oczyszczenie ogromnego terenu pustyni z węży i robactwa, doraźne nawodnienie go i obsadzenie przywiezionymi zza granicy drzewami (które z braku wody obumarły niedługo po imprezie) czy sprowadzenie na miejsce 50 tysięcy śpiewających ptaków (które w pustynnym klimacie też przeżyły zaledwie kilka dni). Na sam bankiet – z wojskowymi defiladami i nocnym spektaklem światło-dźwięk – gości przywiozła flota 250 Mercedesów W100, a za menu odpowiadała ekipa 40 kucharzy i 120 kelnerów sprowadzonych z najdroższych w świecie restauracji: King’s Club z St Moritz i paryskiego Maxima. Na zastawie z turkusu, srebra i złota skonsumowanych zostało 18 ton żywności i 410 skrzynek trunków – między innymi szampana z rocznika 1911 i koniaku z 1860. Wszystko to dostarczono z Paryża irańskimi samolotami wojskowymi – „łącznie z pietruszką, szczypiorkiem i lodem do schłodzenia 2.500 butli szampana” – pisali sprawozdawcy. Dokładnego menu nie będę tu wklejał, ale zainteresowani znajdą je bezproblemowo w Internecie. Podobnie jak propagandowy film pokazywany w kinach całego kraju.

Obchody 2.500-lecia wydatnie przyspieszyły islamską rewolucję. W powyższym filmie nie ma słowa o licznych w perskich dziejach wojnach (w tym domowych), o krwawych przewrotach (w tym siłowym osadzeniu na tronie panującego szacha, po obaleniu demokratycznego rządu przez obce służby), a odwołanie do islamu pada tylko raz. Wszystko to, w połączeniu z nieprawdopodobną rozrzutnością szacha symbolizowaną przez rzeczoną imprezę, wywołało ogromną wściekłość irańskich mas i przyspieszyło rewolucję. „Nawet gdyby oni wszyscy polecieli na Marsa albo i poza Drogę Mleczną, byliby nadal niezdolni do odczuwania prawdziwego szczęścia, pozbawieni moralnych cnót i duchowej wartości, i nadal nie potrafiliby radzić sobie z własnym życiem” – grzmiał o uczestnikach imprezy ajatollah Chomeini, który zaledwie sześć lat później miał objąć w Iranie pełnię władzy.

Nietrudno się domyślić, że taki władca jak Mohammed Reza Pahlavi był fanem motoryzacji, ale bynajmniej nie takiej zwyczajnej. Jego kolekcja ekskluzywnych samochodów była jedną z najcenniejszych w świecie, a ulubiony prywatny pojazd, Maserati 5000 GT, został poniekąd przez szacha wymyślony i skrojony według jego życzeń.

Foto: materiał producenta

***

12 maja 1957r. w trakcie wyścigu Mille Miglia doszło do ogromnej tragedii: Ferrari 355 prowadzone przez Hiszpana, markiza Alfonso de Portago, po wystrzale opony wpadło w tłum zabijając jedenaście osób. Włoskie władze zakazały organizowania kolejnych edycji MM, zaś FIA, by wykazać się jakimkolwiek działaniem, ograniczyła pojemność wyścigowych silników do trzech litrów.

Ograniczenie niczego oczywiście nie poprawiło, bo eksplozji opony de Portago nie spowodowały zbyt wielkie cylindry, a i skutki wjechania w grupę kibiców byłyby dość podobne przy silniku 3- i 4,5-litrowym. Problem miała natomiast firma Maserati, która zainwestowawszy wielkie środki w rozwój 4,5-litrowego bolidu 450S mogła go teraz najwyżej postawić w muzealnej gablocie – jeszcze przed sportowym debiutem.

Wyścigowe Maserati 450S powstało w jedynie dziewięciu egzemplarzach. Do końca 1957r. było wystawiane w zawodach samochodów sportowych, później używały go jeszcze zespoły prywatne w imprezach niższej rangi. Do 1962r. bolid zaliczył 119 występów, w tym 31 zwycięstw (najważniejsze z nich odnieśli Juan Manuel Fangio i Jean Behra w 12h Sebring ’57).

Foto: Rex Gray, Licencja CC

4,5-litrowa V8-mka miała krótkoskokowe wymiary (93,8 x 81 mm), cztery wałki rozrządu napędzane kołami zębatymi i cztery dwuprzelotowe gaźniki Webera. Z pojemności 4,5 litra osiągała 400 KM przy 7.200 obrotach.

Foto: Morio, Licencja CC

Szef firmy, Adolfo Orsi, próbował ratować sytuację. Samochodowej duszy nie miał, był jednak wytrawnym biznesmenem i nie chciał spisywać na straty wydanych milionów. Najpierw kazał powiększyć ośmiocylindrowy silnik do 5,7 i 6,4 litra, by sprzedawać go producentom wyścigowych łodzi, a potem wersję pierwotną zaoferował najbogatszym klientom do użytku drogowego, jako swoistą ekstrawagancję. Zachował się przy tym jak rasowy telemarketer: wydrukował odpowiednie katalogi i rozesłał je pocztą do znanych sobie z nazwiska potencjalnych nabywców ze wszystkich kontynentów. Niedługo później, jesienią 1958r., Modenę odwiedził jeden z nich – szach Mohammed Reza Pahlavi. Obiecał złożyć zamówienie i nie targować się o cenę, chciał jednak czegoś wyjątkowego: wyścigowego silnika opakowanego w uszytą na miarę karoserię GT. Tak powstał prawdziwie królewski wóz.

Ostateczną postać samochodu szacha zaprojektował inż. Giulio Alfieri, bazując na Maserati 3500 GT. Przeprojektował on strukturę nośną, by pomieściła ogromną V8-mkę (ale przy niezmienionym rozstawie osi 2.600 mm). Zawieszenie pozostawił bez zmian: z przodu wahacze poprzeczne, z tyłu sztywna oś na resorach półeliptycznych. Za hamowanie odpowiadał ten sam układ tarczowo-bębnowy.

Wyścigowa jednostka V8 została przerobiona w celu wyciszenia, poprawy trwałości i elastyczności. Niższe sprężanie (8,5:1) zostało skompensowane przez dodatkowe pół litra pojemności (8 x 98,5 mm x 81 mm = 4.937 cm³). Cztery wałki rozrządu w głowicach wciąż były napędzane kołami zębatymi (trwałymi, ale głośnymi), mieszankę dostarczały cztery dwuprzelotowe gaźniki Webera, a zapalał ją zdublowany system Magnetti-Marelli z dwiema świecami na cylinder. Całość dawała 340 KM przy 6.000 obrotów i 442 Nm przy 3.600. Moc przenosiła czterostopniowa skrzynia ZF i dyferencjał o zwiększonym tarciu firmy Salisbury. Jako maksymalną prędkość Adolfo Orsi obiecał szachowi 280 km/h, jednak fabryczny kierowca testowy, Guerino Bertocchi, podobno „znacząco ją przekroczył” (rzecz jasna na drodze publicznej, bo wtedy nikt nie zabraniał takich ekscesów). Czas przyspieszenia do 100 km/h nie został podany, ale szacuje się go na 6,5 sekundy – podczas gdy wciąż trwały lata 50-te, popularne samochody setkę osiągały tylko ostatkiem tchu albo zgoła wcale, a topowe Porsche miało moc i osiągi Fiata Uno 1,4. Jedynym realnym konkurentem było Ferrari 400 Superamerica.

Maserati 5000 GT miało być pojedynczym egzemplarzem dla wyjątkowego klienta, jednak ze względu na sensację, jaką wywołało w automobilowym świecie, chętnych zgłosiło się więcej. W latach 1958-64 fabryka wypuściła 32 podwozia, które karosowało osiem włoskich zakładów: Allemano (22 sztuki), Bertone (1), Frua (3), Ghia (1), Michelotti (1), Monterosa (1), Pininfarina (1) i Touring (4). Przynajmniej dwie sztuki zmieniły karoserię: w jednym przypadku Fruy na Touringa (w 1962r.), w drugim – Allemano na Vignale (1966).

Najsłynniejszy jest jednak egzemplarz pierwszy, nr 103.002: zamówiony przez szacha, zbudowany u Touringa i dostarczony do Iranu w październiku 1958r.

Foto: materiał producenta

***

Samochód szacha, nr 103.002, dostał karoserię typu Superleggera, z aluminiowym poszyciem na przestrzennym szkielecie ze stalowych rurek. Miał błękitny lakier, tapicerkę z beżowej skóry i… wewnętrzne armatury ze szczerego złota!! Przecież wschodni satrapa zdolny wydać sto milionów dolarów na jedną imprezę nie mógłby zadowolić się zwykłym chromem, naonczas ociekającym nawet z Fiata 500.

Dwudrzwiowe coupé o wymiarach 4,76 x 1,7 metra miało dwuosobową kabinę o bardzo cienkich słupkach i panoramicznych szybach, które pozwoliły zrezygnować z drugiego okna bocznego

Foto: materiał producenta

Wielka bryła bagażnika była wymogiem szacha, który swym Maserati naprawdę chciał podróżować – choć nie wiadomo, czy faktycznie to robił, bo jeszcze w 2005r. licznik przebiegu wskazywał zaledwie 6.000 km.

Foto: materiał producenta

Jest to jednak ciekawe, bo auto było zarejestrowane i widywane na ulicach w Szwajcarii, gdzie szach miał osobną rezydencję. Dzięki temu – w przeciwieństwie do reszty jego kolekcji – Maserati nie zostało zarekwirowane przez ajatollahów i dziś znajduje się w rękach prywatnych.

Foto: public domain

Tak auto wygląda w kolorze. Przód z wystającym firmowym trójzębem był ponoć inspirowany perską architekturą, ale szybko stał się obiektem kpin jako „nos mrówkojada”.

Foto: Herranderssvensson, Licencja CC

Ciekawie wyglądają tylne lampy o różnej średnicy

Foto: Herranderssvensson, Licencja CC

Ten wóz uratował pogrążonego w długach producenta: plotkarska prasa obfotografowała go dokładnie w momencie, kiedy szach był na językach całego świata, bo brał właśnie rozwód ze swoją drugą żoną, księżniczką Sorayą Esfandijari Bachtijari. Zwróciło to uwagę na markę Maserati i prawdopodobnie zapewniło wiele zamówień – nie tylko na ultraekskluzywny model 5000 GT (który właśnie wskutek zainteresowania milionerów stał się produktem quasi-seryjnym), ale też na znacznie tańszy, sześciocylindrowy 3500 GT.

Finalna cena wyniosła 15 tys. $ – około siedmiokrotność ówczesnego amerykańskiego Chevroleta i trzykrotność Cadillaca 62 (choć Cadillac miał też w ofercie superluksusową limuzynę Eldorado Brougham za ponad 13 tys.). To mniej niż można by się spodziewać, zważywszy że seryjny Mercedes Gullwing kosztował w USA 7,5 tys. $, a Ferrari 250 – od 11 tys.

Nadwozie Touringa, zwane po włosku Scià di Persia („perski szach”), powstało w jeszcze dwóch egzemplarzach. Drugi – z numerem 103.004 – kupił południowoafrykański przedsiębiorca Basil Read, w owym czasie najbogatszy obywatel swojego kraju, właściciel między innymi toru wyścigowego Kyalami. Poza kolorem lakieru samochód jest wierną kopią egzemplarza szacha – ma nawet takie same złote wykończenia wnętrza.

Foto: Craig Howell, Licencja CC

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Dan Vaughan, www.conceptcarz.com

Trzecia karoseria Touringa zastąpiła dzieło Fruy zmieniając numer nadwozia egzemplarza ze 103.010 na 103.090. Właścicielem była saudyjska rodzina królewska. Charakterystyczne są tu szprychowe felgi i dodatkowe halogeny przeciwmgielne.

Foto: public domain

W międzyczasie nastąpiły modernizacje techniki: w 1960r. pojawiły się wentylowane tarcze hamulcowe przy wszystkich kołach, minimalnie zmienione wymiary cylindrów (94 x 89 mm, dające 4.941 cm³), cichszy napęd wałków rozrządu łańcuchem, sucha miska olejowa, wtrysk paliwa i zapłon firmy Lucas oraz piąty bieg.

Nowszy silnik rozwijał o 15 KM mniej, jednak auto pozostało jednym z najszybszych w świecie: prezentując je potencjalnym nabywcom na autostradzie pod Bolonią Guerino Bertocchi bezproblemowo rozpędzał się do 280 km/h, a jeszcze większe wrażenie robił pokonując jeden z długich łuków z prędkością 240 km/h – w czasie, gdy flagowe sześciocylindrowce niemieckich marek, typu Opel Kapitän albo Mercedes 220, oferowały moce 90-95 KM i z trudnością dobijały do 150 km/h.

Foto: Dan Vaughan, www.conceptcarz.com

Foto: Rex Gray, Licencja CC

***

Pozostałe samochody dostały karoserie innych firm.

Nr 103.006 i 103.012 zabudowało studio Monterosa, które jednak zbankrutowało przed ukończeniem drugiego egzemplarza, w związku z czym auto wykończył Touring (z tego powodu w zestawieniach można znaleźć obie nazwy coachbuilderów, choć projekt był Monterosy). Numer 006 kupił kierowca Formuły 1, Cesare Perdisa, 012 (na zdjęciu) – tenisista Filippo Montanari. Przód nie ma tu „nosa mrówkojada”, lecz cała reszta wygląda podobnie.

Foto: public domain

Foto: public domain

Wcześniejszy numer 103.004 zamówił Gianni Agnelli – który wtedy jeszcze nie był właścicielem Scuderii Ferrari, więc mógł dowolnie wybierać producentów swych kolejnych, indywidualnie karosowanych zabawek. Tzn. formalnie nie mógł, bo na terenie zakładów Fiata obowiązywał zakaz wjazdu samochodów obcych marek – dlatego Agnelli, nie chcąc zarządzać wyjątku wyłącznie dla siebie, po prostu polecał coachbuilderom zdejmować z aut znaczki firmowe. Proste?

Na blogu opisywałem już wyprodukowane w 1953r. ciemnozielone Ferrari 375 America Agnellego, którego pionowy grill wyglądał trochę archaicznie. Niekoronowany król Włoch musiał go jednak lubić, bo i w osiem lat późniejszym Maserati 5000 GT, nr 103.004, zamówił sobie podobny. Karoserię – jak w Ferrari – zbudowała Pininfarina, malując ją na srebrno. Agnelli szybko sprzedał auto, które odtąd krąży po prywatnych kolekcjach.

Foto: public domain

Foto: public domain

Foto: public domain

Egzemplarz 103.018 należał do innego barona włoskiego przemysłu, Ferdinando Innocentiego. Design autorstwa Ghii zawierał wiele elementów powtarzanych później w kolejnych dziełach firmy. Innocenti nie miał samochodowej duszy, więc szybko znudził się autem, które trafiło na Bliski Wschód i uległo poważnym zniszczeniom. Obecnie czeka na odnowienie.

Foto: public domain

Foto: public domain

Foto: public domain

Wiele źródeł za najpiękniejszy uznaje egzemplarz 103.062, zabudowany przez Bertone według projektu ówczesnego pracownika studia, Giorgio Giugiaro. Trzeba przyznać, że nadwozie wygląda najnowocześniej ze wszystkich. Pierwszym właścicielem był znany włoski adwokat, Giancarlo Guasti.

Foto: public domain

Foto: public domain

Foto: public domain

Numer 103.016 kupił amerykański przedsiębiorca i kierowca wyścigowy, Briggs Swift Cunningham II, który używał auta do szybkiego przemieszczania się pomiędzy wyścigowymi torami Europy. Karoserię zamówił u jednego z najbardziej utalentowanych i pracowitych stylistów wszech czasów – Giovanniego Michelottiego, zaznaczając, by jak najwierniej oddawała ona kształty wyścigowego Maserati 450S.

Punkty wspólne z wyścigówką są tutaj raczej nieliczne. Najbardziej charakterystycznym elementem jest łagodnie opadający przód z chowanymi reflektorami, przez który niektóre źródła mówią o wykorzystaniu tunelu aerodynamicznego Uniwersytetu Turyńskiego. Nic natomiast nie wiadomo na temat wykonawcy tego wyjątkowego nadwozia.

Foto: public domain

Foto: Dan Vaughan, www.conceptcarz.com

Foto: Dan Vaughan, www.conceptcarz.com

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Projekt firmy Frua został zrealizowany cztery razy, ale jeden egzemplarz, 103.010, został potem przebudowany przez Touringa otrzymując numer 103.090 (patrz wyżej). Z pozostałych numer 103.060 zakupił Aga Khan IV (duchowy przywódca odłamu islamu zwanego ismailizmem, a równocześnie biznesmen i filantrop, znany z posiadania wielu nieseryjnych aut luksusowych), numer 102.048, który jeszcze w toku produkcji zmieniono na 103.064 – saudyjski książę Majid-Ben-Saud, a numer 103.100 – niemiecki architekt Tom Engelhardt, którego klientem był wspomniany Aga Khan IV. Z powodu powyższych przypadków przebicia numerów niektóre źródła mówią o 34 wyprodukowanych autach, choć w istocie podwozi było 32. To o siedem mniej niż powstało Ferrari 250 GTO.

Na zdjęciach widzimy numer 103.060, własność Agi Khana IV. Mocno przeszklona kabina, szprychowe felgi Borrani z centralną nakrętką i prostokątne reflektory to najbardziej charakterystyczne cechy projektu, choć oryginalnie wygląda też wysoka tylna ściana nadwozia z bardzo małymi lampami.

Foto: public domain

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Na koniec zostawiłem dzieło firmy Allemano, na które zdecydowała się rekordowa liczba 22 klientów (aż 2/3 ogółu). Za projekt – nazwany Indianapolis i powstały w 1961r. dla uczczenia amerykańskich zwycięstw Maserati z 1939 i 1940r. – odpowiadał Giovanni Michelotti (ten sam, który stworzył też pokazaną powyżej wersję z zakrytymi reflektorami). Nie będę wymieniał nazwisk nabywców, zwłaszcza że źródła częściej wspominają nazwy dealerów (głównie z Paryża, RFN i Monaco), pokażę natomiast więcej zdjęć, bo siłą rzeczy są one najłatwiej dostępne. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że poszczególne egzemplarze różniły się detalami.

Na zdjęciach fabrycznych widzimy oryginalny prototyp Indianapolis. W oczy najbardziej rzuca się podobieństwo do samochodu szacha (czyli projektu Touringa) – tyle że bez „nosa mrówkojada”, za to z dłuższą kabiną i ogromną tylną szybą zachodząca daleko na boki. Te zmiany uważam za zdecydowanie pozytywne.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Design ówczesnych Chryslerów, autorstwa Virgila Exnera, określa się jako 100-Million-Dollar-Look. Ja jednak uważam, że zdecydowanie bardziej imponujące są europejskie grand tourery.

Foto: Matthias v.d. Elbe, Licencja CC

Wystarczy ujrzeć w lusterku taki dziób…

Foto: Matthias v.d. Elbe, Licencja CC

…a chwilę potem – przed sobą taką tylną szybę.

Foto: Matthias v.d. Elbe, Licencja CC

Ależ ten wydech musi grać…!!

Foto: materiał producenta

Czerwone już wtedy były najszybsze

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Ja skłaniałbym się ku twierdzeniu, że Allemano to najpiękniejsze 5000 GT. A że najbardziej pospolite – to tylko potwierdza, że prawdziwi nabywcy mieli to samo zdanie.

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Samochodom chrom przystoi bardziej niż złoto – w końcu nie każdy klient był wschodnim monarchą o wschodnim guście. Na entuzjastach i tak większe wrażenie robił szybkościomierz wyskalowany do niebotycznych 300 km/h!!

Foto: Rex Gray, Licencja CC

***

Maserati 5000 GT to jeden z najwspanialszych grand tourerów w historii (dlatego umieściłem go w pierwszym artykule o moim Garażu Marzeń). W swoich czasach robił zapewne większe wrażenie niż dzisiaj rozwijający 500 km/h SSC Tuatara – choćby dlatego, że jego możliwości dawały się wykorzystać w praktyce, na realnie istniejących drogach. Naonczas ruch był minimalny, poza miastami nie obowiązywały ograniczenia prędkości, więc wydanie na samochód piętnastu zamiast dwóch tysięcy dolarów dawało realną przewagę. Wciąż można też było zamówić indywidualną karoserię u jednego z włoskich mistrzów. Dziś zostało… głównie kolekcjonowanie dawnych arcydzieł. 5000 GT, jeśli pojawia się gdzieś na aukcjach, zmienia właścicieli za nieco ponad milion dolarów.

Za całkiem podobną kwotę kilka lat temu można było kupić nowoczesną interpretację Maserati 5000 GT: w 2018r. zaprezentowała je firma Touring, jako coachbuilderską przeróbkę seryjnego Maserati GranTurismo. Napęd stanowiło 4,7-litrowe V8 rozwijające 440 KM, co przekładało się na blisko 300 km/h i 4,9 sekundy do setki. Swoją drogą te kilkanaście km/h i półtorej sekundy to niewielki postęp, jak na równe 60 lat rozwoju techniki. Auto było natomiast większe od pierwowzoru (4.881 x 2.056 mm) i oczywiście współcześnie wyposażone. Nazwa, która nawiązywała do chwalebnej historii, brzmiała Touring Sciàdipersia.

Producent zapowiadał budowę dziesięciu coupé 2+2, ale ostatecznie powstało tylko jedno, a prócz tego czternaście nieplanowanych początkowo cabrioletów. Stylistyka była bardzo udana i zawierała sporo historycznych akcentów, choć nie miała w sobie tyle majestatu, co oryginały z Epoki Chromu. Cena przeróbki wyszła na jaw po wystawieniu jednego z egzemplarzy na aukcję – w ofercie sprzedawca wyznał, że Touringowi zapłacił był 760 tys. € (nie licząc ceny bazy, czyli nowego Maserati GranTurismo).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Odrobinę większe wymiary, odrobinę lepsze osiągi i nieporównanie lepsze wyposażenie i komfort, czy może prawie ta sama szybkość, ale wyciśnięta z archaicznej techniki z 60-letnią historią i zachowanym w tapicerce oddechem perskiego szacha…? Cena jest bardzo podobna, podpisy Maserati i Touringa – identyczne. Perspektywy wzrostu wartości – w dzisiejszych czasach trudno powiedzieć, czy są jeszcze jakiekolwiek, w którymkolwiek z przypadków. Co wybralibyście? Ja powiem tylko tyle, że bardzo chciałbym mieć takie dylematy…

Foto: Dan Vaughan, www.conceptcarz.com

Foto tytułowe: public domain

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

66 Comments on “PERŁY COACHBUILDINGU: SZACHINSZACH

  1. Panie Szczepanie świetny artykuł o przepięknym samochodzie. Do mnie najbardziej przemawia projekt Toueringa i Bertone.

  2. Ciekawe ile będą kosztowały obchody 250 lat USA opłacone łapówkami dla Pomarańczowego.

    • Żarty żartami, nostalgiczni irańscy emigranci już wypychają wnuka Pahlaviego na nowego Szachinszacha, a Maserati ciągle istnieje i może zacząć klepać nową ramę. Tylko z silnikiem teraz kłopot, bo nie wiadomo czy ma być normalny, hybryda, czy elektryk. Plany może pokrzyżować tylko Stellantis, bo wystawił Maserati na licytację.

      • przed przeróbką….. proszę bardzo, oto wiadro rdzy, wersja ZIP 🙂
        milion dolarów się należy 😉

      • @benny_pl

        Wiadro rdzy to nie przy tym aucie – akurat to konkretne jest odporne na rdzę 🙂

      • odporne na rdzę… zawsze mnie rozwala jak ktoś rzuca takie opinie na temat auta ktore widzial tylko na zjeciu w necie…

      • JA nigdy nie mam pretensji o żadne offtopy, na żadne tematy (byle kulturalnie). Nie gniewam się o żadna krytykę ani żadne linki.

        A Petrolheart.pl to w większości moi dobrzy znajomi, których robotę nieraz sam tutaj polecam i osobiście promuję 🙂 Bardzo żałuję, że powoli zdobywają popularność, bo zasługują na więcej.

      • @Burgon
        Ten artykuł ma do rzeczy głównie to, że to ja go napisałem.
        Słabo ci coś idzie łączenie kropek.

  3. Piękne auto – en face nie da się ukryć pewnego rodzinnego podobieństwa do Alfa Romeo Disco Volante. A swoją droga taki Szach to sobie pożył – z tego co wiem to oprócz samochodów jego wielką pasją było lotnictwo – był podobno całkiem dobrym pilotem i osobiście oblatywał zamawiane w USA odrzutowe myśliwce, tak samo jak sam pilotował irańskiego Air Force One, którym w następstwie rewolucji ostatecznie odleciał do USA.

  4. Auto super, poza nosem mrówkojada.
    Nie jestem specem od historii Iranu, ale zazwyczaj czasy szacha są przedstawiane w mediach jako okres „mlekiem i modem płynący”, zazwyczaj jest przedstawiany jako przeciwwaga dla późniejszego zamordyzmu. A tymczasem właśnie się dowiedziałem, że to nie do końca prawda.
    Automobilownia óczy i bawi 🙂

    • Z tego co wiem, to ani czasy Szacha nie były mlekiem i miodem płynące, jak i obecny zamordyzm podobno nie jest/był taki straszny (pomijam czasy bezpośrednio po rewolucji). Ludzie, którzy mieszkają parę lat w Iranie przedstawiali mi obecny reżim Ajatollachów jako trochę taki schyłkowy PRL – tj. wiele przepisów jest jedynie na papierze, wielu urzędników przymyka oko, kara dziesięciu batów może być równie dobrze wymierzona w formie uderzenia pleców pękiem dziesięciu zapałek, a ogół społeczeństwa jest lepiej wykształcony i bardziej liberalny niż w „prawomyślnej” Arabii Saudyjskiej, czy innych krajach w regionie.
      Oczywiście trudno o tym pisać teraz gdy właśnie krwawo stłumiono powstanie i tysiące ludzi zginęło, ale nie można zapominać o tym, że wiele z wydarzeń ostatnich dni było inspirowane przez Mossad, który oficjalnie przyznawał się do wysyłania uzbrojonych agentów – myślę, że gdyby w sierpniu 1980 r. u nas, CIA uzbroiła stoczniowców i innych demonstrantów w broń automatyczną i podpuściła żeby strzelać do wojska i policji, to też polałaby się krew w nie mniejszym stopniu.

      • W każdym reżimie leje się krew, tylko nie o każdym się mówi. Każdy też w końcu murszeje i się rozpada, tylko szkoda tych lat i ludzi, którzy nie dożyją końca i których życia zostały zmarnowane.

    • Zasadniczo za szacha sytuacja była podobna jak w wielu naftowych krajach III Świata: władza sprzedawała ropę, pławiła się w złocie, inwestowała w stolicy i wielkich miastach w ostentację, Kto umiał się załapać do tego cyrku, żył bardzo dobrze. Tyle że to ciągle był III Świat, tzn. 90% analfabetów i kompletny brak tego, co w naszej cywilizacji nazywamy przedsiębiorczością, a nawet prostym zrozumieniem życia i świata.

      W wielu krajach Afryki po wypędzeniu kolonistów szamani zabijali pracowników supermarketów za czary, bo ludzie skarżyli się im, że towary z półek znikły i nie ma co jeść. Oni autentycznie nie rozumieli, że ten supermarket to nie jest magia, tylko efekt pracy całego kraju, i że jak wygna się białego szefa, żeby już nie pracować, to nie będzie się już dało wziąć jedzenia z półki.

      U nas po 1990r. w ciągu jednego pokolenia zbudowaliśmy dobrobyt, bo jako Europejczycy rozumiemy świat. Mamy mnóstwo ludzi obrotnych, którzy potrafią organizować biznes, a przy okazji zatrudniają na etatach ludzi bez takiej umiejętności (np. mnie). W Iranie takich obrotnych – głównie wykształconych na Zachodzie – było prawie nic. Dlatego większość narodu tylko się frustrowała – bo żyli dalej jak w średniowieczu i byli przekonani, że ci piękni i bogaci, co mieszkają obok, tylko ich okradają, więc muszą zostać wypędzeni. To była potężna siła, którą wykorzystali ajatollahowie, by dojść do władzy. Szach długo ją powstrzymywał za pomocą terroru, ale ostatecznie przegrał (ponoć też trochę odpuścił, gdy dowiedział się o swoim nowotworze).

      Na tym zjawisku opiera się każda rewolucja w historii: przywódcy pokazują sfrustrowanemu tłumowi, kogo trzeba okraść i najlepiej zabić (albo przynajmniej wygnać), a ludziom podoba się taki pomysł, więc go wykonują i wynoszą agitatorów do władzy. Zaraz okazuje się, że bieda robi się dużo gorsza, bo gospodarka właśnie przestała istnieć, ale gawiedź tego nie rozumie, a nowa władza jest nie do ruszenia, bo świetnie przygotowuje się do obrony swoich pozycji. Tak było w ZSRR, w Iranie, w Wenezueli, w każdej rewolucji w historii.

      • Ale trzeba też być sprawiedliwym i powiedzieć, że o ile jak napisałeś za Szacha analfabetyzm dotykał 90% społeczeństwa, to obecnie pomimo religijnej dyktatury 90% Irańczyków jest piśmienna, co jest zasługą wprowadzonej obowiązkowej i bezpłatnej 12-letniej edukacji, a co roku około mln absolwentów uzyskuje dyplom wyższych uczelni (ponad 50% to kobiety). Widzę tutaj podobny paradoks jak w PRL-u – nowa władza przyniosła powszechny dostęp do edukacji, a następnie wyedukowani ludzie zwrócili się przeciw tej władzy, bo poszerzył im się horyzonty i zapragnęli żyć inaczej.

      • Oczywiście, z tym że to nie jest paradoks. Każdy reżim uczy ludzi czytać, rozdaje im radia i telewizory. Bez tego nie da się docierać do ludzi z propagandą. Już Hitler miał akcję z „ludowymi odbiornikami radiowymi”. To jest absolutna konieczność, tak jak rozbudowa tajnej policji.

        A że szach tego nie robił i na tym stracił, to oczywiście prawda. Podnieść taki kraj z nędzy to praca na wiele pokoleń – nie zrobił tego ani reżim szacha, ani ajatollahów, bo A) żadnemu z nich niespecjalnie zależało, b) sam zamordyzm jest praktycznie nie do pogodzenia z rozwojem gospodarki (Chiny są pewnym wyjątkiem, ale to jest zamordyzm bardzo wybiórczy i bardzo specyficzna kultura).

  5. Wsadzę chyba kij w mrowisko… czy tam raczej nos mrówkojada 😉 ale niestety żadna z odmian tego samochodu mi się nie podoba ani trochę. Dosłownie każdy wydaje mi się niezgrabny. Kiepskie proporcje, niepotrzebne ozdoby i ogólnie jakoś nic tutaj nie sobą nie współgra. Zrozumiałbym, gdyby to był projekt niemieckiego lub angielskiego projektanta, ale że Włoch takie coś naskrobał? A szczytem wszystkiego to ta potworna pokraka na bazie jednego z najładniejszych samochodów w ogóle (przynajmniej według mnie), czyli Granturismo. Jedyne co mi się podoba, to soczyście balonowe opony w niskiej, lekkiej sylwetce nadwozia, ale na tym koniec.
    Artykuł jak zawsze na 11 w skali od 0 do 10, ale zdjęcia wymuszają „oczu kąpiel”.

    • Jasne, gust każdy z nas ma inny.

      A są jakieś tego typu nadwozia, które Ci się podobają? Ciekaw jestem, co lubisz.

      • Oprócz absolutnej pozycji numer jeden, którą już wymieniłem, czyli Maserati Granturismo (raczej pierwszej generacji, drugiej na żywo nie widziałem nigdy, ale po zdjęciach wydaje mi się ustępować wizualnie pierwszej), to bez wątpienia Peugeot 406 Coupe, Mazda/Eunos Cosmo JC, Corvette C4 i Ferrari 400i. Pewnie coś jeszcze bym wymyślił, ale to pierwsze auta tego rodzaju, jakie przychodzą mi na myśl. OK, z Peugeota i Corvette to takie średnie grand tourery, ale myślę, że można je w drodze wyjątku zaliczyć, skoro rozmawiamy o estetyce, a nie o całości.

        Widać jak na dłoni, że do mojego szablonu urodziwego grand tourera za cholerę żadna wersja Maserati 5000 GT nie pasuje. A że się komuś podobają? Cóż, Ssangyongi (tutaj z pozdrowieniami dla kolegi @Ricer!) też się jakoś sprzedają 😉

      • Z Ferrari mam tak, że podoba mi się koncepcja stylistyczna w 365, 308, 208, 328 i pokrewnych, natomiast późniejsze już nie. A im nowsze, tym gorzej. Oczywiście to także kwestia gustu i jeśli ktoś zechce obrzucić mnie pomidorami namoczonymi w espresso, to proszę bardzo 🙂

      • @Aaa Dziękuję. Na wzajem. 😉 Wydaje mi się, że przynajmniej jedna osoba w Polsce zarejestrowała nawet ZAZ Tavrię na żółte tablice.

        @SzK Ferrari 456 jest całkiem niezłe. Jest to chyba jedyne Ferrari 2+2, które mi się podoba, ale moim zdaniem 550 Maranello jest jeszcze ładniejsze. Za to Daytona z 1968 to jest prawdziwy majstersztyk.

      • Maranello też ładne, ale wolę 456. Generalnie to ta sama koncepcja, tyle że unowocześniona – nie chcę mówić, że na siłę, ale często tak jest i tutaj właśnie tak to postrzegam. Pierwotny pomysł jest zwykle najczystszy i najbardziej wyważony i za taki mam F456.

      • Też najbardziej podobają mi się Ferrari z przełomu lat 60. 70. No chyba, że Testarossa. Przy okazji tego wątku uświadomiłem sobie czym różni się silnik flat 180 od boxera. Wiedza czysto teoretyczna, do niczego mi się raczej nie przyda, ale jestem mądrzejszy.

    • To że „włoski samochód” nie zawsze równa się „piękny samochód” to nie wsadzanie kija w mrowisko tylko zwykła prawda. Włoscy styliści mieli wiele koszmarków, tylko mało kto ma odwagę powiedzieć że to jest brzydkie – „bo jak to tak, powiedzieC że włoska stylistyka jest do niczego?” ; ) Od siebie dodam że prostokątne przednie lampy wyglądają jak żywcem wzięte z Wartburga czy Moskwicza 2140 albo innej d*cii – zapewne tak nie było, ale patrząc na Maserati i widzieć lampy przypominające Wartburga to jest jednak zabawne : D

      • @SonyKrokiet „patrząc na Maserati i widzieć lampy przypominające Wartburga to jest jednak zabawne”
        Zrobiłeś mi dzień. 😀

  6. Projekt Monterossy wykończony przez Touring wydaje mi się najbardziej harmonijny, choć niepozbawiony jamnikowatości. Jaguar XJS przypomina trochę wersję Allemano. Prawie identyczne wymiary, kształt kadłuba, podobne owalne/kwadratowe reflektory niezbyt dobrze pasujące do grand tourera (lepiej, bardziej agresywnie wyglądają 4 okrągłe lampy). XJS to też ulubiony pojazd koronowanej (później) głowy – króla Karola. Tego z Anglii dla wyjaśnienia.

  7. Maserati 5000GT jakoś do mnie nie przemawia, ale za to 3500GT i Ghibli z 1967 są przepiękne. 🙂 Moim zdaniem Maserati robiło najlepiej grand tourery 2+2, a Ferrari oczywiście 2-osobowe samochody z V12 z przodu, szczególnie 250 GT Berlinetta SWB, 275 GTB/4 i Daytona.

  8. Ciekawi mnie jaki był „stan garażowy” szacha Iranu, bo o tym że chociażby taki sułtan Brunei miał od metra kwadratowego różnych wozów, nieraz robionych na specjalne zamówienie (Ferrari wersja kombi czy Lamborghini LM002 z wyższym dachem), to raczej każdy wie, kto się trochę interesuje tematem bogatszych wozów. A co miał Pahlavi to już jest zagadka, przynajmniej dla mnie. Kojarzę że on miał dosyć znane w Polsce Ferrari 410, ale raczej nie pływało ; )
    (nie wyglądało też jak sześciokołowiec czy statek UFO : D )

      • Informacja, że …niewielka część z pozostałych 1200 samochodów została odzyskana i udostępniona publiczności… powala. Jednak rzeczywiście Cysorz to miał klawe życie.

      • Więcej zdjęć jest tutaj:

        https://www.dailymail.co.uk/travel/travel_news/article-10283921/Irans-new-Historical-Car-Museum-reveals-racy-past-countrys-toppled-royalty.html

        Muzeum wygląda bardzo ładnie, a samochody na starannie odrestaurowane – nawet te zmagazynowane czekające na restaurację wyglądają na spatynowane, ale kompletne i nieuszkodzone – jeżeli porównamy to chociażby z losem parku samochodowego po Saddamie Hussainie to widać, że Persowie, to jednak naród o wyższym poziomie cywilizacyjnym.

      • Persowie to bardzo dumna, starożytna cywilizacja. Oni 2.500 lat temu uważali Greków za barbarzyńców z powodu istnienia w Grecji niewolnictwa (w Persji nie było go z powodów religijnych – perski zoroastrianizm, skądinąd dość zbliżony do chrześcijaństwa, uznawał równość wszystkich ludzi). Do dziś odnoszą się z wyższością do Arabów, choć przejęli ich religię, pismo i ogromne wpływy kulturowe.

      • Bardzo dziękuję Panowie za linki, faktycznie kolekcja wozów zacna, chociaż trochę szkoda że raczej niepełna.

  9. mi też nie specjalnie się podobają te Maserati, a już ten z nochalem najmniej 🙂 niemniej silnik musi być niesamowity!
    zdecydowanie z nich wszystkich najbardziej chciał bym to Bugatti 41 Cruelli De Mon 🙂

    • Toż to był panther de ville! Ustrojstwo na bazie jaguara z drzwiami od austina 1800. Filmowy miał do tego 350 od chevroleta. Ale by to chodziło z gazem. Notabene o oryginale zamiast cruelli de mon jest cruella de ville. W nowej aktorskiej adaptacji jest pokazane jak się zainspirowała właśnie nazwą tegoż wehikułu. Byłem pod wrażeniem doboru samochodów aż do ostatniej sceny gdzie jako radiowóz bezczelnie wjechał defender z lat 90…

  10. Popieram tezę, że najpiękniejsze są kreacje nadwoziowe od Allemano, czyli „karoserie niemieckie” w wolnym tłumaczeniu 😉 Wóz dla Gianniego zbyt mocno przypomina Facel Vegę HK, Agi Khana wygląda jak dwudrzwiowa wprawka przed Quattroporte, zaś to, co Michelotti stworzył dla Briggsa III, mogę określić wyłącznie mianem niezbyt kształtnej buły koloru srebrnego.

    • „Allemano” to nazwisko założyciela firmy, Serafino Allemano. Tak, to jest też łacińska nazwa niektórych plemion germańskich – dlatego Hiszpanie i Francuzi do dziś nazywają tak Niemcy (fr. Allemagne, hiszp. Alemania). Ale Włosi akurat nie – oni mówią Germania (a na Niemców – Germani albo Tedeschi).

      U nas też popularne jest nazwisko „Niemiec” – całkiem normalne zjawisko. Ciekawostką w tym względzie jest natomiast francuski artysta z XIX wieku, który nazywał się Adolphe Dallemagne – czyli „Adolf z Niemiec”. Dziś brzmi to wyjątkowo groteskowo, no ale tak się gość nazywał. On ma nawet we Francji swoje ulice, co u nieświadomych obcokrajowców wywołuje szok 🙂

      • Chociaż sam wolę francuskie i hiszpańskie określenia Niemców, to muszę przyznać że włoskie Tedeschi, a zwłaszcza tedesco mają mnóstwo uroku 😉 O Monsieur Adolphe dotąd nie słyszałem, chociaż lubię takie groteskowe ciekawostki, więc dziękuję za informację o artyście, bardzo poprawiającą humor 🙂

      • To wszystko wynika z tego, że aż do 1871r. nie istniało coś takiego jak pojedyncze państwo niemieckie, a nawet niemiecki naród. Istniały setki osobnych księstewek i plemion z osobnymi dialektami (w zasadzie do dzisiaj każdy rejon Niemiec mówi inaczej, i to są różnice znaczące). Alemanowie to ci z południowego zachodu, czyli od strony Francji (dialekt szwajcarski i przyległe dialekty ze Szwabii określa się czasem mianem alemańskich).

        Za to bezsprzecznie najlepszą nazwę Niemiec wymyślili Słowianie. Mówiłem o tym wielu osobom z zagranicy – że my Niemców nazwaliśmy od tego, że są niemi, bo z innymi sąsiadami potrafimy się dogadać, a z nimi nie. Komukolwiek nie powiem, wszyscy mówią, że rewelacyjny pomysł 🙂

      • Słowianie z nazwą Niemcy trafili w sam środek przysłowiowej tarczy 😉 Sprawa pierwszego zjednoczenia Niemiec pod pruskim przewodnictwem w latach 1866-71 nie była i chyba wciąż nie jest dobrze znana w naszym społeczeństwie, w odróżnienie od zjednoczenia RFN z NRD w 1990 roku.

      • @SzK, @anonim, (ehh odpowiadam, jak już powstał kolejny artykuł , bo nie miałem czasu , ale mam nadzieję że się odniesiecie) no i popatrzcie , jak mimo tego Niemcy są zjednoczonym ze sobą narodem tak na dłuższą metę. Pamiętamy wielką koalicję SPD-CDU z lat 70. Jak nastają problemy Niemcy naprawdę potrafią działać wspólnie. W latach 90 i początkach 00 były tarcia na linii exNRD-RFN głównie o wymianę marki 1:1, gdzie realnie marka NRD-owska była warta jakieś 1/3 RFN-owskiej , no, ale już mało kto o tym pamięta. Kiedyś jeden z wykładowców na uniwerku opowiadał nam, że za tak wielkimi sukcesami Niemców stoi właśnie to, że tam podziały polityczne są naprawdę małe. Brytole dzielą się na laburzystów i konserwatystów wcale nie słabiej niż Polacy na PISowców i POwców przez co mają u siebie cyrki jak z brexitem, czy też jak wiemy z BLMC i całym ichniejszym przemysłem motoryzacyjnym.

  11. Ferrari 400 Superamerica napisałeś?

    Czy był już wpis o Ferrari 410 Superamerica amfibii z płóciennym nadwoziem? Oczywiście myślę o samochodzie Pana Samochodzika.

    • Gdyby w pokracznego Schwimwagena rzeczywiście włożyli 12 cylindrów Ferrari to, ani chybi wyszedłby im uboot zamiast amfibii. Zresztą w kolejnej wersji filmu Duży Fiat z maską od Ursusa był jeszcze bardziej nieudolną wizją pojazdu Samochodzika, ale nie rzucał się zbytnio w oczy, bo widz skupiał całą uwagę na tym co reżyser miał na myśli albo przełączał kanał.

      • Po „Samochodziku i Templariuszach” nie powstała dobra ekranizacja książek Nienackiego (nie wiem jak z „Akcją Brutus” na bazie dorosłej powieści) – w dwóch zrobionych ewidentnie pod dzieci (nie kryto się z tym, ktoś widocznie nie czytał książek jak o tym myślał) do roli wehikułu wzięli prototyp 126p LPT, który udziwnili światłami z oczami, dziwnym malowaniem czy kominem i płetwami (!!!), a w „Praskich Tajemnicach” zrobili „coś” co ochrzciłem roboczo „wannolotem” na bazie Skody albo Łady – źródła są rozbieżne, które było UFO. Tak, to są bardzo „solidne” ekranizacje, dobre do programu albo artykułu o kiepskich filmach : >
        Tego netfliksowego też niestety widziałem i cóż – mam głupie wrażenie, że te trzy słabe ekranizacje z wannolotem i LPT jednak są poziom wyżej od najnowszej. Chociaż dalej słabe. XD

    • Ferrari 410 było z serii wozów sygnowanych nazwą Superamerica, była między innymi 400 z silnikiem Colombo jak pamiętam, czy 410 i 375 z motorami Lamprediego. Wozy z tej serii kierowano głównie na Amerykę, stąd pewnie taka nazwa – chociaż egzemplarze różnych „Superamerik” były też i w Europie

  12. Znalazłem z pomocą AI takie ogólne porównanie prowadzenia Ferrari i Maserati z przełomu lat 70. i 80:
    Ferrari: Prowadzisz je dłońmi i stopami, walcząc o każdy zakręt. Jest głośno, twardo i gorąco.
    Maserati: Prowadzisz je opuszkami palców. Jest zaawansowane technicznie, nieco „dziwne” przez hydraulikę, ale znacznie bardziej cywilizowane i luksusowe.[Maserati należało wtedy do Citroena i zapożyczyło od niego hydraulikę z hamulcem „dotykowym” – zaworem hydraulicznym]. Maserati z tamtych lat to samochód dla kogoś, kto chce dojechać z Mediolanu do Monako w wielkim stylu i bez spoconej koszuli. Ferrari to auto na niedzielny poranek, by poczuć się jak Niki Lauda.

  13. Wygląd kwestią gustu, ważne by klient był zadowolony.
    Zadziwiające, że 4 zaworowe głowice, znane już przed Wielką Wojną, powszechne w lotniczych v12 2 wojny były rzadkością chyba gdzieś do lat 80 nawet w najdroższych i najszybszych samochodach.

    • Głównie dlatego, że zalety stosowania czterozaworowych głowich w silnikach lotniczych były znacząco istotniejsze niż w przypadku samochód, a koszty i skomplikowanie konstrukcyjne odgrywało nieporównywalnie mniejszą rolę.

      • Jasne, w przypadku cywilnych samochodów najważniejsze było, żeby się dało tanio; pod koniec lat 50 dolniak czy dwusuw to nie było nic niespotykanego. Amerykańskie „samochody siłowe” to też była masówka i koszt przede wszystkim. No ale tu mówimy o wywodzących się z wyścigówek najdroższych samochodach świata. Wspomniane gdzieś w komentarzach wyżej Jaguar XJ S czy Ferrari 412 miały dwuzaworowe V12. Pierwsze 4 zaworowe Lambo chyba pojawiło się w 82. Trochę trzeba było poczekać.

    • Podobnie, już dawno znano zawory chłodzone sodem: DB – Messershmitt i Maybach – czołgi, a po latach wróciły w silnikach samochodowych – np. BMW, Lancia (Fiat).

    • Zgadza się, takie rzeczy istniały przed I wojną światową w ogromnych silnikach, gdzie dwa zawory byłyby zbyt wielkie i ciężkie. Potem o tym zapomnieli, bo nie było już takiej potrzeby.

      Potem pomysł powrócił w Escorcie RS1600, coś koło 1970r. Ale wtedy chodziło o wyciskanie maksymalnych mocy jednostkowych, elastyczność nie była istotna, koszt też już mniej, bo skomplikowane kształty nie sprawiały już takich problemów jak kiedyś.

      • Rzeczywiście, Allemano wygląda zjawiskowo, ale nie wiem, czy mi jeszcze bardziej nie podoba się Monterosa. Tak, jak napisałeś pod koniec: dobrze byłoby mieć takie dylematy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.