PERSPEKTYWA INSIDERSKA: CITROËN CX

Pisałem ostatnio o mojej niegdysiejszej fascynacji deskami rozdzielczymi, które w dawnych czasach bywały niesamowicie różnorodne i wcale nie mniej ciekawe od zewnętrznej stylistyki aut. Co więcej, podczas gdy ładne zdjęcia klasycznych samochodów można znaleźć niemal wszędzie, to ich wnętrza są prezentowane znacznie rzadziej. Stąd wpadłem na pomysł serii pt. PERSPEKTYWA INSIDERSKA, gdzie będę pokazywał najoryginalniejsze moim zdaniem kokpity.

Chyba nietrudno się domyślić, że w niniejszej jedną z głównych gwiazd będzie  Citroën. Dziś wahałem się pomiędzy Visą i wczesnym CX-em i wybrałem tego drugiego, w wersji przedliftowej (1974-85).


Citroën uchodził przez lata za najbardziej awangardową markę popularną, i rzeczywiście, jego kokpity były totalnie odjechane – tak bardzo, że aż razi tutaj zwykły, analogowy zegarek (pamiętajmy, był to dopiero 1974r. – czyli tuż po stworzeniu przez firmę Seiko pierwszego zegarka z wyświetlaczem LCD, kosztującego tyle co nieduży samochód). Wbrew temu co można by sądzić, pokazujące szybkość i obroty bębnowe wskaźniki z soczewkami wcale nie były nowością – w latach 20-tych w prawie każdy samochód amerykański miał takie (tzn. zwykle tylko szybkościomierze). Nie wiem, czy Francuzi nie zdawali sobie sprawy z tego, że w USA ponad 40 lat wcześniej dostrzeżono słabą funkcjonalność tego patentu, czy też może tak bardzo pragnęli być awangardowi, że to zignorowali. Producent chwalił się też przełącznikami kierunkowskazów, świateł, klaksonu i wycieraczek umieszczonymi pod wieńcem kierownicy i obsługiwanymi bez odrywania odeń rąk (jak wiadomo, pojazdy francuskie bardzo długo nie miały klaksonu w piaście kierownicy). W tamtych czasach wrażenie robił również rząd kolorowych lampek nad zestawem wskaźników – wyglądał jak wzięty z filmu science-fiction. O jednoramiennej kierownicy nawet nie ma co pisać – chyba tylko to, że szkoda, że jest całkiem okrągła. Chrysler, a nawet Wartburg, bywali tutaj oryginalniejsi. Można by powiedzieć że to wstyd dla marki pretendującej do rekordu odlotowości, ale sprawę ratuje układ kierowniczy DIRAVI, który sam prostuje koła, nawet na postoju. Ponoć działał on na kierowców dokładnie tak, jak automatyczna skrzynia biegów – tzn. każdy na jego widok stukał się znacząco w głowę, ale tylko dotąd, dokąd nie spróbował. Jak już raz dał się przekonać, to za żadne skarby nie chciał niczego innego. Nie jechałem nigdy CX-em, więc nie mogę się wypowiadać (z automatem faktycznie tak jest, potwierdzam w całej rozciągłości). Aha, byłbym zapomniał – ta śmieszna kula nad radiem to popielniczka. Ci goście nawet popielniczkę musieli zrobić z kosmosu…

Jeżeli ktoś chce zobaczyć, jak wskaźniki CX-a działały w praktyce, to na Youtube jest sporo filmików, choćby takich: http://www.youtube.com/watch?v=OfAZ0atCbcs