POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: MARZENIE Z TARTAKU

 

Walt Disney Co, HewlettPackard, Mattel, Virgin Group, Microsoft, Apple, Dell, Amazon, Google… Najbardziej rozpoznawalne marki świata łączy wiele rzeczy: poza ogromną wartością rynkową np. nietuzinkowe strategie, niepohamowana ekspansja od pierwszych dni działania, a z czasem też nieustanne podejrzenia o praktyki monopolistyczne. Najbardziej jednak uderza to, że wszystkie wymienione firmy powstały w starych, odrapanych garażach, najczęściej wynajętych.

Niektórzy twierdzą, że takie sukcesy są kwestią szczęścia – i mają sporo racji. W latach 70-tych wielu Anglików handlowało płytami i zakładało studia nagrań, ale akurat do Richarda Bransona zgłosił się odrzucany przez innych debiutant, niejaki Mike Oldfield. Sprzedaż nagranego wtedy albumu „Tubular Bells” przekroczyła 5 mln egz., co pozwoliło rozkręcić studio Virgin Records (nazwane zresztą od zerowego doświadczenia założyciela) i stworzyć całą Virgin Group.

Był to zapewne ślepy traf – tyle że ślepe trafy kopią głównie tych, którzy ich uporczywie szukają. Branson, zanim założył muzyczny sklep, kilkakrotnie bankrutował na innych działalnościach – ale nie poddał się, lecz każdorazowo próbował ponownie. Drukował amatorską gazetę muzyczną (odpowiednik współczesnego bloga), dzięki czemu poznał rynek i zdobył kontakty (przeprowadził np. wywiady z Johnem Lennonem i Mickiem Jaggerem), a zyski z „Tubular Bells” potrafił właściwie zainwestować.

Słabi uczniowie często mawiają, że „Bill Gates rzucił szkołę i został miliarderem„. Prawda, tyle że on nie rzucił prowincjonalnej zawodówki, tylko Harvard, gdzie osiągał znakomite wyniki. Był doskonałym programistą, aktywnie współtworzącym programy Microsoftu aż do 1989r. – i jakkolwiek sam absolutnie nie należę do jego fanów, to muszę przyznać, że pozycja quasi-monopolisty nie spadła mu z nieba.

Dzisiaj opowiem o Porsche 356: pierwszym seryjnym samochodzie marki, która również odniosła oszałamiający sukces sprzedażowy i wizerunkowy, również budzi kontrowersje i… również zaczynała w garażu, a ściślej – w opuszczonym tartaku.

To prawda, że Ferdynand Porsche korzystał z obcych inspiracji, cieszył się łaskami Hitlera i doznawał wielu szczęśliwych trafów. To wszystko jednak nic by nie dało, gdyby zabrakło solidnego fundamentu i niesłychanej determinacji. Zwłaszcza że w 1945r. nastąpił reset: firma zaczynała od zera, w starym tartaku w austriackim miasteczku Gmünd.

Foto: public domain

***

W motoryzacji to raczej standard – większość pionierów kleciła swe wehikuły w przysłowiowych stodołach. Rodzina Porsche też, ale… dopiero w drugim pokoleniu. Dopiero syn Ferdynanda, Ferdynand junior zwany „Ferry”, zrealizował największe marzenie ojca: seryjną produkcję samochodów sportowych pod własnym nazwiskiem.

Biograficznego artykułu o Porschem nie będę chyba gryzmolił, bo większość jego życiorysu przedstawiłem już po kawałku. Historię motoryzacji stary Ferdynand pisał od młodości: jeszcze w XIX stuleciu, w firmie Lohner, stworzył doskonałe pojazdy spalinowo-elektryczne, później – u Austro-Daimlera, Steyra i Mercedesa – projektował auta wszystkich typów, według poleceń szefów.

To jednak nie wystarczało, bo Porsche od młodości chciał automobilizm spopularyzować. Koncepcje „samochodu ludowego” obmyślał od lat 20-tych, ale długo nie miał szans ich urzeczywistnić. Dopiero w III Rzeszy dogadał się z bandą, która potrzebowała rozwijać przemysł i obiecała wyasygnować środki.

Porsche zaprzedał duszę diabłu, jednakże diabeł – jak to diabeł – duszę wziął, a obietnic nie spełnił. Konstruktor swoje wykonał: przygotował projekty, prototypy i całą fabrykę – lecz nie ruszyła produkcja ani „wozów ludowych” ani wymarzonych sportowych. Na osłodę zostały sukcesy 16-cylindrowych wyścigówek Auto-Union, średniej klasy Wandererów W21/22 i prototyp najcięższego czołgu wszech czasów, 188-tonowego Panzerkampfwagen VIII Maus.

Na bardzo wymownym zdjęciu widzimy czterech ludzi: umundurowani Adolf Hitler i Robert Ley tryskają buńczucznością i samozadowoleniem, zaś zafrasowane miny Ferry’ego i Ferdynanda Porsche zdają się mówić: „chyba właśnie wdepnęliśmy w coś, z czego nie wytłumaczymy się do końca świata

Foto: public domain

III Rzesza dała Ferdynandowi wiele przywilejów, ale dopiero w warunkach wolności Volkswagen faktycznie podbił świat, a nazwisko Porsche zostało jedną z najwyżej cenionych marek aut sportowych.

Ręcznie wyklepany prototyp 356/1 i jego twórcy: nadwoziowiec Erwin Komenda oraz Ferry i Ferdynand Porsche

Foto: public domain

***

Ferdynand Porsche urodził się w Czechach, a większość dzieł tworzył w Niemczech, jednak za „swojego” uważają go Austriacy. Nic dziwnego, bo pochodził z monarchii austro-węgierskiej, długo pracował u Lohnera, Austro-Daimlera i Steyra, a w kluczowym okresie 1944-50 jego firma działała w Gmünd – zapomnianym, rolniczym zakątku Karyntii, dokąd wygnały ją permanentne braki żywności w miastach pokonanej Rzeszy.

Po wojnie 70-letniego Ferdynanda, jego syna i zięcia Antona Piëcha aresztowały władze Francji. Zbrodni przeciwko Francuzom im nie udowodniono, ale namawiano do pracy dla francuskiego przemysłu. Bezskutecznie. Do Gmünd pierwszy wrócił Ferry, który zorganizował sobie warsztat w tartaku. Remontował demobilizowany sprzęt wojskowy, sporządzał rolnikom narzędzia, projektował wyposażenie biur, wytwornice gazu drzewnego, brykieciarki torfu – co kto zamówił. Zanim wziął się za samochody, numeracja projektów – rozpoczęta w 1931r. od siódemki, by „nie sprawiać wrażenia żółtodzioba” – doszła do 355. Trzysta czterdzieści dziewięć działających maszyn wszelkiego typu naprawdę nie było ślepym trafem.

Ferdynand siedział wtedy jeszcze we Francji. Po 20 miesiącach rodzina wykupiła go za pieniądze Włocha, Piero Dusio, który zakładał wyścigową stajnię Cisitalia i uparł się, by właśnie Porschego zaangażować jako głównego konstruktora. W ramach zaliczki zapłacił milion szwajcarskich franków!!

Bolid Cisitalia-Porsche 360 powstał w 1947r.: miał 12-cylindrowego boxera o pojemności 1,5 litra, dwa kompresory doładowujące i napęd obu osi za pośrednictwem sekwencyjnej, pięciobiegowej skrzyni z opatentowanymi synchronizatorami pierścieniowymi „systemu Porsche„. Ani jednej śrubki nie zrobiłbym inaczej” – miał powiedzieć Ferdynand, gdy wróciwszy z więzienia ujrzał zbudowany przez syna prototyp.

Foto: LarryStevens, Licencja CC

Cisitalia zaraz zbankrutowała, ale okup wpłacić zdążyła. Ślepy traf? Być może, ale Dusio nie wykupywał byle wiejskiego mechanika, tylko twórcę najlepszych wyścigowych bolidów ówczesnego świata.

Karl Rabe, współpracownik firmy, w swym pamiętniku pod datą 8 czerwca 1947r. zapisał: „spotkanie w Klagenfurcie w temacie sportowego Volkswagena”. To pierwszy udokumentowany ślad projektu nr 356. Oraz determinacji Porschego, który nawet jako schorowany 72-latek, żyjący na zgliszczach połowy kontynentu, nie porzucił młodzieńczych marzeń.

Mimo siermiężnych warunków już w marcu 1948r. ruszyły drogowe testy na przełęczy Katschberg (ze stromiznami dochodzącymi do 30%). Trzy miesiące później – dokładnie w pierwszą rocznicę spotkania w Klagenfurcie – okupacyjne władze wydały prototypowi rejestrację próbną.

Porsche 356/1 miało ręcznie spawaną, przestrzenną ramę rurową i mechanikę wojskowego Kübelwagena – z prawie niezmienionym zawieszeniem, mechanicznymi hamulcami, niesynchronizowaną przekładnią i 1,1-litrowym silnikiem wzmocnionym z 25 na 35, a potem 40 KM (dzięki między innymi wyższemu sprężaniu, zmodyfikowanym głowicom z rozchylonymi zaworami, ostrzejszemu wałkowi rozrządu i dwóm gaźnikom). Odpowiednich świec zapłonowych w Austrii nie sprzedawali – cztery sztuki dla prototypu Porsche przemycił z Niemiec.

Foto: public domain

Foto: public domain

Foto: public domain

Co ciekawe, silnik 356/1 siedział tuż za fotelami: niewiele brakło, by Porsche wylansowało pierwszy drogowy pojazd centralnosilnikowy!! Niestety kabina wyszła zbyt ciasna, dlatego w kolejnych egzemplarzach motor wrócił za tylną oś, jak w „Garbusie”, zaszczepiając pojazdom Porsche ich największą genetyczną wadę. Warto jednak pamiętać, że bezpośrednią przyczyną była tu nie idea, a pragmatyzm.

Karoserię zaprojektował stylista Volkswagena i wyścigowego Typu 64, Erwin Komenda. Mierzyła ona 3.860 x 1.670 mm i na tle krążących jak widma niedobitków aut przedwojennych wyglądała jak latający spodek. Prototyp ważył zaledwie 585 kg i kończył się 1.250 mm nad ziemią, więc mimo malutkiego silniczka i marnego współczynnika Cx (0,462) osiągał 140 km/h – więcej niż niejeden przedwojenny grand tourer z wyjącym kompresorem.

Skomplikowane kształty poszycia z najłatwiej wówczas dostępnego aluminium ręcznie wyklepał doświadczony blacharz lotniczy, Friedrich Weber. Porsche poznał go był u Austro-Daimlera, a teraz specjalnie odszukał i ściągnął. Niestety, Weber był alkoholikiem w zaawansowanej fazie, więc prototyp powstawał aż dwa miesiące (przy nakładzie faktycznie wykonanej pracy ocenianym na 90h). To było najwęższe gardło przedsięwzięcia, ale zastępstwa nie dało się znaleźć.

Foto: Georg Sander, Licencja CC

Foto: Georg Sander, Licencja CC

Foto: Arnaud 25, Licencja CC

Czy zabawkowy roadster miał szanse przynieść zyski w zrujnowanej, wygłodzonej Europie roku 1948?

Budowę prototypu sfinansował szwajcarski przyjaciel Porschego, Rupprecht von Senger, który od zuryskiego hotelarza, Bernharda Blanka, pozyskał kwotę 100 tys. szwajcarskich franków. Szwajcarzy zabrali samochód i zaczęli szukać klientów w jedynym naonczas zamożnym kraju Europy. Prototypowego roadstera kupił za 7.500 CHF architekt Peter Kaiser, zostając pierwszym użytkownikiem samochodu Porsche. Szwajcarską rejestrację otrzymał 16 grudnia 1948r.

W ciągu kolejnej dekady auto było kilkakrotnie rozbijane, naprawiane i modyfikowane: dostało np. hydrauliczne hamulce, 70-konny silnik późniejszego modelu 356 1500 S, a jeszcze przed sprzedażą – logo PESCO, które von Senger ułożył z liter napisu PORSCHE (uważał, że łatwiej sprzeda roadstera o nazwie brzmiącej z włoska). W 1958r. producent odkupił 356/1 i umieścił je w fabrycznym muzeum.

Foto: Lothar Spurzem, Licencja CC

Ponieważ pracochłonna, przestrzenna struktura nośna nie nadawała się do produkcji seryjnej, a centralny silnik pomniejszał kabinę, kolejne egzemplarze dostały prostą ramę skrzynkową i maksymalnie cofnięty motor. Firmowy blacharz pracował w kratkę, więc dwa pierwsze tylnosilnikowe podwozia wysłano do szwajcarskiej firmy karoseryjnej Beutler. Pierwsze takie Porsche, o „seryjnej” konstrukcji, kupiła kobieta – szwajcarska pilotka Jolanta Tschudi (auto niestety nie przetrwało).

Kolejne aluminiowe roadstery i coupé budowali różni coachbuilderzy. Pojedyncze samochody sprzedawano w Austrii i RFN, ale większość trafiała do krajów niezniszczonych wojną: Szwajcarii, Szwecji (gdzie importowała je firma Scania-VABIS) oraz Portugalii (tamtejszy dystrybutor z braku dewiz płacił dostawami puszkowanych sardynek). Jedno coupé kupił inż. Rudolf Hruschka – austriacki inżynier Cisitalii pracujący później dla Alfy-Romeo (twórca między innymi modelu Alfasud), dwa inne – książęta egipscy. Auta robiły wielkie wrażenie, więc sprzedaż ograniczała tylko dostępność nadwozi i zezwoleń eksportowych (Austrią wciąż rządzili okupanci, którzy nie chcieli rozwoju lokalnego przemysłu i wymagali swej akceptacji dla każdej pojedynczej transakcji zagranicznej).

Spośród 52 podwozi z Gmünd, oznaczonych 356/2, Weber zdołał skarosować 14, firma Beutler – 6, Kastenhofer – 3, Keibl – 1, wiedeński zakład Austro-Tatra – 22, o pozostałych 6 brak informacji (prawdopodobnie posłużyły do fabrycznych testów). Poniższe nadwozia, z ramieniowymi kierunkowskazami w błotnikach, są dziełami Webera.

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Foto: Detectandpreserve, Licencja CC

Foto: Detectandpreserve, Licencja CC

Foto: Detectandpreserve, Licencja CC

Roadster firmy Beutler…

Foto: public domain

…oraz Keibl.

Foto: public domain

W 1948r. powstały tylko cztery sztuki, ale we wrześniu Porsche podpisał umowę z Wolfsburgiem, przyznającą mu 0,1% przychodów ze sprzedaży „Garbusa” (podniesione rok później na 1%), plus stałe wynagrodzenie za konsultacje: początkowo 40.000 DM miesięcznie, zwiększone później na 480.000. Równocześnie rodzina zyskała wyłączne prawo dystrybucji „Garbusów” w Austrii, obietnicę serwisowania swych produktów w ASO Volkswagena i niepodejmowania przez Wolfsburg działalności konkurencyjnej. Z takim finansowaniem klan Porsche mógł bawić się w klepanie młotkiem sportowych aut, których ówczesna skala produkcji – 52 sztuki w 2,5 roku – nie dawała szans na rentowność.

Tutaj widzimy już kierunkowskazy migowe, choć prototyp 356/1 stoi jeszcze w tle

Foto: public domain

W 1950r., po unormowaniu się sytuacji politycznej, amerykańska armia zwróciła rodzinie zajęty majątek stuttgarcki. Firma Porsche wróciła do Niemiec, zajmując początkowo mały kącik w nadwoziowym zakładzie Reutter, który zgodził się dostarczać karoserii. Pierwszy egzemplarz, złożony 6 kwietnia 1950r., został prywatnym pojazdem Ferry’ego. W Gmünd nie pozostało nic: drewniane kopyta, na których Friedrich Weber klepał aluminiowe blachy, sąsiedzi przeznaczyli na opał.

Ferdynand Porsche dopiął swego, choć spełnionym marzeniem cieszył się niedługo – zmarł 30 stycznia 1951r., w wieku 76 lat. Pałeczkę przejęło kolejne pokolenie: Ferry Porsche i jego siostra Louise z mężem Antonem Piëchem.

Foto: public domain

Ferry Porsche w pierwszym samochodzie wyprodukowanym w Stuttgarcie. Pierwszy z lewej stoi Ferdynand Piëch, syn Louise i Antona, późniejszy prezes Volkswagen AG.

Foto: public domain

***

Dziś łatwo mówić, że ludzie kupują Porsche „dla prestiżu”, ale skąd ów prestiż się wziął? Na pewno nie ze ślepego trafu.

Po pierwsze, nazwisko Porsche – podobnie jak np. Ferrari – nie było bynajmniej nieznane. Samochodziarze wiedzieli, kto konstruował Mercedesy SS albo „Srebrne Ryby” (które w 1950r. miały po ledwie kilkanaście lat). 356-tka kontynuowała tradycje – wygrała klasę w 24h LaMans ’51 i wiele innych wyścigów.

Po drugie, w latach 40-tych bardzo niska, opływowa karoseria Erwina Komendy robiła naprawdę oszałamiające wrażenie.

Po trzecie, nie istniała poważna konkurencja. Dziś moc 40 KM wydaje się śmieszna, ale wówczas prędkość 140 km/h była przywilejem ekskluzywnych multicylindrowców, a niezależnego zawieszenia wszystkich kół na drążkach skrętnych nie oferował w ogóle nikt.

Po czwarte, dzięki wojskowemu budżetowi III Rzeszy technika „Garbusa” była dopracowana i niezawodna, a serwis dostępny w każdym ASO Volkswagena. To rzadkość w segmencie sportowo-zabawkowym, nie tylko w tamtych czasach.

W 1950r. 25-konny „Garbus” Export rozpędzał się raptem do 100 km/h i kosztował 5.150 DM, w wersji otwartej – 7.500. Dolnozaworowy, 38-konny Mercedes 170V osiągał 108 km/h przy cenie 7.800. Za 40-konne Porsche, rozwijające 140 km/h, liczono 10.000 lub 12.500 DM (odpowiednio z dachem i bez). Dla ówczesnych Niemców dużo, dla Szwajcarów albo Amerykanów – niekoniecznie.

W Gmünd powstały 52 podwozia 356/2. Ze Stuttgartu już w 1950r. wyjechało 378, do pierwszej poważnej modernizacji z 1955r. – łącznie 8.786. Połowę odebrał amerykański handlowiec, Max Hoffman, który sprzedawał Porsche po około 3.000$. To był poziom Chevroleta Corvette – efektownego i kilkakrotnie mocniejszego, ale prowadzącego się dosłownie jak ciężarówka. Tymczasem 356 przypominał British roadstera, tyle że awangardowo stylizowanego i niezawodnego. Ta nisza była wąska, lecz rozwojowa i budząca wielkie pożądanie. Innymi słowy – prestiżowa.

Porsche 356 i gwiazda Hollywood, Norweżka Sonja Henie (1953r.)

Foto: National Archives of Norway, Licencja CC

***

356 z lat 1950-55 określa się dziś niemieckim mianem Urmodell („pra-model”), albo angielskim pre-A. Od egzemplarzy z Gmünd różnił się wyższą linią bagażnika i okien, zaokrąglonym dachem, nieruchomymi oknami tylnymi zamiast uchylnych i napisem Porsche przeniesionym poniżej klapy bagażnika.

Strumień gotówki z Wolfsburga pozwolił zamawiać i opłacać u Reuttera długie serie nadwozi: wymusiło to zastąpienie aluminium stalą (podnosząc masę na ponad 800 kg), ale bardzo usprawniło działalność i obniżyło koszty. Działalność zaczęła na siebie zarabiać, a Porsche nie były już samoróbkami z tartaku.

Wymiary seryjnych nadwozi wynosiły 3.950 x 1.660 mm, przy rozstawie osi 2.100 mm. Początkowo 356 występowały jako coupé (na zdjęciach – ’50)…

Foto: Ra Boe, Licencja CC

Foto: Ank Kumar, Licencja CC

Foto: Nathanael Burton, Licencja CC

Foto: public domain

…i roadster (’53). Od 1952r. znikła metalowa przegroda łamanej szyby czołowej.

Foto: creativelabs ck-cabrio, Licencja CC

Foto: creativelabs ck-cabrio, Licencja CC

Foto: creativelabs ck-cabrio, Licencja CC

Foto: creativelabs ck-cabrio, Licencja CC

Foto: public domain

Najstarsze kierownice były trójramienne. Standardowo montowano dwuosobową kanapę, opcjonalnie – indywidualne fotele i szczątkowe siedzenie tylne. Do 1953r. wskaźnik paliwa zastępowała drewniana miarka, za to stacyjkę od początku umieszczano po lewej stronie.

Foto: public domain

Prototyp 356 przejął mechanizmy Kübelwagena, ale konstrukcja rozwijała się niezależnie. Jeszcze w 1950r. zyskała hydrauliczne hamulce duplex, w 1952r. – synchronizowaną przekładnię (autorskiego systemu z Cisitalii). Doszły większe silniki: wiosną 1951r. 1300 (44 KM, 81 Nm, 145 km/h), jesienią 1500 i 1500 S (55 KM, 106 Nm, 155 km/h i 70 KM, 108 Nm, 170 km/h). 1300 i 1500 miały charakter łagodny, z niższym sprężaniem i mocniejszym dołem, stare 1100 i 1500 S – zdecydowanie wysokoobrotowy.

Większe moce z nawiązką skompensowały masę stalowych nadwozi: przyspieszenie do 100 km/h skróciło się z 19 sekund w modelach austriackich do 13 w 1500 S. W 1953r. silnik 1100 znikł, doszedł natomiast 60-konny 1300 S. Wyposażenie sukcesywnie wzbogacało się o lepsze fotele, pasy bezpieczeństwa, itp.

W 1952r. Max Hoffmann zasugerował, że poważna marka musi mieć poważne logo. Reakcja była szybka: firmowy znak Porsche – praktycznie niezmieniony do dziś – połączył herby Badenii-Wirtembergii i miasta Stuttgart z odpowiednim napisem. Kreatywność zerowa, siła marki – gigantyczna.

Foto: public domain

Hoffman – wytrawny handlowiec, znawca amerykańskiego rynku i pomysłodawca między innymi Mercedesa 300 SL Roadster i 190 SL, BMW 507 i 2002 czy Alfy-Romeo Giulietty Spider – chwilami sprzedawał 70% produkcji Porsche. Tej firmie też zasugerował przynajmniej dwa produkty.

Jego koncepcji 356 America Roadster powstał w 1952r. w 21 egzemplarzach. Aluminiowe nadwozia klepała firma Gläser, przeniesiona w 1948r. z Drezna do Ullersricht. Odchudzony pojazd z 70-konnym silnikiem osiągał 175 km/h.

Foto: Christine und Hagen Graf, Licencja CC

Foto: Ank Kumar, Licencja CC

Foto: Arnaud 25, Licencja CC

Zaprezentowany jesienią 1954r. Speedster był spartańsko wyposażony, bez bocznych szyb, za to z wyoblonymi błotnikami, obniżoną szybą czołową, głębokimi siedzeniami kubełkowymi i niskim, całkowicie chowanym dachem. Przed deszczem nie chronił, ale zapewniał niezapomniane wrażenia i był najtańszym Porsche w amerykańskim cenniku (2.995$), mimo najmocniejszych silników (1500 i 1500 S). Dlatego świetnie się sprzedawał i przysłużył legendzie marki.

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Charakterystyczna deska rozdzielcza Speedstera, z podniesionym obrotomierzem

Foto: PekePON, Licencja CC

***

W 1956r. wszedł model 356A. Konstrukcja nie zmieniła się diametralnie – Porsche, wzorem Volkswagena, stosowało raczej drobne, acz nieustające modyfikacje. Nie zawsze te same: oba auta szybko straciły współwymienność ważniejszych części, więc nazywanie 356 „sportowym Garbusem” dotyczy głównie jego genezy i ogólnej koncepcji (anglojęzyczną listę wspólnych części znajdziecie TUTAJ: większość stanowią drobiazgi, nie całe podzespoły, widać też pojedyncze części Mercedesa i Opla).

Koncepcja ta sama, wygląd zbliżony, ale o dojściu do 95 KM z 1,6 litra „Garbus” nie mógł nawet marzyć. Podobnie było z większością elementów.

Foto: Eneas, Licencja CC

By poprawić aerodynamikę nie dysponując tunelem Ferry Porsche z Erwinem Komendą przyklejali do karoserii setki wełnianych frędzelków i obserwowali je jeżdżąc. Łopatologiczna metoda zadziałała: w 356A współczynnik Cx coupé spadł do rewelacyjnej wartości 0,31, choć wizualnie sylwetka wydaje się prawie identyczna (dobrą aerodynamikę 356 Ferry Porsche przypisywał chłodzeniu powietrzem, pozwalającemu wyeliminować chłodnicę z grillem i dowolnie kształtować linię przodu).

356A najłatwiej poznać po jednoczęściowej, panoramicznej szybie czołowej, przednich kierunkowskazach w małych wlotach powietrza i rączce bagażnika z logo. Od 1957r. tylne lampy miały łezkowaty kształt.

Foto: Alf van Beem

Foto: Alf van Beem

Foto: Alf van Beem

Prócz znanego już Speedstera istniał zwykły cabriolet…

Foto: materiał producenta

…z opcjonalnym hardtopem.

Foto: public domain

Kierownica miała teraz dwa ramiona i pierścień klaksonu, a skalę szybkościomierza przedłużono do magicznych 200 km/h

Foto: OlliFoolish, Licencja CC

Ponieważ klienci chcieli komfortu, w 1958r. Speedstera zastąpił tzw. cabriolet D (inicjał karoseryjnej firmy Drauz): z tym samym kokpitem i „wodospadowymi” błotnikami, ale też wyższym dachem, opuszczanymi oknami i wyposażeniem coupé. Przetrwał niecałe dwa lata – jest więc rzadki, a bardzo atrakcyjny, co mocno winduje ceny.

Foto: Denis De Mesmaeker, Licencja CC

Foto: Denis De Mesmaeker, Licencja CC

356A napędzały początkowo znane silniki 1300 i 1300 S oraz nowe 1600 i 1600 S (60 KM, 110 Nm, 160 km/h oraz 75 KM, 117 Nm, 175 km/h). Powiększone zostały hamulce, a zmodyfikowana charakterystyka zawieszenia poprawiła jednocześnie własności jezdne i komfort.

W 1958r. znikły silniki 1,3-litrowe, a pojawiła się prawdziwa bomba: wyścigowe jednostki inż. Ernsta Fuhrmanna, ze sprężaniem do 9,8:1, dwoma dwuprzelotowymi gaźnikami, podwójnym układem zapłonowym z dwiema świecami na cylinder i przede wszystkim zaawansowanym rozrządem (cztery wałki w głowicach napędzane czterema wałkami królewskimi).

Fuhrmann-Motor to szczytowe stadium ewolucji volkswagenowskiego boxera, stworzone w 1954r. do zastosowań wyczynowych. W cywilnych występowało jako 1,5- i 1,6-litrowy, o mocach 105 i 110 KM, umożliwiając przekraczanie 200 km/h i przyspieszenie do setki w 11 sekund. Auta nosiły oznaczenia 1500 GT / 1600 GS z dodatkowym przydomkiem Carrera (po hiszpańsku „wyścig”, co nawiązywało do południowoamerykańskiej imprezy Carrera Panamericana). 

Foto: LarryStevens

356 Carrera 1600 GS miały aluminiowe nadwozia Reuttera, pomyślane jako baza do przeróbek wyczynowych. Kosztowały po 16.000 DM (podstawowe 356A sprzedawano za 11.400, sześciocylindrowe Mercedesy 220 S – za 12.500). Klienci mogli domówić szperę dyferencjału, tuningowy wydech, felgi z centralnymi nakrętkami, itp.

Foto: Arend, Licencja CC

Foto: Arend, Licencja CC

Do jesieni 1959r. Porsche 356A sprzedało się w 21.045 egz.

***

Wersja 356B wyglądała najbardziej barokowo. Dla spełnienia wymogów mody Porsche poświęciło wypracowaną w pocie czoła doskonałość aerodynamiczną – współczynnik Cx coupé wzrósł do 0,398.

Nadwozia były cztery: coupé, cabriolet, roadster (następca Speedstera i cabrioletu D) oraz dziwaczne, trójbryłowe Super Coupé firmy Karmann.

To ostatnie nazywano hardtopem, bo w pierwszym roku produkcji (1961) było zwykłym cabrioletem z przyspawanym na stałe sztywnym dachem. W 1962r. dostało czołową szybę z ramką coupé, ale zaraz potem, z powodu małej popularności, zostało wycofane.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Zwykłe coupé odróżniały się podniesionymi reflektorami i opadającym tyłem. Powróciły uchylane okna tylne, niewidziane od czasów wyprowadzki z Gmünd. Zderzaki powędrowały wyżej, pod nimi znalazły się wloty powietrza chłodzącego nowe, aluminiowe bębny hamulców, a na kołpakach kół – firmowe logo. W 1962r. powiększono szybę czołową i tylną, zmieniony zbiornik paliwa powiększył bagażnik, a jego wlew wyprowadzono na zewnątrz, pod klapkę w prawym błotniku.

Foto: materiał producenta

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Roadstera produkowały firmy Drauz i belgijska d’Ieteren. Ten wariant zachował wskaźniki Speedstera i obniżony dach, a kształtem poszycia różnił się od cabrioletu. W 1961r. znikł z oferty.

Foto: materiał producenta

Foto: Andrzej Otrębski, Licencja CC

Foto: Mr.choppers, Licencja CC

W programie pozostał wygodniejszy i elegantszy cabriolet 

Foto: materiał producenta

Foto: Alf van Beem

Foto: Alf van Beem

Foto: materiał producenta

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Żeliwne popychacze rozrządu zastąpiono aluminiowymi. Do silników 1600 i 1600 S (60/75 KM) doszedł 1600 Super 90 (90 KM, 121 Nm, 180 km/h), który później trafił do Porsche 912 – oszczędnościowej, czterocylindrowej wersji 911-tki.

Tylne zawieszenie Super 90 zyskało dodatkowy, jednopiórowy resor poprzeczny – oparty o obudowę tylnego mostu i stabilizujący położenie kół przy zmianach obciążenia, co przeciwdziałało „napadom” nadsterowności. „Uważamy, że pewna doza nadsterowności służy bezpieczeństwu” –  tłumaczył Ferry Porsche, choć równocześnie z nadsterownością walczył. Jak widać, już wtedy marketing usiłował przekuwać nieusuwalne wady produktów w zalety. Zadanie było jednak trudne, bo rosnące moce coraz bardziej uwypuklały ułomności koncepcji stworzonej dla 25-konnego auta rodzinnego.

356B występowało też z motorem Fuhrmanna: do końca 1961r. jako 1600 GS Carrera GT o mocy 115 KM…

Foto: LSDSL, Licencja CC

…później – jako najmocniejsza drogowa 356-tka, czyli 2000 GS Carrera 2 (dwa litry, 130 KM, 200 km/h i 0-100 km/h w niesamowite 8,7 sekundy). Dodatkowym wyróżnikiem były pierwsze u Porsche tarcze hamulcowe – nietypowe, bo mocowane wzdłuż obwodu, a ściskane klockami od strony wewnętrznej. Auto występowało jako coupé i cabriolet w cenach 23.700 i 24.850 DM (wyższych od późniejszej 911-tki czy Mercedesa „Pagody”)…

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Matti Blume, Licencja CC

…oraz półwyczynowej 2000 GS-GT. Ta miała szczątkowe zderzaki, aluminiowe drzwi i pokrywy, szyby z plexi (oprócz czołowej), 110-litrowy zbiornik paliwa i moc podniesioną na 155 KM. Istniały też fabryczne wyścigówki, ale temat na osobny wpis.

Foto: Chris, Licencja CC

Ostatnią ewolucją 356 zostały wersje C/SC, produkowane od połowy 1963 do kwietnia 1965r. Od B różniły się niższym przodem, większymi oknami tylnymi, podwójnym wlotem powietrza do silnika, felgami z otworami wentylacyjnymi, a przede wszystkim seryjnymi hamulcami tarczowymi (ale nie tymi z Carrery, tylko klasycznymi, firmy Dunlop). Na liście opcji znalazły się sprężyna kompensująca i szpera, zaś pod maskami pracowały silniki 1600 C (75 KM), 1600 SC (95 KM – najmocniejszy z czterocylindrowych boxerów OHV) i Carrera 2 (Fuhrmann-Motor, dwa litry, 130 KM). Ceny rozciągały się od 14.950 do 23.700 DM.

Głównym wytwórcą karoserii – coupé i cabrioletu – pozostała firma Reutter. W 1963r. Porsche wykupiło ją i wcieliło we własne struktury.

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Najsłynniejszym egzemplarzem 356C jest cabriolet z 1965r., który jako trzyletni kupiła za 3.500$ Janis Joplin. Psychodeliczne malowanie oryginalnie białego nadwozia artystka zleciła swojemu przyjacielowi, Dave’owi Robertsowi. W 2015r. auto wylicytowano za 1,76 mln dolarów.

Foto: Sam Howzit, Licencja CC

Przekrój Porsche 356C

Foto: materiał producenta

356B powstało w 31.811 egz., 356C – w 16.811. Gdy w maju 1965r. wygasała produkcja, na rynku od ośmiu miesięcy znajdowała się prawie połowę droższa, sześciocylindrowa 911-tka (początkowo oznaczona 901), zaś bezpośrednim następcą zostało Porsche 912, łączące karoserię 911 z 90-konnymi boxerami 356 1600 Super 90.

Szesnaście lat produkcji, 78.316 egzemplarzy niezliczonych wersji i miliony fanów na całym świecie, a nade wszystko zbudowanie jednej z najsilniejszych, wręcz legendarnych marek samochodowych: oto bilans projektu nr 356, zrodzonego w młodzieńczych marzeniach Ferdynanda Porsche, a zrealizowanego kilkadziesiąt lat później przez jego syna, wygnanego do opuszczonego tartaku w alpejskiej wiosce.

Foto: Ed Callow, Licencja CC

***

Sukces „Garbusa” i Porsche 356 wielu samochodziarzom jawi się jako niezrozumiały i zupełnie przypadkowy.

Można się zżymać, że tylnosilnikowa koncepcja jest poroniona i że tuningowany Volkswagen nie zasługuje na takie poważanie. Musimy jednak pamiętać, że w 1949r. większość Europejczyków żyła wśród gruzów i marzyła najwyżej o rowerze. Na tle aut przedwojennych 356-tka błyszczała jaskrawiej niż dzisiaj Ferrari F80, była też relatywnie dostępna i niezawodna, mała pojemność obniżała podatki i zużycie reglamentowanego paliwa, a serwis zapewniała sieć dealerów VW. W tamtych realiach nikt nie stworzył fajniejszego i rozsądniejszego wozu sportowego. Dziwić może najwyżej zachowanie tej koncepcji w modelu 911, ale to temat na kiedy indziej.

Drugą kontrowersję wywołuje geneza marki. Ten temat znamy już dogłębnie: oba marzenia Porschego – samochód „ludowy” i sportowy – dojrzewały przez całe międzywojnie. Czerpały z dorobku wielu konstruktorów (czego Porsche się nie wypierał), a w ich dopracowaniu wydatnie pomogło wpisanie w polityczno-militarny program NSDAP, jednak produkcja obydwu aut ruszyła dopiero po ostatecznym upadku III Rzeszy.

To prawda, że Porsche wiele zawdzięczał Hitlerowi. Że uniknął kary za wykorzystywanie niewolniczej pracy więźniów obozów koncentracyjnych. Że pieniądze na wykupienie z francuskiego więzienia i rekonstrukcję firmy niespodziewanie przysłał Piero Dusio, a zorganizowanie produkcji umożliwiły tantiemy od koncernu Volkswagena (który zresztą faktycznie rozkręcili nie hitlerowcy, a ich alianccy pogromcy). No i że prestiż na najważniejszym w świecie rynku amerykańskim wykreował super-handlowiec, Max Hoffmann.

Nie zmienia to faktu, że wychodzący z więzienia Porsche nie dysponował niczym poza papierowym projektem Volkswagena i starym tartakiem resztę należało zbudować od zera. To udało się – jeszcze raz podkreślę – dopiero w wolnym kraju. W całej historii najbardziej uderza jednak to, że jej bohater nigdy nie porzucił swych marzeń – mimo wielu porażek, zaawansowanego wieku i ruiny całego kontynentu. Nawet po bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, francuskiej niewoli i wymuszonych głodem przenosinach ma prowincję nadal chciał produkować skrajnie zbytkowny towar, jakim są sportowe samochody. Wraz z synem i zięciem odszukiwał i sprowadzał znajomych fachowców, walczył z wiecznie niedysponowanym blacharzem, szmuglował niedostępne komponenty i błagał okupantów o certyfikaty eksportowe.

Taka niezłomność poskutkowała pierwszeństwem na powojennym rynku sportowych aut. Wraz z atrakcyjnością, niezawodnością oraz względną dostępnością produktu i jego serwisu pozwoliła Porschemu spełnić odwieczne marzenie – w ostatnim z 76 lat jego burzliwego życia. Przejęta przez potomków marka zdobyła uznanie szwajcarskich architektów, wiedeńskich adwokatów, egipskich książąt, aktorów Hollywoodu i gwiazd rocka, a w kolejnych dekadach potrafiła ten status utrzymać i rozbudzać marzenia całego świata.

Sukces, prestiż i pozycja firmy to zawsze wypadkowa wielu okoliczności, również losowych. Jednak wykorzystanie każdej szansy wymaga solidnych kompetencji i olbrzymiej determinacji. By zbudować markę formatu Microsoftu, Virgin albo Porsche nie wystarczy wynajęcie starego garażu albo tartaku – choć jak pokazuje historia, może to być świetny punkt wyjścia.

Foto: public domain

Foto tytułowe: materiał producenta

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

52 Comments on “POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: MARZENIE Z TARTAKU

  1. Znakomity bogato ilustrowany artykuł. Nawiasem mówiąc koń z herbu Stuttgartu bardzo przypomina wierzgającego konia Ferrari.

    • Gdzieś kiedyś czytałem, że jedno z drugim ma związek, ale to raczej bujda.

      Ferrari wziął logo firmy z herbu pilota myśliwskiego nazwiskiem Francesco Baracca – no i podobno ten herb wziął się stąd, że pierwszy pilot, jakiego Baracca strącił, pochodził ze Stuttgartu. Ale jak mówię, to na 99% wyssane z palca.

  2. Zawsze dziwiły mnie „skreślone” światła rajdowych samochodów (patrz zdjecie 356 Carrera 1600 GS)

    Podobnie „skreślone” reflektory widziałem w rajdowych polonezach w latach 80.

    Czy ktoś wie, czemu ma to służyć?

    • Taśma ma za zadanie przytrzymać kawałki szkła w lampie w przypadku pęknięcia klosza, np od uderzenia kamieniem.

  3. Cześć, aż mi się gra przypomniała „NEED FOR SPEED: PORSCHE UNLEASHED”, ile to godzin jazdy tymi 'porszakami’ po malowniczych trasach Lazurowego Wybrzeża…. ja też wtedy dorobiłem się pierwszego układu Voodoo 3dfx w PCecie… ech…

  4. Samochody Porsche były chyba jedynymi 'egzotykami’ widywanymi relatywnie często w latach 90tych. Relatywnie, bo było ich mało, ale jednak się pojawiały. Nie tylko 924/944 ale i droższe modele.
    Historię marki i modele przybliżyła mi bardzo moja ulubiona do dziś odsłona serii Need For Speed: Porsche Unleashed. Tam właśnie zaczynało się od 356a i z biegiem czasu przesiadało na nowsze i szybsze maszyny (nie licząc chwilowego przeskoku na 914 :))

    Jak zwykle świetny artykuł.

    Btw. Wkradł się mały chochlik. Zaraz przed akapitem o 356B jedno zdanie się zdublowało:
    „Do jesieni 1959r. Porsche 356A sprzedało się w 21.045 egz. Do jesieni 1959r. Porsche 356A sprzedało się w 21.045 egz.”

    pozdrawiam!

    • Poprawione.

      Potwierdzam, że 924 zdarzały się nawet przed 1990r., choć oczywiście rzadko. Jednego takiego miał wspominany przeze mnie kilkakrotnie pan Y.Y.

      • W polskim filmie „Co to konia obchodzi” z 1986 roku na samym początku krótką rolę „zagrał” Porsche 944.

        Podobnie było w filmie „Wielki Szu”, gdzie taki wóz uostał przegrany w karty.

        Więc model 944 nie mógł być jakąś wielką egzotyką w PRL-u

      • Artykul jak zwykle petarda dzieki za kolejna piatkowa podroz w czasie, nie wiem jak inni ale ja przez ekran poczulem zapach tapicerki 😀 Szczepan nie mial bys ochoty opisac i przetestowac bezposredniego konkurenta 356? 🙂

      • Bardzo dziękuję za propozycję. Ja zawsze z przyjemnością testuję każdy samochód, który tylko ktoś jest łaskaw udostępnić, a historyczny szczególnie.

        Zapraszam do kontaktu przez formę kontaktową. Nie obiecuję żadnego terminu spotkania, bo czasu wiecznie brakuje, a lista kontaktów do testów liczy kilkadziesiąt rekordów, ale konkurent 356 na pewno nie znajdzie się na jej końcu 🙂

  5. Dwie kwestie są dla mnie niejasne.
    O co chodzi z tymi ,,wodospadowymi błotnikami”. Mój wzrok może już niedomaga, ale ja prawie nie widzę różnicy w stosunku do standardowych. Bardziej rzuca mi się w oczy brak zderzaków (chociaż to chyba nie była zasada, albo dokładali je sobie użytkownicy).
    Druga rzecz to wspomniana jako opcja przy 356C,,sprężyna kompensująca”.

    Poza tym kolejny piękny, przekrojowy artykuł z gatunku moich ulubionych.
    Mając ,,naście” lat 356 niespecjalnie poważałem (eee to takie słabe i wygląda staro). Ciekawe jak to się z wiekiem zmienia. Teraz klasyczne krągłości lat 50-tych i 60-tych po prostu uwielbiam (a 911 jest też zdecydowanie bardziej opatrzona), a to że wcale nie potrzeba dużo mocy żeby mieć frajdę z jazdy udowodniło dopiero faktyczne doświadczenie po zdobyciu prawa jazdy (w końcu pierwsze moje auto to był Maluch, a wspominam go świetnie). Stwierdziłem też, że przy braku dachu moja wcale nie tak mocna Barchettą nie sprawia ani odrobinę mniej frajdy niż Boxster S, którym niedawno miałem okazję się przejechać.

    • Te błotniki mają lekko inny kształt, zwróć uwagę na okolice reflektora. Ale to prawda, że można by nie zauważyć 🙂

      Sprężyna kompensująca spina razem półosie wahliwe, żeby w zakręcie były mniej wahliwe 🙂 W ten sposób łagodzi nagłe zmiany kąta pochylenia kół, które powodowały nadsterowność. Ale to oczywiście półśrodek, maskowanie problemu zamiast rozwiązania go.

    • „camber compensator” https://www.corvaircorsa.com/handling02.html

      Działa to dokładnie na odwrót do stabilizatora – stabilizator, powoduje, że oba koła poruszają się w tą samą stronę, „konpensator” w przeciwną.
      Do VW czasami stosowano „z bar” zamiast resora.

  6. Zapomniałem dopisać jak ważne dla odbioru samochodu jest jego umiejscowienie w odpowiednich czasach. Nie potrafiłem tego zrobić ogrywając dawno temu wspomniane wyżej NFS: Porsche, ale Automobilownia od zawsze skutecznie przenosi nas na początku do odpowiednich realiów i od razu perspektywa się zmienia.

  7. Zdjęcia fajnie pokazują ewolucję 356 do 911. A to już bardziej moje czasy – Zasada nim jeździł. Nie wiedziałem,że Joplin miała Porsche, a śpiewała że chce mieć Mecedesa-Benz i to a capella.

    • Joplin nagrała tę piosenkę bodajże 24 albo 48 godzin przed śmiercią 🙁

      Tekst był prowokacyjny, bo w ukryty sposób krytykował konsumpcjonizm – mówił o dążeniu po trupach do zdobywania kolejnych symboli prestiżu, w tym tytułowego Mercedesa. Oczywiście zaraz wytknięto gwieździe, że zgrywała się na hippiesa, a sama jeździła Porsche, ale tak to już jest z gwiazdami. Odpowiedzieć na zarzuty już niestety nie mogła – w przeciwieństwie do Johna Lennona, który zdążył w wywiadach poopowiadać, że sam wcale nie wyznaje poglądów prezentowanych w piosenkach (w tym głośnej swego czasu w Polsce „Imagine”), ale po prostu śpiewa to, co fani chcą słyszeć i co przynosi mu sławę i forsę. Tak że tego…

      A piosenkę Joplin Daimler-Benz wykorzystał po latach we własnej reklamie, co można bardzo różnie odczytywać. Chyba będę musiał zrobić kiedyś wpis ze słynnymi reklamami Mercedesa, bo materiału chyba zbierze się dość 🙂

      • Podobnie jak jeden z członków zespołu Sex Pistols zapytany w czasie wywiadu udzielanego w jego luksusowej podlondyńskiej rezydencji o sens lansowanego przez zespół hasła „no future” wyjaśnił, że każdy będzie „no future” jeśli nie weźmie losu w swoje ręce.

        Przewrotne tłumaczenie ale logiczne.

      • Mój wpis był odrobinę sarkastyczny. Tekst songa „Mecedes Benz” oczywiście znam. Szkopuł w tym, że fanem muzyki Joplin i Hendrixa zostałem już po ich śmierci, podobnie jak Beatlesów zacząłem poznawać już po ich rozpadzie. Ale znowu z Automobilowni dowiedziałem się czegoś nowego niekoniecznie o motoryzacji; że Joplin miała Porsche i że nagrała Mercedesa tuż przed śmiercią. A w tych czasach postrzegałem 356 jak jakiegoś zabudowanego gokarta, a one powstają do dziś i robioną od podstaw replikę można kupić, za cenę bliską współczesnego tańszego Porsche z salonu.

  8. Dzięki za kolejny świetny artykuł. Jakie to były fajne, lekkie samochody do zabawy, zupełnie inaczej niż ich nadęci następcy.
    Prototyp miał 125 cm wysokości i to jest
    strasznie dużo. Tutaj czuć klimat lat pięćdziesiątych. Ogromny Lincoln Mark V, największe coupe w historii koncernu Ford ma 134, czyli tylko o 9 więcej…

  9. Świetny wpis, dokładnie tak jak napisał Carman: przekrojowy i taki jak lubię najbardziej 🙂
    Poza tym uwielbiam te smaczki literackie, jak poniżej: „Porsche poznał go był u Austro-Daimlera, a teraz specjalnie odszukał i ściągnął”. ChatGPT stwierdził, że to zdanie jest napisane nieprawidłowo 😉
    A sam samochód… nie specjalnie go poważałem do tej pory – niesłusznie. To jest kawał wspaniałej historii i duży szacunek dla potomków Ferdynanda, że nie spaprali tego projektu!

    • To był taki trochę „miś na miarę możliwości”. W óczesnych warunkach nie dało się zrobić nic poważniejszego, ale to, co zostało zrobione, wystarczyło do stworzenia legendy marki Porsche. To naprawdę osiągnięcie godne uwagi.

    • Aha, jest jedna rzecz której mi zabrakło w artykule. Hasło: James Dean 😉

  10. Wspaniały artykuł. Historię Porsche 356 z grubsza znałem – podobnie jak powyżsi komentatorzy – z gry NFS Porsche 2000. Swoją drogą, tym którzy jeszcze nie byli, bardzo polecam wizytę w muzeum Porsche w Stuttgarcie. Jest bardzo kompleksowe, przystępne i świetnie pokazuje przekrój przez kolejne lata historii marki. A co do samego 356, to chyba najbardziej korzystnie i spójnie prezentuje się wersja 356A, pozbawiona „pontonowatości” wczesnych modeli i baroku późniejszych. 🙂 Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że ma w sobie pewną zadziorność sylwetki. Nie wiedziałem jednak, że pierwsze modele 356 miały tak bardzo schowane koła. Zupełnie jak dwa razy większa karoseria na malutkim podwoziu. 🙂

    • Niestety nie byłem, ale relację jak najbardziej czytałem, jak wszystko na Motodinozie 🙂 Polecam!!

  11. Porsche 356 jest piękne. 😉 Jest to jedno z najpiękniejszych europejskich aut z lat 50. U mnie w Norwegii 911 jest też bardzo popularne. W każdy sezon letni w Oslo często widzę klasyczne modele z lat 1963-1998. 🙂 Byłem też z moimi rodzicami w muzeum Mercedesa w Stuttgarcie i Porsche w Zuffenhausen kilka lat temu. Uważam, że oba miejsca są bardzo fajne. 😉

  12. Pracuj dużo i ciężko, a dostaniesz garba.
    Z tymi wszystkimi historiami o sukcesie to pewnie tak, jak z zostaniem milionerem dzięki giełdzie – na każdego takiego przypadają tysiące takich, co stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa. Pewna doza szczęścia, mieszanka sprzyjających okoliczności i znajomości jest niezbędna. Oczywiście jeśli ktoś nie próbuje to szans nie ma żadnych.

    Zawsze myślałem, że 356 to było stuningowane podwozie KdFa z nową budą. Człowiek się uczy.

    356 i A na fotkach wyglądają raczej dość karykaturalnie, z wystającą kabiną jakby zdjęcie zostało skrócone. Wrażenia na żywo mogą być zupełnie inne. Lift przodu B równie udany jak w Skodzie (czyli odwrócić wzrok jak najprędzej).

    W sumie nie kojarzę, żeby jakąkolwiek inna marka sportowych samochodów była równie bezproblemowa jak Porsche z siecią salonów na poziomie marek popularnych (chociaż dzisiaj to tam stoją glównie zmutowane minivany).

    I jak nie lubię premiumprestiżowej otoczki wokół marki to co było nie tak z koncepcja 911, że należałoby ją zmienić? Co jest nie tak z małym, lekkim, zwinnym samochodem? Przy takich gabarytach i zawieszeniu gdzie by nie umieścić silnika samochód i tak by potrafił zaskoczyć przy zmianie kierunku jazdy…

    • „Pracuj dużo i ciężko” i uczciwie – wtedy zawsze będziesz umiał spojrzeć w lustro.
      A tak na temat, to w pełni zgadzam się z Twoja wypowiedzią. „Co jest nie tak z małym, lekkim, zwinnym samochodem? ” – nie jestem żadnym „ekspertem” od Porsche ani nawet nigdy takiego nie posiadałem, mimo tego miałem okazje ( i mam do dzis) czasem różnymi jeździć. Niestety nigdy wczesnymi modelami :-); Ale wieloma 911, i chodzonymi powietrzem i woda ( dla mnie najlepszy cywilny to 964) a 944 to nawet kiedyś używałem kilka tyg. z rzędu. I tylko raz mogłem powiedzieć ze Porsche prowadził się jakoś źle. Ale jak się okazało, była to, -996 po przeżyciach. W żadnym innym przypadku nie życzyłem sobie zmiany koncepcji ani nawet jakichś ustawień zawieszania. Te auta były prawie tak jak motocykle Hondy, siadasz i pasujesz. A 928 to ja uważam za najlepszy seryjny GT.

      • Co do 928 – zgodzę się, to jest wspaniałe GT, poza zastrzeżeniami, które sformułowałem w artykule o nim. A co do 911 – największe problemy miała generacja pierwsza. Ja jechałem tylko generacją 1,5, tzn. rocznikiem ’77, ale bardzo spokojnie, poza tym i tak nie umiałbym balansować na granicy przyczepności, więc się nie wypowiem. Natomiast trwająca dwa pokolenia walka z prawami fizyki byłaby po prostu zbędna, gdyby od początku zrobić maszynę taką, jak pan Bóg przykazał. Co też zresztą potwierdza np. Porsche Boxster, czyli kompaktowa, centralnosilnikowa 911-tka 😉

    • Oczywiście, że każdy z nas sam decyduje, jak wielki garb jest w stanie zaakceptować. Oczywiście, że nie każdy może stworzyć globalnie podziwianą firmę, ale też nie każdy musi. Wystarczy, jeśli ci, co nie chcą garba, nie będą przeszkadzać tym, którzy uważają, że warto spróbować, no i że nie będą wrzeszczeć, że tamci są im winni swoje plony (ale nigdy nie straty ani problemy). Wtedy będą nawet szanse, że u kogoś garbatego znajdzie się jakaś wygodna posadka bez żadnych nadgodzin – bo w przeciwnym wypadku może być krucho.

      Poza tym, jak pisze kolega voss, warto móc sobie spojrzeć w lustro i być człowiekiem wolnym – innymi słowy niezależnym. Już starożytni mawiali, że branie pieniędzy bez pracy jest gorszą formą niewoli niż praca bez otrzymywania pieniędzy. Z tej drugiej człowiek przynajmniej chce się wyzwolić, czyli zauważa, że jest niewolnikiem – a w tym pierwszym przypadku nie.

      Co do 911, to ja tylko powiem, że profesor Ernst Fiala, który przez długie dekady współpracował z VAG i Porsche, w swoich wspomnieniach opisywał, że w slalomie prototyp bazowego Golfa I okazywał się szybszy i stabilniejszy od 911. Zarząd chciał nakręcić dla telewizji taką reklamę, ale zaraz się kapnął, że w ten sposób tylko pokaże, jak beznadziejne jest Porsche, więc ostatecznie zrezygnował (obie firmy wciąż były powiązane, poza tym nie godziło się tak bezczelnie wbijać szpilki w mrowisko). Ja jednak nie jeżdżę na tyle dobrze, by ocenić, czy prof. Fiala miał rację.

      • Czyli nic się nie zmieniło – w tescie łosia ( https://www.youtube.com/@km77/search?query=maniobra ) przednionapędowe kompakty mają na wejściu większą prędkość niż RWD „altimejt drajwin maszin”.

        Lotus kiedyś zrobił samochód „nie walczący z prawami fizyki tak jak bóg przykazał” – nazywało się to Elan M100 i jakoś średnio przypadło do gustu kreatorom opinii.

        Lista wad wrodzonych 911 była na tyle długa, że umieszczenie silnika w innym miejscu nie rozwiązałoby problemu. Wspomniany Boxster miał tylne opony szersze – czyli tak, dalej walczymy z fizyką. Centralnosilnikowce też są znane z tego, że nie biorą jeńców. Zresztą nawet TT z silnikiem w przeciwległym zderzaku też było znane z tego, że potrafiło majtnąć tyłem. Podobnie jak Z3, które miało podobny „ersatrz” tylnego zawieszenia.

        Jasne, można było zrobić samochód dłuższy, szerszy, z napędem z przodu i działającym zawieszeniem z tyłu. Pewnie spowodowałoby to wyeliminowanie mniejszej ilości japiszonów jeżdżących „szybko, ale bezpiecznie”. Ale taki pojazd przypominałby bardziej „ciężarówkę”, niż 911 czy 356.

      • Są na świecie tylnonapędówki, które prowadzą się rewelacyjnie (albo też po prostu dobrze, a przy okazji łatwo i bezpiecznie dla niefachowców). Żadna z nich nie ma silnika ZA tylną osią.

        Natomiast poza Porsche nikt nie próbował stworzyć auta o osiągach z najwyższego przedziału na rynku i takiej koncepcji napędu.

      • @SzK
        „Natomiast poza Porsche nikt nie próbował stworzyć auta o osiągach z najwyższego przedziału na rynku i takiej koncepcji napędu.”

        Renault próbowało. I o ile pamiętam z literatury, to z premedytacją ograniczali moc w egzemplarzach produkcyjnych, bo prowadzenie delikatnie rzecz ujmując dalekie było od satysfakcjonującego.

      • @SzK

        Tak. Tylko nie pamiętam już, przy którym modelu sztucznie moc ograniczali, czy przy A310, czy A610. Dawno temu czytałem o tym 🙂

    • @ndv

      „Co jest nie tak z małym, lekkim, zwinnym samochodem? Przy takich gabarytach i zawieszeniu gdzie by nie umieścić silnika samochód i tak by potrafił zaskoczyć przy zmianie kierunku jazdy…”

      E tam. Lotus Elan (ten pierwszy) nie zaskakiwał. Fiat Dino nie zaskakiwał. Lotus Cortina nie zaskakiwał. Ford Escort RS2000 nie zaskakiwał. Alfa Giulia nie zaskakiwała. A to były samochody o mniej lub bardziej zbliżonym stosunku mocy i masy do 911 z podobnych roczników.

      W późniejszych latach taka MX-5 też nie zaskakiwała. Honda S2000 do pewnego momentu też nie (jej przydomek nie wynika z nieprzewidywalnego zachowania na drodze, tylko czegoś zupełnie innego).

      Po prostu 356/911 od samego początku oparte były o poronioną u podstaw koncepcję i jedynie względy historyczno-nostalgiczne powodują tak kurczowe trzymanie się jej. Nie ma ona bowiem żadnych zalet pod jakimkolwiek względem – nawet użytkowym.

      • Poszukałem rozkładu masy 911. Znalazłem coś takiego:
        https://www.reddit.com/r/cars/comments/xjcqyp/question_to_911_enthusiast_has_the_weight/, dla carrery rs: https://automedia.revsinstitute.org/the-rise-of-the-911-carrera-rs (41/59) – generalnie wszędzie ok. 40/60

        Dla porównania Ferrari 360 F/R 44/56, Miura 45/55, 308 GTB 42/58, Exige 38/62. I jeszcze taka lista: https://www.lotustalk.com/threads/elise-weight-distribution-your-thoughts.45774/
        „Gallardo – 42/58
        Murcielago – 42/58
        F360 – 43/57
        F50 – 42/58
        Noble M15 – 42/58
        Audi R8 – 44/56
        Ariel Atom – 32/68
        2006 Z06 – 51/49
        07 Mustang GT – 55/45”

        Faktycznie 911 to zupełnie inny rząd wielkości i samo obrócenie silnika wokół tylnej osi sprawiłoby, że prowadziłaby się niczym stolik precyzyjnej obrabiarki; i to bez potrzeby tykania aerodynamiki, zawieszenia wozu drabiniastego i potężnych opon o szerokości 165 mm…

      • Układ MR i rozkład mas mniej więcej 40:60 jest idealny dla samochodu wyczynowego – większość aut projektowanych do sportu tak właśnie wygląda. Ale nie jest to równoważne z zaletą dla auta drogowego, bo z przyczyn oczywistych nastawy zawieszenia się różnią znacząco. Między innymi dlatego stare Porsche były uważane za ekstremalnie trudne w prowadzeniu – bo najpierw przez długi czas w zakręcie auto jest silnie podsterowne, a potem przy pewnym stopniu ugięcia zawieszenia nagle staje się nadsterowne. Taka charakterystyka wynika po części z dużej odległości między środkiem ciężkości, a roll center (dźwigni) i w przypadku silnika z tyłu nie da się jej skrócić w żaden sposób. Za to w przypadku układu MR jest dokładnie na odwrót. I pewnie dlatego począwszy od generacji 991 silnik wjeżdża coraz bardziej do środka, więc bieżąca generacja jest już prawie MR zamiast RMR.

        Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się nie upierali, inżynierowie pracujący nad Porsche 911 po prostu bohatersko rozwiązują problemy nieznane przy innych układach napędowych 🙂

      • Czekaj, co?
        Roll center to chwilowy środek obrotu, to wynika z geometrii zawieszenia i nie ma znaczenia gdzie jest silnik. Chyba, że masz na myśli os pionową- to wtedy będzie gdzieś na przedłużeniu tylnej osi plus minus kąt poślizgu koła plus kąt skrętu zawieszenia.

        MR zgoda, że masz mniejszy moment bezwładności więc mniejsza siła jest potrzebna żeby zmienić kierunek jazdy. I dzieje się to szybciej.

        No i rozróżnienie pomiędzy samochodami drogowymi a wyczynowymi tu jest pasuje, bo wszystkie wymienione mozna było normalnie kupić i jeździć po drogach publicznych. I wszystkie mają CoG w zbliżonych proporcjach między osiami.

        Więc skoro cześć samochodów z ze zbliżonym rozkładem mas „dobrze się prowadzi” to nie jest kwestia tego, że Porsche ma silnik w złym miejscu. Tym bardziej jak pada argument o nastawach zawieszenia, które to koncepcyjnie w 911 było do bani.
        O czym nikt nie pamieta, bo wszyscy tylko powtarzaja mantrę o silniku w złym miejscu.

      • @ndv

        Nie sam roll center, tylko odległość między roll center i środkiem ciężkości działająca w uproszczeniu jak dźwignia. Angole to określają chyba jako roll couple, ale pewności nie mam.

  13. takie Porsche było w Gangu Olsena na Jutlandii
    i już miałem napisać, że je rozgnietli, ale tak mnie tknęło żeby obejrzeć czy to aby na pewno rozgnietli Porsche, no i oczywiście że nie, rozgnietli Garbusa 😉
    https://www.imcdb.org/v133049.html

  14. „Co do 928 – zgodzę się, to jest wspaniałe GT, poza zastrzeżeniami, które sformułowałem w artykule o nim.” jeszcze nie czytałem, ale nadrobię.
    A co się tyczy Boxstera – to krąży tu taka anegdota.”Boxster to wspinały samochód, ale właściciele maja jeden problem. Co wejdą do garażu to się wkur….ja że nie kupili 911’ki.”
    „od początku zrobić maszynę taką, jak pan Bóg przykazał” – to nie wiem o czym by marzyli mężczyźni od 1963 do dziś . ( to oczywiście z przymrużeniem oka ).

  15. Podstawowa i glowna zaleta 911 jest to ze mozna nia hamowac do zakretu duzo pozniej niz klasycznym rwd typu bmw, ciezki tyl stabilizuje tor jazdy a lekki przod pozwala skrecac i nie wyrzuca ryja, przejscie przez apex i ogien 🙂

    • To może najnowszymi. W starszych, tak do 964, jest dokładnie na odwrót. Takie wjechanie w zakręt to przepis na szybkie zakończenie jazdy i to w 100%. Hamujesz wyłącznie przed zakrętem jadąc na wprost, w momencie skrętu puszczasz hamulec i trzymasz gaz. I pod żadnym pozorem gazu nie odpuszczasz przez cały zakręt, już nie mówiąc nawet o dotykaniu hamulca. Ponadto w 911 trailbraking nie ma racji bytu. A to oznacza, że jeśli masz przed sobą sekwencję szybkich zakrętów, to znaczy, że masz też spory problem… Najlepiej więc przesiąść się do Mazdy MX-5 i zapomnieć o problemie 🙂