POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: JA JESTEM MACHO…!!

 

Na zdjęciu, obok prototypu Porsche 901, stoją kolejno Ferdinand Anton Ernst „Ferry” Porsche, Ferdinand Alexander „Butzi” Porsche, Erwin Komenda i Ferdinand Piëch.

„Ferry” (1904-1998) to syn Ferdynanda seniora, rzeczywisty twórca marki Porsche i jej pierwszych modeli samochodów, który na emeryturę przeszedł dopiero w 1989r., w wieku 85 lat, a honorowym prezesem pozostał do śmierci w wieku lat 94. „Butzi” (1935-2012) – syn Ferry’ego, a więc wnuk patriarchy rodu – był przede wszystkim plastykiem, założycielem Porsche Design Studio (projektującego najróżniejsze produkty, w tym naręczne zegarki albo noże kuchenne), ale też głównym autorem sylwetki 911-tki. Erwin Komenda (1904-1966) to pierwszy nadwoziowiec firmy: spod jego ręki wyszło kilka przedwojennych modeli Mercedesa, KdF-Wagen i produkcyjny Volkswagen, a później Porsche 356 i… ogólny zamysł 911-tki, dojrzewający następnie wśród gorących sporów z „Butzim”. Ferdinanda Piëcha (1937-2019) przedstawiać chyba nie trzeba: jako młody inżynier pracował on u Mercedesa i Audi, obmyślił m. in. pierwsze silniki pięciocylindrowe i napęd quattro, a z czasem został prezesem koncernu Volkswagena. Kontrowersyjnym, ale piekielnie skutecznym.

Na zdjęciu brakuje Hansa Mezgera (1929-2020) – konstruktora licznych silników samochodowych, od mercedesowskich diesli po turbodoładowane jednostki TAG-Porsche, które zdobyły trzy mistrzostwa świata Formuły 1 pod rząd (1984-86). A w międzyczasie również chłodzonych powietrzem, sześciocylindrowych boxerów modelu 911.

Foto: Tom Schwede, Licencja CC

Wszyscy ci ludzie byli chłodnymi profesjonalistami, całkowicie skoncentrowanymi na pracy, znanymi z trudnych, zamkniętych charakterów i głębokiej rezerwy w kontaktach międzyludzkich (u Piëcha niektórzy podejrzewali nawet zespół Aspergera). Mimo to, razem stworzyli oni samochód postrzegany jako ostateczny symbol wybuchowości i męskości.

W całej historii automobilizmu nie ma chyba drugiego modelu tak silne kojarzonego ze stereotypem macho

Foto: materiał producenta

Słowo „macho” musi wystąpić wraz ze „stereotypem”. Inaczej się nie da, bo ono opisuje głównie pozę. Macho to facet, który gra. Nie nazwiemy tak kogoś autentycznie męskiego – stawiającego czoła życiowym wyzwaniom, dbającego o rodzinę, stającego w obronie słabszych albo nawet ratującego dziecko z pożaru. Macho to raczej ten, kto zgrywa silnego i dominującego. Pokazuje światu władczość i brawurę w miejsce odpowiedzialności i odwagi.

Dlaczego ze wszystkich samochodów świata właśnie Porsche 911 wydaje się najlepiej pasować do tego stereotypu?

Genezę firmy Porsche już znamy, podobnie jak historię jej pierwszego modelu. To sporo wyjaśnia, bo który facet nie marzy o takich dokonaniach, wbrew wcześniejszym porażkom i wszelkim przeciwnościom? Ale to oczywiście nie wszystko.

Pierwsze prototypy następcy 356 jeździły w 1959r., a wersję produkcyjną świat ujrzał we Frankfurcie, jesienią 1963r. – w szczycie gospodarczego cudu i fascynacji motoryzacją.

Ten samochód pod każdym względem był jak poprzednik, tylko dużo bardziej. Reprezentował identyczną koncepcję, tylko w wydaniu poważniejszym, efektowniejszym i… bardziej wymagającym – zarówno w kwestiach jeździeckich, jak i finansowych. 911-tka to rodzaj wyzwania, a machos uwielbiają wyzwania.

Foto: materiał producenta

***

„Zwycięskiego składu się nie zmienia” – mówi stare porzekadło. Ponieważ sukces 356-tki przeszedł wszelkie wyobrażenia, następcę zaprojektowano podobnie, tylko z rozmachem godnym szalonych lat 60-tych. Zachowane zostały chłodzony powietrzem silnik typu boxer, niezależne zawieszenie z drążkami skrętnymi i jedyna w swym rodzaju forma coupé 2+2. O dziwo, owo „2+2” odegrało kluczową rolę.

Nie całkiem zrozumiała chęć zachowania niemal bezużytecznych tylnych siedzeń wymogła pozostawienie silnika za tylną osią, a także lekko nienaturalne podniesienie dachu (typowe coupé były smuklejsze, ale tutaj tylne siedzenia wymusiły przesunięcie w przód przednich, czego najłatwiej dokonać podnosząc ich mocowania, by jadący mogli zgiąć nogi). Silnik wiszący na samym tyle wydłużył tylny zwis, jego płaski kształt pozwolił pociągnąć opadającą linię tyłu aż do zderzaka…

Foto: materiał producenta

…z kolei brak chłodnicy i grilla – powtórzyć to samo przy klapie bagażnika, by zmniejszyć opór powietrza (tylko reflektory pozostały sterczące, bo ówczesna technika oświetleniowa nie pozostawiała w tym względzie swobody). Jedna z najbardziej charakterystycznych sylwetek w historii motoryzacji powstała niejako samoistnie, jako konsekwencja niecodziennych założeń technicznych. 

Foto: materiał producenta

Dopiero w kwestii detali 60-letni Erwin Komenda starł się z 30 lat młodszym „Butzim” i… przegrał: junior panującej dynastii sprzeciwił się barokowej manierze weterana forsując formę czystą i prostą, a dzięki temu zachowującą świeżość i dynamizm nawet w kolejnym stuleciu.

Foto: materiał producenta

Wymagania bogatych klientów rosły, urosło też więc i Porsche: z wymiarami 4.291 x 1.652 mm i rozstawem osi 2.211 mm było aż 30 cm dłuższe od 356, ale też minimalnie węższe. Wysokość praktycznie się nie zmieniła (1.310 mm to dokładnie średnia wysokości otwartej i zamkniętej wersji poprzednika). Zbiornik paliwa pozostawiono jak w 356 – przed ścianą grodziową, z wlewem w lewym błotniku.

Foto: materiał producenta

Użytkownicy 356 narzekali na niemożność przewiezienia sprzętu golfowego, dlatego Komenda jako pomoc naukową dostał pełny zestaw kijów. Zdołał wygospodarować ledwie 132 litry przestrzeni bagażowej – dlatego wątpię w rzetelność poniższego zdjęcia, ale pojechać Porsche na golfa jak najbardziej się dało. Ponadto kufer wyściełały eleganckie dywaniki.

Foto: materiał producenta

Kabina i okna wyraźnie się powiększyły, a rzeczowy, technokratyczny design z aż pięcioma okrągłymi zegarami wyglądał rasowo i nowocześnie

Foto: materiał producenta

Układ jezdny był zupełnie nowy: z przodu wahacze poprzeczne w miejsce volkswagenowskich „korbowych”, z tyłu wahacze skośne zamiast skrajnie chimerycznych półosi wahliwych. Znakiem rozpoznawczym marki pozostały resorujące drążki skrętne. Duży przełom stanowiły cztery tarcze hamulcowe – odtąd Porsche miało zasłynąć z jednych z najskuteczniejszych hamulców w świecie, choć wspomaganie dostało dopiero w 1976r. (z dwóch powodów: braku miejsca na serwo i braku zbiorczej rury ssącej, co utrudniało „zebranie” podciśnienia).

Najwięcej emocji wzbudzał silnik. Wciąż był to chłodzony powietrzem boxer, ale już niewywodzący się z przedwojennego KdF-Wagen, a całkiem nowy, konstrukcji Hansa Mezgera, z sześcioma cylindrami zapewniającymi jedwabistą pracę i niepowtarzalną ścieżkę dźwiękową. Obrazu nowoczesności dopełniały krótkoskokowe wymiary (80 x 66 mm), aż osiem łożysk głównych, sprężanie 9:1, rozrząd OHC, sucha miska olejowa i zasilanie dwoma trójprzelotowymi gaźnikami Solexa (każdy cylinder miał własną gardziel). Obciążenie cieplne zmniejszała chłodnica oleju – tak więc już wtedy silniki Porsche nie były chłodzone samym powietrzem.

Dziś zżymamy się na downsizing, ale mało kto pamięta, że pojemność silnika pierwszej 911-tki wynosiła zaledwie 1.991 cm³, z czego udało się wycisnąć 130 KM przy 6.100 obrotach i 174 Nm przy 4.200. Ubożuchno, prawda? Jednak wtedy, przy masie 1.030 kg i pięciobiegowej skrzyni dogleg, dawało to maksymalną prędkość 210 km/h i przyspieszenie do setki w 9 sekund – lepsze niż w Mercedesie „Pagodzie”, w ośmiocylindrowym BMW 3200 CS, a nawet w dotychczasowym, pół-wyczynowym Porsche 356 Carrera 2. Szybsze były jedynie nieliczne supersportowce z Włoch i Anglii.

Jak we wszystkich „wiatrakach” pod maską wizualnie dominowała osiowa dmuchawa chłodząca, napędzana paskiem klinowym. Problematyczne ogrzewanie kabiny, które w „Garbusach” trzeba było po prostu ścierpieć, w Porsche wspomagało opcjonalne Webasto.

Foto: Mib18, Licencja CC

Nowe Porsche zostało wycenione na 21.900 DM: „Pagoda” kosztowała wtedy 20.600, BMW 3200 CS 29.850, Fiat 2300S coupé – 20.900, z tym że one wszystkie były wolniejsze, a postawione przy dziele Komendy i „Butziego” wyglądały jak dziadkowozy.

Nadwozia najwcześniejszych serii robią dziś wrażenie filigranowych, jednak wtedy, ponad 60 lat temu, na tle konkurencji dosłownie kipiały drapieżnością

Foto: materiał producenta

Sprzedaż auta ruszyła we wrześniu 1964r. – aż rok po frankfurckiej premierze. Zaraz wybuchł skandal: oto firma Peugeot oprotestowała oznaczenie auta zastrzeżoną dla siebie kombinacją trzech cyfr z zerem w środku, więc Niemcy musieli je zmienić na 911. Do tego czasu powstały 82 egzemplarze z napisami 901 (włączając w to 13 prototypów), z których do dzisiaj przetrwało dosłownie kilka.

Co ciekawe, w całym pierwszym roku modelowym sprzedano zaledwie… 235 sztuk!! W 1964r. wysłużone 356 potrafiło jeszcze przekonać 10.575 klientów, wspomniana „Pagoda” – 6.991. Nie można więc powiedzieć, że 911-tka od razu zawojowała świat – ludzie zamożni byli wtedy nieco inni niż dziś i wręcz woleli takie dziadkowozy, a nawet skrzydlate Cadillaki. Przebojowi yuppies mieli nadejść znacznie później.

Nie wiem, jak taką sprzedaż postrzegał „Ferry” Porsche, wiem jednak, że życie było go nauczyło cierpliwego czekania na rezultaty. Jeszcze do maja 1965r. trwała produkcja 356C, a z innej strony byt firmy zabezpieczały sowite tantiemy od Volkswagena. Tymczasem bezsensowna koncepcja tylnosilnikowa już wkrótce miała na nowo rozkochać w sobie świat – tym razem na całe pokolenia. 

Foto: materiał producenta

***

911-tka występowała początkowo z tylko jednym silnikiem i nadwoziem. Rolę tańszego produktu miał odegrać zaprezentowany w połowie 1965r. model 912 – łączący karoserię 911 ze zubożoną kabiną i czterocylindrowym, 90-konnym boxerem 356 1600SC. Ze standardową, 4-biegową skrzynią oferował 177 km/h i 13,5 sekundy do setki, z 5-biegową – 185 km/h i 11,5 sekundy. Kosztował od 17.590 DM, czyli ledwie tysiąc powyżej 356, potrafił się też zadowolić 9 litrami paliwa na 100 km.

Ponieważ 912 zewnętrznie nie różniło się od 911, w kolejne pięć lat zdobyło 32 tys. zamówień, podbudowując finanse firmy. Duża w tym zasługa relacji z Volkswagenem – tzn. sprzedaży i serwisu pojazdów Porsche w gęstej sieci dealerów największego europejskiego producenta aut. Takiej wygody nie oferował w tej klasie nikt inny.

Foto: DieselFordMondeo, Licencja CC

Foto: DieselFordMondeo, Licencja CC

912-tce brakowało nie tylko dwóch cylindrów, ale też dwóch zegarów i innych elementów wyposażenia, jednak mało kto postronny to zauważał. Podobnie jak odbijające światło klosze wskaźników – tej irytującej przypadłości Porsche nie pozbyło się przez całe dekady.

Foto: Llann Wé, Licencja CC

912-tka przetrwała do 1969r., ale od 1967 zainteresowanie nią spadło, bo model topowy został rozbity na trzy warianty różniące się wyposażeniem, napędem i oczywiście ceną: podstawowy 911T (Touring) miał teraz moc 110 KM i tylko cztery biegi, pierwotną specyfikację 130 KM + pięć biegów przemianowano na 911L (Luxus), a na szczycie cennika pojawiła się 160-konna 911S (Super). Odtąd czterocylindrówkę chciał już mało kto.

Topowy wariant osiągał 225 km/h i przyspieszał do setki w 8 sekund, zbliżając się do poziomu supersportowców z Modeny, Coventry czy Newport Pagnell. Jego charakterystycznym smaczkiem były kute alufelgi firmy Fuchs o pięciu ramionach, zaś wyróżnikami technicznymi – udoskonalony dolot, wyższe sprężanie, wentylowane przednie tarcze hamulcowe, twardsze amortyzatory Koni i stabilizatory poprzeczne.

Foto: Abehn

Najważniejszym problemem 911 była oczywiście osławiona nadsterowność – występująca już w tylnosilnikowych Volkswagenach, Porsche 356, Tatrach czy Chevroletach Corvair, a nawet w Mercedesach z łamaną osią tylną – ale w 911 spotęgowana przez wysoką moc, ciężki, sześciocylindrowy silnik i niedostosowane do niego, zaledwie 165-milimetrowe opony (radialne, a więc niekompensujące zmian geometrii ugięciem boków). Przejście na wahacze skośne – które dziś mają złą prasę, ale wtedy były zaawansowanym układem – niestety nie pomogło. Porsche rozpoczęło więc długą, kosztowną walkę z problemem, który samo sobie stworzyło. Z drugiej jednak strony wizerunek automobilowego samca alfa 911-tka zawdzięcza między innymi właśnie swej narowistości, do czego jeszcze wrócimy.

Uważamy, że pewna doza nadsterowności służy bezpieczeństwu” –  tłumaczył Ferry Porsche. Nie mówił przy tym, o jaką dozę chodzi – a już starożytni Grecy mawiali, że lekarstwo od trucizny odróżnia wyłącznie zastosowana dawka.

Automobiliści dowcipkowali, że to nie kierowcy testują Porsche, tylko ono testuje ich. Problem polegał na tym, że po ujęciu gazu w zakręcie uślizg tylnej osi pojawiał się nagle i bardzo gwałtownie, a jego opanowanie wymagało błyskawicznej i precyzyjnie odmierzonej kontry kierownicą. Jeden fałszywy ruch decydował o życiu i śmierci – nieraz zupełnie dosłownie. Podstawowa zasada brzmiała: dohamuj PRZED zakrętem, na prostych kołach, a jak już zaczniesz skręcać, to nie pękaj, tylko wytrzymaj gaz do samego wyjścia. Pomyśl zawczasu, na ile cię stać i śmiało idź za ciosem. Czy wypowiadałem już może słowo „macho„…?

Foto: nakhon100, Licencja CC

Foto: Lothar Spurzem, Licencja CC

Foto: Eric Koch

Pierwsza reakcja konstruktorów nie grzeszyła finezją – w 1966r. do przedniego zderzaka trafiły dwa 11-kilogramowe ciężarki z żeliwa. Firma nie chwaliła się tym (wprost zagadnięta napomykała półgębkiem o „wzmocnieniach konstrukcji”), ale prawdę znał każdy – zwłaszcza że doświadczeni kierowcy tylnosilnikowców od zawsze wozili z przodu balast, szczególnie zimą. Dwa lata później ciężarki znikły, bo podjęto prawdziwe środki zaradcze: tylne wahacze wydłużono o 57 mm, rozstaw osi o 60, a do przodu przeniesiono akumulator (równocześnie dzieląc go na dwa mniejsze, zamontowane symetrycznie z dwóch stron bagażnika). To przyniosło pierwszą zauważalną poprawę.

W roku modelowym ’69 zmiany stylizacji ograniczyły się do kształtu wycieraczek, klamek i wlotów powietrza w masce silnika, jeśli zaś chodzi o technikę, to dwa mocniejsze warianty dostały mechaniczny wtrysk paliwa Kugelfischer i tranzystorowy zapłon. Oznaczenie 911L zmieniono na 911E (Einspritzung, czyli „wtrysk”) – i w tej właśnie wersji, zorientowanej na komfort, dodano samopoziomujące kolumny hydropneumatyczne z przodu. Równocześnie przeprojektowany został dolot i zawory wydechowe, a skrzynie korbowe zaczęto odlewać z magnezu zamiast aluminium, co zaoszczędziło 16 kg (co ważne, zdjęte z tylnej osi). Wskutek tych zabiegów moce wzrosły do odpowiednio 140 i 170 KM, a czystsze spaliny pozwoliły uzyskać homologację amerykańską. 911-tka zaczęła się więc sprzedawać w większych ilościach.

Amerykanie nie lubią ręcznie zmieniać biegów, dlatego właśnie w 1968r. Porsche wprowadziło półautomatyczną przekładnię Sportomatic – podobną jak w NSU Ro80, czyli manualną z ciernym sprzęgłem rozłączanym po dotknięciu dźwigni i konwerterem momentu obrotowego umożliwiającym zatrzymywanie bez wysprzęglania. Biegi były ułożone w klasyczne H i oznaczone L, D, D3 i D4. L służyło do ruszania na większych pochyłościach, D wystarczało jako „miejski automat” (do 100 km/h), D3 jako dynamiczny tryb pozamiejski, a D4 jako autostradowy nadbieg. Do tego dochodził bieg wsteczny i blokada parkingowa.

Sportomatic wydłużał przyspieszenie do setki o około sekundę, ale ułatwiał codzienną jazdę miejską i poszerzył krąg klientów Porsche, zwłaszcza w USA. Wielkiej kariery jednak nie zrobił i często był wymieniany na skrzynię ręczną po pierwszej awarii podciśnieniowego wysprzęglika. Producent pozostawił go w ofercie do 1980r. (od 1975 we wzmocnionej wersji z tylko trzema przełożeniami).

Foto: materiał producenta

Już rok wcześniej pojawiła się nowa wersja nadwoziowa nazwana targa, z wyjmowaną środkową częścią dachu (włoskie słowo targa pierwotnie oznaczało tarczę herbową, później też szyld albo tablicę, ale Porsche nawiązywało do sycylijskiego długodystansowego wyścigu Targa Florio organizowanego przez lokalny herbowy ród Florio).

Prototypy pełnego cabrioletu jak najbardziej istniały, jednak nie weszły do produkcji z obaw przed zapowiadanym w Stanach obowiązkiem testowania samochodów pod kątem przeżywalności dachowania

Foto: materiał producenta

Porsche nie było jedynym producentem, który wówczas czasowo zaprzestał budowy karoserii całkowicie otwartych, ale to ono wylansowało ciekawy substytut: potężny pałąk przeciwkapotażowy oferujący niemal pełne bezpieczeństwo coupé (oczywiście pod warunkiem zapięcia pasów), a pozostawiający dużą część przyjemności jazdy pod gołym niebem. Nadwozie targa było dostępne we wszystkich wariantach 911 i zdobyło sporą popularność, choć puryści kręcili nosem na zwiększoną masę i zauważalnie gorszą sztywność nadwozia.

Foto: materiał producenta

Pałąk wykonywano z wysokowytrzymałej stali nierdzewnej, ruchomy panel dachu – z lekkiego, czarnego tworzywa. Mieścił się on pod klapą bagażnika zajmując bardzo niewiele miejsca. Początkowo pleksiglasowa tylna szyba też była wyjmowana, ale od 1968r. pojawiła się stała szyba szklana.

Foto: Damian B Oh, Licencja CC

Prawie od początku swego istnienia firma Porsche otrzymywała sygnały o zapotrzebowaniu na model czterodrzwiowy. Przez jakiś czas je ignorowała uważając, że działa dla celów wyższych niż wożenie z tyłu dzieci i teściowych, nie mniej jednak pierwsze prototypy prorodzinne powstawały już w latach 50-tych, a później raz po raz wypływały jakieś szkice i makiety. Niektórzy w związku z tym mówią, że przedstawione w 2009r. Porsche Panamera jest najdłużej wyczekiwanym samochodem w historii.

W 1968r. kalifornijska firma Troutman-Barnes przerobiła jedno seryjne 911S na czterodrzwiowe – na zamówienie pewnego teksańskiego dentysty, któremu szkoda było rezygnować z kupna Porsche z tak błahego powodu jak posiadanie rodziny. Producent auta asystował przy pracach (między innymi dostarczając na wymiar tapicerkę w specjalnym kolorze, pasującym do ulubionego obuwia klienta), ale jak wiemy, sam podjął temat dopiero czterdzieści lat później.

Foto: materiał producenta

Studio Pininfarina podjęło natomiast próbę uczynienia 911-tki prawdziwym czteromiejscowcem. Jednostkowy prototyp nie został dobrze przyjęty.

Foto: Herranderssvensson, Licencja CC

W 1969r. (rok modelowy ’70) silniki zostały rozwiercone o 4 mm, do pojemności 2,2 litra, dwa lata później dłuższy skok tłoka powiększył ją do 2,4 litra. Moce wzrosły najpierw na 125/155/180 KM, potem na 130/165/190 KM. Topowa 911S 2,4 z 1972r. rozpędzała się do 230 km/h i osiągała setkę w 7,5 sekundy, co dawało jej status najszybszego samochodu niemieckiego (aż do premiery 911 Turbo w 1974r.).

Modele 2,2-litrowe – roczniki 1970-71 – seryjnie dostawały wentylowane tarcze hamulcowe, aluminiową pokrywę silnika i alufelgi Fuchsa. Po raz pierwszy pojawiły się elektryczne podnośniki szyb. Nadwozia były teraz cynkowane, z powiększonymi kierunkowskazami i lekko poszerzonymi błotnikami. Zmiany były subtelne, ale w stosunku do pierwotnego 901 nadały nadwoziu wizualnej masy i rzeźby.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Modele 2,4-litrowe (1972-73) stanowiły ostatnie stadium rozwoju pierwszej generacji 911-tki. Nadal występowały jako coupé i targa, w tych samych wersjach T/E/S. Silnikom zafundowano nowy wał korbowy, wzmocnione korbowody i panewki, większe zawory i natrysk oleju na denka tłoków (znów wspomagający chłodzenie). Skrzynie biegów przeszły z układu dogleg na konwencjonalny (z jedynką do siebie i w przód zamiast w tył), a rozstaw osi wzrósł o dalsze 3 mm, tym razem przez przesunięcie punktów mocowania wahaczy przednich. Zmodyfikowane zawieszenie poprawiło zarówno własności jezdne, jak i komfort.

Rocznik 1972r. ma ciekawy detal: w celu poprawy rozkładu masy zbiornik oleju silnikowego przesunięto zza prawego tylnego koła przed nie, dodając zewnętrzny wlew za drzwiami. Ponieważ klapka w tym miejscu dość mocno sugeruje wlew paliwa, a przed kryzysem naftowym na stacjach tankował prawie zawsze pracownik (który nie mógł spamiętać specyfiki wszystkich samochodów świata, szczególnie tych egzotycznych), nagminnie dochodziło do katastrof, z koniecznością remontu silnika włącznie. Kto wpadł na tak genialny pomysł – nie wiadomo, w każdym razie klapka znikła po jednym sezonie. Natomiast dzisiaj… zgadliście: kolekcjonerzy bardzo ją lubią i delektują się nią niczym „Garbusiarze” smrodem ogrzewania. Tak zwany z niemiecka Ölklappenmodell to najwyżej ceniony wariant pierwszej 911-tki – choć również dlatego, że jako najpóźniejszy jest po prostu najlepiej dopracowany. 

Foto: Pavel Ševela, Licencja CC

No dobrze, istnieje jeszcze jedna wersja osiągająca wyższe ceny: Carrera RS 2,7.

W epoce 356 oznaczenie Carrera (po hiszpańsku „wyścig”) wyróżniało pół-wyczynowe specyfikacje ze specjalnym, czterowałkowym silnikiem inż. Ernsta Fuhrmanna. To były najszybsze Porsche na cywilnym rynku i tę tradycję kontynuowała 911 Carrera RS 2,7. Auto przedstawiono w Paryżu, jesienią 1972r., jako homologacyjną serię wyczynowej Grupy 4 limitowaną do 500 sztuk.

Z zewnątrz wyróżniała się ona poszerzonymi błotnikami, przednim spoilerem z wlotem powietrza do chłodnicy oleju i wielkim tylnym skrzydłem (zwanym czasem „kaczym kuprem”), które tutaj pojawiło się po raz pierwszy

Foto: Christine und Hagen Graf, Licencja CC

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Silnik drogowej wersji Touring został powiększony do 2,7 litra (z uwagi na niebezpiecznie cienkie ścianki cylindrów ich gładzie pokryto warstwą węglika krzemu), z czego wyciśnięto 210 KM przy 6.300 obrotów i 255 Nm przy 5.100. Poszycie nadwozia tłoczono z cieńszej blachy, a częściowo wykonywano z tworzyw sztucznych, co nawet przy zachowaniu pełnego wyposażenia 911S zmniejszało masę poniżej tony. Do tego dochodziły modyfikacje podwozia (amortyzatory gazowe, sztywniejsze stabilizatory, dodatkowy wspornik tylnego zawieszenia), większe hamulce oraz opony o wymiarach 185/70 z przodu i 215/60 z tyłu. Wszystko to dało maksymalną prędkość 245 km/h i przyspieszenie do setki w zaledwie 5,8 sekundy, a co ważniejsze – doskonałe prowadzenie, z możliwością jazdy w pełni kontrolowanymi poślizgami przez dowolnie długi czas. W humorzastym modelu seryjnym takiej sztuki nie próbowali nawet zawodowcy.

Najostrzejsza wyczynowa wersja RSR miała już pojemność 2,8 litra i moc około 300 KM (źródła różnią się w tym względzie). Do innych modyfikacji należało usunięcie większości wyposażenia wnętrza, koła zapasowego, drugiego akumulatora, a nawet znaczków firmowych (zastąpionych naklejkami), oraz dodanie klatki bezpieczeństwa, systemu gaśniczego, w pełni regulowanego zawieszenia i czterotłoczkowych hamulców z wyścigowego bolidu 917. Obniżyło to masę do 900 kg,

Carrera RS 2,7 zrobiła furorę: po błyskawicznym wyprzedaniu planowanych 500 sztuk producent postanowił wypuścić kolejne 1.090, z czego 109 w specyfikacji RSR. Dziś jest to najdroższy wariant 911-tki, warty pod milion dolarów.

Carrera to jednak bolid wyścigowy. Jako osobisty samochód macho lepiej nada się 911S 2,4:  szybkie, ale też komfortowe i bezawaryjne – bo 911 kontynuowało tradycję najwyższej jakości i bardzo rzadko zawodziło kierowców. O ile nikt nie pomylił klapek wlewów.

Foto: materiał producenta

***

Pierwszą generację Porsche 911 zwie się dziś „klasyczną”, albo „modelem F”. To ostatnie jest trochę nieścisłe: od 1967r. liftingi oznaczano kolejnymi literami alfabetu, a ponieważ zmiana modelu nastąpiła pomiędzy F i G, na całe generacje I i II potocznie mówi się F- i G-Modell (choć tak naprawdę każdy rocznik miał swoją literę, a te dwie oznaczały jedynie lata 1973 i 74).

G-Modell zadebiutował w lipcu 1973r. – cztery miesiące przed arabskim embargiem naftowym. Do tamtej pory powstało 81.032 egz. generacji I. Jej produkcja, po nieśmiałym początku, do końca ustawicznie rosła, bez względu na starzenie się konstrukcji (jak wiemy, udoskonalanej w trybie ciągłym). Sukces trwa oczywiście do dziś: łączna liczba 911-tek wypuszczonych od 1964r. przekroczyła już 1,3 mln, a aktualna sprzedaż – 50 tys. rocznie.

A jak to jest z tymi machos? Dlaczego właśnie oni tak bardzo pokochali klasyczne Porsche?

Oczywiście nie tylko oni, podobnie jak BMW E36 nie jeździli wyłącznie dresiarze, a Mercedesami W140 sami „nowi ruscy”. To są wyłącznie stereotypy, ale w jakimś stopniu zrodzone z charakteru tych samochodów, z ich obiektywnych cech przyciągających konkretne osobowości. W przypadku 911-tki chodziło oczywiście o osiągi, ale też ultradynamiczny, wyzywający design oraz… powszechnie znaną nerwowość podwozia. Jeździć 911-tką oznaczało nie tylko chcieć wszędzie być pierwszym, ale też umieć poskramiać samochód szybki i niepokorny, a równocześnie i własny strach (zakaz odejmowania gazu w zakręcie!!). Gdy dodać do tego gruby portfel – bo na eksploatację 911-tki rzadko stać tych, których nie stać na zakup – dostaniemy pełną odpowiedź.

Widzimy 911 i zaraz myślimy, że nadjeżdża macho. A kobiety – z pewnością mu wybaczą…!!

Foto: materiał producenta

Foto tytułowe: Steve Evans, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

51 Comments on “POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: JA JESTEM MACHO…!!

  1. Cześć, po co wyróżniasz nazwy modeli i marki kursywą?

    • A czemu nie? To jakieś wizualne urozmaicenie, które w dodatku pomaga czasami odróżnić nazwę marki od nazwiska założyciela.

  2. No cóż auto legenda, sam o wiele bardziej poważam Mercedesy, niemniej pierwszą 911kę winszuje, tyle lat trzymać się boxerów chłodzonych powietrzem.

    Najbardziej mnie zaskoczyłeś że 911ka była droższa od Pagody. Kurczę myślałem, że cenowo stała gdzieś obok W110. Swoją drogą słyszał ktoś o Pagodzie z PRLowską historią? Bo 911ek trochę było i Zasada jedynym właścicielem Porsche w PRL nie był.

    • No ja też wolę Pagodę, a z Porsche – 928 albo Boxstera. 911 poważam jako wielki kawał historii, ale takie stężenie adrenaliny jest raczej nie dla mnie.

      Co do 911 w PRL posiadał je np. Wacław Kisielewski. Tutaj znajdziesz zeskanowany artykuł na ten temat: https://www.facebook.com/photo?fbid=342182517526086&set=pcb.342183570859314. Potem odkupiła je Maryla Rodowicz, a potem niesławnej pamięci Tadeusz Tabencki, u którego auto zgniło.

      Prawdopodobnie ten sam egzemplarz zagrał w filmie „Motylem Jestem”, czyli pełnometrażowym uzupełnieniu „40-latka” z udziałem Ireny Jarockiej. Bardzo fajny film swoją drogą, polecam.

      PS. W podlinkowanym artykule jest napisane, że Kisielewski nie był pierwszym polskim właścicielem Porsche, ale temat nie został rozwinięty.

      • Rodowiczka miała też Volkswagena Porsche 914. Nigdzie nie znalazłem info czyje było Porsche z „Motylem jestem”. W sieci przewijają się jeszcze zdjęcia żółtej 911ki na numerach WAW z końcówki 70s.

        Zasada miał Porsche już w 1967 chyba , jechał nim wtedy w rajdzie polski.

        Kisielewski miał dużo fajnych aut. Wozili się Ci nasi ludzie kultury. Cybulski na przykład miał Volvo P1800.

      • 914 było bajeranckie, ale to nic wybitnego. Silnik z VW Typ 4, masakra 🙂

        Zasada był fabrycznym kierowcą Porsche, więc to zupełnie osobna historia, nie mam pojęcia na jakiej zasadzie je dostał i czy cokolwiek w ogóle płacił.

        A co do ludzi kultury to ciekawa była historia Jerzego Waldorffa, który długo samochodu nie miał, ale w końcu zawnioskował o talon na 125p, zaraz na początku produkcji. Oczywiście go dostał (to była taka ciekawa postać, uznawana za niezależną i prawie że opozycyjną, chociaż tak naprawdę on bardziej płynął z prądem niż pod prąd, a władze pozwalały mu mówić więcej niż innym, żeby pokazać że jakąś krytykę dopuszczają). Sam wspominał, że w trakcie odbioru auta zobaczył na hali eksportową sztukę w kolorze „palonej wiśni” i uparł się, że koniecznie chce taki. To był faktycznie piękny kolor – taka prawie czarna wiśnia – ale bez dewiz nie było szans. Wściekły Waldorff pojechał taksówką prosto do ministerstwa i zrobił awanturę, że jak nie dostanie „palonej wiśni”, to będzie rozgłaszał na cały świat, że sam polski rząd uznaje polską walutę za bezwartościową. No i taka była prawda, ale minister afery nie chciał i kazał dać Waldorffowi „paloną wiśnię”. Którą zresztą obdarowany prawie natychmiast rozbił wymuszając nieopatrznie pierwszeństwo – bo kierowcą był marnym i całkowicie niedoświadczonym (zrobił prawo jazdy właśnie wtedy, mając już prawie 60 lat). Więcej samochodów nie kupował. Taka historyjka, jeśli wspomniałeś o „ludziach kultury”, chociaż bez związku z Porsche 🙂

      • Zasada za zasługi został przecież uhonorowany przez firmę Porschem 911 Dakar Red 58 Special dwa lata temu

      • W Motylem jestem nie zagrało Porsche Rodowicz – tam była brązowa Targa, a Rodowicz miała pomarańczowe 911 ze stałym dachem.

  3. Myślę, że dla wielu przeciętnych zjadaczy chleba i Volkswagen typ 4 był marzeniem. 🙂 O Waldorffie coś tam słyszałem ale nie zagłębiałem się w temat. Natomiast na 99% wiem kto właścicielem Porsche w PRLu nie był. Otóż od tej marki stronił Józef Cyrankiewicz. Widocznie nie był aż takim hipokrytą aby jako były więzień Auschwitz jeździł autem sygnowanym nazwiskiem nadwornego inżyniera Fuhrera heh 🙂 Miał natomiast kolekcję Jaguarów i Mercedesów z W111 coupe na czele.

    • Marzeniem może być nawet rower, ale to nie zmienia faktu, że Typ 4 to inżynierskie nieporozumienie i że w każdym teście porównawczym zajmował zawsze ostatnie miejsca. Do dziś w niemieckich gazetach oldtimerowych robi za etatowego chłopca do bicia 🙂

      • Potwierdzam, sam mam więcej marzeń rowerowych niż motoryzacyjnych.

  4. Porsche 911 Carrera 2.7 RS jest piękne. 🙂 To jest jeden z trzech moich ulubionych modeli tej marki obok 930 Turbo i 959. Z innych modeli bardzo lubię też 356A, 550 Spyder, Carrerę GT, 964 i 993, a także 997 GT3 RS. Ogólnie wszystkie generacje 911 są fajne, nawet najmniej udana 996. A najnowsze 992 GT3 RS to jedno z naprawdę niewielu nowych aut, które mi się podobają. Co nie zmienia faktu, że wolę 911 pierwszej generacji i 930 Turbo. 🙂

    • Ja mam sentyment do tej najmniej udanej 996, gdyż w mojej miejscowości był serwis/warsztat Porsche, gdzie takich sporo stało. Cóż to było za doświadczenie jechać rowerem i zza płota oglądać te auta. Z czasem jednak sentyment do Porache 911 malał i zgasł zupełnie. Choć nie powiem, imponuje mi ten upór w ciągłym rozwijaniu tej niefortunnej koncepcji.

      • Właśnie – czemu 996 uznaje się za nieudaną? Czy chodzi tylko o te nieszczęsne reflektory z przodu? Czy też przejście na chłodzenie wodą? 🙂 Z tych właśnie powodów t generacja jest na rynku najtańsza, ale ciekaw jestem, jak się nią jeździ? Sam oczywiście nie mam takich doświadczeń.

      • Szczepanie, w mojej wiadomości zabrakło cudzyslowie, gdyż cytowałem fraze kolegi Ricer.
        Sam nie wiem, dlaczego ta generacja ma takie opinie, wizualnie te swiatła mi się podobają akurat. Nie wiem jak jezdzi, ale pewnie lepiej niż poprzednik, wszak ciągły rozwój musiał coś poprawić.

      • @SzK: 996 jest mniej lubiana, a „uznawanie za nieudaną” (nieco na wyrost) ciągnie się od dnia jej premiery. Wspomniane przez Ciebie powody są znane – obrazoburcze dla purystów reflektory i chłodzenie wodą – zatem zmiękczenie wyrazistego designu i odejście od uwielbianej, oryginalnej techniki. Ale były też inne powody – auto powstawało w bardzo trudnym okresie firmy Porsche, na opracowanie 996 wydano ponoć wszystkie dostępne pieniądze – był to tzw. wóz albo przewóz, jeśli 996 by się nie sprzedało upadek lub przejęcie firmy czekały za rogiem. Z tego też, oszczędnościowego powodu dwa modele korzystały z tego samego przodu i błotników – 911 i Boxter (to także obruszało zatwardziałych porszystów). Boxter ma 38% części z 996, co było dla firmy inżynierskim i finansowym sukcesem, ale nie cieszyło fanatyków. Nowa 996 była bardziej cywilizowana niż poprzednicy, mniej narowista, cichsza. Machos narzekali, ale firma Porsche bardzo poszerzyła spektrum klientów. Być może z powodu, że były to pierwsze w historii marki auta z silnikami chłodzonymi wodą popełniono też pewne drobne „specyficzne” błędy projektowe – np. chłodnice 996 są umieszczone bardzo nisko i na wprost wlotów, przez co szybko zatykają się liśćmi i brudem drogowym. Skóra i plastiki we wnętrzu 996 wg użytkowników są nieco gorszej jakości niż w poprzedniku i następcy, a silnikom, zwłaszcza wczesnym, zdarzały się poważne awarie łożyska wałka pośredniego w głowicy – z tłoków i zaworów robiła się sałatka i to – bez żadnego ostrzeżenia – potem to poprawiono. Niemniej 996 było ogólnie bardzo dużym sukcesem. Czy było nieudanym Porschem? Co kto lubi.

      • To, co piszesz o fanatykach, to wiedziałem (reflektory, chłodzenie wodą). Unifikacja z Boxsterem powinna raczej cieszyć, bo ułatwia życie dokładnie wszystkim. O awaryjności już nie słyszałem, ale to sprawy typowe dla epoki. Dziękuję w każdym razie za dodatkowe wyjaśnienia 🙂

      • @Fabrykant Bardzo dobre podsumowanie. Właśnie o to mi chodziło. Rzeczywiście mówiąc „najmniej udana” trochę nieprecyzyjnie się wyraziłem, bo chodziło mi o to, że kiedyś była najbardziej nielubiana przez wielu miłośników Porsche. Moim zdaniem 996 mimo wszystko jest całkiem fajna. Na pewno ładniejsze to niż np. Lamborghini Veneno.

      • Nielubiana to na pewno – to można łatwo stwierdzić po cenach. Bardzo wysokie ceny osiąga np. 993, jako ostatni wiatrak, a 996 jest najtańsze ze wszystkich.

        Ja sam, jak nieraz pisałem, nie jestem fanem 911, ale chciałbym kiedyś bliżej poznać F-Modell i 993, jako legendy i kawał historii.

      • Ja akurat do 996 nic nie mam , trzeba było w końcu przejśc na chłodzenie płynem. Za to odrazę i to mocną mam do Cayenne i Macana. W 90% kupowane przez naprawdę totalnych wsiurów aby się pochwalić hehe mam Porsche. Oczywiście każdy potem nie radzi sobie z serwisem.

      • Właśnie ciekawi mnie czemu jest taki kłopot z serwisem. Przecież Cayenne to jest brat Touarega, jak Golf bratem Octavii (hehe), nawet w tej samej fabryce w Bratysławie to produkowali. Aż tak bardzo od znanego i lubianego w PL VW to się nie różni. Skąd problemy z serwisem?
        No chyba, że to przypadek „mam 50kPLN to kupuję auto za 49kPLN” i później brakuje na jakieś podstawowe ogarnięcie.

      • Nie tyle problemy, co ceny. Porsche ceni się ogromnie. Kwestia firmowej dumy.

        Pewien redaktor niemieckiej gazety Oldtimer Markt robił sobie kiedyś challenge, żeby sprokurować przyzwoitą 911-tkę poniżej 20k€. Kupił wraka i go „robił”. Challenge przegrał, ale tylko o włos, bodajże o 500€ przekroczył budżet, tyle że to było naście lat temu. Ale zmierzam do tego, że cokolwiek w serwisie Porsche kosztowało całkowicie chore pieniądze, a na uwagi redaktora sprzedawca zawsze odpowiadał – „Elfer fahren, Elfer zahlen” (w wolnym tłumaczeniu – jeździsz „jedenastką”, płać jak za „jedenastkę”). To jest po prostu cena marki i jej prestiżu.

  5. Aż sprawdziłem jak ta klapka od oleju wygląda po otwarciu. Otóż – nie ma tam żadnych zabezpieczeń czyniących ją idiotoodporną. Korek jak do paliwa. Bez kluczyka ani niczego. Bez naklejki czy napisu olej. Sam bym się pomylił.

    Uświadomiło mi też to, że idiotoodporność sprzętów to wynalazek naszych czasów, a wtedy wystarczało napisać w instrukcji obsługi, żeby czegoś nie robić, bo popsujesz; podobny casus kojarzy mi się ze sprzętu fotograficznego, gdzie w wielu aparatach – z pierwszym Zenitem włącznie – czasu naświetlania nie można było wybierać przed naciągnięciem migawki, bo mogła się rozregulować.

    • Zgadza się, wtedy człowiek sam odpowiadał za siebie. Ale też instrukcja miała objętość 5-10% dzisiejszej, więc można było wymagać jej znajomości. Dziś instrukcji nikt nie przeczyta, bo ona ma 700 stron. Dlatego potrzebna jest idiotoodporność, która z kolei wyzuwa ludzi z nawyku myślenia i poczucia odpowiedzialności.

      • Cytując mema :
        Jeśli młodzi ludzie myślą , że są inteligentniejsi od poprzednich pokoleń , to przypominam że 60lat temu instrukcja obsługi samochodu informowała jak regulować zawory, a dzisiaj ostrzega przed piciem wody z akumulatora.

      • Kłania się japonskie poka – yoke. I ja się akurat z takiej „idiotoodporności” cieszę, bo przynosi zdecydowanie więcej korzyści niż strat. Mimo wszystko pamiętajmy, że w wielu wypadkach użytkownik może być zwyczajnie zmęczony, rozkojarzony – ot ludzki błąd. Nie musi być wcale idiotą, żeby coś zepsuć czy spowodować wypadek.
        A czy zwalnia z myślenia? Hm, tu bym się zastanawiał. Czy kiedyś ludzie więcej myśleli? Szczerze wątpię. Bo postęp mamy olbrzymi i jakoś ciężko mi uwierzyć, że to dzięki myślącemu promilowi populacji, bo reszta nie myśli.
        Sądzę, że odsetek idiotów owszem, jest znaczny, ale utrzymuje się na stałym historycznie poziomie. Chociaż przyznam, że jeżeli ktoś w ogóle byłby przeprowadzić badania naukowe w tej materii, to chętnie zapoznałbym się z wynikami (efekt Flynna poijam – jest mocno kwestionowany).

      • Oczywiście że idiotoodporność jest korzystna, tylko jak mówię, ludzie źle ją traktują – jako zwolnienie z myślenia.

        Nie zgodzę się, że kiedyś ludzie podobnie nie myśleli, bo mieli więcej poczucia odpowiedzialności za to, co robią – a to wynikało właśnie z niemożności uniknięcia złych konsekwencji. Ludzie wchodzący na ulicy pod samochód pretensje o to mieli do siebie, bo rozumieli, że dla pieszych jest chodnik, a jezdnia dla pojazdów kołowych i jeśli się na nią wchodzi, to trzeba się najpierw czterokrotnie popatrzeć, a nie leźć ze słuchawkami na uszach i krzyczeć „ja jestem w prawie”. Oblewali się gorącą kawą, ale nie żądali za to odszkodowania od kawiarni (o ile to nie barman ich oblał). Jeździli w deszczu bez świateł, ale nie tłumaczyli się, że „od włączenia świateł jest komputer i jeśli on nie włączył, to znaczy że nie trzeba”. A dziś to wszystko jest na porządku dziennym – również przez technikę, która zasadniczo bardzo nam pomaga, ale jest niewłaściwie traktowana.

      • Myślę, ze mozna polemizować czy ludzie kiedyś mieli „wieksze poczucie odpowiedzialnosci”.

        Napewno znacznie trudniej było „zaistnieć” (w końcu przez wieki nic w jakimkolwiek stopniu porównywalnego z internetem nie istnialo), wiele rzeczy też było po prostu trudniej dostępnych.

        Poważnych wypadków w przemyśle czy rolnictwie była przecież cała masa. Po prostu jak komuś urwało rękę to trudno, bog tak chciał, nie ma tematu, mamy 10 na pana miejsce.

      • Chodzi mi o to, że w razie wypadku nie było automatycznego uruchomienia procesu zwalania winy na wszystkich naokoło, a w pierwszej kolejności na tych, od których można wydębić odszkodowanie, choćby pod najbardziej absurdalnym pretekstem. Słynne ostrzeżenia – „uwaga, kawa jest gorąca” albo „do mikrofalówki nie wolno wkładać żywych istot” to przykłady bardzo jaskrawe, ale zjawisko jest powszechne.

        Już nawet w krakowskim tramwaju widziałem – ładnych parę lat temu – następującą reklamę kancelarii prawnej: „miałeś wypadek, nie masz ubezpieczenia – nie szkodzi, my gwarantujemy znalezienie kogoś, kto będzie ci musiał wypłacić odszkodowanie”. Czegoś takiego dawniej nie było, bo powszechnie akceptowano fakt odpowiedzialności za własne czyny.

      • Słynna sprawa z „kawa może poparzyć” to rok 94.

        A że kiedyś pozwy o wszystko nie były powszechne? Można powiedzieć, że zadziałał wolny rynek, prawnicy w pewnym momencie zaczęli dostarczać usługę, która sie dobrze sprzedaje. Życie jako takie jest oportunistyczne i raczej większość skorzysta z takiej oferty.

        No i mieliśmy chłopów pańszczyźnianych, którzy niekoniecznie chcieli wolności – częściowo właśnie dlatego, że w naturalnym porządku świata to pan był za nich odpowiedzialny.

      • No ja bym polemizował co do tych tez odnośnie tego, że ludzie czują się zwolnieni z myślenia, bo mogą na kogoś przerzucić odpowiedzialność. Ludzie zaniedbują środki ostrożności bo liczą, że unikną wypadku, a nie dlatego, że wprawdzie złamią sobie kręgosłup, ale za to uzyskają odszkodowanie.
        Podobnie jest z „idiotoodpornością” – po prostu ewoluujemy cały czas, tak samo jak otoczenie wokół nas. Dla wielu 40-50 latków jest oczywistym jak wymienić kontakt, albo wyjaśnienie zasady działania silnika spalinowego, z drugiej strony pewnie dla wielu osób urodzonych po 2000 roku – padnięcie ofiarą Pishingu może być w równym stopniu głupie jak wypicie wody z akumulatora. Ja sam zaczynam dostrzegać to w rozmowach z moją nastoletnią córką – kiedy próbuje mi tłumaczyć w jaki sposób coś zainstalowała, albo napisała kod jakiegoś programu, do czego użyła AI, którą wytrenowała korzystając z jakiejś podłączonej biblioteki (ja chodzę regularnie do biblioteki i żadnej AI między półkami tam nie widziałem) jest to dla niej równie oczywiste jak dla mnie działanie sprzęgła – po prostu mamy inne mapy mentalne i to nie znaczy, że jedno pokolenie jest głupsze albo mądrzejsze.

      • Według mnie jest inaczej – nie tyle czują się zwolnieni z myślenia, bo mogą na kogoś przerzucić odpowiedzialność, co przerzucają odpowiedzialność, bo nie przyjmują do wiadomości własnej. To jest oczywiście problem złożony, ale szeroko opisywany od lat – że ludzie wychowywani w poczuciu własnej wyjątkowości i chwaleni za każde kiwnięcie palcem w dorosłym życiu przeżywają szok, że ktoś od nich czegoś wymaga, mówi „słabo się postarałeś” albo co gorsza, „wyrządziłeś szkodę”. Odsuwają to od siebie za wszelką cenę.

        Co do drugiej części – oczywiście, że każda epoka wymaga od nas innych umiejętności, ale podstawowe wartości i nastawienie do życia to sprawy uniwersalne. Obecnie są one całkowicie przestrajane, z niedobrymi skutkami.

  6. A propos chęci zachowania układu 2+2 – posiadając auto dwumiejscowe regularnie cierpię na brak możliwości podwiezienia kogoś ekstra nawet na minimalny dystans, a także brak możliwości odłożenia swetra, teczki czy torebki bez opuszczania auta. 2+2 jest tutaj zbawienne.

    • Jest – pod warunkiem, że z tyłu może ktoś usiąść. W 911 z tyłu naprawdę nie da się wysiedzieć powyżej minuty, próbowałem. Podobnie u mnie w SLu, tylko że tam tylne siedzenia były opcją, która zamawiało 10% klientów, no i nie spowodowało to wypchnięcia silnika za tylną oś.

  7. Jakim cudem ludzie to kupują?
    Przecież tu wszystko jest źle. Silnik chłodzony powietrzem, wiec temperatura zawsze zła. 2+2 czyli większy niz potrzeba a i tak nikogo nie przewieziesz. Do tego zrobiony całkowicie wbrew fizyce (próbował ktoś pchać sznurek?) i cud, ze w ogóle miesci sie w drodze przy prędkości wyższej niz spacerującego człowieka. Do tego w sumie masówka, wiec odpada prestiż posiadania jak w przypadku samochodów włoskich. 😀

    A tak wracając w poważne rejony – Porsche to chyba jedna z niewielu firm, która na samochodach sportowych potrafiła zarobić. Już samonto zasluguje na uznanie.
    Nie pamiętam jak to było z E type (ale ten posiadał fajne tylne zawieszenie).

  8. Jezdzilem w zeszłym roku po torze 911gts 992 i problem nadsterownosci wydawało mi sie został rozwiązany . A potem spadł deszcz…..

    • Ale chodzi o poślizg z powodu wciśnięcia gazu w zakręcie, czy odpuszczenie? Bo to pierwsze jest zupełnie normalne i wydarzyłoby się też przy przednim napędzie, jeśli ktokolwiek robiłby takie mocne przednionapędówki (nie robi nikt, właśnie dlatego że przednia oś nie może przenieść większych mocy z powodu odciążenia przy przyspieszaniu). Problem kiedyś był z tego powodu, że przy puszczeniu gazu i odciążeniu tyłu ów tył leciał na zewnątrz w ułamku sekundy. To podobno zostało już dawno pokonane, ale ja się nie upieram, bo nie wypróbowywałem żadnej 911-tki na granicy przyczepności i nigdy nie odważyłby się tego zrobić (911 jechałem raz,to był 3-litrowy G-Modell, ale na normalnej trasie podmiejskiej w tempie przepisowym).

    • To ciekawe, bo większość artykułów mówi, że samochód jest od lat zaginiony. Ale wygląda na to, że aktualnie stoi u Petersena, może faktycznie go odnaleźli?

      • Jeśli to nie jest jakaś replika (ale nie ma o tym ani słowa, a tabliczka wygląda wiarygodnie) to tylko zmienili mu kolor.

  9. Jakoś nigdy mi 911 nie leżała – nie wiem może mi się kojarzyła właśnie z tym wspomnianym w tekście macho, a może z faktem, że wielu facetów w średnim wieku kupowało ją (i kupuje nadal ; ) ) na przysłowiowy kryzys wieku średniego. Pamiętam jak znajomy jeden stwierdził, że przy kupnie „911” dostaje się gratis karton szamponu na siwienie i wypadanie włosów oraz specyfik na „zapłonięcie konara” że tak ujmę dyplomatycznie. Jak jeszcze trochę mnie garbus ciekawił za młodzieńczych lat, tak 911 prawie wcale – chyba że ta z lat 80. z GTA Vice City ; > w sumie chyba też wiem czemu – za bardzo mi 911 zalatywała garbusem, a z tylnosilnikowych to chyba tylko czechosłowackie Tatry i Skody poważam : D (trochę jeszcze francuskie Alpine A310 ale to inna kwestia).

    • No i właśnie te rozwinięcie techniki garbusa jest w tym wszystkim piękne, co się da zrobić z niby przestarzałym boxerem chłodzonym powietrzem. Ja odrazę do Porsche mam od powstania Cayenne i Macana. 90% właścicieli rzeczonych to pozerzy mam wrażenie, ale cóź widoczne tak trzeba było.

      • Nie tyle techniki, co koncepcji – ale fakt, mona podziwiać to, co udało się z niej wycisnąć. Oraz zastanawiać się, co mogłoby się udać, gdyby jednak od początku koncepcja nie była poroniona 🙂

        A wielkich SUVów też nie lubię, jak chyba większość samochodziarzy, no ale ja klientem Porsche nie jestem i nie będę, więc głosu w tym względzie nie mam.

      • Z ciekawostek to według kalkulatora inflacji nowy Macan to dzisiaj „prestiż” porównywalny z nowym Oplem Omegą w latach 90, a kilkuletni czyli taki dominujący w Polsce z Civiciem, Corollą , albo Megane.

  10. kurcze, nie znałem filmu „Motylem jestem” wstyd normalnie 😉
    jak by ten film 5 lat później powstał, to idealną piosenkarką była by Izabela Trojanowska, ale gdyby nie powstał wcześniej, to z dużym prawdopodobieństwem nie było by jednak piosenki „Wszystko, czego dziś chcę”

  11. O, nie ma nowego wpisu? Tak się przyzwyczaiłem do regularności Automobilowni, że przy dłuższych okresach wolnego to zdarza mi się bardziej orientować, ile dni zostało do następnego wpisu, niż jaki jest dzień tygodnia 😀

    • Bardzo przepraszam, będzie jutro.

      Kolejne do połowy października też co 6 dni, potem mam nadzieję wrócić do standardu. Kwestia wyjazdów i harmonogramu przejażdżek (dziś były dwie, zamiejscowe, potem będzie urlop).

      • Ja też w tej sprawie. Od samego rana klikam co godzinę i nic. Czasem zdarzały się poślizgi ale w okolicach świąt i były one anonsowane.

        Zatem Szczepanie dziękuję za wyjaśnienia. Jutro z samego rana miła lektura do śniadania.

      • Przepraszam, powinienem był uprzedzić. W sumie okazja do dwóch dzisiejszych przejażdżek pojawiła się spontanicznie i musiałem opóźnić nie tylko wpisy urlopowe, ale i dwa wcześniejsze, i z zamieszania o tym nie uprzedziłem. Ale będą testy dwóch pięknych aut, tylko rozdzielone wcześniej przygotowanymi wpisami urlopowymi.